Facebook - konwersja
Najlepszy przyjaciel - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Najlepszy przyjaciel - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-276-5458-8
Język:
Polski
Data wydania:
31 lipca 2020
Rozmiar pliku:
735 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
9,80
12,99
Cena w punktach Virtualo:
980 pkt.

Najlepszy przyjaciel - opis ebooka

Beth na zawsze zapamięta dzień, w którym na progu jej domu stanął niespodziewanie Ren Graham, przyjaciel z dzieciństwa. Nie było go dziesięć lat, a teraz jakby nigdy nic proponuje jej fikcyjne małżeństwo. To prawda, że Beth potrzebuje pomocy, bo po śmierci ojca tonie w długach, jednak oprócz wdzięczności czuje złość. Dlaczego Ren ani razu nie napisał? Dlaczego nigdy nie przyjeżdżał do rodzinnej posiadłości, tylko wybrał życie hulaki w Londynie? Beth liczy, że po ślubie znów staną się sobie bliscy, ale te nadzieje szybko się rozwiewają. Po skromnej ceremonii Ren ponownie znika. Beth przypadkiem poznaje jego sekret i teraz to ona postanawia mu pomóc.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Delikatnie musnęła opuszkami palców szpilki, którymi przytwierdzono wielobarwne motyle. Dobrze wyczuwała kontrast między twardym metalem a delikatnymi skrzydłami.

W powietrzu unosił się zapach starego kurzu, dodatkowo przesiąknięty dziwną, nieco drażniącą słodyczą. Chociaż Beth była niewidoma, wyczuła, że książę jej się przygląda. Lekko zadrżała, na ramionach i na karku wyskoczyła jej gęsia skórka. A przecież w komnacie było ciepło, w kominku na pewno buzował ogień, nawet słyszała trzaskające wesoło polana.

– Ren! – zawołała.

– Pani przyjaciel jest w innej komnacie. Podziwia tygrysa, którego upolowałem. To rozrywka bardzo modna wśród arystokratów, nieprawdaż? – Gdy podszedł bliżej, Beth poczuła jego przesiąknięty alkoholem i tytoniem oddech. – A zatem podobała się pani moja kolekcja motyli? Są piękne.

– Raczej… martwe.

– Gdyby pani mogła je zobaczyć, doceniłaby ich piękno. Przypinam je, dopóki żyją. Przekonałem się, że dzięki temu kolor ich skrzydeł blaknie o wiele wolniej.

Beth z trudem przełknęła ślinę. W gardle jej tak zaschło, że chyba nie dałaby rady nic powiedzieć.

– Pani też jest niesłychanie piękna – szepnął. – Wręcz idealna, a to rzadko spotykane zjawisko. Zadziwiająca symetria rysów twarzy, zupełnie jak w przypadku motylich skrzydeł. Jestem wielbicielem piękna.

Oderwała dłonie od gabloty z motylami i gwałtownie odsunęła się od rozmówcy. Cofając się, uderzyła mocno o kant ściany.

– Proszę uważać! – Książę złapał ją za ramię.

Czuła mocny ucisk jego palców i oddech drażniący zmysł powonienia. Wyrwała ramię i wsunęła rękę za plecy.

– Ren! – zawołała trochę rozpaczliwie.

– Tu są bardzo grube ściany. Dobrze wiedzieć, że rezydencja jest porządnie zbudowana, prawda? W takim domu miło się mieszka.

Jej oddech przyspieszył, dłonie były coraz bardziej mokre od potu.

– Beth?

Westchnęła z ulgą, panika ustąpiła miejsca trochę nieadekwatnej do sytuacji euforii. Tak, to głos Rena, a w tle jego kroki.

– Ten wypchany tygrys jest fantastyczny – powiedział Ren. – Marzę, by kiedyś zobaczyć żywego. Chcesz dotknąć jego sierści? Beth, co z tobą? Wszystko w porządku? – zaniepokoił się, gdy podszedł bliżej.

Kiwnęła potakująco, złapała go za rękę i od razu trochę się uspokoiła.

– Ja – chcę – już – wracać – do – domu – powiedziała chrapliwie przez zaciśnięte gardło, wyraźnie akcentując i oddzielając poszczególne słowa.

– Ależ oczywiście – zgodził się książę.

Ani na chwili nie puściła dłoni Rena, gdy schodzili po schodach. W milczeniu przeszli przez dziedziniec, a potem skrótem przez las wrócili do Graham Hill.

Dopiero gdy usiedli na ulubionej ławeczce, Beth uspokoiła się na dobre. Pogładziła trochę wytarte aksamitne obicie i powiedziała:

– Nigdy więcej tam nie pójdziemy, rozumiesz? Nigdy.

– Co się stało?

– Nic – odparła. I taka była prawda, bo podczas wizyty u księcia nic się nie stało, a mimo to bała się jak nigdy wcześniej. Nawet na upadek z ogrodzenia, po którym wylądowała w zagrodzie dla byków, nie zareagowała tak panicznym przerażeniem. Bała się mniej, gdy zabłądziła w lesie i gdy poniósł ją koń.

– Dziwnie ci się przyglądał – powiedział Ren.

– Wyczułam to.

– Nigdy tam już nie pójdziemy. Myślałem, że zobaczę więcej zwierząt, a był tylko jeden tygrys.

– I kolekcja motyli.

– Zapomnijmy o tym dziwacznym miejscu. – Ren poderwał się z ławki. Zawsze go nosiło, potrafił wytrzymać w jednym miejscu tylko wtedy, gdy malował. – Nigdy tam już nie pójdziemy, pod żadnym pozorem. To co teraz robimy? Idziemy na ryby czy sprawdzimy, co w kuchni? Może pani Bridges coś upiekła.

– Chyba czuję zapach cynamonowych bułeczek.

– Twój brat powiedziałby, że z takiej odległości nie masz prawa czuć zapachu – roześmiał się Ren.

– A twój uznałby, że na wszelki wypadek warto sprawdzić, czy coś jest na rzeczy.

Wzięli się za ręce i ruszyli przez pola w kierunku domu Rena. Promienie słońca delikatnie pieściły skórę, a perspektywa skosztowania świeżych słodkich bułeczek była niezwykle kusząca. Beth szybko poprawił się nastrój, wyrzuciła z głowy niemiłego księcia i jego upiorną kolekcję motyli.Rozdział pierwszy

Dziesięć lat później

– Powinnaś mnie jak najszybciej poślubić.

– Co takiego? Dlaczego? – Beth kurczowo zacisnęła dłonie na oparciu sofy, bo miała wrażenie, że grunt usuwa jej się spod nóg. Zaraz, a może tylko się przesłyszała?

– To najlepsze rozwiązanie.

– A konkretnie jakiego problemu? Twojego zawodu miłosnego?

– Nic podobnego – odparł bez namysłu.

Beth od razu się uspokoiła. A zatem z Renem wszystko w porządku, nieodwzajemniona miłość nie namieszała mu w głowie.

– Jeżeli martwisz się śmiercią mojego ojca, to niepotrzebnie. Jamie jest pewien, że sobie poradzimy.

– Raczej nie, jeśli poślubisz księcia.

– Słyszałeś o tym? – Beth poczuła nagły przypływ energii, wyprostowała plecy i uniosła głowę.

– Złe wieści rozchodzą się lotem błyskawicy.

– Owszem, oświadczył mi się, ale takie rozwiązanie to ostateczność. Rozważam inne rozwiązania.

– To będzie katastrofa.

Nie musiał tego mówić, doskonale zdawała sobie sprawę ze swojej sytuacji. Z nerwów często bolał ją żołądek, a większość nocy spędzała, gapiąc się w sufit, sparaliżowana strachem i oblana potem.

– Wszystko jest lepsze od więzienia dla dłużników – odparła cierpko. – Mam nadzieję, że uda mi się korzystnie sprzedać księciu ziemię.

– Wybrałbym więzienie. On nie zadowoli się ziemią, pragnie również ciebie.

– Nie mam pojęcia, dlaczego Ayrebourne chce poślubić kogoś takiego jak ja.

– Nie doceniasz się, jak zwykle. Książę jest wielbicielem i kolekcjonerem pięknych rzeczy, a ty jesteś bardzo piękna.

– Ja… – Dotknęła dłonią twarzy. Owszem, często słyszała, że jest wręcz nieziemsko piękna. Badała dokładnie swoje rysy, wodziła palcami po szczęce i policzkach, próbując ustalić, co odróżnia ją od innych. Po chwili, nie znajdując odpowiedzi na to pytanie, opuściła dłonie i spytała: – Skąd wiesz o oświadczynach Ayrebourne’a? Nie było cię tu dziesięć lat.

– Od Jamiego.

– Zdążyłeś się z nim zobaczyć? Kiedy?

– Spotkałem go w Londynie, w klubie, przy stoliku karcianym – odparł Ren na pozór obojętnym tonem.

– Jamie grał na pieniądze? – Odruchowo ścisnęła w dłoni rąbek sukni. – To niemożliwe, przecież on na ogół unika ludzi.

– A jednak. Wyciągnąłem go z klubu, zanim zdążył wszystko przegrać.

– Przecież on nienawidzi Londynu. Kiedy to było?

– Podczas ostatniego weekendu.

– Powiedział mi, że jedzie sprzedać dwa konie w Horbury Mews.

– No to trochę zboczył z drogi.

Beth próbowała opanować gonitwę myśli, a przede wszystkim narastającą panikę. Co się dzieje? Przecież to nie ma sensu. Jamie w niczym nie przypominał ich ojca. Ojciec był rubaszny i uwielbiał rozrywki. Jamie zdobywał się na krótkie i mrukliwe wypowiedzi, a jeżeli już otwierał usta, to po to, by dokonać naukowej analizy jakiegoś zjawiska.

– Dlaczego to zrobił? Co go do tego popchnęło? Przecież dobrze wie, jak kończą hazardziści.

– Prawdopodobnie uznał, że skoro jest świetnym matematykiem, to będzie miał więcej szczęścia niż wasz ojciec.

Przez moment milczała, nagle wstała gwałtownie i złapała za oparcie krzesła. Nie powinna rozmawiać z Renem o takich sprawach, to nie jego kłopot. Nie widzieli się od lat, dlaczego miałby się poświęcać dla ich rodziny?

– Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś. Porozmawiam z Jamiem – powiedziała beznamiętnie.

– Musi być bardzo zdesperowany, skoro zdecydował się na taki krok. On, wielbiciel logiki i zdrowego rozsądku.

– Zdesperowany? A niby z jakiego powodu?

– Kocha ciebie i kocha tę ziemię. Nie chce, byś została żona księcia, i nie zamierza sprzedać nawet jednego źdźbła trawy. Kiedy miał trzy lata, zbierał i znał nazwy wszystkich nasionek.

– Nie trzy, tylko siedem lat – poprawiła go odruchowo. – Znajdę wyjście z naszej trudnej sytuacji.

– Zaproponowałem rozwiązanie.

– Ślub? Z tobą?

– Nie jestem diabłem wcielonym, tylko bliskim kuzynem.

Puściła oparcie krzesła i przeszła cztery kroki w stronę okna. Chciała zwiększyć dystans dzielący ją od Rena, może w ten sposób uda jej się zebrać myśli. Była bardzo świadoma jego obecności, czuła zapach mydła przesycony nutą tytoniu, domyślała się, że jest wysoki. Mieszanka znajomych i zupełnie nowych doznań oszałamiała ją, pozbawiała pewności siebie. Ren był dla niej zarówno chłopcem, z którym przed laty spędzała każdą wolną chwilę, jak i nieznajomym, który nieoczekiwanie wtargnął w jej życie.

Chętnie zbadałaby dłońmi jego twarz, jak miała w zwyczaju przed laty.

– Nie było cię tu dziesięć lat, nagle pojawiasz się i proponujesz mi małżeństwo. I to ma być wyjście z sytuacji? Jakim sposobem? Czy dzięki temu uda mi się spłacić długi ojca? Wątpię. Proponowałam kupno ziemi twojemu bratu, ale on jest równie biedny, jak my.

– W porównaniu z bratem jestem bogaczem. – Ren roześmiał się, ale w tym śmiechu nie było cienia radości. – Nie bój się, wiem, jak cenisz sobie niezależność. Proponuję ci małżeństwo na niby, taki korzystny układ, nic więcej.

– Ale dlaczego? – spytała i natychmiast się zawstydziła. Szybko się odwróciła, by nie zobaczył, jak na jej policzkach pojawiają się rumieńce. – To znaczy… Przecież nie musisz brać ze mną ślubu, mógłbyś kupić od nas ziemię albo udzielić nam pożyczki, jeśli cię na to stać i chcesz nam pomóc.

Usłyszała szelest tkaniny, zapewne Ren wzruszył ramionami. Mogłaby przysiąc, że równocześnie uśmiecha się kpiąco.

– Dzięki temu zostałbym twoim opiekunem prawnym.

– Nie potrzebuję opiekuna.

– Nie masz jeszcze dwudziestu jeden lat.

– Jamie jest moim opiekunem.

– Nie skończył jeszcze dwudziestu lat, nie zdoła przeszkodzić planom Ayrebourne’a. Dzięki małżeństwu ze mną będziesz bezpieczna, książę nic ci nie zrobi. – Zawahał się przez moment. – Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, chyba temu nie zaprzeczysz.

Beth rozmasowała pulsujące bólem skronie. Tak, byli najlepszymi przyjaciółmi. Przed oczami stanęły jej obrazki z dawnego, szczęśliwego życia. Leniwe popołudnia nad rzeką, przechadzki po śniegu, który tak miło skrzypiał pod butami, długie jesienne spacery, kiedy wiatr strącał z drzew ostatnie liście.

– Młodzieńcza przyjaźń to niewystarczający powód dla takiego poświęcenia. Od lat nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego słowa.

Długo nie odpowiadał, a kiedy już się odezwał, Beth dosłyszała w jego głosie napięcie, które od razu jej się udzieliło.

– W naszym przypadku tak długa rozłąka nie ma znaczenia.

Owszem, byli bardzo zżyci, Beth nadal wyczuwała tę bliskość, a jednak coś się też zmieniło, chociaż nie umiałaby tego nazwać. Usłyszała, że Ren poruszył się, a jego oddech przyspieszył.

– Dlaczego nigdy nas nie odwiedziłeś, nie napisałeś ani jednego listu? – spytała, nie kryjąc goryczy.

– Nie mogłem – odparł, wyraźnie niezadowolony z pytania.

– To przecież żadna fatyga. Wystarczy wziąć do ręki pióro albo wynająć konia.

– Naprawdę nie mogłem, zaufaj mi.

– I nagle po tylu latach rozłąki oczekujesz, że za ciebie wyjdę?

– Niczego nie oczekuję. Proponuję ci wyjście z trudnej sytuacji. To chyba lepsze rozwiązanie niż małżeństwo z księciem?

Beth zadrżała. Rzadko ogarniał ją strach, jednak zawsze tak się działo na samą wzmiankę o księciu. Chyba wolałaby zginąć, niż go poślubić. Niechętnie myślała o sprzedaniu mu ziemi, bo wówczas pojawiałby się w okolicy o wiele częściej. Roztarła ramiona, na których wyskoczyła gęsia skórka. Miała wrażenie, że książę od dawna ją obserwuje. Spacerując po lesie, czasami czuła tę wstrętną mdlącą woń, na którą zwróciła uwagę podczas wizyty w pałacu.

W starciu z księciem była bezbronna, to on miał w ręku wszystkie atuty. Ona była tylko młodą, niewidomą kobietą, którą opiekował się nieco ekscentryczny brat.

Ren podszedł bliżej, czuła teraz na szyi jego oddech. Gdy ujął jej dłonie, zalała ją fala ciepła. Dziwne, ale to było w równym stopniu przyjemne, co niepokojące doznanie. Chciała się odsunąć, a zarazem przytulić się mocno i poczuć siłę Rena.

Zawsze mogła mu zaufać. Przeprowadzał ją bezpiecznie przez rwące potoki i kamieniste zbocza.

Teraz wyczuł jej niepokój, bo mocniej uścisnął jej palce i powiedział:

– Możesz mi zaufać. – A gdy skinęła głową, dodał: – Nie sprzeniewierzę się naszej przyjaźni.

– Tak, byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi.

– Najlepszymi. – Przytulił ją jeszcze mocniej. – Pozwól sobie pomóc. Nie chcę, byś była zależna od księcia, nie wychodź za niego.

– Chyba nie mam wyboru – szepnęła.

– Teraz już masz.Rozdział drugi

Osiemnaście miesięcy później

Beth szła pospiesznie w stronę stajni. Jak zwykle liczyła starannie kroki, wystukując rytm laską. Uniosła głowę, by poczuć na twarzy ciepło słońca i łagodne muśnięcia wietrzyku. Uwielbiała wiosnę, zapach ziemi i trawy. Cieszył ją dotyk świeżych liści, powiew nowego życia po ponurych zimowych miesiącach.

Najbardziej zachwycała ją jednak możliwość spacerów. Przy suchej pogodzie nie groziła jej żadna nieprzyjemna niespodzianka. Wychodziła z domu przy każdej nadarzającej się okazji, ponieważ życie codzienne w Allington było wprost niewiarygodnie nudne.

Oprócz nudy dokuczała jej, może nawet bardziej, samotność. Jej ukochana szwagierka zmarła, Jamiego było trudno zmusić do wypowiedzenia choćby jednego słowa, Edmund wyjechał, a Ren nigdy ich nie odwiedzał. Natomiast pogawędki z pokojówką okazały się wyjątkowo niesatysfakcjonujące, ponieważ ta dziewczyna potrafiła rozprawiać tylko o strojach.

Nagle, z trudnych do zrozumienia powodów, wróciła myślami do dzieciństwa i długich zimowych wieczorów, które wtedy wcale nie wydawały się jej nudne. Chodzili z Renem na długie spacery, a potem siadali wszyscy przy kominku. Ogień trzaskał wesoło, a powietrze było przesycone zapachem korzennych przypraw, głównie cynamonu, którym posypywali grzanki. Czasami Edmund coś czytał, Ren malował, a Jamie snuł kolejne naukowe teorie.

Słysząc na ścieżce kroki brata, szybko wróciła do teraźniejszości i uniosła dłoń w geście powitania.

– Ziemia już zaorana, możemy siać – oznajmił Jamie, nie kryjąc satysfakcji.

– Wypróbujesz jakieś nowe ziarna i nasiona?

– Tak, kilka nowych odmian fasoli. Mam nadzieję, że będą bardziej odporne na warunki atmosferyczne.

– Posiejesz je również na ziemi Edmunda?

– Chyba tak, bo twój mąż niezbyt dba o gospodarstwo i nie zaprząta sobie głowy takimi sprawami – mruknął Jamie.

– Jest w Londynie – odparła na pozór obojętnie. – Poza tym Edmund ma zarządcę.

Edmund, czy raczej lord Graham, był bratem Rena. Bratem jej męża. Chociaż minęło osiemnaście miesięcy, nadal nie potrafiła myśleć o przyjacielu z dzieciństwa jako o mężu. Może dlatego, że rozmawiała z nim rzadziej niż na przykład z wioskowym kowalem, a był to dość ponury, mrukliwy człowiek o ograniczonym słownictwie.

– Spróbuję też posiać kilka nowych odmian groszku – oznajmił Jamie.

– A przy okazji, co mogłabym zanieść ludziom mieszkającym we włościach księcia? Oni naprawdę głodują. Poprosiłam Arnolda, żeby zapakował kilka worków pszenicy.

– Nie powinnaś tam chodzić – zdenerwował się Jamie.

– Byłam z Arnoldem, poza tym księcia nie ma. Od kiedy odrzuciłam jego oświadczyny, ani razu się tu nie pokazał.

– To kolejna korzyść płynąca z twojego małżeństwa. Ale wiem, że Ayrebourne czasami tu przyjeżdża, a raz spotkałem go na naszej ziemi. Twierdził, że szuka psa.

Beth zadrżała. I znów, jak zawszy gdy była mowa o księciu, poczuła na ramionach gęsią skórkę, a w płucach zabrakło powietrza. Otrząsnęła się i powiedziała:

– Tym ludziom trzeba pomóc.

– Naprawdę jest tak źle?

– Tak. – Zacisnęła usta, wspominając wczorajszą wizytę w wioskach należących do księcia. Nigdy nie zapomni wstrząsającego widoku wychudzonej matki, która próbowała nakarmić drobniutkie, anemiczne niemowlę. – Książę traktuje dzierżawców coraz gorzej. Zastanawiam się, czy to nie taka swoista kara.

– Kara?

– Za to, że odrzuciłam jego oświadczyny.

– To nie wina jego dzierżawców. Skąd taki pomysł? Masz jakieś dowody?

Beth westchnęła w duchu. Jej racjonalny brat uważał, że białe jest zawsze białe, a czarne – czarne. Inne odcienie nie istniały.

– Nauka to jedno, a ludzkie uczucia to zupełnie inna sprawa – powiedziała.

Wyczuła, że się zmieszał, niemal widziała zmarszczone z namysłem czoło.

– No dobrze, każę też zapakować trochę warzyw – obiecał.

Cały Jamie, pomyślała. Spokojny, dobry, ale jakże daleki od sentymentalnych uniesień.

Zupełnie inny niż Ren, który poślubił ją bez zastanowienia, zdobył się na ten szalony gest, by ją ratować przed księciem. Poświęcenie godne podziwu. Zaraz potem jej mąż powrócił do życia w stolicy, zapewne otoczony wianuszkiem pięknych i wyrafinowanych kobiet.

Ledwie o tym pomyślała, od razu w sercu zagościł znany ból. Oczywiście nie oczekiwała, że ich związek będzie przypominał prawdziwe małżeństwo, jednak tak jawna obojętność Rena bardzo ją bolała i złościła. Była głupia, wyobrażając sobie, że stara przyjaźń odżyje. Stojąc u jego boku w wiejskim kościółku, miała nadzieję, że znów staną się sobie bliscy. Jednak gdy po ceremonii wracali do Graham Hill, oboje rzucili kilka zdawkowych uwag na temat pogody. Potem zapadła cisza, przerywana jedynie skrzypieniem kół powozu. Pół dnia później Ren załadował powóz i zniknął. Zupełnie jakby przebywanie w domu, w którym upłynęło jego dzieciństwo, było dla niego nie do zniesienia. Jakby dręczyły go tu bolesne wspomnienia.

Mimo to byłaby niewdzięczna, gdyby narzekała na swój los. Ren spłacił wszystkie długi jej ojca. Allington stanęło na nogi i nie musiała dłużej znosić towarzystwa księcia, który teraz rzadko wpadał do wiejskiej posiadłości.

– Czas na mnie – powiedziała. – Obiecałam Edmundowi, że będę zaglądać do jego dzierżawców.

Westchnęła ciężko. Edmund poszedł na wojnę kilka tygodni temu. Beth podejrzewała, że kierował nim nie tyle patriotyzm, co smutek i poczucie pustki. Stracił ojca, żonę i dziecko. Zbyt wiele powodów do rozpaczy w zbyt krótkim czasie.

– Jest lepszym gospodarzem niż brat.

– Ren nigdy nie ukrywał, że jego dom to teraz Londyn.

Kręta ścieżka do Graham Hill prowadziła przez las i pastwiska. Dzisiaj Beth towarzyszył stajenny, ale trafiłaby tam nawet bez jego asysty. Świetnie odróżniała i rozpoznawała dźwięki. Wiedziała, kiedy konie jadą po miękkim gruncie, wiedziała, że stukot kopyt brzmi inaczej na brukowanej drodze.

Ojciec miał mnóstwo wad, ale pod wieloma względami był dobrym człowiekiem. To on ją nauczył, jak korzystać z dotyku, jak wyciągać wnioski z dźwięków, rozpoznawać zapachy i różne powierzchnie. Dzięki niemu inne zmysły z powodzeniem zastępowały jej wzrok.

Jednak to matce zawdzięczała umiłowanie niezależności, i dzięki niej wiedziała, jak łatwo ją utracić.

Lil, drobna klacz, na której jechała Beth, zwolniła, a to oznaczało kres ich drogi. Beth pochyliła się i poklepała zwierzę po ciepłej i pokrytej potem szyi. Słyszała, jak Arnold otwiera bramę, a potem, raczej z przyzwyczajenia niż konieczności, odliczyła dwadzieścia jeden kroków do końca dziedzińca.

Gdy Lil się zatrzymała, Beth zsunęła się z siodła, ale została przy klaczy. Słyszała jej oddech, słyszała cichy świst towarzyszący ruchom ogona. A potem rozległy się kroki Arnolda, który zabrał Lil.

Dobrze znajome dźwięki, a jednak było inaczej niż zwykle. Zamarła, nagle zaniepokojona. To dziwne, ale miejsce wydawało się nienaturalnie ciche i puste. Nikt jej nie powitał, nie pojawił się żaden służący. Słyszała tylko stukot kopyt Lil, którą Arnold odprowadzał do stajni.

Jej niepokój wzrastał z sekundy na sekundę. Gdzie podziewa się Dobson? Powinien jak zwykle wybiec im na spotkanie, zaprosić do środka i zaproponować poczęstunek. Beth podeszła do drzwi i przesunęła dłonią po gładkiej powierzchni, by sięgnąć do dzwonka.

Zadzwoniła, ale odpowiedziało jej jedynie echo.

Chociaż wiosenne słońce mocno przygrzewało, wstrząsnął nią dreszcz. Gdy nacisnęła klamkę, drzwi się otwarły, więc weszła do środka.

– Dobson? – zawołała, ale wydało jej się, że z jej gardła wydobył się tylko żałosny jęk. – Dobson! – zawołała ponownie, tym razem głośniej, i odetchnęła, gdy wreszcie usłyszała znajome kroki kamerdynera.

– Witam, madame. Przepraszam, że nikt nie wyszedł pani na spotkanie – powiedział.

– Nie szkodzi… Co tu się dzieje?

– Lada moment oczekujemy przybycia pani.

– Och, rozumiem – westchnęła z ulgą.

Przyjazd teściowej to jeszcze żadna tragedia, chociaż była to kobieta o nieco ograniczonym intelekcie, za to z dużą skłonnością do histerii. Poza tym lady Graham z pewnością nie zabawi tu długo. Nie znosiła wsi i podobnie jak Ren, większość czasu spędzała w Londynie.

– Przepraszam panią – powiedział Dobson, gdy z dziedzińca dobiegło skrzypienie kół powozu i stukot końskich kopyt.

Gdy odszedł, zdezorientowana Beth tkwiła nieruchomo pośrodku holu. Zapomniała o liczeniu kroków, więc wyciągała dłonie, szukając mebli czy chociaż ściany. Niestety przy okazji wypuściła laskę. Schyliła się po nią, ale zanim zdołała ująć ją w dłoń, usłyszała odgłos energicznych kroków i szelest materiału, więc szybko się wyprostowała. To musiała być teściowa, zresztą Beth rozpoznała zapach jej konwaliowych perfum.

– Lady Graham? – upewniła się.

– Beth, co ty tu robisz? – spytała lady Graham, a potem z głośnym łkaniem chwyciła Beth w objęcia.

– Lady Graham, o co chodzi? Co się stało?

– Mój syn nie żyje.

– Ren? – Serce Beth zaczęło bić tak głośno, że zagłuszyło wszystkie inne dźwięki. Żołądek ścisnął się boleśnie, krew wydawała się płynnym lodem. Poczuła w ustach gorzki smak, bała się, że zaraz zwymiotuje.

– Nie, Edmund.

Beth najpierw odetchnęła z ulgą, ale zaraz zalała ją fala żalu i wstydu. Serdecznie uścisnęła wstrząsaną płaczem teściową i szepnęła:

– Tak mi przykro.

Edmund był bratem Rena i dobrym przyjacielem. Uwielbiał wieś, dbał o dzierżawców, cenił postęp i lubił wprowadzać innowacyjne rozwiązania.

– Był wspaniałym człowiekiem – dodała, jakby to mogło pocieszyć zrozpaczoną matkę.

Nagle Beth wstrzymała oddech, bo w holu rozległy się kolejne kroki. Lady Graham westchnęła żałośnie i puściła jej ramię. Pokojówka lady Graham przemówiła łagodnie do swojej pani, a potem oddaliły się i zaczęły wchodzić po schodach.

Znów zdezorientowana Beth ruszyła przed siebie, ale potknęła się o leżącą na podłodze laskę i prawie upadła. Na szczęście była już blisko ściany, więc mogła z ulgą oprzeć się o nią plecami. Powoli gonitwa myśli ustępowała miejsca monotonnemu, powtarzającemu się niczym mantra stwierdzeniu: to nie Ren, to nie Ren… Odwróciła się i przytknęła dłonie do chłodnej ściany, dzięki czemu poczuła się bezpieczniej.

Gdy w pierwszej chwili pomyślała, że to Rena dosięgła śmierć, poczuła ból o wiele większy niż teraz, gdy już wiedziała, że chodziło o jego brata.

A przecież Edmund był jej przyjacielem. Na Boga, w ciągu minionych lat spędzała z nim więcej czasu niż z mężem. Mężem na niby, bo przecież Ren, nieodłączny towarzysz z lat dziecięcych, poślubił ją i zaraz zniknął.

– Beth?

Czy to naprawdę głos Rena? Beth zachwiała się, z jej oczu popłynęły łzy. Odruchowo wyciągnęła ręce. Najpierw poczuła pustkę, ale po chwili wymacała muskularne ramię Rena. Bezwiednie zacisnęła dłonie i poczuła pod palcami teksturę dobrej jakościowo wełny. Ren napiął ramiona.

– Skąd się tu wziąłeś? – spytała.

Jego obecność zakrawała na cud, przecież jeszcze przed chwilą myślała, że umarł.

Uścisnęła go jeszcze mocniej, przytuliła twarz do muskularnej piersi męża i usłyszała spokojne, miarowe bicie jego serca.

Jej włosy pachniały czystością. Nagle wrócił myślą do dawno minionych lat, znów był tamtym Rendellem Grahamem, znów trzymał ją mocno w objęciach i chociaż potrzebowała wsparcia, czuł jej wewnętrzną siłę i dobroć. Kosmyki jej włosów łaskotały go w brodę. Prawie zapomniał, jak bardzo są gęste i lśniące. Prawie zapomniał, że rozświetla ją wewnętrzny blask, który czyni ją podobną do anioła.

I nagle przypomniał sobie coś jeszcze. Zawsze sprawiała, że jego zmysły szalały. Że z jednej strony pragnął ją chronić przed złem, a zarazem przytulić jeszcze mocniej i wziąć to, na co nie zasługiwał.

– Przepraszam, milordzie – chrząknął zakłopotany Dobson, który nie wiadomo kiedy pojawił się w holu.

Ren drgnął i gwałtownie odsunął się od Beth.

– Nie nazywaj mnie tak, tytuł należał do mojego brata.

– Przepraszam, sir.

Ren westchnął. Niepotrzebnie się uniósł i wyładował frustrację na służącym.

– O co chodzi? – spytał.

– Kilka ważnych kwestii wymaga pilnego omówienia.

– W porządku, zaraz przyjdę do gabinetu.

Gdy Dobson odszedł, Ren spojrzał na Beth. Była tak piękna, jak zapamiętał, a nawet jeszcze piękniejsza i ponętniejsza. Zaokrągliła się, nabrała bardziej kobiecych kształtów. Teraz miała zaróżowione policzki, ale zazwyczaj jej cera przypominała alabaster, a jej ruchy były pełne wdzięku.

Kiedyś próbował ją namalować, ale nic z tego nie wyszło. Nie umiał oddać jej piękna ani wewnętrznego blasku. To oczywiście było dawno temu, gdy jeszcze malował.

– Przepraszam – powiedziała, podnosząc na niego wzrok. Chociaż była niewidoma, zdawała się widzieć więcej niż wszyscy wokół. – Czy mogę jakoś pomóc tobie i twojej matce?

– Nie – odparł szybko. – Nie trać na nas czasu, będziesz potrzebna Jamiemu. Kochał Edmunda jak brata.

Chociaż dzieliły ich cztery lata różnicy, Edmund i Jamie byli sobie wyjątkowo bliscy. Połączyła ich miłość do ziemi i nauki, a także wspólne zainteresowania.

– Masz rację – powiedziała ze smutkiem. – Muszę mu powiedzieć, nie chcę, żeby dowiedział się o śmierci Edmunda od kogoś innego. Ale co się stało? Mój Boże, przecież Edmund jeszcze chyba nawet nie dotarł na kontynent?

– Na statku, którym płynął, wybuchła cholera.

Ren nadal był wstrząśnięty okrutną ironią losu. On brał udział w szalonych wyścigach konnych, pojedynkował się, toczył zacięte walki bokserskie i uczestniczył w pijackich burdach, a mimo to nic mu nie dolegało. Tymczasem Edmunda śmierć dosięgła niemal tuż za progiem domu.

– A więc nie wziął udziału w żadnej bitwie?

– Nie. A co to za różnica? Byłoby lepiej, gdyby zginął za króla i ojczyznę? – spytał gorzko.

– Nie wiem. Liczy się tylko to, że nie żyje. – Cóż, przynajmniej była szczera. Wiele kobiet lubiło snuć łzawe opowieści o dzielnych patriotach. – Kiedy będzie pogrzeb?

– Nie mamy ciała – odparł szorstko.

– To może przynajmniej nabożeństwo? Chciałabym go godnie pożegnać, dzierżawcy na pewno też.

– Damy zazwyczaj nie biorą udziału w ceremoniach pogrzebowych. – Nie chciał się przyzwyczajać do jej obecności. Nie powinien zwracać się do niej po radę ani szukać u niej wsparcia. Beth nigdy nie pragnęła wychodzić za mąż, a on zawsze cenił i podziwiał jej niezależną naturę. Poza tym kochała wieś, była z nią zrośnięta, i po tak dobrze sobie znanej okolicy mogła poruszać się z dużą swobodą.

Natomiast on nigdy nie mógłby zamieszkać na stałe w Graham Hill.

– Dobrze wiesz, że nie dbam o konwenanse.

To prawda, właśnie dlatego mogła się cieszyć samodzielnością, nie była uwięziona w domu ani zależna od służących. Jeździła na samotne przejażdżki, prowadziła dom i pomagała Jamiemu w gospodarstwie.

Skarcił się w duchu, zły, że jego myśli nieustannie odbiegały od tego, co najważniejsze. Zamiast analizować osobowość Beth, jego żony na niby, powinien się skupić na ostatnim pożegnaniu brata. Musi podjąć wszelkie konieczne kroki, by raz na zawsze zerwać więzy z tym miejscem. Pobyt tutaj był dla niego torturą. Kiedyś kochał Graham Hill, był dumny z przynależności do tego miejsca, a potem to wszystko utracił.

Przez chwilę wędrował wzrokiem po znajomym holu z olbrzymim kominkiem i belkami wieńczącymi wysoki strop. Od kiedy poznał prawdę, że nie jest prawowitym synem Marcusa Grahama, zjawił się tu może z pięć razy.

Był bękartem, dzieckiem malarza zatrudnionego do sporządzenia rodzinnych portretów.

– Powiadomię was o nabożeństwie – zwrócił się oschle do Beth.

– Dziękuję.

Jeszcze jakiś czas trwała nieruchomo. Rozchyliła usta, przygryzła wargę, a potem z wahaniem wyciągnęła dłoń i powoli powiodła palcami po brodzie oraz policzkach Rena. W tym geście, tak często powtarzanym w dzieciństwie, było coś znajomego, a zarazem niepokojącego.

– Nie zawsze musisz być silny i dzielny – powiedziała.

Zacisnął wargi. Pomyślał o nocach spędzonych na pijaństwie, o pustym życiu, które wiódł w Londynie.

– I nie jestem – odparł.
mniej..

BESTSELLERY