Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Lato złamanych zasad - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
22 czerwca 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
39,99

Lato złamanych zasad - ebook

Bestseller „New York Timesa” inspirowany piosenkami Taylor Swift!

To będzie lato flirtu, zabawy i spełnionych marzeń.

To będzie moje lato. Lato złamanych zasad.

Po tragicznej śmierci siostry Meredith odsunęła się od rodziny i przyjaciół. Półtora roku później pragnie odzyskać stracony czas. Coroczny rodzinny zjazd połączony z weselem kuzynki wydają się idealną okazją do odnowienia zerwanych więzi. Jedną z tradycji jest Gra w Zabójcę, Meredith postanawia wziąć w niej udział, aby uczcić pamięć siostry. Zawiera sojusz z jednym z drużbów, który może by zapewnić sobie zwycięstwo w rywalizacji. W miarę upływu czasu, Meredith zdaje sobie sprawę, że mury, którymi się otoczyła, zaczynają się rozpadać…

Czy wakacyjne szaleństwa sprawią, by w jej życie znowu wkroczyła miłość?

K.L. Walther - urodziła się i wychowała na wzgórzach hrabstwa Bucks w Pensylwanii. Dzieciństwo spędziła, podróżując po północno-wschodnim wybrzeżu Stanów, aby grać w hokeja na lodzie. Uczęszczała do szkoły z internatem w New Jersey i studiowała na University of Virginia.

Uwielbia leżeć z książką na plaży i oglądać komedie romantyczne, podjadając popcorn i M&M’sy z ogromnej miski.

Kategoria: Dla dzieci
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8135-784-5
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Nikt nie zamówił frytek. Trzy miski kremowego chowdera z małżami, owszem, ale bez porcji najlepszych, najbardziej uzależniających frytek na całym półwyspie Cape Cod.

– Coś jeszcze? – spytał kelner, zupełnie jakby przeczuwał, że czegoś w naszym zamówieniu brakuje. A może wiedział. Może jakimś cudem nas rozpoznał, w końcu lunch w Quicks Hole był częścią naszej rodzinnej tradycji, ostatnim przystankiem przed końcowym etapem podróży. Już tylko godzina płynięcia promem dzieliła nas od wyspy Martha’s Vineyard.

Zauważyłam, jak moi rodzice wymieniają ukradkowe spojrzenia. Coś jeszcze? Po tylu latach nie potrzebowaliśmy karty dań, znaliśmy ją na pamięć. Zamówienia mieliśmy wyryte głęboko w pamięci. I w żadnym z nich nie było frytek.

A to dlatego, że to Claire je dla nas zamawiała. „Największą porcję, jaką macie! – mówiła zawsze. – Umieramy z głodu!”

Uświadomiłam sobie, że od teraz to moje zadanie.

– Właściwie to tak – odezwałam się, czując ścisk w gardle. – Poprosimy frytki. Z oliwą truflową.

– Doskonały wybór. – Kelner skinął głową i ruszył w kierunku kuchni.

Siedzieliśmy we trójkę w milczeniu, jak na szpilkach. Rozpaczliwie staraliśmy się nie patrzeć na czwarte miejsce przy stole. Podświadomie czy nie, mama nagle zawiesiła torebkę na oparciu krzesła, żeby nie wyglądało tak pusto. Zupełnie jakby osoba, która tam siedziała, wyszła tylko na chwilę do toalety i zaraz miała wrócić.

Piętnaście minut później dostaliśmy nasze jedzenie: trzy miski pełne parującego specjału z Nowej Anglii i wielki talerz posypanych pietruszką i parmezanem frytek. Tata sięgnął po butelkę z piwem, podczas gdy ja przyprawiałam swoją porcję zupy pięcioma kroplami tabasco.

– Za Sarah i Michaela – wzniósł toast. – Niech nadchodzący tydzień będzie niezapomniany.

– Za Sarah i Michaela – powtórzyłyśmy z mamą zgodnie, podnosząc kieliszki.

Stuknęło szkło.

– I za nasz wielki _comeback_ – dodał tata i pocałował mamę w policzek. – Zbyt długo nas tu nie było.

Dwa lata, mówiąc dokładniej. Nasza rodzina spędzała każde wakacje na Martha’s Vineyard, jeszcze zanim się urodziłam – od ponad osiemnastu lat. Oprócz ostatniego lata, które spędziliśmy schowani w naszym domu, na północ od Nowego Jorku. Znów zerknęłam na puste krzesło.

„Tak – pomyślałam. – Zbyt długo nas tu nie było”.

A potem zamieszałam łyżką zupę, patrząc, jak czerwone smugi sosu wirują, żeby w końcu zniknąć. Zastanawiałam się, czy cokolwiek się zmieniło od momentu, kiedy ostatni raz byliśmy na wyspie.

*

Jeśli chodzi o samą przeprawę promem, ewidentnie nie zmieniło się nic. Lipcowe słońce świeciło wysoko na niebie, a ludzie tłoczyli się, jakby czekali w kolejce na koncert stulecia. Auta, auta i jeszcze więcej aut, wszystkie stojące w numerowanych rzędach jedno za drugim, w kolejce na promy. Kiedy razem z rodzicami przeciskaliśmy się między samochodami, zaplotłam swoje włosy w kolorze miodu w luźny warkocz. Najpierw minęliśmy jeepy w najróżniejszych kolorach, głównie takie bez dachu, część nawet bez drzwi. W ich głośnikach pulsowała muzyka. Potem przyszła kolej na rząd volvo z kajakami przymocowanymi do dachów, a następnie srebrne range rovery, których rowerowe bagażniki sprawiały, że wyglądały jeszcze masywniej. Przechodząc, podsłuchałam awanturującego się dzieciaka, któremu zirytowana matka powtarzała po raz kolejny, że nie dostanie już więcej chipsów. Kolejka niezmotoryzowanych pasażerów stanowiła szaloną mieszankę studentów, rodzin, psów, rowerów, walizek na kółkach i doświadczonych życiem starszych par, które ze stoickim spokojem chłonęły otaczający je chaos.

Kiedy dotarliśmy wreszcie do naszego forda raptora, Loki oddychał ciężko, wystawiając głowę przez okno.

– Dasz mu trochę wody, Meredith? – poprosiła mnie mama, kiedy wszyscy usiedliśmy na swoich miejscach.

Nie odpowiedziałam, tylko złapałam swoją butelkę i ścisnęłam tak, żeby nasz jack russell terrier mógł ugasić pragnienie. Pił ją zupełnie jak człowiek – to sztuczka, której nauczyła go Claire, kiedy był jeszcze szczeniakiem. „Będzie jak znalazł na spacery – tłumaczyła – nie będziemy musieli zabierać dla niego miski”.

Wkrótce potem rozpoczął się załadunek promu The Island Home, który miał wyruszyć o czternastej.

– Czekajcie, otwórzcie dach! – zawołałam do rodziców, kiedy jeden z członków załogi dał nam znak gestem ręki i tata lekko nacisnął gaz. Czułam, że mocniej bije mi serce.

To też była nasza tradycja, moja i Claire. Jedna z tych, których nie chciałam zapomnieć: wychylałyśmy się przez szyberdach, wiwatowałyśmy i machałyśmy do ludzi wokół jak jakieś celebrytki w limuzynie. Zazwyczaj ludzie też do nas machali, szczególnie faceci z jeepów. „Ale laska!” – krzyczało paru z nich podczas naszego ostatniego wyjazdu. Claire miała wtedy siedemnaście lat, ja szesnaście.

„Sorry, jest zajęta!” – odkrzykiwała wtedy moja siostra, bo zakładała, że to mnie mieli na myśli. Zawsze stawiała siebie na drugim miejscu, a ja nigdy nie rozumiałam dlaczego. Była śliczna, wysoka i wysportowana. Miała kasztanowe loki i fantastyczną kolekcję okularów. Nie mogła nosić soczewek, więc zgromadziła całkiem pokaźny, eklektyczny zbiór oprawek, od retro po nowoczesne. Tamtego dnia miała na sobie te przezroczyste, w których szkła były kwadratowe.

Jedynym łączącym nas elementem wyglądu były nasze zielone oczy. Ja mam jasne włosy i ciemne brwi („imponujące” zdaniem większości ludzi) i jestem o ponad dziesięć centymetrów niższa, niż była Claire. „Małpka Meredith” – tak mnie nazywała po tym, jak przed laty przyłapała mnie na wspinaniu się na półki w spiżarni.

Teraz, kiedy wjeżdżaliśmy na rampę, już nie wiwatowałam (za to goście z jeepów jak najbardziej). Zamiast tego zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Uwielbiałam zapach morskiego powietrza. Tak bardzo mi go brakowało! Całą rodziną często żartowaliśmy, że powinniśmy nałapać go do butelek, żeby potem podtrzymywał nas przy życiu w czasie siarczystych nowojorskich mrozów.

Rodzice rozpięli pasy, kiedy tylko tata zaparkował. Loki zaszczekał i przeskoczył nad skrzynią biegów prosto na kolana mamy, która roześmiała się i przypięła smycz do jego zielonej obroży.

– To chyba sygnał dla nas – powiedziała. – Ruszamy na górę.

„Na górę”, czyli na górny pokład promu. Oczywiście można było zostać w samochodzie, było też mnóstwo miejsc do siedzenia w środku, na dolnym pokładzie. Ale dla nas nic nie mogło się równać z wiatrem we włosach i widokiem wyspy w oddali.

– Dla mnie bomba… – stwierdziłam nieuważnie, bo coś przykuło mój wzrok. Mój telefon, który trzymałam w stojaku na napoje, zaczął świecić i wibrować. Zerknęłam na niego z obrzydzeniem, bo na wyświetlaczu pojawił się napis: BEN FLETCHER.

Poczułam ucisk w żołądku. Ben do mnie napisał.

– Idźcie na razie beze mnie – usłyszałam swój głos, wpatrując się w ekran, trochę rozmazany, bo moje oczy wypełniły się łzami. – Zaraz dojdę.

Nie przeczytałam wiadomości od Bena, dopóki tata nie wręczył mi kluczyków i razem z mamą i Lokim wszedł po schodach na górę. Dopiero wtedy odblokowałam telefon. Jak podróż?

Tylko tyle. Żadnego „cześć”, żadnego „przepraszam”, żadnego „zmieniłem zdanie”.

Nie to, żebym tego chciała, no ale…

„Jak podróż?”

Serio? Tylko tyle?

„Nie odpisuj, nie odpisuj” – podpowiadał głos w mojej głowie, ale oczywiście zignorowałam go.

Jesteśmy już na promie.

Ok, kumam. A ile trwa przeprawa?

– Godzinę – wymamrotałam pod nosem.

Mówiłam mu to jakieś sto razy. Byłam taka podekscytowana, kiedy w kwietniu dostałam swoje zaproszenie. PANNA MEREDITH FOX – wypisano srebrnymi literami na jasnoniebieskiej kopercie.

– Tu jest zaznaczone, że mogę przyjść z osobą towarzyszącą – powiedziałam Benowi niewiele później, kiedy wtuleni w siebie oglądaliśmy Netflixa. – Będziesz moją osobą towarzyszącą?

– Twoją osobą towarzyszącą? – powtórzył z szerokim uśmiechem. – No jasne, że tak! – I się pocałowaliśmy.

Teraz, na promie, nawet nie próbowałam powstrzymywać łez. Gdyby tylko tamta Meredith mogła mnie w tym momencie zobaczyć, mazgającą się w drodze na ślub Sarah, nie tylko bez osoby towarzyszącej, ale w ogóle bez chłopaka. Bo oto po czterech latach razem Ben i ja się rozstaliśmy.

A dokładniej, to on ze mną zerwał. W zeszłym miesiącu, zupełnie z zaskoczenia, na jego imprezie z okazji ukończenia liceum. W jednej chwili tańczyliśmy razem do jakiejś kompletnie odjechanej playlisty, którą ułożył jego tata, a w kolejnej Ben wziął mnie na stronę i zaczął mówić coś o tym, że „było nam świetnie razem”, ale „może lepiej, żebyśmy zostali przyjaciółmi”, bo „wiadomo, jak to bywa ze związkami na odległość…”.

– Ale przecież mieliśmy to ustalone – przerwałam mu wtedy. – Rozmawialiśmy o tym, nie pamiętasz? – pytałam, trzymając się kurczowo jego silnego ramienia. Aż kręciło mi się w głowie. – Że przynajmniej spróbujemy.

Jesienią Ben zaczynał studia na Uniwersytecie Karoliny Południowej. Ja z kolei zostawałam na miejscu, miałam iść do Hamilton College. Mój tata pracował tam jako trener piłki nożnej, a ja chciałam być blisko domu.

– Pamiętasz? – naciskałam. Ale on nic nie odpowiedział. – Ben, proszę, nie rób tego! – Chwyciłam go za ramię jeszcze mocniej. Nie mogłam opanować drżenia głosu. – Proszę, potrzebuję cię. Wiesz przecież, jak bardzo cię potrzebuję. Po tym wszystkim…

– Wiem, wiem… – Ben przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Zazwyczaj dawało mi to cudowne poczucie bezpieczeństwa, ale tym razem odebrałam to tak, jakby próbował mnie w ten sposób uciszyć. – Słuchaj, Mer, to nie tak, że cię nie kocham… – wyszeptał, na co ja opadłam ciężko na jego pierś i rozbeczałam się na dobre. Bicie jego serca zagłuszało większość słów i sprawiło, że zmieniłam się w jedną wielką kałużę łez. Dopiero ostatnie zdanie sprawiło, że wyprostowałam się gwałtownie. – Oczywiście nadal mogę pojechać z tobą na wesele. Jeśli chcesz.

– Co takiego? – Zrobiłam krok w tył. Wieczorny chłód sprawił, że drżałam na całym ciele. – Jako moja osoba towarzysząca?

– Jasne – odpowiedział, ściskając moje ramię. – Nic się w tej kwestii nie zmienia. – Uśmiechnął się lekko i wyrecytował swoją staromodną formułkę. Wiedział, że ją ubóstwiam: – Wciąż uwielbiam, jak wspierasz się na moim ramieniu.

Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, co mu odpowiedziałam, ale nasza rozmowa z całą pewnością zakończyła się moim rozpaczliwym sprintem na niebotycznie wysokich koturnach. Inna rzecz, że po drodze zatrzymała mnie policja za przekroczenie prędkości albo jechanie zygzakiem. Przez łzy płynące mi po policzkach ledwo byłam w stanie wydusić z siebie cokolwiek, więc posterunkowy Woodley ograniczył się do pouczenia (oraz na wszelki wypadek eskortował mnie aż do domu).

Z promowych głośników rozległ się piskliwy sygnał. „Pora ruszać”, pomyślałam, ale wtedy właśnie telefon w mojej dłoni zawibrował po raz kolejny. Trzecia wiadomość od Bena: Mer, naprawdę pojechałbym z tobą na to wesele, gdybyś tylko chciała.

Poczułam na twarzy uderzenie gorąca i zanim się zorientowałam, już dzwoniłam do Bena.

Odebrał niemal natychmiast.

– Hej…

– Nie chciałam, żebyś przyjeżdżał – przerwałam mu, z trudem hamując łzy. – Chciałam być tutaj ze swoim chłopakiem. Chłopakiem, a nie jakimś gównianym eksem!

Cisza.

– Mer… – Ben westchnął.

Rozłączyłam się i otarłam łzy. Musiałam koniecznie zaczerpnąć świeżego powietrza. Syrena rozległa się akurat w momencie, w którym położyłam dłoń na klamce. Problem w tym, że prom był zapełniony do granic możliwości i auta stały tak blisko siebie, że nie byłabym w stanie otworzyć drzwi bez uderzenia w pojazd obok. „Szyberdach”, zorientowałam się. Wciąż był otwarty. Starałam się nie myśleć o tym, że pół promu słyszało, jak wydzieram się na Bena. Twarz miałam opuchniętą od płaczu, więc sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych i wsunęłam je na nos. Włożyłam do kompletu czapkę bejsbolówkę taty i wygramoliłam się z samochodu. Uśmiechnęłam się lekko.

Bułka z masłem.

I wtedy nastąpiła katastrofa.

Zamiast zeskoczyć na ziemię, chwyciłam się jednej z barierek bagażnika dachowego… tylko że nie upewniłam się wcześniej, czy w wąskiej alejce między autami jest pusto. Po prostu bujnęłam się i zeskoczyłam. No i trafiłam w coś stopą.

A nawet nie w coś, tylko w kogoś.

– Uch, o rany – wystękał kompletnie zdezorientowany chłopak. Skulił się cały, a ręce bezwiednie powędrowały w miejsce, w które go kopnęłam. Jakoś w okolice nosa. – Auć!

– Przepraszam! – wyrzuciłam z siebie. – Bardzo, bardzo przepraszam!

– Okej, okej – wydukał. – Yyy, wszystko spoko.

Ale zanim zdążył się wyprostować, żeby przyjrzeć się osobie, która go zaatakowała, mnie już nie było. Popędziłam w kierunku schodów i wbiegłam na górny pokład, skacząc co drugi stopień.

*

Naszym oczom ukazała się wyspa i wtedy mama objęła mnie ramieniem. Dzień był przepiękny, ani jednej chmurki na niebie. Żadnej mgły, która spowijałaby latarnię morską East Chop albo łodzie zacumowane w przystani Vineyard’s Haven.

– Co za powitanie! – zachwycił się tata, a ja nagle poczułam łzy w oczach, bo pomyślałam o Claire.

Część mnie była tak cholernie szczęśliwa, że tu wracamy, ale inna marzyła tylko o tym, żeby prom zawrócił i żebym mogła wrócić do domu. Podróż na wyspę bez ukochanej siostry wydała mi się nagle czymś niewłaściwym. „Zbyt długo nas tu nie było” – stwierdził tata podczas lunchu, jednak teraz w głowie kołatało mi się pytanie: „Czy minęło już wystarczająco dużo czasu?”.

– Chciałabym, żeby była tu z nami Claire – szepnęłam do mamy.

– Jest – odszepnęła mama, ściskając mnie za ramiona. A potem wskazała na niebo. – To ona sprawia, że świeci słońce.

– Dla Sarah – powiedziałam.

– Nie. – Pokręciła głową. – Dla nas wszystkich.Rozdział 2

Moja kuzynka brała ślub. Sarah Jane Fox oraz Michael Phillipe Dupré mieli zawrzeć związek małżeński w sobotę szesnastego lipca o godzinie szesnastej w kościele Świętego Andrzeja w Edgartown. Po uroczystości goście zaproszeni byli na poczęstunek i tańce na Paqua Farm.

Paqua Farm, albo po prostu Farma, jak ją nazywaliśmy, należała do rodziny Foxów jeszcze przed pierwszą wojną światową. Obecnie nie była już farmą w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale po prostu wspaniałą przestrzenią o powierzchni dwustu pięćdziesięciu hektarów, rozciągającą się między Edgartown a Tisbury, z prywatną, szeroką na półtora kilometra plażą. Potrafiliśmy godzinami skakać w morskich falach, a później pławić się leniwie w którymś z licznych jezior i stawów. Ja i Claire najbardziej lubiłyśmy Paqua Pond.

Mocno przytuliłam do siebie wiercącego się Lokiego, kiedy tata przyspieszył na długiej na niemal pięć kilometrów piaszczystej drodze, zostawiając za nami tumany kurzu.

– Tato, wolniej – poprosiłam z tylnego siedzenia, ale on tylko uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony.

Teoretycznie maksymalna prędkość na tej drodze wynosiła czterdzieści kilometrów na godzinę, ale wszyscy uwielbiali naginać tę zasadę. „Pamiętasz, jak się ścigaliśmy, jak byliśmy młodzi? – zwykł zagadywać wujek Brad, klepiąc tatę po ramieniu. – Aleśmy fruwali!”

Kiedyś łamanie zasad było świetną zabawą. Teraz czułam ścisk w żołądku i pochyliłam się, żeby zobaczyć, jak szybko jedziemy. Ponad osiemdziesiąt na godzinę.

– Tato, proszę – powtórzyłam, tym razem ostrzej. Serce waliło mi jak szalone. – Zwolnij!

Mama położyła dłoń na jego ramieniu.

– Tom – zwróciła mu cicho uwagę.

Tata nacisnął hamulec i zwolnił do trzydziestki. Ścisk w żołądku minął. Niedługo potem dotarliśmy do rozjazdu, na którym od lat stał wiernie ten sam wysoki, drewniany drogowskaz. Widać było, że został świeżo odmalowany na biało – na bank ciocia Christine się do tego zabrała. Wskazywał drogę do każdego z letnich domków – na farmie było ich osiem, każdy inny. Jedne mniejsze, drugie większe, wszystkie proste, każdy ze swoją unikatową nazwą i charakterem. Większość weselnych gości zatrzymywała się właśnie tutaj, więc wszystkie domki zapełnione były do granic możliwości, jeśli nie bardziej – wujek Brad mówił mojemu tacie coś o jakichś namiotach.

Tata skręcił w lewo i już po kilku minutach pod kołami naszego forda raptora zachrzęścił żwir podjazdu prowadzącego do Ruderki. Właściwie nie był to podjazd – te miały pozostałe domy, a przy Ruderce było raczej miejsce parkingowe. Była to nieduża, parterowa chatka z cedrowego drewna, ze spadzistym dachem. Wszystkim wydawało się oczywiste, że na czas naszego pobytu na wyspie należy do nas. Zwykle zajmowaliśmy ją przez jakieś trzy tygodnie, a przez resztę lata zamieszkiwali ją bliżsi i dalsi krewni i przyjaciele. Na niewielkiej, podniszczonej werandzie stały dwa drewniane leżaki. Rozciągał się z niej widok na wielką łąkę upstrzoną żółtymi kwiatami. Wysoka trawa i karłowate drzewa wokół kołysały się na wietrze, a w oddali słychać było szum oceanu, uderzającego falami o brzeg.

„Nareszcie tu jesteśmy – pomyślałam i nagle zachciało mi się tańczyć. – Jesteśmy, jesteśmy, jesteśmy!”

Przez przezroczyste drzwi widać było salon, w którym zdartą dębową podłogę przykrywał pleciony dywan, a niewielka kanapa z wyblakłym obiciem w biało-zielone paski stała naprzeciwko telewizora, ustawionego między dwoma frontowymi oknami. Dwa regały były do granic możliwości zapchane książkami, a ściany pokryto zdjęciami, mnóstwem zdjęć, z których część była jeszcze czarno-biała. Przedstawiały dekady z życia rodziny Foxów i ich przyjaciół.

Ciasny korytarz prowadził z jednej strony do niewielkiej kuchni, a z drugiej do sypialni moich rodziców. Do pokoju mojego i Claire szło się na wprost. Było to malutkie pomieszczenie z piętrowym łóżkiem, niewiele większe od okrętowej kabiny. Claire notorycznie budziła mnie, kiedy wiercąc się przez sen, z rozmachem kopała w ścianę. „Sorry, Mer” – mamrotała wtedy półprzytomnie.

Przygryzłam wargę i pchnęłam drzwi naszego pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, nic się nie zmieniło. Błękitna komoda, nad którą wisiało lustro w zdobionej muszelkami ramie. Mapa Paquy, którą narysowałyśmy razem, kiedy byłyśmy młodsze. Po tylu latach zabaw w podchody i polowania znałyśmy całą Farmę jak własną kieszeń.

Obok piętrowego łóżka stał biały wiklinowy stolik nocny, dopasowany kolorem do naszych narzut. Claire miała lęk wysokości, więc zawsze sypiała na dole, a ja na górze. Drabinka rozwaliła się dawno temu, ale nie miałam najmniejszego problemu z wdrapywaniem się na swoje posłanie.

Rozpakowałam torbę i powiesiłam w szafie weselną sukienkę, schowaną bezpiecznie w pokrowcu. I wtedy usłyszałam, jak drzwi wejściowe otwierają się i ktoś woła:

– Hop, hop! Jest tu kto?

Rodzice byli na zewnątrz, wyciągali ostatnie rzeczy z bagażnika, więc odkrzyknęłam: „Halo, halo!”, i wpadłam do salonu… gdzie potknęłam się o dywan i prawie się wywaliłam. Serce mi zamarło, kiedy zobaczyłam w drzwiach Claire. Stała i uśmiechała się do mnie.

Ale nie… to nie była Claire.

Poczułam piekące łzy, kiedy moja kuzynka wypowiadała na głos moje imię. Może ja i Claire byłyśmy zupełnie niepodobne, za to ona i Sarah były niemal identyczne. Te same fale kasztanowych włosów, ta sama smukła sylwetka. Obydwie kochały chodzić boso i tak samo przechylały głowę na bok, kiedy się uśmiechały. Rozluźniłam się, dopiero kiedy zauważyłam prostą, różowo-zieloną sukienkę od Lilly Pulitzer i perłowe kolczyki. To była Sarah.

– Cześć – odezwałam się ciut drżącym głosem i podeszłam, by uściskać się z panną młodą.

Tak dawno jej nie widziałam, całe miesiące. Wujek Brad, ciocia Christine, Sarah i jej bracia mieszkali w Maryland i spędzali na wyspie każde lato, zawsze w domku, który nazywaliśmy Latarnią Morską. Ich rodzinna bożonarodzeniowa fotografia stanowiłaby idealną ilustrację hasła „wymuskany” w każdej encyklopedii.

Sarah miała obecnie dwadzieścia sześć lat, dwa lata temu skończyła studia na Uniwersytecie Tulane’a i pracowała dla nowoorleańskiego Stowarzyszenia Konserwatorów Zabytków.

– Co słychać? – zapytała, odsuwając mnie na długość ramienia i mierząc wzrokiem zza rogowych okularów.

Podobnie jak Claire uwielbiała oryginalne oprawki. Akurat te były moim zdaniem ciut przesadzone. Patrzyłam, jak poprawia je sobie na nosie, co z kolei zwróciło moją uwagę na jej bliznę, ciągnącą się wzdłuż linii włosów i potem w dół, przez prawą skroń. W dużej mierze prosta i cienka, jeśli nie liczyć małego zygzaka nad lewą brwią. Ślad po rozbitym szkle, pamiątka po tamtej okropnej nocy dwie zimy temu.

Zamrugałam.

– Jak się czujesz? – spytała jeszcze raz.

Wiedziałam, że chodzi jej o Bena. Nie było już Claire, której mogłabym wypłakać się w rękaw, więc tamtego ranka po imprezie zadzwoniłam właśnie do Sarah.

– Po-powiedział, że… że i tak… i tak może ze mną przyjechać – dukałam przez łzy. – Jeśli… tego… chcę.

– Zaraz, chwilka, że co? – dopytywała. – Co powiedział? Że z tobą zrywa, ale że nadal chce przyjechać z tobą na wesele?

– Mhm.

– O Chryste, Mer – westchnęła. – Tak mi przykro. Co za palant. Błagam, powiedz, że kazałaś mu spadać.

– Ale przecież napisałam, że przyjdę z osobą towarzyszącą – odparłam, powstrzymując atak czkawki. – Gdy odpowiadałam na zaproszenie. Potrzebuję osoby towarzyszącej.

– Nie, nie potrzebujesz – ucięła Sarah. – Absolutnie nie. Jedna niezjedzona porcja kurczaka, czy cokolwiek on tam wybrał do jedzenia, nie zrujnuje nam imprezy.

Uśmiechnęłam się lekko.

– No więc napisał dziś do mnie. A ja nawymyślałam mu od gównianych eksów – oznajmiłam, krzyżując ręce na piersi.

Sarah aż rozdziawiła usta.

– Nie zrobiłaś tego!

– A właśnie, że tak! – Teraz uśmiechałam się już szeroko. Nie wspomniałam, że ryczałam przez całą rozmowę.

– Tak jest! – Sarah odwzajemniła uśmiech. – Dajesz, Mer! Pokaż mu!

Jakbym dostała cios w brzuch.

„Pokaż mu”.

Claire uwielbiała ten tekst. „Słuchaj, wiem, że jestem mało obiektywna – powiedziała mi kiedyś – ale wydaje mi się, że powinnaś bardziej stawiać na swoim w relacji z Benem. – Wzruszyła ramionami. – Jeśli nie chcesz iść na imprezę, po prostu mu o tym powiedz. Pokaż mu”.

Powoli zaczynałam uświadamiać sobie, że zawsze chodziło tylko o Bena. Nasz związek był bardzo niesymetryczny. Nieustająco wszystko kręciło się wokół niego. Na moje potrzeby nie było miejsca.

Claire to dostrzegała, ale ja jej nie słuchałam. „Ona nie ma chłopaka, nigdy go nie miała – powtarzałam sobie i wkładałam dżinsy i obcisłe topy, nawijałam włosy na lokówkę i podkreślałam oczy eyelinerem. – Ona po prostu nic nie rozumie. Nie ma racji”.

– Sarah! – Do salonu wparowali moi rodzice. Z naszą czwórką w środku zrobiło się tu jeszcze ciaśniej. Nigdy nie zmieściło się tutaj więcej niż dziesięć osób. – Tak mi się właśnie wydawało, że słyszałam twój głos!

– Ciocia Liz! Wujek Tom! – Sarah uściskała ich oboje. – Witajcie!

– Wyglądasz przepięknie – powiedziała mama, a ja zauważyłam, że jej wzrok zatrzymał się na bliźnie na czole.

Serce mi się ścisnęło. Jakaś część mnie podejrzewała, że mama nie potrafiła dostrzec, jak ładnie zagoiła się ta rana, bo wciąż miała w pamięci tamte szwy. Schludne i równe, ale jednocześnie przerażające i przygnębiające. W przeciwieństwie do moich rodziców nie widziałam ich na żywo, tylko na zdjęciach… ale i tak było ich tak dużo. Martwiłam się, że ich widok będzie prześladował moją mamę do końca życia.

– Aż bije od ciebie blask szczęśliwej panny młodej.

Sarah się uśmiechnęła.

– Przyszłam tylko się przywitać – powiedziała, a potem dodała, zwracając się do taty: – Oraz zapewnić, że wychodek jest w pełni zaopatrzony.

– Papierem toaletowym marki Charmin? – upewnił się.

– Naturalnie – oznajmiła z pełną powagą.

A potem wszyscy zaczęliśmy chichotać. Jednym z wielu „uroków” Ruderki był fakt, że nie posiadała łazienki. Wszystkie domy na Farmie miały przydomowe prysznice na dworze – cudownie sprawdzały się po całym dniu na plaży – ale nasza chatka nie miała w ogóle łazienki. Żeby skorzystać z toalety, trzeba było wejść w las wąską ścieżką do wysokiego, drewnianego wychodka. Było to szczególnie koszmarne wyzwanie w środku nocy.

– No cóż… – Klasnęłam i zaczęłam wycofywać się w stronę wyjścia. Chciałam znowu usłyszeć śmiech mamy. – Skoro już o tym mowa, pozwólcie, że was na chwilę przeproszę…

*

Sarah poinformowała nas, że na wieczór, w ramach oficjalnego powitania wszystkich gości, zaplanowany jest grill. Kiedy tylko wyszła, ruszyłam do schowka i wyciągnęłam z niego jeden z rowerów, którym jeździliśmy na plażę. Podpompowałam koła i ruszyłam na szybkie zwiady. Na końcu drogi stał Pawilon, pokryty drewnianym sidingiem w rdzawym kolorze i przypominający wyglądem stary motel: był w kształcie litery „T”, a drzwi do każdego pokoju wychodziły na werandę. Zwolniłam odrobinę, kiedy zauważyłam kilka samochodów zaparkowanych byle jak wokół budynku, niektóre z pootwieranymi bagażnikami. Paru facetów siedziało wokół sporego paleniska przed domem. Drużbowie Michaela.

Dostrzegłam wśród nich pana młodego. Siedział z puszką piwa ustawioną na kolanie i opowiadał wszystkim jakąś historyjkę, energicznie przy tym gestykulując. Nawet z daleka nie sposób było nie zauważyć, jak cholernie przystojnym facetem jest Michael: sylwetka rugbisty, ciemnobrązowa skóra, czarne włosy, które Sarah uwielbiała przeczesywać palcami, i nienaganny południowy akcent. On i moja kuzynka poznali się na uniwerku, ale Michael mieszkał przez całe swoje życie w Nowym Orleanie. Jego rodzina miała kreolskie korzenie, francuskie i afrykańskie. Był zagorzałym fanem futbolu amerykańskiego i aktualnie pracował dla drużyny New Orleans Saints.

Michael też mnie zauważył i pomachał na powitanie. W tym samym momencie z Pawilonu wybiegł jakiś koleś.

– Dlaczego w zamrażarce nie ma więcej lodu? – spytał z pretensją, skupiając na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. – Z jego twarzą jest coraz gorzej, serio, masakra. Wygląda, jakby spędził kilka rund na ringu…

„No cóż, powodzenia, chłopaki”, pomyślałam tylko. Nie miałam zamiaru zostawać, postanowiłam, że pogadam z Michaelem wieczorem. Chwyciłam kierownicę i ruszyłam dalej. Przyspieszyłam trochę, żeby po chwili dać się ponieść prędkości, dopóki nie dotarłam do drogi prowadzącej prosto do Dużego Domu.

Duży Dom nie był wcale największy w Paqua, ale z pewnością najstarszy. Wiktoriańska farma z cedrowymi gontami i wyblakłymi zielonymi okiennicami była jedynym budynkiem, którego nie wynajmowano letnikom. A to dlatego, że Oczko i Złotko, czyli moi dziadkowie, mieszkali tam przez cały rok.

Teraz siedzieli razem na nieco podupadłej werandzie Dużego Domu. Złotko leniwie bujała się na hamaku, podczas gdy Oczko, opierając się o jeden ze słupów, wypatrywał mnie przez swoją staroświecką lornetkę. „To do obserwacji ptaków” – tłumaczył zawsze, ale ja wiedziałam, że dziadek po prostu lubi mieć oko na wszystko, co dzieje się na Farmie. Weranda Dużego Domu była idealnym punktem obserwacyjnym. Otaczała cały budynek, więc rzeczywiście można było z niej zobaczyć wszystko.

– Wypatrzyłeś coś fajnego? – zapytałam, opuszczając nóżkę roweru.

– Julia i Rachel właśnie przyjechały – odpowiedział Oczko, który nadal uważnie obserwował otoczenie. – Wygląda na to, że Ethan wpadł w histerię, a po Hannah widać, że uwielbia swoje zajęcia z baletu. Ma na sobie różowe tutu.

Wybuchłam śmiechem. Ciocia Julia była młodszą siostrą mojego taty. Ona i jej żona Rachel miały dwójkę dzieci: sześcioletniego Ethana i czteroletnią Hannah. Ciocia Rachel była w ciąży z trzecim dzieckiem, chłopcem, który miał się urodzić już całkiem niedługo, jakoś w następnym miesiącu.

– Chodź, słoneczko, siądź obok mnie – poprosiła Złotko i poklepała miejsce na hamaku obok siebie.

Kiedy już się tam umościłam, objęła mnie ramieniem, a ja poczułam znajomy zapach lawendy. Uważałam moją babcię za jedną z najpiękniejszych kobiet na całym świecie – miała długie białe włosy, niebieskie oczy, nosiła zwiewne lniane tuniki i masywne naszyjniki, które „dodawały koloru”. Babcia projektowała je i tworzyła samodzielnie. Były ogromnie popularne w sklepach z biżuterią na całej wyspie.

– Wygląda na to, że wszyscy już dotarli – poinformowałam. – Po drodze do was minęłam Michaela i jego ekipę, siedzieli przed Pawilonem.

Oczko odłożył swoją lornetkę.

– Tak, wiem. Wpadł do nas nie tak dawno, żeby uroczyście zapewnić nas, że nie zdemolują nam domku.

Złotko się roześmiała.

– Ależ ja uwielbiam tego chłopaczka.

Uśmiechnęłam się. Moja babcia miała ogromną słabość do Michaela i nie było to dla nikogo żadną tajemnicą.

– Gdzie zatrzymała się jego rodzina?

– Christine umieściła ich we Wrzosowym Domku – odpowiedział Oczko, wskazując na wzgórze w oddali. – Przecież wszystko jest rozpisane w Excelu – dodał z przekąsem. – Pomyślałby kto, że to jej wesele.

– Oj dobrze, już dobrze – łagodziła Złotko, przewracając oczami. – Daj jej spokój, Andrew. Sarah to jej jedyna córka. A wszyscy wiemy, jaka jest Christine.

Kiwnęłam tylko głową, bo przypomniałam sobie właśnie zaproszenie dopracowane do granic możliwości, z malutką latarnią morską wytłoczoną na kopercie – szczegół, który z pewnością był wymysłem cioci Christine.

– Może rzeczywiście troszkę przesadza – przyznała mama, kiedy pierwszy raz zobaczyła zaproszenie. – Ale nie można zaprzeczyć, że ma doskonały gust.

– Cóż, przynajmniej Sarah postawiła na swoim, jeśli chodzi o _dress code_ – powiedział Oczko. – Co to za pomysł, garniaki i krawaty w lipcu? – Pokręcił głową. – Zbyt wiele razy musiałem przez to przechodzić. To żadna zabawa.

– Mimo wszystko jestem pewna, że Michael w smokingu wyglądałby doskonale – rozmarzyła się Złotko.

– To może sama za niego wyjdź, Bea, co? – zagadał Oczko, jednocześnie puszczając do mnie oko.

Zachichotałam. To właśnie dlatego nazywaliśmy dziadka Oczkiem.

– Sarah wspominała też, że ma dla nas jakąś niespodziankę – wtrąciłam. – Kiedy była u nas w Ruderce, powiedziała, że mają z Michaelem coś do ogłoszenia.

Dziadkowie wymienili spojrzenia.

– Czyli wy już wiecie – odgadłam. – Już wiecie, o co chodzi.

– Być może – odpowiedział Oczko, nieznacznie unosząc kącik ust. – Być może już wiemy.

– Mówcie zaraz!

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Jęknęłam zawiedziona i schowałam twarz w rękawie Złotki. Sekundę później poczułam cmoknięcie na czubku głowy.

– Tak dobrze cię widzieć, Meredith – szepnęła. – Tak się cieszymy, że tu jesteś.

*

Na Farmę przyjeżdżało nie tylko mnóstwo mojego kuzynostwa, ale również wielu bliskich przyjaciół. Eli, Jake, Luli i Pravika byli właściwie jak rodzina. Kiedy przyszliśmy z rodzicami na grilla, wszyscy byli już w Latarni Morskiej. Siedzieli we czwórkę przy stole piknikowym pod wielkim dębem.

– O, jest i twoja ekipa – odezwała się mama i popchnęła mnie lekko w ich stronę.

Zawahałam się. Dwa lata – nie widziałam ich prawie dwa lata. Bez Claire wszystko będzie inaczej. Była najstarsza i nieoficjalnie uznawaliśmy ją za szefową.

– Meredith! – zawołała Pravika. – Meredith!

„No dobra, jedziemy z tym”, pomyślałam, widząc, jak pozostali odwracają głowy w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotykały. Poczułam, jak nagle ogarnia mnie zawstydzenie. Przez te długie miesiące byłam fatalną przyjaciółką. Praktycznie nie utrzymywałam z nimi kontaktu, sporadycznie odpowiadałam na wiadomości, telefony, snapy i zaproszenia do rozmów na FaceTimie.

Pravika dopadła mnie jako pierwsza i uściskała tak mocno, jakby miała zaraz zmiażdżyć mi płuca.

– Tak mi przykro, tak mi przykro, tak mi przykro – wyszeptała. – Kocham cię, kocham cię, kocham cię.

Natychmiast poczułam pieczenie w kącikach oczu.

– Ja też cię kocham – odszepnęłam.

– Pravika, daj dziewczynie oddychać – burknął Eli, ale kiedy tylko wypuściła mnie z objęć, sam podszedł się przytulić. – Tęskniłem.

– Ja za tobą też – odpowiedziałam. – Świetna fryzura – dodałam natychmiast. Odkąd widzieliśmy się ostatnim razem, zdążył zapuścić swoje jasnobrązowe loki, miał teraz włosy do ramion, zebrane dziś w coś na kształt koczka.

Zrobił krok wstecz i wyszczerzył się do mnie, dotykając swoich kosmyków.

– Dzięki.

– Uch, nie, protestuję. – Jake pokręcił głową. – Stary, naprawdę, musisz to zgolić.

– Po prostu mu zazdrościsz – wypaliła Luli do brata. – Bo sam coraz bardziej przypominasz księcia Williama.

Spojrzenia wszystkich przeniosły się natychmiast na głowę Jake’a. Wciąż jeszcze miał trochę włosów do mierzwienia, ale rzeczywiście wyraźnie się przerzedziły, odkąd widziałam go ostatnio. Wszyscy faceci w jego rodzinie szybko łysieli.

– No dobrze, Jake – postanowiłam zmienić temat. – Gdzie mój powitalny przytulas?

I potem została już tylko Luli. Podczas gdy Jake był spieczony na czerwono po godzinie spędzonej na plaży (i to pomimo kremu z filtrem), jego przybrana siostra, pochodząca z Ameryki Centralnej, opalała się na boski brąz, jakby była stworzona do życia nad morzem. Ona jedna nie wstała, żeby mnie uściskać.

– Dobrze cię widzieć, Meredith – powiedziała tylko.

– Ciebie też – odpowiedziałam, z trudem przełykając ślinę. Wróciłam myślami do tych wszystkich zignorowanych wiadomości. Jaka jest szansa, że ona też o nich teraz myślała?

Poczułam ścisk w żołądku.

Uznałam, że całkiem spora.

Po dłuższej chwili niezręcznej ciszy Pravika zasugerowała, żebyśmy coś zjedli. Sarah i Michael jeszcze się nie zjawili, natomiast już teraz do grilla ustawiła się długa kolejka członków rodziny, druhen, drużb i pozostałych gości. Ruszyliśmy więc w tamtą stronę i zajęliśmy miejsca. Nawet patrząc z daleka, wiedziałam, że wujek Brad i mój tata żartowali sobie przy grillu, z kolei kilka osób przed nami w kolejce stały mama z ciocią Julią i ciocią Rachel.

_Dalsza część dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: