Facebook - konwersja
Niedopasowani - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Niedopasowani - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-8053-746-0
Język:
Polski
Data wydania:
29 kwietnia 2020
Rozmiar pliku:
822 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
18,60
31,00
Cena w punktach Virtualo:
1860 pkt.
Promocja będzie trwać jeszcze tylko przez

Niedopasowani - opis ebooka

Parker Brown nie może uwierzyć, że musi wynająć chłopaka na niby.

Kiedy dostała wymarzoną pracę w nowoczesnej firmie, myślała, że trafiła do środowiska promującego myślenie postępowe. Okazało się jednak, że jej szefowi zależy na tym, żeby pracownicy mieli ustabilizowane życie osobiste. Na szczęście udało jej się znaleźć idealnego kandydata na „narzeczonego” – wykształconego młodego mężczyznę, który szuka szybkiego zarobku. Ale zamiast niego na spotkanie przychodzi jego opiekuńczy brat Rhys Morgan – wysoki, umięśniony były bokser z niewyparzonym językiem.

Rhys znajduje się pod ogromną presją. Odkąd zrezygnował z kariery bokserskiej, próbuje prowadzić podupadającą siłownię i pilnować, by jego młodszy brat Dean nie zszedł na złą drogę. Chroniąc Deana przed nim samym, Rhys idzie na spotkanie z pewną bogatą snobką, żeby powiedzieć jej, co o tym wszystkim myśli.

Okazuje się jednak, że trafił na wielką szansę. Co prawda nie znoszą się nawzajem, ale jeżeli Rhys będzie udawał chłopaka Parker, oboje na tym zyskają. Ona utrzyma swoją pracę, a on namówi jej szefa – a swojego fana – do sponsorowania siłowni.

Ale to, co zaczęło się jako prosty układ, niezwykle szybko się komplikuje.

Jaka przyszłość czeka nieokrzesanego boksera, który boi się otworzyć serce, i kobietę z wyższych sfer, która poprzysięgła sobie, że już nigdy nie zwiąże się na poważnie z żadnym mężczyzną?

Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Ale przyciąganie między Rhysem a Parker może doprowadzić do katastrofy.

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Rhys

Mój ojciec kiedyś powiedział, że nikt nie niszczy sobie życia celowo. Ludzie po prostu podejmują całą serię głupich decyzji. Siedział wtedy w swoim wysłużonym skórzanym fotelu, a jego szerokie ramiona pochylały się nad dyrektorskim biurkiem z drzewa różanego. Kiedyś było chlubą jego gabinetu. Na tym samym fotelu przy tym samym luksusowym biurku teraz siedziałem ja.

Powoli przesunąłem palcem po jego brzegu. Niegdyś lśniący drewniany blat teraz był matowy i gdzieniegdzie wyszczerbiony. W dzieciństwie dziwiłem się, że na samym środku swojego gabinetu w siłowni, w której prowadzono podstawowy kurs boksu i naukę sztuk walki, tata postawił taki bogato zdobiony mebel, bardziej pasujący do kancelarii adwokackiej. Kiedy spytałem o to ojca, na jego twarzy pojawił się charakterystyczny lekki uśmiech.

– Chłopcze, Nokaut to moja duma i największa radość życia. – Rozłożył nad lśniącym blatem ręce o dużych dłoniach poznaczonych bliznami. – W tym miejscu reprezentuję tę siłownię. Czy ci się to podoba, czy nie, pozory mają znaczenie.

W jego świecie czyny i słowa miały taką samą wagę. „Postępuj zdecydowanie, mów prawdę i podejmuj dobre decyzje”.

Co teraz ojciec pomyślałby o moich decyzjach?

– Nic dobrego – mruknąłem pod nosem i przycisnąłem opuszki palców do bolących oczu.

Ale i ja nie najlepiej oceniałem wybory taty.

Od jego śmierci minęły cztery lata. Ból nieco zelżał, ale uczucie pustki pozostało. Przerażało mnie jednak to, że zaczynałem czuć do niego jeszcze niezbyt wielki, ale już dławiący gniew. Tata nigdy nie był ideałem. Wiedziałem to od dawna. Po śmierci mamy wpadł w dołek, który sam dla siebie wykopał. Ale pobojowisko, jakie po sobie zostawił, to zupełnie inna historia, z powodu której trudniej było mi wybaczyć i zapomnieć.

Cholera, nie mogę zapomnieć. Bank by mi na to nie pozwolił.

Nie miałem pojęcia, że moje finanse i siłownia są w tak opłakanym stanie – aż do dnia, w którym znalazłem tatę pochylonego nad tym biurkiem. Powiedział, że źle rozporządzał moimi pieniędzmi – było to fatalne połączenie nieprzemyślanych inwestycji i hazardu – i że wziął kredyt, żeby to naprawić. Zastawił siłownię…

Miesiąc później już nie żył. Zawał. Stres i wstyd z powodu tego, co zrobił, odbiły się na nim w najgorszy z możliwych sposobów. Ja zaś zostałem nowym właścicielem Nokautu – i kosmicznego długu.

Mocno zacisnąłem szczęki. Znowu zalała mnie fala gniewu. Miałem ochotę wstać, wyjść i nigdy nie wrócić. Zza przeszklonej ściany gabinetu dochodził odgłos młodzieńczego śmiechu. Trwały zajęcia juniorów z capoeiry – najnowszy punkt w naszej ofercie. Wszystkie miejsca w grupie były zajęte, ale tylko połowa chłopców mogła płacić. Drugą połowę powinienem odprawić z kwitkiem, ale wiedziałem, że nigdy tego nie zrobię. Ta siłownia była dla nich liną ratunkową w świecie, który każdemu młodemu człowiekowi odbierał radość życia.

– Ale masz wkurzoną minę. – W drzwiach, które niechcący zostawiłem otwarte, stanął Carlos. Uśmiechnął się szeroko. – Swędzi cię coś czy co?

– Tak, pod jajami – odparłem bez namysłu. – Chciałbyś zobaczyć?

– Zostawię to twoim foczkom.

Carlos wiedział, że od jakiegoś czasu nie miałem żadnej – jak to ujął – foczki. Okazji mi nie brakowało, po prostu nie chciało mi się z nich korzystać. Ostatnio odeszła mi ochota na… no właściwie na wszystko. Najpierw te cholerne długi taty, potem problemy z Jakiem…

Nawet nie chciałem o nim myśleć.

Carlos odsunął się od drzwi i klapnął na krześle po drugiej stronie biurka.

– No to skąd ta mina? – spytał.

Roztarłem zesztywniały kark.

– To co zwykle. Pieniądze.

Carlos wychylił się do przodu i położył dłonie na kolanach. Uśmiech zniknął. Większość ludzi nigdy nie widziała go z poważnym wyrazem twarzy. Wszyscy uważali, że z nas dwóch to on jest tym wesołym. Dzięki wielkim brązowym oczom słodkiego szczeniaczka przyciągał dziewczyny jak magnes. Z łatwością wchodził w tę rolę, ukrywając przed światem mroczniejszą stronę swojej natury. Zawsze doceniałem to, że niekiedy pokazywał mi prawdziwą twarz.

– Bez zmian? – zapytał.

– Bez większych. Zalegam z paroma ratami kredytu. Czuję na plecach oddech komornika.

– A co z tym Kyle’em Garretem?

Pół roku wcześniej niejaki Kyle Garret złożył mi ofertę kupna siłowni. Carlos go sprawdził i okazało się, że to potentat w handlu nieruchomościami, który skupuje parcele na terenie całego Bostonu i Wschodniego Wybrzeża i stawia na nich luksusowe apartamentowce i inne budynki mieszkalne.

– Nie jestem aż tak zdesperowany.

No dobra, w rzeczywistości byłem aż tak zdesperowany, ale kiedy dorastałem, to miejsce było dla mnie wszystkim. Wywoływało wiele wspomnień i chociaż niektóre sprawiały ból, inne dawały motywację do działania. Wystarczyło, żebym przeszedł się po siłowni, a wszystko mi się przypominało: barek z sokami w holu, gdzie po szkole mama witała Jake’a, Carlosa i mnie promiennym uśmiechem i bananowym shakiem. Sala, w której Jake i ja przyjęliśmy pierwsze ciosy i dowiedzieliśmy się, dlaczego boks jest nazywany „słodką nauką”.

Mój brat Dean i ja chowaliśmy się pod biurkiem taty i bawiliśmy w szpiegów. To znaczy Dean udawał szpiega, a ja mu towarzyszyłem. Ta zabawa skończyła się pewnego dnia, kiedy nasi rodzice wślizgnęli się do gabinetu na szybki numerek, nie wiedząc, że siedzimy pod biurkiem. Niektóre wspomnienia nie należały do przyjemnych, ale były moje i tylko one mi zostały. Nie zamierzałem stracić również ich.

Carlos westchnął.

– Wiesz, gdybyś wrócił do gry, mógłbym ustawić walkę…

– Nie. – Nie krzyknąłem, ale w mojej głowie tak to zabrzmiało.

Poczułem zimny pot na plecach. Spiorunowałem Carlosa wzrokiem. Doskonale wiedział, że skończyłem z boksem. Na zawsze.

Patrzył na mnie ze zrozumieniem.

– Słuchaj, stary, przecież wiem, ale… myślę, że Jake by nie chciał…

– Powiedziałem: nie.

Na samą myśl o Jake’u poczułem w sercu pustkę. Przyjaźniliśmy się od kołyski, był mi bliższy niż rodzony brat, zawsze staliśmy za sobą murem. Obaj byliśmy fajterami. Obaj dążyliśmy do perfekcji. W każdym razie w zadawaniu ciosów. Aż do dnia, w którym jedno nieperfekcyjne, pechowe uderzenie w skroń zakończyło jego życie.

Gardło zacisnęło mi się z przerażenia i ze wstydu. Jego śmierć była dla mnie ogromną stratą, a na domiar złego każdej myśli o nim, o tacie i boksie zaczęła towarzyszyć świadomość, że ojciec stracił fortunę, bo postawił na Jake’a. I przegrał.

Jake zostawił żonę Marcy i córeczkę Rose. Cholera, wychowywałem się z Marcy, a teraz nie widziałem jej i małej od miesięcy. Po każdym spotkaniu z nimi przez wiele dni paraliżowało mnie poczucie winy.

– Skończyłem z tym – powiedziałem Carlosowi, chociaż nie musiałem.

Dobrze o tym wiedział.

Skóra mnie zaswędziała. Przed paroma godzinami wziąłem prysznic, ale już czułem się brudny, cały lepki od bólu i gniewu. Wstyd taty przeszedł na mnie. Nie mogłem się go pozbyć.

Carlos uśmiechnął się ze zmęczeniem.

– Tak, wiem. Ale i dla mnie ta siłownia jest wszystkim. Razem z nią stracimy dom.

Nie mogłem już siedzieć w miejscu. Wstałem i zacząłem krążyć po małym gabinecie.

– Potrzebny nam większy ruch w interesie. Nie, zaraz, potrzebujemy sponsora. I cudu.

Carlos wodził za mną wzrokiem, rozcierając podbródek.

– Niezły pomysł, ale czym go zainteresować?

– Cholera wie. – Westchnąłem ciężko. – Odliczenie od podatku? Satysfakcja płynąca z pomocy młodzieży ze slumsów?

Na twarzy Carlosa pojawił się niewesoły uśmiech.

– Twój brak entuzjazmu nie jest zachęcający.

– Nie umiem ściemniać. Jestem beznadziejnym handlowcem.

– Zgadza się, stary. – Od drzwi dobiegł nas czyjś głos.

W progu stał Dean, mój młodszy brat i wybitny ściemniacz. Słowo daję, nie do wiary, że jesteśmy spokrewnieni. Po pierwsze, zamiast dżinsów i T-shirtu jak wszyscy faceci tutaj miał na sobie trzyczęściowy garnitur, który na sto procent był droższy od jego czynszu. Czynszu, który ja płaciłem. Mały dupek.

Po drugie, był cholernym przystojniaczkiem. Już w podstawówce dziewczyny zachwycały się jego błękitnymi oczami i piaskowymi włosami. Pieprzony książę z bajki. Odsunąłem od siebie myśl o tym, jak bardzo jest podobny do mamy. Codziennie za nią tęskniłem.

Co za koszmar. Tęskniłem za tyloma osobami.

– Co ci jest? – spytał Dean, wchodząc do gabinetu. Przystanął i posłał mi szeroki, fałszywy uśmiech. – To znaczy dzisiaj.

Rzuciłem mu pełne wściekłości spojrzenie w stylu: „Ani słowa więcej”. Zamrugał oczami. Widziałem, że zrozumiał. Trzymałem go z dala od problemów finansowych. Miał w sobie zadatki na kogoś wybitnego – gdyby tylko przestał się interesować tylko sobą i znalazł pracę.

Carlos wstał i rozmasował zesztywniały kark.

– Rhysowi zmiękła rura – rzucił.

Szturchnąłem go tak mocno, że się zatoczył.

– Odszczekaj to, bo wykraczesz.

Carlos prychnął i przeniósł wzrok na Deana.

– Masz na to jakąś radę, studenciku? – zapytał.

– Czyste myśli i modlitwa?

– Ale z was jajcarze. – Skrzywiłem się.

Nasza strategia zadziałała. Odwróciliśmy uwagę Deana od problemów.

Kiedy tylko Carlos wyszedł, oparłem się o brzeg biurka i zlustrowałem Deana od stóp do głów.

– O co chodzi z tym garniturem? Idziesz na rozmowę w sprawie pracy?

Obym miał rację, błagam. Dean z najlepszymi wynikami skończył informatykę na Uniwersytecie Bostońskim i dostał multum ofert ze studiów doktoranckich w całym kraju, ale nic z tym nie robił. Pracował jako kelner, a w wolnym czasie latał za spódniczkami.

Uśmiechnął się tak szeroko, jakby właśnie dostał prezent na Gwiazdkę.

– Coś w tym stylu.

Normalnie z nim nie wyrabiałem.

– No to idziesz na rozmowę o pracę czy nie?

– Przecież już mam pracę. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Dzisiaj to raczej jazda próbna.

Bokserzy ufają swojemu instynktowi, a ten powiedział mi, że coś tu śmierdzi.

– Jazda próbna? Mały, o czym ty, kurde, mówisz?

Uśmiech Deana zbladł. Mój brat nie cierpiał, kiedy mówiłem na niego „Mały”.

– W jakiej to firmie idzie się w garniaku na jazdę próbną? – spytałem, kiedy zrobił zaciętą minę. – I zaczyna pracę o… osiemnastej?

– Słuchaj, nie mogłem się doczekać, kiedy ci o tym powiem, bo to genialna sprawa. Ale skoro od razu zaczynasz mnie ochrzaniać…

– Mów. Słucham.

– No dobra. – Dean wyjął telefon i podszedł do mnie. – Znalazłem taką zajebistą apkę, gdzie wstawia się zdjęcie i swoje umiejętności, a ona wyszukuje pracodawców.

– To… dobrze. – Moja czujność jednak nie osłabła.

W jego zachowaniu było coś podejrzanego.

– Tak sobie jednak pomyślałem: kurde, ostatnio nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem. Ale przecież znam się też na innych rzeczach.

– Na przykład jakich? – Co za cholerny małolat. Był ode mnie młodszy tylko dziewięć lat, ale każda rozmowa z nim postarzała mnie o dobrą dekadę.

Wzruszył ramionami.

– Na przykład na czarowaniu kobiet i poprawianiu im samopoczucia.

Powoli się wyprostowałem.

– Poprawianiu kobietom samopoczucia?

– No tak – powiedział takim tonem, jakby rozmawiał z przygłupem. – Umiem się obchodzić z kobietami.

– Dean, co to za robota?

Postukał palcem w telefon.

– No więc dzięki tej apce nawiązałem kontakt z taką laseczką, Parker, która… rozumiesz… płaci mi za towarzystwo. – Oczy mu rozbłysły. – Ale jaja, co? Normalnie nie do wiary. Łatwa kasa za coś, co robię dla przyjemności. A co jest w tym najlepsze? To zajęcie na czas nieokreślony.

Cała krew odpłynęła mi z głowy, po czym wróciła gwałtowną, gorącą falą.

– Prostytuujesz się? Dobrze słyszę?

Gdzie popełniłem błąd?

– Co? – Zmarszczył jasne brwi. – Nie! Jestem chłopakiem do towarzystwa. Zabieram Parker na randki, chodzimy na przyjęcia i różne inne imprezy. Takie tam. Znaczy się, nie odmówię, jeżeli mi zaproponuje…

– Nie. Nie ma, kurwa, mowy – warknąłem i zacisnąłem pięści. – Nie po to wydałem osiemdziesiąt tysięcy dolarów na twoją edukację, żebyś teraz był chłopcem do wynajęcia dla jakiejś bogatej snobki…

– No jasne, wypominaj mi, że opłaciłeś moją naukę. – Posłał mi zranione spojrzenie.

– Bo opłaciłem! – Przeczesałem włosy palcami i szarpnąłem je za końce. Byłem tak nabuzowany, że mógłbym je sobie powyrywać. – Każdego centa, jaki mi został, włożyłem w tę siłownię i w ciebie. Z radością. I nadzieją. – Chociaż tyle mogłem zrobić. Dean potrzebował ukierunkowania, wykształcenia, podpory. – I nie pozwolę, żeby wszystko poszło na marne przez zachcianki jakiejś tępej, pustej…

– Ej, Parker jest cholernie inteligentna. Patrz. – Podsunął mi telefon. – Studiowała na MIT…

– No oczywiście…! – Parsknąłem.

– A jej rodzina znajduje się w zarządach kilkudziesięciu organizacji charytatywnych.

– Gówno mnie to obchodzi. – Wziąłem od niego telefon, który dosłownie przyciskał mi do oczu, i spojrzałem na stronę, którą otworzył. Ze zdjęcia wielkości kciuka uśmiechała się do mnie urocza, ładna dziewczyna z wielkimi brązowymi oczami pod zupełnie prostymi brwiami. Jej uśmiech był wymuszony – w przeciwieństwie do promiennego, radosnego uśmiechu dwojga starszych osób obok niej. Pewnie byli jej rodzicami. Wszyscy troje stali na ogromnym trawniku nad oceanem, a w tle widniała ogromna posiadłość w stylu Cape Cod. – Jezu – mruknąłem. – Dean, oni są z Nowego Jorku.

– I co z tego? – Roześmiał się. – Masz coś przeciwko nowojorczykom? Ci bogaci to dupki.

W artykule było napisane, że pan Charles Brown z żoną „spędzają lato” na Cape i organizują zbiórkę funduszy na kampanię na rzecz nauki czytania i pisania dla dzieci. Miło, ale to jeszcze nie oznacza, że oni sami są miłymi ludźmi.

– Stary, nie wiedziałem, że jesteś takim snobem.

Zacisnąłem dłoń na telefonie.

– Nie masz pojęcia, ile takich typków poznałem, kiedy jeszcze byłem w obiegu. Niby to pochylają się nad uboższymi, niby chcą się przyjaźnić, a w rzeczywistości patrzą na nas jak na świeże mięso. W najlepszym razie jesteśmy dla nich rozrywką. A kiedy już ich nie bawimy, dają nam kopa. Przypomnij sobie tych wszystkich tak zwanych przyjaciół, którzy zniknęli, kiedy Jake umarł, a ja wycofałem się z gry.

– Parker nie jest taka. Jest miła. Bardzo nieśmiała. – Dean wysunął brodę. – I nie widzę nic złego w tym, że płaci mi kupę kasy za to, że jestem jej chłopakiem.

– Dean…

– Powiedziałem ci o tym, bo myślałem, że… zresztą nieważne. To moje życie i moje sprawy. Oddam ci wszystko, co we mnie zainwestowałeś.

W końcu pokazał, że rosną mu pazurki. Od lat byłem dla niego jak ojciec, więc czasami musiałem mu mówić, co ma robić. Chciałem jednak, żeby mi się postawił, sam zajął się własnym życiem. Ale nie w taki sposób. Na to był zbyt inteligentny. To ja siedziałem aż po uszy w szambie. On musiał pozostać czysty.

Znałem ten wyraz twarzy. Mówił poważnie. Nie zdołałbym mu tego wyperswadować. Akurat pod tym względem byliśmy tacy sami – obaj uparci jak osły.

Odwrócił się do drzwi, ale wyciągnąłem rękę.

– Zaczekaj.

Zesztywniał, ale został.

Tak dyskretnie włożyłem jego telefon do kieszeni, że nawet tego nie zauważył.

– Skoro tak się przy tym upierasz… – zacząłem.

– Nie zamierzam się wycofywać.

Zacisnąłem szczęki tak mocno, że aż zęby zgrzytnęły o siebie. Spokojnie. Wyluzuj.

– …to lepiej, żeby cię nie zobaczyła z resztkami jedzenia między zębami.

Na twarzy Deana pojawiło się takie przerażenie, że wybuchłbym śmiechem, gdybym nie był aż tak wkurzony.

– Mam coś między zębami? – Przejechał po nich językiem.

Niczego tam nie miał, ale ciągle coś podjadał, więc moje kłamstwo miało podstawy.

– Tak, coś ci utknęło. – Kiwnąłem głową w stronę prywatnej toalety. – Przejrzyj się w lustrze.

Nie musiałem go namawiać – natychmiast popędził do łazienki.

Poszedłem tuż za nim, po drodze łapiąc drewniane krzesło, które stało obok biurka. Był tak zaaferowany, że nawet tego nie zauważył.

– Gdzie się umówiliście? – zapytałem.

– W restauracji Yvonne.

– Ale wypas. – Raz tam byłem. Ten lokal wyglądał jak klub dla multimilionerów.

– No wiesz, nie ja płacę. – Dean zachichotał.

Przewróciłem oczami.

– Za pół godziny idziemy na drinka, więc muszę się zbierać. – Raz jeszcze przejrzał się w lustrze, żeby sprawdzić zęby jak z reklamy. – Nic tu nie widzę…

Nie słuchałem dalej. Szybko zamknąłem drzwi, przekręciłem gałkę i zablokowałem je krzesłem. Dosłownie w ostatniej chwili, bo sekundę później Dean zaczął wściekle się dobijać.

– Rhys! Kurwa, co jest? Otwieraj te pieprzone drzwi!

Ani mi się śniło. Niech tam posiedzi, dopóki ktoś inny go nie wypuści. Powiem Carlosowi… za godzinę.

– Rhys! – Wychodząc z biura, słyszałem za sobą stłumiony głos Deana. – To nie jest śmieszne. Jaja sobie robisz? – Mocno załomotał w drzwi. – Ty cholerny draniu!

Może i zachowałem się jak drań, ale ani trochę nie było mi go żal. Dean był na to za dobry. Najwyżej mnie znienawidzi, ale Parker Brown raz a dobrze zrozumie, że nie wolno jej się zbliżać do mojego brata.

Kiedy wsiadałem na motor, zalała mnie fala wściekłości. Parker Brown. Nie ma pojęcia, z kim zadarła.2

Parker

Nie pierwszy raz byłam w tej restauracji, ale pierwszy raz umówiłam się tam z facetem, któremu zapłaciłam, żeby udawał mojego chłopaka. Żołądek zawiązał mi się w supeł, kiedy usiadłam na obitym pluszem stołku barowym, stojącym najbliżej wyjścia. Naprzeciwko baru biegła niska ścianka oddzielająca tę część lokalu od restauracji. Dochodzące stamtąd odgłosy rozmów i śmiechu tworzyły biały szum.

Byłam tak niska, że nogi zwisały mi ze stołka. Ze zniecierpliwieniem kopałam ścianę baru, którego wartość pewnie przekraczała moje roczne zarobki.

A skoro już o tym mowa… Nerwowo spojrzałam na zegarek. Dean powinien już tu być. Umówiliśmy się, że przyjdzie dziesięć minut wcześniej niż moi szefowie, żebyśmy zdążyli jeszcze raz omówić nasz plan.

Wypiłam koktajl, który postawił przede mną zmęczony barman. Ze wszystkich sił starałam się zapanować nad gniewem, który zaczynał mnie ogarniać. Miałam wrażenie, że dosłownie chwycił mnie za płuca, grożąc uduszeniem. Przesunęłam wilgotną dłonią po czole.

– Parker, ogarnij się – mruknęłam pod nosem.

Pewnie wyglądałam tak, jakbym lada chwila miała popełnić jakieś przestępstwo.

Czy okłamywanie szefa to przestępstwo?

Nie, z całą pewnością nie.

Czy to niemoralne?

Tak, z całą pewnością tak.

Ale tak naprawdę był to dowód na to, jak bardzo uwielbiałam swoją pracę i do czego byłam zdolna, żeby podpisać umowę na czas nieokreślony w Horus Renewable Energy. Zaczęłam pracować w tej powstałej trzy lata wcześniej raczkującej firmie po obronie pracy doktorskiej pod tytułem Dynamiczny model inwestycji w dostawę prądu na rynkach energii elektrycznej o wysokiej penetracji. Spróbujcie pięć razy szybko to wymówić.

Byłam wniebowzięta, kiedy znalazłam pracę jako analityk danych w firmie, która stworzyła model rynku dostaw energii przewidujący przyszłe ceny energii i wpływ odnawialnych źródeł na dynamikę rynkową.

Zawsze marzyłam o takim zajęciu. Byłam zadowolona, dopóki Pete z księgowości nie powiedział z pełnym zadowolenia uśmieszkiem, że zatrudniono mnie tylko w myśl zasady parytetu i że pewnie mnie zwolnią, kiedy skończy się moja umowa na pół roku.

Dlaczego mieliby tak zrobić?

A dlatego, że pan Franklin Fairchild – bogaty szef i główny inwestor – zostawiał tylko tych pracowników, którzy mieli uporządkowane życie osobiste. Takie tam bzdury rodem z lat pięćdziesiątych XX wieku. Za dobrą inwestycję Fairchild uważał tych, którzy byli w poważnym związku lub mieli współmałżonka i dzieci oraz mieszkali we własnym, a nie w wynajętym domu. Dlaczego tak mu zależało na tej stabilizacji? Ponieważ jego zdaniem, jeśli ktoś nie umie ułożyć życia osobistego, na pewno rzuci pracę w firmie, kiedy tylko dostanie lepszą ofertę.

Z innych źródeł, godniejszych zaufania niż Pete, dowiedziałam się, że to prawda.

Wystraszyłam się, bo byłam w firmie jedyną kobietą, a do tego niezamężną, bezdzietną i mieszkającą z koleżanką w wynajętym mieszkaniu. Wspomniana współlokatorka, Zoe, podsunęła mi rozwiązanie w postaci pewnej aplikacji. Znalazłam tam Deana, idealnego narzeczonego na niby. Był wykształconym, praktycznym, przystojnym i czarującym facetem z Chelsea. Zgodził się przez nieokreślony czas udawać mojego chłopaka. Nieokreślony.

Czym ja się przejmuję?

Nikt się o niczym nie dowie.

– Hej, ty. – Nagle usłyszałam głęboki męski głos, w którym brzmiał oskarżycielski ton.

Odwróciłam głowę i szybko zamrugałam oczami. Nade mną stał bardzo wysoki facet, który patrzył z gniewem, rozdymając nozdrza niczym byk szykujący się do ataku. Błyskawicznie zmierzyłam go wzrokiem. Chyba jeszcze nigdy przedtem nie widziałam takiego okazu. Miał co najmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu, był ubrany w dżinsy, które pamiętały lepsze czasy, i długą ocieplaną bluzę podkreślającą umięśnioną sylwetkę. Bardzo umięśnioną. Podwinięte rękawy odsłaniały przedramiona pokryte grubymi żyłami. Czy w tym lokalu nie obowiązuje przypadkiem elegancki strój?

Spojrzałam prosto w jego zielone oczy, które byłyby piękne, gdyby nie płonący w nich gniew. Jest wściekły na mnie?

Co jest? Nie miałam czasu na takie zaczepki.

– O co chodzi? – zapytałam.

– Parker Brown?

O cholera.

– Tak.

– Nazywam się Rhys Morgan – przedstawił się, mrużąc oczy. – Jestem starszym bratem Deana. On nie przyjdzie.

Na chwilę odjęło mi mowę. Jak to możliwe, że ten gość jest bratem Deana? Dean miał jasne włosy i niebieskie oczy, był schludnie ostrzyżonym, ładnym chłopcem. Facet, który stał przede mną, miał krótkie ciemne włosy, wspaniałe, zielone oczy, kilkudniowy zarost, złamany nos, nieregularne, ostre rysy twarzy i na pewno nie dało się go nazwać ładnym chłopcem. Niektórym kobietom pewnie mógł się podobać, ale jak na mój gust był za duży i zbyt nieokrzesany.

Wolałam inteligentnych przystojniaków.

Wracając do meritum… Z trudem oderwałam wzrok od jego imponującego bicepsa.

– W ogóle nie jesteście do siebie podobni.

Znowu rozdął nozdrza.

– To prawda. Ja bym się nie sprzedał jakiejś głupiej paniusi z Massachusetts.

Policzki mnie zapiekły. Jak on się wydziera! Zeskoczyłam ze stołka i przycisnęłam dłonie do jego piersi, żeby go popchnąć w stronę wyjścia, ale znieruchomiałam. Co za klata.

– O rany, jakie mięśnie. – Opuściłam ręce, jakbym się oparzyła.

Domniemany brat Deana ze złością zacisnął zęby.

– Porozmawiajmy gdzie indziej. – Zaprowadziłam go do holu między wejściem a salą, po drodze uśmiechając się uspokajająco do mijającej nas hostessy.

Kiedy się odwróciłam do Rhysa, nieomal uderzyłam twarzą w jego tors.

Ujął mnie za ramię i delikatnie odsunął od siebie. Teraz, gdy już nie siedziałam na stołku, musiałam zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Kiedy tak się nade mną pochylał, przemknęło mi przez myśl, że nawiązanie rozmowy z wściekłym facetem, który mógłby mnie zgnieść jak muchę, może nie było najlepszym pomysłem. Nie zamierzałam jednak dać się zastraszyć. Fakt, gość wyglądał imponująco, ale w końcu przez kilka lat studiowałam na kierunku zdominowanym przez mężczyzn, a teraz jestem jedyną kobietą w firmie. Szybko się nauczyłam, jak nie dać się onieśmielić żadnemu facetowi, nawet gdyby był wyjątkowo inteligentny czy wyjątkowy… pod względem fizycznym.

I nigdy nie zdarzyło mi się zaniemówić w obecności mężczyzny.

Choćby zrobił na mnie ogromne wrażenie.

– Po pierwsze, nie jestem z Massachusetts. – Ta informacja może i nie była istotna, ale nie cierpiałam określenia „Massszit” odnoszącego się do tutejszych bogatych przedstawicieli klasy wyższej, którzy nie zachowywali się zbyt sympatycznie.

Rhys uśmiechnął się szyderczo.

– Jesteś mieszkanką Nowego Jorku, która przyjechała tu na wakacje. – Powiedział to z silnym bostońskim akcentem, który zazwyczaj wydawał mi się uroczy. Ale w tym gościu nie było nic uroczego. – Taka sama, kurwa, różnica, Dzwoneczku.

Pfff. To ostatnie zdanie było wręcz ohydne.

– Proszę nie przeklinać. – Mama wykorzeniała brzydkie wyrazy z mojego słownictwa, jeszcze zanim zdążyłam się dowiedzieć, co w ogóle znaczą. Teraz odruchowo się wzdrygałam, kiedy ktoś w moim towarzystwie rzucał mięsem. – A żarty z mojego wzrostu są bardzo niestosowne.

– Wiesz, co jest bardzo niestosowne? – Naruszył moją przestrzeń osobistą, podchodząc tak blisko, że musiałam zadrzeć głowę, żeby nawiązać z nim kontakt wzrokowy. – Płacenie za pewne usługi zdesperowanemu małolatowi.

Byłam pewna, że całe moje ciało zrobiło się czerwone jak cegła. Na chwilę zaniemówiłam.

– To… to… to nie tak – syknęłam. – Przede wszystkim Dean nie jest małolatem. Ma dwadzieścia pięć lat. Poza tym nie płacę mu za „pewne usługi”. Proszę nie insynuować, że muszę za to płacić.

Obciął mnie wzrokiem i prychnął.

– Zignoruję ten odgłos, bo w przeciwieństwie do ciebie nie pochodzę z epoki trzeciorzędu. Wracając do tematu: Dean jest dorosłym mężczyzną, którego zatrudniłam jako towarzysza podczas spotkań z moim szefem i ze współpracownikami. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko tyle: szef zatrudni mnie na czas nieokreślony tylko wtedy, jeśli będę w stałym związku. Pan Fairchild jest pod tym względem nieco staroświecki. – Przedstawiłam to dość dyplomatycznie.

Byłam z siebie dumna. Pierwszy raz udało mi się opisać tę sytuację, nie nazywając pana Fairchilda wojującym przeciwnikiem praw kobiet.

Rhys spojrzał na mnie spode łba.

– Nie ciesz się tak, Dzwoneczku. Mam w głębokim poważaniu, dlaczego wynajęłaś Deana. To cholernie nieuczciwe i dobrze o tym wiesz.

Popatrzyłam na niego z niepokojem i urazą. Czyżby wynajęcie Deana rzeczywiście było nieuczciwe? Wydawało mi się, że oboje czerpiemy z tego korzyści. Nigdy nie miałam wrażenia, że go wykorzystuję albo traktuję przedmiotowo, ale jego brat przedstawił to właśnie w takim świetle. Jakbym była uprzywilejowaną księżniczką, która uważa, że może robić wszystko, co jej się żywnie podoba, tylko dlatego, że ma pieniądze.

Skrzyżowałam ręce na piersi.

– Nie zamierzam tu stać i wysłuchiwać twoich oskarżeń. Jeżeli nie podoba ci się postępowanie brata, to twój problem. Nikt go do niczego nie zmuszał, a poza tym dostaje godziwe wynagrodzenie. Dwa tysiące dolarów tygodniowo za parę spotkań w ciągu miesiąca to więcej niż uczciwa stawka. – W rzeczywistości stawka była absurdalnie wysoka.

Musiałam naruszyć swój fundusz powierniczy, żeby móc zapłacić Deanowi, bo za mniejsze pieniądze żaden facet nie zgodziłby się przez nieokreślony czas udawać mojego chłopaka.

Ani nie byłam beznadziejnie nieatrakcyjna, ani nie miałam okropnego charakteru. Po prostu większość mężczyzn żądała konkretnego terminu zakończenia tego układu, bo mieli inne zobowiązania. Niestety, tego nie mogłam im zapewnić.

Kiedy podałam stawkę, Rhys aż się zachwiał z wrażenia i na chwilę odebrało mu mowę.

I bardzo dobrze, bo musiałam się go jak najszybciej pozbyć!

– Posłuchaj, Morgan. Lada chwila przyjdzie tu mój szef, więc byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś sobie poszedł. W tej chwili. Będę zobowiązana. – Wskazałam na drzwi za sobą. – Żegnam. – Nie ruszył się z miejsca. – Adios? – Nadal się na mnie gapił. – Vámonos. Ciao. Au revoir. – Westchnęłam ciężko. – A sio!

Spiorunował mnie wzrokiem.

– Nie przesłyszałem się? Powiedziałaś do mnie „a sio”?

– Może to zadziała.

– Mała, masz nie po kolei w głowie. Mówił ci to ktoś?

– Słuchaj…

– Parker, tu jesteś!

Mocno zacisnęłam oczy, modląc się w duchu, żeby otworzyły się drzwi do innego wymiaru, do którego mogłabym wepchnąć Rhysa Morgana. Miałam nadzieję, że trafiłby do świata rządzonego przez ogromne jadowite węże pustynne.

Przyszedł mój szef.

Otworzyłam oczy, odwróciłam się i uśmiechnęłam promiennie. W moją stronę szedł Jackson Sánches, mój bezpośredni przełożony, ze swoją narzeczoną Camille po jednej stronie i panem Fairchildem po drugiej.

Żołądek podszedł mi do gardła.

Kiedy Jackson powiedział, że pan Fairchild chce poznać najnowszego pracownika w zespole (czyli mnie), obiecałam, że przyjdę ze swoim chłopakiem – żeby zrobić na nim dobre wrażenie. Nie tylko okłamałam Jacksona, którego szczerze lubiłam i podziwiałam – na domiar złego pojawiłam się bez rzeczonego chłopaka. A wszystko przez tego jaskiniowca, który pewnie wygada się, co zrobiłam, i zniszczy moją szansę na przedłużenie umowy z Horusem. Właściwie to mogłam się spodziewać zwolnienia z pracy.

Kiedy cała trójka stanęła tuż obok nas, poczułam, że z nerwów zaraz się uduszę.

Miałam przechlapane.

– Chciałbym panu przedstawić nasz najnowszy, doskonały nabytek, pannę Parker Brown. – Jackson szeroko się do mnie uśmiechnął.

Podałam dłoń panu Fairchildowi.

Franklin Fairchild pochodził z bostońskiej rodziny bogatej od wielu pokoleń. W młodości mądrze zainwestował pieniądze, które dostał w spadku, i czterokrotnie powiększył majątek. Otoczył się kręgiem świetnych doradców, którzy przekonali go do zainwestowania w odnawialne źródła energii.

Nie był zbyt zagorzałym ekologiem, co mnie zaskakiwało, bo jego wkład w rozwój firmy okazał się o wiele większy, niż spodziewałabym się tego po facecie tak zabieganym jak on.

Uścisnął moją dłoń i mocno, energicznie nią potrząsnął.

– Malutka kobietka, wielki intelekt, czyż nie? – Zaśmiał się.

Nie pierwszy raz słyszałam takie słowa. Z trudem odwzajemniłam jego uśmiech. Kiedy Jackson przeniósł wzrok na Rhysa, mój uśmiech musiał wyglądać jak przedśmiertny grymas.

– A to pewnie twój chłopak. – Jackson nie potrafił ukryć zaskoczenia.

Nic dziwnego! Rhys zupełnie do mnie nie pasował, a nawiasem mówiąc, byłam pewna, że i ja nie jestem w jego typie. Faceci tego pokroju pewnie spotykają się z piersiastymi kobietami o wyrzeźbionych na siłowni pośladkach, które przeczą prawu grawitacji.

Już otwierałam usta, żeby z oburzeniem zaprzeczyć, kiedy…

– Tak. – Rhys uścisnął dłoń Jacksonowi. – Jestem chłopakiem Parker. Mam na imię Rhys. Miło mi pana poznać.

Mój mózg widocznie miał chwilową awarię, bo wydawało mi się, że usłyszałam, jak Rhys powiedział, że jest moim chłopakiem.

Lekko się do mnie uśmiechnął, a w jego rozbrajająco pięknych oczach pojawiły się złośliwe chochliki.

On naprawdę to zrobił!

Wcale mi się nie wydawało!

Co on kombinuje?

Zrobiło mi się niedobrze. Myślałam, że zwymiotuję na buty od Prady pana Fairchilda.

– Rhys? – Pan Fairchild dosłownie staranował Jacksona i podszedł do mojego oprawcy. – Rhys Morgan. A niech mnie!

Zaraz, co jest?

Fairchild zaczął ściskać dłoń Rhysa i szczerzyć się do niego z takim zachwytem, jakby zobaczył ósmy cud świata. Chwilę później ziemia nieomal usunęła mi się spod stóp, kiedy odwrócił się do Jacksona i powiedział:

– Nie mówiłeś, że Parker spotyka się z Rhysem Morganem.

Jackson i ja spojrzeliśmy na niego pustym wzrokiem, a Fairchild dodał:

– Od kilkudziesięciu lat to najlepszy bokser wagi ciężkiej w tym kraju. – Zacisnął dłoń na ramieniu Rhysa. – Synu, usiądziesz obok mnie.

Co takiego?

Kiedy pan Fairchild poprowadził Rhysa do restauracji, ten odwrócił się przez ramię i puścił do mnie oko.

Słowo daję. Puścił do mnie oko.

Istny pomiot szatana.

A może niechcący otworzyłam wrota do jeszcze innego wymiaru, w którym wściekły bokser okłamał mojego szefa, utrzymując, że jest moim chłopakiem?

Jackson i Camille uśmiechnęli się szeroko.

– Zgadnij, kto właśnie został ulubienicą nauczyciela – zażartował Jackson. Kiedy zmarszczyłam brwi, parsknął śmiechem. – Wygłupiam się. Ale zawsze się cieszę, kiedy podczas spotkania udaje się czymś zainteresować Fairchilda. Bardzo dobrze, Parker.

Nie. To była katastrofa.
mniej..

BESTSELLERY