Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Luka - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
18 września 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
45,00

Luka - ebook

Dlaczego tak chętnie oceniamy to, jak inni mówią po angielsku? Skąd bierze się wstyd i strach przed mówieniem w języku obcym? Jaką rolę w tworzeniu naszej relacji z nowym językiem odgrywają system edukacji, nierealistyczne oczekiwania oraz inni ludzie? Czy perfekcjonizm pomaga czy przeszkadza w nauce języka obcego?

W swojej drugiej książce – opowieści z pogranicza popularnonaukowego eseju i reportażu – Jagoda Ratajczak przygląda się temu, jak standardy poprawnościowe potrafią zmienić się w narzędzia, które służą segregacji i dyskryminacji. Pokazuje też, jak sami postrzegamy wszelkie odstępstwa od języka przyjętego jako normę. I czy takowa w ogóle istnieje?

Autorka rozmawia z nauczycielkami, poliglotami, psycholożkami, wreszcie zwykłymi użytkownikami języka - w tym przedstawicielami pokolenia, które pamięta powszechne wprowadzenie języka angielskiego do szkół, z osobami z jąkaniem i migrantkami piszącymi nowy rozdział swojej językowej historii. Zagląda do dzieł słynnych fonetyków i lingwistek, cytuje badania, wertuje słowniki, nie zapomina jednak o codziennych doświadczeniach. Ostatecznie bowiem to praca w angielskiej kancelarii albo wyprawa po pomidory do polskiego rolnika mogą stać się prawdziwym językowym poligonem.

Kategoria: Polonistyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67016-81-0
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

2.

LIN­GWI­CYZM.

DLA­CZE­GO WSTY­DZI­MY SIĘ BŁĘ­DÓW W JĘ­ZY­KU (OB­CYM)

Po­my­li­łam się. A w za­sa­dzie my­li­łam się przez do­bre pół go­dzi­ny. Sta­łam na sce­nie obok pre­le­gen­ta – pre­zy­den­ta mia­sta opo­wia­da­ją­ce­go o tym, jak bar­dzo pra­gnie wes­przeć oko­licz­ne wsie, tar­ta­ki, sa­dy i ja­kie na rzecz owych wsi, tar­ta­ków i sa­dów po­dej­mie dzia­ła­nia. Sta­łam na­prze­ciw za­słu­cha­nej pu­blicz­no­ści i tłu­ma­czy­łam na an­giel­ski. Wsie na vil­la­ges, tar­ta­ki na saw­mills. I sa­dy na, nie wie­dzieć cze­mu, ostri­ches. Kon­se­kwent­nie, raz za ra­zem. Z or­chard po­wstał ostrich – struś, za­gu­bio­ny i za­krę­co­ny ni­czym Struś Pę­dzi­wiatr w oszo­ło­mie­niu gna­ją­cy przez ko­lej­ne zda­nia, tak szyb­ko, że pu­blicz­ność, być mo­że zbyt skon­fun­do­wa­na, by re­ago­wać uśmiesz­ka­mi czy szme­rem za­sko­cze­nia, zda­wa­ła się ni­cze­go nie za­uwa­żać. Z po­wie­lo­nej au­to­ma­tycz­nie w co trze­cim zda­niu wpad­ki zda­ję so­bie spra­wę do­pie­ro po spo­tka­niu. Wra­cam sa­mo­cho­dem do do­mu, za­do­wo­lo­na z wła­sne­go wy­stę­pu, jed­ne­go z pierw­szych w ka­rie­rze tłu­macz­ki kon­fe­ren­cyj­nej. Na świa­tłach prze­glą­dam się w sa­mo­cho­do­wym lu­ster­ku i na­gle wi­dzę prze­ra­żo­ny wzrok Ko­jo­ta, któ­ry wła­śnie uświa­do­mił so­bie, że sie­dzi na la­sce dy­na­mi­tu od­pa­lo­nej przez pę­dzą­ce­go stru­sia spry­cia­rza. Nie dość, że Ko­jo­to­wi nie uda­ło się go zła­pać, to jesz­cze la­da chwi­la eks­plo­du­je z za­że­no­wa­nia i po­czu­cia za­wo­do­wej klę­ski. Bo­że. Ca­ły czas mó­wi­łam ostrich za­miast or­chard. Wszy­scy to sły­sze­li. Wstyd. A mo­że wi­dząc mo­ją po­ke­ro­wą twarz, sa­mi za­czę­li wąt­pić w to, czy „sad” to or­chard (a mo­że to rze­czy­wi­ście ostrich)? Czy ra­czej kul­tu­ra oso­bi­sta ka­za­ła słu­cha­czom nie re­ago­wać, a li­to­ści­wie wy­cze­ki­wać koń­ca te­go wy­stę­pu?

Od­dy­cham odro­bi­nę, ale tyl­ko odro­bi­nę, spo­koj­niej, gdy do­cie­ra do mnie, że mo­gło być du­żo go­rzej. Prze­cież to tyl­ko kwe­stia pod­mia­ny sło­wa. Tak na­praw­dę nie prze­je­cha­łam wal­cem nie­dbal­stwa ani po po­praw­no­ści gra­ma­tycz­nej, ani sty­li­stycz­nej, nie za­li­czy­łam też żad­nej wpad­ki fo­ne­tycz­nej. Osta­tecz­nie za błę­dy naj­czę­ściej uwa­ża­my od­stęp­stwa od stan­dar­du gra­ma­tycz­ne­go, sty­li­stycz­ne­go i fo­ne­tycz­ne­go, a w pi­śmie – or­to­gra­ficz­ne­go. Te­go in­ni tłu­ma­cze spe­cja­li­ści czy se­nio­rzy pro­fe­sji, go­to­wi po­słać w dia­bły każ­de­go po­cząt­ku­ją­ce­go, nie wy­ba­czy­li­by mi na pew­no. Zbyt czę­sto wi­dzę, jak na fo­rach po­świę­co­nych sztu­ce prze­kła­du i słu­żą­cych zdo­by­wa­niu zle­ceń gru­pach w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych roz­szar­pu­ją oni swo­je ofia­ry – zwy­kle oso­by, któ­re re­kla­mu­ją wła­sne usłu­gi tłu­ma­cze­nio­we po­sta­mi na­pi­sa­ny­mi ko­śla­wą pol­sz­czy­zną czy z błę­da­mi. I choć po­dzie­lam nie­zgo­dę na to, by za ję­zy­ko­we po­ra­dy i usłu­gi pie­nią­dze bra­li ci, któ­rzy sa­mi wciąż mu­szą się jesz­cze wie­le na­uczyć, to zja­dli­wość tych ko­men­ta­rzy zdra­dza coś wię­cej niż chęć obro­ny za­wo­du przed upad­kiem.

Prze­ści­ga­ją­cy się w wy­ty­ka­niu cu­dzych błę­dów, za­rów­no ci zaj­mu­ją­cy się ję­zy­kiem za­wo­do­wo, jak i po­zo­sta­li, zda­ją się strzec pew­nej świę­to­ści. Kto zaś strze­że świę­to­ści, ten, w mnie­ma­niu wła­snym i in­nych, ma pra­wo czuć wyż­szość i sa­mo­za­do­wo­le­nie, nie­odzow­ne do te­go, by swo­bod­nie po­uczać in­nych. Po­ucza­nie ja­ko na­rzę­dzie dys­cy­pli­ny, tak­że w sfe­rze ję­zy­ka, in­sta­lu­je w je­go użyt­kow­ni­kach spe­cy­ficz­ne opro­gra­mo­wa­nie. Rzad­ko jed­nak uspraw­nia ono pra­cę sys­te­mu, przy­po­mi­na ra­czej wi­rus za­sie­wa­ją­cy w nas wąt­pli­wo­ści i wstyd. Z nich z ko­lei kieł­ku­ją po­tem my­śli, że od­stęp­stwa od ję­zy­ko­we­go ide­ału naj­le­piej od­po­ku­to­wy­wać w ciem­nej piw­ni­cy, a na pew­no nie od­zy­wać się czę­ściej, niż jest to bez­względ­nie ko­niecz­ne. Po ja­kimś cza­sie wstyd ustę­pu­je miej­sca re­flek­sji nad tym, dla­cze­go z ta­ką ner­wo­wo­ścią re­agu­je­my na wła­sne po­mył­ki. Czy to na­sze prze­ko­na­nia, czy ra­czej cu­dze, któ­rym uda­ło się za­stą­pić na­sze wła­sne? Skąd ten zna­ny prze­cież nie tyl­ko za­wo­do­wym tłu­ma­czom i fi­lo­lo­gom – lu­dziom, któ­rym pła­ci się mię­dzy in­ny­mi za ję­zy­ko­wą po­praw­ność – pa­nicz­ny wręcz strach, że po­peł­nio­ny błąd po­zba­wi nas sza­cun­ku, pod­wa­ży na­sze kom­pe­ten­cje, zro­bi z nas idio­tów? Od­po­wie­dzi na­le­ża­ło­by szu­kać nie tyl­ko w za­wi­ło­ściach ludz­kiej psy­chi­ki, ale i w szcze­gól­nym ro­dza­ju ide­olo­gii zwa­nej stan­dar­dy­zmem ję­zy­ko­wym.

Po­ję­cie stan­dar­dy­zmu ję­zy­ko­we­go wpro­wa­dzi­ła do ję­zy­ko­znaw­stwa pa­ra bry­tyj­skich so­cjo­lin­gwi­stów, Le­sley i Ja­mes Mil­roy­owie1. W świe­cie ję­zy­ko­znaw­stwa za­sły­nę­li pro­wa­dzo­ny­mi w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych ba­da­nia­mi nad sie­cia­mi spo­łecz­ny­mi oraz zmien­no­ścią ję­zy­ko­wą w Bel­fa­ście, a tak­że bar­dzo traf­ny­mi i na­dal ak­tu­al­ny­mi re­flek­sja­mi na te­mat te­go, jak po­strze­ga­my ję­zy­ko­wy stan­dard i od­stęp­stwa od nie­go. W swo­jej pra­cy na­uko­wej zwró­ci­li uwa­gę na in­te­re­su­ją­cą dwo­istość fun­da­men­tu, na któ­rym wzno­si się stan­dar­dyzm ję­zy­ko­wy. Z jed­nej stro­ny opie­ra się on bo­wiem na prze­ko­na­niu, że ist­nie­je coś ta­kie­go jak po­praw­ność ję­zy­ko­wa, czy­li ze­staw, naj­czę­ściej wy­ide­ali­zo­wa­nych, pra­wi­deł rzą­dzą­cych ję­zy­kiem, z dru­giej zaś na wie­rze w ist­nie­nie je­go jed­nej, naj­bar­dziej po­żą­da­nej, lep­szej od in­nych od­mia­ny. To wła­śnie ta od­mia­na ma być stan­dar­dem – wer­sją ję­zy­ka, z któ­rą nie po­le­mi­zu­je­my w imię za­ło­że­nia, że po to two­rzy się nor­my, po to prze­strze­ga się umow­nych za­sad, by uła­twić so­bie ży­cie i uspraw­nić ko­mu­ni­ka­cję. Szla­chet­ność ta­kie­go za­ło­że­nia pod­szy­ta jest jed­nak nie­chę­cią do wszel­kich od­stępstw. You can’t sit with us! (Z na­mi nie sie­dzisz!) – tak w świe­cie stan­dar­dy­zmu ję­zy­ko­we­go zda­je się zwra­cać stan­dard do wszel­kich form od­ręb­nych, w tym wa­rian­tów ję­zy­ko­wych i dia­lek­tów. W jed­nej ław­ce wzo­ro­wi ucznio­wie – for­my usank­cjo­no­wa­ne przez ko­dy­fi­ku­ją­ce stan­dard au­to­ry­te­ty, za ni­mi, naj­pew­niej na sza­rym koń­cu kla­sy, ca­ła resz­ta, resz­ta w isto­cie współ­two­rzą­ca praw­dzi­wy ob­raz ję­zy­ko­wej zło­żo­no­ści i bo­gac­twa. I gdy­by rze­czy­wi­stość ję­zy­ko­wa fak­tycz­nie by­ła szkol­ną kla­są, to zja­wi­ska uzna­ne za przy­na­leż­ne do ję­zy­ko­we­go stan­dar­du by­ły­by gru­pą dzie­cia­ków wy­wo­dzą­cych się z bo­ga­tych, wy­kształ­co­nych ro­dzin, o zna­nych na­zwi­skach i ko­nek­sjach, dzię­ki któ­rym od­naj­dą się wszę­dzie, nie­mal ni­g­dy nie za­zna­jąc kpin ani od­rzu­ce­nia. Zda­niem nie­któ­rych stan­dard nie mu­si ni­cze­go udo­wad­niać, nie mu­si się ni­cze­go oba­wiać, na­wet je­śli je­go po­zy­cją pró­bu­ją za­chwiać przy­by­sze z re­gio­nal­nych wa­rian­tów ję­zy­ka, a cza­sem wręcz z ję­zy­ków ob­cych. I choć ich wpływ i sa­ma obec­ność w ję­zy­ku tak na­praw­dę wca­le nie „chwie­ją” stan­dar­dem, ale są na­tu­ral­ny­mi ele­men­ta­mi ży­we­go ję­zy­ka, bo­ga­te dzie­cia­ki od stan­dar­du ma­ją z tym wy­raź­ny pro­blem, któ­ry cza­sem prze­ra­dza się w agre­sję. Agre­sję miesz­czą­cą się w ra­mach pew­nej po­sta­wy wo­bec ję­zy­ka i dru­gie­go czło­wie­ka – lin­gwi­cy­zmu.

Lin­gwi­cyzm, po­dob­nie jak ra­sizm czy sek­sizm2, jest ro­dza­jem dys­kry­mi­na­cji i opre­sji. To zja­wi­sko, w któ­rym na­rzę­dzie dys­cy­pli­ny – po­ucza­nie, a tak­że ośmie­sza­nie – słu­ży pro­mo­wa­niu „ide­al­nej” od­mia­ny ję­zy­ka i ka­ra­niu za uży­wa­nie in­nych je­go wa­rian­tów3. Na czym ta ka­ra po­le­ga? Na tym, że in­te­li­gen­cja, sta­tus, wy­kształ­ce­nie czy na­wet stan zdro­wia da­nej oso­by oce­nia­ne są przez pry­zmat ję­zy­ka, ja­kim się po­słu­gu­je. Sta­nie na stra­ży „świę­to­ści” ję­zy­ko­we­go wzor­ca to jed­nak za­ję­cie, któ­rym pa­ra­ją się nie tyl­ko sa­mo­zwań­czy ka­pła­ni i ka­płan­ki Ko­ścio­ła Naj­święt­szej Po­praw­no­ści. O ile sek­sizm i ra­sizm co­raz czę­ściej spo­ty­ka­ją się z po­tę­pie­niem, o ty­le lin­gwi­cyzm nie bu­dzi po­wszech­ne­go spo­łecz­ne­go sprze­ci­wu. Ak­cep­tu­je się go, na­wet je­śli przy­bie­ra po­stać w isto­cie dość że­nu­ją­ce­go, sprzecz­ne­go z pod­sta­wo­wy­mi za­sa­da­mi kul­tu­ry oso­bi­stej, pu­blicz­ne­go po­pra­wia­nia cu­dzych błę­dów, w tym w in­ter­ne­cie. Przy czym, jak pi­sze Ka­ta­rzy­na Li­ber-Kwie­ciń­ska w swo­im ra­por­cie po­świę­co­nym mo­ty­wa­cji do po­pra­wia­nia cu­dzych błę­dów, „sa­mi użyt­kow­ni­cy ję­zy­ka nie są świa­do­mi wpły­wu ide­olo­gii ję­zy­ko­wych i ży­ją w prze­świad­cze­niu, że ich sto­su­nek do ję­zy­ka ma cha­rak­ter czy­sto lin­gwi­stycz­ny, a nie ide­olo­gicz­ny”4.

Co cie­ka­we, sta­nie na stra­ży po­praw­no­ści słu­ży cze­muś wię­cej niż te­mu, co do­strze­ga­my, wie­dze­ni spo­łecz­ną in­tu­icją, czy­li pod­wyż­sze­niu sa­mo­oce­ny, naj­czę­ściej kosz­tem po­pra­wia­ne­go. Dla po­pra­wia­ją­cych po­ucza­nie in­nych jest rów­nież wy­ra­zem dba­ło­ści o rze­czy­wi­ste do­bro, nie tyl­ko uro­je­niem ję­zy­ko­we­go pu­ry­sty. Do­wo­dzą te­go ba­da­nia prze­pro­wa­dzo­ne mię­dzy in­ny­mi w Pol­sce. Z od­po­wie­dzi uczest­ni­ków an­kie­ty prze­pro­wa­dzo­nej przez Li­ber-Kwie­ciń­ską, do­ty­czą­cej sto­sun­ku do błę­dów w ję­zy­ku pol­skim, wy­ni­ka, że po­peł­nia­nie oraz igno­ro­wa­nie błę­dów ję­zy­ko­wych jest we­dle po­pra­wia­ją­cych za­ma­chem na ję­zyk pol­ski, a w kon­se­kwen­cji na pol­skie dzie­dzic­two kul­tu­ro­we. „Nie mów mi tu o pa­trio­ty­zmie, jak nie po­tra­fisz pi­sać po­praw­nie po pol­sku” – oto zwy­cza­jo­wy szach-mat w wy­ko­na­niu pie­lę­gnu­ją­cych pol­sz­czy­znę in­ter­nau­tów, któ­rym przy­cho­dzi dys­ku­to­wać z de­kla­ru­ją­cy­mi pra­wi­co­wo-kon­ser­wa­tyw­ne po­glą­dy ad­wer­sa­rza­mi, któ­rym, jak ma­wia­ją, wszyst­ko, co pol­skie, jest dro­gie i mi­łe. Po­peł­niasz błę­dy we wła­snym ję­zy­ku, że­gnam. Mó­wisz o Pol­sce, pol­sz­czyź­nie, a nie po­tra­fisz się skład­nie wy­po­wie­dzieć, gar­dzę to­bą. Po­gar­dą za po­gar­dę – zda­niem czę­ści re­spon­den­tów błę­dy ję­zy­ko­we świad­czą o bra­ku sza­cun­ku dla roz­mów­cy i lek­ce­wa­że­niu war­to­ści, za ja­ką uwa­ża­ją po­praw­ną pol­sz­czy­znę. W ran­kin­gu przy­czyn, dla któ­rych re­spon­den­ci mie­li po­trze­bę zwra­ca­nia in­nym uwa­gi na błąd ję­zy­ko­wy, chęć za­ma­ni­fe­sto­wa­nia swo­jej wyż­szo­ści wo­bec roz­mów­cy oraz zło­śli­wość tyl­ko nie­znacz­nie ustę­pu­ją tro­sce o pol­sz­czy­znę5. Być mo­że tak­że dla­te­go, że do tro­ski o ję­zyk ła­twiej się przy­znać niż do ma­łost­ko­wej chę­ci do­ku­cze­nia roz­mów­cy. Od­bior­cy ta­kich ko­men­ta­rzy naj­czę­ściej zaś uwa­ża­ją, że słu­żą one po­ni­ża­niu; wspo­mi­na­ją też, że czę­sto przy­bie­ra­ją one po­stać ko­men­ta­rzy ad per­so­nam, nie­ma­ją­cych nic wspól­ne­go z te­ma­tem dys­ku­sji ja­ko ta­kim6.

„Wal­ka z za­ra­zą” i „pla­gą”, bo tak ob­ra­zo­wo okre­śla się wska­zy­wa­nie cu­dzych błę­dów, jest chęt­nie okla­ski­wa­na, zwłasz­cza gdy to­czy się w prze­strze­ni me­dial­nej. Kie­dy sły­ną­cy z nie­for­tun­nych wy­po­wie­dzi, bę­dą­cy czę­stym obiek­tem żar­tów, kon­ser­wa­tyw­ny po­li­tyk Ja­nusz Ko­wal­ski zo­stał „przy­ła­pa­ny” przez dzien­ni­kar­kę na uży­ciu wy­kpio­ne­go przez nią re­gio­na­li­zmu przy­gląd­nąć się, w in­ter­ne­cie wy­bu­chła eu­fo­ria. Do jej tłu­mie­nia dość szyb­ko przy­stą­pi­li ję­zy­ko­znaw­cy, zwra­ca­jąc uwa­gę, że uży­cie re­gio­na­li­zmu nie mu­si być uzna­wa­ne za błąd, a sa­mo wy­tknię­cie uży­cia for­my nie­stan­dar­do­wej nie jest ani uza­sad­nio­ne, ani kul­tu­ral­ne. In­ter­net w więk­szo­ści jed­nak roz­brzmiał za­chwy­tem nad, jak to uję­to, bez­kom­pro­mi­so­wo­ścią dzien­ni­kar­ki. Ta uzna­ła, że po­peł­nia­jąc błąd, Ko­wal­ski za­rów­no jej, jak i wro­go na­sta­wio­nej pu­blicz­no­ści, po­dał na ta­cy do­wód na to, że nie tyl­ko jest nie­kom­pe­tent­nym po­li­ty­kiem, ale i głup­cem. Roz­le­gły się okla­ski, lin­gwi­cyzm pod­la­no, aby rósł w si­łę, a lu­dziom ży­ło się… trud­niej.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: