Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Five Nights At Freddy's Słodka Angel. Tom 8 - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
12 października 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
31,90

Five Nights At Freddy's Słodka Angel. Tom 8 - ebook

Fani Five Nights at Freddy’s, oto przed wami ósmy tom opowiadań z serii Fazbear Frights. Mistrz horroru spod znaku animatroników Scott Cawthon prezentuje w nim kolejne trzy pełne grozy historie, które nie pozwolą zmrużyć oka miłośnikom mrocznego uniwersum!

Angel, Hudson i Sergio aż za dobrze wiedzą, co to jest pech. Angel, szykanowana przez rozpuszczoną przyrodnią siostrę, podejmuje pochopną decyzję o zemście. Hudsonowi, którego młode życie jest naznaczone tragedią i pogrzebanymi marzeniami, wydaje się, że wraz z dobrze płatną pracą jego los wreszcie się odmieni… czy na pewno? Sergio nabywa wyjątkową zabawkę, która ma przynosić szczęście, ale w świecie FNAF-u chyba nie ma szans na nic innego niż tylko potworne kłopoty…

Kolejna porcja przerażających opowiadań sprawi, że nawet najbardziej opanowani spośród fanów stracą zimną krew.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-966143-3-9
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Angel otwo­rzyła oczy i zoba­czyła… Nic nie zoba­czyła. Ciem­ność. Ośle­pła? Pró­bo­wała zamru­gać, ale oka­zało się, że nie jest w sta­nie. Czyżby jesz­cze jej się pogor­szyło?

Czuła się słaba i ocię­żała. Bolało ją całe ciało. Pod­nio­sła ręce, żeby prze­trzeć oczy, oczy­ścić je z kle­istej sub­stan­cji, którą w nich czuła, ale dło­nie ude­rzyły o coś twar­dego.

Pró­bo­wała nie pani­ko­wać, maca­jąc na oślep, żeby zorien­to­wać się, co to było. Czuła dookoła sie­bie tylko drewno – pła­skie, gład­kie, nie­ustę­pu­jące pod naci­skiem dłoni.

Była w jakimś pudle! I to bar­dzo cia­snym.

Angel chciała krzyk­nąć, ale usta odma­wiały jej posłu­szeń­stwa. Zaczęła więc się wić, ude­rzać na oślep koń­czy­nami. Nic z tego. Waliła cią­gle w drew­niane ściany pudła.

Była uwię­ziona. Do tego czuła się naprawdę dziw­nie, w gło­wie jej się krę­ciło, jakby miała zaraz zemdleć.

Dla­czego przy­tra­fiło jej się coś takiego?

Angel żało­wała, że nie ma zaty­czek do uszu. I do nosa. I kla­pek na oczy.

Nie, wróć.

Angel żało­wała, że nie umie się tele­por­to­wać. Tak, to by było spoko. Gdyby umiała się tele­por­to­wać, mogłaby po pro­stu w jed­nej sekun­dzie zna­leźć się daleko stąd.

Ale naj­pierw musia­łaby stać się nie­wi­dzialna, żeby uszła jej na sucho ta ucieczka. A może przy­da­łaby jej się nisz­czy­ciel­ska moc, która pozwo­li­łaby po pro­stu uni­ce­stwić wszystko, co się tu znaj­do­wało.

Nie, to tro­chę prze­sada. Wystar­czy tele­por­ta­cja.

Dokąd by ucie­kła? Wola­łaby być wła­ści­wie gdzie­kol­wiek, byle nie tutaj – wysy­pi­sko, kanały, naj­bar­dziej nie­bez­pieczna dziel­nica mia­sta. Była w sta­nie wyobra­zić sobie milion paskud­nych miejsc, które byłyby znacz­nie lep­sze od obec­nego oto­cze­nia. Bo co mogłoby być gor­sze od tego tutaj?

Angel z rodziną byli w piz­ze­rii Freddy’ego Fazbe­ara. Dziew­czyna nie znała miej­sca, które by bar­dziej przy­po­mi­nało pie­kło. Lokal Freddy’ego sam w sobie był kosz­marny: ośle­pia­jąco jasne, nie­zno­śnie wesołe miej­sce o wystroju utrzy­ma­nym wyłącz­nie w pod­sta­wo­wej pale­cie kolo­rów i pod­ło­dze w biało-czarną sza­chow­nicę, od któ­rej bolała głowa. A do tego dzie­ciaki. Nie, nie po pro­stu „dzie­ciaki”. Nakrę­cone dzie­ciaki. Roz­sza­lałe, roz­wrzesz­czane, sika­jące do basenu z kul­kami, rzy­ga­jące na auto­maty z grami. Nie­wiele może rów­nać się z grupą kil­ku­dzie­się­ciu malu­chów na impre­zie uro­dzi­no­wej.

Masa­kra i żenada z solidną dawką myśli „zastrzel­cie mnie”.

Angel rozej­rzała się i przy­znała, że jej zde­gu­sto­wa­nie mogło po czę­ści – a może i cał­ko­wi­cie – wyni­kać z zazdro­ści i poczu­cia żalu. Jej uro­dziny były mie­siąc wcze­śniej i nikt nie pomy­ślał o urzą­dze­niu dla niej imprezy.

Kie­dyś pew­nie mógłby jej się podo­bać taki kin­der­bal. Teo­re­tycz­nie faj­nie, gdyby miała taką imprezę tutaj, kiedy była mała. Czuła pew­ność, że gdyby taką dla niej urzą­dzono, nie zacho­wy­wa­łaby się tak gło­śno i nie­zno­śnie jak dzie­ciaki wypeł­nia­jące teraz lokal Freddy’ego. Jasne, cie­szy­łaby się, ale z klasą… Przy­naj­mniej miała takie odczu­cie. Z dru­giej strony i tak ni­gdy nie spraw­dzi, jak by to było naprawdę.

W związku z tym, że jej ojciec – nie nędzna namiastka ojczyma, którą miała teraz, ale ten praw­dziwy, bio­lo­giczny (naj­wy­raź­niej jed­nak rów­nie nędzny i żało­sny) – odszedł, zanim ona jesz­cze nauczyła się cho­dzić, matka musiała zara­biać na dom i speł­niać rolę jedy­nego rodzica w jej życiu. W tam­tych latach matki wiecz­nie nie było w domu, cią­gle pra­co­wała, a jed­nak pie­nię­dzy zawsze bra­ko­wało. Nie było ich stać na takie rze­czy jak imprezy uro­dzi­nowe. A teraz, kiedy matka wyszła za Myrona (czyli „Mów mi tato” – nie, dzię­kuję), budżet na imprezy był dostępny, ale cóż… Angel była już star­sza i wyro­sła z osten­ta­cyj­nego roz­pły­wa­nia się nad takimi bła­host­kami jak uro­dziny.

A w ogóle daj­cie spo­kój, czy uro­dziny jakie­goś malu­cha serio są tak istotne, żeby wywa­lać grube tysiące na balony, pizzę, napoje, cia­sta, cukierki i pre­zenty? Nie ma mowy. To była strata kasy. Za te pie­nią­dze Angel mogłaby mieć samo­chód albo zapła­cić cze­sne w stu­dium teatral­nym, do któ­rego chciała pójść. Na szczę­ście udało jej się dostać pożyczkę stu­dencką, a to dzięki niskim docho­dom matki przed ślu­bem z Myro­nem. Ale nie powinna być zmu­szona do szu­ka­nia pomocy w banku, skoro Myron mógł sobie z pal­cem w nosie pozwo­lić na to, żeby ją wes­przeć. Nie nazy­wała go wpraw­dzie „tatą”, ale to dla­tego, że sobie na to nie zasłu­żył. Tato powi­nien zapła­cić za naukę dziecka, prawda?

Angel zer­k­nęła na kobietę, przez którą zna­la­zła się w tej pokrę­co­nej sytu­acji: matkę – osobę słabą, ego­istyczną, goniącą za forsą. Gdyby tylko zwra­cała na córkę choć uła­mek tej uwagi, jaką poświę­cała swo­jemu wyglą­dowi. Matka Angel była cią­gle dosyć młoda, miała krótką, puszy­stą blond fry­zurkę, jasno­błę­kitne oczy i twarz, któ­rej atrak­cyj­ność utrzy­my­wała za tysiące dola­rów rocz­nie. Zapo­mnij o odra­bia­niu z dziec­kiem zadań czy wspól­nych wypa­dach mamy i córki; matka Angel była zbyt zajęta tre­nin­gami na siłowni i bie­ga­niem po gale­riach han­dlo­wych w poszu­ki­wa­niu nowych ciu­chów.

Może matka byłaby lep­sza, gdyby miała u boku jakie­goś faj­nego faceta. A może i nie. Nie była wzo­rem cier­pli­wo­ści i wyro­zu­mia­ło­ści. Nie była też dobra w goto­wa­niu, sprzą­ta­niu, orga­ni­zo­wa­niu ani pla­no­wa­niu. Nie miała faj­nej pracy, jak na przy­kład mon­ta­żystka fil­mowa, pro­jek­tantka mody albo łow­czyni talen­tów. Angel długo obser­wo­wała matki swo­ich zna­jo­mych i na tej pod­sta­wie doszła do wnio­sku, że to są wła­śnie cechy, jakimi powinna się cha­rak­te­ry­zo­wać świetna matka. Tym­cza­sem to, co potra­fiła jej rodzi­cielka, zde­cy­do­wa­nie się do takich nie zali­czało – czarny pas w dba­niu o wła­sną urodę, nakła­da­niu maki­jażu i kupo­wa­niu mod­nych ciu­chów, mistrzo­stwo świata we flir­to­wa­niu z face­tami, upodo­ba­nie do dłu­giego spa­nia i genialny poziom sku­pie­nia na sobie samej, do tego stop­nia, że zapo­mi­nała o wszyst­kim, co nie wią­zało się z jej wła­snym dobro­sta­nem.

Za ple­cami Angel roz­pisz­czała się mała dziew­czynka; wyda­wa­nie dźwię­ków o takim natę­że­niu powinno być zaka­zane pra­wem. Angel zatkała uszy pal­cami.

– Prze­stań – ofuk­nęła ją matka. – Masz osiem­na­ście lat, a nie osiem.

No tak. Kolejna rzecz na liście kwa­li­fi­ka­cji: eks­pertka w pod­li­zy­wa­niu się temu face­towi, który aku­rat pła­cił rachunki. Tak naprawdę matka Angel nie lubiła roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków rów­nie mocno jak córka, ale w tej chwili odgry­wała prze­cież rolę żony Myrona. A żona Myrona była matką pię­cio­latki. To ozna­czało, że musiała uda­wać wielce zado­wo­loną z bycia na tej impre­zie, a czę­ścią tego przed­sta­wie­nia było kar­ce­nie Angel, kiedy zacho­wy­wała się nie­zgod­nie ze sce­na­riu­szem.

Angel prze­wró­ciła oczami. Matka była żało­sna. Myron zresztą też. I Ofe­lia, jego wstrętna córu­nia. Cała ta rodzina to obraz nędzy i roz­pa­czy. Angel także, bo z koniecz­no­ści była jej czę­ścią.

Musiała się wyrwać.

Pra­wie jej się udało prze­trwać dzie­ciń­stwo bez koniecz­no­ści uże­ra­nia się z jaki­mi­kol­wiek ojczy­mami. Kiedy dora­stała, jej matka szu­kała „tego wła­ści­wego na męża i ojca”, co ozna­czało kogoś, kto miałby masę szmalu. Angel stra­ciła rachubę, ilu kan­dy­da­tów prze­wi­nęło się przez te lata przez ich dom. Zawsze ktoś się tam krę­cił. Nie­któ­rzy mieli dzieci, nie­któ­rzy nie. Ale nawet cią­gana na wspólne „rodzinne randki” Angel była w tej kom­for­to­wej sytu­acji, że wie­działa, iż to wszystko tym­cza­sowe. Nie musiała wra­cać do domu z tym face­tem czy jego dzie­cia­kami. W końcu jed­nak matka poznała Myrona. A razem z Myro­nem zja­wiła się Ofe­lia.

Kto tak w ogóle nazywa dziecko? Ofe­lia? Ofe­lia była uko­chaną Ham­leta, kobietą, która osza­lała, kiedy duń­ski książę, jak sądziła, popadł w obłęd. Kto nor­malny inspi­ruje się taką histo­rią do nada­nia imie­nia dziecku?

Angel z cie­ka­wo­ści poszu­kała infor­ma­cji o imie­niu Ofe­lia. Dowie­działa się, że pocho­dzi ono z greki, od słowa _ophe­los_ ozna­cza­ją­cego „pomoc”. Nie­źle się uśmiała, kiedy to prze­czy­tała. Wszystko się zga­dza: „Pomocy, dali mi imię po jakiejś tra­gicz­nej świ­ru­sce!”. Wyobra­żała sobie, jak Ofe­lia woła to tym swoim piskli­wym gło­si­kiem.

À pro­pos wku­rza­ją­cego gło­siku…

– Nie chcesz pizzy? – zapy­tała ją Ofe­lia. Zanim Angel zdo­łała odpo­wie­dzieć, dodała: – Podzielę się z tobą.

Potem pod­su­nęła Angel pod nos pla­ster cuch­ną­cej namiastki pizzy.

Angel nie zno­siła pizzy od Freddy’ego – w sosie było zde­cy­do­wa­nie za dużo bazy­lii, przez co naprawdę nie­zno­śnie śmier­dział i był według Angel zupeł­nie nie­ja­dalny. Ofe­lia nie tra­fiła do jej ust i uma­zała sosem poli­czek dziew­czyny. Angel czuła też, że włosy jej się kleją.

Pac­nęła rękę małej.

– Zabie­raj to ode mnie!

Ofe­lia skrzy­wiła się bole­śnie. Odsko­czyła i wypu­ściła pizzę z rąk, wierz­chem pro­sto na dekolt Angel, skąd pla­ster zsu­nął się na kolana dziew­czyny.

Angel zerwała się na równe nogi i pizza spa­dła na pod­łogę. Spoj­rzała na swoje naj­lep­sze dżinsy, teraz popla­mione na czer­wono.

– Ty bacho­rze! – wrza­snęła.

Pod­bró­dek Ofe­lii zadrżał, a z jej oczu polały się łzy.

– Chcia­łam tylko się podzie­lić.

– Nie krzycz na sio­strę! – wtrą­ciła się ostro matka Angel.

– To nie jest moja sio­stra! – krzyk­nęła Angel. Zła­pała garść ser­we­tek i zaczęła wycie­rać twarz i włosy.

Robiąc to, zauwa­żyła, że gapią się na nią dzieci i doro­śli z sąsied­nich sto­li­ków. Super. Udało jej się zro­bić z sie­bie przed­sta­wie­nie nawet w sali peł­nej roz­wrzesz­cza­nych malu­chów. Poczuła, że się czer­wieni, i prędko usia­dła.

– Angel – wark­nął Myron, pio­ru­nu­jąc ją wzro­kiem w spo­sób, który w ostat­nim cza­sie rezer­wo­wał tylko dla pasier­bicy. Potem zwró­cił się do Ofe­lii: – Chodź do taty, księż­niczko.

Zapła­kana już na serio Ofe­lia wspięła się na jego kolana.

– Ude­rzyła mnie, tato. A ja tylko chcia­łam się podzie­lić pizzą! – Ofe­lia pod­nio­sła rączkę, żeby Myron mógł ją obej­rzeć. Nie było tam nic poza sosem z pizzy, ale męż­czy­zna uważ­nie przyj­rzał się bied­nej, skrzyw­dzo­nej dłoni i ją cmok­nął. Potem znowu spoj­rzał na Angel.

– Nie ude­rzy­łam jej – zastrze­gła dziew­czyna, zanim zdo­łał się ode­zwać. – Po pro­stu odsu­nę­łam jej rękę.

Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, to nie była prawda, ale gdyby przy­znała się do skrzyw­dze­nia małej, dosta­łaby szla­ban na rok.

Myron otwo­rzył usta, ale prze­rwał mu jeden z ani­ma­tro­ni­ków na sce­nie tuż przed ich sto­li­kiem. Jako sole­ni­zantka Ofe­lia otrzy­mała naj­lep­sze moż­liwe miej­sce na widowni, by obej­rzeć kon­cert Fazbear Extra­va­ganza. Byli pół metra od sceny. Gdyby Angel chciała, mogłaby wycią­gnąć rękę i gwizd­nąć tro­chę lukru z wyso­kiego na pół­tora metra tortu uro­dzi­no­wego, który stał na brzegu sceny, nie­opo­dal zespołu ani­ma­tro­ni­ków.

Drżała na myśl o kon­cer­cie, bo wie­działa, że będzie gło­śny i cha­otyczny – do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści. Ale teraz cie­szyła się, że przy­szedł na niego czas. Przy­naj­mniej odcią­gał uwagę od rodzin­nej sceny, która roz­gry­wała się przy ich sto­liku.

Ofe­lia w jed­nej chwili zapo­mniała o bru­tal­nym ataku na swoją cenną koń­czynę. Zwró­ciła się do Myrona:

– Tato, do góry!

Posłusz­nie pod­niósł ją tak, żeby mogła sta­nąć mu na kola­nach. Obfite fal­banki żół­tej, koron­ko­wej sukienki Ofe­lii wci­skały mu się w twarz. Myron jedną ręką trzy­mał córeczkę, a drugą pró­bo­wał odsu­wać od sie­bie natar­czywy tiul.

Ofe­lia wpa­try­wała się w scenę roz­iskrzo­nym wzro­kiem. Krę­ciła bio­drami i machała ramio­nami w dzi­wacz­nym, nie­zgrab­nym tańcu.

Angel nie cier­piała Ofe­lii. Była nie­zno­śna, zawsze się jej cze­piała, a to pod­su­wała jakąś grę plan­szową, a to bła­gała, żeby poba­wiły się w odgry­wa­nie sce­nek. Pra­wie co wie­czór wska­ki­wała jej do łóżka z książką i pisz­czała żało­śnie: „Poczy­tasz mi?”. Angel cza­sami czy­tała, ale miała małej za złe, że tak ją absor­buje. Była prze­cież zajęta i nie miała czasu na zaj­mo­wa­nie się młod­szą sio­strą.

I jesz­cze te konie. Ofe­lia miała bzika na ich punk­cie. Wypeł­niały cały jej pokój: plu­szaki, pla­sti­kowe i drew­niane figurki… pla­katy, zdję­cia, olejne obrazy przed­sta­wia­jące konie. Miała wiel­kiego konia na bie­gu­nach i ujeż­dżała go codzien­nie, choć robiła się na to za duża. Urzą­dzała także prze­jażdżki lal­kom. Taki był świat Ofe­lii. Konie i lalki. W rze­czy samej taki był też motyw imprezy. Angel miała już po dziurki w nosie koni: słu­cha­nia o nich, czy­ta­nia na ich temat i uczest­ni­cze­nia w konio­cen­trycz­nych zaba­wach Ofe­lii.

Kiedy dziew­czynka zażą­dała, żeby imprezę uro­dzi­nową zro­bić jej u Freddy’ego, bo – nie­stety – była to jej ulu­biona restau­ra­cja, Angel zauwa­żyła, że tam nie można urzą­dzić przy­ję­cia z moty­wem prze­wod­nim koni, a tego Ofe­lia rów­nież się doma­gała. U Freddy’ego nie było zaba­wek przed­sta­wia­ją­cych konie. Ale Ofe­lii to nie znie­chę­ciło. Miała swoje życze­nia i ich się trzy­mała.

U Freddy’ego moty­wem prze­wod­nim imprez był zwy­kle Freddy. Myron musiał wyne­go­cjo­wać z kie­row­nic­twem restau­ra­cji moż­li­wość przy­nie­sie­nia spe­cjal­nych ser­we­tek, tale­rzy­ków, kape­lu­si­ków i deko­ra­cji. Kupił też wszyst­kim dzie­cia­kom po zabaw­ko­wym koniu. Angel nasłu­chała się za wszyst­kie czasy uda­wa­nego rże­nia.

– Super przy­ję­cie, tato – zawo­łała Ofe­lia. Wyszcze­rzyła w uśmie­chu popla­mione sosem zęby. Przy­po­mi­nała małego kani­bala. Nie było w tym widoku nic ład­nego.

Prawdę mówiąc, w wyglą­dzie Ofe­lii nie było nic ład­nego. Jak­kol­wiek ją wystroić, była brzyd­kim dziec­kiem. Bie­daczka. Tylko to spra­wiało, że Angel czuła w sto­sunku do niej odro­binę sym­pa­tii. Oczy­wi­ście Ofe­lia zala­zła jej za skórę, ale dziew­czynka nic nie mogła pora­dzić na to, jak wyglą­dała. Tak jak Angel wzięła urodę po mamie, tak Ofe­lia odzie­dzi­czyła swoją po Myro­nie.

Angel nie potra­fiła pojąć, z jakiego powodu jej matka uważa, że poszczę­ściło jej się z tym face­tem – i nie miała na myśli tylko pie­nię­dzy, naprawdę uwa­żała, że to przy­stoj­niak. Według Angel wyglą­dał raczej jak goryl. Wysoki i zwa­li­sty, o ciem­nych wło­sach… na całym ciele. Był naj­bar­dziej kudła­tym męż­czy­zną, jakiego w życiu widziała. Ofe­lia tej cechy oczy­wi­ście po nim nie odzie­dzi­czyła, ale za to miała wydatne łuki brwiowe ojca, jego duży nos i małe oczka. A do tego nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gie ramiona. Wyglą­dała jak szym­pans, co było nie­we­sołe. Jasne, szym­pansy są śmieszne i uro­cze, ale o dzie­ciaku, który przy­po­mina małpę, nie spo­sób było powie­dzieć tego samego.

Na sce­nie przed Ofe­lią ani­ma­tro­niki Freddy’ego szy­ko­wały się do występu. Kon­fe­ran­sjer, pra­cow­nik restau­ra­cji w cylin­drze i jaskra­wo­czer­wo­nym smo­kingu, prze­ko­ma­rzał się z publicz­no­ścią. Był młody, miał jasne włosy i okrą­głą twarz, z któ­rej nie scho­dził uśmiech.

– Wszy­scy się bawią eks­tra­su­pe­rancko? – zapy­tał.

– Tak! – wrza­snęły chó­rem dzieci.

Ofe­lia wywrzesz­czała swoją odpo­wiedź jesz­cze gło­śniej. Ten dźwięk spra­wił, że skro­nie Angel prze­szył ból.

– Jeste­ście gotowi na jesz­cze wię­cej frajdy?! – zawo­łał teraz sam Freddy.

– Tak! – padła kolejna chó­ralna odpo­wiedź.

– Frajda, wię­cej frajdy! – zapisz­czała Ofe­lia. Zaczęła tak gwał­tow­nie wier­cić się na kola­nach ojca, że omal jej nie upu­ścił.

– Gotowi na rock’n’roll?! – krzyk­nął Freddy.

Cała restau­ra­cja zabrzmiała grom­kim „Tak!”. Tylko Angel nie przy­łą­czyła się do krzyku. Potem roz­le­gły się wiwaty.

Angel zauwa­żyła, że Myron łypie na nią groź­nie zza roz­ło­ży­stej spód­nicy córki. Nie obe­szło jej to. W restau­ra­cji było za gło­śno, żeby mógł na nią wsiąść. Zigno­ro­wała ojczyma, wstała od sto­lika i ruszyła na poszu­ki­wa­nie łazienki, żeby spró­bo­wać ura­to­wać dżinsy.

Dłu­gie, pro­sto­kątne stoły restau­ra­cji Freddy’ego były stło­czone razem, a wokół nich roiło się od nie­bez­piecz­nie pobu­dzo­nych dzieci. Tu i ówdzie sie­dział jakiś wymę­czony i zre­zy­gno­wany doro­sły. Angel musiała nie­źle klu­czyć, żeby wyswo­bo­dzić się spo­mię­dzy nie­sfor­nej cze­redy.

Kiedy już pra­wie wydo­stała się ze strefy walk, zde­rzyła się z pra­cow­ni­kiem restau­ra­cji. Zaczęła prze­pra­szać, ale wtedy on odwró­cił się do niej. Zamil­kła po pierw­szym sło­wie, bowiem patrzyła na jed­nego z naj­przy­stoj­niej­szych face­tów, jakich zda­rzyło jej się widzieć w życiu. Ten obraz ode­brał jej mowę.

– Sorki – powie­dział przy­stoj­niak. – Powi­nie­nem patrzeć, jak cho­dzę.

Angel otwo­rzyła usta, ale nie wydo­był się z nich żaden dźwięk.

Przy­stojny chło­pak wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu i znowu zaczął coś mówić, ale w tej wła­śnie chwili ani­ma­tro­niki na sce­nie zaczęły ryczeć jakiś roc­kowy numer gło­sami, od któ­rych wię­dły uszy. Ich wokal, któ­remu towa­rzy­szyła muzyka wygry­wana głów­nie na per­ku­sji i gita­rach elek­trycz­nych, zagłu­szał wszystko i unie­moż­li­wiał roz­mowę.

Angel ruszyła w swoją stronę, ale chło­pak wziął ją za rękę i wypro­wa­dził z sali restau­ra­cyj­nej. Pomy­ślała, że ma tupet, ale nie pro­te­sto­wała, bo jego dłoń była cie­pła i silna… a na jej dru­gim końcu znaj­do­wał się… przy­stoj­niak. No i osta­tecz­nie rato­wał ją od hałasu i wście­kłego roz­gar­dia­szu na sce­nie i na widowni.

Bole­śnie świa­doma, że we wło­sach cią­gle ma sos z pizzy, Angel pod­nio­sła rękę, żeby wytrzeć twarz. Żało­wała, że nie ma lustra, żeby dopro­wa­dzić się do porządku.

Gdyby nie sos, byłaby cał­kiem zado­wo­lona ze swo­jego wyglądu. Choć matka nie­wiele dla niej zro­biła, przy­naj­mniej prze­ka­zała jej swoje dobre geny. Angel miała więc jasne włosy matki (tyle że sama nosiła je dłu­gie do ramion), jej nie­bie­skie oczy, regu­larne rysy i smu­kłą syl­wetkę. Nie inte­re­so­wała się modą i kosme­ty­kami tak jak matka, ale miała swój wła­sny styl. Nie nosiła wiele maki­jażu, pod­kre­ślała tylko oczy czarną kredką, a usta – błysz­czy­kiem. Lubiła sklepy z uży­waną odzieżą w stylu retro i miała dryg do dodat­ków – apa­szek, biżu­te­rii i tym podob­nych. Tak chęt­nie się nimi bawiła, że zwy­kle nosiła w torebce zapa­sową apaszkę albo sznur pacior­ków, żeby móc zmie­nić wize­ru­nek, kiedy zaj­dzie taka potrzeba. Dziś owi­nęła wąską talię paskiem z lat sie­dem­dzie­sią­tych, a pod nim miała zwiewną tunikę w stylu lat sześć­dzie­sią­tych, która otu­lała jej kształty dokład­nie tak, jak trzeba. Gdyby Ofe­lia nie zde­cy­do­wała się jej oblać sosem, Angel mogłaby w tym stroju spo­koj­nie iść na randkę.

Przy­stoj­niak popro­wa­dził ją kory­ta­rzem za salą restau­ra­cyjną. Kory­tarz, któ­rego ściany zdo­biły rzędy rysun­ków przed­sta­wia­ją­cych ani­ma­tro­niki od Freddy’ego, biegł przez całą dłu­gość sali restau­ra­cyj­nej i łączył wej­ście z zaple­czem restau­ra­cji, gdzie zapewne znaj­do­wały się kuch­nia i biura. Rysunki opra­wione były w żółte ramki, a posta­cie na nich miały wesołe, zawa­diac­kie miny.

Od kory­ta­rza odcho­dziło kil­koro drzwi, w tym te pro­wa­dzące do toa­let. Angel zer­k­nęła na wej­ście do dam­skiej łazienki, kiedy je mijali. Żało­wała, że nie może wejść i nieco się oczy­ścić.

Szli jed­nak w stronę wyj­ścia z restau­ra­cji. Angel zasta­na­wiała się, czy przy­stoj­niak poprosi ją, żeby razem ucie­kli. Ale zapro­wa­dził ją tylko do małej pocze­kalni nie­opo­dal wyj­ścia, ume­blo­wa­nej czer­wo­nymi pla­sti­ko­wymi krze­słami.

Kiedy do nich dotarli, wska­zał jedno z nich.

– Usiądź. Zaraz wrócę.

Pomknął z powro­tem w głąb kory­ta­rza, któ­rym wła­śnie przy­szli.

Kiedy jej pośladki klap­nęły na pla­stik, zaczęła zasta­na­wiać się, dla­czego tak posłusz­nie robi to, co każe jej tam­ten chło­pak. Czyżby miała w sobie wię­cej z matki, niż sądziła? Czy zamie­nia się w lalkę stwo­rzoną do usłu­gi­wa­nia face­tom?

Nie potra­fiła sobie tego wytłu­ma­czyć, ale sie­działa cier­pli­wie przez dobrą minutę. Potem, zanie­po­ko­jona fak­tem, że oto być może rezy­gnuje cał­ko­wi­cie ze swo­jej nie­za­leż­no­ści, zaczęła się pod­no­sić. Dla­czego w ogóle pozwo­liła się tu przy­pro­wa­dzić?

Przy­stoj­niak znowu się zja­wił. Niósł zwi­tek papie­ro­wych ręcz­ni­ków i butelkę z roz­py­la­czem, napeł­nioną czymś, co wyglą­dało jak woda. Usiadł na krze­śle obok Angel.

Rany, ale z niego było cia­cho! Chło­pak był odro­binę wyż­szy od Angel, sze­roki w barach, wąski w bio­drach i wyspor­to­wany. Miał ciemne włosy i oczy oraz zde­cy­do­wane rysy; sta­no­wił typ, któ­remu nie opar­łaby się chyba żadna dziew­czyna.

– Jestem Domi­nic – przed­sta­wił się przy­stoj­niak. Głos też miał cudowny, głę­boki i dźwięczny.

Angel bez­wied­nie opa­dła z powro­tem na krze­sło.

– Angel – powie­działa.

– Jak anioł? Coś w tym jest.

Prze­wró­ciła oczami. Domi­nic wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– Już to sły­sza­łaś. Oczy­wi­ście.

Uśmiech­nęła się. Nie potra­fiła się powstrzy­mać. Nie spo­sób było się temu chło­pa­kowi oprzeć.

– Z two­ich ust zabrzmiało naj­le­piej.

Domi­nic się roze­śmiał.

– O, to dobry tekst. Powi­nie­nem się od cie­bie uczyć.

Angel też się zaśmiała.

– Nie, to słaby pomysł. Zwy­kle po pro­stu gadam, co mi ślina na język przy­nie­sie. To nie zawsze naj­lep­sza opcja.

– Nie zga­dzam się. Szcze­rość jest zde­cy­do­wa­nie nie­do­ce­niana.

Z sali restau­ra­cyj­nej wysy­pała się grupka roz­chi­cho­ta­nych dziew­czy­nek. Prze­bie­gły kory­ta­rzem i wpa­dły do dam­skiej łazienki jak rój różo­wych, koron­ko­wych psz­czó­łek. Angel ucie­szyła się, że jed­nak tam nie weszła.

Odwró­ciła się znowu do Domi­nica, uzna­jąc, że może rów­nie dobrze prze­ko­nać się, co będzie dalej.

– Dzięki za ratu­nek.

– Ratu­nek? Wyko­nuję tylko swoją pracę. Jestem asy­sten­tem kie­row­nika i muszę mię­dzy innymi dbać o to, żeby klienci byli zado­wo­leni. Zoba­czy­łem ładną dziew­czynę uma­zaną sosem z pizzy i uzna­łem, że czy­sta będzie bar­dziej zado­wo­lona. – Pod­niósł butelkę i ręcz­niki. Potem wycią­gnął rękę i dotknął skle­jo­nych sosem wło­sów Angel. – Nie to, żeby źle ci było w tej sty­lówce na bazie wło­skiego jedze­nia.

Angel znowu się roze­śmiała.

Domi­nic nachy­lił się do niej.

Wstrzy­mała oddech.

– Pozwo­lisz? – powie­dział. – Sos pomi­do­rowy to chyba kiep­ska odżywka, a jeśli cho­dzi o kolor, to cóż, ta czer­wień nie pasuje do reszty fry­zury.

Angel mil­czała. Sta­rała się przy­po­mnieć sobie, co ostat­nio zja­dła. Nie spró­bo­wała ani odro­biny pizzy, którą zamó­wili Myron i jej matka. Zja­dła tylko parę cukier­ków cze­ko­la­do­wych. Od tego nie powinna mieć nie­świe­żego odde­chu.

Domi­nic wycie­rał jej włosy i skórę na policzku i szyi papie­ro­wym ręcz­ni­kiem zwil­żo­nym zawar­to­ścią butelki. Cokol­wiek to było, pach­niało kwia­tami i było cie­płe. Bar­dzo kojąco dzia­łało na skórę na szczęce i uchu, a Domi­nic wyka­zy­wał się taką deli­kat­no­ścią.

Kim on był? Miała wra­że­nie, że jest z zupeł­nie innej pla­nety niż kole­sie z jej szkoły. W porów­na­niu z nim były z nich buraki. Żaden nie umiałby wyczy­ścić wło­sów z sosu do pizzy.

– No, tak lepiej – ode­zwał się Domi­nic. Zało­żył Angel kosmyk wło­sów za ucho. Potem spoj­rzał w dół, na jej dżinsy. Wycią­gnął do niej rękę z pozo­sta­łymi ręcz­ni­kami. – Myślisz, że dasz radę z resztą? Nie chciał­bym cię ura­zić.

Roze­śmiała się, bio­rąc od niego papier.

– Doce­niam to.

Zaczęła pra­co­wać nad usu­nię­ciem plamy z dżin­sów. Głę­boka czer­wień nieco przy­bla­dła, ale nie znik­nęła. Angel miała nadzieję, że zej­dzie w pra­niu.

– Zakła­dam, że jesteś tu z rodziną, mam rację? – ode­zwał się Domi­nic, kiedy skoń­czyła czy­ścić spodnie.

– Tak. Coś w tym guście. Moja przy­brana sio­stra świę­tuje uro­dziny.

– A, łapię. Czyli naprawdę cię ura­to­wa­łem. Każe ci też czy­ścić pale­ni­sko i szo­ro­wać pod­łogi, Kop­ciuszku?

– Pew­nie by kazała, gdyby miała już dość lat, żeby się przej­mo­wać takimi rze­czami. Jak na razie drę­czy mnie głów­nie jej tatuś, czyli mój ojczym.

– Rozu­miem. Tak, takie coś potrafi dać w kość.

– Zga­dza się.

– Nie widzia­łem cię tu wcze­śniej. Do któ­rej szkoły cho­dzisz?

– Za mie­siąc koń­czę Mer­ri­mo­unt. A ty?

– Też koń­czę za mie­siąc… ale Gra­ves Aca­demy.

– O, wypas.

Gra­ves Aca­demy było pry­watną szkołą dla praw­dzi­wych mózgow­ców. Wbrew sobie Angel musiała przy­znać, że jej to zaim­po­no­wało.

– No nie? – Domi­nic wska­zał na służ­bową kami­zelkę i iden­ty­fi­ka­tor. – Wiem, że i te ciu­chy z naszej piz­ze­rii faj­nie na mnie leżą, ale powin­naś zoba­czyć mnie w szkol­nym mun­durku. Skar­petki by ci spa­dły z wra­że­nia.

Angel zer­k­nęła na swoje odziane w san­dałki stopy. Domi­nic podą­żył za jej spoj­rze­niem.

– No widzisz? – dodał. – Wystar­czyło, że pomy­śla­łaś o mnie w szkol­nym mun­durku i już nie ma skar­pe­tek.

Angel jęk­nęła, ale jed­no­cze­śnie się roze­śmiała. Domi­nic odpo­wie­dział uśmie­chem.

– A zatem jak to się stało, że skoń­czy­łaś z pizzą wszę­dzie, tylko nie w brzu­chu? Nie mów tylko, że któ­ryś kel­ner tak zawa­lił.

– Nie, nie kel­ner. Ofe­lia.

Domi­nic uniósł brew.

– Ta od Ham­leta?

– Dokład­nie, widzisz? Wła­śnie o tym myśla­łam. Kto nor­malny daje dziecku na imię Ofe­lia?

– To cał­kiem ładne imię, ale koja­rzy się słabo. Ofe­lia to…?

– Moja przy­brana sio­stra.

– A, zła przy­brana sio­stra. „Precz, prze­klęta plamo!”¹.

Angel znowu się roze­śmiała.

– Chyba już się pogu­bi­łeś w tym Szek­spi­rze.

– „Jakiś potwór tu nad­cho­dzi” – powie­dział Domi­nic.

Angel zaśmiała się jesz­cze gło­śniej.

– To już bli­żej, ale na­dal nie ta sztuka.

– Aha. „Sło­wem, rze­tel­nym bądź sam wzglę­dem sie­bie”.

– Dzyń, dzyń, dzyń. Nagroda dla tego gra­cza – zawo­łała Angel. – Udało mu się zna­leźć drogę z powro­tem do _Ham­leta_.

Zaśmiali się oboje, a potem jed­no­cze­śnie zaczęli mówić.

– Dzię­kuję za… – powie­działa Angel.

– Słu­chaj, może… – ode­zwał się w tej samej chwili Domi­nic.

Oboje urwali i uśmiech­nęli się sze­roko.

Zanim któ­re­kol­wiek z nich dokoń­czyło zda­nie, roz­legł się dam­ski głos, woła­jący:

– Domi­nic!

Angel i Domi­nic odwró­cili się w stronę, z któ­rej dobie­gało woła­nie. Przy wyj­ściu z sali restau­ra­cyj­nej stała pra­cow­nica, kobieta po trzy­dzie­stce.

– No, tu jesteś – sko­men­to­wała, widząc chło­paka.

Była wysoka i wyspor­to­wana, miała ciemne włosy upięte w kucyk i nosiła służ­bowy strój piz­ze­rii Freddy’ego. Wyglą­dała na uoso­bie­nie spo­koju mimo cha­osu, który sza­lał wokół niej.

Domi­nic wstał.

– Hej, Nancy, już idę.

– Przyjdź do mnie do kuchni – powie­działa Nancy.

Domi­nic odwró­cił się i wycią­gnął rękę. Angel ją ujęła. Cie­szyła się, że znów ma oka­zję trzy­mać dłoń chło­paka.

– Prze­pra­szam, że muszę zosta­wić cię samą z tym wszyst­kim – zato­czył krąg ramie­niem – i z twoją złą przy­braną sio­strą, ale obo­wiązki wzy­wają.

– Nie ma sprawy.

Uśmiech­nął się do niej.

– Zanim sze­fowa tak bru­tal­nie nam prze­rwała, chcia­łem zapy­tać, czy masz ochotę spo­tkać się jutro wie­czo­rem. W Roc­ket House gra jakaś kapela indie. Co ty na to?

– Bar­dzo chęt­nie.

– Super. Jeśli dasz mi numer, to doga­damy się i przy­jadę po cie­bie. Jeśli wolisz mi go nie dawać, spo­tkajmy się na miej­scu.

Angel wyre­cy­to­wała prędko numer domo­wego tele­fonu. Domi­nic się roze­śmiał.

– Jasna sprawa.

Powtó­rzył numer, a ona kiw­nęła głową.

– Nie zapo­mnisz? – zapy­tała, widząc, że go nie zapi­suje. Miała ochotę kop­nąć się za to w kostkę, bo zabrzmiała jak despe­ratka.

Domi­nica chyba to nie znie­chę­ciło.

– Mam świetną pamięć. Nie zapo­mnę numeru. Ani cie­bie.

Oblała się rumień­cem.

Domi­nic się­gnął do kie­szeni służ­bo­wej kami­zelki.

– Pro­szę. To moja wizy­tówka. Dzwoń o każ­dej porze.

Angel wzięła wizy­tówkę w bar­wach piz­ze­rii i wsu­nęła do kie­szeni dżin­sów.

– Ale nie będziesz musiała – dodał Domi­nic. – Będę szyb­szy. Dzi­siaj zapo­wiada się praca do późna. Dużo sprzą­ta­nia, a potem trzeba przy­go­to­wać restau­ra­cję na kolejną imprezę jutro. Ale zadzwo­nię dziś wie­czo­rem, żeby doga­dać godzinę spo­tka­nia.

Angel ski­nęła głową.

– Wra­casz tam? – zapy­tał. Wzru­szyła ramio­nami i znów kiw­nęła głową.

– Chyba muszę.

Zaśmiał się i pod­su­nął jej ramię.

– Czy mogę zaofe­ro­wać wiel­moż­nej pani eskortę do bram pie­kieł?

Odpo­wie­działa śmie­chem, ujmu­jąc go pod rękę.

– Oczy­wi­ście, wasza wyso­kość Książę z Bajki.

Domi­nic zachi­cho­tał i popro­wa­dził ją z powro­tem do sali restau­ra­cyj­nej. Zanim puścił jej rękę i pozwo­lił wejść do środka, lekko uści­snął jej dłoń.

– Do usły­sze­nia póź­niej – powie­dział.

Poki­wała głową.

– Gdzie się podzie­wa­łaś? – zaata­ko­wał Myron, gdy Angel wró­ciła do sto­lika.

Ani­ma­tro­niczny zespół szy­ko­wał się teraz do rundy śpie­wa­nia z publicz­no­ścią.

Angel łyp­nęła nie­chęt­nie na ojczyma.

– Musia­łam iść się umyć po tym, jak twoja nie­zdarna córu­nia wysma­ro­wała mnie pizzą.

Matka Angel nachy­liła się ku nim.

– Po co ten ton, Angel? Ofe­lia ma dopiero pięć lat.

– Jasne, wiem. A mimo to rzą­dzi całym domem. Gdzie tu sens, gdzie logika?

Myron pokrę­cił głową.

Zaczęło się wspólne śpie­wa­nie i Angel zauwa­żyła Domi­nica, który też śpie­wał, cho­dząc z gra­cją od sto­lika do sto­lika. Jego głos prze­bi­jał się ponad gło­si­kami dzieci. I był naprawdę nie­zły!

Patrzyła, jak wtó­ruje triu roz­bry­ka­nych chłop­ców, i zasta­na­wiała się, czy myślał o karie­rze estra­do­wej. O tym marzyła ona. Chciała zostać aktorką, pio­sen­karką i tan­cerką. Do wszyst­kich tych rze­czy miała jed­na­kowy talent. Naprawdę. Każdy nauczy­ciel na zaję­ciach teatral­nych i na muzyce powta­rzał, że stać ją na to, żeby prze­bić się w branży roz­ryw­ko­wej. To dzięki ich namo­wom zde­cy­do­wała się zda­wać do stu­dium teatral­nego. Bez tego pew­nie nie mia­łaby odwagi.

– Publicz­ność będzie cię ubó­stwiać, Angel – powie­działa jej ulu­biona nauczy­cielka aktor­stwa, dając jej for­mu­larz zgło­sze­niowy. – Będziesz wyjąt­kowa, nie ma i nie będzie takiej dru­giej jak ty.

Skła­da­jąc poda­nie o przy­ję­cie do szkoły, nie miała poję­cia, jak ją opłaci, bo Myron stwier­dził, że nie ma zamiaru finan­so­wać jakiejś „szkoły dla kome­dian­tów, która nie przy­go­to­wuje nikogo do praw­dzi­wego życia”. Nie posia­dała się z rado­ści, gdy dowie­działa się, że przy­znano jej kre­dyt stu­dencki.

Patrzyła, jak Domi­nic tań­czy z kil­kor­giem dzieci coś w rodzaju rumby. Malu­chy były roz­pro­mie­nione. Dziwne – wcze­śniej ta scena spra­wi­łaby, że Angel prze­wra­ca­łaby co sił oczami, ale teraz myślała, jak dobrze chło­pak radzi sobie z dziećmi… i całe to miej­sce zaczęło jawić jej się w zupeł­nie innym świe­tle.

Matka popu­kała ją w ramię.

– Dla­czego nie śpie­wasz? Prze­cież tak to lubisz.

Wzru­szyła ramio­nami. W sumie matka miała rację. Dla­czego by nie zaśpie­wać?

I zaśpie­wała.

– Nie tak gło­śno – upo­mniała ją momen­tal­nie matka.

Angel zamil­kła i skrzy­żo­wała ramiona na piersi. Pró­bo­wała odszu­kać wzro­kiem Domi­nica, ale grupa dzie­cia­ków wspięła się teraz na krze­sła i tań­czyła na nich, zasła­nia­jąc widok.

Minęła cała wiecz­ność, nim wresz­cie śpiewy umil­kły i kon­fe­ran­sjer zaczął praw­dziwe przed­sta­wie­nie. Robił wiele hałasu wokół Ofe­lii, którą wpro­wa­dził na scenę, żeby mogła zdmuch­nąć świeczki na gigan­tycz­nym tor­cie. Dziew­czynka oczy­wi­ście nie była w sta­nie sobie pora­dzić z pię­cioma świecz­kami. Ani­ma­tro­niki jej więc pomo­gły. Angel przez sekundę zasta­na­wiała się, jak to działa. Musiały chyba mieć w pyskach jakieś dmu­chawy.

Kiedy Ofe­lię już nagro­dzono okla­skami, peł­nymi uzna­nia pogwiz­dy­wa­niami i nawet owa­cjami na sto­jąco za zdmuch­nię­cie dwóch z pię­ciu świe­czek, kel­ne­rzy zaczęli kroić tort i roz­da­wać go gościom; tym­cza­sem ani­ma­tro­niczne kukły kon­ty­nu­owały występ. Angel zgar­biła się na krze­śle i patrzyła, jak tań­czą. Żało­wała, że nie może zapla­no­wać im ina­czej układu.

Zakoń­czono roz­da­wa­nie tortu; wśród zgiełku roz­legł się prze­ni­kliwy pisk zakłó­ceń doby­wa­ją­cych się z mikro­fonu, po czym ode­zwał się kon­fe­ran­sjer:

– A teraz wielki finał naszej imprezy. Czy mogę pro­sić sole­ni­zantkę ponow­nie na scenę?

Ofe­lia wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu i wbie­gła na estradę. Roz­le­gły się wiwaty.

Angel rozej­rzała się po sali i wresz­cie dostrze­gła Domi­nica. Roz­ma­wiał z sze­fową, sto­jąc pod ścianą na samym skraju. Dostrzegł jed­nak, że dziew­czyna na niego zerka. Poma­chał do niej, na co Angel się uśmiech­nęła. Może jed­nak wszystko idzie ku dobremu. Prze­cież do końca szkoły został tylko mie­siąc, potem miała poje­chać do kole­żanki w innym sta­nie na trwa­jące przez całe waka­cje warsz­taty teatralne. Angel dostała sty­pen­dium na tę oko­licz­ność, do tego odkła­dała pie­nią­dze na bilety i jedze­nie, które miały być jej jedy­nymi wydat­kami, bo kole­żanka prze­cież nie zażąda od niej czyn­szu. A po waka­cjach – stu­dium teatralne! Już nie­długo będzie miała swoje życie, będzie doko­ny­wała wła­snych wybo­rów i przesta­nie być zmu­szona słu­chać roz­ka­zów Myrona i ustę­po­wać we wszyst­kim Ofe­lii.

– A teraz gwóźdź pro­gramu! – krzyk­nął kon­fe­ran­sjer. – Opusz­czaj­cie!

Zespół zagrał gło­śne fan­fary i coś zaczęło zjeż­dżać spod sufitu w dół. Angel spo­dzie­wała się, że zoba­czą piniatę w kształ­cie Freddy’ego czy coś w tym rodzaju. Piniaty były ostat­nimi czasy bar­dzo modne na kin­der­ba­lach.

Jed­nym okiem śle­dziła zjeż­dża­jący spod sufitu obiekt. Zamru­gała i przyj­rzała się uważ­niej, kiedy zoba­czyła, że to nie piniata, a przy­naj­mniej nie taka, do jakich była przy­zwy­cza­jona.

Drżąc i wibru­jąc, ku sce­nie opusz­czało się powoli coś w rodzaju posągu, który spra­wiał wra­że­nie mięk­kiego. Posąg miał z grub­sza kształt dziew­czynki i nie był wyko­nany z kar­tonu.

Przy­po­mi­nał raczej… czy to coś słod­kiego?

Angel wychy­liła się nieco do przodu, mru­żąc oczy. Tak. Mate­riał wyglą­dał na żelkę. Posąg był wielką żelką. Niech będzie, tu im się udało ją zasko­czyć.

Rów­nie teraz zacie­ka­wiona, co znie­sma­czona Angel patrzyła, jak żel­kowa postać roz­kłada ramiona, kopie nogami i wierci się w powie­trzu. Musiała być ani­ma­tro­ni­kiem podob­nym do Freddy’ego i jego kapeli, bo usta­wicz­nie się poru­szała. Mio­tała się na wszyst­kie strony.

Dzi­waczne. Ohydne. Może tro­chę fajne.

– Dro­gie dzieci! – zawo­łał kon­fe­ran­sjer. – Oto coś spe­cjal­nego dla waszych brzusz­ków. Uro­dzi­nowa żelka!

Dzieci zaczęły wiwa­to­wać.

Kon­fe­ran­sjer spoj­rzał tym­cza­sem na Ofe­lię.

– Młoda damo, do cie­bie, jako naszej sole­ni­zantki, należy przy­wi­lej wzię­cia pierw­szego kęsa pysz­nej żelki. Zaczniesz od pal­ców u nóg. I podob­nie na tobie spo­czywa obo­wią­zek zje­dze­nia ostat­niego kawałka – nosa naszej figurki.

Ofe­lia roze­śmiała się, klasz­cząc w dło­nie. Ruszyła w stronę żel­ko­wego posągu.

Kon­fe­ran­sjer pod­niósł rękę.

– Zanim zaczniesz, droga sole­ni­zantko, chcę jesz­cze raz powtó­rzyć, tak żeby wszy­scy sły­szeli. Tylko sole­ni­zantka ma prawo zjeść nos żelki. Należy do Ofe­lii, tylko i wyłącz­nie do niej. Czy wszy­scy zro­zu­mieli?

– Tak! – odpo­wie­działy chó­rem dzieci.

– Dosko­nale – odparł kon­fe­ran­sjer. – Możesz zaczy­nać, Ofe­lio, a potem dołą­czy reszta. Wszy­scy weź­cie gryza, żeby pożreć całą naszą pyszną żelkę! Do biegu, gotowi – start!

Ofe­lia pod­bie­gła do gumo­wego posągu i odgry­zła mu wielki palec u nogi. Cho­ciaż był zro­biony z cukro­wej masy, Angel poczuła lek­kie mdło­ści na ten widok. Pomy­ślała, że to dziwne – posąg cią­gle się ruszał, gdy reszta dzieci wpa­dła na scenę i zaczęła poże­rać jego nogi. Spo­dzie­wa­łaby się, że wyłą­czą mecha­nizm, zanim pozwolą dzie­ciom dobrać się do tego cze­goś.

Znowu znu­dzona wido­kiem dzieci roją­cych się wokół żelki i ją poże­ra­ją­cych, Angel roz­parła się na krze­śle i zaczęła wystu­ki­wać stopą rytm. Przez kilka minut patrzyła, jak dzieci jedzą, ale potem zaczęła czuć się nie­swojo. Cała ta scena przy­po­mi­nała wstrętne filmy przy­rod­ni­cze tak uwiel­biane przez Myrona. Te, w któ­rych lwy doga­niały zebrę i zaczy­nały ją roz­szar­py­wać. Angel nie zno­siła takich fil­mów.

– To natura, Angel – mawiał Myron, kiedy to budziło jej zastrze­że­nia. – Musisz się uod­por­nić.

Natura, nie natura, nie lubiła patrzeć, jak coś zja­dane jest żyw­cem. Nie lubiła nawet widoku homa­rów w restau­ra­cyj­nych akwa­riach.

Żel­kowy posąg był odro­binę zbyt reali­styczny, żeby mogło ją cie­szyć jego roz­szar­py­wa­nie przez rój dzie­cię­cych ząb­ków. Kiedy zatem dzieci do połowy pożarły już nogi, się­gnęła do torebki i wyjęła pil­nik. Zaczęła popra­wiać mani­cure.

W jej odczu­ciu minęło kil­ka­na­ście lat, nim kon­fe­ran­sjer zawo­łał:

– Świet­nie, dzie­ciaki! Pamię­taj­cie, żel­kowy nos jest dla Ofe­lii i tylko dla niej!

Angel pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła, że dzieci dotarły już do szyi. Z posągu została tylko głowa. Opusz­czono ją niżej, tuż nad scenę, żeby dzieci mogły i do niej się dobrać. Angel patrzyła, jak pulchny dzie­ciak odrywa bia­łymi ząb­kami ucho żelki. Żołą­dek pod­szedł jej do gar­dła. Prędko opu­ściła z powro­tem wzrok na paznok­cie. Nie pod­nio­sła go, dopóki kon­fe­ran­sjer nie zawo­łał:

– Wszy­scy stop!

Dzieci zamarły.

Z głowy pra­wie nic nie zostało.

– Ofe­lio, nasza sole­ni­zantko, zapra­szam po nos uro­dzi­no­wej żelki – zachę­cił kon­fe­ran­sjer.

Angel jesz­cze raz pod­nio­sła wzrok. Zoba­czyła, że Ofe­lia sie­dzi na brzegu sceny i wygląda, jakby było jej nie­do­brze. Nie­zra­żony kon­fe­ran­sjer pod­szedł do niej tanecz­nym kro­kiem, pocią­gnął do góry, sta­wia­jąc ją na równe nogi, i pod­pro­wa­dził do resz­tek żelki.

– Weź swój żel­kowy nos – powie­dział.

Ofe­lia zer­k­nęła na kon­fe­ran­sjera, po czym wycią­gnęła rękę i ode­rwała nos od nie­mal cał­ko­wi­cie pożar­tej głowy. Potem pocią­gnęła za spodnie mło­dego męż­czy­zny, a on nachy­lił się do niej. Wyszep­tała mu coś do ucha. Ten wypro­sto­wał się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: