Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Podróż - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
18 maja 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
34,99

Podróż - ebook

BESTSELLEROWA AUTORKA PONADCZASOWYCH POWIEŚCI

Dla świata są małżeństwem jak z bajki.

Dramat rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami.

Nagradzana prezenterka telewizyjna Maddy od lat próbuje usprawiedliwiać wybuchy zazdrości i nadmierną kontrolę ze strony zaborczego męża. Nie ma siniaków na ciele, ale ślady, które nosi w psychice, są równie bolesne – musi radzić sobie ze strachem, upokorzeniem i izolacją. Nikt nie pomyślałby, że kobieta, którą podziwia cały kraj, żyje w ciągłym lęku i napięciu.

Uzdrowienie Maddy zaczyna się, gdy dołącza do Komisji Pierwszej Damy ds. Przemocy Wobec Kobiet i w historiach ofiar dostrzega siebie. Tam poznaje Billa, który błaga ją, by przejrzała na oczy i pozwoliła sobie pomóc.

Gdy kobieta próbuje krok po kroku odzyskać siebie, powraca zapomniana osoba z jej przeszłości, a druzgocąca tragedia uświadamia Maddy, jak wiele jej odebrano. W obliczu trudnego wyboru kobieta odnajduje w sobie siłę, o jaką się nie podejrzewała. Czy zdoła odbudować siebie po traumatycznych wydarzeniach?

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-8693-1
Rozmiar pliku: 807 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Podróż jest długa. Nie żałuję tego. Czasami jest mroczna, najeżona przeszkodami. Kiedy indziej radosna, przesycona słonecznym blaskiem. Częściej bywa trudna niż łatwa.

Od samego początku moja droga pełna była niebezpieczeństw: leśne gęstwiny, górskie szczyty, budzące grozę ciemności. Ale poprzez to wszystko, nawet we mgle, przebijał świetlny punkcik, maleńka gwiazdka, która mnie prowadziła.

Jestem zarazem mądra i głupia. Byłam kochana i zdradzana, i porzucana. I ku mojej rozpaczy sama mimo woli raniłam innych, i pokornie proszę ich o wybaczenie. Przebaczam tym, którzy mnie zranili, i modlę się, by zostało mi wybaczone, że pozwoliłam im się zranić. Kochałam, oddając się całym sercem i duszą. I nawet boleśnie zraniona, podążałam dalej wytrwale swoją ścieżką, z przekonaniem, nadzieją i niemal ślepą wiarą, ku miłości i wolności. Podróż trwa, teraz łatwiejsza niż dawniej. Jeśli jesteście wciąż jeszcze zagubieni w mroku, oby wasi towarzysze podróży byli dla was dobrzy. Obyście znaleźli przyjazne niebiosa, kiedy za nimi tęsknicie, i prześwit w leśnej gęstwinie. Obyście znaleźli chłodne wody, które ugaszą wasze pragnienie i obmyją wasze rany. I obyście pewnego dnia zostali uzdrowieni.

Kiedy się spotkamy, połączymy nasze dłonie i poznamy się nawzajem. Tam, w oddali, czeka na nas światło. Musimy, każdy własną drogą, iść naprzód, dopóki go nie odnajdziemy. Potrzebna jest do tego determinacja, siła i odwaga, cierpliwość i wdzięczność. A oprócz tego wszystkiego – mądrość. Na końcu podróży odnajdziemy siebie samych, odnajdziemy pokój i miłość, o jakiej dotąd tylko marzyliśmy.

Niech Bóg prowadzi was w podróży.ROZDZIAŁ 1

Długa czarna limuzyna podjechała wolno i zatrzymała się w kolejce takich samych samochodów. Był ciepły wczesnoczerwcowy wieczór. Dwóch marines wystąpiło równym krokiem naprzód, gdy Madeleine Hunter z wdziękiem wyłoniła się z wnętrza samochodu przed wschodnim wejściem do Białego Domu. Jasno oświetlona flaga trzepotała lekko, poruszana letnim wietrzykiem. Madeleine uśmiechnęła się do jednego z salutujących żołnierzy. Była wysoka i wiotka, w białej wieczorowej sukni, opadającej z ramienia w eleganckich fałdach. Ciemne włosy, upięte w staranny francuski kok, uwydatniały smukłość szyi i doskonałą linię nagiego ramienia.

Jej cera miała kremowy odcień, oczy lśniły błękitem. W srebrzystych sandałkach na wysokich obcasach poruszała się z niezwykłą gracją. Słysząc trzask migawki, uśmiechnęła się i odwróciła głowę: fotograf zrobił zdjęcie, a potem następne, gdy z samochodu wyszedł jej mąż i zajął miejsce u boku żony.

Jack Hunter był potężnie zbudowanym czterdziestopięcioletnim mężczyzną. Swoje pierwsze duże pieniądze zarobił jako zawodowy futbolista. Zainwestował je umiejętnie i z czasem kupił radiostację, potem kanał telewizyjny… Zanim skończył czterdziestkę, był już właścicielem jednej z największych sieci telewizji kablowej. Jack Hunter miał rękę do interesów. I był znakomitym biznesmenem.

Fotograf pstryknął im jeszcze jedno zdjęcie, po czym państwo Hunterowie szybko zniknęli w Białym Domu. Tworzyli efektowną parę, i to od siedmiu lat. Trzydziestoczteroletnia Madeleine miała dwadzieścia pięć lat, gdy przyszły mąż odkrył ją w Knoxville. Jej przeciągła wymowa dawno już zanikła, tak jak i jego. Jack pochodził z Dallas i mówił w sposób apodyktyczny, który z miejsca przekonywał słuchacza, że dobrze wie, o co mu chodzi. Jego ciemne oczy lustrowały każdy kąt pokoju, a choć sprawiał wrażenie, że skoncentrowany jest wyłącznie na rozmówcy, mógł słuchać równocześnie kilku innych toczących się obok konwersacji. Ludzie mówili, że jego oczy zdawały się czasem przewiercać człowieka na wylot, a kiedy indziej pieścić. Było w nim coś władczego, niemal hipnotycznego. Wystarczyło spojrzeć na niego – w nienagannym wieczorowym smokingu i starannie dobranej koszuli, z gładko przyczesanymi ciemnymi włosami – by mieć ochotę go poznać i przebywać obok niego. Tak samo podziałał na Madeleine, kiedy się spotkali.

Była wtedy zwykłą dziewczyną z Knoxville. Mówiła przeciągle, jak wszyscy z Tennessee. Do Knoxville przyjechała z Chattanooga. Pracowała w lokalnej telewizji jako recepcjonistka, dopóki strajk nie zmusił jej do spróbowania sił przed kamerą – najpierw w prognozie pogody, potem w wiadomościach. Była nieobyta i nieśmiała, ale tak piękna, że widzowie, patrząc na nią, siedzieli jak zahipnotyzowani. Bardziej efektowna niż modelka czy gwiazda filmowa, sposobem bycia przypominała zwykłą dziewczynę z sąsiedztwa, a ludzie to uwielbiali. I potrafiła zawsze trafić w sedno sprawy.

Jack był oszołomiony, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Jej oczy i słowa paliły ogniem.

– Co ty tu robisz, moja piękna? Założę się, że łamiesz serca chłopakom – zażartował.

Wyglądała najwyżej na dwadzieścia lat.

– Skądże znowu. – Zaśmiała się.

Jack negocjował wtedy cenę ich stacji i w dwa miesiące później ją kupił. Natychmiast przeniósł Madeleine na stanowisko prezenterki i wysłał do Nowego Jorku, by nauczyła się, po pierwsze, wszystkiego, co trzeba, o pracy w wiadomościach, a po drugie, malować się i czesać. Kiedy znowu zobaczył ją na ekranie, efekt był zdumiewający. W ciągu kilku miesięcy jej kariera ruszyła z kopyta. To Jack pomógł jej wydobyć się z koszmaru, w jakim żyła. Mąż znęcał się nad nią na wszelkie możliwe sposoby. Wyszła za niego jako siedemnastolatka. Jej doświadczenia jako żony nie różniły się specjalnie od tego, czego była świadkiem od dziecka w domu rodziców w Chattanooga. Z Bobbym Joe, jej szkolną miłością, byli małżeństwem już od ośmiu lat, gdy Jack Hunter kupił telewizję kablową w Waszyngtonie i złożył jej propozycję nie do odrzucenia. Chciał ją zatrudnić jako prezenterkę wiadomości nadawanych w czasie największej oglądalności i obiecał, że jeśli się zgodzi, pomoże jej uporządkować życie i pokryje najważniejsze koszty.

Osobiście przyjechał do Knoxville limuzyną. Madeleine czekała na niego na dworcu autobusowym Greyhound z jedną niewielką torbą podróżną w ręce i przerażeniem w oczach. W milczeniu wsiadła do samochodu i pojechali razem do Waszyngtonu. Dopiero po kilku miesiącach Bobby Joe zdołał ustalić, gdzie jest jego żona. Do tej pory zdążyła wystąpić o rozwód, naturalnie z pomocą Jacka, a po roku się pobrali. Od siedmiu lat była panią Hunter, a Bobby Joe i wszystko, co z nią robił, stało się czymś w rodzaju mglistego wspomnienia złego snu.

Była teraz gwiazdą. Wiodła życie jak z baśni. Znano ją, szanowano i wielbiono w całym kraju, a Jack traktował ją jak księżniczkę. Kiedy wchodzili pod rękę do Białego Domu, wyglądała na odprężoną i szczęśliwą. Madeleine Hunter nie wiedziała, co to kłopoty. Była teraz żoną ważnego, wpływowego człowieka, który ją kochał, z czego ona świetnie zdawała sobie sprawę. Wierzyła, że nigdy więcej nic złego się jej nie stanie. Jack na to nie pozwoli. Jest bezpieczna.

W Sali Wschodniej prezydent i Pierwsza Dama uścisnęli im dłonie, a prezydent powiedział ściszonym głosem do Jacka, że chciałby później zamienić z nim prywatnie parę słów. Jack skinął głową i się uśmiechnął. Madeleine rozmawiała tymczasem z Pierwszą Damą. Dobrze się znały. Maddy parokrotnie gościła ją przed kamerą, a Hunterowie bywali zapraszani do Białego Domu.

Kiedy wkraczali pod rękę do sali, zwracały się ku nim wszystkie spojrzenia, ludzie się do nich uśmiechali i kłaniali. Wszyscy rozpoznawali Madeleine. Daleko, daleko za nią zostało Knoxville… Nie wiedziała, gdzie jest Bobby Joe, i nie dbała o to. Życie z nim wydawało jej się teraz zupełnie nierealne. To była jej rzeczywistość: ten świat ludzi znanych i wpływowych. A ona była gwiazdą pośród nich.

Wmieszali się w tłum gości. Ambasador Francji zaczął przyjacielską pogawędkę z Madeleine i przedstawił ją swojej żonie, a Jack odszedł, by porozmawiać z jednym z senatorów, przewodniczącym komisji do spraw etyki. Była pewna sprawa, którą chciał z nim omówić. Madeleine widziała ich kątem oka, gdy podszedł do niej ambasador Brazylii w towarzystwie atrakcyjnej kongresmenki ze stanu Missisipi.

Wieczór, jak zawsze, był interesujący. Jej sąsiadami przy stole okazali się senator z Illinois i kongresmen z Kalifornii. Obu znała już wcześniej. Przez cały wieczór rywalizowali o jej uwagę. Jack siedział pomiędzy Pierwszą Damą a Barbarą Walters. Dopiero późnym wieczorem udało mu się znowu dołączyć do żony i poszli powoli w kierunku parkietu.

– Jak było? – spytał od niechcenia podczas tańca, obserwując równocześnie grających na keyboardach muzyków.

Jack rzadko spuszczał z oczu ludzi wokół siebie i zwykle miał listę tych, których chciałby zobaczyć, poznać i z którymi planował pogadać towarzysko czy o interesach. Sporadycznie, jeśli w ogóle, zdarzało mu się przegapić po temu okazję, a idąc na przyjęcie, zawsze miał w głowie plan tego, co zamierzał robić. Spędził parę minut na cichej rozmowie z prezydentem Armstrongiem i został przez niego zaproszony na najbliższy weekend do Camp David na lunch, gdzie mieli kontynuować temat. Ale teraz Jack zajmował się żoną.

– Jak tam senator Smith? Co miał ciekawego do powiedzenia?

– Jak zwykle. Rozmawialiśmy o projekcie nowego systemu podatkowego. – Uśmiechnęła się do swojego przystojnego męża.

Była teraz kobietą światową i dystyngowaną. I była, jak lubił mówić Jack, od początku do końca jego tworem. To, że zaszła tak daleko, że cieszyła się w jego sieci taką pozycją – było jego zasługą… Uwielbiał droczyć się z nią o to.

– To brzmi niezwykle seksownie – rzekł, mając na myśli ustawę podatkową. Republikanie walczyli o nią jak lwy, ale Jack był zdania, że demokraci zwyciężą. Zwłaszcza jeśli będą mieli za sobą prezydenta, a tego był pewien.

– A kongresmen Wooley?

– Och, jest taki miły. – Uśmiechnęła się znowu do męża. Było coś w jego wyglądzie, jakaś charyzma, aura, i to wciąż na nią działało. – Opowiadał o swoim psie i o prawnukach. Zawsze o nich opowiada… – Lubiła to w Wooleyu. Podobało jej się również, że miał bzika na punkcie kobiety, z którą był żonaty niemal od sześćdziesięciu lat.

– Dziwne, że wciąż jeszcze go wybierają – powiedział Jack, gdy skończono grać.

– Myślę, że wszyscy za nim przepadają…

Maddy się poszczęściło, ale nadal miała dobre serce „dziewczyny z sąsiedztwa” z Chattanooga. Nigdy nie zapomniała, skąd pochodzi, i była w niej pewna doza naiwności. Za to Jack miał cięty język. Mężczyzna czasami bywał szorstki, wręcz agresywny. Lubiła opowiadać ludziom o ich dzieciach. Wspólnych nie mieli, ale Jack był ojcem dwóch synów. Uczyli się teraz w college’u w Teksasie, więc widywała ich rzadko, ale bardzo ją lubili. Ich matka niewiele dobrego miała do powiedzenia o Maddy czy o ich ojcu, pomimo sukcesu, jaki odniósł. Byli rozwiedzeni od piętnastu lat. Kiedy o nim mówiła, najczęściej używała określenia „bezwzględny”.

– No to co, mówimy dobranoc? – Jack jeszcze raz omiótł spojrzeniem salę. Uznał, że porozmawiał już ze wszystkimi, z którymi należało porozmawiać, a przyjęcie ma się ku końcowi. Prezydent i Pierwsza Dama już wyszli, goście mogli więc zrobić to samo. Nie było powodu zostawać dłużej. Maddy również to odpowiadało: jutro wczesnym rankiem musiała być w studiu.

Dyskretnie opuścili przyjęcie. Kierowca czekał na nich przy wyjściu. Maddy wygodnie rozsiadła się w limuzynie u boku męża. Długą drogę przeszła od starej furgonetki Bobby’ego Joe, imprez w miejscowym barze i odwiedzin u przyjaciół w przyczepach kempingowych… Czasami trudno jej było uwierzyć, że dawna i obecna Maddy to jedna i ta sama osoba. Tyle się zmieniło! Żyła teraz w świecie prezydentów, królów i królowych, polityków, książąt i rekinów biznesu, takich jak jej mąż.

– O czym mówiliście z prezydentem? – spytała, tłumiąc ziewnięcie. Wyglądała równie pięknie i nieskazitelnie, jak na początku wieczoru. Była atutem męża w znacznie większym stopniu, niż zdawała sobie z tego sprawę… Widziano w nim teraz raczej męża Madeleine Hunter niż człowieka, który ją odkrył. Jeśli o tym wiedział, nigdy się z tym przed nią nie zdradził.

– O czymś bardzo interesującym – odparł Jack mgliście. – Powiem ci, jak tylko będę mógł.

– To znaczy kiedy? – Zainteresowanie Maddy gwałtownie wzrosło. Była nie tylko jego żoną, teraz była też profesjonalną dziennikarką telewizyjną. Lubiła swoją robotę, ludzi, z którymi pracowała, studio wiadomości… Miała wrażenie, że trzyma rękę na pulsie narodu.

– Jeszcze nie wiem. W sobotę jem z nim lunch w Camp David.

– O, to musi być ważne. – Wszystko, co miało związek z prezydentem, mogło okazać się superważne.

Krótki odcinek, jaki dzielił ich od R Street, przejechali, rozmawiając o przyjęciu. Jack spytał, czy widziała Billa Alexandra.

– Tylko z daleka. Nie wiedziałam, że już wrócił do Waszyngtonu…

Ambasador Alexander od sześciu miesięcy trzymał się na uboczu. W zeszłym roku jego żona zginęła w Kolumbii. Madeleine pamiętała aż za dobrze tę straszną historię. Kobieta została porwana przez terrorystów, a jej mąż sam prowadził negocjacje z porywaczami – najwyraźniej nieumiejętnie. Gdy okup został zabrany, terroryści wpadli w panikę i zabili zakładniczkę. Wkrótce potem ambasador zrezygnował ze stanowiska.

– To idiota – powiedział Jack bez cienia współczucia.

Absolutnie nie powinien był negocjować sam. Pierwszy lepszy mógł przewidzieć, co się stanie.

– Nie sądzę, żeby się tego spodziewał – stwierdziła cicho Madeleine, patrząc w okno.

Za chwilę byli już w domu, a Jack zdejmował krawat, gdy wchodzili po schodach na górę.

– Jutro muszę być wcześnie w pracy – oznajmiła w sypialni.

Rozpiął koszulę, a ona wyśliznęła się z sukni. Stała przed nim tylko w rajstopach i srebrzystych sandałkach na wysokich obcasach. Miała piękne ciało i nie zdarzyło się, żeby tego nie docenił – podobnie jak jej pierwszy mąż, chociaż obaj krańcowo się różnili. Pierwszy – brutalny, szorstki, obojętny na jej uczucia i okrzyki bólu, drugi – łagodny i ostrożny. Bobby Joe kiedyś złamał jej rękę, kiedy indziej nogę, spychając ją ze schodów. Był wściekle zazdrosny o Jacka, choć przysięgła mu, że między nią a Jackiem nic nie ma, i rzeczywiście na początku był tylko jej pracodawcą i znajomym. Cała reszta przyszła potem, gdy przeniosła się z Knoxville do Waszyngtonu, by pracować w jego sieci. Po miesiącu zostali kochankami, ale była już wtedy w trakcie rozwodu.

– Czemu musisz iść tak wcześnie? – rzucił Jack przez ramię, znikając w czarnej marmurowej łazience.

Kupili ten dom pięć lat temu od bogatego arabskiego dyplomaty. Na dole była sala gimnastyczna z pełnym wyposażeniem, basen i piękne salony, w których Jack lubił urządzać przyjęcia dla przyjaciół. Wszystkie sześć łazienek wyłożono marmurem. Dom miał też cztery sypialnie, gabinet i trzy pokoje dla gości. Zamiana któregoś z pokoi gościnnych na dziecinny nie była przewidziana. Jack od samego początku stawiał sprawę bardzo jasno: nie chciał dzieci. Niespecjalnie cieszył się synami w ich niemowlęctwie i nie zamierzał przeżywać tego znowu. Prawdę mówiąc, absolutnie sobie tego nie życzył. Po krótkim okresie tęsknoty za dzieckiem, którego nigdy nie miała, na życzenie Jacka Maddy dała sobie podwiązać jajowody. Uważała, że w pewnym sensie to nawet lepiej: w czasie pożycia z Bobbym Joe zaliczyła sześć skrobanek, więc nie miała pewności, czy dziecko z kolejnej ciąży byłoby normalne. Łatwiej było podporządkować się życzeniom Jacka i nie wyzywać losu. Tyle jej dał, tyle dla niej jeszcze pragnął! Mogła zaakceptować jego punkt widzenia

dziecko byłoby przeszkodą w jej karierze, zniszczyłoby ją. Zdarzały się jednak chwile, kiedy żałowała swojej nieodwracalnej decyzji. Wiele kobiet w jej wieku rodziło nadal dzieci, a ona miała Jacka – i nikogo więcej. Czy nie będzie żałować jeszcze bardziej, kiedy się zestarzeje bez własnych dzieci i wnuków? Ale mimo wszystko była to niewygórowana cena za życie, jakie wiodła u boku Jacka Huntera. I było to takie ważne dla niego. Obstawał przy tym bardzo zdecydowanie.

Spotkali się znowu w wielkim wygodnym łóżku. Jack przyciągnął ją do siebie. Przytuliła się do niego i położyła mu głowę na ramieniu. Często leżeli tak przez chwilę przed zaśnięciem, rozmawiając o tym, co się zdarzyło w ciągu dnia, o miejscach, w których byli, o ludziach, z którymi się widzieli, przyjęciach, w których uczestniczyli. Tak było i teraz. Maddy próbowała zgadnąć, o co chodziło prezydentowi.

– Powiedziałem ci, dowiesz się, kiedy przyjdzie pora. Przestań zgadywać.

– Te sekrety doprowadzają mnie do szaleństwa – odparła, chichocząc.

– Ty doprowadzasz mnie do szaleństwa – szepnął, odwracając ją łagodnie ku sobie. Przez jedwabną nocną koszulę czuł atłas jej ciała. Nigdy nie miał jej dość, w łóżku czy poza nim, i przyjemnie było wiedzieć, że należy do niego ciałem i duszą, nie tylko w pracy, ale i w sypialni. Jego apetyt był nienasycony; czasami miała wrażenie, że chce ją pożreć. Wszystko w niej uwielbiał, znał ją na wylot, lubił wiedzieć, gdzie jest, co robi… Mógłby dużo mówić o tym, ale w tej chwili myślał tylko o jej ciele. Zagarnął ją gwałtownie ramionami. Jęknęła. Nigdy nie sprzeciwiała się, gdy miał na nią ochotę, bez względu na to, w jaki sposób to robił i jak często. Świadomość, że tak jej pragnie, że wciąż tak go podnieca, była wspaniała. To było tak odmienne od tego z Bobbym Joe. Bobby chciał jej po prostu używać, i to wszystko. Jacka ekscytowała uroda i władza. To, że stworzył Maddy, napełniało go poczuciem mocy, posiadanie jej w łóżku doprowadzało go niemal do utraty zmysłów.ROZDZIAŁ 2

Jak zwykle Maddy wstała o szóstej i wśliznęła się po cichu do łazienki. Wzięła prysznic i ubrała się; uczesanie i makijaż zrobią jej jak zawsze w studiu. Kiedy o siódmej trzydzieści Jack zszedł do kuchni, świeżo ogolony, w ciemnoszarym garniturze i wykrochmalonej białej koszuli, piła kawę, przeglądając poranną prasę. Miała na sobie granatowy żakiet i spodnie.

Podniosła głowę, gdy wszedł, i podzieliła się z nim wiadomością o najnowszym skandalu: jednego z kongresmenów aresztowano poprzedniego wieczoru pod zarzutem zadawania się z prostytutką.

– Myślałby kto, że sami są lepsi. – Podała mu „Post” i sięgnęła po „Wall Street Journal”. Lubiła przejrzeć gazety, zanim znajdzie się w studiu. Zwykle w drodze do pracy czytała „New York Timesa”, a jeśli starczyło czasu, to również „Herald Tribune”.

Wyszli razem o ósmej. Jack spytał, czy przygotowuje jakiś temat, skoro idzie do pracy tak wcześnie. Zdarzało się, że nie wychodziła przed dziesiątą. Zwykle opracowywała teksty wiadomości w ciągu dnia, a wywiady nagrywała podczas lunchu. Na wizję wchodziła dopiero o piątej, a potem ponownie o siódmej trzydzieści. O ósmej kończyła pracę i, jeśli gdzieś wychodzili, przebierała się w swojej garderobie. Mieli przed sobą długi dzień pracy, ale oboje to lubili.

– Greg i ja przygotowujemy serię wywiadów z kobietami politykami. Musimy ustalić, co kto robi i kiedy.

Greg Morris, młody czarnoskóry dziennikarz telewizyjny z Nowego Jorku, był jej współprezenterem. Pracowali razem od dwóch lat i bardzo się lubili.

– Nie wydaje ci się, że mogłabyś to zrobić sama? Po co ci Greg do pomocy?

– Męski punkt widzenia, to bywa interesujące – odparła chłodno. Miała swoją własną wizję programu, często oczywiście zupełnie inną niż mąż, i zdarzało się, że nie zamierzała mówić mu zbyt wiele o tym, co robi. Nie chciała, żeby się wtrącał. Niełatwo czasem być żoną szefa sieci.

– Czy Phyllis Armstrong rozmawiała z tobą wczoraj o twoim udziale w komisji do spraw przemocy wobec kobiet? – spytał Jack.

Maddy pokręciła głową. Słyszała, że Pierwsza Dama tworzy taką komisję.

– Nie.

– Wobec tego niedługo porozmawia. Powiedziałem jej, że na pewno chętnie byś się tego podjęła.

– Jeśli będę miała czas. Zależy, jak bardzo trzeba by się w to zaangażować…

– Powiedziałem jej już, że się zgadzasz – oświadczył Jack zdecydowanie. – To dobrze wpłynie na twój wizerunek.

Przez chwilę w milczeniu wyglądała przez okno samochodu. Prowadził kierowca Jacka. Pracował u niego od lat i oboje mieli do niego całkowite zaufanie.

– Wolałabym sama zdecydować – rzekła spokojnie. – Dlaczego powiedziałeś, że się zgadzam?

Zupełnie jakby była małym dzieckiem. Choć starszy od niej zaledwie o jedenaście lat, traktował ją czasami, jakby był jej ojcem, nie mężem.

– Powiedziałem ci już, że to będzie dobre dla ciebie. Potraktuj to jako służbową decyzję szefa sieci. – Jak tyle innych. Nie znosiła, kiedy to robił, dobrze o tym wiedział. – A zresztą powiedziałaś przecież, że to by ci się podobało.

– Pod warunkiem że będę miała czas. Pozwól mi zdecydować.

Tymczasem zdążyli dojechać na miejsce. Charles już otwierał drzwiczki. Nie było jak ciągnąć tej rozmowy. Nie wyglądało zresztą na to, by Jack chciał ją kontynuować. Najwyraźniej podjął już decyzję w tej sprawie. Pocałował ją szybko na pożegnanie i zniknął we wnętrzu swojej prywatnej windy.

Maddy przeszła przez urządzenie do wykrywania metalu i windą wjechała do studia wiadomości. Miała tam własne biuro w oszklonym boksie, sekretarkę i asystenta do zbierania materiałów. Tuż obok mieściło się nieco mniejsze biuro Grega Morrisa. Widząc, jak wchodzi szybkim krokiem do siebie, pomachał jej na powitanie ręką. W minutę później wszedł z kubkiem kawy w dłoni.

– Dzień dobry… jeśli dobry? – Spojrzał na nią uważnie.

Ktoś, kto nie znał jej tak jak on, pewnie nic by nie zauważył, ale najwyraźniej gotowało się w niej. Maddy starała się nie okazywać złości. W jej poprzednim życiu złość oznaczała niebezpieczeństwo i nigdy o tym nie zapominała.

– Mój mąż podjął właśnie decyzję służbową. – Spojrzała na Grega z nietajoną irytacją. Był dla niej jak brat.

– Och, och! Czyżbym został wylany? – zażartował. Jego pozycja była niemal tak mocna jak jej, ale z Jackiem człowiek nigdy nie mógł być do końca pewny. Zdarzało się, że podejmował nagłe, z pozoru irracjonalne, ale niepodważalne decyzje. No, ale jego chyba lubił.

– Nic tak dramatycznego. – Maddy szybko się opanowała. – Powiedział Pierwszej Damie, że zgadzam się być członkiem jej nowej komisji do spraw przemocy wobec kobiet, nawet nie pytając mnie o zdanie.

– Myślałem, że lubisz takie rzeczy. – Greg rozparł się na krześle naprzeciw jej biurka. Maddy usiadła sztywno.

– Nie o to chodzi, Greg. Po prostu lubię, kiedy się mnie pytają o zdanie. Jestem dorosła.

– Pewnie pomyślał, że i tak się zgodzisz. Wiesz, jacy są mężczyźni. Nie bawią się w analizowanie szczegółów, tylko od razu przechodzą do rzeczy.

– Ale przecież dobrze wie, jak tego nie lubię.

Oboje wiedzieli jednak, że Jack mnóstwo decyzji podejmuje za nią. Zawsze tak było. Twierdził, że wie, co jej odpowiada.

– Przykro mi, że muszę ci to zakomunikować, ale właśnie dowiedziałem się o innej „decyzji służbowej”. Musiał ją podjąć wczoraj. Wiadomość spłynęła z Olimpu na moment przed twoim przyjściem. – Greg nie wyglądał na uszczęśliwionego.

Był przystojnym i pełnym wdzięku, długonogim Afroamerykaninem, swobodnie się ubierał. Kiedy był mały, chciał zostać tancerzem. Ale trafił do telewizji i spodobało mu się to.

– O czym ty mówisz?

– Zdjął nam kawałek programu. Komentarz polityczny o siódmej trzydzieści.

– Co? Ale dlaczego? Przecież ludzie to bardzo lubią! I my też.

– Chce, żeby o tej porze były gołe wiadomości. Podobno podjął tę decyzję na podstawie wyników oglądalności. Mamy się przymierzyć.

– Ale czemu nie pogadał o tym z nami?

– A czy w ogóle kiedykolwiek pyta nas o zdanie? Oprzytomniej, mała. Przecież znasz go znacznie lepiej niż ja. Jack Hunter zawsze podejmuje decyzje sam, bez konsultacji z prowadzącym. Czy to coś nowego?

– Cholera. – Nalała sobie kawy do filiżanki. – No, to super. Więc ma teraz nie być żadnych komentarzy? Przecież to idiotyczne!

– Też tak myślę, ale Wielki Tata wie lepiej. Powiedzieli, że mogą dać to z powrotem o piątej, gdyby ludzie się domagali. Ale nie w tej chwili.

– Super. O Boże, żeby mnie chociaż uprzedził…

– Jak zwykle, Pocahontas, tak? Daj spokój. Spójrz prawdzie w oczy. Jesteśmy tu siłą roboczą i to wszystko.

– Nie da się ukryć.

Przez chwilę w milczeniu przeżuwała złość i zabrali się do pracy. Przejrzeli sporządzoną wcześniej listę członkiń Kongresu i ustalili kolejność rozmów, jakie dziś przeprowadzą. Kiedy skończyli, była prawie jedenasta. Maddy wyszła na chwilę, żeby rozprostować kości i coś przegryźć. O pierwszej była z powrotem przy biurku i zabrała się do opracowywania scenariuszy wywiadów. Pracowała całe popołudnie. O czwartej zeszła do charakteryzatorni i zastała tam Grega.

– Zmyłaś już głowę Jackowi za ten komentarz? – Wyszczerzył zęby.

– Jeszcze nie, ale zmyję, jak tylko go zobaczę.

W ciągu dnia nigdy nie widywała męża, choć z pracy wychodzili zazwyczaj razem, chyba że miał wieczorem do załatwienia coś, co wykluczało jej obecność. Wracała wtedy sama i czekała na niego w domu.

Serwis informacyjny o piątej poszedł bez zakłóceń. Maddy i Greg mogli się nieco odprężyć i pogadać. Następny był o siódmej trzydzieści. O ósmej skończyli pracę. Gdy zeszła z wizji, wszedł Jack. Zdjęła mikrofon, rzuciła Gregowi „cześć”, sięgnęła po torebkę i w minutę później wychodzili. Byli dziś umówieni na koktajl w Georgetown.

– Co to za historia z naszym komentarzem, do licha?

spytała, gdy mknęli ku starej kolonialnej dzielnicy.

– Z badań wynika, że ludzie są już zmęczeni komentarzami.

– To bzdura! Przepadają za nimi.

– Moje informacje na ten temat są inne – powiedział twardo.

– Czemu nie wspomniałeś mi o tym dziś rano? – Głos Maddy zdradzał irytację.

– Taka wiadomość musi pójść oficjalnymi kanałami.

– Nawet nie spytałeś mnie o zdanie. Byłoby mi miło, gdybym wiedziała wcześniej. Jestem pewna, że akurat ta decyzja jest błędna.

– Pokażę ci wyniki badań.

Byli już na miejscu i wkrótce stracili siebie z oczu. Zobaczyła męża dopiero dwie godziny później, gdy odnalazł ją w tłumie gości i spytał, czy ma ochotę wracać. Zgodziła się natychmiast. Oboje mieli za sobą długi dzień pracy, a wczorajsze przyjęcie w Białym Domu też przeciągnęło się do późna.

W drodze powrotnej nie rozmawiali za wiele. Jack przypomniał jej, że nazajutrz jedzie do Camp David na lunch z prezydentem.

– Spotkamy się w samolocie o drugiej trzydzieści

rzucił z roztargnieniem.

Każdy weekend spędzali w Wirginii, gdzie Jack miał farmę, kupioną na rok przed poznaniem Maddy. Uwielbiał to miejsce, a ona też z czasem do niego przywykła. Dom był rozległy, komfortowy, otoczony hektarami łąk i lasów. Jack miał tam stajnię z paroma czystej krwi ogierami. Ale choć okolica była pełna uroku, Maddy jakoś się tam nudziła.

– Nie chciałbyś zostać tym razem w mieście? – spytała z nadzieją. Wchodzili już do domu.

– Nie możemy. Zaprosiłem na weekend senatora McCutchinsa z żoną.

O tym też jej nie powiedział.

– Czy to również był sekret? – spytała poirytowana. Nie dość, że nie zapytał jej o zdanie, nawet jej nie uprzedził!

– Przepraszam, Maddy, byłem taki zajęty. Strasznie dużo miałem na głowie w tym tygodniu. Co sprawa, to bardziej skomplikowana.

Cóż, z pewnością musiał być zaaferowany czekającym go spotkaniem w Camp David. Ale o weekendzie z McCutchinsami mógł jej powiedzieć.

– Straszna ze mnie gapa. Przepraszam cię, malutka. – Uśmiechnął się do niej łagodnie.

Trudno było się na niego gniewać, kiedy się w ten sposób uśmiechał. Zawsze ją to rozbrajało. Ledwie zaczynała się na niego złościć, zaraz okazywało się, że nie potrafi.

– Nie ma sprawy… Niemniej dobrze by było, gdybyś mnie uprzedził.

Nie musiała mu mówić, że nie cierpi Paula McCutchinsa. Jack o tym wiedział. To był arogancki, apodyktyczny tłuścioch, a jego żona sprawiała wrażenie kompletnie sterroryzowanej. Prawie nie otwierała ust w jego obecności. Wyglądała, jakby bała się własnego cienia. Nawet dzieci sprawiały wrażenie znerwicowanych. Cała trójka była blada, kapryśna… Maddy na ogół lubiła dzieci, ale nie małych Cutchinsów.

– Zabiorą ze sobą dzieciaki? – spytała.

– Zabroniłem im. – Jack wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Wiem, że ich nie znosisz, i nie mam ci tego za złe. A poza tym straszą konie.

– No, to przynajmniej coś – powiedziała z ulgą.

Weszli do domu. Oboje mieli wyczerpujący tydzień za sobą i Maddy czuła się zmęczona. Szybko zasnęła w ramionach Jacka. Rano nawet nie słyszała, jak wstaje. Kiedy zeszła na śniadanie, był już ubrany i zdążył przeczytać gazetę.

Pocałował ją przelotnie i pięć minut później wyszedł. Wybierał się do Białego Domu, skąd prezydencki helikopter miał go zabrać do Camp David.

– Miłego pobytu. – Uśmiechnęła się do niego, nalewając sobie kawy do filiżanki. Wyglądał, jakby był na haju. Nic nie podniecało Jacka bardziej niż władza. To było uzależnienie.

Kiedy zobaczyła go po południu na lotnisku, wręcz promieniał. Chyba znakomicie się bawił z Jimem Armstrongiem.

– Co, rozwiązaliście już wszystkie problemy Bliskiego Wschodu? A może planujecie gdzieś jakąś wojenkę? – zażartowała z łobuzerskim błyskiem w oku. Już na sam widok męża w promieniach czerwcowego słońca czuła się w nim zakochana na nowo. Był tak cholernie atrakcyjny, taki przystojny.

– Coś w tym stylu. – Posłał jej tajemniczy uśmiech, wchodząc za nią do samolotu, kupionego tej zimy gulfstreama. Bardzo się nim cieszył. Latali nim oboje na weekendy, a Jackowi służył też do podróży służbowych.

– Powiedz! – prosiła zaintrygowana, on jednak ze śmiechem potrząsnął głową. Uwielbiał się z nią droczyć, kiedy wiedział coś, o czym ona nie miała pojęcia.

– Nie teraz. Ale niedługo się dowiesz.

Dwadzieścia minut później odlecieli. Pilot wziął kurs na południe, ku Wirginii. Maddy i Jack, rozparci wygodnie w fotelach z tyłu samolotu, gawędzili przez całą drogę o tym i owym. Na miejscu, ku zaskoczeniu Maddy, okazało się, że McCutchinsowie już są na farmie. Z Waszyngtonu przyjechali rano.

Jak było do przewidzenia, Paul na powitanie walnął Jacka w plecy, aż zadźwięczało, z Maddy zaś o mało nie wycisnął wszystkich soków. Brr… Janet, jak zwykle, nie powiedziała nic. Jej wzrok spotkał się ze spojrzeniem Maddy jedynie na moment, jakby się obawiała, że jeśli będzie patrzeć choćby odrobinę dłużej, znajoma dostrzeże w jej oczach jakąś ponurą tajemnicę. W Janet zawsze było coś, co sprawiało, że Maddy czuła się w jej towarzystwie niezręcznie, choć nie wiedziała dlaczego. Nie zadawała sobie zresztą trudu, by się nad tym zastanawiać.

Jack chciał pogadać z Paulem sam na sam o projekcie nowej ustawy o kontroli broni, którą podpisał senator. Ta niezwykle podniecająca sprawa nieustannie absorbowała media. Mężczyźni poszli ku stajni, a Maddy została skazana na towarzystwo Janet.

Zaprosiła ją do salonu i poczęstowała świeżą lemoniadą i ciasteczkami, które upiekła znakomita kucharka, Włoszka, zatrudniona przez Jacka, jeszcze zanim poznał Maddy. Farma zawsze była raczej jego niż ich wspólna, i cieszył się nią dużo bardziej niż żona. Posiadłość była odosobniona, izolowana od świata. No i Maddy nigdy nie przepadała specjalnie za końmi. Dla Jacka było to znakomite miejsce spotkań z partnerami w interesach, takimi jak Paul McCutchins.

Usiadły w salonie. Maddy zadała Janet parę pytań o dzieci, a kiedy skończyły lemoniadę, zaproponowała przechadzkę po ogrodzie. Oczekiwanie na powrót Jacka i Paula ze stajni wydawało się wiecznością. Maddy starała się podtrzymywać rozmowę, paplała o pogodzie, o farmie i jej historii, o nowych krzakach róż, które zasadził ogrodnik… W pewnym momencie rzuciła okiem na gościa i ze zdumieniem spostrzegła, że Janet płacze.

Janet nie była zbyt atrakcyjna. Blada, z nadwagą, był w niej zawsze jakiś smutek, dziś wyczuwalny wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem. Łzy spływały niepowstrzymanie po jej policzkach. Wyglądała jak kupka nieszczęścia.

– Dobrze się pani czuje? – spytała Maddy niezręcznie. Było przecież jasne, że o dobrym samopoczuciu Janet nie ma mowy. – Czy mogę pani jakoś pomóc?

Janet McCutchins pokręciła tylko głową i zaszlochała.

– Przepraszam – zdołała w końcu wykrztusić.

– Nic się nie stało – powiedziała uspokajająco Maddy i zatrzymała się przy ogrodowym krześle, żeby Janet mogła usiąść i jakoś się pozbierać. – Przynieść pani wody?

Kobieta znowu potrząsnęła głową, a Maddy starała się na nią nie patrzeć. W końcu wysiąkała nos i spojrzała Maddy prosto w oczy.

– Nie wiem, co robić. – Głos jej się łamał.

– Może mogłabym pani jakoś pomóc? – spytała Maddy, poruszona. Czyżby pani McCutchins była chora? A może któremuś z dzieci coś się stało?

– Nikt mi nie może pomóc – oznajmiła Janet z rozpaczą. – Nie wiem, co robić – powtórzyła. – Chodzi o Paula… On mnie nienawidzi.

– To niemożliwe – zaprzeczyła odruchowo Maddy, nie bardzo wiedząc, jak się zachować. Z tego, co widziała, wynikało, że mogła to być prawda. – Dlaczego miałby panią nienawidzić?

– Nienawidzi mnie od lat. Znęca się nade mną. Ożenił się ze mną, bo byłam w ciąży.

– W tych czasach? Na pewno nie byłby z panią do tej pory, gdyby tego nie chciał.

Ich najstarsze dziecko miało dwanaście lat i mieli jeszcze dwoje młodszych. Chociaż… Maddy musiała przyznać, że nigdy nie widziała, by Paul był miły dla żony. Między innymi dlatego go nie lubiła.

– Nie możemy pozwolić sobie na rozwód. Paul twierdzi, że to by zrujnowało jego karierę polityczną.

Istniała taka groźba, istotnie. Inni politycy przeżyli jednak rozwody… Janet wzięła tymczasem głęboki oddech i zaskoczyła Maddy kolejnym wyznaniem:

– On mnie bije.

Maddy ścięło krew w żyłach. Usłyszeć podobne słowa z ust innej kobiety… Janet gwałtownie podciągnęła rękaw. Na jej ręce widniały rozległe siniaki.

– Och, Janet, tak mi przykro…

Nie wiedziała, co powiedzieć. Najchętniej by ją objęła. Tak strasznie było jej żal tej kobiety. Słyszała, że Paul bardzo łatwo wpada w gniew, a teraz miała dowody, że to prawda.

– Porzuć go – szepnęła. – Nie pozwalaj mu na to dłużej. Ja też byłam przez dziewięć lat żoną mężczyzny, który mnie bił. – Dobrze wiedziała, jak to jest, choć od ośmiu lat robiła, co mogła, by zapomnieć.

– Jak ci się udało uciec? – zapytała. Nagle stały się jak gdyby jeńcami pojmanymi w tej samej bitwie, spiskującymi w kącie ogrodu.

– Po prostu uciekłam. – Maddy poczuła, że zabrzmiało to tak, jakby była wówczas znacznie dzielniejsza, niż była w rzeczywistości, a chciała być uczciwa wobec tej kobiety.

Byłam sterroryzowana. Jack mi pomógł.

Ale Janet nie miała żadnego Jacka Huntera. Nie była ani młoda, ani ładna, nie miała pracy, nie miała nadziei, nie miała wyjścia. Miała za to troje dzieci. To była wielka różnica.

– Powiedział, że jeśli odejdę i zabiorę dzieci, zabije mnie. A jak ośmielę się komuś powiedzieć, wsadzi mnie do wariatkowa. Raz już to zrobił, po urodzeniu naszej córeczki. Leczyli mnie elektrowstrząsami.

Jemu powinni byli dać parę elektrowstrząsów. I to najlepiej w tych miejscach, które są dla niego najważniejsze… Już na samą myśl o tym, co przeszła ta kobieta, i na widok jej posiniaczonych ramion Maddie bolało serce.

– Musi być jakieś wyjście. Dlaczego nie uciekniesz do jakiegoś schroniska? – podsunęła.

– I tak by mnie znalazł. Zabiłby mnie – zaszlochała Janet.

– Pomogę ci – postanowiła Maddy bez chwili wahania. Musiała coś zrobić dla tej kobiety. Czuła się strasznie winna, że dotychczas jej nie lubiła. Przeszła przez takie samo piekło, została uratowana, miała więc ogromny dług do spłacenia wobec towarzyszki niedoli. – Postaram się znaleźć miejsce, gdzie mogłabyś się bezpiecznie schronić z dziećmi.

– Będą o tym pisać gazety – załkała bezradnie Janet.

Będzie straszny skandal.

– Jak cię zabije, to dopiero będzie skandal – rzekła zdecydowanie Maddy. – Obiecaj mi, że coś zrobisz. Dzieci też bije?

Janet potrząsnęła głową. Maddy wiedziała jednak, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Nawet jeśli nie tyka ich palcem, wyrastają na ludzi o spaczonych umysłach. Któregoś dnia córki poślubią takich mężczyzn, jaki jest ich ojciec, a syn będzie najprawdopodobniej uważał, że bicie kobiet jest rzeczą zwyczajną. Nikt nie wychodzi bez szwanku z domu, gdzie ojciec maltretuje matkę. Właśnie to pchnęło Maddy w ramiona Bobby’ego Joe, była przekonana, że mąż ma prawo ją bić.

Wzięła Janet za rękę. W tym momencie dobiegły do nich głosy powracających mężczyzn. Janet gwałtownie cofnęła dłoń i w jednej chwili jej twarz skamieniała. Kiedy panowie podeszli, można było pomyśleć, że tej rozmowy w ogóle nie było.

W nocy, gdy zostali sami, Maddy podzieliła się z Jackiem nowiną.

– On ją bije – powiedziała, nadal zgnębiona tym, co zaszło.

– Paul? – W głosie Jacka było niedowierzanie. – To niemożliwe. Facet jest trochę gburowaty, ale nie sądzę, żeby był zdolny do czegoś takiego. Skąd wiesz?

– Janet mi powiedziała. – Maddy była teraz jej zagorzałą stronniczką. Ostatecznie miały ze sobą wiele wspólnego.

– Nie brałbym tego zbyt poważnie – odezwał się spokojnie Jack. – Paul mówił mi już parę lat temu, że Janet ma zaburzenia psychiczne.

– Ale ja widziałam siniaki. – W głosie Maddy był gniew. – Wierzę jej, Jack. Sama przez to przeszłam.

– Wiem… Ale nie wiadomo, skąd się wzięły siniaki Janet. Mogła sama je sobie zrobić, żeby mu zepsuć opinię. Był czas, kiedy Paul się z kimś spotykał. Może Janet próbuje teraz wyrównać rachunki?

Coraz mniej jej się to podobało. Ani przez chwilę nie wątpiła w prawdziwość słów Janet. Nienawidziła Paula, gdy o tym myślała.

– Dlaczego nie wierzysz Janet? – spytała ze złością.

Nie rozumiem cię.

– Znam Paula i wiem, że nie byłby do tego zdolny.

Chciało jej się krzyczeć. Kłócili się dłuższy czas. Pogniewani poszli do łóżka i nie kochali się tej nocy. Maddy była na Jacka taka zła, że przyjęła to z ulgą. Janet McCutchins była jej dużo bliższa niż własny mąż. I nic nie wskazywało na to, że zauważył, jak bardzo wstrząśnięta jest żona. Nazajutrz przed wyjazdem McCutchinsów Maddy szepnęła Janet, że się z nią na pewno skontaktuje. Janet jednak prawie nie zareagowała. Za bardzo się bała, że Paul może je usłyszeć. Skinęła tylko głową i wsiadła do samochodu. Parę minut później odjechali.

Wieczorem wracali do domu również Hunterowie. Maddy w milczeniu patrzyła przez okno na rozciągający się w dole pejzaż. Mogła myśleć tylko o Bobbym Joe i rozpaczy, w jakiej żyła przez te wszystkie lata w Knoxville. Później przed oczami stanęła jej Janet i sine wylewy na ramieniu nieszczęsnej kobiety. To było tak, jakby Janet była więźniem i brakowało jej sił lub odwagi, żeby uciec z więzienia. Rzeczywiście była przekonana, że nie potrafi. Kiedy samolot dotknął ziemi, Maddy przysięgła sobie w milczeniu, że zrobi, co w jej mocy, żeby pomóc Janet.ROZDZIAŁ 3

Kiedy w poniedziałkowy ranek pojawiła się w pracy, pobiegła do Grega. Weszła za nim do jego boksu i nalała sobie kawy.

– Jak tam minął weekend najsłynniejszej prezenterce telewizyjnej Waszyngtonu? – Greg lubił pokpiwać ze stylu życia, jaki prowadzili Maddy i Jack, i z tego, że często bywali w Białym Domu. – Spędziłaś weekend w towarzystwie prezydenta czy pojechałaś na zakupy z Pierwszą Damą?

– Bardzo śmieszne, ty czubku. – Maddy pociągnęła łyk kawy. Wciąż była zaszokowana wyznaniami Janet McCutchins. – Jack rzeczywiście był na lunchu z prezydentem w Camp David.

– Bogu dzięki, nigdy mnie nie zawiedziesz. Strzeliłbym sobie w łeb, gdybym się dowiedział, że stałaś w kolejce do myjni samochodowej jak my wszyscy. Dzięki tobie mogę poznać smak luksusu. Mam nadzieję, że o tym wiesz.

– Przyjmij do wiadomości, że ten luksus nie jest taki znów ekscytujący. – W gruncie rzeczy nigdy nie miała poczucia, że życie, które prowadzi, jest jej własnym życiem. Nieraz wydawało jej się, że pożyczyła je od męża.

– Byliśmy z McCutchinsami w Wirginii. Boże, to było okropne…

– Jak to? Przecież senator to przystojny facet. A jaki dystyngowany. – Greg wyszczerzył zęby.

Po chwili milczenia Maddy zdecydowała się wtajemniczyć go w całą sprawę. Pracując razem, stali się sobie bliscy niczym brat i siostra. Nie miała w Waszyngtonie zbyt wielu przyjaciół. Nie starczało jej na to czasu, a jeśli już się do kogoś zbliżyła, zwykle nie podobało się to Jackowi i pod jego naciskiem ucinała znajomość. Nie protestowała, bo nakładał na nią w pracy tyle obowiązków, że i tak praktycznie cały czas była zajęta. W pierwszym okresie ich wspólnego życia zdarzało się, że ta czy owa kobieta wydawała się jej sympatyczna, jednak zdaniem Jacka była za gruba, za brzydka, zachowywała się

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: