Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Małe przyjemności - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
22 kwietnia 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
44,99

Małe przyjemności - ebook

Książka roku według „The Times”, „Daily Telegraph”, „Evening Standard” i „Daily Express”

Nominacja do Women’s Prize for Fiction

Rok 1957, przedmieścia Londynu. Jean Swinney, dziennikarka lokalnej gazety, wiedzie samotne życie wypełnione obowiązkami i rozczarowaniami. Kiedy do redakcji przychodzi list z niezwykłym wyznaniem pewnej kobiety, Jean otrzymuje zadanie sprawdzenia, czy chodzi o oszustwo, czy cud.

To dziennikarskie śledztwo wywraca jej życie do góry nogami. Jean zyskuje nieoczekiwaną szansę na przyjaźń, miłość i wolność.

Jednak szczęście ma swoją cenę.

 

O AUTORCE

Clare Chambers – brytyjska powieściopisarka. Krótko po studiach wyjechała do Nowej Zelandii, gdzie napisała swoją pierwszą książkę. Po powrocie do Wielkiej Brytanii nieustannie tworzy, oczarowując czytelników przepięknym językiem i niepowtarzalną atmosferą powieści.

Małe przyjemności to jej najnowsza książka. Równie mocno zachwyciła recenzentów i czytelników. Ujmuje czułością i dyskretnym humorem, a wszelkie z pozoru nieistotne szczegóły nabierają w niej nowego znaczenia.

 

Z RECENZJI

Reporterka lokalnej gazety nie wie, że podejmując się rozwiązania zagadki związanej z narodzinami pewnej dziewczynki, zburzy swój cały uporządkowany, aczkolwiek mało ciekawy świat. Świat, który od wielu lat ogranicza się tylko do pracy w redakcji i opieki nad chimeryczną matką. Clare Chambers z wirtuozerią prowadzi nas przez tę historię, pełną dramatycznych zwrotów akcji i nieopanowanych namiętności. Powoli odkrywamy tajemnice, które zamiast przynosić ulgę, powodują kolejny niepokój. Wspaniała i zaskakująca lektura!

Literaccy @_literaccy_

Zwykli ludzie z ich codziennymi sprawami i cichymi dramatami – to w nich kryje się moc Małych przyjemności Clare Chambers, która snuje swoją historię z subtelnością przywołującą na myśl prozę Elizabeth Strout. Ukazuje piękno tego, co najprostsze, choć często nieuchwytne bądź niedoceniane. To opowieść osadzona w życiu, w jego szarościach, rozczarowaniach i nieuchronności, które najmocniej wołają o zachwyt nad małymi, prostymi przyjemnościami – kawą w ulubionej filiżance, kromką świeżego chleba z masłem, porannym spacerem z psem… Dla mnie ta powieść to wielka przyjemność czytelnicza, a dla wszystkich fanów literatury absolutny must read!

Dominika Gauza @prosto_o_ksiazkach

Za pośrednictwem wydawać by się mogło mało istotnego artykułu, zmienia się życie tak wielu ludzi! Tajemnice, sekrety i nierozwiązane sprawy sprzed lat w końcu mogą ujrzeć światło dzienne. Tylko czy wszystkim wyjdzie to na dobre? Powiem ci jedno, czytelniku – ta historia jest niesamowita i jestem nią urzeczona! Czeka cię niesamowita literacka przygoda!

Agnieszka Jarosławska @ruda_czyta

Zniewalająca powieść – niepokojąca, wnikliwa i po cichu obezwładniająca.

„Mail on Sunday”

Lektura Małych przyjemności bynajmniej nie jest jedynie małą przyjemnością

„The Times”

To jedna z najbardziej czułych, najpiękniejszych książek, jakie czytałam kiedykolwiek. Proszę, koniecznie zamówcie ją już teraz. Naprawdę nie chciałabym, żebyście ją przegapili. Jest absolutnie wyjątkowa.

Lucy Mangan

Doskonała opowieść o prawdziwej, dojrzałej miłości i bólu.

„The Sunday Times”

Dowcipna i ironiczna… wywiera na nas dyskretny wpływ, na wiele nieoczekiwanych sposobów. Autorce udaje się przywołać z najdrobniejszymi detalami atmosferę codziennego życia na brytyjskich przedmieściach w latach powojennych, począwszy od szarej wełnianej spódnicy po deser z brzoskwiń z puszki i mleka skondensowanego. Chambers pisze przepięknym językiem, osiągając to, co udaje się tylko najwprawniejszym pisarzom: umożliwia czytelnikowi czerpanie wielkiej przyjemności z drobnych szczegółów.

„The New York Times”

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-9795-1
Rozmiar pliku: 5,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Czerwiec 1957

Artykuł, który zapoczątkował całą tę historię, nie został nawet zamieszczony na pierwszej stronie gazety, lecz dopiero na piątej, gdzie wypełniał lukę między reklamą Szkoły Tańca Patricii Brixie a sprawozdaniem z dorocznego walnego zebrania liberałów w Crofton North. Autor artykułu omawiał niedawne badania naukowe nad dzieworództwem wśród jeżowców, żab i królików. Można z nich było wywnioskować, że nic nie stoi na przeszkodzie, by proces ten zachodził również u ludzi. Większość czytelników „Echa Północnego Kentu” pominęłaby zapewne ów nudny tekst, gdyby nie jego dramatyczny nagłówek, który głosił: _Mężczyźni nie będą dłużej niezbędni do rozmnażania!_

W rezultacie do redakcji przyszedł wyjątkowo pękaty worek z pocztą, zawierający głównie pełne oburzenia epistoły, nie tylko od mężczyzn. Pewna urażona korespondentka, pani Beryl Diplock z St Paul’s Cray, ganiła opisane w artykule idee jako niebezpieczne i niechrześcijańskie. Więcej niż jedna czytelniczka zwracała uwagę, że tego rodzaju pomysły z łatwością mogą dać niektórym nieuczciwym mężczyznom doskonałą wymówkę do wymigania się od odpowiedzialności.

Jeden list jednak zdecydowanie wyróżniał się na tle innych. Napisała go pani Gretchen Tilbury, zamieszkała w Sidcup, na Burdett Road pod numerem siódmym, i brzmiał następująco:

Szanowna Redakcjo,

z zainteresowaniem przeczytałam artykuł w najnowszym numerze Państwa gazety, zatytułowany Mężczyźni nie będą dłużej niezbędni do rozmnażania. Zawsze byłam przekonana, że moja córka (obecnie dziesięcioletnia) przyszła na świat bez udziału mężczyzny. W celu uzyskania dalszych informacji proszę pisać do mnie na wskazany adres.

Kolejne zebranie redakcji – z reguły apatyczna narada polegająca na planowaniu i rozdzielaniu zadań na następny tydzień oraz biadaniu nad błędami i przeoczeniami w poprzednim numerze – było wyjątkowo ożywione.

Jean Swinney, redaktorka, dziennikarka, człowiek do wszystkiego i jedyna kobieta przy redakcyjnym stole, rzuciła okiem na list przechodzący z rąk do rąk. Widok pochyłych liter z dziwacznymi zawijasami przywołał wspomnienie dawnej nauczycielki francuskiego w szkole. Podobnie przekreślała cyfrę siedem, co trzynastoletniej Jean wydawało się szczytem wyrafinowania i koniecznie starała się to naśladować. Jej matka ukróciła te zapędy – nie byłaby chyba bardziej wstrząśnięta, gdyby Jean postanowiła pisać krwią. Dla pani Swinney wszyscy cudzoziemcy byli Niemcami i ich postępowanie było absolutnie nie do przyjęcia.

Na myśl o matce Jean przypomniała sobie, że w drodze do domu musi odebrać jej buty od szewca. Było dla niej zagadką, czemu ktoś, kto tak rzadko wychodzi z domu, koniecznie musi posiadać tyle par butów wyjściowych. Na liście sprawunków figurowały także papierosy, miętowy olejek od Rumseya, cynaderki i smalec, w razie gdyby chciało się jej zrobić na kolację mięsną zapiekankę. Jeśli nie, zjedzą po prostu „jakieś jajka”, stanowiące odwieczną rezerwę.

– Jest ktoś chętny do wywiadu z Najświętszą Panienką z Sidcup? – zapytał Larry, szef działu wiadomości.

Rozległo się zbiorowe skrzypienie krzeseł, sugerujące niezgodę.

– To chyba nie moja działka – oświadczył Bill, odpowiadający za sport i rozrywkę.

Jean powoli wyciągnęła rękę po list. Wiedziała, że prędzej czy później trafi do niej.

– Doskonale – podsumował Larry, wydmuchując dym nad stołem. – W końcu to tematyka kobieca.

– Na pewno powinniśmy zachęcać wszystkich tych pomyleńców? – zapytał Bill.

– Może wcale nie jest pomylona – zaoponował łagodnie Roy Drake, redaktor naczelny.

Jean się uśmiechnęła na myśl, jak bardzo obawiała się swojego szefa, gdy jako młoda dziewczyna rozpoczęła pracę w redakcji, i jak na trzęsących nogach szła na każde wezwanie do jego gabinetu. Prędko odkryła, że nie był typem człowieka czerpiącego przyjemność z zastraszania młodszych podwładnych. Jako ojciec czterech córek traktował życzliwie wszystkie kobiety. Poza tym trudno obawiać się kogoś, kto nosi tak strasznie wymięte marynarki.

– Jak może nie być stuknięta? – obstawał Bill. – Chcesz powiedzieć, że wierzysz w niepokalane poczęcie?

– Nie, ale chętnie się dowiem, dlaczego pani Tilbury w nie wierzy.

– To porządnie napisany list – przyznał Larry. – Zwięzły.

– Bo jest cudzoziemką – wtrąciła Jean.

Wszyscy spojrzeli na nią.

– Żadna Angielka nie uczy się takiej kaligrafii. Do tego „Gretchen”?

– Na pewno wywiad będzie wymagać taktu – ciągnął Roy. – Naturalnie to musisz być ty, Jean.

Wszyscy pokiwali głowami. Nikt nie zamierzał z nią konkurować.

– Tak czy owak, najpierw musisz tam pojechać i przekonać się, co to za osoba. Na pewno dość szybko się zorientujesz, czy jest szarlatanką.

– Dajcie mi z nią pięć minut, to wam powiem, czy jest dziewicą – oznajmił Larry, wzbudzając powszechną wesołość.

Mówiąc to, odchylił się na oparcie krzesła z rękami za głową, rozkładając szeroko łokcie, tak że pod napiętym materiałem koszuli zarysowały się wyraźnie oczka siatkowego podkoszulka.

– Przecież nie pisze, że wciąż jest dziewicą – zaprotestował Bill. – To było dziesięć lat temu. Może od tamtej pory zdążyło do czegoś dojść.

– Możecie oszczędzić Jean swoich uwag? – wtrącił Roy, który nie pochwalał tego rodzaju rozmów.

Jean czuła, że gdyby nie obecność naczelnego, rozmowa prędko zeszłaby na wulgarne tory. Ciekawie było obserwować, jak jej koledzy pilnowali się przy pruderyjnym Royu, podczas gdy ją traktowali jak „jednego z chłopaków”. Najczęściej odbierała to jako komplement. W chwilach gorszego nastroju, gdy obserwowała, jak się zachowywali przy młodszych i ładniejszych kobietach – na przykład sekretarkach – z mieszaniną flirtu i niezdarnej galanterii, nie była już tego taka pewna.

Przez resztę popołudnia dzieliła czas między „Porady domowe” a „Przysięgi małżeńskie”, doniesienia o ślubach zawartych w minionym tygodniu.

Po przyjęciu weselnym, zorganizowanym w domu kultury w St Paul’s Cray, państwo Plornish wyruszyli na miesiąc miodowy do St Leonard. Panna młoda miała na sobie turkusowy płaszcz z czarnymi dodatkami…

Redagowanie porad domowych poszło jak z płatka, gdyż wszystkie porady były nadsyłane przez miejscowe czytelniczki. Kiedyś Jean miała zwyczaj wypróbowywać niektóre z nich, zanim poszły do druku. Obecnie szczególną przyjemność sprawiało jej wybieranie najbardziej dziwacznych.

Uporawszy się z tym, skreśliła krótką notkę do Gretchen Tilbury z pytaniem, czy może przyjechać, by poznać osobiście ją i jej córkę. Ponieważ autorka nie podała numeru telefonu, wszystkie uzgodnienia musiały się odbywać listownie. O piątej opuściła pokrywę maszyny do pisania i wyszła, odnosząc po drodze list do pokoju pocztowego.

Jej rower, toporny pojazd z ciężką ramą, który podobnie jak większość jej rzeczy służył wcześniej wielu pokoleniom Swinneyów, stał oparty o ogrodzenie. Koło niego, zbyt blisko, by można to było zignorować, jedna z maszynistek tonęła w objęciach chłopaka z drukarni. Jean znała dziewczynę z widzenia, choć nie wiedziała, jak ma na imię. Pracownicy redakcji i innych działów gazety nie mieli wielu okazji do interakcji.

Czuła się dość niezręcznie, obchodząc obejmującą się parę, aby się dostać do roweru, aż ostatecznie zauważyli jej obecność i odsunęli się, przepraszając z chichotem. W ich zaabsorbowaniu sobą nawzajem było coś niemal okrutnego i Jean musiała sobie przypomnieć, że nie było to nic osobistego, a jedynie uniwersalny symptom choroby zwanej zakochaniem. Nie można było za nic winić ludzi nią dotkniętych, można było najwyżej im współczuć.

Jean wyjęła z kieszeni jedwabną chustkę i zawiązała ją ciasno pod brodą, by włosy nie wpadały jej do oczu podczas jazdy. Potem z wysiłkiem upchnęła torbę w koszyku na kierownicy, podprowadziła rower do krawężnika i wskoczyła na siodełko, wyćwiczonym ruchem obciągając jednocześnie spódnicę.

Droga z siedziby redakcji w Petts Wood do domu w Hayes trwała jedynie dziesięć minut, a mimo pory dnia ruch na ulicach był niewielki. Słońce wciąż stało wysoko na niebie; zmierzch miał zapaść dopiero za wiele godzin. Kiedy zaspokoi potrzeby matki, może zdąży popracować trochę w ogrodzie: podagrycznik pospolity wdzierał się do warzywnika spod płotu sąsiadów i zagrażał rzędom tyczek z fasolą. Wymagało to nieustannej czujności.

Myśl o pracy w ogrodzie w letni wieczór była niezwykle przyjemna. Oba trawniki, od frontu i na tyłach domu, będą musiały zaczekać do weekendu – była to ciężka praca, cięższa z uwagi na to, że Jean obiecała starszym wiekiem sąsiadom, że ich wyręczy. Był to jeden z owych wielkodusznych odruchów, który zaczął się jako przysługa, a stał się obowiązkiem, budzącym coraz mniejszy entuzjazm z jednej strony i blaknącą wdzięczność z drugiej.

Jean zatrzymała się obok rzędu sklepów na ulicy biegnącej łukiem w dół wzgórza od stacji kolejowej, by załatwić sprawunki. Zapiekanka ze stekiem i cynaderkami jest pracochłonna, lecz myśl o przyrządzaniu kolejny dzień jajek na kolację przygnębiała ją, kupiła więc u rzeźnika kawałek jagnięcej wątróbki. Mogą zjeść ją z młodymi ziemniakami i fasolką z ogrodu. Prędko załatwiła resztę rzeczy z listy – sklepy zamykano dokładnie o wpół do szóstej i w domu matka przyjęłaby ją z rozczarowaniem, gdyby Jean zapomniała o butach i lekarstwie, brak zaś papierosów jej samej przysporzyłby najwyższej frustracji.

Kiedy Jean dojechała do domu, skromnego bliźniaka z lat trzydziestych, graniczącego od tyłu z parkiem, jej pogodny nastrój uleciał. Okazało się, że przekładając do kraciastej torby na zakupy paczkę z owiniętą w pergamin wątróbką, poplamiła przód popielatej wełnianej spódnicy. Była wściekła na siebie. Spódnica była prana niedawno, a Jean z doświadczenia wiedziała, że plamy z krwi są wyjątkowo trwałe.

– To ty, Jean? – rozległ się z góry jak zawsze pełen niepokoju i wymówki głos matki w reakcji na zgrzyt kluczy w zamku.

– Tak, mamo, to tylko ja – odpowiadała zawsze Jean, z mniejszym lub większym zniecierpliwieniem, w zależności od tego, jak minął jej dzień.

Matka stała na półpiętrze, powiewając nad balustradą błękitnym blankietem pocztowym.

– Od Dorrie – oznajmiła. – Chcesz przeczytać?

– Może później – odparła Jean, która odwiązywała chustkę i odkładała na miejsce rozmaite pakunki.

Mąż jej młodszej siostry uprawiał kawę i oboje mieszkali w Kenii, co z perspektywy Jean równie dobrze mogłoby być na Wenus, tak odległe i trudne do wyobrażenia było nowe życie Dorrie. Miała chłopca do posług, kucharza i ogrodnika oraz nocnego strażnika do obrony przed bandytami i strzelbę pod łóżkiem do obrony przed strażnikiem. Siostry były sobie bliskie w dzieciństwie i Jean z początku straszliwie tęskniła, lecz w przeciwieństwie do matki z biegiem lat przyzwyczaiła się do tego, że nie widuje Dorrie ani swoich siostrzeńców.

– Jest coś dobrego na kolację?

Na widok papierowej torby zawierającej naprawione buty matka zaczęła powoli i z wysiłkiem schodzić na dół.

– Wątróbka – poinformowała Jean.

– To wspaniale, jestem bardzo głodna. Nic nie jadłam przez cały dzień.

– Dlaczego? W spiżarce jest masa jedzenia.

Widząc opór, matka wycofała się odrobinę.

– Wstałam dość późno, więc zjadłam na lunch owsiankę.

– Czyli jednak coś jadłaś?

– Nie nazywam tego jedzeniem.

Jean nie zareagowała na to stwierdzenie, zaniosła zakupy do kuchni i położyła na stole. Pomieszczenie wychodzące na zachód było ciepłe i jasne, zalane popołudniowym słońcem. Mucha z brzęczeniem obijała się o szybę. Jean ją wypuściła, zauważając przy okazji plamki brudu i zacieki na szkle. Kolejne zadanie na weekend. W środowe ranki przychodziła sprzątaczka, lecz Jean miała wrażenie, że kobiecie udawało się zdziałać bardzo niewiele w wyznaczonym czasie poza plotkowaniem z jej matką. Można to było uznać za swego rodzaju obowiązek, przypuszczała Jean, i nie żałowała w gruncie rzeczy wydatku pięciu szylingów.

Kiedy matka przymierzała naprawione buty, Jean zdjęła spódnicę i stanęła przy zlewie w samej bluzce i majtkach, oglądając zaschnięte plamy. W szafce za zasłoną odszukała pudło ze szmatami – doczesnymi szczątkami innych zniszczonych sztuk odzieży – i zaczęła pocierać plamę umoczonym w spirytusie odciętym rękawem niegdyś ulubionej bawełnianej koszuli nocnej.

– Co robisz? – Matka zajrzała jej przez ramię.

– Zaplamiłam się krwią – odparła Jean, marszcząc brwi na widok rdzawej plamy rozchodzącej się coraz szerzej. – Nie moją. Z wątróbki.

– Ależ z ciebie niechluj. – Matka wyciągnęła przed siebie smukłą nogę, podziwiając stopę w pantoflu z beżowej skórki koźlęcej na obcasie. – Pewnie i tak nigdy ich nie włożę – rzekła z westchnieniem. – Trudno.

Plama była mniej wyraźna, lecz jednocześnie większa i wciąż doskonale widoczna na szarym materiale.

– Szkoda – powiedziała Jean.– Była świetna do jazdy na rowerze.

Jean poszła się przebrać na górę i zabrała spódnicę ze sobą. Nie będzie jej nosić, lecz nie mogła się zdobyć na przeznaczenie jej od razu na szmaty. Zamiast tego złożyła ją i ukryła na dnie szafy, jakby pewnego dnia miał się objawić jakiś nowy sposób spożytkowania ubrań nienadających się do noszenia.

Po kolacji – wątróbka z cebulą przyrządzona przez Jean, na deser brzoskwinie z puszki ze skondensowanym mlekiem – Jean zajęła się pieleniem i podlewaniem grządek z warzywami, podczas gdy jej matka zasiadła na leżaku z wypożyczoną z biblioteki książką, którą trzymała w rękach, nie czytając. Nigdy nie wychodziła do ogrodu sama, jak zauważyła Jean, niezależnie od pogody robiła to tylko w towarzystwie. Od strony parku dobiegały wysokie, radosne okrzyki bawiących się dzieci, co jakiś czas rozlegała się seria szczeknięć, gdy przechodzień mijał domy, w których mieszkały psy, albo jeszcze rzadszy warkot przejeżdżającego samochodu. Po zapadnięciu zmroku wszystkie te dźwięki ucichły.

Jean i jej matka przeniosły się z ogrodu do salonu od frontu, zaciągnęły zasłony i włączyły lampy, rzucające słabe żółtawe światło zza brązowych abażurów. Rozegrały dwie partie remika przy niedużym stoliku do kart, później Jean grzebała niecierpliwie w koszyku z rzeczami odkładanymi tu przez nią do zacerowania, który ignorowała całkowicie od kilku tygodni. Tymczasem matka wyjęła skórzany przybornik do pisania listów, by odpisać Dorrie. Przygotowując się do tego przedsięwzięcia, odczytała list ponownie na głos – jak sądziła Jean, specjalnie dla niej, bo sama zdążyła już dobrze poznać treść. Podobnie postępowała w przypadku wiadomości w gazetach i artykułów w czasopismach, gdy uznawała ciszę niedzielnego popołudnia za zbyt dokuczliwą.

Kochana Mamo,

dziękuję za list. Wygląda na to, że w Hayes panuje błogi spokój. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o nas – tutaj bez przerwy coś się dzieje. Kenneth przez dłuższy czas przebywał na farmie – zatrudnił wreszcie nowego zarządcę, którego trzeba „wdrożyć”. Miejmy nadzieję, że zostanie z nami nieco dłużej niż poprzedni, którego obecnie określamy między sobą jako „wrednego Vernona”.

(Przy tych słowach pani Swinney zachichotała).

Należę do klubu w Kitale, który jest moim drugim domem pod nieobecność Kennetha. Możesz sobie wyobrazić, jak niezwykłe „typy” tam bywają. W piątek wieczorem obejrzałam komedię pod tytułem _Present Laughter_, wystawianą przez miejscowe koło dramatyczne w Kitale. Pru Calderwell – niepodważalna królowa tutejszego towarzystwa – wypadła świetnie w roli Liz Essendine. Reszta aktorów była z kolei dość drewniana. Pomyślałam sobie, że przy tym standardzie mogłabym równie dobrze iść na przesłuchanie do kolejnej produkcji!

Mamy nowego szczeniaka owczarka alzackiego, którego nazwaliśmy Ndofu. Jesteśmy w nim absolutnie zakochani. Powinnam układać go na psa stróżującego, kiedy jestem tu sama, lecz to takie miłe stworzenie, że przewraca się na grzbiet, jak tylko ktoś drapie go po brzuchu.

Niebawem dzieci przyjadą do domu na wakacje, muszę więc wykorzystać ostatnie kilka tygodni swobody i znaleźć czas na tenisa. Biorę lekcje i gram jutro w turnieju mieszanych par z facetem, który nazywa się Stanley Harris. Ma około sześćdziesięciu lat, lecz szalenie zależy mu na wygranej i rzuca się ciągle na moją część kortu, krzycząc „teraz ja!”, nie będę więc musiała specjalnie się wysilać.

Muszę biec na pocztę.

Dbaj o siebie, Mamo. Ucałowania dla Ciebie i Jean.

Dorrie

– Dorrie pisze świetne listy – skomentowała matka Jean.

– Dlatego że ma wspaniałe życie, które może opisywać – odparła Jean.

Beztroskie relacje siostry zawsze przynosiły odrobinę goryczy. Na miłe wspomnienia bliskości z czasów dzieciństwa kładło się cieniem rozżalenie, gdy Jean się zastanawiała nad ich skrajnie odmiennymi drogami życiowymi.

O wpół do dziewiątej matka Jean podniosła się z wysiłkiem z fotela i powiedziała takim tonem, jakby ta myśl dopiero przyszła jej do głowy:

– Chyba pójdę się wykąpać.

Chociaż Jean bywała zmęczona domową rutyną i czasem dochodziły ją opowieści świadczące o tym, że inni ludzie robili wszystko w inny, bardziej swobodny sposób, zależało jej, by utrzymać regularny rytuał wieczornej kąpieli matki. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i piątki, między ósmą trzydzieści a dziewiątą Jean była panią domu i mogła robić, co jej się żywnie podobało. Słuchać radia bez komentarzy matki, jeść na stojąco w kuchni, czytać w idealnej ciszy lub chodzić nago po pokojach, gdyby tylko miała na to ochotę.

Ze wszystkich tych dostępnych swobód Jean lubiła najbardziej rozpiąć pas od podwiązek i wyciągnąć się na kanapie z popielniczką na brzuchu, by wypalić jeden po drugim dwa papierosy. Nie było żadnego powodu, by nie mogła zrobić tego w obecności matki – fakt, że leży w ciągu dnia, mógł przynieść najwyżej zapytanie o zdrowie, nic więcej – nie byłoby to jednak aż tak przyjemne. Letnim wariantem tej praktyki było pójście na bosaka do ogrodu i położenie się z papierosem na chłodnej trawie.

Jean właśnie zdjęła nieświeże pończochy i wepchnęła je w czubki butów, gdy z pokoju na tyłach rozległ się straszliwy łoskot, jakby wszystkie kafle wokół kominka odpadły jednocześnie. Kiedy poszła sprawdzić, okazało się, że przez komin wleciał do środka czarny ptak, wnosząc ze sobą lawinę sadzy i śmieci. Przez kilka sekund leżał oszołomiony na palenisku, a gdy Jean się zbliżyła, zaczął się szamotać i uderzać o kratę.

Jean się cofnęła z sercem ściśniętym w panice. Nie miała pojęcia, jak uwolnić stworzenie lub skrócić jego cierpienia, jeśli jest ranne. Po chwili zorientowała się, że to młody gołąb, pociemniały od sadzy, zapewne bardziej przerażony niż ranny. Wydostał się przez pręty i zaczął chaotycznie latać po pokoju, zagrażając ozdobom i zostawiając ciemne smugi na tapecie.

Jean otworzyła drzwi do ogrodu i starała się zapędzić ptaka w tę stronę, myśląc przy tym, że jej sztywne gesty bardziej przypominają policjanta kierującego ruchem. W końcu gołąb wyczuł wolność i odleciał nisko nad trawnikiem, chroniąc się na gałęzi czereśni. Kiedy Jean go obserwowała, zauważyła rudego kota sąsiadów, który wyłonił się z krzaków z drapieżnym błyskiem w ślepiach.

Jean zamiotła palenisko, wytarła najgorsze plamy ze ścian i zamknęła za sobą drzwi, by pozbyć się wilgotnego, ziemistego zapachu sadzy. W tym momencie usłyszała szum wody w rurze odpływu. Wypaliła papierosa, stojąc nad kuchenką, gdy czekała, aż zagotuje się mleko na wieczorny napój matki.

Teraz, gdy jej serce przestało bić jak szalone, czuła się tak, jakby dokonała czegoś wielkiego, udało się jej zażegnać kolejny domowy kryzys bez pomocy z zewnątrz – zakładając, że w ogóle znalazłby się ktoś, kogo mogłaby wezwać na pomoc.

Trociny są niezastąpione do czyszczenia dywanów. Lekko zabrudzony dywan posyp wilgotnymi trocinami, a następnie zmieć twardą szczotką. W ten sposób nawet dywany o najdelikatniejszych barwach odzyskają kolory.2

Pod numerem siódmym przy Burdett Road w Sidcup stała bliźniacza willa z lat trzydziestych w nieco lepszym stanie niż dom, w którym mieszkała Jean. W ogrodzie od frontu symetryczne rzędy aksamitek i begonii kwitły na wypielonych rabatach okalających z trzech stron schludny kwadrat trawnika. Na dwóch krańcach niskiego murku posadzono identyczne krzaki hortensji. Mosiężna skrzynka na listy i kołatka lśniły. Jean, która przystanęła na progu, by zebrać myśli, zanim zadzwoni do drzwi, postanowiła, że w drodze do domu wstąpi do sklepu po pastę do polerowania. Zbyt łatwo było zaniedbywać prace domowe dotyczące tych części domu, których nie widziała matka.

Po kilku chwilach za kolorowymi szybkami zamajaczyła czyjaś sylwetka i drzwi otworzyła szczupła około trzydziestoletnia kobieta. Ciemne kręcone włosy miała zaczesane na bok i spięte szylkretową klamrą. Trzymała zwiniętą ściereczkę do kurzu i parę gumowych rękawiczek, które niepewnie przekładała z ręki do ręki, aż w końcu odłożyła je na półkę pod wieszakiem na kapelusze w holu.

– Pani Tilbury? Jestem Jean Swinney z „Echa Północnego Kentu”.

– Tak, proszę, proszę wejść – powiedziała kobieta, jednocześnie podając Jean rękę i odsuwając się, by przepuścić gościa, przez co znalazła się poza jej zasięgiem.

Kiedy wreszcie poradziły sobie z tą dość skomplikowaną formą powitania, Jean została wprowadzona do pokoju od frontu, pachnącego woskiem do mebli. Był nieskazitelnie czysty i pozbawiony oznak życia. Sprawiał wrażenie pomieszczenia otwieranego wyłącznie na specjalne okazje.

Pani Tilbury wskazała Jean wygodniejsze z dwóch krzeseł pod oknem, ustawionych pod kątem po obu stronach niewielkiego stolika.

– Pomyślałam, że może będzie pani chciała coś zapisać – wyjaśniła.

Nie akcent, lecz raczej lekki nacisk na wypowiadane sylaby przypominał, że jest cudzoziemką.

– Dziękuję, rzeczywiście zazwyczaj tak robię – odparła Jean, wyjęła z torebki notes i ołówek i położyła je na stole.

– Zaparzyłam herbatę. Zaraz przyniosę.

Pani Tilbury prędkim krokiem wyszła z pokoju i Jean słyszała, jak krząta się w kuchni. Wykorzystała chwilową nieobecność gospodyni, by się rozejrzeć i zlustrować otoczenie doświadczonym okiem. Podłoga z gołych desek, sfatygowany dywanik, kominek obramowany kaflami, z wymiecionym, pustym paleniskiem. Na pianinie stojącym we wnęce było kilka fotografii w srebrnych ramkach. Jedna przedstawiała rodzinę pozującą ze sztywnością typową dla epoki edwardiańskiej, bez uśmiechu – pan domu na stojąco, żona siedząca z niemowlęciem w sukience do chrztu, starsza dziewczynka w fartuszku wpatrywała się szklanym wzrokiem w obiektyw. Inna fotografia przedstawiała dziewczynkę dziewięcio- bądź dziesięcioletnią z burzą ciemnych loków – być może była to pani Tilbury – spoglądającą jakby w uniesieniu na coś poza kadrem. Na parapecie stały afrykańskie fiołki i kaktus, na ścianie wisiał kilim przedstawiający scenę alpejską z ośnieżonymi górami i drewnianą chatą wśród kwitnących łąk; obok haftowana makatka z sentencją „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”.

Pani Tilbury powróciła z tacą, na której stały dwie filiżanki z cienkiej porcelany, dzbanuszek z mlekiem, cukierniczka i imbryk przykryty haftowanym kapturkiem. Kiedy nalewała, jej ręka lekko drżała i dzióbek imbryka stukał o krawędź filiżanki. „To pewnie nerwy”, uznała w duchu Jean. A może zwyczajnie obawiała się o swój najlepszy serwis do herbaty.

Teraz, gdy mogła lepiej się jej przyjrzeć, Jean zauważyła, że pani Tilbury była jedną z tych kobiet hojnie obdarzonych przez naturę. Miała nieskazitelną, jasną cerę, nieduży, prosty nos i lekko skośne błękitne oczy, nadające jej twarzy rys nieangielskiej urody. Nosiła bluzkę z okrągłym kołnierzykiem wpuszczoną w spódnicę o wąskiej talii.

Jean poczuła się rozdarta między zazdrością a podziwem. Chciałaby móc nosić spódnice o takim kroju, ale w jej przypadku nie było mowy o żadnej talii. Już w dzieciństwie była krępa. Nie gruba – na to nigdy nie była zbyt obficie karmiona – lecz jej figura była pozbawiona zwężeń i wypukłości, przypominała bardziej zegar ścienny niż klepsydrę.

– Nie jest pani Angielką? – Jean starała się, by pytanie nie zabrzmiało oskarżycielsko.

– Nie, Szwajcarką. A dokładniej pochodzę z niemieckojęzycznego kantonu. Ale mieszkam tu, odkąd skończyłam dziewięć lat.

Uśmiechnęły się do siebie nad filiżankami z herbatą i umilkły, gdy Jean się zastanawiała, czy powinna przeprowadzić bardziej ogólną rozmowę na temat okoliczności życiowych pani Tilbury, czy też przejść od razu do sedna.

– Pani list bardzo nas wszystkich zainteresował – zaczęła wreszcie. – Nie zdradziła pani wielu szczegółów, lecz był niezwykle intrygujący.

– Zapewne ma pani wiele pytań. Proszę pytać o wszystko. Nie mam nic przeciwko temu.

– Proszę na początek opowiedzieć o narodzinach córki.

Pani Tilbury splotła ręce na kolanach i zaczęła się bawić obrączką.

– Przede wszystkim powinnam chyba zaznaczyć, że chociaż byłam bardzo niewinną dziewczyną, to wiedziałam, skąd się biorą dzieci. Moja matka wychowywała mnie dość surowo, była to bardzo religijna osoba, i naturalnie nie było mowy o spotykaniu się z chłopcami ani niczym podobnym, nie utrzymywano mnie jednak w niewiedzy. Kiedy krótko przed dziewiętnastymi urodzinami poszłam do lekarza, bo skarżyłam się na zmęczenie i ból piersi, nie mogłam uwierzyć, gdy poinformował, że będę mieć dziecko. Wiedziałam, że to niemożliwe, nigdy nawet nie pocałowałam mężczyzny.

– To musiał być wielki wstrząs.

– Owszem – przyznała pani Tilbury. – Ale myślałam, że to nie może być prawda, wierzyłam, że wkrótce się przekonają, że zaszła pomyłka.

– Zapewne wyjaśniła pani to wszystko lekarzowi?

– Oczywiście. Powiedział, że sposób, w jaki do tego doszło, to nie jego sprawa, i że moje zdumienie nie zmienia faktu, iż z całą pewnością spodziewam się dziecka.

– Innymi słowy, nie uwierzył pani.

– Tak sądzę. Oznajmił, że widywał wiele dziewcząt w moim stanie, które z równym zaskoczeniem przyjmowały tę wiadomość. Prędko jednak godziły się z tą myślą, bo zdawały sobie sprawę, że zaprzeczanie nie ma żadnego sensu, efektu nic już nie zmieni. Wyraził nadzieję, że tak będzie także ze mną.

– Co za wstrętny człowiek – stwierdziła Jean gwałtowniej, niż zamierzała. – Nie cierpię lekarzy.

Jeśli jej reakcja zaskoczyła panią Tilbury, gospodyni była zbyt uprzejma, by to okazać.

– Miał całkowitą rację. Ostatecznie opiekował się mną bardzo dobrze – przyznała.

– Zatem gdy zrozumiała pani, że nie ma mowy o pomyłce, jak wyjaśniła pani to sama przed sobą? Co pani zdaniem naprawdę się wydarzyło? Myślała pani, że została nawiedzona przez Ducha Świętego czy że to zjawisko medyczne, którego nauka nie potrafi wyjaśnić? Albo coś jeszcze innego?

Pani Tilbury rozłożyła bezradnie ręce.

– Nie wiem. Nie znam się na nauce. Nie jestem religijna jak moja matka. Wiem tylko, co się nie wydarzyło.

– Jak rodzice przyjęli te wieści? Musiała pani im powiedzieć.

– Ojciec już nie żył, była tylko matka.

– Ona pani uwierzyła?

– Oczywiście.

– Nie wszystkie matki przyjęłyby to w ten sposób.

Na myśl o własnej matce Jean musiała opanować nagłą falę nienawiści.

– Wiedziała, że nie miałam relacji z mężczyzną. Widzi pani, w czasie gdy doszło do rzekomego zapłodnienia, przebywałam w prywatnej klinice, gdzie leczono mnie na ostre reumatyczne zapalenie stawów. Przez cztery miesiące leżałam na jednej sali z trzema innymi młodymi kobietami.

– Och. – Jean nie była w stanie ukryć zaskoczenia. Ta rewelacja wydawała się nieoczekiwanie potwierdzać zdanie pani Tilbury. Jej oświadczenie stało się nagle znacznie trudniejsze do zlekceważenia, co ucieszyło niespodziewanie Jean. Pragnęła, by ta wersja okazała się prawdziwa z pobudek, które nie wypływały wyłącznie z dziennikarskiej ambicji opisania dobrej historii. – W takim razie zgodzi się pani, bym sprawdziła daty i inne szczegóły – odezwała się.

– Naturalnie. Przebywałam w zakładzie leczniczym Świętej Cecylii od początku czerwca czterdziestego szóstego roku do końca września. Pierwszego listopada dowiedziałam się, że jestem w ciąży, a Margaret urodziła się trzydziestego kwietnia czterdziestego siódmego roku.

– Nie była wcześniakiem czy coś w tym rodzaju?

– Nie. W gruncie rzeczy urodziła się po terminie. Trzeba było wywołać poród, bo miałam za wysokie ciśnienie.

– Proszę wybaczyć, ale muszę zadać osobiste pytanie. Zresztą obawiam się, że jeśli będziemy kontynuować, wiele osób będzie zadawać pani osobiste pytania.

– Rozumiem – odparła pani Tilbury, a jej policzki pokryły się delikatnym rumieńcem.

– Czy kiedy poszła pani do lekarza, nie zauważyła pani braku miesiączki? Czy to nie powinno było pani zaalarmować?

– To nie był pierwszy raz, gdy nastąpiła przerwa. Nigdy nie miesiączkowałam regularnie. Niekiedy nie pojawiała się przez kilka miesięcy.

Wymieniły porozumiewawcze uśmiechy przy tej wzmiance o troskach swojej płci. „Jakie to dziwne”, pomyślała Jean, „że omawia tak intymne sprawy z dopiero co poznaną osobą, pijąc herbatę z filiżanki z najlepszej porcelany”. Uznała, że po przełamaniu lodów nie będzie zwlekać z innymi delikatnymi pytaniami.

– Była pani bardzo dzielna, zatrzymując dziecko – powiedziała, choć alternatywy z pewnością wymagały więcej odwagi, zważywszy na to, że łączyły się z większym cierpieniem dla matki. – Czy kiedykolwiek rozważała pani oddanie córki do adopcji… albo… – Nie mogła wypowiedzieć tego na głos.

– Och, nie – zaprzeczyła pani Tilbury. – To było nie do pomyślenia. Moja matka była pobożną katoliczką i wierzyła, że dziecko jest darem od Boga.

– Nie obawiała się, co pomyślą sąsiedzi o niezamężnej matce? Ludzie potrafią być bardzo surowi w osądach.

– I tak byłyśmy outsiderkami. – Pani Tilbury przerwała raptownie. – Idzie Margaret – rzekła, gdy jej czujne matczyne ucho wyłapało sygnał niedosłyszalny dla postronnych.

Jean dopiero teraz usłyszała szczęk furtki i kroki na ścieżce. Chwilę później tylne drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.

– Jesteśmy tutaj! – zawołała pani Tilbury. – Chodź się przywitać.

Do pokoju weszła dziewczynka w szarej szkolnej sukience i słomkowym kapeluszu, zarumieniona i zdyszana od upału.

– Mogę iść do Lizzie? – zapytała. – Mają małe kotki.

Zatrzymała się na widok Jean.

– Oto Margaret – przedstawiła ją pani Tilbury, promieniejąca dumą ze swojego dzieła. – A to panna Swinney. – Wymawiała to ze szwajcarskim akcentem jak „Svinny”. – Pracuje w gazecie.

– Dzień dobry – powiedziała Margaret, zdejmując kapelusz i potrząsając włosami. Spoglądała na Jean podejrzliwie. – Spotkała pani kiedyś królową Elżbietę?

– Nie – przyznała Jean. – Ale spotkałam Harolda Macmillana, kiedy został wybrany do Parlamentu z okręgu Bromley.

Na Margaret nie zrobiło to wrażenia. „Pewnie nigdy nie słyszała o Haroldzie Macmillanie”, pomyślała Jean. Dlaczego miałaby o nim słyszeć dziesięciolatka? Jean nie mogła powstrzymać uśmiechu na widok uderzającego podobieństwa matki i córki. Nigdy nie widziała tak zaskakująco podobnych do siebie dwóch osób niebędących bliźniętami. W roztrzepanych lokach i delikatnych rysach dziecka dostrzegała wierne odbicie ślicznej dziewczynki, jaką pani Tilbury była dwadzieścia lat wcześniej. Z łatwością można było uwierzyć, że należą całkowicie do siebie. Jeśli ktokolwiek inny miał udział w powołaniu Margaret do życia, nie pozostawił żadnych widocznych śladów.

– Nie ma najmniejszej wątpliwości, że to pani córka – orzekła Jean. – Jesteście jak dwie krople wody.

Margaret i jej matka spojrzały na siebie i roześmiały się z zadowoleniem. Dziewczynka była jeszcze na tyle mała, że takie porównanie jej schlebiało. „Za kilka lat”, pomyślała Jean, „będzie ją drażnić”.

Pani Tilbury podeszła do pianina i wzięła do ręki fotografię, która wcześniej zwróciła uwagę Jean.

– To ja, gdy byłam odrobinę starsza od Margaret – powiedziała, podnosząc ramkę.

Margaret skwapliwie przybrała tę samą rozmarzoną minę, z oczami uniesionymi do nieba. Matka i córka były teraz nie do odróżnienia, wyjąwszy może aurę pewnej melancholii, która zawsze wydaje się otaczać ludzi na starych fotografiach.

– Mogę pożyczyć? – zapytała Jean, wyobrażając sobie, jak dwa portrety wyglądałyby wydrukowane razem na jednej stronie. – Moglibyśmy sfotografować Margaret w tej samej pozie, jeśli pani się zgodzi.

– Oczywiście, proszę wziąć – zgodziła się pani Tilbury.

„Słowo daję”, pomyślała Jean, „ta kobieta jest tak otwarta, po prostu nie można nie wierzyć w jej autentyczność”.

– Mogę teraz iść do Lizzie? – zapytała Margaret proszącym tonem.

Matka zwichrzyła jej włosy.

– Dobrze, na pół godziny. Ale zaraz po powrocie usiądziesz do pianina.

Margaret skinęła skwapliwie głową, pożegnała się grzecznie i wybiegła.

„Co za przemiła dziewczynka”, stwierdziła w duchu Jean, czując nagłą falę tęsknoty. Na głos powiedziała:

– Ma pani wielkie szczęście.

– Wiem – przyznała pani Tilbury. – To mój aniołek.

Herbata wystygła, lecz Jean nie przyjęła propozycji zaparzenia nowej. Teraz, gdy Margaret znalazła się poza zasięgiem, mogły kontynuować swobodną rozmowę, a trzeba było omówić jeszcze wiele spraw.

– Czy tam panią wyleczyli?

– Gdzie?

– W Świętej Cecylii. Wspomniała pani, że leżała w łóżku przez cztery miesiące.

– Nie umiem stwierdzić, czy lekarze faktycznie mi pomogli. Ale pod koniec pobytu mój stan poprawił się zdecydowanie i chociaż od tamtej pory bywało, że czułam się gorzej, w niczym nie przypomina to tego, co cierpiałam w dzieciństwie. W gruncie rzeczy od narodzin Margaret objawy niemal ustąpiły. – Poruszyła dłońmi. – Czasem, jeśli dużo szyję, odczuwam dawną sztywność w nadgarstkach. Wtedy bandażuję ręce, dopóki nie przejdzie.

– Jest pani krawcową?

– Tak, naprawiam i przerabiam ubrania. Szyję też na zamówienie. Suknie ślubne i tym podobne.

– Wielkie nieba, musi być pani bardzo zdolna.

Jean miała podstawowe umiejętności, ograniczone do najbardziej koniecznych napraw. Przyszywanie odprutych rąbków, oberwanych guzików. Cerowanie było szczególnie znienawidzonym obowiązkiem, który wykonywała tak niechlujnie, że jej matka była zmuszona to przejąć.

– Nigdy nie umiałabym uszyć sukienki.

– To bardzo proste – zaoponowała pani Tilbury. – Nauczę panią.

– Jestem niewyuczalna – odparła Jean. – Na dowód mam świadectwa szkolne.

Uśmiechnęły się do siebie.

– Czy Margaret wie coś o swoim… skąd się wzięła? – zapytała Jean, szukając z wysiłkiem odpowiedniego słowa. „Pochodzenie” wydawało się świadczyć o sceptycyzmie.

– Wie, że jej narodziny były czymś wyjątkowym. Nazywa mojego męża tatą, lecz wie, że nie jest jej biologicznym ojcem. Chociaż oczywiście on jest jej prawdziwym ojcem w najważniejszym sensie, bo wychował ją i kocha jak własne dziecko.

– Mogę zapytać, co pani pragnie osiągnąć, szukając wyjaśnienia tej sytuacji? Nie wydaje się pani typem osoby, której zależy na rozgłosie.

Otóż to, ta kwestia niepokoiła ją najbardziej. Co mogła zyskać Gretchen Tilbury, czyniąc swoją rodzinę obiektem publicznej ciekawości? Jeśli uda się potwierdzić jej wersję, stanie się niezwykłym zjawiskiem, obiektem szalonego, niepohamowanego zainteresowania świata medycznego. Jeśli się okaże, że zmyśla, jej reputacja i być może także małżeństwo legną w gruzach.

– Chyba po prostu przeczytałam artykuł w waszej gazecie i pomyślałam: „Przecież to o mnie!”. Zapragnęłam, by ktoś udowodnił to, o czym wiedziałam od zawsze.

– Musi pani rozumieć, że nasze podejście: moje, gazety, naukowców, czytelników, będzie skrajnie sceptyczne. To nie będzie wyglądało tak jak w sądzie. Pani słowa będą podważane dopóty, dopóki nie da się dowieść ich prawdziwości. A ja zamierzam zbadać każdy szczegół.

– Rozumiem. Ale nie mam nic do ukrycia i nie muszę niczego się obawiać.

– A mąż? Zgadza się na to?

– Tak, naturalnie.

– Nie wywiera na panią żadnego nacisku… by dowiodła pani swojej prawdomówności?

– Nie, od początku całkowicie mi wierzył.

– Mimo wszystko chciałabym z nim porozmawiać, jeśli to pani nie przeszkadza. A nawet jeśli przeszkadza – dodała Jean, przypominając sobie o zasadzie weryfikowania najdrobniejszych szczegółów.

Pani Tilbury spojrzała na zegarek.

– Howard nie wraca do domu przed wpół do siódmej. Ma zakład jubilerski niedaleko Covent Garden, na Bedford Street. Może pani zadzwonić do niego do pracy.

Jean odwróciła notes i pani Tilbury zapisała nazwisko i numer swoim dziwnym, cudzoziemskim charakterem pisma – siódemki były przekreślone, a dziewiątki przypominały literę „g”.

– Dziękuję – powiedziała Jean, choć nie miała zamiaru dzwonić.

Planowała się zjawić u męża Gretchen bez zapowiedzi. Zamknęła notes na znak, że rozmowa dobiegła końca.

– Co dalej? – zapytała pani Tilbury.

– Zamierzam się skontaktować z genetyczką, autorką pierwszego artykułu, i zapytać, czy są jakieś badania, którym można poddać panią i Margaret, by ustalić, czy rzeczywiście doszło do partenogenezy. Będzie pani musiała pojechać do Londynu. Zakładam, że to nie będzie problemem.

– Pojedzie pani z nami?

Jean nie planowała tak daleko naprzód, lecz zawahała się jedynie przez sekundę, zanim odparła.

– Tak, oczywiście.

Będą musieli jakoś sobie poradzić. To był teraz jej temat i zrobi wszystko po swojemu. Ktoś inny może przejąć „Tydzień w ogrodzie”, gdyby się okazało, że Jean jest zbyt zajęta. Z pewnością nie była jedyną osobą, która wiedziała, jak przycinać róże.

– To świetnie.

Pani Tilbury sprawiała wrażenie, jakby kamień spadł jej z serca, jakby ufała, że Jean będzie swego rodzaju obrończynią i opiekunką w trakcie całego procesu.

Jean poczuła przypływ sympatii, choć wiedziała, że nie może się jej poddać. Jeśli z czasem będzie musiała przekazać Gretchen niepożądane wieści, najważniejsze jest zachowanie rozsądnego, profesjonalnego dystansu.3

– To znaczy, że jej uwierzyłaś?

– Nie znalazłam powodu, by jej nie uwierzyć.

Jean siedziała w gabinecie Roya Drake’a, obserwując, jak szef podlewa wyschnięte rośliny doniczkowe na parapecie. Z odłożonego na bok papierosa unosiła się smużka dymu, która łączyła się z już i tak gęstą chmurą pod sufitem. Korzystając z tego, że Roy był odwrócony plecami, Jean zaciągnęła się ukradkiem i odłożyła papieros do popielniczki.

– Wybacz, poczęstuj się – rzucił, nie odwracając się.

Jean drgnęła i podniosła wzrok, ich spojrzenia spotkały się w odbiciu w szybie okiennej.

– Nic ci nie umyka. – Jean westchnęła, biorąc papierosa z paczki na biurku.

Roy pokręcił głową z zadowoleniem. Wiele lat wcześniej, w najgorszym momencie życia Jean, zastał ją pewnego dnia zapłakaną w pomieszczeniu pocztowym. Objął ją po ojcowsku (choć nie był dość stary, by naprawdę być jej ojcem) i nie okazując zaciekawienia ani niesmaku, powiedział: „Spokojnie, staruszko”. Wobec braku jakiegokolwiek innego pocieszyciela uznała jego serdeczność za głęboko wzruszającą. Nigdy później nie wspominali o tym zdarzeniu, ale od tego czasu istniała między nimi jakaś łącząca ich nić.

– To chyba jednak nie może być prawda, nie sądzisz? – powiedział Roy.

– Dotychczas zdarzały się przypadki spontanicznej partenogenezy u ryb i bezkręgowców, lecz nie u ssaków. Zarazem eksperymenty na królikach wykazały, że jest możliwe doprowadzenie do niej sztucznie w warunkach laboratoryjnych.

Roy uniósł brwi.

– U królików? W takim razie czemu nie u innych ssaków? – Porzucił rośliny i odwrócił się do niej na skórzanym fotelu.

– To wymagało daleko idących zabiegów: zamrażania jajowodów, a procent nieudanych prób był bardzo wysoki.

– Biedne stworzenia – skomentował Roy z grymasem. – Skąd to wszystko wiesz?

– Skontaktowałam się z Hilary Endicott, lekarką, od której artykułu to wszystko się zaczęło, a ona przysłała mi niektóre swoje prace. Trudno było przez nie przebrnąć, więc zapytałam, czy według nauki dzieworództwo jest możliwe. Obruszyła się i odparła, że nauka nie zajmuje się ustalaniem, czy coś jest możliwe, czy nie. Można powiedzieć jedynie, że dotychczas nie odnotowano zweryfikowanych przypadków spontanicznej partenogenezy u ssaków.

– Czyli jednak nie.

– Przyznała, że uznaje prawdopodobieństwo za bliskie zeru, jednak wiele nowych odkryć naukowych uznawano niegdyś za niemożliwe, toteż jest zainteresowana wynikami potencjalnych badań.

– Uznajesz ją za mniej przekonującą niż pani Tilbury?

– Tak. Nie. Sama nie wiem. Myślisz, że można mieć dwie sprzeczne opinie jednocześnie?

– Z pewnością. Ludzie religijni mają tak przez cały czas.

– Powiedzmy, że wierzę w prawdomówność pani Tilbury, chociaż nie wierzę w dzieworództwo, i uważam, że moim obowiązkiem jest znalezienie jakiegoś wyjaśnienia.

– Co w takim razie z tym zrobimy?

– Zachowajmy ostrożność. Nie chcę, żebyśmy wydrukowali cokolwiek, dopóki nie będziemy mieć wyników wszystkich badań. Jeśli się okaże, że to prawda, to będzie gigantyczna historia i będzie nasza. Nie chcę, żeby sprzątnęła ją nam sprzed nosa jakaś krajowa gazeta, zanim zdecydujemy, czy w ogóle jest o czym pisać. Nie spieszy nam się, prawda?

– W ogóle.

– Powinieneś poznać Gretchen. Jest trochę podobna do Deanny Durbin.

Roy teatralnie złapał się za serce.

– Teraz jestem naprawdę zaciekawiony.

– A jej córeczka jest urocza. – Jean wyjęła z torebki fotografię w srebrnej ramce i postawiła na biurku.

– To córka?

– Nie, to matka, ale są identyczne.

– Ta cała Endicott chce się zaangażować?

– Mało powiedziane. W szpitalu Charing Cross cały zespół tylko czeka, by włożyć chirurgiczne rękawiczki.

– Doskonale.

– Kiedy będą przeprowadzać badania, ja zamierzam trochę pogrzebać i się dowiedzieć, czy cała ta historia trzyma się kupy.

– Pogodzisz to wszystko ze swoimi stałymi zadaniami czy chciałabyś z czegoś zrezygnować?

Roy powiedział to neutralnym tonem, lecz Jean wiedziała, jakiej odpowiedzi oczekuje.

– Zamierzam wszystko pogodzić.

– Brawo. Poza tym wszystko w porządku u Swinneyów? Co u twojej matki?

Często pytał o nią, chociaż nigdy się nie spotkali. W ciągu lat Jean opowiadała mu rozmaite historyjki o jej dziwactwach i miał w głowie jej wizję jako „ekscentryczki”. Jeżeli kiedykolwiek w końcu ją zobaczy, przeżyje rozczarowanie. Jean była w stanie zdusić ukłucia poczucia nielojalności, uznając, że „matka” opisywana przez nią była praktycznie wytworem wyobraźni, podobnie jak wymyśleni przyjaciele we wczesnym dzieciństwie.

– Uskarża się na upały.

– Wydawało mi się, że nie lubi chłodu.

– Owszem. I wiatru. Jak na osobę, która nigdy nie wychodzi z domu, ma całkiem zdecydowane poglądy na pogodę.

Roy roześmiał się zachwycony.

– Wyobrażam ją sobie jako egzotyczną orchideę.

– Dzisiaj będzie w dobrym humorze, bo na podwieczorek będą truskawki.

– Przekaż jej wyrazy uszanowania – pożegnał ją Roy.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: