Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Ilion - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
25 listopada 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
62,00

Ilion - ebook

Na Marsie, u stóp wulkanu Olympus Mons rozgorzała pod kontrolą bogów wojna trojańska. Wydarzenia obserwuje sam Zeus ze swą olimpijską rodziną oraz Thomas Hockenberry, pochodzący z dwudziestego pierwszego wieku profesor literatury klasycznej, któremu przypadnie również rola pionka w wewnętrznych spiskach podstępnych bogów i zawistnych bogiń. Tymczasem na Ziemi niewielka grupa ludzi poszukuje utraconej przeszłości i straszliwej prawdy o świecie. Z okolic Jowisza z kolei wyrusza ekspedycja czterech rozumnych maszyn, których zadaniem jest zbadać i ewentualnie zlikwidować źródło dziwnych kwantowych zakłóceń stanowiących potencjalne źródło katastrofy na kosmiczną skalę. Zakłócenia koncentrują się wokół wulkanicznego stożka, wznoszącego się na wiele kilometrów ponad terraformowaną powierzchnię Czerwonej Planety.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67353-64-9
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Tym­cza­sem myśli, zmę­czone roz­ko­szą,

W świat szczę­śli­wo­ści więk­szej się prze­no­szą;

Umysł – ocean, gdzie każdy gatu­nek

Znaj­dzie swój wła­sny wierny wize­ru­nek –

Wznosi się prze­cież nad rze­czy gotowe

I two­rzy światy inne, morza nowe,

Choć sta­wia ponad wszystko, co stwo­rzone,

W zie­lo­nym cie­niu duma­nie zie­lone.

Andrew Marvell „Ogród”
(prze­ło­żył St. Barań­czak)

Można zdo­by­czy mieć wiele: stada bara­nów i wołów,

cenne trój­nogi i konie o grzy­wach zło­to­pło­mien­nych,

lecz nie zdo­bę­dziesz już ni­gdy czło­wie­czej duszy, nie zło­wisz

ani jej w locie nie wstrzy­masz, gdy z warg na zawsze uleci.

Achil­les w księ­dze IX „Iliady” (406–409)
(prze­ło­żyła K. Jeżew­ska)

Serce bijące gorzko, cze­ka­jące.

Kali­ban w wier­szu
Roberta Brow­ninga „Kali­ban o Sete­bo­sie”
(prze­ło­żył T. Kubi­kow­ski)1. RÓWNINA ILIONU

1

Rów­nina Ilionu

Gniew.

Opie­waj, o Muzo, gniew Achil­lesa, gniew syna Peleusa, zbrod­ni­czego mężo­bójcy, któ­remu śmierć jest prze­zna­cze­niem. Zanoś pieśń o gnie­wie, który kosz­to­wał Acha­jów tak wielu dobrych ludzi, który tak liczne, pełne życia i ser­deczne dusze posłał poza wrota posęp­nego Domu Śmierci. Zaśpie­waj też, o Muzo, o gnie­wie bogów, kapry­śnie wła­da­ją­cych z wyżyn nowego Olimpu; opo­wiedz nam, śpie­waczko, o gnie­wie post­lu­dzi, choć ci dawno już znik­nęli; oraz o gnie­wie nie­licz­nych oca­la­łych ludzi praw­dzi­wych, tych bez­u­ży­tecz­nych, któ­rych zaprząta tylko wła­sny los. Wspo­mnij też, o Muzo, w swej pie­śni gniew istot świa­do­mych i czu­ją­cych, lecz nie do końca ludz­kich, które śnią pod lodami Europy, umie­rają w siar­ko­wych popio­łach Io i przy­cho­dzą na świat w sku­tych siar­czy­stym mro­zem doli­nach Gani­me­desa.

Nie zapo­mnij rów­nież, o Muzo, o mnie samym. O nie­szczę­snym, ponow­nie i wbrew woli naro­dzo­nym Hoc­ken­ber­rym – o bied­nym mar­twym dok­to­rze Tho­ma­sie Hoc­ken­ber­rym, przez przy­ja­ciół nazy­wa­nym Hoc­ken­bu­shem, tych przy­ja­ciół, któ­rzy dawno temu obró­cili się w pył w zapo­mnia­nym przed wie­kami świe­cie. Głoś pieśń o moim gnie­wie. Tak, rów­nież o moim gnie­wie, o Muzo, choć jakże drob­nym i nie­zna­czą­cym w porów­na­niu z wście­kło­ścią nie­śmier­tel­nych Olim­pij­czy­ków lub furią Achil­lesa, zabójcy bogów.

Cho­ciaż jed­nak nie, o Muzo. O mnie nie śpie­waj wcale. Znam cię dobrze. Byłem twym sługą i nie­wol­ni­kiem, o Muzo, ty dziwko nie­zrów­nana. I nie ufam ci, o Muzo. Nie dowie­rzam ci ani tro­chę.

***

Skoro przy­pa­dła mi – nie­chęt­nie, przy­znam, peł­niona – rola chóru tej opo­wie­ści, mogę ją roz­po­cząć w dowol­nie wybra­nym przez sie­bie momen­cie. Roz­pocznę ją więc wła­śnie od tej chwili…

Nastaje dzień podobny wszyst­kim innym z ponad dzie­wię­ciu lat, jakie minęły od moich ponow­nych naro­dzin. Budzę się w kosza­rach scho­lii. Jak okiem się­gnąć, pod błę­kit­nym nie­bem cią­gną się poła­cie czer­wo­nego pia­sku. Ota­czają mnie wiel­kie, kamienne głowy. Ze snu wyrywa mnie wezwa­nie Muzy. Zabój­cze cer­be­rydy obwą­chują mnie i prze­pusz­czają. Szybką krysz­ta­łową windą wjeż­dżam na tra­wia­sty wierz­cho­łek Olimpu – sie­dem­na­ście mil w górę, po wschod­nim zbo­czu góry. Tam, gdy już zaanon­so­wano me przy­by­cie do pustej willi Muzy, odbie­ram pole­ce­nia od scho­dzą­cego ze służby scho­lia­sty, zakła­dam mor­fu­jącą bran­so­letę i bojowy pan­cerz, wsu­wam za pas para­li­za­tor, po czym tele­por­tuję się kwan­towo – tekuję – na zalaną wie­czor­nym świa­tłem rów­ninę Ilionu.

Jeżeli kie­dy­kol­wiek pró­bo­wa­li­ście sobie wyobra­zić oblę­że­nie tego mia­sta – czym ja zaj­mo­wa­łem się zawo­dowo przez ponad dwa­dzie­ścia lat – pogódź­cie się teraz z fak­tem, iż wasza wyobraź­nia z pew­no­ścią zada­niu nie spro­stała. Prze­ko­na­łem się o tym na sobie. Rze­czy­wi­stość jest dalece bar­dziej cudowna i strasz­liwa niż obrazy odma­lo­wane w wier­szach śle­pego poety.

Przede wszyst­kim mia­sto. Ilion. Troja. Jedno z naj­wspa­nial­szych, ufor­ty­fi­ko­wa­nych _poleis_ sta­ro­żyt­no­ści – wyra­sta z rów­niny nieco ponad dwie mile od plaży, na któ­rej teraz stoję, lecz mimo odle­gło­ści wciąż jest wyraź­nie widoczne i piękne. Wydaje się, że ze swo­jego wznie­sie­nia włada całą oko­licą. Wyso­kie mury migocą pło­mie­niami tysięcy ognisk i pochodni. Wieże nie są wcale tak nie­bo­tyczne, jak sta­rał się nas prze­ko­nać Mar­lowe, lecz mimo to osza­ła­mia­jące – strze­li­ste, okrą­głe, obce i olśnie­wa­jące.

Następ­nie mamy Acha­jów, Dana­jów i rze­sze pozo­sta­łych najeźdź­ców – ści­śle rzecz ujmu­jąc, nie są jesz­cze Gre­kami, gdyż od powsta­nia tego narodu dzielą nas z górą dwa tysiące lat. Ja jed­nak pozwolę sobie ich w ten spo­sób okre­ślać. Grec­kie obozy cią­gną się wzdłuż tutej­szego wybrzeża dłu­gimi milami. Pro­wa­dząc zaję­cia z „Iliady”, wykła­da­łem stu­den­tom, że wojna tro­jań­ska, wbrew całej swej home­ryc­kiej glo­rii, w rze­czy­wi­sto­ści była praw­do­po­dob­nie kon­flik­tem pomniej­szym – ot, marne kilka tysięcy wojow­ni­ków z Gre­cji wystą­piło prze­ciwko porów­ny­wal­nej licz­bie Tro­jan. Nawet naj­bar­dziej uczeni człon­ko­wie scho­lii – grupy uczo­nych bada­ją­cych „Iliadę” od nie­mal dwóch mile­niów – sza­co­wali na pod­sta­wie eposu, że czar­nymi okrę­tami, które dzie­więć lat temu spo­częły na pobli­skiej plaży, nie mogło przy­być wię­cej niż pięć­dzie­siąt tysięcy wojow­ni­ków z Achai i pozo­sta­łych grec­kich krain.

Jakże się mylili! Obec­nie oce­nia się, że Ilion naje­chało ponad dwie­ście pięć­dzie­siąt tysięcy Gre­ków, a Tro­jan wraz z woj­skami sojusz­ni­czymi zebrała się mniej wię­cej połowa tej liczby. Wygląda na to, że aby wziąć udział w tej bitwie ocho­czo sta­wili się wielcy wojow­nicy i boha­te­ro­wie z każ­dej, nawet naj­mniej­szej, grec­kiej wyspy – wszak wojna ozna­cza łupy – i przy­wie­dli ze sobą żoł­nie­rzy, sprzy­mie­rzeń­ców, słu­żą­cych, nie­wol­ni­ków i kon­ku­biny.

Widok jest powa­la­jący: mila za milą jasno oświe­tlo­nych namio­tów, obo­zo­wych ogni, zasie­ków z naostrzo­nych pali, mile rowów obron­nych wyko­pa­nych w twar­dej gle­bie powy­żej plaży – nie w celu zapew­nie­nia sobie ochrony i kry­jówki, lecz by znie­chę­cić tro­jań­ską kawa­le­rię do szarż. A całe to mro­wie namio­tów i ludzi – wypo­le­ro­wane groty i gład­kie tar­cze – wszystko roz­bły­skuje w bla­sku pło­mieni tysięcy ognisk dają­cych wojow­ni­kom cie­pło i strawę. Migocą też stosy pogrze­bowe.

Bo tutaj zwłoki się pali.

Zaraza nęka sze­regi Gre­ków już od kilku tygo­dni. Naj­pierw zaczęły zdy­chać osły i psy, potem padli pierwsi poje­dyn­czy żoł­nie­rze i nie­wol­nicy, aż wresz­cie, nagle, dzie­sięć dni temu, roz­pę­tała się praw­dziwa epi­de­mia, powa­la­jąc wię­cej achaj­skich i danaj­skich hero­sów, niż zdo­łali to uczy­nić Tro­ja­nie w ciągu dłu­gich mie­sięcy oblę­że­nia. Oso­bi­ście podej­rze­wam tyfus. Grecy są jed­nak świę­cie prze­ko­nani, że źró­dłem cho­roby jest gniew Apolla.

Widy­wa­łem go z oddali – zarówno na Olim­pie, jak i tutaj – i rze­czy­wi­ście typ jest dość paskudny. Apollo to patron łucz­ni­ków, pan srebr­nego łuku, bóstwo „nio­sące śmierć z oddali” i cho­ciaż nosi tytuł boga zdro­wia, włada rów­nież cho­ro­bami. Co wię­cej, jest w tym star­ciu naj­waż­niej­szym spo­śród Olim­pij­czy­ków sojusz­ni­kiem Tro­jan i gdyby mógł speł­nić swą wolę, Acha­jo­wie wymar­liby do ostat­niego. Bez względu na to, czy tyfus naro­dził się w zbru­ka­nych gni­ją­cymi tru­pami rze­kach i stud­niach, czy przy­nio­sły go srebrne strzały Apolla, są Grecy zupeł­nie słusz­nie prze­świad­czeni, że bóg życzy im klę­ski.

W tej chwili Achaj­scy kró­lo­wie – a we wła­snym kraju i wła­snych oczach kró­lem jest każdy z tych grec­kich wodzów – zbie­rają się w cie­niu namiotu Aga­mem­nona, by nara­dzić się co do spo­sobu odpar­cia zarazy. Zmie­rzam w ich stronę powoli, a nawet nieco nie­chęt­nie, mimo że po ponad dzie­wię­ciu latach dłu­żą­cego się ocze­ki­wa­nia i obser­wa­cji oblę­że­nia dzi­siej­szy wie­czór powi­nien się oka­zać naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cym ze wszyst­kich dotych­cza­so­wych. Dzi­siaj bowiem home­rycka „Iliada” zaczyna się naprawdę.

Oczy­wi­ście oglą­da­łem już część opi­sa­nych w epo­sie wyda­rzeń, te, które poeta prze­niósł w momenty bar­dziej sprzy­ja­jące arty­stycz­nej wizji. Widzia­łem na przy­kład tak zwany „kata­log okrę­tów”, kiedy to spi­sano i wymie­niono grec­kie siły. Homer umie­ścił tę chwilę w dru­giej księ­dze „Iliady”, lecz ja byłem jej świad­kiem już ponad dzie­więć lat temu, pod­czas kon­cen­tra­cji sił przed wyprawą. Doszło do tego w Auli­dzie, cie­śni­nie dzie­lą­cej Eubeę i kon­ty­nen­talną część Gre­cji. Przy­pa­try­wa­łem się też _epi­po­le­sis_, doko­na­nemu przez Aga­mem­nona prze­glą­dowi wojsk, który w dziele Homera poja­wia się w księ­dze czwar­tej, lecz w rze­czy­wi­sto­ści odbył się nie­ba­wem po wylą­do­wa­niu armii pod Ilio­nem. Jakiś czas po owym wyda­rze­niu nastą­piło to, co, naucza­jąc, okre­śla­łem mia­nem _teicho­sko­pii_, czyli „widoku z muru”, kiedy Helena poka­zy­wała Pria­mowi i pozo­sta­łym przy­wód­com Tro­jan achaj­skich boha­te­rów i wymie­niała ich imiona. _Teicho­sko­pia_ zna­la­zła się w księ­dze trze­ciej „Iliady”, lecz – podob­nie jak _epi­po­le­sis_ – fak­tycz­nie wyda­rzyła się nie­długo po przy­by­ciu grec­kich stat­ków.

O ile poję­cia rze­czy­wi­sto­ści i fak­tów mają tu w ogóle jakieś zasto­so­wa­nie.

Tym się nie kło­poczmy, dzi­siaj bowiem zwo­łano zgro­ma­dze­nie przed namio­tem Aga­mem­nona i dzi­siaj doj­dzie do sporu pomię­dzy kró­lem i Achil­le­sem. Od tego wła­śnie zaczyna się akcja „Iliady” i wiem, że powi­nie­nem na tym nie­zwy­kłym wie­czo­rze skon­cen­tro­wać całą ener­gię i przy­wo­łać na pomoc cały zasób swej nauko­wej wie­dzy. Jed­nakże, prawdę powie­dziaw­szy, mam to wszystko w dupie. Niech się pysz­nią. Niech się cheł­pią. Niech­że Achil­les dobę­dzie mie­cza – no dobrze, przy­znaję, że tę aku­rat scenę chęt­nie bym zoba­czył. Cie­kawe, czy żeby go powstrzy­mać, Atena naprawdę stawi się tu oso­bi­ście, czy, też jej inter­wen­cja była po pro­stu home­rycką meta­forą zdro­wego roz­sądku, który osta­tecz­nie posta­no­wił się ode­zwać w sercu Achil­lesa? Całe życie cze­ka­łem, by zna­leźć na to pyta­nie odpo­wiedź, a teraz gdy od jej uzy­ska­nia dzielą mnie led­wie minuty, z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łego powodu… No, mam to w dupie.

Dzie­więć lat uciąż­li­wego, mozol­nego odzy­ski­wa­nia wspo­mnień sprzed bole­snego zmar­twych­wsta­nia. Dzie­więć lat bez­u­stan­nej wojny i pozo­wa­nia na herosa, nie mówiąc nawet o dzie­wię­ciu latach życia w nie­woli u bogów i Muzy. Tak, te dzie­więć lat wywarło na mnie silne piętno. Jeśli o mnie cho­dzi, rów­nie dobrze mógłby się na nie­bie poja­wić nagle B-52 i zrzu­cić na zwa­śnio­nych Gre­ków i Tro­jan bombę ato­mową. Pie­przyć tych wszyst­kich boha­te­rów i ich drew­niane rydwany.

Mimo szcze­rej nie­chęci zmie­rzam cięż­kim kro­kiem ku namio­towi Aga­mem­nona. W końcu to prze­cież moja praca, moje zada­nie. Gdy­bym tego spo­tka­nia nie prze­śle­dził i nie zło­żył raportu Muzie, stra­cił­bym posadę. Bogo­wie prze­mie­li­liby mnie z powro­tem w strzępki nitek DNA, z któ­rych mnie wskrze­sili, i to – jak się cza­sem ład­nie powiada – byłoby tyle.2. WZGÓRZA ARDIS, DWÓR ARDIS

2

Wzgó­rza Ardis, Dwór Ardis

Daeman zma­te­ria­li­zo­wał się w pobliżu domu Ady. Kilka razy zamru­gał z głup­ko­wa­tym wyra­zem twa­rzy, rażony pro­mie­niami czer­wo­nego słońca. Na nie­bie nie było ani jed­nej chmury. Blask zachodu pło­nął pomię­dzy wyso­kimi drze­wami na grani, roz­świe­tla­jąc oba wiru­jące z wolna na kobal­to­wym nie­bie pier­ście­nie B i R. Daeman poczuł się nieco zdez­o­rien­to­wany. Tutaj zapa­dał wie­czór, a drobną sekundę wcze­śniej, gdy fak­so­wał się z przy­ję­cia w Ułan­ba­cie – Tobi obcho­dził aku­rat swoją Drugą Dwu­dziestkę – było jesz­cze rano. Odkąd zło­żył Adzie ostat­nią wizytę minęło już wiele lat, a wyjąw­szy domy tych zna­jo­mych i przy­ja­ciół, któ­rych odwie­dzał naj­czę­ściej – Sed­mana w Paryżu, Ono w Bel­lin­ba­dzie, Risir na kli­fach Chomu, kilku innych osób – ni­gdy nie miał poję­cia na jakim kon­ty­nen­cie, tudzież o któ­rej godzi­nie wylą­duje. W grun­cie rze­czy to nie miało szcze­gól­nego zna­cze­nia – chło­pak i tak nie znał nazw ani roz­kładu kon­ty­nen­tów, a jesz­cze mniej­sze poję­cie miał o geo­gra­fii i spra­wach takich jak kon­cep­cja stref cza­so­wych.

Dez­orien­ta­cja była jed­nak rze­czy­wi­sta. Uciekł mu cały dzień. A może wła­śnie jeden dzień zyskał? W każ­dym razie, powie­trze pach­niało tutaj ina­czej – było bar­dziej duszne, wil­gotne, dzi­kie.

Daeman rozej­rzał się. Stał pośrodku stan­dar­do­wej plat­formy fak­so­wej. Kon­struk­cja była typowa: z per­ma­be­to­no­wego okręgu ster­czały fiku­śne żela­zne słupki pod­trzy­mu­jące jak w ogro­do­wej altance kopułę z żół­tego krysz­tału. W samym cen­trum kręgu tkwił słup ozna­czony tra­dy­cyj­nym, lecz nie­zro­zu­mia­łym dla niego sym­bo­lem. Poza plat­formą, w całej doli­nie nie było widać żad­nej innej budowli. Tylko trawa, drzewa, szem­rzący w oddali stru­mień i krzy­żu­jące się na nie­bie pier­ście­nie, obra­ca­jące się powoli niczym obrę­cze gigan­tycz­nego żyro­skopu.

Wie­czór był cie­pły i bar­dziej wil­gotny niż w Ułan­ba­cie. Plat­formę zbu­do­wano w niecce łąki oto­czo­nej niskimi wznie­sie­niami. Dwa­dzie­ścia stóp dalej cze­kał mocno już sfa­ty­go­wany, dwu­oso­bowy, jed­no­ko­łowy kabrio­let. Tuż nad kozłem uno­sił się rów­nie wie­kowy ser­wi­tor, a pomię­dzy drew­nia­nymi dysz­lami stał samotny woj­niks. Daeman odwie­dził ostatni raz Ardis już ponad dzie­sięć lat temu, lecz w jed­nej chwili przy­po­mniał sobie wręcz bar­ba­rzyń­skie nie­wy­gody tutej­szego życia. Prze­cież to absurd – co trzeba mieć w gło­wie, żeby nie zbu­do­wać domu tuż przy fak­so­węźle?

– Daeman Uhr? – upew­nił się ser­wi­tor, mimo że prze­cież musiał znać toż­sa­mość gościa.

Daeman burk­nął coś w odpo­wie­dzi i wycią­gnął rękę, w któ­rej trzy­mał swój pod­nisz­czony nese­ser. Maleńki ser­wi­tor pod­le­ciał bli­żej, prze­jął bagaż wyście­ła­nymi mięk­kim mate­ria­łem chwy­ta­kami i zapa­ko­wał go do kry­tego płót­nem bagaż­nika. Chło­pak zajął miej­sce w kabrio­le­cie.

– Cze­kamy jesz­cze na kogoś?

– Przy­był pan jako ostatni z gości – odparł ser­wi­tor.

Z nikłym brzę­cze­niem wle­ciał z powro­tem na kozioł i roz­ka­zu­jąco cmok­nął. Woj­niks pode­rwał dyszle i ruszył bie­giem w kie­runku zacho­dzą­cego słońca. Jego rdze­wie­jące koń­czyny i koło kabrio­letu pra­wie nie wzbi­jały kurzu ze żwi­ro­wej drogi. Daeman roz­siadł się wygod­nie na obi­tym zie­loną skórą sie­dze­niu, wsparł dło­nie na główce laski i zaczął się roz­ko­szo­wać prze­jażdżką.

Nie przy­był do Ady po pro­stu w odwie­dziny. Poja­wił się tutaj, by ją uwieść. Tym wła­śnie zaj­mo­wał się naj­czę­ściej – uwo­dził młode kobiety. Aha, kolek­cjo­no­wał jesz­cze motyle. Fakt, że Ada miała około dwu­dzie­stu pię­ciu lat, a on dobi­jał powoli swo­jej Dru­giej Dwu­dziestki, zupeł­nie mu nie prze­szka­dzał. Podob­nie jak ten drugi fakt – Ada była jego kuzynką. Zaka­zu­jące kazi­rod­czych związ­ków tabu wyga­sło już dawno temu. Zresztą Daeman ni­gdy nawet nie sły­szał o dry­fie gene­tycz­nym. A gdyby sły­szał, pozo­sta­wiłby napra­wie­nie ewen­tu­al­nych szkód kon­ser­wa­torni. Kon­ser­wa­tor­nia potra­fiła wyle­czyć wszystko.

Dekadę temu chło­pak odwie­dził Dwór Ardis w ramach rodzin­nej wizyty – oraz po to, by uwieść kuzynkę Ady, Vir­gi­nię. Oczy­wi­ście wyłącz­nie dla zabi­cia nudy, gdyż Vir­gi­nia miała mniej wię­cej tyle uroku, co prze­ciętny woj­niks. Wtedy jed­nak, po raz pierw­szy w życiu, zoba­czył Adę nago. Prze­mie­rzał wła­śnie nie­koń­czące się kory­ta­rze dworu w poszu­ki­wa­niu oran­że­rii, gdzie miano podać śnia­da­nie. W pew­nej chwili zna­lazł się przy wej­ściu do pokoju dziew­czyny. Drzwi były uchy­lone, a za nimi widać było wyso­kie, lekko wypa­czone lustro. Szklana tafla uka­zy­wała odbi­cie Ady, obmy­wa­ją­cej się ze znu­dzoną miną gąbką w mied­nicy. O kuzynce Daemana dało się powie­dzieć wiele, lecz nie to, by prze­sad­nie dbała o higienę – potwier­dził to odkry­cie póź­niej. Nie­mniej ten obraz – uroda mło­dej kobiety wyklu­wa­ją­cej się wła­śnie z poczwarki wieku dziew­czę­cego – pochło­nął go bez reszty. Jego, męż­czy­znę nie­wiele wów­czas star­szego niż Ada była obec­nie.

Zresztą nawet wów­czas, gdy jej bio­dra i uda wciąż zdra­dzały dzie­cięce krą­gło­ści, a piersi były zale­d­wie goto­wymi do roz­kwit­nię­cia pącz­kami, Ada sta­no­wiła widok, dla któ­rego warto było przy­sta­nąć. Była blada – jej skóra nie tra­ciła jasnego per­ga­mi­no­wego odcie­nia, bez względu na to, jak długo dziew­czyna prze­by­wała na słońcu – a szare oczy, mali­nowe usta i kru­czo­czarne włosy skła­dały się na całość żyw­cem wyjętą z marzeń domo­ro­słego miło­śnika ero­tyki. W myśl zale­ceń ówcze­snej mody kobiety powinny golić pachy, lecz ani młoda Ada, ani – Daeman miał na to nie­kła­maną nadzieję – jej bar­dziej doro­słe wcie­le­nie nie przy­kła­dały do tego nakazu wagi więk­szej, niż do pozo­sta­łych kul­tu­ro­wych naka­zów. W tym wspo­mnie­niu wize­runku z lustra – które niczym motyl zostało sta­ran­nie prze­bite szpilką, zamknięte za szkłem i zawie­szone w gale­rii pamięci Daemana – zasty­gło wciąż dziew­częce, lecz już zmy­słowe ciało, cięż­kie i jasne piersi, śmie­tan­kowa cera, uważne spoj­rze­nie oraz ogólne wra­że­nie bla­do­ści, pod­kre­ślo­nej czte­rema plam­kami czar­nych wło­sów – wijący się znak zapy­ta­nia na gło­wie (zwy­kle nosiła niesta­ran­nie upiętą fry­zurę, chyba że wła­śnie się bawiła, co zaj­mo­wało jej więk­szość czasu), prze­cinki pod pachami i dwa ide­al­nie ukształ­to­wane wykrzyk­niki – wciąż nie­prze­mie­nione przez czas i doj­rze­wa­nie w trój­kąt – pro­wa­dzące pro­sto w cień mię­dzy udami.

Na usta sie­dzą­cego w kabrio­le­cie Daemana wypły­nął uśmiech. Nie miał poję­cia, z jakiego powodu Ada zapro­siła go po tylu latach na swoje uro­dziny – lub uro­dziny osoby, któ­rej dwu­dziestkę mieli obcho­dzić – był jed­nak pewien, że zanim powróci do swej zwy­kłej rze­czy­wi­sto­ści ban­kie­tów, dłu­gich wizyt u przy­ja­ciół i prze­lot­nych roman­sów ze świa­to­wymi kobie­tami, uwie­dzie i tę dziew­czynę.

Woj­niks cią­gnął pojazd bez wysiłku. Mimo że truch­tał żwawo, nie było sły­chać niczego poza chrzę­stem żwiru pod jego odnó­żami i nikłym szme­rem sta­rze­ją­cych się żyro­sko­pów kabrio­letu. W doli­nie kła­dły się już pierw­sze cie­nie, lecz wąska, wio­dąca na prze­łęcz droga wciąż była oświe­tlona ostat­nimi prze­bły­skami dnia. Na grzbie­cie mignęło im słońce, a zaraz potem zje­chali w szer­szą dolinę, gdzie po obu stro­nach cią­gnęły się łany jakie­goś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego, niskiego zboża. Nad polami szy­bo­wały rol­ni­cze ser­wi­tory. Sko­ja­rzyły się Daema­nowi z lewi­tu­ją­cymi pił­kami do kry­kieta.

Dotych­czas pro­wa­dząca na zachód droga odbiła na połu­dnie – z per­spek­tywy chło­paka w lewo. Kry­tym, drew­nia­nym mostem prze­cięli rzekę, po czym wspięli się na bar­dziej strome wzgó­rze i wje­chali do sta­rego lasu. Mgli­ście przy­po­mi­nał sobie, że dzie­sięć lat temu – tego samego dnia, gdy ujrzał w lustrze nagą Adę – łowił tutaj motyle. Zła­pał wtedy rzadką odmianę rusałki żałob­nika i roz­kosz tej chwili zlała się w jego pamięci z emo­cjami, jakich doświad­czył, patrząc na blade ciało i czarne włosy dziew­czyny. Przy­po­mniał sobie spoj­rze­nie, jakim obrzu­ciła go oglą­dana w zwier­cia­dle Ada, kiedy na moment prze­rwała mycie. Żad­nego zain­te­re­so­wa­nia. Nie była zła ani zado­wo­lona. Nie­skromna, lecz nie­na­chalna. W zasa­dzie bez­na­miętna. Posłała dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niemu Daema­nowi, który zamarł z pożą­da­nia na kory­ta­rzu, takie samo spoj­rze­nie, jakim on obda­rzał chwy­tane przez sie­bie motyle.

Kabrio­let zbli­żał się do Dworu Ardis. Pod wie­ko­wymi dębami, wią­zami i jesio­nami pano­wał mrok, lecz wzdłuż drogi roz­sta­wiono żółte latar­nie. Głę­biej w pier­wot­nym lesie maja­czyły podobne róż­no­ko­lo­rowe szlaki, wyzna­cza­jące zapewne trasy do innych miejsc.

Woj­niks wypro­wa­dził ich wresz­cie spo­mię­dzy drzew i oczom Daemana uka­zał się wie­czorny pej­zaż: jaśnie­jący na szczy­cie wznie­sie­nia Dwór Ardis; wysy­pane bia­łym żwi­rem ścieżki i drogi łączące dom Ady z innymi ośrod­kami; sze­roka, zie­lona murawa, cią­gnąca się spod samej rezy­den­cji przez ponad ćwierć mili, aż do gra­nicy kolej­nego lasu. Jesz­cze dalej pobły­sku­jąca rzeka, w wodzie odbi­jały się pro­myki umie­ra­ją­cego na nie­bie słońca. Za prze­łę­czą na połu­dnio­wym zacho­dzie widać było odle­głe, rów­nie gęsto zale­sione wzgó­rza – czarne teraz, stę­sk­nione za świa­tłem – a za nimi jesz­cze następne wznie­sie­nia, sta­pia­jące się z mrocz­nymi chmu­rami na hory­zon­cie.

Daeman zady­go­tał na całym ciele. Na śmierć zapo­mniał, że dom Ady znaj­duje się w pobliżu zamiesz­ka­nych przez dino­zaury lasów. Przy­po­mniał sobie strach, jaki ogar­nął go przy poprzed­niej wizy­cie, mimo że Vir­gi­nia i Vanessa oraz wszy­scy pozo­stali zapew­niali, że tereny łowiec­kie naprawdę groź­nych gadów znaj­dują się ponad pięć­set mil dalej. Wszy­scy z wyjąt­kiem pięt­na­sto­let­niej Ady, która obda­rzyła go wyra­cho­wa­nym, lekko roz­ba­wio­nym spoj­rze­niem, które – jak się nie­ba­wem prze­ko­nał – było jej sztan­da­ro­wym wyra­zem twa­rzy. Potem, by w ogóle zechciał się prze­spa­ce­ro­wać po lesie, musieli go kusić, suge­ru­jąc spo­tka­nia z moty­lami. Teraz – co nagle stało się jasne – będą potrze­bo­wać sil­niej­szych argu­men­tów. Ow­szem, zda­wał sobie sprawę, że w towa­rzy­stwie ser­wi­to­rów i woj­nik­sów jest cał­ko­wi­cie bez­pieczny, ale nie miał naj­mniej­szej ochoty dać się pożreć wymar­łym gadom i ock­nąć w kon­ser­wa­torni ze wspo­mnie­niem tak kom­pro­mi­tu­ją­cego końca.

Roz­ło­ży­sty wiąz, rosnący na nachy­lo­nym ku posia­dło­ści stoku został upstrzony dzie­siąt­kami latarni; wzdłuż okrą­głego pod­jazdu i bia­łych, żwi­ro­wych ście­żek w ogro­dzie stały pochod­nie. Woj­niksy trzy­mały wartę przy wyty­cza­ją­cych gra­nice rezy­den­cji żywo­pło­tach i na skraju mrocz­nego lasu. Nie­opo­dal wiązu Daeman zauwa­żył długi stół – migo­tliwa poświata falu­ją­cych w wie­czor­nym wie­trze pło­my­ków odbi­jała się w zasta­wie – kil­koro gości szy­ko­wało się już do ban­kietu. Chło­pak spo­strzegł rów­nież z zado­wo­le­niem – w głębi ducha był sno­bem – iż więk­szość zebra­nych męż­czyzn jest odziana w zie­mi­stej barwy bur­nusy, peł­niące tu rolę wie­czo­ro­wych płasz­czy. W krę­gach wpły­wo­wej socjety, w jakich zwy­kle się obra­cał, moda na ten ubiór prze­mi­nęła już kilka mie­sięcy temu.

Kabrio­let prze­to­czył się po okrą­głym pod­jeź­dzie pro­sto pod główne wrota dworu i zatrzy­mał w sno­pie żół­tego świa­tła pada­ją­cego z otwar­tych drzwi. Woj­niks opu­ścił drew­niane dyszle na zie­mię tak deli­kat­nie, że Daeman nawet nie wyczuł, kiedy zetknęły się z zie­mią. Ser­wi­tor oble­ciał pojazd, by wziąć bagaż, a gość wysiadł i z przy­jem­no­ścią poczuł pod sto­pami stały grunt. Wciąż lekko krę­ciło mu się w gło­wie – przy­pa­dłość nie­uchronna po każ­dym fak­so­wa­niu.

Z dworu wypa­dła mu na powi­ta­nie Ada. Daeman zatrzy­mał się w pół kroku i dość głu­pio uśmiech­nął. Dziew­czyna oka­zała się nie tylko pięk­niej­sza niż zapa­mię­tał; takiej urody nie ocze­ki­wał w naj­śmiel­szych snach.3. RÓWNINA ILIONU

3

Rów­nina Ilionu

Przy­wódcy Gre­ków gro­ma­dzą się kar­nie przed namio­tem Aga­mem­nona, zbiera się też tłum zacie­ka­wio­nych gapiów. Spór pomię­dzy kró­lem i Achil­le­sem już w tej chwili nabiera tem­pe­ra­tury.

Powi­nie­nem był wcze­śniej wspo­mnieć, że przed przy­by­ciem na miej­sce mor­fo­wa­łem w Biasa – ale nie tego pylij­skiego dowódcę, który służy w armii Nestora, lecz w kapi­tana pod­da­nego roz­ka­zom Mene­steusa. Ów nie­szczę­sny Ateń­czyk zapadł na tyfus i – acz­kol­wiek prze­żyje i weź­mie udział w walce, poja­wia­jąc się w księ­dze trzy­na­stej – rzadko opusz­cza swój namiot, roz­bity kawa­łek dalej na plaży. Jako ofi­cera ota­cza go aura posłu­chu, wystar­cza­jąca, by przy­pad­kowi świad­ko­wie roz­stą­pili się przede mną i umoż­li­wili dostęp do głów­nego kręgu. Nikt jed­nak nie spo­dziewa się, że w trak­cie nie­uchron­nie zbli­ża­ją­cej się kłótni Bias zabie­rze głos.

Spóź­ni­łem się hanieb­nie na więk­szą część dra­ma­tycz­nej sceny, kiedy to Kal­chas, syn Testora, „pierw­szy w swym urzę­dzie”, wyja­wił Acha­jom rze­czy­wi­ste przy­czyny gniewu Apolla. Jeden ze sto­ją­cych obok dowód­ców szepce do mnie, że Kal­chas, zanim prze­mó­wił, zażą­dał nie­ty­kal­no­ści – popro­sił Achil­lesa o ochronę, na wypa­dek gdyby tłu­mowi bądź któ­re­muś z wodzów nie przy­pa­dły do gustu jego słowa. Achil­les wyra­ził zgodę. Kal­chas wtedy powie­dział to, co połowa z nich podej­rze­wała skry­cie już wcze­śniej: Chry­zes, kapłan Apolla, bła­gał o zwrot porwa­nej córki, a zde­cy­do­wana odmowa Aga­mem­nona dotknęła boga do żywego.

Przed­sta­wiona przez Kal­chasa wer­sja wypad­ków mocno Aga­mem­nona roz­gnie­wała.

– Dosłow­nie łajno mu z ust popły­nęło – szepce kapi­tan, zano­sząc się śmie­chem, w któ­rym czuć woń wina. Ten ofi­cer, o ile się nie mylę, ma na imię Orus i zosta­nie za kilka tygo­dni zgła­dzony przez Hek­tora, gdy tro­jań­ski heros już na dobre zacznie masa­kro­wać Acha­jów.

Orus opo­wiada mi, że led­wie kilka minut wcze­śniej Aga­mem­non zgo­dził się oddać tę wła­śnie nie­wol­nicę, dziew­czynę imie­niem Chry­ze­ida.

– Posia­da­nie tej branki bar­dzo jest mi miłe i byłaby w mym domu pocie­chą jedyną, więk­szą niż Kli­taj­me­stra! – wykrzyk­nął Atryda i zaraz potem zażą­dał rekom­pen­saty w postaci innej, rów­nie cie­szą­cej oko nie­wol­nicy.

Wedle rela­cji z tru­dem trzy­ma­ją­cego pion Orusa, Achil­les odpo­wie­dział, woła­jąc, iż Aga­mem­non jest „łakomcą” i „człe­kiem bez­wstyd­nego czoła”, po czym dodał, że Argi­wo­wie – to kolejne po Acha­jach, Dana­jach i tym podob­nych prze­zwi­sko prze­klę­tych grec­kich najeźdź­ców – w obec­nej sytu­acji nie są w sta­nie prze­ka­zać sza­cow­nemu wodzowi dodat­ko­wych zdo­by­czy. Być może pew­nego dnia, o ile losy wojny obrócą się na ich korzyść – obie­cał mężo­bójca Achil­les – król otrzyma swoją wyma­rzoną dziew­czynę. Tym­cza­sem przy­ka­zał Aga­mem­nonowi zwró­cić Chry­ze­idę jej ojcu i zamknąć gębę.

– W tym momen­cie król Aga­mem­non Atryda wylał z ust nie tylko łajno, ale i stado sra­ją­cych nim kóz – mówi, śmie­jąc się, Orus. Rechoce na tyle gło­śno, że sto­jący dokoła dowódcy zaczęli obra­cać ku nam spoj­rze­nia.

Przy­ta­kuję ski­nie­niem i odwra­cam się ku głów­nym akto­rom sceny. Aga­mem­non, jak zwy­kle, znaj­duje się w cen­trum uwagi. Atryda wygląda dokład­nie tak, jak powi­nien wyglą­dać naczelny wódz tego rodzaju armii – wysoki, z brodą poskrę­caną w kla­syczne loki, godne pół­boga czoło i prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie. Musku­larny, natarty oliwą, odziany w naj­lep­szy strój i zbroję. Naprze­ciwko niego, w samym środku kręgu stoi Achil­les. Sil­niej­szy, młod­szy i jesz­cze pięk­niej­szy niż Aga­mem­non. Achil­les bez mała wymyka się moż­li­wo­ściom kro­ni­kar­skiego pióra. Gdy ujrza­łem go po raz pierw­szy – ponad dzie­więć lat temu, przy oka­zji wspo­mnia­nego kata­logu okrę­tów – stwier­dzi­łem, że jest to naj­bar­dziej boski z boskich ludzi, jacy kie­dy­kol­wiek kro­czyli po tej ziemi, tak bar­dzo wydał mi się wład­czy i impo­nu­jący. Od tam­tej pory zmą­drza­łem i dosze­dłem do wnio­sku, że Achil­les – mimo swej urody i siły – jest czło­wie­kiem względ­nie głu­pim – ot, taki bar­dziej przy­stojny Arnold Schwa­rze­neg­ger.

Wokół obu adwer­sa­rzy zwarł się krąg boha­te­rów, o któ­rych opo­wia­da­łem stu­den­tom przez całe swoje poprzed­nie życie. Oglą­da­jąc ich na wła­sne oczy, ani razu nie poczu­łem zawodu. Bli­sko Aga­mem­nona, lecz w oczy­wi­sty spo­sób nie w jego stron­nic­twie, trzyma się Ody­se­usz – o całą głowę niż­szy od króla, lecz obda­rzony szer­szą pier­sią, poru­sza­jący się wśród wład­ców Gre­cji niczym byk mię­dzy kro­wami. Raz po raz rzuca spoj­rze­nia zdra­dza­jące nie­by­wałą inte­li­gen­cję i spryt, które uwi­dacz­niają się rów­nież w pokry­wa­ją­cych doj­rzałe obli­cze zmarszcz­kach. Ni­gdy z Ody­sem nie roz­ma­wia­łem, lecz tęsk­nię za tym spo­tka­niem i mam nadzieję, że nastąpi jesz­cze przed koń­cem wojny, zanim podej­mie swą słynną wędrówkę.

Po pra­wicy Aga­mem­nona mamy Mene­la­osa, jego młod­szego brata i męża Heleny. Myślę, że doro­bił­bym się obrzy­dli­wych bogactw, gdy­bym dosta­wał choć dolara za każ­dym razem, kiedy sły­sza­łem, jak Acha­jo­wie szep­tali mię­dzy sobą, że gdyby tylko Mene­laos był spraw­niej­szym kochan­kiem – lub „miał więk­szego kutasa” jak trzy lata wstecz deli­kat­nie ujął to w roz­mo­wie z przy­ja­cie­lem Dio­me­des – Helena nie zbie­głaby z Pary­sem do Ilionu, a herosi naj­dal­szych grec­kich archi­pe­la­gów nie musie­liby tra­wić dzie­wię­ciu lat na tym prze­klę­tym oblę­że­niu. Miej­sce po lewej stro­nie władcy zaj­muje Ore­stes – nie ten roz­piesz­czony kró­lew­ski syna­lek, który pew­nego dnia pomści zabi­tego ojca i dochra­pie się wła­snego dra­matu, lecz lojalny włócz­nik, któ­rego czeka śmierć z ręki rzeź­nika Hek­tora już pod­czas naj­bliż­szego odważ­niej­szego wypadu Tro­jan.

Tuż za ple­cami Aga­mem­nona stoi Eury­ba­tes, herold monar­chy – tej postaci rów­nież nie należy mylić z Eury­ba­tesem, herol­dem Ody­se­usza. Ramię w ramię z nim widzę pto­le­me­uszo­wego syna, Eury­me­dona. Przy­stoj­niak, woź­nica rydwanu Aga­mem­nona – nie ten o wiele mniej pięk­no­licy Eury­me­don, który pro­wa­dzi wóz Nestora. (Tak, mnie rów­nież zda­rza się żało­wać, że zamiast wszyst­kich tych patro­ni­mi­ków i przy­dom­ków greccy herosi nie noszą nor­mal­nych nazwisk).

Ponadto w ota­cza­ją­cym Atrydę pół­kręgu sta­nęli dzi­siej­szego wie­czoru Ajak­so­wie – Wielki i Mały. Przy­wódcy armii przy­by­łych z Sala­miny i Lokrydy. Aku­rat ich nikt i ni­gdy ze sobą nie pomyli – chyba że z powodu imie­nia – ponie­waż Ajaks Wielki posturą przy­po­mina bram­ka­rza hoke­jo­wej dru­żyny, pod­czas gdy Ajaks Mały koja­rzy się raczej z kie­szon­kow­cem. Eury­alus, trzeci co do waż­no­ści wojow­nik z Argo­lidy stoi przy boku swego pana, Ste­ne­losa, męż­czy­zny z wargą znie­kształ­coną do tego stop­nia, że nie jest w sta­nie wymó­wić wła­snego imie­nia. Towa­rzy­szy nam rów­nież szczery i uczciwy Dio­me­des, naj­wyż­szy dowódca argo­lidz­kiego kon­tyn­gentu. Dzi­siaj nie wygląda na zado­wo­lo­nego. Stoi ze sple­cio­nymi na piersi rękoma, wzrok wle­pia w zie­mię. Stary Nestor – mówiący „wyra­zami słod­szymi od miodu” – zna­lazł się w pobliżu połowy ludz­kiego kręgu i wydaje się jesz­cze mniej szczę­śliwy niż Dio­me­des, zwłasz­cza gdy widzi, że Aga­mem­non i Achil­les spie­rają się coraz bar­dziej zaja­dle.

Jeżeli sprawy poto­czą się zgod­nie z opo­wie­ścią Homera, Nestor już za kilka minut wygłosi swoją sła­wetną mowę, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc zawsty­dzić naraz Aga­mem­nona i roz­wście­czo­nego Achil­lesa i nakło­nić ich, by podali sobie ręce, zanim na wewnętrz­nych swa­rach sko­rzy­stają wro­dzy Tro­ja­nie. Przy­znaję, że mam ochotę tego prze­mó­wie­nia wysłu­chać, choćby ze względu na zawarte w nim odnie­sie­nie do sto­czo­nej wieki temu wojny z cen­tau­rami. Cen­taury inte­re­sują mnie od zawsze, a Homer każe Nesto­rowi opo­wia­dać o nich bar­dzo rze­czowo i kon­kret­nie. Na kar­tach „Iliady” poja­wiają się wzmianki o dwóch tylko gatun­kach mitycz­nych stwo­rzeń. Jed­nym z nich są chi­mery, dru­gim wła­śnie cen­taury. Cze­kam więc na ten frag­ment w napię­ciu, trzy­ma­jąc się cały czas na ubo­czu, poza zasię­giem wzroku Nestora. Uni­kam go, ponie­waż Bias – czło­wiek, w któ­rego mor­fo­wa­łem – jest jed­nym z pod­wład­nych starca i wolał­bym unik­nąć roz­mowy. W tej chwili jed­nak nic podob­nego mi nie grozi – uwaga Nestora i wszyst­kich pozo­sta­łych sku­piona jest na wymia­nie ostrych słów i kro­pe­lek śliny, jaka wciąż trwa mię­dzy Aga­mem­no­nem i Achil­le­sem.

W pobliżu Nestora zebrała się grupa ludzi, któ­rzy nie opo­wie­dzieli się wyraź­nie po stro­nie jed­nego z adwer­sa­rzy. Są to: Mene­steus (który za kilka tygo­dni, o ile wyda­rze­nia poto­czą się zgod­nie z tek­stem, zosta­nie zgła­dzony przez Parysa), Eume­lus (dowo­dzący Tes­sal­czy­kami z Feraju), Polik­sy­nus (jeden z wodzów Epej­czy­ków), jego przy­ja­ciel Tal­pius, prze­wo­dzący Etol­czy­kom Toas, Leon­teus i Poli­po­etes w cha­rak­te­ry­stycz­nych stro­jach z Argiwy, a także Machaon ze swoim bra­tem Poda­li­rio­sem oraz kil­koma tesal­skimi ofi­ce­rami, któ­rzy trzy­mają się nieco z tyłu. Jest rów­nież umi­ło­wany przy­ja­ciel Ody­se­usza Leu­kus (prze­zna­cze­nie ska­zało go na śmierć z ręki Anti­pusa, która nastąpi już za kilka dni) i wielu innych, któ­rych przez lata zdą­ży­łem bar­dzo dobrze poznać. Zresztą nie tylko z wyglądu. Pamię­tam rów­nież brzmie­nie ich gło­sów, roz­po­znaję oso­bi­ste style walki, spo­soby tocze­nia spo­rów i zwy­czaje towa­rzy­szące skła­da­niu ofiar bogom. Jeśli jesz­cze o tym nie wspo­mnia­łem, trzeba wam wie­dzieć, iż sta­ro­żytni Grecy nie robią niczego na pół gwizdka – kiedy już się za coś zabie­rają, wyko­nują zada­nie, przy­kła­da­jąc do niego wszyst­kie swe siły i talenty i pono­sząc przy tym, jak napi­sał pewien dwu­dzie­sto­wieczny uczony, „pełne ryzyko porażki”.

Naprze­ciw Aga­mem­nona, po pra­wicy Achil­lesa, stoi Patro­klos – naj­bliż­szy przy­ja­ciel mężo­bójcy, któ­rego śmierć – zamor­duje go Hek­tor – spro­wo­kuje praw­dziwy gniew Achil­lesa i naj­krwaw­szą rzeź w histo­rii wojen. Obok niego widzę Tle­po­le­mosa, pięk­nego syna mitycz­nego herosa Hera­klesa, który zbiegł z domu po zamor­do­wa­niu wuja ojca i nie­długo pole­gnie powa­lony przez Sar­pe­dona. Mię­dzy Tle­po­le­mo­sem, a Patro­klosem usta­wił się stary Foj­niks (druh i dawny nauczy­ciel Achil­lesa), szep­czący coś do Orsy­cho­lusa, syna Dio­klesa, który swoją drogą zosta­nie nie­ba­wem uśmier­cony przez Ene­asza. Po lewicy wście­kłego Achil­lesa zauwa­żam Ido­me­neusa – ten, według poematu, wcale nie był w aż tak zaży­łych sto­sun­kach z mężo­bójcą, jak poka­zała rze­czy­wi­stość.

Oczy­wi­ście w kręgu naj­waż­niej­szych boha­te­rów jest znacz­nie wię­cej osób. Nie­zli­czone rze­sze hero­sów stoją też za moimi ple­cami, ale naj­waż­niej­sze, byście wie­dzieli, że tutaj nikt nie pozo­staje ano­ni­mowy, ani w epo­sie Homera, ani w rze­czy­wi­sto­ści roz­gry­wa­ją­cej się tutaj, na rów­ni­nie pod Ilio­nem. Każ­dego z wojow­ni­ków okre­śla imię ojca, prze­szłość, posia­dane zie­mie, żony, dzieci i stan zamoż­no­ści. Nikomu nie zapo­mina się tego wszyst­kiego ani na moment, nawet w trak­cie starć, zarówno zbroj­nych, jak i czy­sto reto­rycz­nych. Taka mno­gość infor­ma­cji do zapa­mię­ta­nia wykoń­czy­łaby nie­jed­nego naukowca.

– Wiem, bogom podobny Achil­le­sie, że jesteś wiecz­nym oszu­stem! Oszu­ku­jesz, gra­jąc w kości, posłu­gu­jesz się kłam­stwem na polu walki i w miło­ści, a teraz pró­bu­jesz zwieść i mnie! – wydziera się Aga­mem­non. – Ale nie, ze mną ci się to nie powie­dzie. Mnie w ten spo­sób nie oma­misz! Masz piękną nie­wol­nicę Bry­ze­idę, rów­nie uro­dziwą jak moja Chry­ze­ida. Chcesz zacho­wać swój łup, a mnie puścić z gołymi rękami?! Nie­do­cze­ka­nie twoje. Wolał­bym prze­ka­zać dowo­dze­nie naszą armią sto­ją­cemu tu Ajak­sowi… lub Ido­me­neu­sowi… albo chy­tremu Ody­sowi… bądź nawet tobie, Achil­le­sie… ow­szem, nawet tobie!… niż zostać w tak per­fidny spo­sób wystrych­nię­tym na dudka.

– Zatem uczyń to bez zwłoki – rzuca wzgar­dli­wie syn Peleusa. – Naj­wyż­szy już czas, by popro­wa­dził nas praw­dziwy przy­wódca.

Obli­cze Aga­mem­nona oblewa się pur­purą.

– Dobrze. Idź, zepchnij czarny okręt na fale. Obsadź go wio­śla­rzami i wypeł­nij darami dla bogów… Odbierz mi Chry­ze­idę, jeśliś tak śmiały… lecz ty sam będziesz musiał zło­żyć ofiarę, Achil­le­sie, zabójco mężów. I wiedz, że ja w zamian odbiorę ci inny łup, zabiorę śliczną Bry­ze­idę.

Przy­stojną twarz Achil­lesa wykrzy­wia gniew.

– Bez­wstyd­niku! Brak wstydu jest twą zbroją, a chci­wość ci płasz­czem, ty tchó­rzu o psim pysku!

Aga­mem­non pod­cho­dzi do prze­ciw­nika o krok bli­żej, wypusz­cza z dłoni berło i chwyta za ręko­jeść mie­cza.

Achil­les odpo­wiada iden­tycz­nym kro­kiem naprzód i podob­nie jak król kła­dzie rękę na broni.

– Tro­ja­nie ni­gdy nie wyrzą­dzili nam szkody, Aga­mem­no­nie, za to ty ow­szem. To nie włócz­nicy z Ilionu spro­wa­dzili nas na te brzegi, lecz twa zachłan­ność. Wal­czymy w two­jej spra­wie, ty gigan­tyczna beko wstydu. Przy­pły­nę­li­śmy tutaj za tobą, byś mógł odzy­skać honor, ty i brat twój, Mene­laos, mąż, który nawet wła­snej żony nie potra­fił utrzy­mać w sypialni…

Po tych sło­wach do przodu wyrywa się Mene­laos. On rów­nież łapie za miecz. Wodzo­wie i ich ludzie prze­cho­dzą na stronę to jed­nego, to dru­giego boha­tera i krąg się roz­pada, dzieli na trzy obozy – zwo­len­ni­ków Aga­mem­nona, tych, któ­rzy chcą wal­czyć u boku Achil­lesa, i osób neu­tral­nych, zebra­nych w pobliżu Odysa i Nestora. Ci ostatni spra­wiają wra­że­nie na tyle znie­sma­czo­nych, że chęt­nie zasie­kliby obu pie­nia­czy.

– Odpły­wamy! Zabie­ram swo­ich ludzi! – woła Achil­les. – Wra­camy do Ftyi. Lepiej zato­nąć w pustym statku pły­ną­cym do domu po porażce, niż zostać tutaj i tra­cić god­ność, napeł­nia­jąc kie­lich Atry­dzie i mno­żąc prze­zna­czone mu łupy.

– Wybor­nie, ucie­kaj­cie! – wrzesz­czy Aga­mem­non. – Dezer­te­ruj­cie! Nie będę wam prze­szka­dzać. Ni­gdy nie usły­szysz, bym cię pro­sił, żebyś został i dla mnie wal­czył. Jesteś wiel­kim wojow­ni­kiem, Achil­le­sie, lecz cóż z tego? Tę zdol­ność otrzy­ma­łeś od bogów, nie jest twoją zasługą. Tak kochasz bitwy, krew i szlach­to­wa­nie wro­gów? Zbierz swych czo­ło­bit­nych Myr­mi­do­nów i odejdź! – wypluwa z sie­bie władca.

Achil­les dosłow­nie dygoce ze zło­ści. Wyraź­nie widać, że czuje się roz­darty pomię­dzy ochotą, by odwró­cić się na pię­cie, zwo­łać swe oddziały i na zawsze odpły­nąć spod Ilionu, oraz prze­możną pokusą, by dobyć mie­cza i roz­pła­tać Aga­mem­no­nowi brzuch niczym ofiar­nej owcy.

– Wiedz jed­nak, Achil­le­sie – cią­gnie król, któ­rego wrza­ski prze­cho­dzą w strasz­liwy szept, dosko­nale sły­szalny przez każ­dego z setek zebra­nych męż­czyzn – że bez względu na to, czy zosta­niesz, czy odej­dziesz, zre­zy­gnuję ze swo­jej Chry­ze­idy, jako że wymaga tego ode mnie sam bóg, sam Apollo. W zamian jed­nak zatrzy­mam twoją Bry­ze­idę i wtedy wszy­scy się dowie­dzą o ile zna­mie­nit­szym męż­czyzną jest Aga­mem­non od tego gbu­ro­wa­tego chłystka, Achil­lesa!

W tym momen­cie Achil­les traci nad sobą resztki pano­wa­nia i dobywa mie­cza. W tym punk­cie „Iliada” musia­łaby się zakoń­czyć – śmier­cią Aga­mem­nona, Achil­lesa lub ich obu – a Acha­jo­wie musie­liby roz­pły­nąć się do domów, Hek­tor dożyłby w spo­koju sędzi­wej sta­ro­ści, a wspa­niały Ilion trwałby przez tysiąc lat i być może rzu­cił wyzwa­nie Rzy­mowi, lecz w tym samym mgnie­niu za ple­cami Achil­lesa poja­wia się Atena.

Widzę ją. Achil­les zata­cza się i odwraca wykrzy­wioną obu­rze­niem twarz. Natu­ral­nie rów­nież ją dostrzega. Nikt inny jed­nak bogini nie zauważa. Nie rozu­miem zasad, na jakich opiera się tech­no­lo­gia masku­jąca, ale działa rów­nie sku­tecz­nie, kiedy posłu­guję się nią ja i gdy do jej pomocy ucie­kają się Olim­pij­czycy.

W tej chwili dzi­wić może nie tylko nie­wi­dzial­ność Ateny – uświa­da­miam to sobie natych­miast. Bogo­wie ponow­nie zatrzy­mali czas. To ich ulu­biona sztuczka, dzięki któ­rej mogą bez­piecz­nie i pota­jem­nie roz­ma­wiać ze swymi ludz­kimi pupil­kami. Lubią ten efekt, choć nie widuję go czę­sto. Zasty­gły otwarte usta Aga­mem­nona – dro­binki śliny wiszą nie­ru­chomo w powie­trzu – nie dobywa się z nich żaden dźwięk, nie drga szczęka, nie poru­sza się nawet jeden mię­sień, nie mru­gają powieki ciem­nych oczu. To samo spo­tkało wszyst­kich zebra­nych. Zamarli, stoją jak urze­czeni lub zacza­ro­wani, zamro­żeni w cza­sie. Szy­bu­jąca mewa zatrzy­mała się nad nami w locie. Fale zawi­sają wygięte ku plaży, nie opa­dają na brzeg. Powie­trze stało się gęste jak syrop i więź­niemy w nim wszy­scy, niczym owady w sty­gną­cym bursz­ty­nie. W tym wszech­świe­cie bez­ru­chu poru­szają się wyłącz­nie Pal­las Atena, Achil­les i – choć tylko po to, by się lekko nachy­lić i lepiej ich sły­szeć – ja sam.

Dłoń wojow­nika wciąż spo­czywa na ręko­je­ści mie­cza – wysu­nię­tego już do połowy z fine­zyj­nie zdo­bio­nej pochwy – lecz Atena chwyta go za pukle dłu­gich wło­sów, obraca gwał­tow­nie przo­dem do sie­bie i Achil­les nie waży się w tej chwili wycią­gnąć broni na dobre. Ozna­cza­łoby to sprze­ci­wie­nie się boskiej woli.

Oczy herosa na­dal jed­nak płoną – raczej sza­leń­stwem niż zdro­wym ogniem – i Achil­les wykrzy­kuje w tę gęstą jak melasa ciszę, która zawsze zapada, gdy czas ustaje w biegu.

– Dla­czego, córo Zeusa?! Do dia­ska, dla­czego wła­śnie w tej chwili? Dla­czego przy­by­wasz do mnie teraz, o bogini? Czy chcesz napa­wać się wido­kiem poni­że­nia, jakiego doznaję od Aga­mem­nona?

– Ustąp! – rzuca Atena.

Jeżeli ni­gdy nie widzie­li­ście olim­pij­skiego boga na wła­sne oczy, mogę wam jedy­nie powie­dzieć, że są nad­na­tu­ral­nie wysocy – dosłow­nie. Atena, na przy­kład, ma przy­naj­mniej dwa metry dzie­sięć wzro­stu. Są przy tym ude­rza­jąco piękni. Domy­ślam się, że to zasługa nano­tech­no­lo­gii i labo­ra­to­riów gene­tycz­nych. W postaci Ateny zbie­gają się kobieca uroda, boski auto­ry­tet i czy­sta, niczym nie­ska­żona aura wła­dzy, o inten­syw­no­ści, jakiej nawet nie prze­czu­wa­łem, zanim przy­wró­cono mnie do ist­nie­nia w cie­niu Olimpu.

Dłoń bogini nie odrywa się od pukli Achil­lesa. Atena odciąga mu głowę, zmu­sza do odwró­ce­nia wzroku od znie­ru­cho­mia­łego Aga­mem­nona i jego sług.

– Ni­gdy mu nie ustą­pię! – krzy­czy wojow­nik. Nawet w tym zasty­głym powie­trzu, które tłumi i spo­wal­nia wszyst­kie dźwięki, w tonie mężo­bójcy sły­chać siłę. – Ten wieprz, król od sied­miu bole­ści, zapłaci za swą aro­gan­cję życiem!

– Ustąp – powta­rza Atena. – Hera, bogini o mar­mu­ro­wych ramio­nach, przy­słała mnie tu z nieba, bym uśmie­rzyła twój gniew. Ustąp.

W obłędne spoj­rze­nie Achil­lesa wkrada się cień zwąt­pie­nia. Hera, żona Zeusa, jest naj­po­tęż­niej­szą spo­śród olim­pij­skich sojusz­ni­ków Acha­jów, a także oso­bi­stą patronką Achil­lesa.

– W tej chwili połóż kres waśni – roz­ka­zuje bogini. – Wypuść miecz z dłoni, Achil­le­sie. Prze­klnij Aga­mem­nona, jeśli musisz, lecz nie zabi­jaj go. Wypeł­nij nasz roz­kaz, a złożę ci obiet­nicę… Wysłu­chaj nas teraz, a pew­nego dnia twa znie­waga zosta­nie wyna­gro­dzona świe­tli­stymi darami po trzy­kroć wię­cej war­tymi niż ta chwila. Jeżeli postą­pisz nam wbrew, umrzesz. Okaż Herze i mnie posłu­szeń­stwo, Achil­le­sie, a otrzy­masz sowitą nagrodę. Wiem, że tak się sta­nie, gdyż znam prze­zna­cze­nie bogów i ludzi.

Achil­les paskud­nie się krzywi, uwal­nia szarp­nię­ciem włosy i posęp­nieje, lecz miecz wędruje z powro­tem do pochwy. Czuję się tak, jak­bym obser­wo­wał jedyne dwie żywe istoty w parku peł­nym posą­gów.

– Nie mogę sprze­ci­wić się wam obu, moja bogini – odzywa się heros. – Czło­wiek winien ugiąć kark przed boską wolą, nawet jeśli gniew kale­czy mu serce. Lecz słuszne i uczciwe jest rów­nież, gdy bogo­wie wysłu­chują modlitw chy­lą­cego przed nimi głowę męża.

Kąciki oczu Ateny drgają i deli­katny uśmie­szek prze­myka przez jej obli­cze, po czym bogini znika – tekuje się z powro­tem na Olimp, a czas zaczyna pły­nąć nor­mal­nym tem­pem.

Aga­mem­non koń­czy swoją wście­kłą połajnkę.

Achil­les, z mie­czem u boku, wkra­cza na śro­dek kręgu.

– Ty wiecz­nie pijana beko na wino! – woła mężo­bójca. – Czło­wieku o psich oczach i sercu łani. Przy­wódco, któ­ryś ni­gdy nie popro­wa­dził nas do walki, ani nie szy­ko­wa­łeś zasa­dzek z naj­lep­szymi pośród Acha­jów. Ty, któ­remu zbra­kło odwagi, by złu­pić Ilion, więc rabu­jesz namioty wła­snych żoł­nie­rzy. Królu, który włada jedy­nie naj­po­dlej­szymi dur­niami, wysłu­chaj mej obiet­nicy, mej uświę­co­nej przy­sięgi… – Setki ota­cza­ją­cych mnie ludzi jak jeden mąż wstrzy­mują oddech. Są bar­dziej wstrzą­śnięci zapo­wie­dzią nie­zwy­kłego przy­rze­cze­nia, niż gdyby Achil­les po pro­stu zakłuł Aga­mem­nona jak kun­dla. – Przy­się­gam ci, że pew­nego dnia syno­wie Achai gorzko zatę­sk­nią za Achil­lesem! – woła mężo­bójca, tak gło­śno, że wojow­nicy gra­jący w kości w namio­tach odda­lo­nych nawet o sto metrów zamie­rają, by wysłu­chać do końca. – Wszy­scy, cała twoja armia! Lecz wów­czas, Atrydo, zapła­czesz w głębi ducha, gdyż nic już was nie ocali, nikt nie ura­tuje przed pała­ją­cym żądzą mordu Hek­to­rem, który zetnie was jak żni­wiarz kosi łany psze­nicy. I tego samego dnia z roz­pa­czy wydrzesz sobie serce z piersi i zjesz je, wyrzu­ca­jąc sobie, że tak bar­dzo upo­ko­rzy­łeś naj­lep­szego pośród Acha­jów.

To powie­dziaw­szy, Achil­les odwraca się na swej sła­wet­nej pię­cie i wycho­dzi z kręgu. Roz­lega się chrzęst kro­ków na przy­brzeż­nym żwi­rze w mroku mię­dzy namio­tami. I trzeba mu oddać jedno…

Ten męż­czy­zna potrafi koń­czyć z roz­ma­chem.

Król splata ręce na piersi i kręci głową. Roz­le­gają się roz­mowy, pod­no­szą się poru­szone głosy. Nestor wystę­puje naprzód, by wygło­sić swoją mowę o „spól­nej spra­wie”, woj­nie pod­czas któ­rej zjed­no­czeni Grecy „cen­tau­rom dumne starli karki”. Wyła­puję pewną roz­bież­ność. U Homera, pod­czas prze­mó­wie­nia Nestora, Achil­les wciąż się jesz­cze wścieka. Mój aka­de­micki umysł scho­lia­sty skrzęt­nie ten fakt odno­to­wuje, lecz myśli sku­piam już na czymś bar­dzo, ale to bar­dzo odmien­nym.

To wła­śnie w tej chwili, gdy przy­po­mi­nam sobie zabój­cze spoj­rze­nie, jakie Achil­les rzu­cił Ate­nie, zanim bogini szarp­nęła go za włosy i zmu­siła do posłu­chu, kieł­kuje we mnie plan tak śmiały, tak jaw­nie ska­zany na porażkę, samo­bój­czy i cudowny zara­zem, że na moment tracę dech w piersi.

– Aby dobrze się czu­jesz, Bia­sie? – pyta sto­jący obok Orus.

Zasko­czył mnie. Skon­ster­no­wany, przez mgnie­nie oka nie potra­fię sobie przy­po­mnieć kim jest on, oraz kim wła­ści­wie jest ów Bias. Zapo­mnia­łem o postaci, pod którą się pod­szy­łem. Kręcę głową i opusz­czam krąg, prze­ci­ska­jąc się przez tłum sła­wet­nych mor­der­ców.

Żwir chrzę­ści pod moimi sto­pami, lecz nie sły­chać tego hero­icz­nego echa, jakie towa­rzy­szyło odcho­dzą­cemu Achil­le­sowi. Kie­ruję się nad wodę i gdy tylko wycho­dzę poza zasięg spoj­rzeń, porzu­cam kształt Biasa. Gdyby kto­kol­wiek mnie w tej chwili zoba­czył, ujrzałby Tho­masa Hoc­ken­berry’ego, męż­czy­znę w śred­nim wieku, w oku­la­rach, zgar­bio­nego pod nie­do­rzecz­nie cięż­kim rynsz­tun­kiem achaj­skiego włócz­nika. Mor­fu­jąca bran­so­leta i bojowy pan­cerz scho­lia­sty nikną pod war­stwami wełny i futra.

Ocean jest ciemny. Ciemny jak czer­wone wino – ubar­wiam w myślach, lecz w ogóle mnie to nie bawi.

Czuję – wcale nie po raz pierw­szy – prze­możną ochotę, by sko­rzy­stać z masko­wa­nia i lewi­ta­cyj­nej uprzęży i odle­cieć stąd – po raz ostatni poszy­bo­wać nad Ilio­nem. W świe­tle pochodni przyj­rzeć się jesz­cze ska­za­nym przez los miesz­kań­com mia­sta, po czym odfru­nąć na połu­dniowy zachód. Prze­mie­rzyć ciemne jak czer­wone wino morze – Egej­skie – i dole­cieć do wciąż nie­grec­kich wysp i kon­ty­nentu. Mógł­bym spraw­dzić co sły­chać u Kli­taj­me­stry i Pene­lopy, u Tele­ma­cha i Ore­stesa. Dok­tor Tho­mas Hoc­ken­berry, zarówno za młodu, jak i doro­sły, zawsze znacz­nie lepiej doga­dy­wał się z kobie­tami i dziećmi niż z doj­rza­łymi męż­czy­znami.

Kło­pot w tym, że proto-grec­kie damy i ich pocie­chy są znacz­nie bar­dziej krwio­żer­cze i poryw­cze niż wszy­scy doj­rzali męż­czyźni, któ­rych dok­tor Hoc­ken­berry poznał w swym poprzed­nim, zupeł­nie bez­kr­wa­wym życiu.

Zatem dale­kie loty mogę spo­koj­nie odło­żyć na póź­niej. W zasa­dzie lepiej zupeł­nie o nich zapo­mnieć.

Fale przy­bi­jają do brzegu. Jedna za drugą. Swoj­ski, nie­zmienny rytm uspo­kaja.

Zro­bię to. Pod­ję­ciu decy­zji towa­rzy­szą emo­cje podobne lata­niu – nie, nie lata­niu, lecz eks­cy­ta­cji w tej krót­kiej chwili nie­waż­ko­ści, jakiej doznaje czło­wiek rzu­ca­jący się w prze­paść. Już wiem, że o powro­cie na stały grunt nie ma mowy. Runę lub poszy­buję.

Zro­bię to.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: