Facebook - konwersja
Pamiętniki. Wojna i rewolucja. Kontrrewolucja. Bolszewicki przewrót. Warszawski epilog - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Pamiętniki. Wojna i rewolucja. Kontrrewolucja. Bolszewicki przewrót. Warszawski epilog - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-0259-5
Język:
Polski
Rok wydania:
2007
Rozmiar pliku:
1,3 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
40,00
Cena w punktach Virtualo:
4000 pkt.

Pamiętniki. Wojna i rewolucja. Kontrrewolucja. Bolszewicki przewrót. Warszawski epilog - opis ebooka

Wznowienie bestsellera wydanego w 1972 roku w Londynie. Znakomicie, z nieprzeciętnym talentem literackim przedstawiony obraz rewolucji lutowej, przewrotu bolszewickiego i wojny domowej w Rosji rozpatrywany przez bezpośredniego uczestnika wydarzeń. Autor to bliski współpracownik Borysa Sawinkowa, komisarza 8. Armii, potem uczestnika ruchu antybolszewckiego.

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Karol Wę­dzia­gol­ski uro­dził się w roku 1886 nie­da­le­ko Wil­na w ro­dzin­nym ma­jąt­ku Ja­wo­rów, w sta­rej ro­dzi­nie szla­chec­kiej her­bu Po­mian. Miał dwóch bra­ci i czte­ry sio­stry. Więk­szość z nich ukoń­czy­ła wyż­sze stu­dia. Pa­weł, brat śred­ni (rocz­nik 1883), na­wet po trzy­kroć je za­li­czył. Na po­cząt­ku wy­dział fi­zy­ko-ma­te­ma­tycz­ny Uni­wer­sy­te­tu Pe­ters­bur­skie­go, póź­niej Pe­da­go­gicz­ną Aka­de­mię Woj­sko­wą, a na koń­cu trze­ci fa­kul­tet, ar­chi­tek­to­nicz­ny, roz­po­czę­ty w roku 1912, a ukoń­czo­ny z wy­róż­nie­niem w 1917, tuż przed koń­cem car­skiej Ro­sji. Bro­ni­sław, naj­star­szy z bra­ci (ur. w roku 1876), ukoń­czył Woj­sko­wą Aka­de­mię In­ten­den­tu­ry. Jed­na z sióstr z ko­lei mia­ła za sobą fa­kul­tet hi­sto­rycz­ny w Pe­ters­bur­gu, dru­ga kon­ser­wa­to­rium mu­zycz­ne. Na­to­miast sam Ka­rol wy­ka­zał się dość mi­zer­nym wy­kształ­ce­niem. Skoń­czył je­dy­nie eli­tar­ny kor­pus ka­de­tów w Pe­ters­bur­gu. Eli­tar­ność szko­ły za­pew­ni­ła mu zna­jo­mo­ści wśród osób wpły­wo­wych. Zna­jo­mo­ści te w po­łą­cze­niu z oso­bi­sty­mi za­le­ta­mi (udo­ku­men­to­wa­ny­mi choć­by przez póź­niej­sze wy­da­rze­nia) przy­czy­ni­ły się do tego, iż po­mi­mo bra­ku wyż­szych stu­diów roz­po­czął ka­rie­rę urzęd­ni­czą w jed­nym z pe­ters­bur­skich mi­ni­sterstw. Po ośmiu la­tach ka­rie­rę tę prze­rwał za­mach w da­le­kim Sa­ra­je­wie. Śmierć Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da roz­po­czę­ła woj­nę, któ­rą szyb­ko na­zwie się świa­to­wą, a po nie­wie­lu la­tach ozna­czy do­dat­ko­wo li­czeb­ni­kiem.

Od le­wej: prof. Kwiat­kow­ski, Ja­ni­na, Ha­nia, Ka­rol, Nia­nia , Ka­ro­li­na Wę­dzia­gol­ska, pani Kwiat­kow­ska, NN, NN, Ja­wo­rów 1937

Dom Ka­ro­la Wę­dzia­gol­skie­go w Ja­wo­ro­wie, rok 1937

Sta­ry dom ro­dzi­ny Ka­ro­la Wę­dzia­gol­skie­go w Ja­wo­ro­wie, praw­do­po­dob­nie lata po­wo­jen­ne

Ka­rol Wę­dzia­gol­ski w okre­sie roz­mów pol­sko-ro­syj­skich – dzia­łał z po­le­ce­nia Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go

Ka­rol Wę­dzia­gol­ski w Ar­gen­ty­nie, rok 1962

Se­nior rodu – oj­ciec Ka­ro­la, Mi­chał Wę­dzia­gol­ski w 1926 roku

Nie­wąt­pli­wie czło­wie­kiem rzą­dzi przy­pa­dek. Do pew­nych gra­nic oczy­wi­ście – na przy­kład gra­nic wy­cho­wa­nia, wy­zna­czo­nych przez sys­tem war­to­ści i od­po­wie­dzial­no­ści, a wpo­jo­nych w domu ro­dzin­nym, oraz gra­nic po­czu­cia sma­ku, nie­prze­kra­czal­nych w któ­rymś mo­men­cie. W pol­skim przy­pad­ku na­le­ży też uwzględ­nić te wy­ty­czo­ne przez po­czu­cie pa­trio­ty­zmu.

Tak, ród Wę­dzia­gol­skich zdał eg­za­min w tam­tej epo­ce. Epo­ce, ogól­nie rzecz bio­rąc, przy­pad­kiem rzą­dzo­nej.

Gdy przy­szła re­wo­lu­cja lu­to­wa roku 1917, Ka­rol Wę­dzia­gol­ski nie był nią spe­cjal­nie za­sko­czo­ny. Ale i nie za­chwy­cił się nią bez­wa­run­ko­wo. Już zdą­żył zwąt­pić w wy­zna­wa­ne w mło­do­ści idee so­cja­li­stycz­ne. Mi­nio­ne lata woj­ny, do­świad­czeń, prze­my­śleń ugrun­to­wa­ły go w prze­ko­na­niu, iż dla roz­wo­ju, po­stę­pu lep­sza od re­wo­lu­cji jest po­wol­na ewo­lu­cja. Zwłasz­cza gdy re­wo­lu­cja ta dzie­je się w cza­sie woj­ny! Je­dy­ne, co go po­cie­sza­ło w tych burz­li­wych dniach, to na­dzie­ja na uzy­ska­nie przez Pol­skę – przy „oka­zji” tych za­wi­ro­wań – nie­pod­le­gło­ści.

Choć był scep­tycz­ny wo­bec bie­żą­cych wy­da­rzeń, nie od­mó­wił, gdy za­ofe­ro­wa­ły mu one nowe wy­zwa­nia. I tak za­czę­ła się jego ka­rie­ra w no­wej rze­czy­wi­sto­ści. Ka­rie­ra, a może ra­czej… przy­go­da.

Ka­rol Wę­dzia­gol­ski w roz­mo­wie z ge­ne­ra­łem Ka­zi­mie­rzem Sosn­kow­skim, lata sześć­dzie­sią­te XX wie­ku

A trze­ba mu było tego awan­su re­wo­lu­cyj­ne­go, dzię­ki nie­mu mógł bo­wiem spo­tkać się z Bo­ry­sem Sa­win­ko­wem.

Wę­dzia­gol­ski po­znał się z nim już wcze­śniej, w roku 1909. Tam­ten na­ma­wiał go wte­dy do włą­cze­nia się w ak­cje ter­ro­ry­stycz­ne. Ka­rol od­mó­wił, był my­śli­wym i jako taki nie po­tra­fił ak­cep­to­wać tak nie­ho­no­ro­wych, pod­stęp­nych spo­so­bów po­lo­wa­nia. Po ośmiu la­tach spo­tka­li się po­now­nie. Sa­win­kow był już jed­ną z waż­niej­szych po­sta­ci w po­re­wo­lu­cyj­nym Rzą­dzie Tym­cza­so­wym, a Wę­dzia­gol­ski – czło­wie­kiem za­ufa­nia 8. Ar­mii. Sa­win­kow szu­kał en­tu­zja­stów dla swej kon­cep­cji roz­wo­ju sy­tu­acji. Bez tru­du jej zwo­len­ni­ka od­na­lazł w by­łym urzęd­ni­ku mi­ni­ste­rial­nym. Za­rów­no je­den, jak i dru­gi nie do­my­śla­li się wte­dy, jak waż­ne oka­że się dla nich to spo­tka­nie.

I dłu­go już Wę­dzia­gol­ski nie roz­sta­wał się z Sa­win­ko­wem – po­sta­cią waż­ną dla hi­sto­rii XX wie­ku, przy­wód­cą or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej, współ­au­to­rem kil­ku za­ma­chów na wyż­szych urzęd­ni­ków car­skich, osob­ni­kiem ska­za­nym na śmierć za ową dzia­łal­ność, czło­wie­kiem owład­nię­tym ideą, ak­cep­to­wa­ną przez Wę­dzia­gol­skie­go lub nie, lecz nie­wąt­pli­wie au­ten­tycz­ną w jego przy­pad­ku. Co waż­ne, Sa­win­kow w roku 1917 był już in­nym czło­wie­kiem ani­że­li kil­ka lat wcze­śniej. To oczy­wi­sty re­zul­tat zmie­nio­nej sy­tu­acji. Re­wo­lu­cja lu­to­wa zda­wa­ła się re­ali­zo­wać idee, dla ja­kich kie­dyś Sa­win­kow szy­ko­wał bom­by. Sa­mo­dzier­ża­wie upa­dło, par­la­men­ta­ryzm się roz­wi­jał, de­mo­kra­cji co­raz wię­cej…

Sa­win­kow w roku 1917 ob­ja­wiał się Wę­dzia­gol­skie­mu jako bar­dzo da­le­ko­wzrocz­ny po­li­tyk. Były ter­ro­ry­sta od razu wy­czuł sła­bo­ści re­wol­ty i szyb­ko do­ce­nił za­gro­że­nie ze stro­ny bol­sze­wi­ków – par­tii przez inne trak­to­wa­nej jako mało waż­na, gro­te­sko­wa, znaj­du­ją­ca się w roz­dar­ciu po­mię­dzy swy­mi żą­da­nia­mi (ogrom­ny­mi) a swą li­czeb­no­ścią (wię­cej niż skrom­ną). Sa­win­kow nie tyl­ko po­tra­fił oce­nić sy­tu­ację, on tak­że usi­ło­wał czyn­nie prze­ciw­dzia­łać.

Wę­dzia­gol­ski od­no­wił swą zna­jo­mość sprzed lat z Sa­win­ko­wem w mo­men­cie prze­ło­mo­wym dla lo­sów re­wo­lu­cji lu­to­wej. Mia­ła aku­rat miej­sce ostat­nia po­waż­niej­sza pró­ba oca­le­nia owej re­wo­lu­cji, tak zwa­ny bunt Ław­ra Gie­or­gi­je­wi­cza Kor­ni­ło­wa. Pró­ba się nie uda­ła, wie­lu uczest­ni­ków bun­tu zo­sta­ło aresz­to­wa­nych, któ­ryś z nich na­wet po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Pa­no­wał co­raz więk­szy cha­os. Przy­szedł wresz­cie paź­dzier­nik i prze­wrót bol­sze­wic­ki.

Po­waż­ne zbli­że­nie i ko­mi­ty­wa Wę­dzia­gol­skie­go z Sa­win­ko­wem na­stą­pi­ła wła­śnie po tych wy­da­rze­niach – po nie­szczę­snych sze­ściu dniach, w któ­rych garst­ka bol­sze­wi­ków prze­ję­ła wła­dzę w dwóch naj­waż­niej­szych mia­stach Ro­sji.

Naj­moc­niej i naj­sku­tecz­niej zwią­za­ła ich… uciecz­ka. Nic in­ne­go im nie zo­sta­ło. Tuż przed nimi zbiegł w prze­bra­niu Alek­san­der Fio­do­ro­wicz Kie­reń­ski. To jesz­cze nie był ko­niec, jesz­cze pró­bo­wa­li ze­brać siły, woj­ska, do­ga­dać się, po­go­dzie skłó­co­nych ge­ne­ra­łów, cy­wi­lów. Naj­moc­niej ich zjed­nał wła­śnie ten czas po­szu­ki­wa­nia ostat­nie­go po­ra­tun­ku, lecz nie dla sa­mej Ro­sji, ale po­ra­tun­ku przed bol­sze­wi­ka­mi, któ­rych nie­bez­piecz­na siła, siła de­ma­go­gii dla oby­dwu zda­wa­ła się oczy­wi­sta. Ogól­nie rzecz bio­rąc, ich po­dróż była uciecz­ką i… zbli­że­niem do sie­bie, bo każ­dy dzień był dniem, któ­ry mógł oka­zać się ostat­nim w ich ży­ciu. Co­raz czę­ściej czu­li się zdra­dze­ni, a przed osta­tecz­no­ścią ra­to­wał ich szó­sty zmysł, któ­ry na prze­mian kie­ro­wał raz jed­nym, raz dru­gim.

Oto dwóch lu­dzi o róż­nych ko­rze­niach na­ro­do­wo­ścio­wych, kul­tu­ro­wych, ide­owych wresz­cie (!) prze­mie­rza po­tęż­ny, stu­sześć­dzie­się­cio­mi­lio­no­wy kraj. To­ną­cy kraj – pe­łen to­ną­cych war­to­ści, to­ną­cych lu­dzi… Nie ucie­ka­ją, jak rze­kłem, bier­nie. Nie­ste­ty, ich ewen­tu­al­ni sprzy­mie­rzeń­cy ich nie lu­bią. „Bia­li” woj­sko­wi wi­dzą w Sa­win­ko­wie głów­nie za­ma­chow­ca na sta­ry po­rzą­dek. Tak samo oce­nia­ją jego to­wa­rzy­sza, Wę­dzia­gol­skie­go.

Roz­sta­nie z Sa­win­ko­wem na­stą­pi­ło, gdy Ar­mia Ochot­ni­cza – ów­cze­śnie naj­po­tęż­niej­sze ro­syj­skie zgru­po­wa­nie woj­sko­we wal­czą­ce z bol­sze­wi­ka­mi – wy­sła­ła Wę­dzia­gol­skie­go w cha­rak­te­rze swe­go dy­plo­ma­tycz­ne­go przed­sta­wi­cie­la do Ki­jo­wa, do świe­żo tam za­ist­nia­łe­go rzą­du ukra­iń­skie­go. W Ki­jo­wie był świad­kiem rze­zi, po­gro­mów – ca­łej tej prze­ta­cza­ją­cej się za­wie­ru­chy bi­tew­nej. Ale tam też zbli­żył się do pol­skich śro­do­wisk nie­pod­le­gło­ścio­wych.

Wy­da­rze­nia spo­wo­du­ją, iż z po­le­ce­nia Na­czel­ni­ka Pań­stwa Wę­dzia­gol­ski spo­tka się z Sa­win­ko­wem pod ko­niec roku 1919. Wy­ko­na wte­dy naj­waż­niej­szą mi­sję swe­go ży­cia – mi­sję, któ­ra mu się uda, a jed­no­cze­śnie bę­dzie jego klę­ską.

Mi­sję tę oso­bi­ście zle­cił mu Na­czel­nik Pań­stwa. Pił­sud­ski wy­brał Wę­dzia­gol­skie­go z dwóch po­wo­dów: uznał go za jed­ną z nie­wie­lu osób wol­nych od uprze­dzeń an­ty­ro­syj­skich. Wę­dzia­gol­ski nada­wał się do tego za­da­nia tak­że i z po­wo­du swej za­ży­ło­ści z Bo­ry­sem Sa­win­ko­wem. Ten były ter­ro­ry­sta, jako je­den z nie­wie­lu Ro­sjan prze­by­wa­ją­cych wów­czas na emi­gra­cji, dys­po­no­wał na tyle uzna­wa­nym au­to­ry­te­tem, by móc zre­ali­zo­wać ideę pro­po­no­wa­ną przez Pił­sud­skie­go. I tak też się sta­ło. W roku 1920 za­ist­niał w Pol­sce Ro­syj­ski Ko­mi­tet Po­li­tycz­ny, a jego bli­sko osiem­dzie­się­cio­ty­sięcz­na ar­mia do­łą­czy­ła do wal­ki z za­le­wem bol­sze­wic­kim.

Wę­dzia­gol­ski nie wy­ko­rzy­stał swej bli­sko­ści z Pił­sud­skim. Prze­ciw­nie – ująw­szy się za swy­mi ro­syj­ski­mi przy­ja­ciół­mi de­por­to­wa­ny­mi z Pol­ski (na mocy po­ko­ju ry­skie­go), od­był ostrą, przy­krą roz­mo­wę z Na­czel­ni­kiem Pań­stwa. Sam zresz­tą tak oto wspo­mniał ją po la­tach: „Pił­sud­ski wściekł się i za­czął krzy­czeć na mnie, że ta­kie to już ma szczę­ście do Po­la­ków, któ­rych za uszy cią­gnie do Pol­ski, a w ręku mu zo­sta­ją tyl­ko uszy. Bogu dzię­ki, nie wy­szcze­gól­nił ja­kie”.

I tą też au­to­iro­nią koń­czą się Pa­mięt­ni­ki.

Po opi­sa­nym po­wy­żej in­cy­den­cie Wę­dzia­gol­ski zje­chał na sta­łe – jak mu się wy­da­wa­ło – do Ja­wo­ro­wa. Miał już do­syć po­li­ty­ki. W swych pe­re­gry­na­cjach wo­jen­nych, gdzieś na Ukra­inie (bo­daj w oko­li­cach Ży­to­mie­rza), po­znał w roku 1920 Ja­ni­nę Chy­biń­ską. To ona sta­ła się jego osta­tecz­ną wy­bran­ką. Zwią­zek za­war­li w roku 1921 i byli ze sobą już do koń­ca.

Za­miesz­ka­li w jemu przy­pa­dłej czę­ści Ja­wo­ro­wa. Ka­rol zbu­do­wał so­lid­ny mu­ro­wa­ny dom i ostro za­brał się za go­spo­da­ro­wa­nie. Po­sta­wił na tak zwa­ne kul­tu­ry rol­ne, pró­bo­wał się z ho­dow­lą trzo­dy, dro­biu. Po­bli­skie ba­gna za­mie­nił w sta­wy ryb­ne.

Z cza­sem uro­dzi­ły mu się dzie­ci. Ży­cie ro­dzin­ne kwi­tło. Tuż obok go­spo­da­ro­wa­li jego bra­cia, któ­rzy też za­ło­ży­li już ro­dzi­ny. Bro­ni­sław wy­ka­zał się ak­tyw­no­ścią spo­łecz­ną i po­li­tycz­ną. Był po­słem na sejm, a Pił­sud­ski wy­ko­rzy­sty­wał go do waż­nych mi­sji spe­cjal­nych (jak na przy­kład w roku 1923 w cza­sie wy­da­rzeń kra­kow­skich). Pa­weł roz­kwi­tał jako ar­chi­tekt. Jego do­ko­na­nia do dziś są po­pu­lar­ne i przy­wo­ły­wa­ne w świe­cie ar­chi­tek­tów (na przy­kład w ma­ją­cej miej­sce w 2007 roku dys­ku­sji o przy­szło­ści war­szaw­skiej tak zwa­nej Osi Sa­skiej).

Po­lo­wa­nie w Wiel­kich So­lecz­ni­kach.
Od le­wej: H. Wa­gne­rów­na, Anna Wę­dzia­gol­ska, Bro­ni­sław Wę­dzia­gol­ski, Ka­rol Wę­dzia­gol­ski, Pa­weł Wę­dzia­gol­ski, S. Re­nard

Od le­wej: Ja­dwi­ga z Rut­kow­skich Wę­dzia­gol­ska,
Ka­ro­li­na z So­son­ków Wę­dzia­gol­ska, Ma­ria z Rut­kow­skich Dzi­ko­wa, Ja­dwi­nia Dzi­ków­na

Sio­stry Ka­ro­la „po­szły w świat”, za mę­ża­mi, a bra­cia Wę­dzia­gol­scy zo­sta­li w Ja­wo­ro­wie. Pa­weł wziął się za bu­do­wę wil­li, któ­rej pro­jekt i dziś jest do­ce­nia­ny. Nie­ste­ty, w roku 1929 w trak­cie prac przy tej bu­dow­li zgi­nął przy­gnie­cio­ny drze­wem.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Ka­rol Wę­dzia­gol­ski zo­stał mia­no­wa­ny syn­dy­kiem upa­da­ją­cej Ma­nu­fak­tu­ry Wi­dzew­skiej w Ło­dzi. Wy­ka­zu­jąc się ogrom­nym ta­len­tem, ura­to­wał ją od ban­kruc­twa. Pro­wa­dził ją do 1939 roku. Do Ło­dzi ścią­gnął ro­dzi­nę, ale to Ja­wo­rów po­strze­gał jako swój przy­szło­ścio­wy cel i tam in­we­sto­wał wszel­kie za­ro­bio­ne pie­nią­dze: uspraw­niał swo­je go­spo­dar­stwo pod wzglę­dem tech­nicz­nym, ob­ku­pił je w ma­szy­ny i sprzęt, mły­no­wi wod­ne­mu do­dał tur­bi­nę, wy­twa­rzał prąd, za­kła­dał sady. Miał kil­ka aut, na któ­rych chłop­ców ze wsi uczył jaz­dy i me­cha­ni­ki. Ra­zem z brać­mi ufun­do­wał szko­łę. Dzię­ki ich ak­tyw­no­ści w Ja­wo­ro­wie czę­sto go­ści­li ar­ty­ści z Wil­na i War­sza­wy.

Nad­szedł wrze­sień 1939 roku…

Dom Ka­ro­la Wę­dzia­gol­skie­go, lata dzie­więć­dzie­sią­te XX wie­ku

Wę­dzia­gol­ski nie miał złu­dzeń – Niem­cy, póki co, po­ko­na­ją Pol­skę. Ale naj­gor­sze przy­szło 17 wrze­śnia, gdy So­wie­ci wkro­czy­li do Pol­ski. Ka­rol wie­dział, że oni go za­pa­mię­ta­li, wy­je­chał więc na po­czą­tek do Ru­mu­nii, a żonę z dzieć­mi wy­słał na Li­twę. Dom w Ja­wo­ro­wie na­wie­dzi­li wkrót­ce po­li­tru­cy. Któ­ryś z nich sko­men­to­wał jego nie­obec­ność: „Wie­le nam na złość zro­bił”. Za­pa­mię­tał te sło­wa Mi­chał Wę­dzia­gol­ski, bra­ta­nek Ka­ro­la. Za­pa­mię­tał tak­że po­stać och­mi­strzy­ni, nie­wia­sty nie wia­do­mo skąd przy­by­łej do nich wio­sną 1939 roku. We wrze­śniu oka­za­ła się pil­nym prze­wod­ni­kiem to­wa­rzy­szy so­wiec­kich. To wte­dy też Bro­ni­sław zo­stał za­bra­ny przez NKWD. Na chwi­lę.

Ka­ro­lo­wi uda­ło się ścią­gnąć do Rzy­mu żonę i dzie­ci. Dzia­łał szyb­ko. Z ro­dzi­ną wi­tał się już w 1940 roku, za­nim na se­rio roz­po­czę­ły się dzia­ła­nia wo­jen­ne we Fran­cji. W tym sa­mym roku wy­je­cha­li do Bra­zy­lii. Byle naj­da­lej od Eu­ro­py. Ka­rol zda­wał so­bie spra­wę z za­gro­że­nia Eu­ro­py spo­wo­do­wa­ne­go nie przez Niem­ca, któ­ry wy­grać nie mógł, lecz przez bol­sze­wi­ka, któ­ry tę woj­nę wy­grać mu­siał.

Ka­rol Wę­dzia­gol­ski w Sao Pau­lo, lata sie­dem­dzie­sią­te XX wie­ku

Wę­dzia­gol­ski wie­dział z wła­sne­go do­świad­cze­nia, z wła­snej ob­ser­wa­cji, iż bol­sze­wi­cy zwy­cię­ży­li w paź­dzier­ni­ku 1917 roku, po­nie­waż ich ewen­tu­al­ni wro­go­wie za­cho­wa­li n e u t r a l n o ś ć!

Hi­sto­ria się po­wta­rza­ła.

W Bra­zy­lii, a do­kład­niej w Sao Pau­lo, Ka­rol za­czy­nał wszyst­ko od po­cząt­ku. Nie było mu ła­two, prze­kro­czył pięć­dzie­siąt­kę. Sy­tu­acja jego ro­dzi­ny za­czę­ła się sta­bi­li­zo­wać z chwi­lą otwo­rze­nia w Bra­zy­lii mon­tow­ni Mer­ce­de­sa, gdzie Wę­dzia­gol­ski zna­lazł pra­cę w dzia­le ad­mi­ni­stra­cji. Wła­ści­cie­lem fa­bry­ki był pol­ski prze­my­sło­wiec Al­fred Ju­rzy­kow­ski.

Jak wspo­mi­na Mi­chał Wę­dzia­gol­ski, (syn Paw­ła, ar­chi­tek­ta) mój roz­mów­ca w roku 2007, li­sty otrzy­my­wa­ne z Bra­zy­lii peł­ne były bez­rad­nej no­stal­gii. Nie, pan Ka­rol nie my­ślał o po­wro­cie. On na­pi­sał książ­kę.

Grze­gorz Eber­hardtNIEFRASOBLIWE POCZĄTKI

Lipiec (sta­re­go sty­lu) 1914 roku, jak zwy­kle po­god­ny i upal­ny, roz­po­czął się w Pe­ters­bur­gu pod zna­kiem ogór­ko­wej nudy, uroz­ma­ica­nej od kil­ku dni nie­groź­ny­mi – jak się wy­da­wa­ło – awan­tu­ra­mi straj­ku­ją­ce­go pro­le­ta­ria­tu sto­li­cy.

Tro­chę bar­dziej oży­wi­ło się po przy­by­ciu wy­so­kie­go go­ścia z Fran­cji, acz­kol­wiek ba­ry­ka­dy z wa­go­nów tram­wa­jo­wych, po­wyw­ra­ca­nych do góry ko­ła­mi i usta­wio­nych w po­przek wie­lu ulic na przed­mie­ściach psu­ły nie­co na­strój uro­czy­sto­ści na cześć pre­zy­den­ta Ray­mon­da Po­in­ca­régo. „Stan wzmoc­nio­nej ochro­ny”, za­rzą­dzo­ny w sto­li­cy i okrę­gu sto­łecz­nym, też nie do­da­wał uro­ku so­jusz­ni­czym ma­ni­fe­sta­cjom. Lecz w cen­trum mia­sta, na wspa­nia­łych pa­ła­co­wych bul­wa­rach pa­no­wał spo­kój, prze­to pro­gra­mo­wa barw­ność alianc­kiej go­ścin­no­ści i ser­decz­no­ści ni­czym nie była zmą­co­na. W pa­ła­cach przyj­mo­wa­no i ba­wio­no się, sy­mu­lu­jąc wiel­ko­świa­to­wą obo­jęt­ność dla bu­rzą­cej się czer­ni. I tak to so­bie trwa­ło, tro­chę dra­ma­tycz­nie, na ze­wnątrz nie­fra­so­bli­wie i cał­kiem dy­plo­ma­tycz­nie, już przy od­gło­sie po­mru­ków nad­cią­ga­ją­cej na­wał­ni­cy, bę­dą­cych echem kil­ku strza­łów w da­le­kim Sa­ra­je­wie. Co­raz bar­dziej go­rącz­ko­we i sprzecz­ne te­le­gra­my roz­no­si­ły po świe­cie złe no­wi­ny. Po­god­nym nie­bem le­cia­ły tam i z po­wro­tem dy­plo­ma­tycz­ne noty, krzy­żu­jąc się w obo­jęt­nym błę­ki­cie lub go­niąc jed­na dru­gą, raz war­kli­wy­mi sło­wa­mi o oj­czyź­nie i ho­no­rze, to znów fra­ze­sa­mi o po­ko­ju, dla po­ko­ju, w imię obro­ny po­wszech­ne­go po­ko­ju…

Gdy­by w owym cza­sie zwy­kły sza­ry czło­wiek uli­cy za­py­tał, cze­mu wy­bu­chła woj­na, gdy wo­kół wszy­scy wzy­wa­li do po­ko­ju, i otrzy­mał od­po­wiedź, że woj­ny pra­gnął ce­sarz Nie­miec albo kanc­lerz Au­stro-Wę­gier, albo stryj ro­syj­skie­go cara (wiel­kie­go księ­cia Mi­ko­ła­ja), albo – jak nie­któ­rzy twier­dzi­li – pięk­ne czar­no­gór­skie kró­lew­ny, pod­nie­ca­ją­ce mę­żów do obro­ny po­krzyw­dzo­nej Ser­bii, nie uznał­by ta­kie­go wy­ja­śnie­nia za prze­ko­ny­wa­ją­ce. Po­nad wszyst­kim bo­wiem pa­no­wał na­strój mi­stycz­ne­go urze­cze­nia, że woj­na musi być, gdyż sta­je się z wy­ro­ku losu. W me­ta­fi­zycz­ne po­cho­dze­nie woj­ny wie­rzo­no nie­mal po­wszech­nie. Dla Po­la­ka była ona wy­słu­cha­niem mo­dli­twy Mic­kie­wi­cza „o woj­nę o wol­ność lu­dów”.

A jed­nak ogło­sze­nie mo­bi­li­za­cji wy­wo­ła­ło wstrząs. W oso­bi­sty los każ­de­go męż­czy­zny w wie­ku po­bo­ro­wym i jego ca­łej ro­dzi­ny wtar­gnął nie­ustę­pli­wy przy­mus obo­wiąz­ku, któ­ry był do­tych­czas da­le­kim pa­ra­gra­fem, nie­mal abs­trak­cją, a na­raz sta­wał się bru­tal­ną prze­mo­cą, wy­ry­wa­ją­cą nor­mal­ny po­rzą­dek pry­wat­ne­go ży­cia kil­ku­dzie­się­ciu mi­lio­nów lu­dzi. Z dnia na dzień prze­sta­wa­ła ist­nieć ich dum­na nie­ty­kal­ność i w oczach mia­ła ma­lec ich umow­na war­tość we­dług do­tych­cza­so­we­go wy­so­kie­go kur­su usta­lo­ne­go przez wiek XIX. Po­mi­mo to wie­lu się spo­dzie­wa­ło, że woj­na ta zwia­stu­je lep­sze ju­tro. Tyl­ko nie­licz­ni prze­czu­wa­li już wte­dy, że roz­po­czął się nowy i krwa­wy roz­dział hi­sto­rii jako wstęp do epo­ki, któ­rą wkrót­ce kil­ku sza­leń­ców pro­kla­mu­je jako epo­kę po­wszech­nej szczę­śli­wo­ści i spra­wie­dli­wo­ści. Tym­cza­sem ta, któ­ra prze­mi­ja­ła przy­pie­czę­to­wa­na czar­nym sło­wem: mo­bi­li­za­cja, na czer­wo­nych ob­wiesz­cze­niach roz­kle­ja­nych na ścia­nach do­mów, była eta­pem bu­do­wa­nia szczę­śli­wo­ści względ­nej, czy­li re­al­nej i praw­dzi­wej, gdyż inna nie ist­nie­je.

Na­raz i dla mnie roz­po­czął się nowy etap ży­cia, prze­kre­śla­ją­cy na za­wsze wszyst­ko, co było przed­tem.

Przy­dzie­lo­no mnie do szta­bu XVIII Kor­pu­su Ar­mii w ran­dze woj­sko­we­go urzęd­ni­ka ostat­niej czy przed­ostat­niej kla­sy.

Dość ła­two i szyb­ko po­ra­dzi­łem so­bie z moją ura­żo­ną am­bi­cją, do­tknię­tą nie tyle w oso­bi­stych aspi­ra­cjach, ile bar­dziej z sza­cun­ku dla kil­ku po­ko­leń pol­skich, i jed­ne­go ro­syj­skie­go, hu­za­rów, któ­rzy chy­ba stęk­nę­li w swo­ich gro­bach na taki de­spekt wnu­ka, pra­wnu­ka i pra­pra­wnu­ka. Po­ko­na­łem szyb­ko wy­rzu­ty hu­zar­skie­go ho­no­ru prze­wa­gą mo­ich de­mo­kra­tycz­nych i ra­dy­kal­nych ar­gu­men­tów i psy­cho­ana­li­tycz­nie wy­wnio­sko­wa­łem, że wi­docz­nie nie je­stem stwo­rzo­ny na bo­ha­te­ra. Wo­bec cze­go nie na­le­ży na prze­kór na­tu­rze, a być może i woli Opatrz­no­ści, dą­żyć, aby nim zo­stać.

Nie bar­dzo wy­si­li­łem się na mój woj­sko­wy ekwi­pu­nek. Do cy­wil­nych czar­nych spodni do­ku­pi­łem go­to­wą woj­sko­wą kurt­kę ochron­ne­go ko­lo­ru z prze­pi­so­wy­mi na­ra­mien­ni­ka­mi z jed­ną gwiazd­ką, lecz za to srebr­ną; na­stęp­nie na Alek­san­drow­skim Ryn­ku (pe­ters­bur­ski Ker­ce­lak) ku­pi­łem czap­kę, bar­dzo wo­jac­ką i twa­rzo­wą, a tuż obok wy­tar­go­wa­łem za jed­ne­go ru­bla wspa­nia­łą te­atral­ną szpa­dę (po­chwę i gar­dę bez klin­gi). Tak prze­fa­so­no­wa­ny i uzbro­jo­ny za­mel­do­wa­łem się mo­je­mu sze­fo­wi, puł­kow­ni­ko­wi Sło­nim­skie­mu (iz Po­la­kow – pra­wo­sław­nyj), dość sym­pa­tycz­ne­mu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­mu ofi­ce­ro­wi o wy­twor­nych ma­nie­rach pe­ters­bur­skie­go świa­tow­ca. Z ko­lei przed­sta­wi­łem się moim no­wym ko­le­gom, ofi­ce­rom i woj­sko­wym urzęd­ni­kom, wszyst­kim star­szym ode mnie ran­ga­mi, co zresz­tą w póź­niej­szych sto­sun­kach służ­bo­wych, a tym bar­dziej po­za­służ­bo­wych, nie mia­ło od­gry­wać żad­nej roli na moją nie­ko­rzyść. To­wa­rzy­sko bo­wiem sta­łem od nich wszyst­kich wy­żej jako szlach­cic sta­re­go rodu, syn zie­mia­ni­na i wy­cho­wa­nek eli­tar­ne­go kor­pu­su ka­de­tów.

Pa­ku­jąc rze­czy, za­ła­do­wa­łem do wa­liz­ki na wszel­ki wy­pa­dek cy­wil­ny gar­ni­tur, my­śląc o moż­li­wych spo­tka­niach z krew­ny­mi i ro­da­ka­mi. Cy­wil­na ma­ry­nar­ka w porę za­sto­so­wa­na mo­gła­by za­po­biec po­wsta­wa­niu kło­po­tli­wych te­ma­tów i pre­ten­sji, że w tak hi­sto­rycz­nej chwi­li wy­stę­pu­ję w ubo­giej sza­cie i po­spo­li­tej roli kan­ce­la­ryj­ne­go gry­zi­piór­ka za­miast na cze­le ja­kie­goś szwa­dro­nu ce­sar­skiej gwar­dii w mun­du­rze lej­bu­łań­skim czy lejb­ki­ra­sjer­skim. Na­pi­sa­łem po­że­gnal­ne li­sty do naj­bliż­szych, od­by­łem kil­ka sen­ty­men­tal­nych spo­tkań, wy­słu­cha­łem go­rą­cych za­klęć wier­no­ści do gro­bu, a po­nie­waż nie było do­kład­nie spre­cy­zo­wa­ne, do czy­je­go gro­bu, wzią­łem to na sie­bie i ja­koś w koń­cu lip­ca (sta­re­go sty­lu) wy­je­cha­łem „na woj­nę”. Przed­świt­ną go­dzi­ną wy­su­nę­li­śmy się ci­chut­ko któ­rymś nu­me­ro­wa­nym esze­lo­nem, na­ła­do­wa­nych szta­bem i kor­pu­so­wy­mi in­sty­tu­cja­mi, z bał­tyc­kie­go dwor­ca ko­le­jo­we­go w kie­run­ku Na­rwy.

Nie wie­dzia­łem, że opusz­czam Pe­ters­burg jako miej­sce mego sta­łe­go za­miesz­ka­nia na za­wsze. Po ośmiu la­tach po­by­tu rów­nie barw­nych jak waż­nych dla doj­rze­wa­nia mo­jej praw­dzi­wej oso­bo­wo­ści.

23. i 27. dy­wi­zje na­sze­go kor­pu­su sta­nę­ły w bo­jo­wym po­go­to­wiu na bał­tyc­kim wy­brze­żu. Chy­ba w prze­wi­dy­wa­niu nie­przy­ja­ciel­skie­go de­san­tu… Po ci­chu szem­ra­li­śmy, że za­miast zwy­cię­żać sta­re­go au­striac­kie­go ce­sa­rza, po­pi­jać wę­grzy­na i cza­ro­wać pięk­ne wie­den­ki, pę­ta­my się wzdłuż tych piasz­czy­stych wydm w ocze­ki­wa­niu wro­ga, któ­ry by mu­siał po­stra­dać wpierw ro­zum, nim by tu do nas przy­pły­nął. Tym­cza­sem za­wzię­cie wo­jo­wa­li­śmy pió­ra­mi, nad­ra­bia­jąc wszyst­kie mo­bi­li­za­cyj­ne i or­ga­ni­za­cyj­ne nie­do­cią­gnię­cia, a wie­czo­ra­mi i no­ca­mi zwie­dza­li­śmy cie­ka­we za­kąt­ki sta­ro­żyt­nej Na­rwy. W ma­łych, lecz schlud­nych, es­toń­skich gar­kuch­niach za­ja­da­li­śmy na świat cały sław­ne na­rw­skie wę­go­rze, po­pi­ja­jąc go­rzał­ką w fi­li­żan­kach do kawy, gdyż od pierw­sze­go dnia woj­ny w ca­łej Ro­sji obo­wią­zy­wa­ła su­ro­wa abs­ty­nen­cja.

Nasz pa­ro­ty­go­dnio­wy na­rw­ski po­stój nie za­zna­czył się żad­ny­mi bo­jo­wy­mi wy­czy­na­mi, je­śli nie li­czyć co­dzien­nych zwy­cięstw pew­ne­go wiel­kie­go księ­cia, bli­skie­go ku­zy­na cara, przy­dzie­lo­ne­go do na­sze­go szta­bu dla za­zna­jo­mie­nia się ze sztu­ką wo­jen­ną. W du­żym otwar­tym mer­ce­de­sie wiel­ki ksią­żę co noc wy­wo­ził z po­bo­jo­wi­ska paru skrom­nych noc­nych lo­ka­li za­wo­jo­wa­ne przez sie­bie mło­de i pięk­ne nie­wia­sty, oczy­wi­ście przy­jezd­ne z nie­da­le­kiej sto­li­cy, dziew­czę­co we­so­łe i do­szczęt­nie na­gie. Po­nie­waż od nas do wiel­kie­go księ­cia i jego bra­nek było da­lej niż do księ­ży­ca, ob­ser­wo­wa­li­śmy z dużą obo­jęt­no­ścią try­um­fy wiel­kok­sią­żę­ce­go orę­ża; wy­słu­chu­jąc je­dy­nie ubo­le­wań pod­le­głych nam ciu­rów, że by­ło­by le­piej, gdy­by owe nie­wia­sty były nie­co oszczęd­niej­sze i nie roz­rzu­ca­ły w prze­jeź­dzie wzdłuż ulic nie­zmier­nie cno­tli­we­go i kon­ser­wa­tyw­ne­go gro­du czę­ści swo­ich to­a­let i naj­in­tym­niej­szej gar­de­ro­by, któ­rą póź­niej po­li­cjan­ci zbie­ra­li na oczach zgor­szo­nych prze­chod­niów.

Ta­kie to wła­śnie były na­sze „pierw­sze boje”. Ler­mon­tow­skie schwat­ki bo­je­wy­je¹.POLSKA

Nasz na­rw­ski po­stój trwał parę ty­go­dni. W dru­giej po­ło­wie sierp­nia wy­ru­szy­li­śmy da­lej. Nikt z nas oczy­wi­ście prócz szta­bo­wej zwierzch­no­ści nie wie­dział do­kąd, lecz gdy mi­nę­li­śmy Ługę, Psków i Dźwińsk, nie­trud­no było się do­my­śleć, że je­dzie­my na któ­ryś od­ci­nek za­chod­nie­go fron­tu. Gdy nasz szta­bo­wy esze­lon sta­nął na dwor­cu w Wil­nie, do­zna­łem wzru­sze­nia daw­nych chło­pię­cych lat, kie­dy to po dłu­gich mie­sią­cach roku szkol­ne­go wra­ca­łem tędy do domu. Smut­no po­pa­trzy­łem na tor ko­le­jo­wy wy­krę­ca­ją­cy w lewo w górę w kie­run­ku Po­ru­ban­ka i ża­ło­śnie my­śla­łem, że oto je­stem o go­dzi­nę dro­gi do swo­ich w Ja­wo­ro­wie, i że ubez­wła­sno­wol­nio­ny mi­jam ich, ja­dąc na cu­dzą woj­nę, tyle samo z wła­snej chę­ci, co te hu­czą­ce po­cią­gi, śpie­szą­ce na Grod­no, Bia­ły­stok i da­lej, da­lej…

Po­nie­waż nig­dy przed­tem nie zda­rzy­ło mi się by­wać da­lej na za­chód niż Lan­dwa­rów, gdy za Grod­nem otwo­rzy­ły się wi­do­ki oko­lic od­mien­nych od na­szych pod­wi­leń­skich, inne i z cha­rak­te­ru to­po­gra­ficz­ne­go, i z tego nie­wy­ra­żal­ne­go „cze­goś”, co ra­czej się czu­je, niż ro­zu­mie, nie od­cho­dzi­łem od okna w ko­ry­ta­rzu, wchła­nia­jąc du­cha zie­mi nie­zna­nej mi a ser­decz­nie bli­skiej. Zwró­ci­ło to uwa­gę mo­je­go no­we­go i sym­pa­tycz­ne­go ko­le­gi, po­rucz­ni­ka gwar­dyj­skiej ar­ty­le­rii Mi­ro­wa. Mi­row chęt­nie roz­ma­wiał ze mną po pol­sku, mat­ka jego była pe­ters­bur­ską Po­lką. Z wy­glą­du i ma­nier było wi­docz­ne, że na­le­żał do do­bre­go to­wa­rzy­stwa sto­li­cy, był ła­twy i miły w ob­co­wa­niu, przy tym by­stry, a że wy­raź­nie gu­sto­wał w moim to­wa­rzy­stwie, więc czę­ściej i chęt­niej z nim prze­sta­wa­łem niż z in­ny­mi ko­le­ga­mi.

– Ale pan przy­warł do tego okna!… – rzu­cił we­so­ło w przej­ściu.

Bar­dziej uro­czy­ście, niż na­le­ża­ło od­po­wie­dzia­łem, że się za­chwy­cam no­wy­mi dla mnie wi­do­ka­mi mo­jej oj­czy­zny.

Mi­row, jak­by zdzi­wio­ny, za­trzy­mał się, rzu­cił okiem przez okno, uważ­nie mi się przyj­rzał i z tłu­mio­nym znie­cier­pli­wie­niem po­uczał:

– Pań­ską oj­czy­zną jest cała Ro­sja. I tu­taj jest ta sama Ro­sja. Cze­mu pan nie za­po­mni wresz­cie o tej oj­czyź­nie, któ­ra jest fik­cją, świec­kim do­dat­kiem do ka­to­lic­kiej mszy świę­tej, ro­man­tycz­nym kon­we­nan­sem bez re­al­ne­go po­kry­cia?

Naj­pierw za­sko­czo­ny, za chwi­lę obu­rzo­ny od­ru­cho­wo chcia­łem rąb­nąć fa­ce­ta w ucho, jed­nak się po­wścią­gną­łem; od­po­wie­dzia­łem zim­no i już po ro­syj­sku:

– Nie, pa­nie Mi­row. Nie za­po­mnia­łem i nie za­po­mnę z wie­lu przy­czyn, o któ­rych z pa­nem nie mam ocho­ty dys­ku­to­wać. Oprócz jed­nej: wczo­raj­sza ode­zwa wiel­kie­go księ­cia i na­czel­ne­go wo­dza ro­syj­skiej ar­mii do wszyst­kich Po­la­ków, i do mnie w ich licz­bie, przy­po­mnia­ła Ro­sja­nom, że moja oj­czy­zna nie jest fik­cją, ro­man­tycz­nym kon­we­nan­sem bez re­al­ne­go po­kry­cia. I nie mogę zro­zu­mieć, dla­cze­go ta ode­zwa nic nie mówi rów­nież panu, je­śli już nie z tego po­wo­du, że jest pan sy­nem Po­lki, to choć­by dla­te­go, że au­to­rem ma­ni­fe­stu uzna­ją­ce­go su­we­ren­ność Pol­ski jest na­czel­ny wódz ar­mii, któ­rej pan jest ofi­ce­rem.

– Tak, tak – od­po­wie­dział Mi­row. – Wszyst­ko to brzmi bar­dzo wznio­śle, ale wy­go­wa­ry­wa­jet­sia Oks­ford, a pi­szet­sia Kem­brydż, i za­pew­niam pana, że ro­syj­ski po­li­cjant, któ­ry z górą sto lat stał na uli­cach War­sza­wy, bę­dzie stał dru­gie sto lat na tym sa­mym miej­scu. Więc ja, Mi­row, współ­czu­ję wszyst­kim ro­man­ty­kom, któ­rzy pięk­ne fra­ze­sy bio­rą za rze­czy­wi­stość i chcie­li­by za­trzy­mać że­la­zne koło hi­sto­rii.

– Na szczę­ście nie po­trze­bu­ję uczyć się hi­sto­rii od po­rucz­ni­ków po­lo­wej ar­ty­le­rii… Na­wet pod pro­tek­cją ro­syj­skich po­li­cjan­tów na ro­gach ulic War­sza­wy – od­po­wie­dzia­łem zno­wu po ro­syj­sku i już wy­raź­nie ob­raź­li­wym to­nem.

– Pan mnie ob­ra­ża! – za­wo­łał.

Spra­wa opar­ła się o sze­fa szta­bu kor­pu­su, puł­kow­ni­ka Da­wy­do­wa, któ­re­go Mi­row pro­sił o po­zwo­le­nie wy­zwa­nia mnie na po­je­dy­nek.

– Po­rucz­ni­ku, czy jest pan szlach­ci­cem? – spy­tał Da­wy­dow po wy­słu­cha­niu spra­woz­da­nia Mi­ro­wa.

– Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku.

– Więc mo­że­my po­roz­ma­wiać o tym nie­przy­jem­nym wy­da­rze­niu nie służ­bo­wo na ra­zie i po szla­chec­ku, dla lep­sze­go wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia…

– Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku. Zga­dzam się naj­chęt­niej.

– Więc niech pan po­słu­cha, co ja o tym my­ślę. Gdy­by pan nie był po­rucz­ni­kiem Jego Ce­sar­skiej Mo­ści, to­bym wprost po­wie­dział, żeś pan po­stą­pił jak bę­cwał (osto­top). Prze­cież tego, że on jest Po­la­kiem i że przy­jeż­dża­my przez Pol­skę, nie wy­ru­bisz to­po­rom. Nie do­ko­na­ły tego sto kil­ka­dzie­siąt lat na­szych rzą­dów i po­li­ty­ka ru­sy­fi­ka­cyj­na, a pan tego do­ko­nasz? Krót­ko mó­wiąc, ja bar­dzo pana pro­szę, za­koń­czyć to głu­pie zaj­ście na­tych­miast i po szla­chec­ku. Czy zda­je pan so­bie spra­wę, jak­by wy­glą­dał wasz po­je­dy­nek? Pan by się bił za Ro­sję, a on za Pol­skę. Non­sens!

Roz­mo­wę tę po­wtó­rzył mi sło­wo po sło­wie sam Mi­row. Te­goż sa­me­go wie­czo­ru przy­szedł do mego prze­dzia­łu z teką pod pa­chą i pro­sił, bym za­po­mniał o tej „głu­piej hi­sto­rii”, któ­rą spro­wo­ko­wał. Eks­ku­zu­jąc się roz­wle­kle, wciąż po­pa­try­wał na tekę, jak­by spy­cha­jąc cię­żar kło­po­tli­we­go te­ma­tu na ja­kiś przed­miot w niej za­war­ty. Wresz­cie wy­pa­tro­szył z niej owi­nię­ty w bi­bu­łę kształt, wy­mia­ra­mi zbli­żo­ny do trzy­ca­lo­we­go po­ci­sku, pro­sząc, bym nie od­mó­wił mu sa­tys­fak­cji za­pi­cia jego nie­zręcz­no­ści szklan­ką do­bre­go mar­te­la.

Kie­dy na­za­jutrz za­mel­do­wa­łem się u sze­fa szta­bu, by mu w ja­kiś spo­sób wy­ra­zić uzna­nie, i opo­wie­dzia­łem, jak się rzecz skoń­czy­ła, Da­wy­dow za­uwa­żył su­cho i ze sztucz­ną su­ro­wo­ścią: – Do­brze, że pan mi opo­wia­da o tym ko­nia­ku pry­wat­nie i po­uf­nie. Bo po pierw­sze, abs­ty­nen­cja jest urzę­do­wo na­ka­za­na, a po dru­gie, cze­mu z tym trzy­ca­lo­wym szkłem nie przy­szli­ście do mnie… też pry­wat­nie?

Do Mi­ro­wa nie za­cho­wa­łem cie­nia żalu. Wie­dzia­łem już, że lu­dzie pod wpły­wem chwi­lo­we­go im­pul­su mó­wią czę­sto rze­czy, któ­re nie świad­czą ani o ich prze­ko­na­niach, ani o ich in­ten­cjach, ani o in­te­li­gen­cji czy głu­po­cie, po pro­stu nie świad­czą o ni­czym. Po­mi­mo to po­zo­stał we mnie ja­kiś cierń. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że in­cy­dent z sym­pa­tycz­nym pół­krwi Po­la­kiem obu­dził w moim ser­cu wię­cej wąt­pli­wo­ści niż kil­ku­na­sto­let­nie ob­co­wa­nie z Ro­sja­na­mi w ka­dec­kim kor­pu­sie i Pe­ters­bur­gu.

Póź­niej przez kil­ka dni była War­sza­wa, nie­zna­na mi do­tych­czas pol­ska sto­li­ca.

Po gra­ni­to­wych wspa­nia­ło­ściach Pe­ters­bur­ga wy­da­ła mi się smut­na i bied­na, jak­by sztucz­nie za­trzy­ma­na w roz­wo­ju pa­miąt­ka prze­szło­ści i dro­go­cen­na dla ser­ca zgu­ba, od­na­le­zio­na po la­tach w wie­lo­ple­mien­nym obo­zie im­pe­rium. Wzru­sza­ła i roz­cza­ro­wy­wa­ła jed­no­cze­śnie.

Wi­dok pra­wo­sław­ne­go so­bo­ru na pla­cu Sa­skim wprost mnie oszo­ło­mił. Wy­dał mi się nie tyl­ko gwał­tem na ar­ty­stycz­nej pro­por­cji ar­chi­tek­tu­ry mia­sta. Wznie­sie­nie tego domu nie­wąt­pli­wie Bo­że­go z in­ten­cją wca­le nie bo­ską, ja­kiejś sym­bo­licz­nej „czap­ki Mo­no­ma­cha”, uszy­tej na wy­rost w ide­olo­gicz­nej Ka­łu­dze czy in­nej Tule, któ­rą przy­kry­to pol­ską sto­li­cę dla nie­po­zna­ki, aby się wy­da­wa­ła ro­syj­skim gu­ber­nial­nym mia­stem, wy­wo­ły­wa­ło pro­test, już nie tyl­ko pol­ski, lecz ludz­ki, i wzbu­dza­ło po­gar­dę dla bez­myśl­no­ści w chu­li­gań­skim sty­lu.

Nie by­łem prze­cież pol­skim szo­wi­ni­stą. Po­dob­ny za­rzut uznał­bym za po­zba­wio­ny sen­su. Prze­ciw­nie, z prze­ko­na­nia i sen­ty­men­tu by­łem Po­la­kiem o wy­raź­nie pro­ro­syj­skiej orien­ta­cji, uzgod­nio­nej mo­ral­nie i po­li­tycz­nie z pro­pol­ską orien­ta­cją mo­ich przy­ja­ciół Ro­sjan.

Od­wie­dzi­łem na Pra­dze moją sio­strę Rut­kow­ską i jej miłą i ko­cha­ną gro­mad­kę. Spo­tka­łem się z przy­ja­ciół­mi z Pe­ters­bur­ga, z pa­nem Hen­ry­kiem Ten­nen­bau­mem, pa­nem Wie­wiór­skim, z Ka­zi­mie­rzem Ba­rań­skim, Ka­zi­mie­rzem May­zne­rem, Lu­cja­nem Alt­ber­giem, Bo­le­sła­wem Droz­do­wi­czem i kil­ko­ma in­ny­mi, już cał­ko­wi­cie ogar­nię­ty­mi go­rącz­ką wiel­kich wy­da­rzeń i jesz­cze więk­szych spo­dzie­wań, acz­kol­wiek w bar­dzo od­mien­nych orien­ta­cjach.

Ka­zi­mierz May­zner za­brał mnie do Alek­san­dra Świę­to­chow­skie­go, któ­ry od razu mnie roz­grze­szył. – Nie jest hań­bą – orzekł – no­sie ro­syj­ski mun­dur, gdy jest woj­na z Niem­ca­mi. – W go­dzi­nę po nas przy­szedł ktoś prze­my­ka­ją­cy się do bry­ga­dy Pił­sud­skie­go. Moc­no ar­gu­men­to­wał za „cen­tral­ną” orien­ta­cją i nie oglą­da­jąc się na mój „mo­skiew­ski” mun­dur, wa­lił jak z wer­n­dla² w ro­syj­ską po­tę­gę. Po­zo­sta­łem nie­prze­ko­na­ny, cho­ciaż bar­dzo prze­ję­ty pięk­nym pa­to­sem le­gio­ni­sty (był to ktoś znacz­ny, kogo jed­nak ani wów­czas, ani póź­niej nie uda­ło mi się zi­den­ty­fi­ko­wać). Ja bro­ni­łem swe­go „ak­ty­wi­zmu”, obie­cu­jąc z prze­ko­na­niem, że re­wo­lu­cja wszyst­ko od­mie­ni w sto­sun­kach pol­sko-ro­syj­skich. Na wy­rzu­ty strzel­ca o nie­do­sta­tecz­nym uświa­do­mie­niu na­ro­do­wym grzecz­nie się od­gry­złem, że nie od dziś je­stem uświa­da­mia­ny an­ty­ro­syj­sko i że wca­le nie zrusz­cze­nie, lecz moja re­wo­lu­cyj­ność jest po­wo­dem, że w obec­nej sy­tu­acji po­li­tycz­nej tak­tycz­nie po­zo­sta­ję na pro­ro­syj­skich po­zy­cjach.

Cho­ciaż nig­dy nie na­le­ża­łem sam do par­tii SDK­PiL, moje ów­cze­sne po­glą­dy były pod nie­wąt­pli­wym wpły­wem in­ter­na­cjo­na­li­zmu mo­ich bli­skich zna­jo­mych: Ko­mo­row­skie­go, Fa­bier­kie­wi­cza, Son­je Ja­błoń­skie­go (syna Sta­ni­sła­wa Pat­ka) i Ma­tu­szew­skie­go. Wpraw­dzie ich stra­cha­mi przed re­ak­cyj­no­ścią pol­skie­go in­te­gra­li­zmu zbyt­nio się nie przej­mo­wa­łem, by­łem prze­cież go­rą­cym prze­ciw­ni­kiem pol­skie­go, szla­chec­kie­go kon­ser­wa­ty­zmu.

Nie za­bra­kło mi w War­sza­wie rów­nież i kro­to­chwil­nych wąt­ków. Z ro­dzo­nym bra­tem Bro­ni­sła­wem, do­wód­cą jed­nej z sy­be­ryj­skich dy­wi­zji, chwi­lo­wo obec­nym w War­sza­wie, spo­tkać mi się nie zda­rzy­ło, przy­pad­ko­wo na­to­miast do­wie­dzia­łem się z nie­ma­łym zdzi­wie­niem i zgor­sze­niem, że to wła­śnie Bro­ni­sław któ­rejś nocy, wra­ca­jąc do sie­bie po do­brej ko­la­cji, omy­lił ho­te­lo­we pię­tro, wszedł do „swo­je­go” po­ko­ju i w ubra­niu rzu­cił się na łóż­ko, w któ­rym nie­win­nie spo­czy­wa­ła pani M., żona zie­mia­ni­na z Su­walsz­czy­zny. Z cze­go wy­ni­kła oczy­wi­ście wiel­ka i nie­przy­jem­na awan­tu­ra. Pani M. przy­wo­ła­ła hi­ste­rycz­nie służ­bę, zbiegł się cały per­so­nel, gro­zi­ła, że uda się oso­bi­ście do wiel­kie­go księ­cia ze skar­gą, że już mi­nę­ły cza­sy znę­ca­nia się nad Po­la­ka­mi… Bro­ni­sław wi­docz­nie nie­wie­le zro­zu­miał, gdyż na boku za­py­tał sze­fa re­cep­cji: „Wszyst­ko to bar­dzo wznio­śle i cno­tli­wie, ale dla­cze­go ta baba we­szła do mego łóż­ka?”.

Mimo mego rze­ko­me­go „zrusz­cze­nia” wła­śnie ów­cze­sna War­sza­wa zro­bi­ła na mnie wra­że­nie mia­sta nie­zbyt prze­ję­te­go mi­li­tar­ny­mi spra­wa­mi za­bor­cy, jak­by już zgod­nie z wiel­kok­sią­żę­cą ode­zwą do Po­la­ków te spra­wy sta­wa­ły się wspól­ny­mi. Po sa­lo­nach i ka­wiar­niach, po szyn­kach i han­del­kach z oży­wie­niem i życz­li­wie ko­men­to­wa­no aspek­ty woj­ny i nie tyle po­li­tycz­ny sens wiel­kok­sią­żę­ce­go ma­ni­fe­stu „zgo­dy”, ile aneg­do­tycz­ną cha­rak­te­ry­sty­kę for­mal­ne­go au­to­ra tego do­ku­men­tu. Groź­ny ol­brzym (2,05 m), bi­ją­cy po­noć po twa­rzy ge­ne­ra­łów i puł­kow­ni­ków, zbyt wie­lu za­chwy­cał. Po­pu­lar­ność jego, tak gór­no­lot­nie przy­po­mi­na­ją­ca Po­la­kom, że „jesz­cze nie za­rdze­wiał grun­waldz­ki miecz”, sze­rzy­ła się w po­spól­stwie, miesz­czań­stwie i czę­ścio­wo w ary­sto­kra­cji. Czu­ło się jed­nak, że ta po­pu­lar­ność sa­tra­py po­cho­dzi­ła nie tyle z du­cha tego mie­cza, ile ra­czej z mor­do­bij­nej aneg­do­ty. Nie do­ga­dza­ło to wszyst­ko mo­je­mu ra­dy­ka­li­zmo­wi i – jak mi się wów­czas wy­da­wa­ło – mo­jej pe­ters­bur­skiej wiel­ko­świa­to­wo­ści. Gdy się więc prze­ko­na­łem, że in­te­li­gen­cja w swo­jej zna­ko­mi­tej więk­szo­ści jest rów­nież obo­jęt­na dla fra­ze­olo­gii ob­ce­go het­ma­na i wschod­nich ja­skra­wo­ści jego oby­cza­jów, po­czu­łem się z pew­ną dumą wśród swo­ich i bli­skich. Oce­nia­li­śmy wła­ści­wą mia­rą pom­pa­tycz­ny ton tej ko­niunk­tu­ral­nej „gra­mo­ty”, któ­ra istot­nie mo­gła­by być hi­sto­rycz­na, gdy­by nie była po cy­gań­sku chy­tra, bo pod­pi­sa­na nie przez mo­nar­chę, lecz przez na­czel­ne­go wo­dza, któ­re­go obiet­ni­ce mo­nar­cha już na­za­jutrz może uznać za nie­obo­wią­zu­ją­ce.

* * *

Aż któ­rejś nocy znów ci­cha­czem wy­ru­szy­li­śmy w świat, tym ra­zem w kie­run­ku Dę­bli­na.

Puł­ki na­szych dy­wi­zji zo­sta­ły śpiesz­nie rzu­co­ne w lukę spo­wo­do­wa­ną prze­rwa­niem fron­tu na pol­skim od­cin­ku. Sy­tu­ację szyb­ko opa­no­wa­no i woj­ska na­sze­go kor­pu­su prze­rzu­co­no z Dę­bli­na nad Nidę. Sztab sta­nął kwa­te­ra­mi w Bu­sku.

Któ­re­goś li­sto­pa­do­we­go dnia we­zwał mnie puł­kow­nik Da­wy­dow i po­uf­nie za­ko­mu­ni­ko­wał, że wy­wiad usta­lił obec­ność po dru­giej stro­nie Nidy strze­lec­kich ba­ta­lio­nów pol­skich. Że z do­wódz­twa po­łu­dnio­wo-za­chod­nie­go fron­tu nad­szedł roz­kaz na­tych­mia­sto­we­go wie­sza­nia jeń­ców le­gio­ni­stów, oby­wa­te­li pań­stwa ro­syj­skie­go, lecz że roz­kaz ten już zo­stał od­wo­ła­ny przez na­czel­ne do­wódz­two. Da­wy­dow wy­mow­nie i ser­decz­nie uści­snął mi rękę.TRUP W LESIE

Po paru dniach wy­pa­dło mi zno­wu wy­brać się w te­ren. Od sa­me­go rana nie umia­łem so­bie wy­tłu­ma­czyć na­głej zmia­ny na­stro­ju, ja­kie­goś bez­przy­czy­no­we­go ni to przy­gnę­bie­nia, ni to roz­draż­nie­nia. Koń osio­dła­ny stał przed gan­kiem, już by­łem go­tów je­chać w dłu­gą dro­gę do Ło­nio­wej, ma­jąt­ku hra­bie­go Mosz­czyń­skie­go⁶, gdzie na­le­ża­ło sfi­na­li­zo­wać więk­szą trans­ak­cję zbo­żo­wą, a ja wbrew przy­zwy­cza­je­niu ma­ru­dzi­łem w kwa­te­rze, to szu­ka­łem rę­ka­wi­czek, za­tknię­tych za pas, to spraw­dza­łem już nie wiem po raz któ­ry broń, pie­nią­dze i pa­pie­ro­sy, i za­cho­wy­wa­łem się tak nie­zwy­czaj­nie, że or­dy­nans Jew­sie­jew, bar­dzo do mnie przy­wią­za­ny i jak na pe­ters­bur­skie­go ślu­sa­rza prze­czu­lo­ny, ra­dził mi wy­jazd odło­żyć. W rze­czy sa­mej, czu­łem się źle, co­raz go­rzej, jak­bym był cho­ry, cho­ciaż mój wzra­sta­ją­cy nie­po­kój nic z sa­mo­po­czu­ciem fi­zycz­nym nie miał do czy­nie­nia. Za­czy­na­łem też uświa­da­miać so­bie, że się coś dzie­je poza gra­ni­ca­mi co­dzien­ne­go po­rząd­ku rze­czy, że moje ner­wy re­agu­ją na ja­kąś ostrze­gaw­czą sy­gna­li­za­cję, któ­rej mój ro­zum nie jest w sta­nie od­szy­fro­wać.

Jak już wspo­mnia­łem, mia­łem je­chać do Ło­nio­wej, od­le­głej o dwa­dzie­ścia pięć ki­lo­me­trow od Sta­szo­wa, do któ­rej dro­ga pro­wa­dzi­ła przez Ra­dzi­wił­łow­skie lasy, głę­bo­kie i pu­ste na prze­strze­ni kil­ku ki­lo­me­trów. Sztab kor­pu­su przy­dzie­lił mi dwóch doń­skich Ko­za­ków dla bez­pie­czeń­stwa mo­jej oso­by i dla ochro­ny od moż­li­we­go ra­bun­ku znacz­nej kwo­ty pie­nięż­nej, któ­rą za­zwy­czaj ze sobą wo­zi­łem dla uprosz­cze­nia trans­ak­cji zbo­żo­wych. Prze­cięt­nie mie­wa­łem ze sobą oko­ło stu ty­się­cy ru­bli, suma na owe cza­sy przed de­wa­lu­acją po­kaź­na. Jed­nak do­tych­czas uni­ka­łem wy­jeż­dża­nia w te­ren w asy­ście mo­ich Ko­za­ków, ni to z bra­ku do nich za­ufa­nia, ni to by nie psuć so­bie ich obec­no­ścią wszyst­kich uro­ków sa­mot­no­ści. Więc i tego dnia wy­bra­łem się sa­mot­nie.

Dro­ga na lasy była mało jeż­dżo­na i pu­sta. W ci­szy zi­mo­we­go po­po­łu­dnia sta­ra­łem się roz­wi­kłać za­wi­ło­ści mo­ich na­stro­jów i nie­po­ko­jów, nad któ­ry­mi do­mi­no­wa­ła od­ra­za, mimo że po­sta­no­wi­łem ze­brać się do kupy, je­cha­łem roz­tar­gnio­ny nie­mal do gra­nic nie­obec­no­ści, a dro­ga, śnieg i sama jaz­da gi­nę­ły wśród po­strzę­pio­nych wąt­ków su­ge­stii czy złych prze­czuć. Ock­ną­łem się na ja­kieś trzy­sta me­trów od ścia­ny lasu po pro­stej jak strze­lił dro­dze, wbie­ga­ją­cej w bór po­sre­brzo­ną śnie­giem try­bą. Wpa­trzo­ny w jej da­le­ką per­spek­ty­wę, po­chwy­ci­łem na­raz w jed­nym mgnie­niu wzro­ku mi­gaw­ko­we smu­gi dwu cie­niów, szarp­nię­tych w po­przek sza­fi­ro­wej bie­li w głę­bi lasu. Nie od razu zro­zu­mia­łem, że to dwóch kon­nych prze­le­cia­ło dukt z pra­wa na lewo. Wła­ści­wie nie ko­ja­rzy­łem so­bie tego wi­dze­nia, któ­re uznał­bym ła­two za przy­wi­dze­nie, z na­si­le­niem mego zde­ner­wo­wa­nia. Czu­łem, że coś się we mnie wzbra­nia od wjaz­du w las, pa­ra­li­żu­je ner­wy rąk ścią­ga­ją­cych cu­gle, w płu­cach mię­dzy od­de­cha­mi sta­je alar­mu­ją­cą pust­ką. Ser­ce w skro­niach wy­stu­ki­wa­ło ja­kieś ostat­nie sy­gna­ły do­ma­ga­ją­ce się prze­ta­so­wa­nia na nowo ta­lii losu, w któ­rą ktoś pod­stęp­nie śmier­tel­ną czar­ną dzie­siąt­kę w są­siedz­two ka­ro­we­go wa­le­ta wsu­nął.

Nic nie ro­zu­mie­jąc, przed samą ścia­ną lasu zje­cha­łem z dro­gi.

Wą­ską ścież­ką ga­jo­wych, prze­pa­tru­ją­cych zło­dziei, prze­ga­lo­po­wa­łem brze­giem boru ze dwa ki­lo­me­try aż do na­stęp­nej wjaz­do­wej dro­gi w lasy i w cu­dow­ny spo­sób od­mie­nio­ny, wy­zwo­lo­ny ze wszyst­kich po­nu­ro­ści, lek­ki na du­chu po­grą­ży­łem się w zło­ta­wej prze­pa­ści oczu, któ­re mam ju­tro uj­rzeć. Nie śpie­sząc się, przy­je­cha­łem do Ło­nio­wej, gdy krót­ki dzień już się zma­gał z wcze­snym zi­mo­wym zmro­kiem.

Spo­tkał mnie pan Mosz­czyń­ski, dzie­dzic pięk­nej for­tu­ny i in­te­lek­tu­ali­sta, o któ­rym już coś sły­sza­łem od Psar­skich. Wkrót­ce się prze­ko­na­łem, że to spo­tka­nie na­le­ża­ło do naj­cie­kaw­szych w moim ży­ciu. Nie wie­dzia­łem, co wię­cej po­dzi­wiać w tym osiem­dzie­się­cio­kil­ku­let­nim fe­no­me­nie: ży­wość umy­słu i pa­mię­ci, uj­mu­ją­ce obej­ście, wie­dzę, ory­gi­nal­ność i traf­ność są­dów w spra­wach te­raź­niej­szych czy umie­jęt­ność nada­wa­nia spra­wom prze­szłym ko­lo­rów ży­cia, jak­by były współ­cze­sno­ścią. Sta­ry pan się roz­ga­dał, a ja słu­cha­łem go jak urze­czo­ny.

Póź­niej po­da­no ko­la­cję w wiel­kiej ja­dal­nej sali, w któ­rej wszyst­ko od­by­wa­ło się tak dziw­nie uro­czy­ście i ci­cho, jak­by szep­tem. Nie brzęk­nął ta­lerz, nie za­dzwo­ni­ło sre­bro ani za­gra­ły krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki, i na­wet na­sze przy­ci­szo­ne gło­sy zda­wa­ły się być bar­dziej po­dob­ne do my­śli niż zwy­kłej roz­mo­wy. Pan domu zda­wał się przy tym wy­raź­nie cie­szyć nie tyl­ko z mo­jej uwa­gi i po­jęt­no­ści, ale ta­koż wi­do­kiem pa­ła­szo­wa­nia prze­ze mnie do­sko­na­łej pie­cze­ni i ocho­czo­ści, z jaką raz w raz przy­chy­la­łem so­bie kie­lich z ta­kim bur­gun­dem, o ja­kie­go ist­nie­niu nie mia­łem do­tych­czas po­ję­cia.

Aż zro­bi­ło się póź­no i brą­zo­wa ko­lum­na pod ścia­ną roz­waż­nie i ci­cho wy­szep­ta­ła pół­noc.

Dzie­się­cio­mi­nu­to­wa roz­mo­wa z ad­mi­ni­stra­to­rem w spra­wie zbo­ża za­koń­czy­ła moją wi­zy­tę. By­łem wzru­szo­ny, że sta­ry pan wy­pro­wa­dza mnie aż na ga­nek, i nie zdzi­wi­łem się, że w pa­ła­co­wej sie­ni zdjął z sar­nie­go rogu dżo­kej­kę. Na dwo­rze gę­sta wpó­ło­dwilż zma­ga­ła się z mroź­ną wil­go­cią zie­mi i nie­ba. Było czar­no, a do Sta­szo­wa dwa­dzie­ścia kil­ka ki­lo­me­trów. Już mia­łem się po raz wtó­ry że­gnać, gdy przed ko­lum­na­mi gan­ku w ni­kłym bla­sku sta­jen­nych la­tar­ni spo­strze­głem dwa osio­dła­ne ko­nie, nie­cier­pli­wie prze­stę­pu­ją­ce z nogi na nogę.

– Od­pro­wa­dzę pana ka­wa­łek.

I tak jak stał, jak był ze mną w sa­lo­nie i ja­dal­ni, w sta­ro­świec­kim sur­du­cie tyl­ko, su­chy i po­tęż­nie sta­ry, lek­ko wsiadł w sio­dło z pod­sta­wio­nej gar­ści sta­jen­ne­go i nim się obej­rza­łem, zgi­nął przede mną w mro­ku nocy.

Zrów­na­li­śmy się za dwo­rem na sze­ro­kiej dro­dze, gdzie czar­ność była już nie­co przej­rzyst­sza. Su­cho brzęk­nę­ły o sie­bie w ciem­no­ści strze­mio­na, a nie­zmor­do­wa­ny sta­rzec znów opo­wia­dał o daw­nych dzie­jach, na­po­my­ka­jąc bar­dzo oględ­nie o swo­im kró­lew­skim przod­ku, rów­nie wi­tal­nym jak on, lecz jak­że du­cho­wo róż­nym. Od­wa­lił ze mną osiem ki­lo­me­trów dro­gi aż do lasu, a gdy od bo­rów po­cią­gnę­ło ści­szo­nym szu­mem, jak głę­bo­kim sen­nym od­de­chem nocy, i zim­niej­sze po­dmu­chy roz­wia­ły mgłę, że zro­bi­ło się wid­niej, wstrzy­mał ko­nia.

– Tu się roz­sta­nie­my. Miło mi było po­znać pana, a sta­re­mu sa­mot­ni­ko­wi spę­dzie parę go­dzin z mło­dzień­cem, któ­ry umie słu­chać…

Tym­cza­sem od­mie­ni­ła się sce­na nocy. Na prze­tar­tym nie­bie już wi­dać było dy­szel Wiel­kie­go Wozu, wska­zu­ją­cy pro­sto na Sta­szów. Je­cha­łem stę­pa, re­ka­pi­tu­lu­jąc wra­że­nia ze spo­tka­nia i kil­ku­go­dzin­ne­go ob­co­wa­nia z czło­wie­kiem o tak prze­dziw­nej ży­wot­no­ści umy­słu i spraw­no­ści fi­zycz­nej. Mimo woli my­śla­ło się o tym Au­gu­ście Moc­nym, aż tak moc­nym, że jego pra­pra­wnuk od­ma­chu­je zi­mo­wą pół­no­cą w po­ko­jo­wej sur­du­ci­nie dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów kon­no, by mło­de­mu go­ścio­wi, ma­ją­ce­mu skłon­ność do prze­sad­ne­go kwa­li­fi­ko­wa­nia swo­ich har­tów, nie wy­da­wa­ło się, że jest tak wiel­kim zu­chem.

Je­cha­łem wiel­kim la­sem. Od góry i od spodu dwie sza­ra­we smu­gi nie­ba i zie­mi pro­wa­dzi­ły ko­nia, stą­pa­ją­ce­go ostroż­nie po skrze­pach pod­mar­z­nię­tej gru­dy. Mu­sia­łem gdzieś bli­sko, może tuż obok, prze­jeż­dżać koło miej­sca zbrod­ni.

Na­za­jutrz rano nad­je­chał ze szta­bu esauł z czte­re­ma Ko­za­ka­mi, ka­zał skuć mo­ich doń­skich „straż­ni­ków” wza­jem­nie za ręce i pu­ściw­szy aresz­to­wa­nych przo­dem, od­je­chał z po­wro­tem. Nie­zwy­kle tra­gicz­ny był wi­dok tych lu­dzi, ma­sze­ru­ją­cych przo­dem przed pro­wa­dzo­ny­mi lu­zem ich koń­mi.

Na roz­pra­wie sądu po­lo­we­go wy­szło na jaw, że moi Ko­za­cy już od daw­na po­sta­no­wi­li za­po­lo­wać na mnie „na za­siad­kę”. Usku­tecz­nić to mie­li w Ra­dzi­wił­łow­skim le­sie, lecz im się to nie uda­ło, gdyż – jak ze­zna­li – jeho wy­so­ko­ro­di­je był chy­try. Na­wi­nę­ła się na­to­miast inna oka­zja, za­mor­do­wa­li i ob­ra­bo­wa­li prze­cho­dzą­ce­go Żyda z Opa­to­wa. Traf chciał, że ksią­żę­cy ga­jo­wy spod gę­ste­go ja­łow­co­we­go krza­ku przy­glą­dał się z prze­ra­że­niem tej po­nu­rej sce­nie. Mor­der­ców znał oso­bi­ście ze spo­tkań w Sta­szo­wie, więc śledz­two nie na­tra­fi­ło na trud­no­ści. Po­mi­mo na­iw­ne­go i szcze­re­go przy­zna­nia się do winy sąd ska­zał obu mor­der­ców we­dług su­ro­we­go pra­wa wo­jen­ne­go.

Mia­łem się cie­szyć z oca­le­nia? Nie­wąt­pli­wie cie­szy­łem się, choć było mi żal i tego, kto swo­im ży­ciem opła­cił za mnie krwa­wy ra­chu­nek ciem­nym mo­com, i tych nie bar­dzo zo­rien­to­wa­nych w za­wi­ło­ściach pra­wa pro­sta­ków, któ­rych jed­no pra­wo za­chę­ca­ło do za­bi­ja­nia lu­dzi za rze­ką na po­zy­cjach, a dru­gie ka­ra­ło naj­su­ro­wiej za to samo w le­sie. Za­ko­pa­no ich w ob­cej nie­po­świę­co­nej zie­mi. Na proś­bę do­wód­cy ich sot­ni nad Don po­sła­no za­wia­do­mie­nie: Po­gi­bli w boju.
mniej..

BESTSELLERY