Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
4 listopada 2019
Czytaj fragment
Pobierz fragment
34,06
Cena w punktach Virtualo:
3406 pkt.

Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku - ebook

Pierwsza tego rodzaju kompletna biograficzna opowieść o człowieku, o którym Piłsudski – jego mentor i kreator kariery – powiedział, że się nie ugnie i nie da nikomu zastraszyć.

Józef Beck dawał dowody męstwa najpierw na polach bitewnych jako artylerzysta Legionów, później w tajnych misjach Polskiej Organizacji Wojskowej w Rosji i na Ukrainie, także w wywiadzie podczas najazdu bolszewickiego. Nie zabrakło mu też odwagi na froncie dyplomatycznym, gdy zamienił mundur oficerski na frak i cylinder ministra spraw zagranicznych. Hart ducha wykazywał zawsze, nawet gdy śmiertelnie chory umierał w poniewierce na ziemi rumuńskiej, bezprawnie tam przetrzymywany po katastrofie Września ’39.

Książka mówi o tym wszystkim w sposób niekonwencjonalny, swobodnie, nie stroniąc od anegdot, ciekawostek i przechadzek w zakątki dygresji. Ma w tym swój udział pani Jadwiga vel Dziuba Beckowa, częsta towarzyszka służbowych podróży męża. Sylwetka Becka na tym tle rysuje się cokolwiek nietypowo, ale z pola widzenia nie znika główne zadanie, które w tamtym czasie miało w jego działaniach znaczenie newralgiczne. Chodziło o utrzymanie naszej zagrożonej stale niepodległości, której odrodzenie przed stu laty było niedawno przypominane.

Nie ma wątpliwości, że Beck był jedną z najważniejszych postaci w II RP i to na jego barkach w niezwykle trudnym czasie po śmierci Marszałka spoczywała przede wszystkim troska o opóźnianie tego, co niestety musiało nieuchronnie nastąpić. Obiektywnie patrząc, nie mógł ocalić naszej młodej państwowości, toteż oskarżenia, że był jednym z jej grabarzy i sprawcą wybuchu wojny nie mają sensu. Ów czarny mit był upowszechniany na emigracji przez generała Sikorskiego, a w okresie PRL stał się już dogmatem. Smutne, że stereotyp ten przetrwał do dziś, i to nie tylko za granicą (jak choćby w putinowskiej Rosji), lecz cyklicznie pojawia się i u nas, strasząc niby senny koszmar.

„Pracę Jerzego Chociłowskiego – napisał recenzent książki prof. Tomasz Nałęcz – przeczytałem z dużą przyjemnością. Sprawiły to ogromna wiedza autora i jego sprawne pióro, którego brakuje wielu autorom książek historycznych”.

Spis treści

SPIS TRESCI
Od autora
1 Zołnierska nuta
2 Perypetie na wschodzie
3 Miedzy wilkiem aniedzwiedziem
4 Sam posród drogi
5 Wezeł litewski
6 Zadry Zaolzia
7 Zbratanie bandytów
8 Rumunska matnia
Wybrana bibliografia

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-244-1056-9
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O D A U T O R A

Nikt z obozu rządzącego w Drugiej Rzeczypospolitej nie stał się obiektem tylu ciężkich oskarżeń co minister Beck. I to zarówno za granicą, jak i w ojczyźnie. Zarówno za życia, jak i po śmierci. Oskarżenia te przybrały postać stereotypów i są uporczywie nagłaśniane, niby zdarta, puszczana w kółko płyta gramofonowa.

Wszystkie te zarzuty mają jedną wspólną cechę.

Są niesprawiedliwe.

Początek czarnej legendzie Becka dali Francuzi, gdy u progu swojej kariery dyplomatycznej znalazł się w Paryżu jako attaché wojskowy: usiłował jakoby w celach szpiegowskich kupić tajne szyfry francuskie. Oszczercy musieli plotkę publicznie z przeprosinami zdementować, ale i tak Beck miał odtąd opinię frankofoba, tym trwalszą, że potem konsekwentnie starał się odzwyczajać Francuzów od poczucia wyższości wobec Polski.

Okazją do dalszego szargania mu opinii stał się nasz pokojowy układ z Niemcami. Francuzi zaczęli go wówczas podejrzewać o germanofilię i potajemną zdradziecką zmowę z Hitlerem. Podchwycili to oczywiście nieprzyjaźni nam zawsze Litwini, a także Rosjanie, mimo że mieliśmy z nimi wtedy symetryczną umowę o nieagresji, a Beck był z honorami goszczony w Moskwie. Potem jednak bez żadnych hamulców szkalowali go jako faszystę.

Niestety również i w Polsce rodacy posądzali Becka o niecne sympatie dla niemczyzny, chociaż cała jego droga życiowa zaprzeczała takiej insynuacji. Patriotyzm wyniósł z domu rodzinnego, walczył w Legionach, nadstawiał karku w niebezpiecznych misjach jako emisariusz POW, swoistej poprzedniczki Armii Krajowej. Nie zabrakło go też w kampanii przeciw bolszewikom.

W swej pracy dyplomatycznej kierował się zawsze instynktem państwowym. Był to jakby jego szósty zmysł – ten sam, któremu swoje posunięcia podporządkowywał Piłsudski. Beck przyswoił to sobie od swego mentora w sposób naturalny. I zawsze stawiał na pierwszym miejscu Polskę. Nigdy nie zmącił tego podejścia nawet cień prywaty, jakiejkolwiek korzyści osobistej. Tu także wzorem był dla niego Marszałek.

Jednakże jakoś nie docierała do „prokuratorów” Becka świadomość, że jego częste spotkania z notablami Trzeciej Rzeszy to była gra, a nie ideowe zaloty. Dyktowała te kontakty potrzeba rozpoznania zamiarów agresywnego sąsiada oraz pragnienie maksymalnego opóźniania rysującego się coraz groźniej konfliktu zbrojnego. A Piłsudski już na łożu śmierci mówił Beckowi, że „trzeba, jak długo to możliwe, utrzymywać obecne stosunki z Niemcami”. I dodał przewidująco, „że to się wielu nie spodoba”.

Kolejne inwektywy sypały się na Becka po wymuszeniu na Litwie normalizacji naszych stosunków oraz po przyłączeniu Zaolzia. W obu przypadkach piętnowano te działania jako brutalny pseudomocarstwowy gest. I w obu były i są to oceny obarczone błędem. Oczywistsza jest kwestia ultimatum dla Kowna. Krzyczącą niedorzecznością było bowiem upieranie się Litwinów, że pozostają w stanie wojny z Polską. Była to sytuacja pod każdym względem szkodliwa dla obu stron i naprawienie jej przyniosło obopólne korzyści. Sprawa Zaolzia wywołała głębsze krytyczne emocje. Wówczas jeszcze nie u nas, ale głównie w Anglii i we Francji, które ubolewaniem nad losem Zaolzia maskowały obłudnie swój udział w likwidacji Czechosłowacji.

Znamienne, że obie zainicjowane przez Becka akcje zostały powitane z owacyjnym entuzjazmem przez przytłaczającą większość Polaków. Naturalnie w okresie PRL wydarzenia te znalazły się w katalogu grzechów głównych Drugiej Rzeczypospolitej. Dziwić jednak musi, że i współcześnie często mamy do czynienia z samobiczowaniem się z powodu zajęcia Zaolzia. Być może w jakimś stopniu wynika to z wciąż pokutującej niewiedzy, że obszar ten został zbrojnie zagrabiony przez Czechów, więc po prostu odzyskaliśmy przynależną nam prawnie własność.

Dodajmy, że tak samo jak w postępowaniu z Litwą, nie była to megalomańska fanaberia Becka, lecz wcielanie w życie ustnego testamentu Marszałka. Jedno i drugie zadanie należało do zaległości, które Beck miał uregulować w stosownych okolicznościach.

Obwiniano także Becka o sprowokowanie wybuchu wojny. Niesłusznie, bo Hitler zaplanował podbój Polski grubo przed tym, nim Beck jako pierwszy w Europie powiedział mu „nie”. Zaliczano też Becka do grona winowajców katastrofy wrześniowej. Jej rozmiar i tempo były w istocie szokujące. Zrozumiałe, że powszechnie wywołało to uczucia gniewu i goryczy. Zaskoczony był także Beck, najwidoczniej niedoinformowany co do kolosalnej przewagi militarnej Niemiec i naszej słabości.

Zastanawia fenomen niezwykłej podatności ówczesnego społeczeństwa na rozdmuchaną ponad miarę mitologię naszej siły obronnej. Zaowocowało to szczególnie po śmierci Piłsudskiego istną Rydzomanią, niefortunnym surogatem kultu Marszałka. Być może była to pochodna zakodowanej w psychice Polaków radości, która eksplodowała, gdy po epoce długiej niewoli odzyskaliśmy upragnioną niepodległość. Wcześniejsze gejzery narodowej euforii po ultimatum Becka dla Litwy i Czech wydają się tkwić u podłoża tego samego zjawiska.

Jednakże ani sanacja, ani żaden inny polski rząd nie mogłyby w 1939 roku oprzeć się niemieckiej inwazji. Co więcej, każdy kraj w Europie napadnięty jednocześnie z dwóch stron przez sąsiadujące z nim mocarstwa byłby z góry skazany na klęskę. Potężna Francja mimo Linii Maginota dała się Hitlerowi pokonać znacznie łatwiej niż Rzeczpospolita. A blitzkrieg w Rosji sunął z takim samym impetem jak w Polsce. Tyle że czerwonoarmiści mieli za plecami dość przestrzeni na rejterowanie.

Naturalnie Beck – jak każdy polityk – miał na koncie porażki, chybione oceny, potknięcia, mylne kalkulacje. Na przykład kategorycznie odrzucał możliwość sojuszu Stalina z Hitlerem. (Zapewne poprawiłby mu się humor, gdyby wiedział, że gospodarz Kremla nawet wtedy, gdy niemieckie bomby spadały już na Kijów i Mińsk, nie mógł uwierzyć w zdradę Adolfa). Dawał się również nabierać na kłamstwa Göringa i Mołotowa. Nie domyślił się istnienia tajnego aneksu do paktu Ribbentrop-Mołotow i nie spodziewał się tego, że sprzymierzeńcy opuszczą nas obojętnie w godzinie śmiertelnej walki ze wspólnym wrogiem. Nie były to jednak grzechy wagi ciężkiej. Nawet znając prawdę lub domyślając się jej – byłby z tą wiedzą bezradny, nie mając żadnego wpływu na bieg wydarzeń.

Krytykowano Becka z różnych stron i na różne sposoby. Za to, co robił i czego nie zrobił. Kiedy jeszcze żył i działał oraz dziś, podczas gdybania post factum. Mimo wszystko jedno pozostaje poza sporem: nie narodziła się w międzywojniu żadna inna sensowna koncepcja polityki zagranicznej oprócz tej, którą prowadził Józef Beck.1
Ż O Ł N I E R S K A N U T A

4 lipca 1916 roku w czasie ataku, pod huraganowym ogniem, dwudziestodwuletni podporucznik Józef Beck objął służbę obserwatora kierującego ogniem baterii na tak zwanej Polskiej Górze (Polenberg).

Pozostawał pod ogniem przez dwanaście godzin jako ostatni już obserwator po zabiciu dwóch i wycofaniu się pozostałych austriackich oraz niemieckich obserwatorów, po zerwaniu łączności telefonicznej, wskazując cele czerwonymi rakietami. Mimo kontuzji głowy nie opuszcza posterunku, a po zdobyciu odcinka przez piechotę rosyjską przedziera się do sąsiedniego odcinka batalionu 5 Pułku i bierze udział w odparciu rosyjskiego ataku, po czym znów organizuje sygnalizację artyleryjską i przebija się następnie do okopów rezerwy.

Tak dowódca Becka opisał jego postawę w trakcie bitwy pod Kościuchnówką na Wołyniu, za którą przedstawiono go do odznaczenia Wojskowym Krzyżem Zasługi (Militärverdienstkreuz). Przyznawanego za „czyny wojenne bezpośrednio w obliczu wroga”.

Nie wiadomo, czy Beck w ogóle przyjął ten krzyż i czy kiedykolwiek przypiął go sobie do munduru. Raczej nie, w każdym razie nigdy się nim nie szczycił, być może dlatego, że na ogół krzywo popatrywano na austriackie (a zwłaszcza niemieckie) odznaczenia na piersiach rodaków. Najczęściej były to zresztą medale za waleczność, zwane wzgardliwie „trupimi”. Niektórzy jednak je nosili i niekiedy tego żałowali, zwłaszcza ci, którzy po odmowie ślubowania wierności cesarzowi Niemiec i braterstwa broni z armiami zaborców powędrowali za druty obozów w Beniaminowie i Szczypiornie. Legionowy poeta Edward Słoński pisał wówczas:

Bo te krzyże berlińskie, medale wiedeńskie,

te cesarskie wdzięczności za śmiertelny bój,

dziś dzwonią na piersiach jak dzwonki błazeńskie,

nam ubranym z ich woli w aresztancki strój.

Zapewne gorycz z tej racji byłaby mniejsza, gdyby koledzy autora wiersza wiedzieli, że niewola wkrótce obróci się na dobre i okaże się zwycięską kartą w pokerowej zagrywce komendanta Piłsudskiego. Tak zwany kryzys przysięgowy spadł mu bowiem niczym gwiazdka z nieba jako pretekst do ostatecznego rozbratu z państwami centralnymi i przejścia na drugą stronę barykady w roli alianta koalicji biorącej wyraźnie górę w zmaganiach wojennych. Jego samego też zresztą Niemcy internowali (na terenie twierdzy w Magdeburgu), co go koniec końców wyniosło na urząd Naczelnika Państwa. Dla niektórych był to łut szczęścia, życzliwy uśmiech fortuny, inni widzą w tym błysk geniuszu, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się zawsze tylko skutek.

Austriacy, przyjmując formacje polskie pod swą wojskową komendę, raczej nie podejrzewali, że powstanie Legionów będzie podłożem, na którym zacznie kiełkować odradzająca się Rzeczpospolita. Tymczasem legioniści szli do walki z tą tylko myślą. Nie byli typową zbieraniną z poboru, przypadkowymi towarzyszami broni, lecz wojskiem ideowym, do którego zgłaszali się ochotniczo, z jasnym celem walki. Tym tonem brzmiała „żołnierska nuta” z nieoficjalnego hymnu Pierwszej Brygady.

Braterską równość podkreślano, zwracając się do siebie per obywatelu, biorąc za przykład kombatantów Kościuszki. Oczywiście „obywatelem” (a nie „panem”) był też Komendant. Lekarz pułkowy Sławoj Składkowski, dogmatyczny służbista, nawet w spisywanym na gorąco dzienniku sadził raz po raz „obywatela” przed przytaczanym stopniem i nazwiskiem.

Przestrzeganie tej zasady obrazowo poświadcza wspomnienie z walk nad Stochodem we wrześniu roku 1916. Ciężko ranny w brzuch podporucznik Adam Koc leżał tam w ziemiance, skazany przez lekarzy na niechybną śmierć. Składkowski kazał mu już nawet wykopać dół „na spokojne pomieszkanie”. W razie odwrotu nie zamierzano go zabierać ze sobą, bo jedyną, nikłą szansę na przeżycie dawało leżenie bez ruchu. Do opieki nad rannym przydzielony został młodziutki szeregowiec Franciszek Hynek (sławny później pilot balonowy). W pewnej chwili zagadnął on ciekawie Koca:

– Jak sądzicie, obywatelu podporuczniku, będziecie żyli czy nie?

– Wiecie, obywatelu Hynek, mnie się zdaje, że umrę – padła odpowiedź.

– Wiecie, obywatelu podporuczniku, że pewnie tak będzie, bo zupełnie to samo mówią obywatele lekarze – odrzekł Hynek.

– Obywatele doktorzy wszystko wiedzą najlepiej – zgodził się Koc.

Wszyscy się pomylili, bo Koc się jednak wykaraskał^(), natomiast męstwo Becka w okopach Kościuchnówki nie poszło w zapomnienie. Pięć lat później w niepodległej już Polsce otrzyma za nie – jako major w sztabie generalnym – Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari. Wniosek o jego nadanie wystosował pułkownik Edmund Knoll-Kownacki. To on (wówczas jeszcze w randze kapitana) był bezpośrednim dowódcą Becka oraz świadkiem jego odwagi w bitwie i postulował przyznanie mu austriackiego krzyża. Otrzymane w Belwederze z rąk marszałka Piłsudskiego srebrne Virtuti – świadectwo „cnoty żołnierskiej” – będzie dla Becka najcenniejszym trofeum spośród kolekcji ponad pięćdziesięciu odznaczeń polskich i cudzoziemskich, którymi w ciągu następnych lat dekorował na przemian frak i mundur.

Przystępując do Legionów, Beck nie wahał się ani sekundy. Była to decyzja najzupełniej naturalna, pochodna klimatu, w jakim dorastał. Nie dopuszczał myśli, „że mógłby się nie stawić w momencie, gdy jest to naprawdę potrzebne”. W jego domu rodzinnym patriotyzm miał wymiar religii. Potęgowały go szykany władz carskich, jakie przez lata dawały się dotkliwie we znaki rodzinie Becków.

Senior Beck – dwojga imion – Józef Alojzy miał wprawdzie korzenie cudzoziemskie (konkretnie flamandzkie), ale to bardzo stara historia, niemal legendarna, sprzed kilku wieków. Protoplastą rodu był ponoć żeglarz Bartholemeus Beck, kaper flandryjski, którego podczas zbrojnego konfliktu z niepokornym Gdańskiem wziął do służby Stefan Batory i zlecił mu wysadzenie desantu w porcie elbląskim. Nie wiadomo, dlaczego morski najemnik nie wrócił do Flandrii i osiadł potem gdzieś na Mazowszu, a więc nie nad morzem, które było jego żywiołem.

To na tę tradycję powoływał się Beck, tłumacząc swe zamiłowania marynistyczne. Conrad był dla niego autorem numer jeden, komplet dzieł autora Lorda Jima miał w gabinecie pod ręką i sięgał po nie często. Znali tę jego pasję nasi międzywojenni gdańszczanie, których bronił przed niemieckimi szykanami. Na półce w ostatnim warszawskim mieszkaniu ministra^() widniał ofiarowany mu przez nich model starego okrętu z epoki, a zawieszona pod rufą tabliczka objaśniała, kim był Bartłomiej Beck i dlaczego znalazł się w Polsce. Pominęli dyplomatycznie drobiazg, że był on podówczas płatnym wrogiem Gdańska, ale historia kryje w zanadrzu mnóstwo podobnych figli. Niekiedy bardzo wstydliwych. Ten akurat jest niewielkiego kalibru.

Przypisy

Doszedł do stopnia pułkownika i nabrał dużego znaczenia w obozie sanacji, a jako major Pyć został sportretowany w głośnej powieści Juliusza Kadena-Bandrowskiego Generał Barcz.

Od 1937 roku mieściło się ono w pawilonie przyległym do siedziby MSZ w pałacu Brühla przy ulicy Wierzbowej numer 1, w sąsiedztwie ogrodu Saskiego i placu Piłsudskiego; podczas okupacji urzędował tam gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer. Po pałacu nie ma dziś śladu. Niemcy wysadzili go w powietrze łącznie z pałacem Saskim w grudniu 1944 roku w toku planowej akcji unicestwiania miasta po klęsce powstania warszawskiego.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: