Facebook - konwersja
Mistrzowie życia - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Mistrzowie życia - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-66201-16-3
Język:
Polski
Data wydania:
Sierpień 2018
Rozmiar pliku:
2,0 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
29,90
Cena w punktach Virtualo:
2990 pkt.

Mistrzowie życia - opis ebooka

Czym jest życie bez miłości, przyjaźni i zaufania? Czy alkohol, seks i pieniądze są właściwym lekarstwem na smutek i porażki? Dokąd zaprowadzą kłamstwa bohaterów tej historii?
Młodzi ludzie – Sebastian, Michał i Natalia – szybko rozpoczynają dorosłe życie. Przekroczenie tej granicy będzie dla nich bardzo bolesne. Każdy z trójki bohaterów ma swoje pragnienia i cele, które usiłuje zrealizować, ale za jaką cenę? Które z nich potrafi stawić czoła przeciwnościom losu i wyjdzie zwycięsko z tej próby?
Refleksyjna powieść Mistrzowie życia przenosi czytelników do lat dziewięćdziesiątych, gdzie duch przemian gospodarczych i raczkujący w Polsce kapitalizm mieszały się z młodzieńczym entuzjazmem oraz życiowymi pułapkami.

FRAGMENT KSIĄŻKI

rozdział drugi
Rozbudzeni o świcie

Tęsknoty

Natalia paliła papierosa jednego za drugim, nie zważając na śpiące w łóżeczku niemowlę. Miotała się przy tym nerwowo po pokoju, raz zatrzymując się przy oknie, raz przy dziecku. Weronika, jej córka, kończyła właśnie trzy miesiące. Nieświadoma emocjonalnych problemów matki spała sobie spokojnie, oddychając równo i ssąc zachłannie kciuk prawej rączki. Miała zaróżowione słodko policzki, ciemne, poskręcane w spiralki włosy, zadarty po mamie nos oraz wydatne, wykrojone jak z kartki papieru usteczka. Była śliczna i taka bezbronna. Natalia patrzyła jednak na dziecko niejako z żalem i złością.

Cóż to dziecko było winne? – przemawiały do niej niekiedy resztki zdrowego rozsądku. Czy to w końcu ono było odpowiedzialne za to, że zjawiło się na tym świecie całkiem nie w porę?

Ale potem znów wracała do niej gniewną falą złość. To niesprawiedliwe! – krzyczała w duchu. Dlaczego musiało się to przytrafić właśnie jej? Inne dziewczyny przecież też to robiły i robią nadal, chwaląc się przy tym na lewo i prawo, i nie zachodzą od razu w ciążę! Natalia miała pretensje do Grzegorza, który przecież mógł pomyśleć, zanim… No właśnie. I co teraz? Ta wpadka pokrzyżowała wszystkie jej dotychczasowe plany, ograniczyła możliwości, a nawet odcięła od tak wspaniale rysujących się horyzontów. Nienawidziła za to męża.

Do błogosławionego stanu przyznała się rodzicom dopiero pod koniec trzeciego miesiąca. Na początku nie wiedziała, co ma robić, była przerażona i zagubiona. Kiedy w końcu zdała sobie sprawę, że wkrótce prawda wyjdzie na jaw, postanowiła powiedzieć im o tym sama. Tak jej też doradziła Agnieszka, która nieustannie wspierała Natalię na duchu. Jakoś przełknęli tę wiadomość, choć ojciec nie krył zawodu. Miał wobec dziewczyny inne plany, a tymczasem nic nie ułożyło się po jego myśli.

Grzegorz był początkowo zaskoczony. Jadł właśnie drugie śniadanie i omal nie udławił się kawałkiem kiełbasy. Szybko się jednak pozbierał i zaledwie trzy dni później przyjechał w nowiutkim garniturze, z bukietem czerwonych róż i złotym pierścionkiem zaręczynowym.

W zasadzie przywiózł dwa pierścionki, ponieważ, jak uzasadnił, nie mógł się sam zdecydować.

– Wybierz, który ci się bardziej podoba – szepnął jej dyskretnie do ucha.

– A nie jestem warta dwóch? – wypaliła od razu.

Tym sposobem stała się właścicielką obu. Założyła je sobie zaraz na palce i przez cały wieczór trzymała dłonie na kolanach, eksponując tym samym pokaźny turkus w misternie plecionym koszyczku oraz owalny, niemal na pół palca piasek pustyni. Grzegorz obiecał jej rodzicom, przyszłym teściom, że ich córka (jak tylko dziecko się odchowa) skończy liceum i będzie kontynuować naukę. Trochę ta uroczysta deklaracja uspokoiła Wolskich, aczkolwiek w ich radosne, niezmącone dotąd niczym życie wkradła się niepewność jutra.

Najważniejsze jednak, że miało się urodzić dziecko, ich pierwszy wnuk bądź wnuczka. Ta świadomość przysłoniła im niedobre myśli i rozczarowanie. Postanowili urządzić córce huczne wesele. Wystarczające, aby rozprawiano o nim jeszcze bardzo długo.

***

Po ślubie młodzi zamieszkali właśnie u Wolskich. Ich dom był odpowiednio duży, by stworzyć w nim warunki dla nowej rodziny. Natalia miała więc czas na przygotowanie się do roli matki. Była przecież pod właściwą opieką i tak naprawdę nie musiała się o nic martwić, zwłaszcza o pieniądze, rachunki ani miskę zupy.

Ona jednak nie tak wyobrażała sobie swoje najlepsze, młodzieńcze lata. Miała je zmarnować, wręcz zaprzepaścić, piorąc jakieś zasrane pieluchy, gotując papki, zupki i obiadki dla męża wracającego z pracy? Czuła się, jakby wpadła w zastawioną przez fatalny los pułapkę. Jej myśli krążyły teraz wokół tego, jak się z niej wydostać, jak oszukać wredne fatum i przechytrzyć, aby gwiazdy zechciały jej wreszcie sprzyjać.

***

Znów zatrzymała się przy oknie, za którym świat roztaczał się kuszącą, niekończącą niwą. Chciwie ogarniała wzrokiem wszystko, co było po drugiej stronie szyby. Już widziała siebie biegnącą senną ulicą, słyszała stukot obcasów uderzających miarowo o asfalt. Zamknęła oczy, zacisnęła zęby, bo od tęsknoty aż paliło ją w gardle, a myśli kłębiły się jak w jakimś pijackim amoku.

Tylko dzisiaj, mówiła sobie, tylko ten jeden jedyny raz, kolejna okazja może się już nie trafić. Tak długo czekała na ten telefon. Gdy zadzwonił, myślała, że śni, słysząc jego głos. Ale to nie był sen. Zaproponował nawet spotkanie. Miałaby teraz zrezygnować? O nie! Sytuacja jej sprzyjała. Grzegorz grał akurat ze swoją kapelą na weselu. Wróci dopiero nad ranem. Wystarczy więc poprosić mamę, wystarczy coś wymyślić. Jakieś malutkie kłamstewko. Nie pierwsze, nie ostatnie. Tylko jakie? Wybiegła z pokoju jak huragan. Mamę zastała w kuchni szorującą zlew.

– Mamo, dzwoniła Dorota. Chciała, żebym wpadła do niej na dwie godzinki. Przypilnujesz Weroniki?

Katarzyna w odpowiedzi zerknęła tylko przez ramię i uśmiechnęła się lekko, nie wyczuwając oszustwa.

– Idź! – powiedziała. – Tylko nie wróć zbyt późno!

***

Kryjący w sobie wiele tajemnic, dziki, zapomniany, a w dodatku oddalony od miasta cmentarz wojenny z okresu pierwszej wojny światowej wydawał się idealnym miejscem na potajemne spotkanie. Natalia miała przynajmniej pewność, że nikt ich tam nie nakryje, chyba że tak samo skrywająca się przed ludźmi para. Ale tak naprawdę niewiele ją to obchodziło. Była gotowa zrobić znacznie więcej, wystarczyło tylko jedno jego słowo.

Dotarła tam, jadąc dwa przystanki tramwajem, potem jeszcze biegła kilka minut, mijając po drodze wzniesioną na niewielkim wzgórzu stację benzynową. Dostrzegła go już z daleka. Stał u wejścia, przy zapadającej się bramie, paląc krótkimi ruchami papierosa. Czerwony, błyszczący punkcik jarzył się i ginął na tle zapadającego szybko zmierzchu.

– Po co dzwoniłeś? – zapytała naiwnie.

– A jak myślisz?

– Wiesz, że tęskniłam, wiesz, co się stało?

– Wiem, ja też tęskniłem, Nat – odparł szeptem, rzucając pod nogi niedopałek. – Chodź ze mną!

Minęli szczątki bramy i ruszyli w górę wytartą, wąską ścieżką pomiędzy sędziwymi drzewami oplecionymi bluszczem. Gdzieniegdzie wystawały z ziemi szare połamane nagrobki, których kontur rozmazywał się w zapadającej z każdą chwilą ciemności. Otuliła ich drżąca, niecierpliwa cisza przerywana jedynie stłumionym echem przejeżdżających w dole aut.

Nagle Sebastian się zatrzymał. Nie musiał nic mówić. Wtopiła swoje spragnione ciało w jego ramiona, oddając się bez reszty silnej, gwałtownej namiętności.

– Już zapomniałem, jak słodko smakujesz, jak cudownie! – jęknął.

– Ach, Seb! Ach, Seb! – krzyczała z rozkoszy.

***

Pierwszy głód zaspokoili szybko. Leżeli potem na wilgotnej trawie, nasłuchując szumu wiatru bawiącego się w koronach drzew.

– Nie boisz się? – spytał, gdy nad ich głowami załopotały ciężkie skrzydła. – Krążyły pogłoski, że to miejsce było siedzibą sekty satanistów.

– Żartujesz? – rzuciła kpiąco. – Wierzysz w te bzdury?

– Czemu nie?

– Przy tobie nie boję się niczego, ale gdyby był tu Grzegorz, pewnie drżałabym jak osika!

– Schlebiasz mi.

Ścisnęła jego rękę, aż poczuł ból.

– Seb, dlaczego?

– Co, Nat?

– Dlaczego nie możemy być razem? Weronika powinna być twoją córką, a ty moim mężem. Przecież tak mogło się stać, jesteśmy dla siebie stworzeni!

Milczał przez chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć. Potem chciał ją do siebie przytulić, ale odepchnęła go ze złością.

– Dlaczego mnie zostawiłeś?! – krzyknęła mu prosto w twarz. – Dłużej już tego nie zniosę!

– Czego, Nat? – spytał naiwnie.

– Jak to? Nie wiesz? Mam już dość udawania, odgrywania roli kochającej żony, wzorowej matki! Duszę się! Nienawidzę, gdy mnie dotyka, gdy chce się ze mną kochać! Czy ty to, do diabła, rozumiesz?

– Rozumiem, ale uspokój się! Niczego przecież nie zmienisz. To twój mąż, myślałem nawet, że go kochasz. Jest przecież fajnym gościem, gra w kapeli…

– Ty draniu! Jak możesz? Myślisz, że byłabym tutaj, gdyby tak było?

– No, nie wiem…

Rozpłakała się.

– Ty mnie nie kochasz, Seb, nigdy nie kochałeś! Inaczej nie pozwoliłbyś mi odejść! A ja, głupia, myślałam…

– Kocham cię, Nat. Jesteś cudowna i słodka! Ale sama wiesz, że to przecież nie jest takie proste. Ty masz już rodzinę, a ja… Nie jestem dobrym materiałem na męża. Zasługujesz na kogoś lepszego, zrozum.

– Co za banał! Rzygać mi się chce!

– Ale to prawda. Masz dziecko, któremu musisz poświęcić czas. Macierzyństwo to piękny okres w życiu kobiety.

– Poświęcenie! Jakże nienawidzę tego słowa! – Roześmiała się. Najpierw cicho, pogardliwie, a potem coraz głośniej, kryjąc w tym odruchu rozpacz, wściekłość i bezsilność.

Chciał coś dodać, ale ona zakryła dłonią jego usta.

– Nic już nie mów! Lepiej czasami milczeć! Kochaj mnie mocno, jakbyś to robił ostatni raz! Tylko tyle zrób dla mnie i nic już, do cholery, nie mów!

Dziki ptak zerwał się z zarośli i odleciał z głośnym łopotem skrzydeł. Jego głos niósł się jeszcze długo, a potem już tylko były cisza i wplątane w nią miłosne skargi i westchnienia.

Podejrzliwość

Panią Joannę musiało zaskoczyć nagłe wtargnięcie syna do pokoju, bo zerwała się gwałtownie z kanapy, na której siedział w dość bliskiej odległości szpakowaty mężczyzna w błękitnym kaszmirowym swetrze.

– Myślałam, że pojechałeś na budowę – powiedziała wyraźnie zmieszana.

– Już byłem – odparł jakoś markotnie Sebastian. – Prace są prawie na ukończeniu.

– To chyba dobrze? – spytała, przyglądając mu się badawczo.

– Tak sobie – wymamrotał półgębkiem, spoglądając nieufnie w stronę gościa.

– To jest właśnie Ewaryst! – zakomunikowała matka, czerwieniąc się przy tym jak nastolatka.

Mężczyzna wstał, uśmiechnął się do Sebastiana szczerymi oczami, wyciągając jednocześnie ciężką, spracowaną dłoń.

– Wiele dobrego słyszałem na twój temat.

– Tak? Jak miło… – odparł niechętnie chłopak, opadł na kanapę i zaczął machinalnie przeszukiwać kieszenie.

– Jest obiad, zjesz? – zapytała Joanna, czując w powietrzu niezręczną ciszę.

– Dziękuję, nie jestem głodny, może później! – odpowiedział szybko, łapiąc kątem oka zatroskany wzrok matki. Wreszcie dotarł do paczki papierosów, wyjął ją ze spodni, po czym skierował w stronę gościa.

– Pali pan?

– Rzuciłem jakieś dwa lata temu, na szczęście…

– Ach, w takim razie sam sobie zapalę.

Sebastian nigdy nie zastanawiał się, jak powinien wyglądać mężczyzna po czterdziestce, ale też nie myślał, że można w tym wieku prezentować się jeszcze tak dobrze. Nie dość, że ubrany z niewymuszoną elegancją, to jeszcze przystojny, emanujący jakąś wewnętrzną siłą i spokojem. Ujmujące spojrzenie Richarda Gere’a, te same kości policzkowe i gęste, dobrze ostrzyżone włosy, siwe na skroniach.

Niebezpieczny typ, analizował, podstarzały playboy? Żigolak? Macho? Żadne z tych pogardliwych przezwisk do niego nie pasowało. Zbyt dużo było w nim wewnętrznego ciepła, ale jednak – nie ufał mu. A może matrymonialny oszust? Mam cię! – zawołał triumfalnie w myślach. To, co widać, to tylko otoczka, pod którą kryje się bezwzględny, wyrachowany drań. Mamo? Jak mogłaś się w nim zakochać? Teraz dopiero dostrzegł coś, czego nie widział wcześniej. Bystrość i koncentrację w jego szarozielonych źrenicach. A więc jednak…

– Chciałeś coś powiedzieć, synku? Zacząłeś mówić o szwalni? – wtrąciła Joanna, wracając z kuchni, niosła na tacy trzy szklanki herbaty i ciasteczka.

– Nie wiem, czy to właściwy moment na taką rozmowę – odparł sucho, spoglądając wymownie w kierunku Ewarysta.

– Nie musisz się krępować, synku, Ewaryst wie o naszym przedsięwzięciu, proponował nam nawet pomoc. Jest w stanie udzielić pożyczki, jeśli uznasz to za konieczne. Kilka dni temu wspominałeś coś o kredycie.

– Czyżby? – prychnął Sebastian, zalewając się jednocześnie falą dzikiego gniewu. Jak mogłaś mu tak zaufać, mamo? – spytał bez słów, patrząc jej z wyrzutem w oczy.

W lot pojęła, co miał na myśli, bo spojrzała, jakby chciała powiedzieć: „Nie rób mi tego, synku, proszę, zaufaj mu!”.

Nie miał zamiaru. Połknął dym z papierosa i zapytał obcesowo:

– A więc czym się pan aktualnie zajmuje?

Ewaryst uśmiechnął się pobłażliwie, a Joanna pośpieszyła z odpowiedzią:

– Prowadzi dobrze prosperującą masarnię, synku. – A potem dodała wesoło: – Od miesięcy zaopatruje nas w najlepsze gatunki wędlin, ale ty jesteś tak zabiegany, że niczego nie dostrzegasz!

– Masarnia? – prychnął. – Raczej niezbyt wdzięczne zajęcie!

– Rzecz gustu. Najważniejsze, że jak na dzisiejsze czasy, bardzo opłacalne. – Z tym samym spokojem i tym samym pobłażliwym uśmiechem zajrzał Sebastianowi w oczy i podsumował filozoficznie: – Ludzie jedli i będą jeść, jak świat światem.

– A jeśli przejdą na wegetarianizm? – odciął się chłopak. – Taki trend ostatnio nawet można zaobserwować – dodał, ciesząc się w duchu, że znowu mu dowalił.

Twarz Ewarysta nie drgnęła, nie znalazł w niej iskierki złości, wahania czy czegoś podobnego. Widać było natomiast, że ten facet to rzeczowa i konkretna osoba. Nic nie było w stanie ruszyć tej góry pewności, rozwagi i zdecydowania.

– Widzę, mój drogi chłopcze, że za wszelką cenę próbujesz mnie dzisiaj znokautować. Myślę, że rozmowy o interesach, a tym bardziej o pieniądzach, byłyby zdecydowanie nie na miejscu.

Poruszył się i wstał. Ujął drobną dłoń Joanny i odcisnął na niej swoje wargi. Spojrzał jednocześnie w jej przejęte, zlęknione oczy, jakby chciał powiedzieć: „Nie przejmuj się, wszystko się z czasem ułoży”.

Potem zaś, całkiem po męsku, uścisnął rękę Sebastiana, podziękował za gościnę i wyszedł.

***

– Masz szczególny sposób okazywania wdzięczności! – Joanna nie kryła rozczarowania zachowaniem syna. – Czego ty chcesz? Człowiek proponuje ci bezinteresowną pomoc, miałeś okazję pchnąć nasze interesy do przodu, i to za darmo, a nie za cenę lichwiarskich odsetek, jakie proponuje bank! Co się z tobą dzieje? Wytłumacz mi to!

To pytanie go nie zaskoczyło. Właściwie czekał na taki rozwój wydarzeń, więc rozsiadł się wygodnie i zapytał:

– Mamo, a kto to właściwie jest, ten Ewaryst? Na ile go znasz, że tak mu zaufałaś? Gdzie twój zdrowy rozsądek? To przecież zwykły matrymonialny oszust! A ty dałaś się tak omamić, że aż wstyd! Jaką masz gwarancję, że ten twój donżuan nie zechce nas okraść? Skąd ty go w ogóle wzięłaś? Nie potrzebuję jego pomocy, obejdzie się!

– Znam Ewarysta lepiej, niż ci się wydaje! – odparła twardo. – To porządny, uczciwy człowiek i wiem, czuję to, że mogę mu tak po prostu zaufać! Możesz nie korzystać z jego pomocy, ale nie pozwolę ci stawać na drodze do naszego szczęścia! Radzę ci, zaakceptuj go, jeśli chcesz, aby twoja matka przeżyła jeszcze coś pięknego! – Jej głos, choć stanowczy, łamał się przy każdym wypowiedzianym słowie. Zupełnie jakby bała się, że za chwilę straci coś bezpowrotnie.

– Mamo, tylko nie płacz! Ja wiem, że z twojego punktu widzenia wszystko wygląda inaczej, jesteś zaangażowana uczuciowo, ale przypomnij sobie ojca, jemu też wierzyłaś bezgranicznie.

– Ewaryst jest inny… – Załkała.

– Jasne! Każdy mężczyzna, który choć trochę różni się od ojca, w twoich oczach uchodzi teraz za ideał. Musisz nabrać większego dystansu do życia i otaczających cię ludzi, inaczej…

– Nieprawda! – zaprotestowała. – Mylisz się!

Zerwała się z miejsca jak huragan, zawadzając o szklany wazon, który rozpadł się z hukiem na drobne kawałeczki. Nie zwróciła na to większej uwagi, patrzyła na syna z przejęciem i niedowierzaniem.

– Obserwuję cię od dłuższego czasu. Owszem, jesteś pracowity, ambitny, jest w tobie charyzma i upór, ale na Boga, synku, gdzie są twoje uczucia?! Wrażliwość i zdolność do empatii? Czym jest w końcu świat bez miłości, przyjaźni, zaufania? Czy pieniądze i zdobyte cele zastąpią ci to wszystko? Bo ja obawiam się, że już zdominowały twoje życie. Odsunąłeś się od dawnych kolegów, nie masz stałej dziewczyny, którą obdarzyłbyś uczuciem. Cóż ci przyniosą te przelotne, nic nieznaczące związki? Do czego doprowadzi cię chorobliwa wręcz podejrzliwość i brak wiary w drugiego człowieka? Patrzysz na życie przez pryzmat zysków i strat, jakbyś zapomniał, czym ono jest naprawdę. Na Boga, synku, opamiętaj się!

Po tych słowach, a raczej rozpaczliwym monologu, wybiegła z pokoju i zamknęła się w sypialni, mając nadzieję, że choć trochę dotarła do Sebastiana.

Tymczasem chłopak włączył telewizor i zaczął bezmyślnie przerzucać kanały. Niepoprawna romantyczka! – westchnął w myślach – w dodatku taka słaba i naiwna…

Pierwszy raz

Już z daleka dostrzegł oświetloną południową ścianę domu. Odruchowo zerknął na deskę rozdzielczą, gdzie zegar wskazywał drugą z minutami. Nie przypuszczał, że jest już tak późno. Tyle się wydarzyło. Już na samą myśl robiło mu się gorąco. Urodziny Moniki, przygotowania, zakupy, aż wreszcie skromna impreza, na którą zaprosiła wąskie grono znajomych: kilka koleżanek, niektóre w towarzystwie chłopaków. Nie mógł się nadziwić, z jaką łatwością radziła sobie z przygotowaniem stołu. Był pod wrażeniem jej zaradności. A potem nie był w stanie oderwać od niej oczu. Wyglądała tak ślicznie w rozpuszczonych włosach i czarnej sukience mini. Nie wiedział, że ma tak zgrabne nogi, a zresztą czy chodziło tylko o nogi, gdy w środku buzowało w nim jak w rozgrzanym do czerwoności palenisku? Mogłaby mieć dwa razy grubsze łydki, ale ten fakt nie wpłynąłby na rozmiar jego bezgranicznego uczucia. Bo czyż można kochać kogoś tylko za nogi czy biust?

Dopiero gdy wyszli ostatni goście, zdecydował się na wręczenie jej prezentu w postaci flakonika oryginalnych perfum zakupionych na warszawskiej Skrze od przemytnika. Pięćdziesiąt mililitrów szaleństwa, zmysłowości zmieszanej z nutą Orientu, szczyptą owoców tropikalnych i piżmem.

– Zawsze o takich marzyłam! Skąd wiedziałeś? – Nieśmiało odpakowała butelkę, zdejmując niezdarnie korek, i spryskała przegub ręki. – Są cudne!

– Ale i tak w niczym ci nie dorównują, Moniś!

W odpowiedzi wlepiła w niego wielkie, maślane oczy, jakby chciała coś powiedzieć, ale się bała.

– Moniś? – zapytał nieśmiało, prawie czerwieniąc się od natłoku myśli. Na szczęście półmrok rozłożył swe uwodzicielskie skrzydła, wachlując lekko, filtrując gęste do granic możliwości powietrze.

– Co, Michał?

Musnęła wargami jego policzek, a rzęsy załopotały zalotnie.

– Czy ty chcesz tego samego co ja?

Wyrzucił to z siebie, a potem zawstydził się własnych słów, ale było już za późno, by je cofnąć. Czekał więc, a każda następna sekunda wydawała mu się wiecznością. I co ona sobie teraz o nim pomyśli? Że jest zwykłym samcem, któremu zależy tylko na jednym?

– Tak, Michał, chcę.

Nie mógł w to uwierzyć. Czy to sen? Czuł, jak trzymane dotąd na wodzy emocje nagle wyrywają się spod wszelkiej kontroli. Nic już nie widział, może jedynie fragment zasłoniętego okna, może część złożonej wersalki, skrawek dywanu pod ich stopami, ale wiedział, że ta chwila należy tylko do niego.

***

Michała kolejny raz przeszył dreszcz rozkoszy na wspomnienie tamtej chwili. Bliskość, o której marzył od tak dawna, która połączyła ich w jedno ciało, która sprawiła, że poczuł się wolny i silny jak jeszcze nigdy dotąd. A przy tym taki szczęśliwy! Wcześniej też miał kobiety, ale były to raczej doświadczenia mające na celu zaspokojenie jego ciekawości, czasem podszyte chwilową fascynacją. Żadna z tych dziewczyn nie znaczyła dla niego tyle co Monika. Ona była tylko jedna. I nic nie mogło tego zmienić. Jeszcze raz wrócił myślami do pokoju, gdzie jego ukochana przestała być dziewicą. I znów dreszcz przeszył mu plecy, jakby ktoś wrzucił mu za koszulę kopiec mrówek. Rzeczywistość jednak jawiła się zamkniętą bramą i oświetlonymi oknami, co nie wróżyło niczego dobrego. Po krótkiej chwili mocowania się z zasuwą udało mu się wjechać na teren podwórka i zaparkować obok garażu. Miejsce w środku było zajęte przez samochód ojca.

– Michał, to ty? Jak dobrze, że jesteś!

– Mamo, stało się coś?

– Weronika gorączkuje od kilku godzin, a Natalia znów zniknęła!

– Był lekarz?

– Tak, był. Powiedział, że to nic groźnego. Ząbkuje jak każde dziecko w tym okresie, ale przy tym jest taka niespokojna! Natalia już powinna być, wyszła, jak tylko Grzegorz pojechał grać. Obiecywała, że wróci za najdalej dwie godziny. Co się dzieje z tą dziewczyną? Ja już nie mam siły!

– Nie martw się, mamo, znajdę ją! Zapytam tu i ówdzie, może jest u Agi?

– Co ja bym bez ciebie zrobiła? Tylko niech to zostanie między nami. Dajmy jej jeszcze jedną szansę.

– No jasne, mamo!

Odwrócił się na pięcie i zeskakując po dwa stopnie, pobiegł do auta.

***

Agnieszka powitała Michała zdziwionymi, zaspanymi oczami. Widocznie poczuła się zakłopotana, bo mechanicznie przeczesała włosy, zapinając prawie jednocześnie ostatni guzik bawełnianej koszuli.

– Przepraszam, że nachodzę cię o tej porze, ale sprawa dotyczy Natalii, a właściwie jej ostatniego znikania. Wiesz może coś o tym?

– Wejdź, nie stój tak w korytarzu!

Wsunął się przez szparę w drzwiach i usiadł na drewnianej szafce w przedpokoju.

– Nie ma jej w domu od kilku godzin, Weronika gorączkuje, mama się martwi – mówił nieskładnie.

Aga przyglądała mu się ze współczuciem.

– Kiedyś wiedziałyśmy o sobie niemal wszystko, ale ostatnio, wiesz przecież… Natalia zrobiła się jakaś dziwna. Nie potrafię jej już zrozumieć, nasze drogi trochę się rozeszły. Nie tak dawno wspominała coś o knajpie na Gościnnej, może tam ją znajdziesz? Chciałabym jakoś pomóc, ale niewiele wiem.

– Na Gościnnej? – powtórzył z nadzieją w głosie. – Dzięki, Aga, przepraszam za nalot!

– Nie ma sprawy, dla ciebie wszystko! – zawołała za jego plecami, ale on już tych słów nie usłyszał.

Na Gościnnej nie było siostry, nie znalazł jej też w Turkusie, Magnolii i innych miejscowych lokalach.

– Przykro mi, mamo, robiłem, co mogłem, myślę, że ona niedługo sama wróci.

Katarzyna zachwiała się nad podłogą, oparła o ścianę, łapiąc głęboki oddech.

– Mam złe przeczucia! – wyrzuciła z siebie chrapliwe, bolące słowa. – Boję się o nią, boję się o to małżeństwo, boję się o Weronikę.

– Mamo, proszę, nie mów tak! – Objął ją mocno i zaprowadził do kuchni. – Usiądź, zrobię ci gorącej herbaty! A potem położysz się spać. Musisz teraz odpocząć. Ja tymczasem zajmę się małą.

Weronika spała, więc Michał zaniósł dziecko do swojego pokoju, położył ją obok w łóżku i wkrótce oboje drzemali. Tylko Katarzyna snuła się po domu nieprzytomna ze zmęczenia i strachu, wyglądała z niepokojem przez okno i nasłuchiwała.

Niedługo później pod ich bramą zatrzymała się taksówka. Widziała, jak Natalia z trudem się z niej wydostała i chwiejnym krokiem skierowała ku drzwiom. Najpierw niezdarnie mocowała się z zamkiem, później zaplątała w płaszczach, a kiedy przyklejona do ściany zastanawiała się nad dalszym kierunkiem, na drodze stanęły jej buty, których w żaden sposób nie potrafiła wyminąć. Gdy udało jej się pokonać kolejną przeszkodę, natknęła się na matkę. Oprzytomniała w sekundę, lecz Katarzyna nic nie mówiła, tylko patrzyła oskarżycielskim, wszystko mówiącym wzrokiem.

– Mamo! Nie patrz tak na mnie! Co ja ci takiego zrobiłam?

Odpowiedziała jej nieznośna, świdrująca mózg od środka cisza, która wylewała się zewsząd strumieniami. Po chwili jednak matka zeszła dziewczynie z drogi, a Natalia poczłapała do siebie. Przez moment miała nawet wyrzuty sumienia. Potem jej myśli zasnuły się mgłą i przybrały kształt omamu. Przytłoczone przez ciemne, przygnębiające wizje poukładały się lękliwie w ciasny kłębek i zasnęły.

***

Z głębokiego snu wyrwały ją gaworzenie dziecka oraz czuły ojcowski szept. Zbliżało się południe.

– A ty już nie śpisz? – spytała, patrząc podejrzliwie na męża.

W odpowiedzi uśmiechnął się ciepło swymi łagodnymi oczami, lecz zaraz z czułością cmoknął w stronę rozbawionej córeczki. Weronika czuła się znacznie lepiej.

– Wiem, co obie tej nocy przeszłyście, mama mi powiedziała. Śpij, kochanie, na pewno jesteś zmęczona. Chętnie cię dziś zastąpię.

– Jesteś pewny? – rzuciła z niedowierzaniem.

– Wystarczy, że mi to później wynagrodzisz! – odparł, patrząc na nią wymownie.

– Jasne! – mruknęła ze złością, potem omiotła z niechęcią wzrokiem pokój. – Trochę tu bałagan, trzeba będzie jakoś to ogarnąć!

– Faktycznie, ale nie martw się, ja to zrobię. Moja kochana żona nie jest stworzona do takich przyziemnych zajęć, prawda? – podsumował ironicznie.

– Daj już spokój! – ucięła zniecierpliwiona, otaksowała spojrzeniem jego silnie umięśnioną sylwetkę ubraną w zbyt obcisłą piżamę i wzruszając ramionami, powlokła się do łazienki.

A więc mama niczego mu nie powiedziała? – odezwała się w niej triumfująca myśl. Tym razem jej się udało. Ile razy jeszcze będzie próbować? I co potem? Nieważne. Liczy się tylko teraz.

Szef

Sebastian biegał po pracowni jak opętany. Odkąd dowiedział się, że cała partia bluzek została wycofana ze sprzedaży, szukał byle pretekstu, by wszcząć awanturę.

Jak się dałem na to nabrać? – myślał rozgoryczony. Łudziłem się, że zarobię na przeszyciach? Ale ze mnie idiota! Co takiego nie podobało się temu Niemcowi? Kilka krzywych stębnówek? Co za brednie! Osobiście sprawdziłem każde uderzenie igły! Dziewczyny tak się starały, ślęczały nad tym zleceniem całą noc! Widocznie coś jednak przeoczyłem! Tyle kasy wyrzuconej w błoto! I kogo teraz obciążyć stratami? Przecież nie zabiorę im wypłat! I tak zarobiły marne grosze. Z drugiej strony czy mnie to powinno obchodzić? To one schrzaniły tę robotę, ktoś musi za to odpowiedzieć!

– Pani Ireno, proszę szyć! Dlaczego wciąż gapi się pani w to cholerne okno?

– Zamyśliłam się, przepraszam – bąknęła zawstydzona kobieta.

– Trzeba pracować, pracować! – mruczał gniewnie. – Musimy nadrobić straty, dobrze, że chociaż te getry schodzą od czasu do czasu. Cóż za głupie stworzenie! – wykrzyknął na widok motyla, który dopiero co dostał się do środka i trwożnie trzepocąc skrzydełkami, tłukąc się jak ćma po ścianach, szukał drogi na zewnątrz. Sebastian otworzył szerzej okno i wymachując komicznie ramionami, zaczął biegać za nim po szwalni. Kobiety, podnosząc co chwila głowy znad maszyn, rzucały sobie porozumiewawcze spojrzenia, raz po raz prychając zduszonym śmiechem. Po chwili motyl wydostał się z budynku i szczęśliwie zanurkował w ciepłej masie powietrza.

Akcja zakończona pomyślnie! – zawołał do własnych myśli Sebastian, lecz w tym samym momencie dostrzegł ironiczne spojrzenia pracownic. Ja wam pokażę!

Chwycił niegotowy jeszcze produkt, który leżał na wielkiej stercie getrów, i przyjrzał mu się dokładniej.

– Co to za ścieg?! – wrzasnął, aż kobiety podskoczyły niemal jednocześnie. – Czyje to jest? Numer pięć? Pani Ola?

Dziewczyna wstała. Niska i krępa. Na jej okrągłej twarzy rozlał się rumieniec zakłopotania.

– Nie zauważyłam, przepraszam, widocznie jakiś pyłek dostał się między talerzyki.

– Nie zauważyłam! Nie zauważyłam! – powtarzał gniewnie, parodiując jej zachowanie. – Ja też kiedyś nie zauważę dać wam wypłaty! Ile razy powtarzałem, żeby codziennie czyścić maszyny i kontrolować ścieg? Dziesięć, dwadzieścia razy dziennie? – Rzucił getry na stół i krzyknął: – Poprawić!

Jeszcze kilka razy okrążył szwalnię, jeszcze kilka razy odegrał podobną scenę, aż wreszcie poczuł zmęczenie i udał się na górę, do swojego biura. Zamknął za sobą drzwi, wstawił wodę na kawę, odpalił papierosa. Rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu, zaciągając z lubością miętowym salemem. Wszystko wokół tryskało nowością i świeżą barwą ścian oraz mebli. Gdyby to mógł zobaczyć ojciec, pomyślał z dumą, szczęka by mu opadła do kolan i skręciłoby go z zazdrości! Jego biuro w porównaniu z tym to nędzna komórka na narzędzia!

Z okna roztaczał się widok na pola po drugiej stronie ulicy. W sąsiedztwie kilka posesji, ale ogólnie okolica cicha i spokojna. Westchnął sennie, przerzucił kilka stron gazety, która krzyczała rozhisteryzowanymi tytułami: „Przeciwko aborcji!”, „Strajk pielęgniarek!”, „Katastrofa lotnicza w Gdyni!”.

Co za bzdury! Odłożył zniechęcony prasę i nie kończąc kawy, wstał. Postanowił zejść na dół. Pani technolog pracowała właśnie nad nowym wzorem. Ciekaw był, co tym razem wymyśliła. Wściekł się znów, gdy zastał tam bałagan, a pani Jakubek nie było. Podobno wyszła do sklepu. Później sobie z nią porozmawiam! – pomyślał wzburzony.

Zadźwięczał telefon.

– Szefie! Szefie! – rozkrzyczały się głosy jeden za drugim.

Może kiedyś zatrudnię sobie sekretarkę? – przyszło mu do głowy, gdy biegł do aparatu.

Zniknięcie

W Malinowej było gęsto od dymu. Zawieszone pod sufitem kule dyskotekowe obracały się w rytm muzyki, buchając lawiną laserowych promieni. Większość stolików była zajęta, na parkiecie ściskało się kilka podchmielonych par, a jakaś wychudzona artystka próbowała zagłuszyć syntezator i perkusję.

Natalia siedziała w najbardziej zaciemnionym kącie w towarzystwie rosłego, silnie umięśnionego mężczyzny. Kulturysta miał na imię Paweł i był jej ostatnią wielką fascynacją. Tańczył w klubie taniec erotyczny, co jej od początku niezwykle imponowało. Poza tym świetnie wyglądał, miał tatuaż na pośladku, a co najważniejsze – był wspaniały w łóżku. Może nie tak dobry, jak Sebastian, ale przynajmniej chciał się z nią spotykać. Przy nim zapominała o nieszczęsnym zakochaniu, o córce, mężu, rodzinie. Nawet o bracie, który ostatnio wpadł na pomysł, by ją umoralniać od czasu do czasu.

– Wypchaj się! Wsadź te swoje rady w buty, będziesz wyższy! – rzucała mu na odczepne.

Najgorszy jednak z tego wszystkiego był wzrok matki. Taki twardy i milczący. Miała tego dość. Wychodziła, jak tylko nadarzała się okazja, wiedząc, że ona będzie ją kryła do skutku. Widocznie bała się reakcji Grzegorza, a przy tym ludzkiego gadania, które w rezultacie było nieuniknione. Dziewczyna wykorzystywała więc sytuację, nie mając nawet wyrzutów sumienia. Niejako rościła sobie do tego prawo, usprawiedliwiała samą siebie. To los sobie z niej zakpił, podczas gdy ona chciała żyć, bawić się, błyszczeć, kochać i doznawać rozkoszy! A córka? Natalia nie nadawała się do roli matki. Babcia umiała się nią lepiej zaopiekować.

Sączyła drinka, zaciągając się dymem z papierosa. Patrzyli sobie w oczy. Rozchyliła uszminkowane na różowo wargi, chwyciła jego dłoń i oblizała koniuszkiem języka opuszkę palca. Podchwycił ten sygnał, bo zaraz wsunął drugą wolną rękę pod stolik, dokładnie tam, gdzie tego oczekiwała.

– Chodźmy stąd, królowo! – szepnął niecierpliwie.

Właśnie anorektyczka przestała śpiewać, a z grającej szafy popłynęła rockowa ballada.

– Zatańczmy jeszcze!

– Wszystko, co zechcesz, królowo!

***

Obudził ją promień słońca, który wkradł się przez szparę w nieszczelnie zasłoniętym oknie i ślizgając po jej twarzy, zabawiał się zuchwale błogim stanem nieświadomości. Zatrzymał się na spierzchniętych, wyschniętych już od pocałunków wargach, następnie ruszył w dół po różowej, smukłej szyi i obnażonych, szeroko rozstawionych piersiach. Zerwała się nagle pod wpływem jakiegoś impulsu.

– To niemożliwe! Już dziesiąta?

Paweł leżący obok drgnął, otworzył oczy i jęknął zaspany.

– O co chodzi, królowo? Dlaczego krzyczysz i budzisz mnie tak wcześnie?

– Jak to? Nie rozumiesz? – Jej głos zamienił się w drżący skowyt. – I jak ja teraz wrócę do domu? Jak się z tego wytłumaczę? Masz jakiś pomysł?!

– Nie histeryzuj, proszę! Na wszystko znajdzie się rozwiązanie, tylko trzeba pomyśleć!

– Łatwo ci mówić, jak nie jesteś w tej chwili w mojej skórze! Mąż mnie tym razem zabije! Żadne kłamstwo tu nie pomoże! I co ja teraz zrobię? Przecież oni mi już nie wybaczą! Zamkną w domu i nie pozwolą nigdzie wyjść! Jak ja to zniosę? Koniec ze wszystkim! I z nami również!

– A musisz tam wracać? – rzucił obojętnie, przekręcił się na brzeg łóżka i sięgnął po paczkę papierosów.

– O czym ty mówisz?

– Za kilka dni wyjeżdżam do Warszawy, mam tam zaklepaną kwaterę. Odłożyłem trochę forsy, w planie kilka występów, jakoś to będzie.

– Jakoś to całkiem niewiele, a poza tym nie! To się nie uda! Nie mogę! – Potrząsnęła głową tak, że szopa potarganych blond włosów zakryła jej twarz. – To przecież szaleństwo! To się nigdy nie uda! A co ze mną? Nic nie potrafię, nie skończyłam nawet tej cholernej szkoły! Z czego będziemy żyć?

– Zostaw to mnie, królowo! Na początek nam wystarczy, a potem się zobaczy. Jesteś przecież taka młoda i śliczna, masz piękne ciało i umiesz znacznie więcej, niż myślisz.

– A ty tak serio?

Zajrzała mu w oczy, w których dostrzegła znajomy błysk. Pomyślała chwilę, po czym zaprzeczyła energicznym ruchem głowy.

– A co się stanie z moją córką? Przecież jestem jej matką i mnie potrzebuje. Ja ją urodziłam. Nawet nie wiesz, ile wycierpiałam, wydając ją na świat! Poza tym naprawdę ją kocham!

Paweł roześmiał się pobłażliwie w odpowiedzi. Wstał, zmiótł z podłogi znoszone dżinsy, zarzucił je sobie na ramię i wszedł do łazienki.

– Jak chcesz! – Do uszu Natalii dotarł zduszony lakoniczny zwrot. Myśli w jej głowie kłębiły się jak stado jadowitych węży. – Królowo, zadzwoń do recepcji i zamów nam śniadanie do pokoju! Najlepiej jajecznicę na bekonie! I sok pomarańczowy.

Dotychczas nawet przez chwilę nie myślała w ten sposób. Zawsze wracała, niezależnie od okoliczności. Dlaczego więc teraz w jej głowie wykluła się niepewność? Dlaczego nagle zaczęła się wahać? A może Paweł miał rację?

– Mówiłeś coś jeszcze? – spytała głośno.

Wstała i naga podeszła do okna. Była niska, filigranowa, ale obdarzona przez łaskawą naturę wspaniałymi kształtami, których nawet przebyta ciąża nie była w stanie zmienić na niekorzyść. Rozsunęła szybkim ruchem zasłony. Ostre, zuchwałe promienie słońca wdarły się z impetem do pokoju, oślepiając ją na kilka sekund. Odwróciła się gwałtownie, natrafiając jednocześnie na rozpalone spojrzenie Pawła. Przysunął się bliżej, dotknął jej wilgotnym ciałem pachnącym owocowym mydłem. Jak zawsze zaczął pieszczoty od pieprzyka na jej lewej łopatce, który go najbardziej podniecał. Tak przynajmniej twierdził.

– Czego ja właściwie chcę? – spytała cicho, bezbronnie oczekując od niego sensownej odpowiedzi.

Chwycił ją oburącz w talii i podciągnął na wysokość własnej brody. Uśmiechnął się lubieżnie, patrząc jej głęboko w oczy.

– Ja wiem, a ty?

***

Piątek był dniem targowym, toteż Górniak bulgotał, wrzał, charczał i rzęził. Raz po raz wypluwał z siebie objuczone wypchanymi torbami, często zgarbione pod ich ciężarem kolorowe sylwetki. Kobiety z okolicznych wsi w modnych ostatnio plisowanych spódnicach, troskliwe babcie w towarzystwie małoletnich wnuków, przerysowane okoliczne piękności, nastolatki udające dorosłe, mężczyźni w różnych kategoriach wiekowych i cała reszta nieudaczników oraz popaprańców. Zbita, gęsta masa ludzka poruszała się jak w ogromnym mrowisku: barwna, roztrzęsiona, hałaśliwa i wulgarna.

– Pietruszka! Zielona pietruszka! Ziemniaki! Pomidory! Ogórki!

– Nioski! Sprzedaję tanio!

– Jaja! Świeże jaja! Mleko prosto od krowy!

Głosy co jakiś czas wyrywały się z warczącego tłumu, ale zaraz zagłuszały je inne. Cztery Cyganki ubrane w koronkowe, długie do kostek spódnice, kwieciste chusty, korale i złoto próbowały kolejny raz złapać na przynętę swoją ofiarę.

– Kochaneczko? Powróżyć ci? Chcesz wiedzieć, co cię czeka? Pokaż dłoń, a Cyganka prawdę ci powie! Nie lękaj się, milutka!

Ładna dziewczyna zwabiona ciekawością wyciągnęła rękę, a oczy pomarszczonej staruchy już penetrowały chciwym błyskiem jej wnętrze.

– Za mąż wyjdziesz za pięknego bruneta! Bogata ty będziesz, oj, będziesz! I dwoje dzieci widzę! Ale fałszywa blondyna przy tobie, uważaj, kochanieńka!

Dziewczę właśnie się zastanawiało, kim mogłaby być ta nieszczera osoba, gdy tymczasem kolejna czarownica zajęła się najkosztowniejszą zawartością jej torebki, a inna już czuwała nad bezpieczeństwem zajścia, kontrolując badawczym wzrokiem przechodzące osoby. Zadowolone z niewątpliwie świetlanej przyszłości dziewczę uszło kilka kroków, zanim zorientowało się, że zostało zwyczajnie oszukane i okradzione.

Kilkanaście metrów dalej, w największym skupisku ciekawskich, spece od trzech kart kontynuowali ten sam co zwykle proceder. Najpierw podstawiali kogoś, komu pozwolili wygrać, robili sztuczne zamieszanie, a niewtajemniczonym wydawało się, że wygrana to taka prosta, banalna wręcz sprawa. Kiedy zdobycz znalazła się już w rękach oszustów, rozpływali się jak kamfora. Dalsze sceny miały zawsze ten sam dantejski charakter: krzyk, płacz, rozpacz po stracie mienia. Na placu boju zostawała jedynie okradziona osoba, czasem zawstydzona własną głupotą, czasem rozżalona, rozhisteryzowana, płonąca chęcią zemsty.

Jeszcze dalej ktoś właśnie nabył okazyjnie złotą pięciorublówkę i wracał ucieszony, dopóki nie okazało się, że stał się właścicielem nic niewartego krążka z tombaku. Znów rozpacz, krzyk, wstyd przed powrotem do domu.

***

Takie czy inne sytuacje były wprawdzie codziennością, stanowiły przestrogę i nauczkę dla łatwowiernych, aczkolwiek życie targowiska toczyło się bezwzględnie swoim rytmem. Było to skupisko przeróżnych form sprzedaży (handel walutą, złotem, przemyt, fałszerstwa i tym podobne), było odpowiedzią na potrzeby społeczeństwa, które bardziej lub mniej zapobiegliwie walczyło o przetrwanie w spustoszonej przez zawirowania polityczne i gospodarcze ojczyźnie. Ale tak naprawdę mało kto wiedział, ile z tego było wolno, a co jest zabronione. Każdy starał się robić to, co umiał najlepiej, co przynosiło zysk, uznany powszechnie za świętą ideę bytu.

Michał stał w tym samym miejscu co zwykle, nieopodal Domu Rzemiosła, i próbował walczyć z ogarniającym go coraz większym zniechęceniem. Południowy promień słońca wycelował wprost w jego czoło, które zaczerwieniło się i błyszczało od potu. Właśnie przed chwilą udało mu się sprzedać kolejną parę spodni, może dzięki temu, że zakupił najnowsze trendy, czyli malowany w kwiaty dżins.

Łysy z daleka dawał mu jakieś znaki. Pewnie próbował go ściągnąć na małą pogawędkę przy kiełbasie z rożna. Michał kiwnął w jego stronę ramieniem, co oznaczało pełną aprobatę, ale jednocześnie wymownym gestem dał mu do zrozumienia, że dopiero za jakiś czas. Prawdę mówiąc, miał ochotę rzucić to wszystko w diabły i zrobić coś, co od dawna chodziło mu po głowie. Był to mały osiedlowy sklep spożywczy w spokojnej okolicy. Podjął już nawet w tym kierunku pewne działania. Był w urzędzie miasta z zapytaniem o wynajem lokalu i w osiedlowej administracji. Zaproponowano mu udział w przetargu. Miał wpłacić wadium, a następnie czekać na wyznaczony termin.

Generalnie czuł się źle z tym, że ciągle tkwił w tym samym miejscu, podczas gdy jego kolega, do niedawna wspólnik, ruszył właśnie pełną parą z produkcją konfekcji damskiej i podobno nieźle mu szło, jak na początek. Słyszał to wprawdzie od ludzi, bo sam Sebastian najwyraźniej nie miał czasu ani ochoty na rozmowę. Gdzieś w głębi duszy wkurzało go to. Byli przecież przyjaciółmi, kumplami ze szkolnej ławki, tyle spraw ich kiedyś łączyło. A teraz? Odciął się, jakby wstydził się swojej przeszłości. Przykre, zwłaszcza że niejeden raz Michał miał ochotę pogadać z nim szczerze o wszystkim. W takiej sytuacji wolał się nie narzucać, tym bardziej że wiele razy telefonował do niego. Zwykle odbierała matka i przepraszała w imieniu Sebastiana. Miała mu podobno przekazać, że dzwonił, ale kolega milczał w dalszym ciągu. Pewnie nie miał czasu na głupoty.

Zamyślił się na chwilę, zapatrzył w niebo, a jakiś wewnętrzny żal spustoszył resztki jego optymizmu. Po chwili jednak przypomniał sobie o Monice i radość wróciła na swoje miejsce.

Uśmiechnął się sam do siebie, potem kiwnął w kierunku Łysego, który właśnie kończył kolejną transakcję i wycierał z wysiłku spocone skronie.

Jakaś dziewczyna zapytała Michała o cenę i rozmiar spodni, już miał schylić się do torby, gdy ta mignęła mu tylko przed oczami i pofrunęła w nieznanym kierunku.

– Złodziej! Łapać go! Ukradli mi towar!

Wydarł się na całe gardło, desperacko rzucając w sam środek tłumu za domniemanym sprawcą. Już wydawało mu się, że dopadł złodzieja, gdy nagle podejrzany typ zginął gdzieś za kioskiem warzywnym.

– Cholera! – mruknął głośno. – Niech to szlag!

Szybko jednak przeanalizował straty. Na pocieszenie poklepał się po wypukłej saszetce, w której przechowywał utarg z całego dnia.

– A niech to! – powtórzył gniewnie, a jego narodzona przed kilkoma minutami wizja lepszego jutra rozwiała się na cztery strony świata.

***

Zastał matkę w kuchni odwróconą plecami do wejścia, opartą o zlewozmywak. Już od drzwi dostrzegł, że dzieje się coś niedobrego. Drżała, targana od środka spazmatycznym łkaniem. Miał wrażenie, że ostatnim wysiłkiem powstrzymywała się od krzyku.

– Mamo? Co się dzieje?

Tak naprawdę nie musiał pytać, bo już z góry wiedział, że za jej stan odpowiedzialna jest siostra. Chciał jednak poznać więcej szczegółów na wypadek ewentualnej pomocy, ale gdy zobaczył twarz rodzicielki, zawstydził się własnych myśli. Wezbrało w nim takie współczucie, że objął ją z całą synowską miłością, jaką do niej żywił.

– Nie płacz, mamuś, proszę.

– Natalii nie ma od dwóch dni, musiało się coś stać! Ojciec z Grzegorzem pojechali jej szukać!

– A więc Grzegorz już wie?

– Tak, wie.

– Co mam robić, mamo? Jak mam ci pomóc?

– Nie wiem… Nic już nie wiem!

– Nie martw się, ona wróci, na pewno Natalii nic nie jest!

– A więc myślisz, że jest aż tak bezduszna i pozbawiona jakichkolwiek skrupułów? – Spojrzała na Michała oczami pełnymi bólu i oburzenia. Zupełnie jakby chciała go przekonać, że jej córka by tak na pewno nie postąpiła.

– Nie to miałem na myśli, chciałem tylko powiedzieć, że coś ją musiało tym razem zatrzymać i nic złego się nie stało.

W głębi duszy nie wierzył we własne słowa. Ostatnie zachowanie Natalii było wręcz skandaliczne. Tajemnicze nocne wypady, zakłamanie i lenistwo, które doprowadzało matkę do furii. W dodatku dziewczyna pozbawiona była instynktu macierzyńskiego. Kochała wyłącznie samą siebie, krzywdziła najbliższych, nie licząc się z ich uczuciami. Nie martwiąc się, co przyniesie kolejny dzień, wykorzystywała pobłażliwość oraz lęk matki, która ją nieustannie kryła. Niejeden raz próbował rozmawiać z siostrą i wytłumaczyć, co jego zdaniem jest niewybaczalne i nie do zaakceptowania w tej sytuacji, ale odpowiadał mu pusty śmiech, za którym kryło się jakieś niewytłumaczalne szaleństwo. Z dnia na dzień czuł, że prędzej czy później bańka pęknie, a cała prawda wyleje się z niej brudnym strumieniem. Wiedział, że to tylko kwestia czasu.
mniej..

BESTSELLERY