Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799. Tom 1, 1772 – 1787: studia do historyi ducha i obyczaju - ebook

Rok wydania:
2011
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799. Tom 1, 1772 – 1787: studia do historyi ducha i obyczaju - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 655 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DO PANA WA­LE­RY­ANA WR…….GO.

Pół­noc bije – skoń­czy­łem ostat­nią kar­tę książ­ki, nad któ­rą pra­co­wa­łem dłu­go a za mało, z któ­rej chwi­la­mi by­łem rad, czę­ściej nie za­do­wol­nio­ny. Rzu­cam pió­ro z ja­kiemś tę­sk­nem uczu­ciem… rzad­ko mi się tra­fia­ło z ta­kiem zwąt­pie­niem pusz­czać w świat owoc pra­cy, w któ­rej uwie­rzy­łem po­trze­bę. – Rad­bym ją dać na sądy ludz­kie i po­wstrzy­mać jesz­cze w za­ci­szu do­mo­wem. Zda­je mi się nie­kie­dy za peł­ną, cza­sem nie do­koń­czo­ną. Lecz daż mi ją le­piej wy­ko­nać zdro­wie i siły? Dziś wszyst­ko tak sta­rze­je ry­chło, nie zgrzy­bie­jeż i ona gdy ją za­trzy­mam przy so­bie? Niech więc idzie – a ty, któ­re­mu ją prze­sy­łam z po­zdro­wie­niem w za­mglo­ne da­le­kie stro­ny, sta­ry dru­hu… przyj­mij ten dar przy­ja­cie­la po­błaż­li­wem ser­cem i są­dem tym wyż­szym nad chwi­lo­we wpły­wy, jaki cię za­wsze od­zna­czał. Mię­dzy tą książ­ką a tobą – stoi mur chiń­ski – nie roz­pa­czam jed­nak, aby się on nie wy­ła­mał gdzieś choć­by na tyle, aby moja Pol­ska prze­drzeć się mo­gła do Cie­bie. Po­zdro­wie­nie z da­le­ka.

Dre­zno, 24. Lu­te­go 1873.

Twój

J. I. Kra­szew­ski.PRZED­MO­WA.

Je­den z pi­sa­rzów nie­miec­kich* wy­ra­ził się, mó­wiąc o dzie­jach wspól­nych im z nami (z po­wo­du smut­nej rocz­ni­cy po­dzia­łu), że każ­dy na­ród ma pra­wo hi­sto­ryę swo­ję ob­ra­biać co­raz na nowo, sto­sow­nie do po­trzeb chwi­li! Smut­ne to po­ję­cie za­da­nia dzie­jo­pi­sa­rza i znie­wa­ga dla hi­sto­ryi, któ­rą słu­żeb­ni­cą czy­ni; my na­wy­kli­śmy byli szu­kać w niej praw­dy, gdy lu­dzie wie­ku dzi­siej­sze­go, lu­dzie prak­tycz­ni zu­żyt­ko­wać by ra­dzi na­wet prze­szłość dla te­raź­niej­szo­ści. Jest to coś na­kształt tego, jak­by kto ko­ści przod­ków pa­lił dla zro­bie­nia z nich szu­wak­su.

Hi­sto­rya, we­dług nas, prze­to tyl­ko w co­raz nowy spo­sób poj­mo­wa­ną i pi­sa­ną być może i po­win­na, że po­stęp czło­wie­ka roz­ja­śnia jej ho­ry­zon­ty, nowe co­raz świa­tło rzu­ca, zmie­nia sądy, bo zmie­nia no­we­mi ba­da­nia­mi, pod­sta­wy, na któ­rych się one opie­ra­ły.

–-

* G. Fre­itag.

W imie też praw­dy a nie po­trze­by chwi­lo­wej, za­my­śli­li­śmy skre­ślić dzie­je ostat­nich lat bytu rze­czy­po­spo­li­tej, – du­cha i oby­cza­ju Pol­ski. Epo­ka ta wie­lo­krot­nie i wie­lo­stron­nie opra­co­wy­wa­ną była przez wie­lu pi­sa­rzów, chwy­ta­no ją jako przed­miot po­nęt­ny, z róż­nych stron za­pa­tru­jąc się na nią, pro­bu­jąc na niej piór i dow­ci­pów. Cu­dzo­ziem­cy na­wet jak Rhul­lie­re, Fer­rand, Rau­mer, Sy­bel, Smitt, Her­r­mann, a świe­żo Beer, bra­li chęt­nie chwi­lę upad­ku i po­dzia­łu Pol­ski za przed­miot do dzieł wy­czer­pu­ją­cych. Po­mniej­szych pism, są­dów, pa­mięt­ni­ków, roz­praw z tych cza­sów licz­ba jest nie­zmier­nie wiel­ka.

Ma­te­ry­ał zgro­ma­dzo­no i co dzień się jesz­cze gro­ma­dzi tak ob­fi­ty, iż chy­ba by go za bo­ga­tym na­zwać moż­na, gdy­by kie­dy hi­sto­ry­ko­wi zby­tek da­nych mógł być cię­ża­rem.

Z now­szych u nas pra­cow­ni­ków pi­sa­li o tej epo­ce mniej wię­cej wy­czer­pu­ją­co Schmitt, Szuj­ski, We­gner, Mo­raw­ski, Ka­lin­ka, Zda­wa­ło­by się więc, iż do­daw­szy do tego świa­tło, ja­kie rzu­ca­ją pa­mięt­ni­ki Ogiń­skie­go, Niem­ce­wi­cza, Ki­to­wi­cza, Wy­bic­kie­go, Ki­łiń­skie­go, Mosz­czeń­skie­go, Ko­smow­skie­go, Za­jącz­ka i wie­lu in­nych – chwi­la ta dzie­jo­wa win­na­by nam być do­sta­tecz­nie zna­ną i nie wy­ma­ga­ją­cą no­we­go ob­ra­zu.

Tak prze­cie nie jest. Wszyst­ko to cen­nym za­pew­ne jest ma­te­ry­ałem, pra­cą przy­go­to­waw­czą, a peł­ne­go wi­ze­run­ku epo­ki ze wszyst­kich wzglę­dów tak zaj­mu­ją­cej – brak nam jesz­cze i nie ry­chło za­pew­ne mieć go bę­dzie­my. Z każ­dą chwi­lą zdo­by­wa­ją się ma­te­ry­ały nowe, świa­tło się zwięk­sza, wie­le na­mięt­nych są­dów o lu­dziach i spra­wach upa­da; hi­sto­rya ta nie jest dla nas do­tąd zu­peł­nie ja­sną i skoń­czo­ną. To jed­nak, co już stu­let­nią zdo­by­to pra­cą, do­zwa­la skre­ślić pe­wien za­rys ca­ło­ści pió­rem bez­stron­nem, ku czci praw­dy a na­uce na­szej.

Dwo­ja­ko pi­sa­no dzie­je tego cza­su – jako apo­lo­gię umę­czo­nej Pol­ski, lub jako obro­nę, na­mięt­ną a zło­śli­wą prze­ciw nam, tych któ­rzy się z po­peł­nio­ne­go gwał­tu uspra­wie­dli­wić chcie­li – praw­dy zu­peł­nej, bez­stron­nej nikt nie chciał albo ra­czej nie mógł na­pi­sać. Dzie­ci roz­ża­lo­ne jesz­cze nie śmia­ły oj­ców ob­wi­niać; wi­no­waj­ców po­tom­ko­wie nie chcie­li przy­zna­niem się do grze­chu po­tę­piać tych, po któ­rych wzię­li cięż­ki spa­dek po­peł­nio­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści. Dziś, dziś my osty­gli­śmy nie­co, chwi­la bo­le­śna już do­syć jest od nas od­le­głą, by­śmy ją w ca­łość pew­ną uję­tą oglą­dać mo­gli; doj­rze­li­śmy nie­szczę­ścia­mi do tyla, że­śmy już po­win­ni znieść praw­dę, choć­by gorz­ką i smut­ną.

Tej praw­dy szu­kał au­tor ob­ra­zu tego… w po­zna­niu szcze­gól­niej we­wnętrz­nych kra­ju sto­sun­ków – a choć­by, jako czło­wiek, część jej tyl­ko zna­lazł i cząst­kę od­ma­lo­wał – pra­ca się ta za­wsze na­gro­dzi.

Pi­smo to po­wsta­ło z uczu­cia obo­wiąz­ku, a zro­dzi­ło się w bo­le­ściach. Go­ry­czą za­pły­wa­ło nie­raz ser­ce pi­sząc, oczy łza­mi, czo­ło ru­mień­cem, sto­kroć pió­ro z rąk wy­pa­da­ło – mus ja­kiś we­wnętrz­ny ka­zał do­ko­nać, co było po­czę­tem. Zda­ło się au­to­ro­wi w su­mie­niu jego, że ta praw­da, dziś wła­śnie, bę­dzie nam po­ży­tecz­ną, jak­kol­wiek musi być przy­krą, że my dziś z niej za­czerp­nie­my nie zwąt­pie­nie ale na­ukę, któ­ra daje siłę.

Epo­ka ta za­wie­ra cały sze­reg błę­dów i win na­szych, któ­rych się skry­wać nie go­dzi, ale obok nich i krzywd na­szych i gwał­tów wy­cier­pia­nych i czy­stych po­świę­ceń i szla­chet­nych a wznio­słych cha­rak­te­rów wie­le.

U łoża ko­na­ją­cej Pol­ski sto­ją pięk­ne, god­ne lep­szej prze­szło­ści po­sta­cie; na­prze­ciw nim nie­przy­ja­cie­le nasi nie znaj­dą do po­pi­su in­nych nad po­czwar­nie prze­wrot­ne i je­nial­nie cy­nicz­ne. W oczach hi­sto­ry­ka je­niusz Fry­de­ry­ka i Ka­ta­rzy­ny tem się chy­ba utrzy­mu­je na przy­zna­nym mu stop­niu, iż siła dała mu zwy­cięz­two. Gdy­by los nie sprzy­jał im, by­ły­by to oso­bi­sto­ści wy­śmia­ne i po­gar­dzo­ne. Na­szym bo­ha­te­rom na­wet upa­dek nie po­tra­fił od­jąć ich bla­sku.

Pi­szą­cy hi­sto­ryę tej epo­ki (sto­su­je się to po czę­ści i do in­nych okre­sów) przy­wią­zy­wa­li się do­tąd szcze­gól­niej do dy­plo­ma­tycz­nych kno­wań i ukła­dów, do stro­ny jej ze­wnętrz­nej, do wi­ze­run­ków in­tryg dwo­rów, ma­chi­na­cyi ga­bi­ne­to­wych, sprę­żyn dzia­ła­ją­cych po za kra­jem i za nami – za­nie­dba­ną była sto­sun­ko­wo stro­na dla nas, i w każ­dej hi­sto­ryi da­le­ko waż­niej­sza a lek­ce­wa­żo­na – dzie­je we­wnętrz­ne kra­ju i du­cha jego w chwi­li tej sta­now­czej, ob­raz oby­cza­jów i cha­rak­te­ru epo­ki. Opi­sy­wa­no bar­dzo tro­skli­wie, co się dzia­ło po za Pol­ską, w Wied­niu, Ber­li­nie i Pe­ters­bur­gu lub w ga­bi­ne­cie po­sła i na zam­ku u kró­la w chwi­li, gdy Pol­skę ćwier­to­wa­no – za mało wie­dzie­li­śmy i wie­my co się w sa­mym kra­ju dzia­ło, co­śmy wy­cier­pie­li na tor­tu­rach, jak wi­li­śmy się w rę­kach opraw­ców a może dło­nie ich ca­ło­wa­li.

Sze­reg zna­nych już po więk­szej czę­ści fak­tów, w co­raz nowy spo­sób gru­po­wa­nych i prze­sta­wia­nych, w co­raz nowe tłu­ma­cze­nia i wy­kła­dy opraw­nych – sta­no­wił zwy­kły tej hi­sto­ryi wą­tek. Z ma­łe­mi wyr jat­ka­mi były to hi­sto­rye bez­barw­ne, wy­cią­gi su­che, de­kla­ma­cye wy­mow­ne, roz­pra­wy po­li­tycz­ne. Nam się zda­ło, iż wy­peł­nić dzie­je tego okre­su ob­ra­zem du­cha i oby­cza­jów było rze­czą nie­zbęd­ną, że po­świę­cić nie­co po­wa­gi dzie­jo­pi­sa na­le­ża­ło, aby nadać ob­ra­zo­wi bar­wy i ży­cia, by go zro­zu­mia­łym uczy­nić. Po­wa­ga hi­sto­ryi stra­ci na­tem co­kol­wiek, in­te­res i praw­da nie­wąt­pli­wie zy­ska­ją.

Za­da­niem na­szem było od­wzo­ro­wać samą Pol­skę i jej ży­cie w tych chwi­lach osta­tecz­nych walk i wy­sił­ków. Zu­żyt­ko­wa­li­śmy więc zwy­kle od­rzu­ca­ny ma­te­ry­ał w prze­ko­na­niu, że dla głę­biej my­ślą­cych nic tu obo­jęt­nem nie jest, wszyst­ko przy­no­si świa­tło i bli­żej po­znać daje na­ród, któ­ry u dzie­jo­pi­sów swych był do­tąd tru­pem pod no­żem ana­to­ma. Po­prze­dził nas wpraw­dzie Smitt i Her­ma­mi, da­ją­cy nie­któ­re szcze­gó­ły ży­cia i oby­cza­jów kra­ju, lecz oba ci pi­sa­rze czer­pa­li ze źró­deł jed­no­stron­nych, ob­cych, nie­chęt­nych a… bar­dzo zresz­tą nie­do­sta­tecz­nych.

Nie łu­dzie­my się wca­le, aże­by­śmy w tych stu­dy­ach do­ko­na­li na­wet tego, co­śmy so­bie za­kła­da­li. Po­mię­dzy my­ślą pi­sa­rza a wy­ko­na­niem jej stoi za­wsze prze­szkód wie­le – sła­bość czło­wie­ka, ma­te­ry­al­ne za­wa­dy, wpły­wy chwi­li – czę­sto sama na­wet zbyt go­rą­ca, chęć stwo­rze­nia zbyt wie­le. Skrom­na też to pró­ba, któ­ra so­bie nie ro­ści pra­wa do in­ne­go nad ten ty­tu­łu.

W hi­sto­ryi tych lat przy­wią­zu­je­my szcze­gól­ną wagę do pew­nych chwil sta­now­czych w ży­ciu na­ro­du, do punk­tów zwrot­nych, od któ­rych po­czy­na­ją się doby od­mien­ne, na któ­rych koń­czą się okre­sy cha­rak­te­rów cale róż­nych. Pierw­szy roz­biór, go­dzi­na naj­bo­le­śniej­sze­go i naj­wsty­dliw­sze­go upad­ku, sejm czte­ro­let­ni, wy­si­łek bo­ha­ter­ski Pol­ski od­ra­dza­ją­cej się, po­wsta­nie Ko­ściusz­kow­skie, są to punk­ta kul­mi­na­cyj­ne tego okre­su. W pierw­szym uoso­bie­niem upad­ku jest Po­niń­ski, w dru­gim świet­nie­je cała gru­pa lu­dzi ra­tu­ją­cych oj­czy­znę szla­chet­nym, czę­sto aż do nie­roz­wa­gi po­su­nię­tym za­pa­łem, któ­re­go wy­ra­zem naj­szla­chet­niej­szym jest Igna­cy Po­toc­ki. Obok nie­go sku­pia­ją się zaj­mu­ją­ce po­sta­cie twór­ców kon­sty­tu­cyi d. 3. Maja, któ­rej du­chem żyła Pol­ska i żyje, po­wie­dzieć moż­na, do dziś dnia. Sejm czte­ro­let­ni zro­dził i za­szcze­pił ten pa­try­otyzm, któ­re­go sto lat uci­sków zga­sić nie mo­gło.

Nie po­trze­bu­je­my tłu­ma­czyć się z uży­tych do stu­dy­ów tych naj­roz­ma­it­szych ma­te­ry­ałów, zna­nych po­wszech­nie lub za­nie­dba­nych – któ­re w więk­szej czę­ści przy­wo­dzie­my w cią­gu pi­sma. Oprócz źró­dło­wych dzieł wy­mie­nio­nych wy­żej, pa­mięt­ni­ków, nie­zli­czo­nych bro­szur, dzien­ni­ków, dy­ary­uszów, mie­li­śmy pod ręką znacz­ny zbiór ko­re­spon­den­cya kró­la, Szczę­sne­go Po­toc­kie­go, wie­lu osób dzia­ła­ją­cych, nie­wy­da­ne pa­mięt­ni­ki i wiel­ką ilość pi­se­mek oko­licz­no­ścio­wych, wier­szy ulot­nych, któ­re nig­dy dru­ko­wa­ne­mi nie były. Z pa­mięt­ni­ków przy­wie­dzie­ni tyl­ko nie­dru­ko­wa­ny dru­gi Ki­liń­skie­go i bar­dzo waż­ny Mi­cha­ła Za­le­skie­go wraz z jego ko­re­spon­den­cyą.

Z góry przy­go­to­wa­ni je­ste­śmy do za­rzu­tów, ja­kie czy­nio­ne nam być mogą, i prze­wi­du­je­my je w wiel­kiej czę­ści. Hi­sto­rya na­sza wyda się czę­sto za drob­nost­ko­wą, za mo­zai­ko­wą tam gdzie­śmy sło­wy współ­cze­snych się po­słu­gu­jąc, sąd czy­tel­ni­ko­wi po­zo­sta­wić chcie­li. Wie­le szcze­gó­łów zda­dzą się zby­tecz­ne­mi, choć wszyst­kie przy­kła­da­ją się do nada­nia ob­ra­zo­wi bar­wy i praw­dy.

Ile­kroć współ­cze­sne świa­dec­two i ręka kre­ślą­ca ob­raz z na­tu­ry nasz sąd za­stą­pić mo­gły – chęt­nie­śmy im miej­sca ustą­pi­li. Po­mi­mo naj­żyw­szej chę­ci uczy­nie­nia ob­ra­zu peł­nym, czu­je­my wiel­ce jak mu brak­nie wie­le. Po­słu­ży on przy­najm­niej ko­muś, co le­piej i szczę­śli­wiej skre­ślić go po­tra­fi. Los tych stu­dy­ów dla nas jest prze­wi­dzia­nym, kry­tyk znaj­dzie się nad czem pa­stwić, nic nad to ła­twiej­sze­go – a ci, co sami po­szu­ki­wań u źró­deł le­nią się przed­się­brać, zu­żyt­ku­ją książ­kę, czer­piąc z niej po ci­chu. – Sło­wo jesz­cze. Mo­że­my być ła­twiej niż kto inny po­są­dze­ni o pusz­cze­nie cu­glów wy­obraź­ni i do­wol­ne wy­peł­nia­nie wi­ze­run­ków; prze­ciw­ko temu jak naj­moc­niej pro­te­stu­je­my. Po­sza­no­wa­nie hi­sto­rycz­nej praw­dy po­su­nię­te aż do pe­dan­te­ryi nie do­pusz­cza­ło nam użyć w tych stu­dy­ach nic nad to, co źró­dła­mi au­ten­tycz­ne­mi po­par­tem być mo­gło. Za­po­mniaw­szy bólu, jaki czę­sto ro­dzi­ły te dzie­je – pra­ca oko­ło nich wy­pła­ci­ła się nam so­wi­cie po­cie­chą od­grze­by­wa­nia szcze­gó­łów, pro­mie­nie­ją­cych świa­tłem no­wem, ży­czy­my czy­tel­ni­kom, aby ich za­ję­ły stu­dya tak żywo, jak nas zaj­mo­wa­ło pi­sa­nie.

* * *

Win­ni­śmy tu zło­żyć wy­ra­zy wdzięcz­no­ści tym, któ­rzy z uczyn­no­ścią praw­dzi­wie pol­ską byli ła­ska­wi udzie­lić nam ma­te­ry­ałów, o ja­kie w kra­ju ob­cym nie za­wsze ła­two. P. Hie­ro­nym Feld­ma­now­ski do­po­mógł nam wiel­ce z bi­blio­te­ki To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Nauk po­znań­skie­go, nie od­mó­wi­ła nam tek za­sił­ku bi­blio­te­ka Kór­nic­ka i bi­blio­te­ka Za­kła­du Na­ro­do­we­go imie­nia Osso­liń­skich, za co naj­szczer­sze im dzię­ki skła­da­my.

Dre­zno, d. 21. Lu­te­go 1873.

J. I. Kra­szew­ski.

SPIS RZE­CZY.

Str.

Do Pana Wa­le­ry­ana Wr.:…. go… III

Przed­mo­wa… V

I. Wstęp… 1

II. Pol­ska przed roz­bio­rem… 19

III. Ge­ne­za po­dzia­łu… 51

IV. Sejm i de­le­ga­cya… 69

V. Cie­nie i świa­tła… 165

VI. Król i kraj… 203

VII. Ty­zen­haus i Za­moj­ski… 241

VIII. Sejm. Soł­ty­ka spra­wa… 283

IX. Spra­wa Ugriu­mo­wej. Uwa­gi Sta­szi­ca… 307

X. Sejm. Zjazd w Ka­nio­wie… 367

XI. Pi­śmien­nic­two… 415

XII. 1775 – 1787… 443W STO LAT PO ROZ­BIO­RZE. PO­SŁAN­NIC­TWO POL­SKI PRZE­JED­NAW­CZE. DWA PRĄ­DY. DO­WO­DY DZIE­JO­WE. WAL­KI OBEC­NE. PRZY­SZŁOŚĆ SIĘ CZY­TA W PRZE­SZŁO­ŚCI. WSCHÓD I ZA­CHÓD. POL­SKA, LI­TWA I RUŚ. LOSY POL­SKI – MO­SKWA – RZYM. TRWA­ŁOŚĆ OR­GA­NI­ZMU POL­SKI. OSŁA­BIE­NIE RZE­CZY­PO­SPO­LI­TEJ I JEJ RO­ZE­RWA­NIE. ZŁA I ZBYT DO­BRA WIA­RA. WY­BÓR PO­NIA­TOW­SKIE­GO PRZED­BU­RZE XVIII. W. POL­SKA. WŁO­ŚCIA­NIE. STA­RA RZECZ­PO­SPO­LI­TA I ŚWIAT FRAN­CUZ­KI. POL­SKA I RO­SY­ANIE. SZLACH­TA, MIESZ­CZA­NIE, ŻY­DZI, STA­NY, SPO­ŁE­CZEŃ­STWO I T. D.I. WSTĘP.

Sto lat upły­wa od pierw­sze­go Pol­ski roz­bio­ru – sto lat w cią­gu któ­rych nie było ani jed­nej chwi­li od prze­śla­do­wa­nia wol­nej, od na­ci­sku swo­bod­nej, w któ­rej by­śmy całą pier­sią ode­tchnąć mo­gli, my­śli ze­brać, osty­gnąć z obu­rze­nia. Sto lat pro­te­stu przed świa­tem o gwałt speł­nio­ny, wrza­wy nada­rem­nej, skar­gi do Boga i lu­dzi, chwy­ta­nia się wszel­kich środ­ków, że­bra­nia wszel­kiej po­mo­cy; włó­czę­gi wy­gnań­czej po naj­dal­szych zie­mi ką­tach, przy­mie­rzów z re­wo­lu­cyą, z fa­na­ty­zmem, z nie­przy­ja­cioł­mi i nie­zna­ne­mi, z nie­bem i zie­mią…

Sto lat mi­nę­ło jak nas za­czę­to mor­do­wać i oto ży­je­my jesz­cze, sto­im, wo­ła­my o po­mstę do Boga i świa­ta jak przed stą laty… I Pol­ska żyje… Nie do­bi­ły ją ani gła­ska­nia zdrad­ne, ani ka­to­wa­nia strasz­li­we, ani groź­by, ani na­wet dzi­siej­sze szy­der­stwa… Pol­ska żyje…

Tak jest – nie­przy­ja­cioł­mi się świad­czym co ją jesz­cze prze­śla­du­ją, a któ­rym wiek cały nie star­czył na jej za­bi­cie.

To jed­no po­win­no­by prze­ko­nać ich, że Pol­ska ma w so­bie coś co utrzy­mu­je to upar­te ży­cie.

Po­zba­wio­na sił ma­te­ry­al­nych, roz­dar­ta i odar­ta, oszka­lo­wa­na, opl­wa­na, dźwi­ga się, pod­no­si sku­te dło­nie i woła do za­bój­ców – oto je­stem.

W r. 1872, Bóg wie, aza­li nie żyw­szą, jest niż gdy­ście ją osza­la­łą i omdla­łą do­bi­ja­li w 1772.

Ukrze­pi­ła się i wzro­sła du­chem, al­bo­wiem siła jej była i jest w du­chu a idei.

Po­ło­żo­na mię­dzy wscho­dem a za­cho­dem, na star­ciu się dwóch prą­dów prze­ciw­nych, Pol­ska mia­ła swe po­słan­nic­two, swą ideę ży­wot­ną, swą du­szę i ta ją dziś jesz­cze utrzy­mu­je przy ży­ciu.

Spo­łe­czeństw ludz­kich ży­wot wy­ra­bia się jak wszel­ka siła w ma­te­ry­al­nym świe­cie, wal­ką dwóch prą­dów, two­rzą­cą, iskrę ożyw­czą. Dwa te prą­dy ist­nia­ły za­wsze i wszę­dzie, gdzie się kol­wiek wy­ra­bia­ło to co zo­wie­my ży­ciem spo­łe­czeństw ucy­wi­li­zo­wa­nych. Woj­na – wal­ka, – spór jest for­mą, w któ­rej się od­ra­bia­ją dzie­je… Te dwa prą­dy try­ska­ją z mar­twych cza­sem i po­krew­nych so­bie grup aby stwo­rzyć ży­cie.

Od pierw­szych wę­dró­wek lu­dów z Azyi do Eu­ro­py – w przed­dzie­jo­wych mro­kach – do ostat­nich – dość było cza­su, by to co wy­szło pierw­sze ze wspól­nej ko­leb­ki, sta­nę­ło w prze­ci­wień­stwie z ostat­niem.

Tak cy­wi­li­za­cya za­cho­du Eu­ro­py zna­la­zła się jed­nym czyn­ni­kiem, gdy ludy te­goż ple­mie­nia póź­niej wę­dru­ją­ce lub sta­ją­ce na kre­sach, two­rzy­ły bie­gun dru­gi. – Pol­ska w cza­sach swych przed­hi­sto­rycz­nych już ule­ga z jed­nej stro­ny wpły­wo­wi ma­cie­rzy­ste­go wscho­du, z dru­giej cy­wi­li­za­cyi za­chod­niej. Tu się krzy­żu­ją i spa­ja­ją te dwa prą­dy prze­ciw so­bie bie­gą­ce, i wy­ra­bia­ją na coś po­śred­nie­go, co jest po­łą­cze­niem oboj­ga.

Trud­no jest nie­doj­rzeć tego po­słan­nic­twa Pol­ski, któ­re po­wierz­chow­ni ba­da­cze na­zwa­li bo­jow­ni­czą pla­ców­ką na kre­sach, – pu­kle­rzem chrze­ściań­stwa, ry­ce­rzem Chry­stu­so­wym zwa­no Pol­skę… lecz ta wal­ka kry­ła w so­bie wię­cej coś niż obro­nę spo­ko­ju, mie­nia i skar­bów Eu­ro­py – za­wie­ra­ła w so­bie wal­kę dwoj­ga idei, dwóch świa­tów star­cie i prze­jed­na­nie na po­bo­jo­wi­sku.

Za­rzu­ca­no ple­mio­nom sło­wiań­skim w ogó­le, a Pol­sce w szcze­gól­no­ści sa­mo­ist­no­ści brak. – My­śmy mie­li siłę wię­cej niż stwo­rzyć wła­sne, bo chło­nąć wy­ro­bio­ne prze­ciw­ne pier­wiast­ki i w so­bie je łą­czyć a do rów­no­wa­gi do­pro­wa­dzać. Bez uprze­dze­nia na­le­ży z chłod­ną su­mien­no­ścią, spoj­rzeć na dzie­je na­sze.

Bra­li­śmy ze­wsząd, czę­sto­kroć bez wy­bo­ru, na­mięt­nie, po­słusz­ni na­tu­rze na­szej, pi­li­śmy jako gąb­ka z jed­nej stro­ny nek­ta­ry wscho­du, z dru­giej eli­xi­ry za­chod­nie, ale w nas to obo­je łą­czy­ło się na che­micz­ny twór nowy, któ­ry tyl­ko nasz or­ga­nizm mógł wy­ro­bić.

Całe dzie­je Pol­ski są tą wal­ką, tym pro­ce­sem jed­na­nia dwóch prze­ciw­nych pier­wiast­ków.

Nie wy­ro­ku­ję czy­śmy to po­słan­nic­two na­sze speł­ni­li w zu­peł­no­ści i jak naj­le­piej, ale­śmy je mie­li; nie po­wia­dam czy za­wsze rów­no­wa­gę pier­wiast­ków zdo­ła­li­śmy utrzy­mać, lecz hi­sto­rya na­sza cała to pa­so­wa­nie się o wy­two­rze­nie tego wiel­kie­go sło­wa, co spa­ja dwa skraj­ne fał­sze, aby z nich jed­ną praw­dę wie­ku wy­to­pić.

We wszyst­kich sfe­rach na­szej dzia­łal­no­ści są te dwa prą­dy wi­docz­ne. Zży­ma­ją, się dzie­jo­pi­sa­rze na po­peł­nio­ne błę­dy nad­dzia­dów, chcie­li­by u nas ab­so­lu­ty­zmu, chcie­li­by utrzy­ma­nia ży­cia kosz­tem idei, w nas idea ko­niecz­na two­rzy­ła się, nie­ste­ty – kosz­tem ży­cia! – Ab­so­lu­tyzm wscho­du z dą­że­niem do swo­bo­dy na za­cho­dzie tu się spla­tał szu­ka­jąc for­my prze­jed­na­nia. W rze­czy­po­spo­li­tej za­da­niem było wła­dzę mo­nar­chicz­ną ze­ślu­bić z ideą re­pu­bi­kanc­ką.

W or­ga­ni­zmie pier­wot­nym Pol­ski znaj­du­je­my dla tego sprzecz­no­ści naj­osta­tecz­niej­sze, naj­wyż­szą nie­wo­lę wie­śnia­ka i naj­ide­al­niej­szą wol­ność szlach­ci­ca… Usta­wa trze­cie­go Maja, z ca­łym swym ra­dy­ka­li­zmem nie zna in­nej do oswo­bo­dze­nia dro­gi jak szcze­pie­nie szla­chec­twa na pniu lu­do­wym.

Prze­glą­da­jąc się tak w sta­rych Pol­ski dzie­jach, w wal­kach z wła­dzą mo­nar­chicz­ną, w ro­ko­szach, w kon­fe­de­ra­cy­ach choć­by wy­pa­czo­nych, cią­gle śle­dzim ro­bo­tę na­ro­do­wą jed­no­cze­nia prze­ci­wieństw. Nie za­wsze ona ja­sną, ani wy­raź­ną; je­den to dru­gi czyn­nik bie­rze górę – chwi­lo­we mącą prze­szko­dy – ale pra­wo bytu, ko­niecz­ność prze do nie­omi­nio­ne­go celu. Zja­wia się re­for­ma re­li­gij­na, tu spie­ra­ją się naj­osta­tecz­nięj­sze idee, nie­ru­cho­mo­ści i po­stę­pu… tu krze­wi się unia ko­ścio­łów wschod­nie­go i za­chod­nie­go, tu znaj­du­je­my to­le­ran­cją naj­więk­szą dla mo­za­izmu, tu ar­jan i an­ti­tri­ni­tar­ju­szów, i tu za­raz naj­fa­na­tycz­niej­sze je­zu­itów gniaz­do. Wszyst­ko to zbie­ra się, kupi w jed­nej rze­czy­po­spo­li­tej jak w ogni­sku w któ­rem ma być prze­to­pio­ne.

Wszy­scy wiel­cy mę­żo­wie nasi słu­żą tej idei, a bez­wied­nie gdy sza­la się prze­chy­li ku ab­so­lu­ty­zmo­wi ciż­ba rzu­ca się aby nie prze­wa­żył je­den, gdy mo­tłoch za­wi­chrzy anar­chią jawi się sil­na dłoń co mu wę­dzi­dło na­rzu­ca.

Cóż dziw­ne­go, że w tej pra­cy wie­ków, wśród prze­szkód ma­te­ry­al­nych, przy­pad­ko­wych, ży­cie u nas było tak he­ro­icz­nie bez­ład­nem na po­zór a w isto­cie pra­co­wi­tem… By­li­śmy ko­tłem, w któ­rym go­to­wa­ły się tru­ci­zny i le­kar­stwa…

Więc się nie go­dzi na prze­szłość rzu­cać prze­kleń­stwa.. ani to co się sta­ło, zwać nie­szczę­śli­wem gdy było ko­niecz­nem… Ży­li­śmy dla na­rzu­co­ne­go nam pra­wem na­sze­go bytu po­słan­nic­twa, a ile nam tej idei po­zo­sta­ło dziś jesz­cze

– tyle w nas i ży­cia. Mamy zno­wu na na­szych zie­miach go­rą­cą wal­kę fa­na­ty­zmu i wstecz­nic­twa z ideą po­stę­pu; a obie­ma po­słu­gu­ją się na­mięt­no­ści do­cze­sne i sza­chra­je po­li­tycz­ni… Na­rze­ka­my na ten bój – a któż wie, czy on nam iskry ży­cia nie wle­wa??

Na zie­miach pol­skich ście­ra się dziś zno­wu gen­na­nizm pod­bój­czy i pan­sla­wizm krze­pią­cy ku obro­nie praw swo­ich

– a w ser­cach pol­skich naj­dziw­niej czę­sto­kroć spa­ja mi­łość dla cy­wi­li­za­cyi z ple­mien­nej nie­pod­le­gło­ści pra­gnie­niem…

Hi­sto­rya na­sza nie­skoń­czo­na…

Mó­wią że są tru­py, któ­rym w trum­nach wło­sy i pa­znog­cie ro­sną… my­śmy tym tru­pem, któ­re­mu wy­ra­sta­ją idee, – albo ra­czej, my­śmy tem cia­łem, któ­re­mu ode­bra­no funk­cye głów­ne, a nie wy­dar­to ży­cia…

O przy­szło­ści nikt wy­ro­ko­wać nie zdo­ła; w stwo­rze­nie jej wcho­dzi tyle sił nam nie­zna­nych i dla oczów nie wi­docz­nych, tyle sił zna­nych a oce­nić się nie da­ją­cych, tyle opatrz­no­ścio­wych dzia­łań, któ­re my zo­wie­my przy­pad­ko­we­mi – iż naj­by­strzej­szy ro­zum sum­my osta­tecz­nej nie ob­li­czy. Na to po­trze­ba być wiesz­czem, a pro­ro­ków Bóg od­jął świa­tu.

Lecz je­śli jest jaka dro­ga, któ­rą­by moż­na dojść do praw­do­po­dob­ne­go ob­ra­cho­wa­nia przy­szło­ści, – to przez po­zna­nie tego co było. Nig­dy wę­zły łą­czą­ce te­raź­niej­szość z prze­ży­łem nie mogą być tak cał­ko­wi­cie ze­rwa­ne, aże­by cha­rak­te­rów prze­szło­ści o na­stęp­stwach wnio­sko­wać nie moż­na.

Za­da­niem na­szem wła­śnie jest skre­ślić nie hi­sto­ryą lat ostat­nich, ale roz­wój du­cha na­sze­go na tle dzie­jów osnu­ty.

Wy­pad­ki były tyl­ko skut­ka­mi tych przy­czyn we­wnętrz­nych, któ­rych do­ba­dać by­śmy się pra­gnę­li… Ziar­no ich spo­czy­wa­ło w du­chu, oby­cza­jach, w głę­bi­nach na­ro­do­we­go bytu…

Pol­ska idea wy­ni­kła z na­tu­ry na­ro­du i zie­mi, któ­rą on za­miesz­ki­wał. Sta­no­wi­ła ona kra­niec sło­wiańsz­czy­zny po­su­nię­ty na kre­sy, gdzie się z ple­mie­niem ger­mań­skiem sty­ka­ła. Z dru­giej stro­ny par­ły ją ple­mio­na sło­wiań­skie z mon­gol­skie­mi zmie­sza­ne i prąd azy­atyc­ki nio­są­ce. Nie­za­prze­cze­nie po­wo­ła­niem jej było cy­wi­li­za­cyą za­cho­du na wschód prze­no­sić i ple­mio­na sło­wia­no-mon­gol­skie pod­bi­jać, aby je do pra­cy po­stę­pu za­prządz. Tego po­słan­nic­twa idea wi­docz­ną jest w naj­po­tęż­niej­szych in­dy­wi­du­ali­zmach Pia­stow­skiej epo­ki. Bo­le­sła­wy przy­mie­rzą się z Niem­ca­mi a ujarz­mia­ją Sło­wian, by ich mieć po so­bie. Nie­szczę­ściem dwo­ista wal­ka z Ger­ma­nią o zie­mię, ze Sło­wia­ny o silę – nie za­wsze jest szczę­śli­wą… Zmniej­sza­ją się jej roz­mia­ry, – przy­cho­dzą w niej chwi­le nie­bez­piecz­ne­go wy­po­czyn­ku..

lu­dzi nie sta­je wiel­kich idei wiel­kiej. Ma­le­je ona do nędz­nych za­pa­sów o wła­dzę i pa­no­wa­nie na łach­ma­nach po­dar­tych kra­jów. Lecz ile kroć sil­niej zor­ga­ni­zo­wa­na jed­nost­ka przo­du­je na­ro­do­wi – idea ta ob­le­wa ją swą ja­sno­ścią i uży­cza po­tę­gi swo­jej.

Naj­szczę­śliw­szym z wy­pad­ków, któ­re zbro­ją, Pol­skę do jej po­słan­nic­twa, jest po­łą­cze­nie jej z Ru­sią, i Li­twą… Ale od Ja­gieł­ły i Ho­ro­dła do ostat­nie­go Zyg­mun­ta i Lu­bli­na, wy­rze­czo­na unja, sło­wo one, nie sta­je się cia­łem aż po upły­wie nie­mal trzech wie­ków! – Po­łą­czo­ne trzy na­ro­do­wo­ści chwi­lo­wo zła­maw­szy po­tę­gę ger­ma­ni­zmu, któ­re­mu dały się wpić w swe cia­ło z za­ko­nem Krzy­ża­ków – sto­ją na­tu­ral­nie do wal­ki lub so­ju­szu z Ru­sią mon­gol­ską, – bo bez zła­ma­nia jej, po­słan­nic­twu swo­je­mu za­do­sy­ću­czy­nić nie mogą.

Za Zyg­mun­ta III. w isto­cie upa­da nie­po­wrót­nie Pol­ska, gdy opa­no­waw­szy Mo­skwę, utrzy­mać się w niej nie umie i nie może… W onej chwi­li sta­now­czej roz­strzy­ga­ją się jej losy… Zła­ma­nie po­tę­gi mo­skiew­skiej było wa­run­kiem dal­sze­go po­cho­du.

Ustę­pu­jąc z tąd Pol­ska, pod­pi­sy­wa­ła wy­rok na sie­bie

– upa­dek jej był już tyl­ko kwe­styą cza­su. Żyła od­tąd wię­cej ideą swą niż po­tę­gą nad­we­rę­żo­ną, a w sa­mym or­ga­ni­zmie rze­czy­po­spo­li­tej, za­szły fa­tal­ne, cho­ro­bli­we ob­ja­wy przed­zgon­ne.

Ko­niecz­no­ści dzie­jo­we chwi­lę sta­now­cze­go pa­so­wa­nia się z Mo­skwą wy­zna­czy­ły naj­niesz­czę­śli­wiej. Przy­cho­dzi­ła ona na nas, gdy­śmy po Ba­to­rych do­sta­li wy­cho­wań­ca Je­zu­itów Zyg­mun­ta III. i po to­le­ran­cyi re­li­gij­ną żar­li­wą pro­pa­gan­dę. Ole­śnic­kie­mu za­wdzię­cza­my że­śmy ode­pchnę­li od sie­bie Cze­chów dla ich hus­sy­ty­zmu; Je­zu­itom dwo­ru Zyg­mun­ta III. że­śmy dla sy­zmy nie uczy­ni­li unij z Mo­skwą.

– Po dwa­kroć pa­dli­śmy ofia­rą wier­no­ści na­szej śle­pej dla Rzy­mu, nie li­cząc tego, że­śmy po­ślu­bi­li jego oba­wę świa­tła, na­uki i fa­na­tyzm, wsz­cze­pia­jąc go po­wo­li w po­li­ty­kę na­szą…

Rzy­mo­wi uśmie­cha­ło się tak­że prze­jed­na­nie z ko­ścio­łem wschod­nim, ale uży­wał ku temu Po­sse­wi­nów, a my za­miast ob­my­ślać środ­ki unij sami, bra­li­śmy je z ręki za­ko­nu, kie­ro­wa­ne­go z Rzy­mu, któ­ry nig­dy nie znał sto­sun­ków na­szych, kra­ju, jego na­tu­ry i po­trzeb.

Od po­cząt­ku więc sie­dem­na­ste­go wie­ku prze­wi­dy­wać się… dają na­stęp­stwa wiel­kiej prze­gra­nej pod Mo­skwą… od tej epo­ki po­czy­na się groź­niej­sze co­raz wzma­ga­nie w po­tę­gę pań­stwa ro­syj­skie­go, któ­re się jed­no­czy, cen­tra­li­zu­je, uosa­bia w jed­nym czło­wie­ku, aby ru­nąć na nas sto­ją­cych mu­rem we wro­tach Eu­ro­py… Mo­skwa in­stynk­to­wo czu­je, że ztam­tąd ma jej pły­nąć świa­tło i ży­cie… że my ta­mu­je­my jej po­chód dal­szy… – musi więc cię­żyć na tę nie­szczę­śli­wą Pol­skę, któ­rą, we­wnętrz­ne wal­ki idei osła­bia­ją,.

Ośmią wie­ka­mi bytu skrze­pio­ny or­ga­nizm rze­czy­po­spo­li­tej, cia­ło jej spe­cy­ficz­nie róż­ne od wszyst­kie­go co gdzie­kol­wiek wi­dzie­my w Eu­ro­pie – choć na po­zór zda­wa­ły się sła­be, po­tęż­ną mia­ły siłę w so­bie. – W tych sa­mych wa­run­kach na­pa­dów, na­ci­sku, we­wnętrz­nej roz­ter­ki sta­nów, wiar, idei – może ża­den inny na­ród nie był­by wy­trwał. – Śmia­no się z tej bar­ba­rzyń­skiej, z tu­rec­ka odzia­nej, po fran­cuz­ku szcze­bio­czą­cej, po ła­ci­nie re­to­ry­zu­ją­cej, w mia­stach nie­miec­kiej, na kre­sach ru­skiej, u bał­ty­ku li­tew­skiej, w pru­sach ger­mań­skiej rze­czy­po­spo­li­tej, któ­rą kil­ku ma­gna­tów niby i kil­ka­kroć szlach­ty na bar­kach nio­sło – śmia­no się z tego dzi­wacz­ne­go utwo­ru wie­ków, szar­pa­no go i rzu­ca­no się nań, a zmódz go było nie­po­dob­na. Achil­le­so­wej pię­ty nie zna­le­zio­no do­tąd… Pró­bo­wa­no orę­żem i krwi po­to­ka­mi.. ale gło­wy od­ra­sta­ły – pró­bo­wa­no zdra­dą a nie ima­ła się twar­de­go cia­ła – aż przy­szło ze­psu­cie i zgni­li­zna we­wnętrz­na i te, je­śli nie całą Pol­skę, to jej wierzch­ne czę­ści prze­ja­dły.

Już za Jana Ka­zi­mie­rza zja­wia się groź­ba roz­bio­ru… Do­syć jest po­ro­zu­mieć się są­sia­dom, sprzy­mie­rzyć, po­łą­czyć – nec Her­cu­les con­tra plu­res, ro­ze­drą Pol­skę…

Ro­ze­drzeć ją, było rze­czą moż­li­wą, za­bić nie­po­dob­ną. Ro­sya po­słan­nic­twu swo­je­mu nie­spro­sta­ła, bo po­win­na była dą­żyć do zdo­by­cia Pol­ski ca­łej i do po­łą­cze­nia się z nią, a dala ją ro­ze­drzeć. – Za ten wy­stę­pek dzie­jo­wy i za wie­le in­nych cze­ka ją po­ku­ta… Nie mo­gąc od razu po­chło­nąć, nie umie­jąc cze­kać, nie czu­jąc w so­bie do­stat­niej mocy, Ro­sya do­pusz­cza nie­przy­ja­ciół swo­ich i Pol­ski – Ger­ma­nów do po­dzia­łu i go­tu­je so­bie dłu­gi sze­reg klęsk nie­uchron­nych… a strasz­niej­sze jesz­cze dla Pol­ski…

Gdy­by nie woj­ny i wal­ki w sa­mym ło­nie roz­bi­tych Nie­miec, usi­łu­ją­cych się zlać bez­wied­nie, po­dział Pol­ski był­by wcze­śniej jesz­cze na­stą­pił. Au­gust II. wzna­wia on trak­to­wa­nie.

Gu­sta­wow­ski wy­rok na Pol­skę od­ro­czo­ny tyl­ko, wisi nad nią; oko­licz­no­ści speł­nić go nie do­zwa­la­ją. Już za pa­no­wa­nia Sa­sów wy­cień­czo­na, osła­bła, za­je­cha­na, zwich­nię­ta na du­chu, ze­psu­ta w przo­dow­ni­kach Pol­ska nie jest nie­pod­le­gła, choć się nią być łu­dzi. Pole elek­cyj­ne po­zor­nie swo­bod­ne jest sza­chow­ni­cą, na któ­rej ro­ze­gry­wa­ją się par­tye Fran­cyi, Au­stryi, Prus i Ro­syi. Au­gu­sta III. na­rzu­ca prze­moc… pa­no­wa­nie jego wy­cień­czyć ma osta­tecz­nie, spa­ra­li­żo­wać… roz­bro­ić, aby nas wzię­to jak uśpio­ne­go i upo­jo­ne­go na łożu… skrę­po­waw­szy go we śnie. Przy­czyn tego upad­ku i za­śle­pie­nia ca­łe­go na­ro­du, któ­re nie da­wa­ły mu wi­dzieć nie­bez­pie­czeń­stwa, a w pro­ro­ko­wa­ne nie do­zwa­la­ły uwie­rzyć – okre­ślić trud­no… Duch na­ro­du zbyt był szla­chet­nym by w szka­ra­dę czy­ha­ją­cą, pod­ko­pu­ją­cą się po­deń uwie­rzył, by ją na­wet przy­pusz­czał. Wie­rzy­li­śmy w sło­wa, nig­dy się nie do­ba­dy­wa­jąc czy isto­ta tak­tów im od­po­wia­da­ła. Szli­śmy za wiel­ką cho­rą­gwią or­ło­wą, gdy rze­czo­no że idzie­my na zło i fałsz… a fałsz i zło za­sła­nia­ło się fał­da­mi tej cho­rą­gwi…

Ide­ali­ści, śle­pi by­li­śmy od za­pa­trze­nia się w słoń­ce… W imię wiel­ko­brz­mią­cych wy­ra­zów po­pro­wa­dzić nas było moż­na aż do prze­pa­ści.

Lecz nie jest rze­czą, na­szą kre­ślić ob­raz prze­szło­ści po­prze­dza­ją­cej wiel­ką ka­ta­stro­fę, do­syć ją tyl­ko przy­po­mnieć…

"Wie­my jak na tron pol­ski, zwa­ny jesz­cze elek­cyj­nym, do­stał się Sta­ni­sław Au­gust, wolą i ła­ską Ka­ta­rzy­ny II. Ce­sa­rzo­wa była już w Pol­sce wszech­wład­ną a by­ła­by owład­nę­ła rzecz­po­spo­li­tą, gdy­by nie pra­gnie­nie zdo­by­czy na Tur­cyi, gdy­by nie żą­dza roz­prze­strze­nie­nia się wszech­stron­nie, któ­ra Au­strya i Pru­sy oszczę­dzać i jed­nać so­bie ka­za­ła…

Nig­dy wy­bór czło­wie­ka prze­zna­czo­ne­go na zgu­bę na­ro­du traf­niej­szym być nie mógł. Ce­sa­rzo­wa nie przez mi­łość dla Po­nia­tow­skie­go sa­dzi­ła go na tro­nie, lecz przez naj­prze­bie­glej­szą ra­chu­bę. Miał naj­świet­niej­sze przy­mio­ty, ja­kie kie­dy­kol­wiek sła­by cha­rak­ter po­kry­wać mo­gły. Było to dzie­cię wie­ku ze­psu­te, z któ­re­go wy­cho­wa­nie wszel­ką ry­cer­skość du­cha wy­ssa­ło… da­jąc mu na­to­miast naj­bły­sko­tliw­szą ogła­dę, naj­bar­dziej uj­mu­ją­cą ła­god­ność, naj­znie­wie­ściel­szą za­lot­ność… i naj­bez­wstyd­niej­szą bez­sil­ność.

W chwi­li gdy Sta­ni­sław Au­gust wstę­po­wał na tron pol­ski, w ca­łej Eu­ro­pie czuć już było drga­nia przy­go­to­wu­ją­ce wiel­ki ka­ta­klyzm koń­ca wie­ku.

Fran­cya prze­zna­czo­ną była aby tam wy­buchł ów wul­kan, któ­re­go la­wa­mi na dłu­go za­lać się mia­ły eu­ro­pej­skie niwy. – De­spo­tyzm i ze­psu­cie mo­ral­ne, któ­re oto­cze­nie jego sze­rzy­ło, go­to­wa­ły gwał­tow­ną re­ak­cyą… Re­wo­lu­cya fran­cuz­ka wy­bu­chła za Lu­dwi­ka XVI., ale ko­niecz­ność jej wid­ną jest, za XIV.

Ten król-słoń­ce zwia­stu­je bez­kró­le­wie. Bez­brzeż­na wła­dza i zu­żyt­ko­wy­wa­nie pań­stwa przez jed­ne­go czło­wie­ka, za­po­wia­da pra­wem ko­niecz­nem pa­no­wa­nie tłu­mów i de­spo­tyzm mo­tło­chu…

Fran­cya mo­ral­nie pod­ko­pa­na ze­psu­ciem oby­cza­jów, wy­cień­cze­niem cha­rak­te­rów, nie po­tra­fi się zdo­być na spo­koj­ną, nor­mal­ną wal­kę o pra­wa swe zdep­ta­ne – musi szu­kać oca­le­nia w re­wo­lu­cyi, we krwi i sza­łach… Szał mo­nar­chicz­ny – l'état c'est moi! – ro­dzi na­stęp­stwem na­tu­ral­nem szał re­wo­lu­cyi i gi­lo­ty­nę. – La li­be­rié ou la mort! Zwia­stu­na­mi wiel­kiej bu­rzy są ja­sne ko­me­ty prze­bie­ga­ją­ce po nie­bie… Z ziarn śpią­cych od cza­sów re­for­my… ro­dzą się tu naj­śmiel­sze po­mysł… Wszyst­kie dążą do jed­ne­go – oba­lić to co jest, bo co jest, złem i po­czwar­nem jest…

Wiek XVIII. czu­je po­trze­bę wyj­ścia ze sta­rych ko­lei, choć jesz­cze nie wie na ja­kie nowe wpad­nie tory… Ide­ały po­chwy­co­ne z dzie­jów zda­ją mu się zba­wie­niem… cho­ciaż hi­sto­ryą prze­twa­rza i ro­zu­mie we­dle swej chu­ci.

Prąd no­wych idei – rzecz szcze­gól­na – na­przód szczy­ta­mi pły­nie… Naj­wyż­sze klas­sy spo­łe­czeń­stwa przy­kla­sku­ją mu, na tro­nach ma zwo­len­ni­ków i wiel­bi­cie­li… Sta­ni­sław Au­gust w bi­blio­te­ce swej, zo­staw­szy kró­lem, sta­wi po­sąg Vol­ta­iro­wi, Ka­ta­rzy­na z nim ko­re­spon­du­je, Fry­de­ryk go wabi, Jó­zef II. na­śla­du­je ich obo­je…

W Pol­sce jed­nak po­czą­tek pa­no­wa­nia Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta nie od­zna­cza się wca­le ce­chą tego re­for­ma­tor­stwa… Pol­ska jest jesz­cze wier­nie ka­to­lic­ką, fa­na­tycz­nie na­wet uspo­so­bio­ną, i daw­nej swej to­le­ran­cyi tak da­le­ce nie­pa­mięt­ną, że daje obro­nę dys­sy­den­tów w ręce ob­cych jako nie­szczę­sne de­kom­po­zy­cji na­rzę­dzie. Tyl­ko w klas­sach wyż­szych już od cza­sów Jana Ka­zi­mie­rza i So­bie­skie­go co­raz bar­dziej fran­cu­zie­ją­cych… jawi się, ów prąd nowy… a w na­iw­no­ści swej pa­no­wie i pa­nie są­dzą że go z ka­to­li­cy­zmem ja­koś oże­nić po­tra­fią. Szcze­gól­ny to fe­no­men owe­go wie­ku, to po­słu­szeń­stwo mo­dzie i kom­pro­mis z su­mie­niem. Sta­ni­sław Au­gust nie gra roli świę­tosz­ka, to praw­da, ale wiel­ka część wyż­sze­go spo­łe­czeń­stwa, już re­li­gią ma tyl­ko jak płaszcz, do wyj­ścia na uli­cę – a w domu czci Vol­ta­ira…

Mało jest jaw­nych nie­do­wiar­ków, lecz w wyż­szem spo­łe­czeń­stwie fa­na­ty­zmu też nie­ma, a gor­li­wość wiel­ka rzad­ką. Za to moż­niej­sza szlach­ta i drob­na, wszyst­ko co na do­mo­wym ro­sło grun­cie, szcze­rze i po­czci­wie ka­to­lic­kie, po­wiedz­my le­piej chrze­ściań­skie…

Ka­to­li­cyzm splótł się z ży­ciem, wsiąk­nął w nie tak głę­bo­ko, że chcąc go wy­ko­rze­nić, samo ży­cie wy­drzeć­by po­trze­ba. Lecz, z wy­jąt­ka­mi nie wie­lu, zdro­wa to wia­ra czy­nu i uczu­cia, nie mę­dru­ją­ca nie po­le­mi­zu­ją­ca a mi­łu­ją­ca Chry­stu­sa, bo Chry­stus był mi­ło­ścią.

W po­rząd­ku spo­łecz­nym choć od cza­sów Mo­sko­rzow­skich i Sta­ro­wol­skie­go, choć od przy­się­gi Jana Ka­zi­mie­rza – wi­dzia­no po­trze­bę re­for­my sto­sun­ków – pod­nie­sie­nie sta­nu wie­śnia­cze­go, nada­nie swo­bód a ra­czej praw tym, co żad­nych nie mie­li; – choć na Rusi od Chmiel­nic­kie­go chłop gło­wę pod­no­sił – trzy­mał się sta­ry po­rzą­dek pa­try­ar­chal­ny siłą, jaką mu nada­ły wie­ki. To wap­no i ce­gła i ka­mie­nie zro­sły się jed­nym mu­rem.

Na dnie może coś sta­ro­sło­wiań­skiej de­mo­kra­tycz­nej gmi­ny pa­mią­tek zo­sta­ło, na Rusi – hro­ma­da we­li­kij cze­ło­wik, wię­cej niż in­dziej – ale to było bez­sil­nem… Dzia­ły się uci­ski jak wszę­dzie, mo­gły być nad­uży­cia, a prze­cież ów pa­try­ar­chal­ny po­rzą­dek nie był w ogó­le tak cięż­kim, jak się zda­la wy­da­wał… Do zła­ma­nia go po­trze­ba było pod­dmu­chu ob­cych…

Po sta­re­mu jesz­cze wy­glą­da­ła rzecz­po­spo­li­ta, a nie­co po bar­ba­rzyń­sku dla tych, co jej nie ro­zu­mie­li i co ze zbyt­ków za­chod­nich i ogła­dy wjeż­dża­li w ten kraj su­row­szych oby­cza­jów i ży­cia. Dla tego też pierw­szem za­da­niem kró­la Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta sta­ło się owo cy­wi­li­zo­wa­nie, któ­re zwia­sto­wał jako swój naj­święt­szy obo­wią­zek… Nie za­sta­na­wia­no się zbyt głę­bo­ko nad tem, ja­kie­mi try­by na­le­ża­ło świa­tło roz­le­wać na po­mro­ki od­wiecz­ne, ani jak ono po­dzia­ła – za­sa­dzo­no może oświa­tę nie na­tem co ją sta­no­wi­ło w isto­cie – lecz wy­wie­szo­no jej go­dło. – W tem prze­bu­dze­niu u góry Vol­ta­ire nie­co po­psuł spra­wy Loy­oli – na­prze­ciw ob­wi­nio­nych o Al­wa­ra, sta­nę­li Pi­ja­ro­wie z gram­ma­ty­ką fran­cuz­ką.

Chwi­lo­wo fran­cuz­czy­zna mo­gła się zda­wać i być po­stę­pem, ale pod wzglę­dem oby­cza­jo­wym nio­sła zra­zu z sobą ogła­dę bez pod­sta­wy… i od­rą­ba­ła całą jed­ną kla­sę na­ro­du od jego resz­ty…

To co mó­wi­ło i żyło po fran­cuz­ku sta­no­wi­ło od­ręb­ny świat, brzy­dzą­cy się nie­mal tą Pol­ską, któ­ra dlań była bar­ba­rzyń­ską… Tędy wci­snął się ko­smo­po­li­tyzm… mi­łość wiel­kiej mo­nar­chi­ni, Se­mi­ra­mi­dy pół­no­cy, uwiel­bie­nie dla kró­la fi­lo­zo­fa, może na­wet sym­pa­tya póź­niej dla ce­sa­rza re­for­ma­to­ra… Dla sfran­cu­zia­łych gdzie tyl­ko brzmiał ten ję­zyk była oj­czy­zna i mo­gli na­wet bez zgry­zo­ty su­mie­nia sprze­dać wła­sną temu co do nich po fran­cuz­ku za­ga­dał.

Ten ję­zyk całą kla­sę, ja­ke­śmy rze­kli, wjdzie­lił, obcą uczy­nił na­ro­do­wi.

Nie mamy co mó­wić o wpły­wie Nie­miec w tej epo­ce, nie było go wca­le, du­cho­wo one się jesz­cze nie zbu­dzi­ły, a Fry­de­ryk Wiel­ki pi­sał po fran­cuz­ku.

Wpływ też ro­syj­ski nie był pod wzglę­dem tre­ści ży­cia zna­czą­cym… Je­ne­ra­ło­wie mó­wią­cy po fran­cuz­ku ba­ła­mu­ci­li pięk­ne pa­nie, ze­psu­cie i prze­kup­stwo szło z nie­mi – nic wię­cej. Ży­wioł wszak­że ru­ski grał wiel­ką rolę w Pol­sce i z du­chem pol­skim się bra­tał, póki umyśl­nie ich nie zwa­śnio­no…

W zie­miach ru­skich, wie­śniak się chęt­nie uczył przy dwo­rze po pol­sku, a pan czę­sto pod do­bry hu­mor, za­nu­cił dum­kę ru­ską, lub pal­nął do­sad­nem przy­sło­wiem. Nie było wal­ki mię­dzy brat­nie­mi ję­zy­ka­mi, plo­tły się z sobą jak dzie­ci w ko­leb­ce…

Cię­żej było ze star­szą a od­ręb­niej­szą mową li­tew­ską, któ­ra się ze­spo­lić z na­szą nie mo­gła, ani jej ustę­po­wa­ła miej­sca… ale i ta szła jak sio­stra po­słusz­na za brać­mi.

W mia­stach prze­wa­ża­ją­cy daw­niej ży­wioł nie­miec­ki wy­gasł był pra­wie, gdzie go nowe za­cią­gi, jak w sto­li­cy, nie pod­sy­ca­ły. Kra­kow­skie­mu miesz­czań­stwu imio­na zo­sta­ły nie­miec­kie, ser­ca po­ro­sły pol­skie. Tak i gdzie in­dziej.

Pro­te­stan­tyzm nie prze­śla­do­wa­ny nie sta­wił się nie­przy­ja­ciel­sko, ani komu za­wa­dzał. Sta­ra ro­do­wa ku Niem­com nie­chęć i wstrę­ty trwa­ły wpraw­dzie, choć je wie­ki znacz­nie zła­go­dzi­ły. Ko­chać nie mie­li­śmy za co, nie­na­wi­dzieć jesz­cze­śmy nie mie­li po­wo­du – śmia­no się ze szwar­go­tu, har­ca­pa i fracz­ka… Mia­sta we­ge­to­wa­ły w ci­szy, na­wet tych swo­bód nie śmie­jąc za­ży­wać, któ­re już za Zyg­mun­ta Au­gu­sta im po­nada­wa­no…

We­szli za Pia­stów jesz­cze do Pol­ski ży­dzi, sze­ro­ko w niej go­ści­li. Był to ży­wioł już w owych cza­sach tak wro­sły w cia­ło rze­czy­po­spo­li­tej, że się z nim ra­cho­wać na­le­ża­ło… Wśród po­gar­dy, lek­ce­wa­że­nia, po­py­cha­nia, izra­eli­ci z za­cię­to­ścią nie­zmo­żo­ną po­tra­fi­li zor­ga­ni­zo­wać sta­tus in sta­tu, a w ży­ciu stać się nie­zbęd­ne­mi… Słu­ży­li szlach­cie a pa­no­wa­li nad wie­śnia­kiem… Han­del cały był w ich rę­kach, pie­niądz przez nich prze­cho­dził, pra­co­wi­tość ich i za­po­bie­gli­wość da­wa­ła im bo­gac­twa – zży­ma­no się i sro­żo­no, ale ani się po­zbyć, ani re­for­mo­wać nie umia­no.

Izra­eli­ci sami nie przy­pusz­cza­li na­ów­czas, aby gdzie­kol­wiek­bądź mo­gli ze­spo­lić się z obcą a nie­na­wist­ną na­ro­do­wo­ścią. – Nie ma­jąc współ­za­wod­ni­ków w han­dlu pie­nięż­nym, cią­gnę­li z nie­go zy­ski ogrom­ne. Nie­opatrz­ność bę­dą­ca w cha­rak­te­rze na­szym, po­sił­ko­wa­ła im w tej dra­pież­nej pra­cy.

Nie ubli­ża to by­najm­niej dzi­siej­szym izra­eli­tom, co o ich przod­kach praw­da i hi­sto­rya mó­wią, – wy­łącz­ne pra­wa wszę­dzie two­rzą wy­łącz­ne a pa­so­rzyt­ne kla­sy…

Rzecz­po­spo­li­ta po sta­re­mu dzie­li­ła się jesz­cze bar­dzo do­bit­nie na sta­ny… Acz w szla­chec­twie nie było stop­ni i rów­ność na­le­ża­ła do za­sad­ni­czych praw ry­cer­stwa, w rze­czy se­na­tor­skie rody i ma­gna­ci osob­ną sta­no­wi­li ka­stę. Pra­wo jej nie zna­ło, ale oby­czaj wy­two­rzył. Przo­do­wa­li i rej wie­dli ma­gna­ci, któ­rych dwo­ry i domy na dwa po­dzie­lić moż­na od­cie­nie. Sta­ro­pol­ski pan nie stra­cił ani ce­chy ze­wnętrz­nej, stro­ju na­ro­do­we­go, ani ję­zy­ka, ani po­czu­cia związ­ku swo­je­go z ca­ło­ścią. Tych do­mów sta­rych było jesz­cze do­syć za cza­sów Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta, acz licz­ba ich przez nowe wy­cho­wa­nie mło­dzie­ży się zmniej­sza­ła. – Domy pań­skie za­gra­nicz­nej kul­tu­ry licz­niej­sze, więk­sze­go za­ży­wa­ją­ce wpły­wu, po­li­tycz­nie czyn­niej­sze, były u ste­ru… Ko­smo­po­li­tyzm był ich ce­chą… Vol­ta­ire uczył ich być ludź­mi, a ośmie­szył im Pol­skę.

Pod tą zło­co­ną sko­ru­pą le­żał cały świat szla­chec­ki, bo­daj jesz­cze pra­wie taki, ja­kim go z żyw­ca Pa­sek ma­lo­wał… Byli to z koni zsa­dze­ni ry­ce­rze, z ową fan­ta­zyą sta­rą, z ową butą kró­le­wiąt, z ser­cem naj­pocz­ciw­szem, z gło­wą roz­ma­rzo­ną choć czę­sto pu­stą.. Ser­ce ich wio­dło, uczu­cie im ste­ro­wa­ło… W gnie­wie za­bić go­to­wi, umi­ło­waw­szy, na śmierć szli sami. Na­ród to był… jak mrów­ki na mszy­cach, sie­dzą­cy na nie­oświe­co­nych wie­śnia­kach… Lecz gdy wie­śniak-mszy­ca, w imie Chry­stu­so­wej mi­ło­ści prze­mó­wił, ści­ska­no go jak bra­ta… Że­bra­cy trzy­ma­li do chrztu dzie­ci pań­skie, gro­ma­dy ku­ma­ły się z dwo­ra­mi… Mimo szcze­pio­ne­go fa­na­ty­zmu ser­ce pol­skie obu­rza­ło się nań.. prze­ba­cza­no go mni­chom, lecz nie prak­ty­ko­wa­no… Re­li­gia po­ję­ta, przy­swo­jo­na, uko­cha­na, zro­zu­mia­na ser­ca­mi jak może nig­dzie w świe­cie, od ko­leb­ki do gro­bu świe­ci­ła gwiaz­dą prze­wod­nią; lecz nie owa mie­czo­wa, krzy­żac­ka, je­zu­ic­ka a fa­na­tycz­na co roz­grze­sza byle jej kto pa­no­wać po­ma­gał – ale ła­god­na, ser­decz­na, ewan­ge­licz­na.. z otwar­tą pier­sią a dło­nią.

Mię­dzy du­cho­wień­stwem a szlach­tą, jed­nej mat­ki dziat­ki, pa­no­wa­ła har­mo­nia, któ­ra się nie ry­chło roz­stra­jać za­czę­ła. Ple­ba­nia, klasz­tór, były to go­spo­dy – a da­chy, bez któ­rych się obejść nie umia­no…

W ma­jęt­niej­szych dwo­rach, rzad­ko się obe­szło bez ka­pe­la­na…

Wszyst­kie te ży­wio­ły ra­zem sta­no­wi­ły ową prze­cho­wa­ną za dłu­go sta­ro­żyt­ną Pol­skę, któ­ra dziw­nie może wy­glą­da­ła ze swą śre­dnio­wiecz­ną fi­zy­ogno­mią wśród XVIII. wie­ku, ale była peł­nym bar­wy, wdzię­ku, fan­ta­zyi ob­ra­zem… do­pie­ro za pa­no­wa­nia Sta­ni­sła­wa po­wo­li bled­nąć po­czy­na­ją­cym. Dzie­więć wie­ków skła­da­ło się na bu­do­wę, na jej rysy, mchy, po­ro­sty, grzy­by i stward­nia­łe ce­men­ty… te­raź­niej­szy (osiem­na­sty) ze wszech stron po­czy­nał ją pod­my­wać, łu­pać… cio­sać… i prze­ra­bia­jąc bu­rzyć…

Ostat­nią pie­śnią szla­chec­kiej rze­czy­po­spo­li­tej… był hymn Bar­skich kon­fe­de­ra­tów. Z nie­mi pa­da­ła Pol­ska sta­ra, ka­to­lic­ka, – ry­cer­ska… na jej ster­czą­cych gru­zach… już inne po­wie­wa­ły cho­rą­gwie…
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: