Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

PS I Like You - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
12 października 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
37,90

PS I Like You - ebook

Co robisz, gdy podczas lekcji chemii zamiast pierwiastków wirują ci w głowie fragmenty ulubionych piosenek?

Lily po prostu zapisała wers z ukochanego utworu na ławce. Niczego nie oczekiwała, a jednak następnego dnia zobaczyła, że ktoś dopisał kolejne zdanie. Ktoś, kto najwyraźniej zna tekst tej piosenki. Jak to możliwe, że w tej nudnej szkole ktoś także kocha alternatywne zespoły?

Wkrótce ławkowa korespondencja między Lily a tajemniczym miłośnikiem muzyki nabiera tempa. Rozmawiają nie tylko o muzyce, ale i o swoich problemach i stają się sobie coraz bliżsi. Kim jest ta tajemnicza bratnia dusza?

 

Pogodna, pełna wdzięku i ciepła historia o przyjaźni i miłości, i o tym, że nigdy nie warto nikogo sądzić po pozorach.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-966143-1-5
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

_Ude­rze­nie pio­runa. Atak rekina. Wygrana na lote­rii._

Nie. Prze­kre­śli­łam wszyst­kie te słowa. Zbyt ste­reo­ty­powe.

Postu­ka­łam dłu­go­pi­sem w usta.

_Rzad­kie._ Co jest rzad­kie? _Kupa._ – Uśmiech­nę­łam się w duchu. W pio­sence brzmia­łoby to zabój­czo.

Poskre­śla­łam jesz­cze tro­chę dłu­go­pi­sem, zama­zu­jąc słowa tak, że stały się nie­czy­telne, ale w końcu dopi­sa­łam jesz­cze jedno. _Miłość._ W moim świe­cie była to praw­dziwa rzad­kość. Przy­naj­mniej w jej roman­tycz­nej wer­sji.

Lau­ren Jef­fries, dziew­czyna sie­dząca obok mnie, chrząk­nęła. Dopiero wtedy zauwa­ży­łam, jaka cisza panuje w kla­sie, jak bar­dzo odpły­nę­łam znów w swój wła­sny kosmos, odci­na­jąc się od ota­cza­ją­cego mnie świata. Przez ostat­nie kilka lat nauczy­łam się żyć ze spusz­czoną głową i wie­dzia­łam, jak sobie teraz pora­dzić z nie­po­żą­da­nym zain­te­re­so­wa­niem. Przy­kry­łam książką do che­mii zeszyt pełen tek­stów pio­se­nek oraz moich szki­ców i powoli pod­nio­słam głowę.

Spoj­rze­nie pana Ortegi było sku­pione na mnie.

– Witamy znów na lek­cji, Lily.

Wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem.

– Nie­wąt­pli­wie pisa­łaś teraz odpo­wiedź – zauwa­żył.

– Nie­wąt­pli­wie. – Sztuka pole­gała na tym, żeby grać nie­wzru­szoną, jak­bym nie miała uczuć.

Pan Ortega, zgod­nie z moimi ocze­ki­wa­niami, odpu­ścił mi i prze­szedł do obja­śnia­nia tematu prze­wi­dzia­nego na przy­szły tydzień i wska­zy­wa­nia, co będziemy musieli prze­czy­tać, żeby się do niego przy­go­to­wać. Skoro tak szybko dał mi spo­kój, pomy­śla­łam, że po lek­cji wymknę się nie­zau­wa­żona, ale jak tylko zabrzmiał dzwo­nek, zawo­łał mnie do sie­bie.

– Panno Abbott? Pro­szę poświę­cić mi minutę.

Szu­ka­łam w gło­wie dobrego powodu, który pozwo­liłby mi wyjść z resztą klasy.

– Jesteś mi winna cho­ciaż tę jedną minutę, bio­rąc pod uwagę, że co naj­mniej pięć­dzie­się­ciu pię­ciu wcze­śniej­szych zde­cy­do­wa­nie mi nie poświę­ci­łaś.

Ostatni ucznio­wie opu­ścili klasę, a ja pode­szłam kilka kro­ków bli­żej.

– Bar­dzo prze­pra­szam, panie Ortega – zaczę­łam tłu­ma­czyć. – Che­mia i ja nie­zbyt do sie­bie pasu­jemy.

Wes­tchnął.

– To działa w obie strony, a ty nie wypeł­niasz swo­ich obo­wiąz­ków.

– Wiem. Posta­ram się popra­wić.

– Ow­szem, będziesz musiała. Jeżeli jesz­cze raz zoba­czę twój zeszyt, trafi w moje ręce.

Zdu­si­łam w sobie jęk. Jak mia­ła­bym wytrzy­mać codzienne pięć­dzie­siąt pięć minut tor­tur bez żad­nej odskoczni?

– Muszę prze­cież robić notatki. Notatki z che­mii. – Co prawda, nawet nie pamię­ta­łam, kiedy ostat­nio zda­rzyło mi się spo­rzą­dzić jakąś notatkę z che­mii, nie mówiąc już o licz­bie mno­giej.

– Wystar­czy oddzielna kartka, którą poka­żesz mi pod koniec każ­dej lek­cji.

Przy­ci­snę­łam do piersi swój uko­chany zie­lono-fio­le­towy zeszyt. Mia­łam w nim setki pomy­słów na pio­senki i próbki tek­stów, nie­do­koń­czone wersy, bazgroły i szkice. To wła­śnie trzy­mało mnie przy życiu.

– To okrutna i szcze­gólna kara.

Zaśmiał się.

– Płacą mi za to, żebym poma­gał ci zali­czyć mój przed­miot. Nie masz innego wyboru.

Mogła­bym pod­su­nąć mu całą listę innych moż­li­wo­ści.

– Sądzę, że doszli­śmy do poro­zu­mie­nia.

Nie nazwa­ła­bym tego poro­zu­mie­niem. To ozna­cza­łoby, że oboje mie­li­śmy w tej spra­wie coś do powie­dze­nia. Lep­szym okre­śle­niem byłoby: zarzą­dze­nie, dekret… edykt_._

– Chcesz coś jesz­cze powie­dzieć? – zapy­tał pan Ortega.

– Słu­cham? Och. Nie, wszystko jasne. Do zoba­cze­nia jutro.

– Bez zeszytu! – zawo­łał za mną.

Odcze­ka­łam, aż drzwi się za mną zamkną, po czym znów wyję­łam tam­ten zeszyt i zapi­sa­łam na rogu strony słowo „edykt”. Dobre było. Nie­zbyt ograne. Gdy pisa­łam, wal­nę­łam kogoś ramie­niem tak, że o mało się nie wyło­ży­łam.

– Uwa­żaj, Magnes – powie­dział koleś z ostat­niej klasy, któ­rego led­wie koja­rzy­łam.

Dwa lata, a ludzie jesz­cze nie daro­wali sobie tej ksywki. Nie zare­ago­wa­łam, ale gdy mnie mijał, wyobra­zi­łam sobie, że rzu­cam mu w plecy dłu­go­pi­sem jak strzałką.

– Wyglą­dasz, jak­byś miała ochotę kogoś udu­sić – stwier­dziła Isa­bel Gon­za­les, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, rów­na­jąc krok z moim.

– Czemu ludzie wciąż pamię­tają tę durną fraszkę, którą uło­żył Cade? – mruk­nę­łam. Nie­sforny kosmyk moich ciem­no­kasz­ta­no­wych wło­sów wymknął się z uwięzi spi­nek i nasu­nął mi na twarz. Upchnę­łam go za uchem. – Nawet się zbyt­nio nie rymo­wała.

– Fraszki nie muszą być do rymu.

– Wiem. Nie mówię o jego talen­cie frasz­ko­pi­sar­skim. Mówię tylko, że całe to towa­rzy­stwo nie powinno już jej pamię­tać. A jed­nak. I to po dwóch latach, choć nie było w niej nic chwy­tli­wego.

– Tak mi przy­kro – powie­działa Isa­bel, bio­rąc mnie pod rękę.

Pokrę­ci­łam głową.

– Nie musisz za niego prze­pra­szać. Już prze­cież z nim nie cho­dzisz. Poza tym nie chcę, żebyś mi współ­czuła.

– A jed­nak współ­czuję. To głu­pie i dzie­cinne. Myślę, że ludzie powta­rzają to z przy­zwy­cza­je­nia, nie zasta­na­wia­jąc się w ogóle, co mówią.

Nie byłam pewna, czy się z nią zga­dzam, ale wola­łam zmie­nić temat.

– Pan Ortega nie życzy sobie mojego zeszytu na swo­ich lek­cjach.

Isa­bel się roze­śmiała.

– Ooo, więc jak prze­ży­jesz bez tak waż­nego organu?

– Sama nie wiem. I to aku­rat na che­mii. Jak można ocze­ki­wać, że ktoś będzie na niej uwa­żał?

– Ja lubię che­mię.

– Powiem ina­czej: jak można ocze­ki­wać, że ktoś nor­malny będzie na niej uwa­żał?

– Uwa­żasz, że jesteś nor­malna?

Pochy­li­łam głowę, uzna­jąc jej wygraną.

Gdy doszły­śmy do roz­wi­dle­nia ścieżki tuż za budyn­kiem B, zatrzy­ma­ły­śmy się. Kra­jo­braz po obu stro­nach ścieżki, uka­zu­jący różo­wawe skały, był dziś szcze­gól­nie spo­wity pyłem. Prze­su­nę­łam stopą w czer­wo­nym sni­ker­sie kilka kamy­ków na dro­dze.

Wie­dzia­łam, że takie ukształ­to­wa­nie terenu sprzyja ochro­nie zaso­bów wod­nych, ale z bli­ska te ari­zoń­skie pej­zaże wyda­wały mi się mało inspi­ru­jące. Żeby zna­leźć w tym ple­ne­rze natchnie­nie, musia­łam przy­pa­try­wać się mu z pew­nej odle­gło­ści, a to przy­po­mniało mi, że warto pod­nieść wzrok. Cho­ciaż beżowe budynki i tłumy uczniów wyglą­dały nie­wiele lepiej niż te skały.

– To jak, na obiad dzi­siaj pod­róba mek­sy­kań­skiego żar­cia? – zapy­ta­łam Isa­bel, gdy mijały nas Lau­ren, Sasha i ich psiap­siółki.

Isa­bel zagry­zła wargę, na jej twa­rzy odma­lo­wało się zmar­twie­nie.

– Gabriel umó­wił się dziś ze mną poza kam­pu­sem z oka­zji naszej dru­giej mie­sięcz­nicy. Pasuje? Bo mogę to odwo­łać.

– Racja. Wasza druga mie­sięcz­nica. To dzi­siaj? Zapo­mnia­łam zabrać z domu pre­zent.

Isa­bel prze­wró­ciła oczami.

– Co dla mnie masz? Cha­łup­ni­czej roboty książkę o tym, dla­czego nie wolno ufać face­tom?

Poło­ży­łam dłoń na piersi i wes­tchnę­łam.

– To abso­lut­nie nie w moim stylu. Mój tytuł brzmi: _Skąd wia­domo, że z niego samo­lubna świ­nia._ Ale mniej­sza o to.

Wybuch­nęła śmie­chem.

– Ale w związku z Gabrie­lem ni­gdy nie dała­bym ci takiej książki – doda­łam, sztur­cha­jąc Isa­bel. – Naprawdę go lubię. Wiesz o tym, prawda? – Gabriel oka­zał się słodki i dobrze trak­to­wał Isa­bel. Inspi­ra­cją dla tych wymy­ślo­nych ksią­żek był jej poprzedni chło­pak – Cade Jen­nings, autor wspo­mnia­nej już fraszki o Magne­sie.

Uświa­do­mi­łam sobie, że Isa­bel wpa­truje się we mnie, na­dal zanie­po­ko­jona.

– Oczy­wi­ście, że możesz wybrać się na obiad z Gabrie­lem – zapew­ni­łam ją. – Mną się nie przej­muj. Baw­cie się dobrze.

– Możesz iść z nami, jeśli…

Kor­ciło mnie, żeby pozwo­lić jej dokoń­czyć to zda­nie. Zaak­cep­to­wać jej zapro­sze­nie tylko po to, żeby było zabaw­nie; zli­to­wa­łam się jed­nak nad nią i jej prze­rwa­łam.

– Nie. Nie wybiorę się na obiad z oka­zji waszej dru­giej mie­sięcz­nicy. Wybacz. Mam do napi­sa­nia książkę… _Dru­gie mie­sięcz­nice jako począ­tek wiecz­no­ści._ Roz­dział pierw­szy. Po sześć­dzie­się­ciu dniach dowiesz się, że to coś poważ­nego, gdy wyrwie cię ze szkol­nego znoju i zabie­rze do Taco Bell.

– Nie wybie­ramy się do Taco Bell.

– Ooo, dopiero pierw­szy roz­dział, a już nie za dobrze to dla cie­bie wygląda.

Ciemne oczy Isa­bel roz­bły­sły.

– Żar­tuj, ile chcesz, a ja uwa­żam, że to roman­tyczne.

Chwy­ci­łam ją za rękę i ści­snę­łam.

– Wiem. To uro­cze.

– Zawsze możesz zostać tutaj. – Mach­nęła ręką w kie­runku sto­łówki. – I dołą­czysz do Lau­ren i Sashy?

Wzru­szy­łam ramio­nami. Ten pomysł mnie nie krę­cił. Na che­mii sie­dzia­łam obok Lau­ren i cza­sem roz­ma­wia­ły­śmy. Kie­dyś zapy­tała mnie, co mamy zadane, innym razem zażą­dała, żebym zsu­nęła mój ple­cak z jej segre­ga­tora. A z Sashą nawet tyle nie poga­da­ły­śmy.

Przyj­rza­łam się sobie. Dziś byłam ubrana w za dużą męską koszulę, którą wyszu­ka­łam w skle­pie z uży­waną odzieżą. Przy­cię­łam rękawy tak, żeby przy­po­mi­nała kimono, i prze­wią­za­łam w talii brą­zo­wym win­ta­żo­wym paskiem. Na nogach mia­łam ścia­chane czer­wone sni­kersy do kostek. Wyglą­da­łam raczej dzi­wacz­nie niż mod­nie i wyróż­nia­ła­bym się w oto­cze­niu Lau­ren, gdzie wszyst­kie dziew­czyny ide­al­nie do sie­bie paso­wały za sprawą obci­słych dżin­sów i koszu­lek na ramiącz­kach.

Ruchem głowy poka­za­łam Isa­bel mój zeszyt.

– Wszystko gra. Będę miała oka­zję popra­co­wać nad nową pio­senką. Wiesz, że w domu nie mogę liczyć na chwilę samot­no­ści.

Isa­bel przy­tak­nęła. Wtedy kątem oka zoba­czy­łam jego. I zamar­łam.

Lucas Dun­ham. Sie­dział na ławce, oto­czony innymi chło­pa­kami z ostat­niej klasy, w blu­zie z kap­tu­rem zapię­tej po szyję, ze słu­chaw­kami wetknię­tymi w uszy, zapa­trzony w dal. Jakby był jed­no­cze­śnie obecny i nie­obecny. Rozu­mia­łam to uczu­cie.

Isa­bel powę­dro­wała wzro­kiem za moim spoj­rze­niem i wes­tchnęła.

– Wiesz, powin­naś go zagad­nąć.

Roze­śmia­łam się, czu­jąc, że palą mnie policzki.

– Pamię­tasz prze­cież, jak to było, kiedy pró­bo­wa­łam ostat­nim razem.

– Nerwy cię zja­dły i tyle.

– Nie mogłam wydo­być z sie­bie głosu. W ogóle. On, jego obłędna fry­zura i hip­ster­skie ciu­chy do reszty mnie wystra­szyły – dokoń­czy­łam szep­tem.

Patrząc na niego, Isa­bel prze­krzy­wiła głowę, jakby nie zga­dzała się z moją oceną jego wyglądu.

– Po pro­stu brak ci doświad­cze­nia. Zacznij od kogoś, o kim nie marzysz od dwóch lat.

– Wcale nie marzę o Luca­sie…

Zawie­si­łam głos, bo popa­trzyła na mnie wymow­nie. Miała rację. Marzy­łam o nim. Lucas był naj­praw­do­po­dob­niej naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tym chło­pa­kiem… Choć wła­ści­wie go nie zna­łam, ale chyba wła­śnie to czy­niło tego faceta jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłym. Był o rok star­szy ode mnie. Włosy miał ciemne i dłu­gie, a cho­dził zawsze w T-shir­tach jakichś kapel lub sta­rych szkol­nych koszul­kach polo – ten kon­trast spra­wiał, że nie potra­fi­łam w jaki­kol­wiek spo­sób go skla­sy­fi­ko­wać.

– Wybie­rzesz się ze mną i Gabrie­lem w następny pią­tek na podwójną randkę! – oznaj­miła nagle Isa­bel. – Znajdę ci part­nera.

– Odpada.

– Daj spo­kój. Minęło sporo czasu, odkąd byłaś na randce.

– To dla­tego, że jestem nie­zgraba i dzi­waczka, więc nie­szczę­śnik, który by się ze mną umó­wił, nie miałby z tego żad­nej frajdy.

– Nie­prawda.

Skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi.

– Musisz po pro­stu wysko­czyć z kimś wię­cej niż raz… czy dwa… a się prze­kona, jaka jesteś fajna – zaprze­czyła Isa­bel, regu­lu­jąc paski swo­jej torby. – Nie widzę, żebyś była nie­zgrabą.

– Przy tobie też jestem totalną nie­zgrabą, ale ty się nie palisz, żeby zacząć mnie cało­wać, więc to tole­ru­jesz.

Isa­bel się zaśmiała i pokrę­ciła głową.

– Nie dla­tego to tole­ruję. Wytrzy­muję to, bo cię lubię. Musimy tylko zna­leźć chło­paka, przy któ­rym będziesz mogła być sobą.

Poło­ży­łam dłoń na sercu.

– I oto w ów gorący jesienny dzień Isa­bel roz­po­częła nie­wia­ry­godną wędrówkę w poszu­ki­wa­niu ado­ra­tora dla swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Wędrówka ta trwać mogła po kres jej żywota. Stać się miała próbą jej deter­mi­na­cji i wiary. Wio­dła ją na skraj obłędu i…

– Skończ już – prze­rwała mi Isa­bel, trą­ca­jąc mnie ramie­niem w bark. – Wła­śnie tego rodzaju podej­ście czyni sprawę nie­moż­liwą.

– To wła­śnie sta­ram się ci powie­dzieć.

– Nie przyj­muję tego do wia­do­mo­ści. Zoba­czysz. Wła­ściwy facet dla cie­bie jest na wycią­gnię­cie ręki.

Wes­tchnę­łam, a moje spoj­rze­nie znów zbłą­dziło w stronę Lucasa.

– Iz, nic mi nie trzeba, powaga. Ni­gdy wię­cej usta­wia­nych ran­dek.

– Dobra, ni­gdy wię­cej. Ale otwie­raj się na ludzi, bo może ci umknąć coś, co masz przed nosem.

Roz­po­star­łam ręce.

– Czyż ist­nieje ktoś bar­dziej otwarty ode mnie?

Isa­bel popa­trzyła na mnie scep­tycz­nie. Już nabrała powie­trza, żeby mi odpo­wie­dzieć, kiedy z dru­giej strony traw­nika dobiegł nas dono­śny głos.

– Tu jest! Szczę­śli­wej mie­sięcz­nicy!

Policzki Isa­bel pokra­śniały i odwró­ciła się w stronę Gabriela. Bie­giem poko­nał resztę dzie­lą­cej ich odle­gło­ści i pod­niósł ją w uści­sku. Wyglą­dali razem osza­ła­mia­jąco, oboje ciem­no­włosi, ciem­no­ocy i o oliw­ko­wej kar­na­cji. Dziw­nie było widzieć Gabriela u nas w szkole. Cho­dził do liceum na dru­gim końcu mia­sta i koja­rzył mi się ze spo­tka­niami po lek­cjach i week­en­do­wymi impre­zami.

– Hej, Lily – zwró­cił się do mnie, gdy już posta­wił Isa­bel. – Idziesz z nami? – Jego zapro­sze­nie wyglą­dało na szczere. Był z niego naprawdę fajny gość.

– Taki czad? Sły­sza­łam, że sta­wiasz, no to powie­dzia­łam: „Wcho­dzę w to”.

Isa­bel się śmiała.

– Świet­nie – powie­dział Gabriel.

– To był żart, Gabe – wyja­śniła Isa­bel.

– Aha.

– Tak. Mój przy­pa­dek nie wymaga spe­cjal­nej tro­ski. – Choć zaczy­na­łam już myśleć, że według nich tak jest.

– Nie, pew­nie, że nie. Po pro­stu źle się czuję z tym, że wcze­śniej cię nie uprze­dzi­łam – przy­znała Isa­bel.

Gabriel kiw­nął głową.

– To była nie­spo­dzianka.

– Jeśli będzie­cie mnie dalej tak hołu­bić, uciek­nie wam czas na jedze­nie. Leć­cie już. Baw­cie się dobrze. I… hmm… gra­tu­la­cje. Nie­dawno czy­ta­łam książkę o tym, że druga mie­sięcz­nica to począ­tek wiecz­no­ści.

– Serio? Eks­tra – powie­dział Gabe.

Isa­bel tylko prze­wró­ciła oczami i wal­nęła mnie w ramię.

– Trzy­maj się.

Zosta­łam na ścieżce sama, przy­glą­da­jąc się roz­ga­da­nym i roze­śmia­nym grup­kom ludzi wokół mnie. Obawy Isa­bel były nie­uza­sad­nione. Sama ze sobą czu­łam się dobrze. Cza­sem nawet to wola­łam.ROZDZIAŁ 2

Siedzia­łam na scho­dach przed szkołą, rysu­jąc w zeszy­cie trzy­ma­nym na kola­nach. Uzu­peł­ni­łam szkic spód­niczki o kilka kwiat­ków, potem poma­lo­wa­łam raj­stopy zie­loną kredką. Słu­chawki pul­so­wały, słu­cha­łam uko­cha­nej pio­senki jed­nej z moich ulu­bio­nych kapel, Blac­kout. Woka­listka, Lyssa Primm, była moją idolką, zarówno pod wzglę­dem stylu, jak i muzyki – genialna tek­ściarka, budząca szał ustami o bar­wie wiśni, win­ta­żo­wymi sukien­kami i gitarą, z którą się nie roz­sta­wała.

„Roz­chyl więd­nące płatki i świa­tło wpuść” – zagrało mi w uszach. Jedną nogą przy­tu­py­wa­łam sobie do taktu. Chcia­ła­bym się nauczyć grać tę pio­senkę na mojej gita­rze. Mia­łam nadzieję, że uda mi się jesz­cze poćwi­czyć.

War­kot mini­vana był na tyle gło­śny, że zagłu­szył muzykę, i nie musia­łam nawet pod­no­sić głowy, żeby wie­dzieć, że przy­je­chała moja mama. Zamknę­łam zeszyt, wepchnę­łam go do ple­caka, wyję­łam z uszu słu­chawki i wsta­łam. Na tyl­nym sie­dze­niu zoba­czy­łam moich młod­szych braci. Widocz­nie mama wcze­śniej ode­brała ich ze szkoły.

Otwo­rzy­łam drzwi od strony pasa­żera i powie­trze wokół wypeł­nił stary kawa­łek One Direc­tion, a ja odkry­łam, że moje miej­sce zajął maminy orga­ni­zer na kora­liki.

– Możesz wsko­czyć do tyłu? – zapy­tała mama. – Po dro­dze do domu muszę dostar­czyć klientce naszyj­nik.

Wci­snęła guzik i odsu­nęły się boczne drzwi, uka­zu­jąc obu moich młod­szych braci, wal­czą­cych o figurkę jakie­goś super­bo­ha­tera. Na zie­mię sto­czył się pla­sti­kowy kubek. Rozej­rza­łam się, żeby zoba­czyć, jak bar­dzo powin­nam się wsty­dzić. Par­king nie był już raczej zatło­czony. Nie­liczni ucznio­wie pako­wali się do swo­ich samo­cho­dów lub pokrzy­ki­wali coś do zna­jo­mych. Na mnie chyba nikt nie zwra­cał uwagi.

– Prze­pra­szam, że się spóź­ni­łam – dodała mama.

– Żaden pro­blem. – Zamknę­łam przed­nie drzwi, zgar­nę­łam kubek z asfaltu i pokle­pa­łam bra­ciszka po ple­cach. – Posuń się, Stwo­rze Dwa.

Strzep­nę­łam z sie­dze­nia okru­chy sero­wych kra­ker­si­ków i usia­dłam.

– Myśla­łam, że przy­je­dzie po mnie Ash­ley – powie­dzia­łam do mamy.

Moja star­sza sio­stra, Ash­ley, lat dzie­więt­na­ście, dys­po­no­wała wła­snym samo­cho­dem, pra­co­wała i stu­dio­wała. Ale że wciąż jesz­cze miesz­kała z nami (okra­da­jąc mnie z szansy na mój wła­sny pokój), miała wobec rodziny zobo­wią­za­nia. Jak choćby przy­wo­że­nie mnie ze szkoły.

– Dziś do późna pra­cuje w skle­piku na kam­pu­sie – przy­po­mniała mi mama. – Hej, czyż­byś narze­kała, że przy­jeż­dża po cie­bie twoja super-spoko-mama? – zażar­to­wała, śle­dząc mnie w lusterku wstecz­nym.

Roze­śmia­łam się.

– Czy super-spoko-mamy uży­wają słowa „spoko”?

– Odlo­towa? Bom­bowa? Nie­sa­mo­wita? – W samym środku tej wyli­czanki odwró­ciła się do mojego brata i powie­działa: – Wyatt, masz dzie­sięć lat, zostaw figurkę Jona­howi.

– A Jonah ma sie­dem! Tylko trzy mniej ode mnie. Dla­czego wszystko mu się należy?

Jonah strze­lił mnie łok­ciem w brzuch, pró­bu­jąc zwi­nąć mi figurkę Iron Mana.

– Teraz jest mój – oświad­czy­łam, wywo­łu­jąc okrzyk obu­rze­nia obu moich braci, bo zabra­łam im zabawkę i wrzu­ci­łam do bagaż­nika.

Mama wes­tchnęła.

– Nie wiem, jak to miało pomóc.

– Mojemu żołąd­kowi bar­dzo się to spodo­bało.

Obaj bra­cia prze­stali sko­wy­czeć i zachi­cho­tali, dowo­dząc sku­tecz­no­ści mojego stwier­dze­nia. Potar­mo­si­łam im czu­pryny.

– Jak było w szkole, Stwory?

Mama wdep­nęła hamu­lec, bo czarna beem­wu­cha zaje­chała jej drogę. Wysta­wi­łam rękę, żeby uchro­nić Jonaha przed wal­nię­ciem głową w opar­cie przed nim. Z zamknię­tymi oczami wie­dzia­ła­bym, kto to taki. Zatem z łatwo­ścią roz­po­zna­łam jego oświe­tlone słoń­cem falu­jące blond włosy. Cade miał wygląd chło­paka z sąsiedz­twa – był wysoki, sze­roko uśmiech­nięty, miał brą­zowe oczy jak u szcze­niaka – bra­ko­wało mu tylko ade­kwat­nej oso­bo­wo­ści.

– Ktoś tu nie nauczył się bez­piecz­nie jeź­dzić – mruk­nęła mama, gdy Cade już się odda­lał. Żało­wa­łam, że nie użyła klak­sonu.

– Wielu rze­czy jesz­cze się nie nauczył. – _W tym ukła­da­nia rymo­wa­nych fra­szek._

– Znasz go?

– To Cade Jen­nings. Choć znany raczej jako Dżolo Jen­nings. – To przy­naj­mniej było chwy­tliwe. Ali­te­ra­cja. Nato­miast Magnes… Lily? Jakim cudem ktoś to jesz­cze pamię­tał?

– Tak go nazy­wają? – spy­tała mama. – Nie­zbyt to miłe.

– Nie nazy­wają – wymam­ro­ta­łam. Ale powinni. Bo brzmiało to nie­źle.

– Cade… – Mama zmru­żyła oczy, zasta­na­wia­jąc się.

– Isa­bel z nim cho­dziła. W pierw­szej kla­sie. – Dopóki nie pokłó­ci­łam się z Cade’em tak strasz­nie, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka musiała się opo­wie­dzieć po któ­rejś ze stron. Utrzy­my­wała potem, że zerwali ze sobą nie z mojego powodu, ale przy­pusz­cza­łam, że jed­nak tak. Po czę­ści mia­łam poczu­cie winy, po czę­ści zaś uwa­ża­łam, że oszczę­dzi­łam jej wielu roz­cza­ro­wań.

– Tak mi się wyda­wało, że znam skądś to imię – stwier­dziła mama, skrę­ca­jąc w prawo. – Był kie­dyś u nas w domu?

– Nie, nie był. – I bar­dzo dobrze. Cade bez wąt­pie­nia cze­piałby się mnie z powodu naszej nie­ustan­nie zagra­co­nej chaty. Ze względu na czwórkę dzie­cia­ków, kata­strofa była w nim sta­nem per­ma­nent­nym.

Isa­bel zacią­gnęła mnie kie­dyś do Cade’a, na jego czter­na­ste uro­dziny. Kiedy zapu­ka­ły­śmy i otwo­rzył, było po nim widać, jak przy­jął to, że mnie tam przy­wlo­kła.

– Co za nie­spo­dzianka uro­dzi­nowa – rzu­cił sar­ka­stycz­nie przez ramię, zmie­rza­jąc w głąb domu, a my z Isa­bel poszły­śmy w jego ślady.

– Możesz mi wie­rzyć, nie mia­łam ochoty tu przyjść! – zawo­ła­łam w odpo­wie­dzi.

Isa­bel przy­spie­szyła, żeby dogo­nić Cade’a, ja nato­miast sta­nę­łam jak kołek w wej­ściu. Wnę­trze domu było roz­le­głe i szo­ku­jąco białe. Nawet meble i wszel­kie ozdoby były tam białe. U mnie w domu biel nie ucho­wa­łaby się nawet przez sekundę.

Obra­ca­łam się powoli, chło­nąc wszystko wokół, gdy zza rogu wyj­rzała Isa­bel, pyta­jąc:

– Idziesz?

Głosy moich braci spro­wa­dziły mnie z otchłani wspo­mnień do samo­chodu i mojej rodziny. Wal­czyli teraz o paczuszkę m&m'sów.

– Ja zna­la­złem ją pod sie­dze­niem. To zna­czy, że jest moja – stwier­dził Wyatt.

Wycią­gnę­łam zeszyt i wró­ci­łam do szki­co­wa­nia spód­niczki.

– Hej, mamo, możemy kupić czarną nitkę? Skoń­czyła mi się.

Mama skrę­ciła w główną ulicę.

– Mogli­by­śmy zacze­kać do końca tygo­dnia? Twój tata koń­czy zle­ce­nie.

Tata pro­jek­to­wał meble jako wolny strze­lec. Ile aku­rat trafi mu się roboty, nie spo­sób było prze­wi­dzieć, podob­nie jak naszego domo­wego budżetu. Gene­ral­nie wszystko, co doty­czyło mojej rodziny, było nie­prze­wi­dy­walne.

– Jasne, oczy­wi­ście. – Posta­ra­łam się nie wes­tchnąć.

* * *

W domu, tuż za drzwiami, prze­sko­czy­łam nad stertą ple­ca­ków i poszłam do swo­jego pokoju.

– Poży­czam lap­topa – powia­do­mi­łam wszyst­kich, któ­rzy mie­liby ochotę to usły­szeć, i zgar­nę­łam kom­pu­ter z biurka w przed­po­koju.

Nikt nie zare­ago­wał.

Weszłam do swo­jego pokoju… no, do pokoju w poło­wie swo­jego. W tej czy­stej poło­wie. W tej poło­wie z poprzy­pi­na­nymi do ścian prób­kami tka­nin i wzor­ni­kami kolo­rów. Nie w tej z wycin­kami z kolo­ro­wych maga­zy­nów z pomy­słami na maki­jaż i cud­nymi cele­bry­tami. Choć od czasu do czasu i ta druga połowa znaj­do­wała moje uzna­nie.

A jako że Ash­ley teraz nie było, mogłam swo­bod­nie wal­nąć się na łóżko i odpa­lić YouTube. Poszu­ka­łam filmu z instruk­ta­żem, jak grać tę pio­senkę Blac­ko­utu. Nie była zbyt­nio znana, nie mia­łam więc pew­no­ści, czy znajdę kogoś, kto uczyłby grać ją na gita­rze. Musia­łam prze­le­cieć kilka stron, ale w końcu zna­la­złam. Posta­wi­łam lap­topa na swo­jej szafce.

Gitarę trzy­ma­łam pod łóż­kiem, w twar­dym fute­rale. I wcale nie prze­sa­dza­łam. Przy dwóch młod­szych bra­ciach to była koniecz­ność. Wycią­gnę­łam fute­rał i otwo­rzy­łam. Zapra­co­wa­nie na tę gitarę, moje dzie­cię, zajęło mi pół roku. Każdy piąt­kowy wie­czór poświę­ca­łam na pil­no­wa­nie bliź­nia­ków sąsia­dów, dwu­lat­ków. Ni­gdy nie opie­ko­wa­łam się trud­niej­szymi brzdą­cami. A to rze­czy­wi­ście coś, zwa­żyw­szy na ksywki, jakie nada­łam wła­snym bra­ciom. Ale było warto. Gitara oka­zała się dokład­nie taka, o jakiej marzy­łam. Miała ide­alne brzmie­nie. A gra­jąc na niej, czu­łam się mniej nie­zdar­nie niż zwy­kle. Mia­łam nawet wra­że­nie, że to coś, do czego jestem powo­łana. Wła­śnie to. Wszystko inne zni­kało.

No i znik­nęło, ale na krótko. Wła­śnie zaczę­łam ukła­dać palce do pierw­szego akordu, gdy drzwi do mojego… naszego… pokoju otwo­rzyły się z trza­skiem.

– Lily! – zawo­łał Jonah, wbie­ga­jąc i śli­zgiem zatrzy­mu­jąc się przede mną. – Patrz! Ząb mi się rusza. – Roz­dzia­wił usta i pchnął języ­kiem prawą górną jedynkę. Nic się nie poru­szyło.

– Eks­tra, koleżko.

– Okej, pa! – Wybiegł tak szybko, jak wbiegł.

– Zamknij drzwi! – wrza­snę­łam za nim, ale albo nie usły­szał, albo nie chciał usły­szeć. Wes­tchnę­łam, wsta­łam i sama je zamknę­łam. Potem znów sku­pi­łam się na fil­mie i swo­jej gita­rze. Dwie minuty póź­niej usły­szałam puka­nie i poja­wiła się mama.

– Twoja kolej opróż­nić zmy­warkę.

– Mogę to naj­pierw dokoń­czyć? – zapy­ta­łam, ruchem głowy wska­zu­jąc gitarę.

– Nie zacznę robić kola­cji, dopóki zlew nie będzie pusty, a zlew nie będzie pusty, dopóki zmy­warka nie będzie pusta.

– Okej, już tam idę. – Zamknę­łam oczy i jesz­cze raz brzdąk­nę­łam, tak by dźwięki gitary wibro­wały mi w rękach. Cudow­nie się odprę­ży­łam.

– Pospiesz się, Lily! – zawo­łała mama.

Grrr.

* * *

Następ­nego ranka, przed szkołą, wpa­dłam do kuchni, żeby wsza­mać tro­chę płat­ków. Mama już wcze­śniej zawio­zła Jonaha i Wyatta, a teraz skła­dała pra­nie w pokoju. Moja sio­stra Ash­ley wciąż jesz­cze się szy­ko­wała (co zaj­mo­wało jej całe godziny), nato­miast tata sie­dział przy kuchen­nym stole, czy­ta­jąc gazetę.

Wyję­łam ze spi­żarki pudło płat­ków i nasy­py­wa­łam je do miski, gdy dostrze­głam na bla­cie coś, co mnie osła­biło do reszty, aż pokrę­ci­łam głową. Na beżo­wym gra­ni­cie leżały dwa naszyj­niki, a pod każ­dym z nich mała kar­teczka. Przy wisiorku po pra­wej na papie­rze wid­niały dwa znaczki odha­cze­nia. Przy tym po lewej rów­nież dwa.

– Nie – powie­dzia­łam.

Tata na­dal czy­tał gazetę przy kuchen­nym stole.

– Po pro­stu zagło­suj. To nic wiel­kiego.

– Mówi­cie, że nic wiel­kiego, a potem robi­cie z tego wielką sprawę. Czyją przy­ja­ciółkę tym razem zacią­gną­łeś do gło­so­wa­nia?

– Gło­so­wa­nie jest przy­wi­le­jem. Tu nikt nikogo nie zaciąga. To wszystko dobra zabawa.

– No to oba są rów­nie ładne. Gło­suję na oba.

– Odpada. Musisz wybrać.

– Z cie­bie i mamy jest para dzi­wa­ków. Skoro wy wypra­wia­cie takie dzi­wac­twa, nie ma dla nas żad­nej nadziei.

Nala­łam sobie mleka i usia­dłam przy stole. Gazeta na­dal leżała przed tatą, jakby wciąż czy­tał. A prze­cież pró­bo­wał uśpić mnie fał­szy­wym poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa. Uda­wał, że ta rywa­li­za­cja to nic waż­nego.

– Wiesz, że mama nie da ci spo­koju, dopóki nie zagło­su­jesz – powie­dział.

– Z pew­no­ścią. To mamie na tym zależy. Powiedz mi tylko, który jest twój, a zagło­suję na niego.

– Lil, to byłoby oszu­stwo.

– Czemu zapo­cząt­ko­wa­li­ście tę tra­dy­cję? Mama nie bie­rze się do two­jej roboty i nie pró­buje cię pobić w dzie­dzi­nie fiku­śnie rzeź­bio­nych mebli.

– Na pew­niaka by wygrała – zaśmiał się tata.

Zja­dłam tro­chę płat­ków. Żeby pchnąć myśli na inne tory, zapy­ta­łam:

– Po co wciąż jesz­cze kupu­jemy tę gazetę? Wiesz, że te same histo­rie możesz zna­leźć w inter­ne­cie… już od wczo­raj?

– Lubię trzy­mać słowa w rękach.

Roze­śmia­łam się, zaraz jed­nak umil­kłam, bo na odwro­cie strony, którą tata trzy­mał przed sobą, zoba­czy­łam coś, co zmie­niło moją opi­nię o gaze­tach.

Nagle zapa­ła­łam miło­ścią do gazet.

„Kon­kurs na pio­senkę. Wygraj pięć tysięcy dola­rów i trzy­ty­go­dniowy inten­sywny kurs u wybit­nego pro­fe­sora muzy­ko­lo­gii w Insty­tu­cie Her­ber­gera. By dowie­dzieć się wię­cej, odwiedź naszą stronę! www.her­ber­ge­rin­sti­tute.edu”.

– Gotowa do drogi? – spy­tała Ash­ley, wcho­dząc do kuchni. Jesz­cze zie­wała, ale jak zwy­kle była ide­al­nie odsta­wiona, w dżin­sach rur­kach, różo­wym T-shir­cie z dekol­tem w łódkę i w butach na plat­for­mach, z wło­sami w koń­ski ogon i nie­na­gan­nym maki­ja­żem. Choć były­śmy do sie­bie podobne – takie same dłu­gie kasz­ta­nowe włosy, orze­chowe oczy i piegi – total­nie róż­nił nas styl. W mojej szkole Ash­ley dobrze paso­wa­łaby do Lau­ren i Sashy.

– Co takiego? – Patrząc na sio­strę, zamru­ga­łam zdez­o­rien­to­wana. – To zna­czy tak. Słu­chaj, tato, mogę?

Tata spoj­rzał na swój tale­rzyk i leżą­cego na nim do połowy zje­dzo­nego baj­gla, wzru­szył ramio­nami i pod­su­nął mi go.

– Fuj. Nie, tę gazetę.

– Gazetę? Chcesz czy­tać gazetę?

– Tak.

Pode­szła do nas Ash­ley i porwała z jego tale­rzyka baj­gla.

– Hej, on był dla Lily.

– Nie, nie był! – zawo­ła­łam. – Ja chcę gazetę, a nie baj­gla.

Mruk­nął.

– Nie, nawet za dru­gim razem nie zabrzmiało to wia­ry­god­niej niż za pierw­szym.

– Bar­dzo śmieszne, tato.

– Dosta­niesz gazetę, jeśli zagło­su­jesz.

Prze­wró­ci­łam oczami, odsu­nę­łam krze­sło od stołu i wró­ci­łam przyj­rzeć się naszyj­ni­kom. Ten po pra­wej był ozdo­biony piór­kami. Mama prze­cho­dziła wła­śnie fazę piór­kową. Nor­mal­nie uwiel­bia­łam biżu­te­rię mamy, piórka jed­nak były jak na mój gust zbyt hipi­sow­skie. Innym, jak widać, się podo­bały. Pod­nio­słam ten po lewej.

– Tu masz swo­jego zwy­cięzcę.

Tata wyrzu­cił w górę pięść.

– Zagło­so­wała na mój, Emily.

Wycią­gnę­łam rękę.

Tata wrę­czył mi gazetę, uca­ło­wał w poli­czek i wyszedł, z całą pew­no­ścią szu­kać mamy.

– Śmieszne, że uwa­żają, iż nie wiemy, który jest czyj – stwier­dziła Ash­ley. – I że wygrana za każ­dym razem musi być o włos.

– Myślę, że powin­ny­śmy się posta­rać, żeby mama za każ­dym razem spek­ta­ku­lar­nie wygry­wała, bo wtedy może skoń­czy­liby z tą rywa­li­za­cją.

– To dobrze służy dowar­to­ścio­wa­niu taty. Jedźmy już do two­jej szkoły, mała.

Przy­ci­snę­łam gazetę do piersi, tuląc zawarte w niej słowa, i ruszy­łam za sio­strą. Teraz pozo­stało mi tylko napi­sać dosko­nałą pio­senkę i wygrać ten kon­kurs.ROZDZIAŁ 3

Chemia miała w sobie coś takiego, że odpa­lała mi w gło­wie natłok myśli. Moż­liwe, że powo­do­wał to miks nud­nego przed­miotu, mono­ton­nie mówią­cego nauczy­ciela i lodo­wa­tego krze­sła. Zasta­na­wia­łam się, czy ist­nieje wzór che­miczny wyja­śnia­jący, dla­czego za sprawą połą­cze­nia tych trzech czyn­ni­ków mózg się roz­łazi. Nie, to nie­tra­fione okre­śle­nie. Mój mózg wcale się nie lenił. Napeł­niał się. Był mózgiem hiper­ak­tyw­nym. Mózgiem unie­moż­li­wia­ją­cym sku­pie­nie się na sło­wach opusz­cza­ją­cych ospale usta pana Ortegi. A może to, co mówił, wędro­wało z nie­prze­cięt­nie niską pręd­ko­ścią?

Dzi­siaj pośród wszyst­kich tych nor­mal­nych myśli i słów, któ­rych nie mia­łam moż­li­wo­ści zapi­sy­wać w zeszy­cie, koła­tała się też pio­senka, którą dzień wcze­śniej uczy­łam się grać na gita­rze. Ten kawa­łek mnie drę­czył – uko­chany, a zara­zem znie­na­wi­dzony. Uwiel­bia­łam go, bo był genialny, taki, że pra­gnie się napi­sać coś rów­nie dobrego. Nie­na­wi­dzi­łam, gdyż wie­dzia­łam, że cokol­wiek stwo­rzę, nie będzie mu dorów­ny­wało pod żad­nym wzglę­dem.

A cały czas cho­dził mi po gło­wie tam­ten kon­kurs.

Jak zamie­rza­łam go wygrać? I jak w ogóle mia­ła­bym w nim wystar­to­wać?

Mój ołó­wek zawisł nad kartką – nad tą jedną jedyną, na którą pozwo­lił mi pan Ortega. Gdy­bym tak mogła zapi­sać tekst tam­tej pio­senki, znik­nę­łaby z mojej głowy, umoż­li­wia­jąc mi sku­pie­nie się na lek­cji. Ale ta kartka miała się zna­leźć przed panem Ortegą dokład­nie za czter­dzie­ści pięć minut. _Czter­dzie­ści pięć minut?_ Ta lek­cja zawsze toczyła się bez końca. O czym on wła­ści­wie mówił? O żela­zie. Coś na temat wła­ści­wo­ści żelaza. Napi­sa­łam na kartce słowo „żelazo”.

Potem mój ołó­wek, jakby wie­dziony wła­snym umy­słem, prze­wę­dro­wał na drew­no­po­dobny blat i zapi­sał tam słowa roz­brzmie­wa­jące wciąż w mojej gło­wie.

„Roz­chyl więd­nące płatki i świa­tło wpuść”.

Doda­łam rysu­nek sło­neczka doty­ka­ją­cego pro­mie­niami nie­któ­rych słów. Zostały mi jesz­cze czter­dzie­ści trzy minuty lek­cji.

* * *

Aku­rat zapi­sy­wa­łam coś w swoim zeszy­cie, jed­no­cze­śnie idąc kory­ta­rzem – czyli robi­łam to, czego mimo wie­lo­krot­nego powta­rza­nia nie dopro­wa­dzi­łam jesz­cze do per­fek­cji – kiedy usły­sza­łam śmiech.

Pomy­śla­łam, że to ja go wywo­ła­łam, więc pod­nio­słam wzrok. Nie cho­dziło jed­nak o mnie.

Jakiś ciem­no­włosy chło­pak – moż­liwe, że pierw­szak – stał na środku kory­ta­rza, przy­ci­ska­jąc książki do piersi. Na czubku jego głowy w ide­al­nej rów­no­wa­dze spo­czy­wał kij do bejs­bola. Za chło­pakiem stał Cade Jen­nings z rękoma po obu jego stro­nach, jakby wła­śnie wypu­ścił z nich ten kij.

– Rzuć mi piłkę – pole­cił swo­jemu przy­ja­cie­lowi Mike’owi, sto­ją­cemu naprze­ciw niego i nie­szczę­snego pierw­szaka.

Mike zro­bił to i teraz Cade sta­rał się wykom­bi­no­wać, jak dosię­gnąć kija, by dało się poło­żyć na nim piłkę. Chło­pa­czek wyglą­dał na zanadto prze­ra­żo­nego, by się ruszyć.

– Potrze­buję krze­sła. Niech ktoś znaj­dzie mi krze­sło – powie­dział Cade i ludzie momen­tal­nie pognali speł­nić jego życze­nie. Kij zaczął się chy­bo­tać, potem spadł, poto­czył się po pod­ło­dze i w końcu zatrzy­mał pod szaf­kami.

– Poru­szy­łeś się, koleś – zga­nił pierw­szaka Cade.

– Spró­buj jesz­cze raz! – zawo­łał ktoś z tłumu gapiów.

Cade bły­snął swoim sze­ro­kim, ide­al­nie bia­łym uśmie­chem. Tym samym, któ­rym czę­sto się posłu­gi­wał, zna­jąc jego moc. Ścią­gnę­łam brwi. Chyba tylko ja byłam na niego odporna.

I choć wola­ła­bym nie zwra­cać uwagi na sie­bie, wie­dzia­łam, że chyba powin­nam pomóc temu gnę­bio­nemu chło­pacz­kowi.

Nie byłam jed­nak pewna, co mogła­bym zro­bić. Bar­dzo dobrze wie­dzia­łam, jak to jest zna­leźć się nie­chcący w cen­trum uwagi za sprawą Cade’a Jen­ningsa…

Wró­ci­łam myślą do lek­cji wuefu w pierw­szej kla­sie. Nie nale­ża­łam do dziew­czyn, które uwa­żają, że są we wszyst­kim bez­na­dziejne. Zna­łam jed­nak swoje słabe strony, a wuef był jedną z nich. Sed­nem pro­blemu zaś była koedu­ka­cyjna koszy­kówka. Dla­tego robi­łam wtedy, co w mojej mocy, by w miarę moż­no­ści trzy­mać się jak naj­da­lej od piłki.

Z jakie­goś powodu, czy jak się póź­niej zorien­to­wa­łam – naj­praw­do­po­dob­niej z czy­stej zło­śli­wo­ści, piłka cały czas leciała w moją stronę. Rzu­cana przez moją dru­żynę i przez prze­ciwną. I ni­gdy nie uda­wało mi się jej zła­pać. Przy­po­mi­nało to grę w zbi­jaka, w któ­rej byłam jedy­nym celem. Obe­rwa­łam w ramię, plecy, nogę. Wtedy sie­dzący na try­bu­nach Cade zakrzyk­nął tak, by wszy­scy sły­szeli:

– Taką ener­gię ona posia­dła, że każda piłka pro­sto w nią wpada. Jak czarna dziura. Jak magnes. Lily Abbott, znana jako Magnes.

Ostat­nie słowa wypo­wie­dział tonem ze zwia­stu­nów fil­mo­wych. Zupeł­nie, jakby zmie­niał mnie w jakąś nie­po­radną super­bo­ha­terkę. Potem mał­po­wała go już cała sala gim­na­styczna, naśla­du­jąc ten ton i zano­sząc się śmie­chem.

Śmiali się i śmiali, a ten śmiech na zawsze pozo­stał mi w uszach, tak jak ksywka Magnes naj­wy­raź­niej utkwiła im wszyst­kim w gło­wach.

A teraz tu, na kory­ta­rzu, znów roz­legł się ten sam rodzaj śmie­chu wywo­ła­nego wido­kiem naj­śwież­szej ofiary Cade’a.

Odchrząk­nę­łam i powie­dzia­łam:

– Patrz­cie no, grają w to, kto ma bar­dziej zakuty łeb. Cade czy jego kij. – Ski­nę­łam głową, pró­bu­jąc wska­zać tam­temu chło­pa­kowi, żeby się zmył, dopóki odwra­cam uwagę jego prze­śla­dowcy. Usta Cade’a roz­cią­gnęły się w jesz­cze więk­szym uśmie­chu, gdy obci­nał mnie wzro­kiem, od czubka głowy i wło­sów – któ­rych fale pod jego bacz­nym okiem wyda­wały się jesz­cze bar­dziej wariac­kie niż nor­mal­nie – po moje mar­tensy z nie­pa­su­ją­cymi do sie­bie sznu­ro­wa­dłami.

– Patrz­cie no, oto mier­nik ubawu. Za dobrze się tu bawimy, Lily?

– Widzę tu tylko jedną osobę mającą ubaw.

Rozej­rzał się po kory­ta­rzu, na któ­rym było aż gęsto od uczniów.

– Widocz­nie masz coś z oczami. – Zni­żył głos. – Już kumam. Ciężko tu dostrzec kogoś poza mną, co?

Wygrałby, gdy­bym dała poznać, jak bar­dzo się ziry­to­wa­łam.

– Jestem tu po to, by uchro­nić przed twoją aro­gan­cją kolejną duszyczkę – powie­dzia­łam przez zaci­śnięte zęby.

Choć może nikogo tak naprawdę nie rato­wa­łam. Tam­ten chło­pak nawet nie drgnął. Sze­roko otwo­rzy­łam mu drogę ucieczki, a on wciąż tam ster­czał. A nawet otwo­rzył usta i powie­dział:

– A gdy­byś tak naj­pierw poło­żył piłkę na kiju, a dopiero potem kij na mojej gło­wie?

Cade pokle­pał go po ple­cach.

– Nie­zły pomysł. Gdzie ten kij?

Wes­tchnę­łam. Nie było powodu do inter­wen­cji. Chło­pa­czek widocz­nie lubił być gnę­biony. Ruszy­łam dalej.

– Następ­nym razem, Magnes, podejdź do nas wcze­śniej. Nie chcie­li­by­śmy, żeby znów coś wymknęło się nam z rąk – zawo­łał Cade, potę­gu­jąc jesz­cze śmie­chy.

W piersi wez­brał mi gniew i odwró­ci­łam się gwał­tow­nie.

– Sły­sza­łeś kie­dyś o ali­te­ra­cji? Powi­nie­neś się z nią zapo­znać. – Kijowa była ta kon­tra. Argu­ment dla wta­jem­ni­czo­nych, który ni­gdy by do niego nie dotarł, ale tylko taki przy­szedł mi do głowy. Towa­rzy­stwo wokół niego śmiało się jesz­cze gło­śniej. Odwró­ci­łam się i zro­bi­łam wszystko, by odda­lić się z nor­malną szyb­ko­ścią.ROZDZIAŁ 4

Zamie­rzam wystar­to­wać w kon­kur­sie na pio­senkę – oznaj­mi­łam.

Ręka Isa­bel zasty­gła w bez­ru­chu, gdy się­gała po piżamę. Był piąt­kowy wie­czór, a my sie­dzia­ły­śmy u niej w domu i zaraz mia­ły­śmy obej­rzeć jakiś hor­ror. Z ogło­sze­niem moich pla­nów zwle­ka­łam od momentu, kiedy dzień wcze­śniej prze­czy­ta­łam o tym kon­kur­sie, cały czas to wszystko roz­wa­ża­jąc. Teraz wypo­wie­dzia­łam je na głos. To ozna­czało, że będę musiała się ich trzy­mać. I będę się ich trzy­mać.

– Naprawdę? – W jej gło­sie czuło się wię­cej niż tylko odro­binę scep­ty­cy­zmu.

Rzu­ci­łam się na jej kró­lew­skie łoże i zapa­trzy­łam w przy­pięty do sufitu por­tret Ein­ste­ina. Jak zawsze zasta­no­wiło mnie, jak mogła spać, gdy tak na nią patrzył. Mnie zawsze przy­cho­dziło to z tru­dem.

Mimo to uwiel­bia­łam noco­wać u Isa­bel. Była jedy­naczką, więc jej dom wyda­wał mi się oazą spo­koju. Zawsze jadły­śmy kola­cję z jej rodzi­cami – dziś były to prze­pyszne domowe tama­les z ryżem i fasolą – a potem szły­śmy na górę, by urzę­do­wać w jej ogrom­nym pokoju z roz­kła­daną kanapą, tele­wi­zo­rem i minia­tu­rową lodówką do prze­cho­wy­wa­nia die­te­tycz­nej coli i lodów.

– Uwa­żasz, że nie dam rady? – zapy­ta­łam ją, marsz­cząc czoło.

– Nie o to cho­dzi, Lil. Jestem pewna, że twoje pio­senki są świetne – odpo­wie­działa Isa­bel, wycią­ga­jąc piżamę z szu­flady komódki. – Powie­dzia­ła­bym ci to z peł­nym prze­ko­na­niem, gdy­byś podzie­liła się któ­rąś ze mną, swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką na świe­cie.

Jęk­nę­łam.

– Wiem. Przy­kro mi. Jesz­cze żad­nej nie skoń­czy­łam.

– Zawsze to powta­rzasz. Jak więc zamie­rzasz wystar­to­wać w kon­kur­sie, skoro nawet ze mną nie chcesz podzie­lić się pio­senką?

Ukry­łam twarz w dło­niach.

– Nie wiem.

Usia­dła na łóżku obok mnie.

– Prze­pra­szam. Wiem, że dasz radę, Lil. Musisz tylko uwie­rzyć w sie­bie.

– Dzięki, mamo.

– Nie bądź wredna. Sta­ram się ci pomóc.

Opu­ści­łam ręce i spoj­rza­łam na nią.

– Wiem.

– Opo­wiedz mi o tym kon­kur­sie.

Opar­łam się na łok­ciach.

– Orga­ni­zuje go Insty­tut Her­ber­gera – zaczę­łam.

Isa­bel zaparło dech w pier­siach, sze­roko otwo­rzyła ciemne oczy.

– Och, łał. Lil, to dopiero pre­stiż.

Kiw­nę­łam głową i zde­ner­wo­wana zaję­łam się roz­dwo­jo­nymi koń­ców­kami moich wło­sów.

– Wiem. W każ­dym razie nagroda wynosi pięć tysięcy dola­rów, co samo w sobie, oczy­wi­ście, jest nie­sa­mo­wite. Ale jesz­cze lep­szy będzie trzy­ty­go­dniowy kurs u jed­nego z pro­fe­so­rów.

Isa­bel się uśmiech­nęła.

– To grubo. Pozna­nie takiego pro­fe­sora mogłoby uła­twić przy­ję­cie, prawda?

Przy­tak­nę­łam. Sta­ra­łam się za wiele o tym nie myśleć. Wygrana w kon­kur­sie nie tylko przy­nio­słaby pie­nią­dze umoż­li­wia­jące opła­ce­nie stu­diów, na co moi rodzice nie mogli sobie pozwo­lić, ale i pomo­głaby mi zakwa­li­fi­ko­wać się do uczel­nia­nego pro­gramu muzycz­nego, o któ­rym od lat marzy­łam.

– Zdradź mi więc coś. Choćby pomysł na pio­senkę. – Wska­zała zie­lono-fio­le­towy zeszyt leżący na spo­czy­wa­ją­cym na pod­ło­dze worku z moimi rze­czami na noc.

Ogar­nęło mnie onie­śmie­le­nie, wzru­szy­łam więc ramio­nami.

– Mam kilka pomy­słów. Muszę je doszli­fo­wać. Przed­sta­wię ci je, ale nie teraz.

Prze­wró­ciła oczami, a potem wstała, żeby prze­brać się w piżamę.

– Cykor.

Rzu­ci­łam w nią jedną z moich skar­pet, a potem znów wycią­gnę­łam się na wznak i w moim polu widze­nia poja­wił się pla­kat na sufi­cie. Miała rację. Był ze mnie totalny cykor.

– Mam wra­że­nie, że Ein­stein mnie osą­dza.

– Zapewne tak. Może przej­rzał twój zeszyt.

Zaśmia­łam się i wycią­gnę­łam z worka piżamę.

Isa­bel zmie­niła temat, żebym ja nie musiała tego robić.

– Dziś jeden film czy dwa? – Tak zaszy­fro­wała pyta­nie: „Jak szybko kła­dziemy się spać?”.

Uśmiech­nę­łam się.

– Dwa. Przed nami cała noc.

* * *

Tele­fon zabrzę­czał tuż przy moim udzie, więc usia­dłam natych­miast na roz­kła­da­nej kana­pie Isa­bel, chwi­lowo jesz­cze zdez­o­rien­to­wana. Przede mną migo­tał błę­ki­tem ekran tele­wi­zora. Przez żalu­zje prze­świ­ty­wało blade świa­tło poranka. Tele­fon prze­stał brzę­czeć, ale po dzie­się­ciu sekun­dach znów zaczął.

– Halo? – ode­zwa­łam się, wciąż zaspana.

– Lily. – To był tata. – Twój brat ma dzi­siaj ostatni mecz. Pamię­tam, jak mówi­łaś, że chcia­ła­byś jakiś obej­rzeć. Nie chcia­łem pozba­wiać cię tej oka­zji.

– Która godzina?

– Ósma rano.

Ziew­nę­łam. Zasnę­ły­śmy z Isa­bel dopiero po trze­ciej. Mimo to pró­bo­wa­łam wziąć się w garść.

– Ow­szem, chęt­nie się wybiorę.

– Okej, zgarnę cię po dro­dze naj­póź­niej za dwa­dzie­ścia minut.

– Dzięki.

– Kto to był? – jęk­nęła ze swo­jego łóżka Isa­bel. Usia­dła, a zazwy­czaj ide­alne sprę­żynki jej czar­nych loków przy­le­gały teraz pła­sko do jej głowy.

Moje włosy znacz­nie trud­niej było opa­no­wać.

– Mój tata. Śpij dalej. Muszę się zbie­rać.

– Co takiego? Dla­czego? A nale­śniki?

– Następ­nym razem. Stwór Dwa ma mecz piłki noż­nej, o któ­rym zapo­mnia­łam.

– On zawsze ma mecz piłki noż­nej.

– W tym roku jesz­cze na żad­nym nie byłam. Obie­ca­łam mu, że będę.

Isa­bel znów klap­nęła na poduszkę z już zamknię­tymi oczami.

– Okej. Widzimy się w ponie­dzia­łek.ROZDZIAŁ 5

W ponie­dzia­łek wystar­czyły cztery minuty, żebym to dostrze­gła. Wypa­ko­wa­łam książkę, ołó­wek i poje­dyn­czą kartkę. Pan Ortega zaczął swój wykład. Moje spoj­rze­nie powę­dro­wało ku fra­zie z pio­senki, którą w pią­tek zapi­sa­łam na bla­cie. I wtedy zoba­czy­łam pod moim następny wers, zapi­sany nowymi dla mnie, dru­ko­wa­nymi lite­rami.

„Nim noc już wkrótce przy­woła cie­nie”.

To był następny wers tej pio­senki. _Jak to?_ Nie wie­dzia­łam, co o tym myśleć. Jesz­cze ktoś z tej szkoły słu­chał mojej ulu­bio­nej muzyki alter­na­tyw­nej? Widocz­nie nie ja jedna nudzi­łam się na tych lek­cjach.

Uśmiech­nę­łam się, a potem szybko napi­sa­łam pod tym wer­sem:

„Blac­kout rzą­dzi. Jak doro­snę, chcę być Lyssą Primm. Jestem pod wra­że­niem, że ich znasz”.

Zasta­na­wia­łam się, jak czę­sto sprzą­taczki wycie­rają te blaty. Ta wia­do­mość praw­do­po­dob­nie nawet nie zdąży dotrzeć do adre­sata. Nie miało to jed­nak zna­cze­nia; uszczę­śli­wiła mnie sama świa­do­mość, że ktoś jesz­cze w tej szkole ma tak wyborny gust muzyczny. Cie­ka­wiło mnie, czy znam tego kogoś. Liceum Mor­risa nie było małą szkołą. Ale z pra­cowni che­micz­nej korzy­stali tylko trze­cio­kla­si­ści – co wyklu­czało osobę, o któ­rej w pierw­szej kolej­no­ści pomy­śla­łam – czyli Lucasa. On wyglą­dał na takiego, co mógł gusto­wać w niszo­wych kape­lach, podob­nie jak ja. Ale był z klasy star­szej. To jed­nak i tak nale­żało uznać tylko za pobożne życze­nia, bo praw­do­po­do­bień­stwo, że napi­sał to ktoś mi znany, wyda­wało się małe.

_Pan Ortega._ A jeśli to on pozo­sta­wił tę wia­do­mość? Pan Ortega fanem Blac­kout? Roz­śmie­szyła mnie ta myśl. Na całego. Szybko spoj­rza­łam przed sie­bie. Ale nauczy­ciel był wła­śnie w środku jakie­goś wywodu i na szczę­ście chyba nie zauwa­żył mojego wybu­chu śmie­chu.

Ina­czej niż sie­dząca obok mnie Lau­ren, wnio­sku­jąc po wyra­zie jej twa­rzy. Zna­łam tę minę. Zasad­ni­czo była to niema wer­sja pyta­nia: czemu z cie­bie taka dzi­waczka? Pomy­śla­łam, czy nie powie­dzieć jej, że wyobra­zi­łam sobie pana Ortegę w tańcu, uzna­łam jed­nak, że nic by to nie dało. Poza tym zdą­ży­łam już poznać na wła­snej skó­rze, czym się koń­czy mówie­nie rze­czy nie­pa­su­ją­cych do oko­licz­no­ści, więc tylko wzru­szy­łam ramio­nami.

Potem znów zer­k­nę­łam na zapi­ski na bla­cie.

Reszta lek­cji upły­nęła mi chyba odro­binę szyb­ciej niż nor­mal­nie.

* * *

Na kory­ta­rzu zła­pa­łam Isa­bel.

– Coś ty taka uśmiech­nięta? – zapy­tała.

– Ja się zawsze uśmie­cham.

Pośmiała się z tego, zaraz jed­nak umil­kła.

– Okej, rze­czy­wi­ście dużo się uśmie­chasz, zwy­kle jed­nak nie w szkole.

– To dla­tego, że liceum tłamsi duszę.

– Nie ma co dra­ma­ty­zo­wać – stwier­dziła.

– W sumie tak. – Ale miała rację. Było mi teraz lekko i widzia­łam tylko jeden powód takiego stanu. – Koja­rzysz tę kapelę, o któ­rej ci opo­wia­da­łam? Blac­kout?

Zatrzy­ma­ły­śmy się przy jej szafce i wyjęła z ple­caka kilka ksią­żek, żeby je do niej upchnąć.

– Nie. Co takiego śpie­wają?

Cicho zanu­ci­łam kilka wer­sów jed­nej z pio­se­nek, a gdy nic jej nie zaświ­tało, prze­rzu­ci­łam się na inną.

– Nic? – Już kilka razy jej to pusz­cza­łam. Zasko­czyło mnie, że nic nie pamięta.

– Sorki, ale lubisz dziwną muzykę – pod­su­mo­wała Isa­bel, zamy­ka­jąc z uśmie­chem szafkę.

– Pew­nie chcia­łaś powie­dzieć, że nie­sa­mo­witą, ale niech ci będzie.

– I co z nimi?

– Ktoś jesz­cze ich koja­rzy.

– To chyba dobrze dla tej kapeli, że nie jesteś jej jedyną fanką.

Uśmiech­nę­łam się.

– Nie. Mam na myśli kogoś stąd, ze szkoły. Napi­sa­li­śmy sobie na sto­liku kilka lini­jek jed­nego z tek­stów. To było super.

– Bazgra­łaś po sto­liku? Chcesz naro­bić sobie kło­po­tów?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: