Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Ramoty i ramotki - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Ramoty i ramotki - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 461 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

GŁOS PIERW­SZY DO CZY­TEL­NI­KÓW.

O Wy du­szy mo­jej naj­mil­sze pe­reł­ki! Czy­tel­ni­cy! Wy któ­rzy mnie w ży­ciu au­to­ra od naj­więk­szej uwal­nia­cie bo­le­ści, po­zwól­cie przede wszyst­kiem, nie­chaj Was uści­skam i uca­łu­ję, nie­chaj się z Wami po­piesz­czę, nie­chaj Was i do ser­ca mo­je­go przy­tu­lę, nie­chaj Was łza­mi przy­wią­za­nia i mi­ło­ści zro­szę, po­kro­pię i ob­le­ję.

1) Przy­bliż się do mnie łysy fi­lo­zo­fie, – bli­żej, – bli­żej – daję Ci bło­go­sła­wień­stwo na dro­gę ba­dań: prze­czy­taj z uwa­gą 6 to­mów mo­ich Ra­mot i Ra­mo­tek, a nie­za­wod­nie schwy­cisz wie­dzę, wi­dzę i - um.

2) Przy­bliż się ogo­rza­ły rol­ni­ku, klęk­nij i od­bierz moje bło­go­sła­wień­stwo, a poj­miesz, że jak je­steś pierw­szem ogni­wem ży­cia na­ro­du, tak sta­rać się wi­nie­neś, abyś nie był ostat­niem w ży­ciu umy­sło­wem; nie­chaj Cię nie sama Ce­res, ale i Mi­ner­wa pro­mie­niem ła­ski swo­jej ogrze­wa; – bądź re­pre­zen­tan­tem uczuć naj­szla­chet­niej­szych, bądź fi­la­rem cnót na­ro­do­wych, bo je­steś ser­cem na­ro­du.

3) Przy­bliż się do mnie osi­wia­ły praw­ni­ku! duję Ci bło­go­sła­wień­stwo na dro­gę spra­wie­dli­wo­ści, – nie­chaj Cię Je­ho­wa strze­że od ma­tac­twa i krę­ta­ni­ny, czy­taj moje Ra­mo­ty i Ra­mot­ki, znaj­dziesz ho­me­opa­tycz­ne ale nie­sfał­szo­wa­ne kro­ple praw­dy.

4) Chodź­cie tu­taj prze­my­słow­cy – od­pocz­nij­cie po wa­szych uczci­wych za­bie­gach i nie­cnych sza­chraj­stwach, klęk­nij­cie na gro­chu i na ta­tar­ce, bo dużo jest grze­chu w ży­ciu wa­szem. Chuć pie­nięż­na ob­sia­dła ser­ca wa­sze, za­nie­czy­ści­ła umysł, ztąd naj­więk­szą część swo­ich uczuć da­li­ście na li­chwę zło­ta. W V. to­mie mo­ich Ra­mo­tek spra­wię wam łaź­nię, tom I. i II. prze­czy­taj­cie dla roz­ryw­ki.

5) Płci pięk­na! pro­szę, bar­dzo pro­szę nie­chaj Aść­ki będą ła­ska­we bli­żej przy­stą­pić. Oczki na dół, ustecz­ka na sznu­rek, rącz­ki na krzyż. O! tak pięk­nie. Cóż Aść­ki chcą?… ro­man­su?… he?… W I. i II. to­mie bar­dzo mało ro­man­su, w na­stęp­nych bę­dzie wię­cej. Czy­taj­cie tym­cza­sem co jest, nie za­po­mnia­łem i o was go­łąb­ki.

6) Ka­wa­le­ro­wie! marsz! marsz!… Stój! rów­naj się, oczy na pra­wo, nosy na dół… uszy do góry!

Mo­ści bal­bie­rzu do ape­lu.

Lala?! – jest.

Wier­ci­pię­ta?! – jest.

Lam­part?! – jest.

Dan­dy?! – jest.

Pły­wacz vel kłam­ca?! – jest.

Opry­szek?! – jest.

Lew?! – jest.

Dłu­go­uchy?! – jest.

Nie bra­ku­je żad­ne­go, idź­cie na kwa­te­ry i czy­taj­cie moje Ra­mo­ty i Ra­mot­ki.

Dzie­ci, po cóż się ci­śnie­cie?… w cie­lę­ta nig­dy nie orzą, – nie dla was Ra­mo­ty, – ru­szaj­cie do gra­ma­ty­ki.

DO NAJ­SZA­NOW­NIEJ­SZYCH PRE­NU­ME­RA­TO­RÓW .

Ile razy zda­rzy­ło mi się na­po­tkać spis pre­nu­me­ra­to­rów na cze­le, lub co gor­sza na ple­cach dzie­ła, za­wsze by­łem cie­ka­wy do­wie­dzieć się, jaki cel w dru­ko­wa­niu tego spi­su uczo­ny au­tor za­ło­żył?… bo przy­pu­ścić nie mo­głem, aby to czy­nił dla zwięk­sze­nia ob­ję­to­ści ma­te­ry­al­nej tyl­ko. – Je­że­li przez ogło­sze­nie pię­cio­zło­to­wych na­zwisk z imio­na­mi, z ty­tu­ła­mi, za­mie­rzył swo­im nie­ja­ko chle­bo­daw­com wdzięcz­ność oka­zać, na­le­ża­ło coś do nich prze­mó­wić – np. "O! wy! któ­rzy przez na­mo­wy, przez na­le­ga­nia, przez sto­sun­ki po­kre­wień­stwa, po­wi­no­wac­twa, przy­jaź­ni i zna­jo­mo­ści, da­li­ście po 5 lub po 10 zło­tó­wek na pa­pier i druk mo­je­go dzie­ła, nie­chaj wam w tem do­cze­snem i w przy­szłem ży­ciu, – "raj­skie świe­ce świe­cą" – albo: "O wy! po­sre­brza­ne fi­la­ry kwe­stu­ją­cej li­te­ra­tu­ry, bądź­cie ła­ska­wi przy­jąć dru­ko­wa­ny hołd roz­czu­lo­ne­go au­to­ra" i t… p. Ale za­cząć od Ada­ma, a skoń­czyć na Ze­no­nie, nie rze­kł­szy do nich ani sło­wa, w tem za­praw­dę żad­ne­go sen­su nie znaj­du­ję.

Nad­to ro­zu­miem, że każ­de dzie­ło dru­ku­je się albo ce­lem wy­ło­nie­nia my­śli fi­lo­zo­ficz­nych, albo dla ob­ja­wu uczuć sen­ty­men­tal­nych, albo na me­lan­cho­licz­no-prak­tycz­ny uży­tek, lub też na­ko­niec dla roz­we­se­le­nia skło­po­ta­nych ani­mu­szów, a nig­dy dla za­zna­ja­mia­nia z li­te­ra­mi na­zwisk osób, czy­tel­ni­ko­wi po naj­więk­szej czę­ści zu­peł­nie obo­jęt­nych. – Cóż do­pie­ro za przy­słu­ga, gdy umiesz­czą na­zwi­ska, na ja­kie ja przed 18 laty w spi­sie pre­nu­me­ra­to­rów na ja­kąś okrop­ną tra­je­di­ją nie­szczę­śli­wie na­po­tka­łem, to jest na ja­kie­goś pana Wi­ta­li­sa Roz­sz­częsz­czyp­czy­ko­czy­kow­skie­go A. E. R. G. G. S. K. M. Z. P. R. i na ja­kąś Ru­li­ku­li­gu­li­pu­li­ko­wi­kie­wi­czow­nę sę­dzian­kę. Bóg ła­skaw, żem so­bie przy pierw­szem na­zwi­sku ję­zy­ka zę­ba­mi nie ska­le­czył, a przy dru­giem nie prze­wró­cił, a com so­bie gło­wy na­ła­mał nad owe­mi po­je­dyń­cze­mi li­te­ra­mi "A. E. R. G. G. S. K. M. Z. P. R.", aby się do­wie­dzieć, jaką to god­ność pan Wi­ta­lis Roz­sz­częsz­czyp­czy­ko­czy­kow­ski pia­stu­je?… By­łem wów­czas mło­dy, a więc cie­ka­wy, po­mnę że trzy noce nie spa­łem, jed­nak­że do dziś dnia nie wiem, co ten al­fa­bet zna­czy. W in­nym zaś spi­sie pre­nu­me­ra­to­rów, czy­ta­jąc:

Myks, b… urzęd­nik ko­mo­ry po­gra­nicz­nej,

Buch, b… ka­pi­tan ar­tyl­le­ryi,

Psik, ar­ty­sta dra­ma­tycz­ny, mnie­ma­łem, że au­tor ze mnie żar­tu­je, stąd ob­ra­żo­ny, dzie­ło jego rzu­ci­łem na stro­nę.

Naj­sza­now­niej­si pre­nu­me­ra­to­ro­wie Ra­mot i Ra­mo­tek li­te­rac­kich, – ani na­zwisk, ani imion ani ty­tu­łów wa­szych nie wy­mie­nię, bo są­dzę że z wyż­szych po­bu­dek po­spie­szy­li­ście z przed­pła­tą na druk ory­gi­nal­nie po pol­sku na­pi­sa­nych ksią­że­czek – z po­bu­dek szla­chet­niej­szych, ani­że­li jest chęć wi­dze­nia swo­je­go na­zwi­ska go­ło­słow­ne­go, dru­ko­wa­ne­go na bi­bu­le, za­bie­ra­ją­ce­go bez­po­ży­tecz­nie miej­sce wy­ra­zom my­śli, wy­ra­zom uczuć, spo­strze­żeń, na­uki lub roz­ryw­ki. Z uczu­cia obo­wiąz­ków wspie­rać pi­śmien­nic­two kra­jo­we, bez chę­ci błysz­cze­nia pie­nięż­nem na­zwi­skiem, jak było za­wsze, cho­ciaż i w naj­szczu­plej­szej moż­no­ści za­kre­sie, spra­wą po­czci­wą tak obec­nie jest naj­pierw­szą, – dla tego od­da­ję wam cześć i przy­rze­kam, że w póź­niej­szych mo­ich pra­cach będę pil­niej­szym, a więc uży­tecz­niej­szym.

Cie­niom tego męża, któ­ry atra­ment vel in­kaust wy­na­lazł, pierw­szy od­dział mo­ich Ra­mo­tek w do­wód wdzięcz­ne­go uwiel­bie­nia po­świę­cam Au. Wi.

WSPO­MNIE­NIE SZKOL­NE .

"Co się dzie­je w szko­le, nie po­wia­daj, choć­by cię sma­żo­no w smo­le!" – Nie wiem, czy dzie­ci i te­raz po­dob­nej trzy­ma­ją się za­sa­dy, ale za lat mo­je­go pę­drac­twa w wiel­kiem mie­li­śmy po­sza­no­wa­niu owe głę­bo­kiej my­śli wy­ra­zy, i za­praw­dę tego, co tu dzi­siaj z całą otwar­to­ścią opo­wiem – przed dwu­dzie­stu laty, za wszyst­kie skar­by świa­ta nie był­bym wy­ja­wił.

By­łem do­pie­ro w kla­sie trze­ciej, od­dzia­le pierw­szym, gdy przy­był z Gie­tyn­gi, (nie pa­mię­tam czy dok­tor fi­lo­zo­fii czy nie dok­tor mie­li­śmy ich bo­wiem czte­rech po­mię­dzy na­szy­mi pro­fe­so­ra­mi) pan Be­rendt, i ob­jął ka­te­drę li­te­ra­tu­ry nie­miec­kiej w gim­na­zy­um po­znań­skiem. Mąż ten pe­łen na­uki i nie­co zgar­bio­nej po­sta­ci no­sił frak, spodnie, ka­mi­zel­kę i chust­kę czar­ne­go ko­lo­ru, a u ka­ma­szy się­ga­ją­cych po ko­la­na, było na każ­dej no­dze 7 du­żych sta­lo­wych gu­zi­ków, mó­wię wy­raź­nie siedm, bom je nie­raz ra­cho­wał prze­my­śli­wa­jąc, ja­kim­by to spo­so­bem kil­ka obe­rznąć; – zda­wa­ło mi się, że taka spraw­ka mo­gła­by sła­wę moją fi­glar­ną na za­wsze utrwa­lić

:

"O! ty co bu­jasz we­so­ło po ja­snej Nie­bios prze­strze­ni,

A z peł­ne­go chlu­by czo­ła pa­smo roz­wi­jasz pro­mie­ni,

Ser­ce cię moje chwy­ta­ło,

Wy­so­ka chwa­ło!

Co za try­umf!?… gdy­bym był zdo­łał cho­ciaż je­den gu­zik w ob­li­czu ca­łej kla­sy od nie­na­wist­nych nam ka­ma­szów odłą­czyć. – Już na­wet skra­da­łem się raz ku ka­te­drze, ale obej­rzał się czuj­ne­go ucha pro­fe­sor, i zni­kła wiel­kie­go czy­nu spo­sob­ność.

Lecz wra­cam do głów­ne­go mej po­wie­ści celu: – siód­me­go stycz­nia, na­za­jutrz po trzech kró­lach, przy­bie­głem ry­chło do za­kry­styi, pra­gnąc słu­żyć do mszy stu­denc­kiej, – a lubo nie bar­dzom do­brze w mi­ni­stran­tu­rze od­po­wia­dał, i tyl­ko koń­ców­ki: "per Do­mi­num Deum no­strum" "sanc­tae!" gło­śno wy­ma­wia­łem – jed­nak­że na­to­miast po­tęż­nym dzwon­kiem słyn­nie ma­chać po­tra­fi­łem.

Pa­trzę – aż tu już pię­ciu kan­dy­da­tów do tego za­szczy­tu kłó­ci się o pierw­szeń­stwo. -

Ja­koś się po­go­dzi­li i za­czę­ła się roz­mo­wa o stu­denc­kiej bie­dzie.

– Ro­zu­miesz ty, co ten Be­rendt szwar­go­cze? "die er­ste Ab­the­ilung der deut­schen Li­te­ra­tur" "ru­hig!" -

"ru­hig!" – i za­wsze "ru­hig!" – zu­peł­nie, jak gdy­by kto szczot­ką po uszach dra­pał.

– Mój Boże! ksiądz Przy­byl­ski jak krzyk­nął "haj­da­ma­ku!" na całą go­dzi­nę było ci­cho, i cho­ciaż czę­sto dał że­la­znych kar­mel­ków mi­lej prze­cież by­wa­ło.

– Wiesz co, Kaul­fuss to wca­le do­brze uczy.

– Ale jaki on też uczo­ny! Kaul­fuss i Ca­sius na­le­żą po­dob­no do naj­lep­szych fi­lo­lo­gów.

– Albo to nasz po­czci­wy Bu­chow­ski nie tęgi ma­te­ma­tyk?

– Pew­no, że i on bar­dzo do­brze uczy wiesz, ja Bu­chow­skie­go tak ko­cham jak mego wła­sne­go ojca.

– Lecz kto z was Be­rend­ta ro­zu­mie? za­baw­nie, on ma nas cze­goś na­uczyć, a my jego ję­zy­ka nie ro­zu­mie­my; żeby on to po pol­sku mó­wił – "pierw­szy od­dział li­te­ra­tu­ry nie­miec­kiej po­czy­na się…"

– Ej ga­dasz, on nas pier­wej po­wi­nien na­uczyć gra­ma­ty­ki – wo­ka­buł – a po­tem do­pie­ro roz­pra­wiać o li­te­ra­tu­rze. – Słu­chaj Au­gu­ście! zrób­my mu dzi­siaj fi­gla; jak on za­cznie "ru­hig!" to my się ode­zwij­my "Stil­le" tyl­ko tak, aby żad­ne­go nie spo­strzegł, i moż­na­by wy­wo­sko­wać ław­ki i pu­ścić pisz­czo­ne­go, ty wiesz?…

– Do­brze, do­brze, wiem – masz wosk?

– Albo go tu mało w za­kry­styi, tyl­ko po­pro­śmy Wa­len­te­go.

– "Mój ko­cha­ny Wa­len­ty daj­cie – daj­cie – mnie i mnie" ja­koż w krót­kiej chwi­li po­wol­ny za­kry­sty­an dał każ­de­mu z nas po odro­bin­ce żół­te­go wo­sku.

Po­waż­nie ozwa­ły się or­ga­ny – miły śpiew cho­ral­ny roz­legł się po świą­ty­ni pań­skiej, i w tym tak zna­ko­mi­cie pysz­nym przy­byt­ku Boga – we fa­rze po­znań­skiej – siedm­set z górą uczniów mo­dli­ło się w po­ko­rze do Pana nad Pany, aby im dał zdro­wie, na­ukę – bo­jaźń Bo­ską, przy­jaźń ludz­ką, aby ich ro­dzi­ców od złe­go chro­nił, – na­uczy­cie­lom tro­ski i zno­je na­gro­dził. By­łem i ja wpo­śród mo­dlą­cych się; za­po­mnia­łem o Be­rend­cie – myśl po­zby­ła się swa­wo­li – po­boż­nie pa­trzy­łem się na ob­rzą­dek mszy świę­tej – i do­pie­ro gdy­śmy pa­ra­mi w bra­mę szkol­ną wcho­dzi­li, szep­nął mi Sta­sio "czy masz wosk?" – "mam" od­rze­kłem, i żą­dza pu­sto­ty prze­bie­gła żyły moje.

Od 9ej do 9ej był ję­zyk pol­ski – po­przed­nik ko­cha­ne­go i wiel­ce za­cne­go Kró­li­kow­skie­go od­czy­ty­wał nam pięk­nym gło­sem wzo­ro­we utwo­ry Kar­piń­skie­go; słu­cha­li­śmy z wdzięcz­no­ścią, bo ksiądz An­to­sie­wicz ob­rał tak lube ob­ra­zy dla serc na­szych mło­dzień­czych, czy­nił ob­ja­śnie­nia, po­rów­na­nia z in­ny­mi pi­sa­rza­mi, i szyb­ko, mile, na skrzy­dłach, kró­ciuch­na ubie­gła go­dzi­na. Gor­li­wy w służ­bie sta­ry pe­del Scha1 zmia­nę go­dzin dzwon­kiem ogło­sił; wy­to­czył się po­waż­nie sza­now­ny ksiądz An­to­sie­wicz, a miej­sce jego za­jął pro­fe­sor Be­rendt. Po­ra­cho­wa­łem u pra­wej nogi gu­zi­ki, było ich jak daw­niej nie mniej, nie wię­cej jak siedm, ra­chu­ję u le­wej – nie do­wie­rzam oczom moim, o ra­do­ści! – sześć tyl­ko. – Pra­wił tym­cza­sem pan Be­rendt o Wie­lan­dzie; my­śmy wosk z kie­szo­nek wy­do­by­li.

"Ru­hig!" – "Stil­le!" ozwa­ło się po róż­nych kla­sy stro­nach kil­ka pi­skli­wych gło­si­ków.

– Was ist das?

Har­mo­nia wo­sko­wa za­gra­ła. – – "Du unge­zo­ge­ner Bube!" – schwy­cił mnie za koł­nierz gra­na­to­we­go spen­cer­ka i sil­nie za drzwi wy­rzu­cił. – Świe­że po­wie­trze owia­ło mnie; – Mi­cha­łow­ska, żona stru­ża szkol­ne­go, ro­ze­śmia­ła się mó­wiąc: "już to znów na po­ku­cie?" Usia­dłem so­bie przy pro­gu w kucz­ki, słu­cha­jąc jak się tam moi ko­le­dzy po­pi­su­ją – i kie­dym się dzi­wił spo­koj­no­ści, jaka w kla­sie pa­no­wa­ła, – ksiądz An­to­sie­wicz, prze­cha­dza­ją­cy się po dzie­dziń­cu do mnie za­ga­dał: "A coż wilcz­ku, wy­gna­li cię z kniei – pew­noś ba­ran­ka du­sił?" – "Nie, księ­że pro­fe­so­rze! jam nic nie ro­bił – i (skrzy­wi­łem twarz moję w gry­mas pła­czu) tyl­ko pan pro­fe­sor Be­rendt opo­wia­dał nam, że Ko­per­nik był Niem­cem – a wszak­że ksiądz pro­fe­sor na­uczał nas, że Ko­per­nik był Po­la­kiem." – Za­ru­mie­nił się ksiądz An­to­sie­wicz, roz­two­rzył na ro­ścierz drzwi kla­sy i po­py­cha­jąc mnie na­przód, z przy­ci­skiem wy­rzekł: "Ko­per­nik był Po­la­kiem – jest to rze­czą do­wie­dzio­ną i żad­nej nie ule­ga­ją­cą wąt­pli­wo­ści – pro­szę pana pro­fe­so­ra tak gru­bych błę­dów hi­sto­rycz­nych nie ob­ja­wiać, któ­rym­by może dano wia­rę w Gie­tyn­dze ale nie u nas." i wy­cho­dząc drzwi za sobą za­trza­snął. Be­rendt stał nie­po­ru­szo­ny i nie­my; – ło­skot grzmo­tu nie jest tak gło­śnym jak był smiech i wrzask siedm­dzie­się­ciu chłop­ców! "Aha! se­hen Sie Herr – Pro­fes­sor! – nie będę marzł na zim­nie" i wy­szcze­rzy­łem zęby. – Tu już ha­łas wzmógł się do naj­wyż­szej po­tę­gi; ław­ki trzesz­cza­ły, nogi tu­pa­ły, okna się trzę­sły, lecz za­ra­zem i ja znów po­wtór­nie za drzwi wy­le­cia­łem.

Cóż? – za­py­tał przy­bie­ga­jąc do mnie obroń­ca pol­skie­go Ko­per­ni­ka. – "Ksiądz pro­fe­sor le­d­wie wy­szedł – on za­raz po­wtó­rzył, że Ko­per­nik był Niem­cem i że się Po­la­cy nie­słusz­nie przy­zna­wa­ją…" Nie dał mi do­koń­czyć ksiądz dzie­kan – trzę­sąc się ze zło­ści wno­si mnie za koł­nierz na­po­wrót do kla­sy, i w naj­wyż­szem unie­sie­niu za­wo­łał: – "Dzie­ci! do­pó­ki ja żyję, nikt was fał­szem kar­mić nie bę­dzie – a je­że­li nam po­zaz­dro­ści­li…" "Was wol­len Sie da­mit sa­gen, Herr Col­le­ge!" – "Ko­per­nik war ein Pole!" Wtem uka­zał się ów­cze­sny rek­tor Kaul­fus: rzecz się wy­ja­śni­ła, – cen­sor kla­sy zdał świa­dec­two, – po­go­dzi­li się prze­ciw­ni­cy – i gdy mnie do ko­mór­ki cią­gnio­no, sły­sza­łem tyl­ko już lek­ką zwa­dę o ro­do­wód Ko­per­ni­ka.

Co się na­stęp­nie sta­ło, po­zwól­cie, ła­ska­wi czy­tel­ni­cy, że za­mil­czę – bo cho­ciaż to już temu lat dwa­dzie­ścia i kil­ka, ale prze­cież głę­bo­ka myśl tych wy­ra­zów "co się dzie­je w szko­le nie po­wia­daj! choć­by cię sma­żo­no w smo­le!" do nie­któ­rych przy­najm­niej oko­licz­no­ści i dzi­siaj za­sto­so­wać mu­szę.

Dłu­go – dłu­go po­tem zda­rze­niu, jesz­cze i na uni­wer­sy­te­cie wro­cław­skim moi z owych lat współ­ucz­nio­wie py­ta­li mnie czę­sto "czy Ko­per­nik był Po­la­kiem?"

Pa­trząc tu w War­sza­wie na po­mnik tego wiel­kie­go męża, szyb­ko omi­jam to miej­sce. – Wczo­raj przy uli­cy Se­na­tor­skiej spy­tał mnie je­den z daw­nych zna­jo­mych "czy Ko­per­nik był Po­la­kiem?" – Łzy za­peł­ni­ły oczy moje – było to wspo­mnie­nie z lat da­le­ko ubie­głych – z lat mło­do­ści i szczę­ścia.

NA­PO­LE­ON I ŻYD­KI SWA­RZĘDZ­KIE .

(Zda­rze­nie praw­dzi­we.)

W Swa­rzę­dzu, mia­stecz­ku o jed­nę milę od Po­zna­nia od­le­głem, jest oko­ło 4000 miesz­kań­ców, z któ­rych więk­sza część tal­mud wy­zna­je. Było to w je­sie­ni 1806 roku, kie­dy bur­mistrz tam­tej­szy wi­dział się zmu­szo­nym za­we­zwać star­szy­znę ży­dow­ską, ce­lem wy­ja­śnie­nia mu, co jest po­wo­dem tak nad­zwy­czaj­ne­go po­mię­dzy nimi ru­chu, któ­ren od dni kil­ku uwa­żał; jaką dano od­po­wiedź, nikt o tem prócz p… bur­mi­strza nie wie­dział. Pod­czas jar­mar­ku do­pie­ro wy­ja­wi­ła się u chrze­ścian po­gło­ska, że ży­dzi w po­bli­skich wio­skach 120 koni na­ję­li, i że po za kir­ku­tem (cmen­ta­rzem) ta­ko­we ujeż­dża­ją, że wszyst­kie ko­nie są w pięk­ne przy­bra­ne rzę­dy. W gło­wę za­cho­dzi­li cie­kaw­si, coby to zna­czy­ło? bo i inne jesz­cze były po­szla­ki, że ży­dzi coś wiel­kie­go knu­ją.

Wia­do­mość, że Na­po­le­on, ce­sarz Fran­cu­zów, w Swa­rzę­dzu i w oko­li­cach sto­ją­ce puł­ki oso­bi­ście w miej­scu obej­rzy, o ta­jem­ni­cy ży­dow­skiej za­po­mnieć ka­za­ła. – Kto tyl­ko do użyt­ku miał przy­dat­nych nóg parę, już od rana wy­biegł do Zie­leń­ca. – Jest to młyn wod­ny w stro­nie ku Po­zna­nio­wi, nad brze­giem wiel­kie­go je­zio­ra u spodu pia­sczy­stej góry, miej­sce dla Swa­rzę­dza cza­ru­ją­ce, a istot­nie przy­jem­ne pięk­nym na je­zio­ro i na mia­sto wi­do­kiem. Po za kar­czem­ną staj­nią zgro­ma­dził się nie­zli­czo­ny tłum ży­dów; ich szwar­go­ta­nie, wrzask i ha­łas, by­ły­by w sta­nie li­chą ar­ty­le­ryą za­głu­szyć. Już wten­czas każ­den się mógł do­my­ślić, że owa ży­dow­ska ta­jem­ni­ca byli w celu uczy­nie­nia mi­łej nie­spo­dzian­ki dla Na­po­le­ona.

O pierw­szej z po­łu­dnia krzyk­nął na da­chu sie­dzą­cy szaj­gec: "Er kymt! er kymt!" (je­dzie! je­dzie!) Ja­koż za chwil kil­ka uka­zał się na pysz­nym arab­czy­ku mały ka­pral Fran­cyi, Na­po­le­on. Wy­py­ty­wał się wła­śnie jed­ne­go z przy­bocz­nych je­ne­ra­łów o stra­te­gicz­ne po­ło­że­nie Swa­rzę­dza. Oko jego opar­ło się na prze­ciw­le­głej gó­rze, gdy na­gle z poza staj­ni wy­biegł znacz­ny po­czet Tur­ków, dro­gę ce­sa­rzo­wi za­stę­pu­jąc. Wiel­kie tur­ba­ny, bro­dy ogrom­ne, czer­wo­ne, żół­te i zie­lo­ne kur­ty, cza­ma­ry, ko­nie stroj­ne roz­ma­itej bar­wy po­kry­ciem; pió­ra, pa­ła­sze, gdzie­nieg­dzie piki i sztan­da­ry, nada­wa­ły tej jeź­dzie szcze­gól­nej wo­jen­ny i azy­atyc­ki cha­rak­ter; Na­po­le­on wstrzy­mał ko­nia i spoj­rzał się na swo­ich – nikt tego wy­pad­ku ob­ja­śnić nie umiał. Wtem wy­su­wa się na­przód do­wód­ca jaz­dy tu­rec­kiej a pod­je­chaw­szy na kil­ka łok­ci przed ce­sa­rza zdej­mu­je z gło­wy tur­ban mó­wiąc: "Früch­ten Sie nichts, ka­iser­li­che Ma­ie­stät, wir sind ke­ine Tür­ken, wir sind Shwer­sen­zer Jüden (Nie lę­kaj się Wa­sza Ce­sar­ska Mość, my­śmy nie Tur­cy, my je­ste­śmy żyd­ki swa­rzędz­kie).

Śmiech Na­po­le­ona gra­nic pra­wie nie miał – od­waż­ne Tur­ki krzyk­nę­ły:

"Wi­wajt!" "Wiel­ki Ce­sarz Na­po­le­on niech żyje! jesz­cze raz niech żyje" i po­wtó­rzyw­szy trzy­krot­nie "Wi­wajt!" usu­nę­li się na stro­nę.

Mar­szał­ko­wie fran­cuz­cy za­pew­nia­li, iż nig­dy się Na­po­le­on tak ser­decz­nie nie uśmiał."ZA PO­ZWO­LE­NIEM JA PAŃ­STWU OPO­WIEM BAR­DZO CIE­KA­WĄ NI­STO­RYĄ."

Na­der małą jest licz­ba ro­dzin, któ­re­by się z sa­mych bo­ga­tych osób skła­da­ły; jed­nak­że, w roz­mo­wach wyż­sze­go to­wa­rzy­stwa sły­szy­my tyl­ko: "mój wuj, ksiądz bi­skup; – moja ciot­ka, pani je­ne­ra­ło­wa; – mój brat, pan pre­zes;" – a o wuju, or­ga­ni­ście, o cio­ci igłą na chleb po­wsze­dni za­ra­bia­ją­cej, o bra­cisz­ku, któ­ry do­no­śnym gło­sem stro­ny przed krat­ki przy­wo­łu­je, nikt nig­dy ani mrum­ru, – i cho­ciaż­by to byli naj­pocz­ciw­si lu­dzie, każ­dy się strze­że po­pi­sy­wać się nimi. Czem się to dzie­je? – ja­kie są tej dy­plo­ma­cyi przy­czy­ny? – wiem ale nie po­wiem. Na­to­miast opi­szę moim ła­ska­wym czy­tel­ni­kom wy­pa­dek, któ­ry ze źró­dła ta­kie­goż pań­stwo-chwal­stwa wy­pły­nął.

– Pan Grze­gorz – istot­ne­go na­zwi­ska przez grzecz­ność nie wy­mie­nię, ale że nie lu­bię bo­ha­te­rów bez na­zwi­ska wpro­wa­dzać, nie­chaj­że tu­taj na­zy­wa się np. Dur­niew­ski! – Otóż tedy ten pan Grze­gorz Dur­niew­ski za­błą­dził do jed­ne­go z mo­ich zna­jo­mych na ucztę wy­pra­wio­ną dla swo­je­go na­der sza­now­ne­go przy­ja­cie­la, nie­gdyś ka­pe­la­na przy ar­cy­bi­sku­pie Kra­sic­kim. Śród obia­du, po kil­ku kie­lisz­kach oży­wia­ją­ce­go pły­nu, prze­zac­ny pra­łat na po­wszech­ne proś­by opo­wia­dał po­byt w Po­ts­da­mie i szcze­gó­ły ży­cia księ­cia po­etów.

Wy­ra­zy star­ca stłu­mio­ne jego sę­dzi­wym wie­kiem, bo­ga­te w au­ten­tycz­tlość ła­ska­wie udzie­la­nych nam wia­do­mo­ści, nie­zwy­kłą sło­dy­czą skra­szo­ne, chwy­ta­li­śmy wszy­scy z naj­wyż­szą cie­ka­wo­ścią i z tak głę­bo­kiem mil­cze­niem, że przez otwar­te na ogród okno brzęk wra­ca­ją­cej do ula psz­czo­ły wdzięcz­nie się po­mię­szał z gło­sem mó­wią­ce­go. – "Racz­cie mi pa­no­wie za­wie­rzyć, że w ca­łem ży­ciu tego zna­ko­mi­te­go męża nig­dy w nim sil­niej­sze­go za­pa­łu, jak gdy ziom­ków swo­ich bro­nił przed kró­lem pru­skim prze­ciw za­rzu­to­wi mnie­ma­nej…

"Za po­zwo­le­niem księ­dza pra­ła­ta"- prze­rwał Dur­niew­ski,- "ja pań­stwu opo­wiem bar­dzo cie­ka­wą hi­sto­ryą."

Oczy wszyst­kich obec­nych zwró­ci­ły się z naj­wyż­szem obu­rze­niem na Dur­niew­skie­go, gdy ten­że bez­czel­ny bał­wan, prze­su­nąw­szy pa­lec pod no­sem, na­stę­pu­ją­cą bred­nię sze­ple­nić po­czął:

– "Po­trze­ba pa­nom wie­dzieć, że moja ciot­ka, pani je­ne­ra­ło­wa, mo­jej mamy ro­dzo­na sio­stra, bar­dzo się lę­ka­ła Ba­war­czy­ków, żeby mamy nie zra­bo­wa­li, wten­czas kie­dy oni szli za Na­po­le­onem na woj­nę w ty­siąc ośrn­set dwu­na­stym czy pięt­na­stym roku – do­brze nie pa­mię­tam, bo jesz­cze wten­czas by­łem bar­dzo mały; ale to pa­mię­tam, że moja mama mia­ła eko­no­ma Dziob­czyń­skie­go, któ­ry był bar­dzo spryt­ny czło­wiek, a on wie­dział, że mama się bała Ba­war­czy­ków, bo on i Mi­cha­łek to po­my­śle­nie mo­jej mamy wie­dzie­li; więc on przy­szedł do mamy i mó­wił ma­mie, żeby mama od­je­cha­ła do księ­dza bi­sku­pa, któ­ry był mo­jej mamy krew­nym i żeby mama wszyst­ko po­cho­wa­ła a zwłasz­cza, że mama mia­ła wiel­kie słe­bra sto­ło­we na sześć osób, i słebr­ną mied­ni­cę i go­to­we pie­nią­dze. Jak więc Dziob­czyń­ski tak mo­jej po­ra­dził ma­mie, moja mama usłu­chaw­szy go, spy­ta­ła go się, jak on ra­dzi scho­wać sre­bra i te pie­nią­dze, bo brać ze sobą też się bała, bo już wszyst­kie trak­ty były pal­ne żol­nie­rzy; więc Dziob­czyń­ski po­ra­dził ma­mie, żeby mama w bu­dyn­ku żad­nym nie cho­wa­ła., bo w Po­lą­dzi­nie u księ­dza pro­bosz­cza, któ­ry był bra­tem pana pod­pre­fek­ta, ze spi­chle­rza Fran­cu­zi wie­le za­cho­wa­nych rze­czy zra­bo­wa­li, a w zie­mi tak­że nie ra­dzi­ły bo Fran­cu­zi byli tacy mą­drzy, że jak zo­ba­czy­li na polu albo w ogro­dzie świe­żo zry­tą zie­mię, za­raz tam ko­pa­li i puty ko­pa­li, aż cze­go nie zna­leź­li; więc ra­dził mar­nie, żeby mama ka­za­ła wszyst­ko za­pa­ko­wać w becz­kę, ob­le­pić smo­łą i wpu­ścić do sa­dzaw­ki w naj­głęb­sze miej­sce; Dziob­czyń­ski był bar­dzo spryt­ny. Mama usłu­cha­ła go i na wie­czór ode­sła­li sta­re­go Wa­cha, któ­ry za­wsze sy­piał przede­dwo­rem, bę­dąc noc­nym stró­żem i mama i Dziob­czyń­ski, eko­nom, i bar­dzo wier­ny lo­kaj Jan za­pa­ko­wa­li wszyst­kie słe­bra i pie­nią­dze w becz­kę, ob­le­pi­li smo­łą i za­kul­nę­li do sa­dzaw­ki, a mnie mama upo­mnia­ła, że­bym ni­ko­mu nie po­wie­dział,

Uważ­cie pań­stwo, mama ze mną od­je­cha­ła, Fran­cu­zi, Ba­war­czy­ki, Szwe­dzi i te wszyst­kie na­cye, któ­re szły za Na­po­le­onem, przy­szły do Pę­ko­cin­ka; wszy­scy szu­ka­li, za­glą­da­li po wszyst­kich ką­tach, ale czy pa­no­wie da­cie mi wia­rę że jak ja z mamą po woj­nie po­wró­ci­łem, idzie­my do sa­dzaw­ki w ogro­dzie, za­kła­da­my haki jest becz­ka! cią­gnie­my, wy­cią­ga­my, jest becz­ka! otwie­ra­my becz­kę, są wszyst­kie słe­bła na sześć osób i słebr­na mied­ni­ca."

Dur­niew­ski skoń­czył, pa­trzy się na nas; my osłu­pie­li pa­trzy­my się na nie­go, uszom na­szym nie do­wie­rza­my; każ­dy mil­czy i ze wsty­du nie wie, jak usta otwo­rzyć; ali­ści Dur­niew­ski w ser­decz­nem za­do­wo­le­niu do­da­je: "Wszak praw­da, pa­no­wie, że to bar­dzo ciak­ca­wa hi­sto­rya!"

– Do kre­den­su, – dla lo­ka­jów! – ode­zwał się obok mnie sie­dzą­cy rot­mistrz od uła­nów.

"Pan mnie ob­ra­zas."

Śmiech po­wszech­ny za­stą­pił od­po­wiedź rot­mi­strza; Dur­niew­ski się za­czer­wie­nił, ro­bił gał­ki z chle­ba i szu­kał oczy­ma, czy­li się kto za nim nie uj­mie; ale wi­dząc, że wszy­scy się naj­ser­decz­niej śmie­je­my, krzyk­nął jak­by z pła­czem: "Pa­no­wie nie wie­dzą, z kogo się śmie­ją mnie Ula­tyń­ska ro­dzi, a moja cio­cia była je­ne­ra­ło­wa, a je­den mój wu­ja­szek był pre­ze­sem."

– Pa­nie Grze­go­rzu – po­śród naj­gwał­tow­niej­sze­go śmie­chu rot­mistrz za­wo­łał po­wtór­nie, – kie­dyś ła­skaw za­zna­ja­miać nas ze swo­ją fa­mu­li­ją, nie za­po­mnij i o stry­ju, or­ga­ni­ście w Szy­dłow­cu.

Od­sło­nie­nie tej ta­jem­ni­cy ubo­dło Dur­niew­skie­go o tyle, że nie cze­ka­jąc sar­niej pie­cze­ni, nie zwa­ża­jąc na proś­by go­spo­da­rza, od sto­łu się ze­rwał i do domu od­je­chał.

Po­dzię­ko­waw­szy rot­mi­strzo­wi, że Dur­niew­skie­go wy­pło­szył, na­stęp­nie już bez żad­nej prze­szko­dy słu­cha­li­śmy dal­szych opo­wia­dań prze­zac­ne­go pra­ła­ta: ale że ów przed­miot do tego ustę­pu nie na­le­ży, prze­cho­dzę więc do dnia ju­trzej­sze­go.

Przy sa­dzaw­kach nad dro­gą do­glą­da­łem my­cia owiec: była go­dzi­na 10 przed po­łu­dniem; wtem z poza góry wzno­si się tu­man ku­rza­wy, huk z bi­cza do­cho­dzi mo­ich uszu, po­ka­zu­je się pierw­sza, za nią dru­ga para ły­sych kasz­tan­ków w kra­kow­skie stroj­nych cho­mon­ta, woź­ni­ca w la­kie­ro­wa­nym ka­pe­lu­szu, w sie­racz­ko­wym sur­du­cie z czer­wo­ne­mi wy­pust­ka­mi, ma­leń­ka brycz­ka – a na brycz­ce w ja­sno sza­fi­ro­wej z czar­nym sza­me­run­kiem al­gier­ce – Grze­gorz Dur­niew­ski. Po do­syć obo­jęt­nem przy­wi­ta­niu bez ogród­ki o po­wód od­wie­dzin za­py­tu­ję. Dur­niew­ski od­pro­wa­dza mnie na stro­nę i pro­si, abym w jego imie­niu wy­zwał rot­mi­strza *** na pi­sto­le­ty.

– "Za co?!…" za­py­ta­łem ja­ko­by zdzi­wio­ny.

– On po­wie­dział, że mój stryj jest or­ga­ni­stą.

– "Pa­nie Dur­niew­ski! był to żart nie­win­ny, a przy­najm­niej nie za­słu­gu­ją­cy, aże­by wy­wo­ły­wał po­je­dy­nek na pi­sto­le­ty."

– Tak, Pa­nie Do­bro­dzie­ju! gdy­by to był żart, mniej­sza­by było o to; ale ja panu do­bro­dzie­jo­wi pod sło­wem ho­no­ru, aże­by pan do­bro­dziej nie roz­gła­szał, po­wiem szcze­rze, że istot­nie mój stryj jest or­ga­ni­stą.

Moc­ny ru­mie­niec po­krył twarz Dur­niew­skie­go.

– "Czy to być może?!… stryj pań­ski or­ga­ni­stą? i on gry­wa na or­ga­nach?!…"

– Tyl­ko pana do­bro­dzie­ja za­kli­nam na sło­wo ho­no­ru, nie­chaj pan do­bro­dziej ni­ko­mu nie po­wia­da.

– "I on śpie­wa na chó­rze?"

Śpie­wa.

– "To jest okrop­ne zda­rze­nie!"

– Ach! bar­dzo!

– "Pana Grze­go­rza Ula­tyń­ska ro­dzi, wu­ja­szek je­den jest bi­sku­pem, dru­gi pre­ze­sem, ciot­ka je­ne­ra­ło­wą – a stryj or­ga­ni­sta???"

– Ale pan ni­ko­mu nie po­wia­daj pod sło­wem ho­no­ru.

– "Trud­no uwie­rzyć! – nie poj­mu­ję; ob­ja­śnij mnie, pa­nie, przez jaki to zbiór oko­licz­no­ści stryj pań­ski zo­stał or­ga­ni­stą."

– Z mło­do­ści miał ocho­tę na księ­dza, ale że się nie mógł po ła­ci­nie na­uczyć tyle, ile na księ­dza po­trze­ba, więc star­szy brat ś… p… mo­je­go ojca, któ­ry był eko­no­mem u pani sta­ro­ści­ny…

– "Co pan mó­wisz – eko­nom?!"

– 'To jest nie eko­nom, ale miał za­rząd nad pańsz­czy­zną i trud­nił się go­spo­dar­stwem.

– "Ach zna­łam go do­brze: cho­dził za­wsze z cha­rap­ni­kiem we dwo­je zło­żo­nym."

– Ten sam… tak… stry­ja­szek za­wsze cho­dził z cha­rap­ni­kiem.

– "Wszak­żeż były i sio­stry?"

– Jed­na tyl­ko.

– "Tak, tak, jed­na tyl­ko; pa­mię­tam po­szła za… czem on to był -?…"

– Ry­ma­rzem ale aż w Au­gu­stow­skiem, i jak on umarł, to mój oj­ciec ani wie­dzieć o niej nie chciał, ale ona te­raz do­brze się ma.

– "Więc pro­wa­dzi da­lej kunszt ry­mar­ski nie­bosz­czy­ka męża?…"

– O nie, – ona za­ło­ży­ła skle­pik w War­sza­wie i ma róż­ne wik­tu­ały na sprze­daż, jako to: mąkę, ka­szę roz­ma­ite­go ga­tun­ku, jaja, ma­sło, ser, chleb, tak­że i drze­wo we wiąz­kach.

– "Pan cza­sem po­ta­jem­nie by­wasz u niej?"

– Ale pan do­bro­dziej pod sło­wem ho­no­ru nie po­wia­daj ni­ko­mu: wi­dzi pan do­bro­dziej, ja by­wam, bo ona jest bez­dziet­ną i po­dob­no do­ro­bi­ła się kil­ku­na­stu ty­się­cy.

– "A więc to ja­kaś uczci­wa ko­bie­ta?…"

– O! ona bar­dzo uczci­wa.

– "A ten stryj, or­ga­ni­sta, czy to pi­jak, łotr, la­da­co?"

– Nie – to tak­że bar­dzo po­czci­wy czło­wiek; na­boż­ny, re­gu­lar­ny w swo­ich obo­wiąz­kach i po­wszech­nie mó­wią, że bar­dzo pięk­nie gra na or­ga­nach i bar­dzo pięk­nie spie­wa.

– "Po­wiedz mi, pa­nie Grze­go­rzu, na­wia­sem, wszak­żeż to ten wuj pań­ski, któ­ry był pre­ze­sem, miał kie­dyś pro­ces o na­ru­sze­nie kasy sa­la­ryj­nej w Byd­gosz­czy i po­dob­no dla tego pro­ce­su wziął uwol­nie­nie od stuż­by rzą­do­wej."

– Wu­ja­szek mó­wił mo­jej ma­mie, że to przez in­try­gę.

– "Czy to ro­dzo­ny brat mamy?"

– Nie, jego bab­ka i dzia­dek mo­jej mamy byli so­bie ze stry­jecz­nych cio­tecz­ni, ale jed­ne­go her­bu.

– "A ta je­ne­ra­ło­wa, ciot­ka pań­ska, czy to jest wdo­wa po tym je­ne­ra­le, któ­ry tak na­gle ży­cie za­koń­czył?" '

– Tak jest, to był mój wu­ja­szek, bo oj­ciec wu­jasz­ka i mo­jej mamy oj­ciec to byli cio­tecz­ni, a i mama mamy tak­że była cio­tecz­na.

– "Słu­chaj­żeż, pa­nie Grze­go­rzu, z wszyst­kie­go tego, coś mi po­wie­dział, po­ka­zu­je się, że nie­słusz­nie wsty­dzisz się za stry­ja or­ga­ni­stę, a z bar­dzo myl­nych za­sad cheł­pisz się wu­jasz­ka­mi, i wie­rzaj mi, że nie­spra­wie­dli­wem i by­najm­niej nie­uza­sad­nio­nem jest two­je pra­gnie­nie zgła­dze­nia rot­mi­strza ze świa­ta. Nad­to, mój mity Dur­niew­ski, na­le­ży ci i o tym wie­dzieć, że rot­mistrz na 50 kro­ków ko­rek u bu­tel­ki ustrze­li, – i nie było przy­kła­du, aby kie­dy­kol­wiek chy­bił rzu­co­ne mu w po­wie­trze jaj­ko go­łę­bie; – a już dwu­dzie­stu trzech prze­ciw­ni­ków tru­pem po­ło­żył. Ro­zu­miesz, Grze­go­rzu! – tru­pem po­ło­żył!… "

– Więc jak mi pan do­bro­dziej ra­dzisz?… bled­nąc wy­mó­wił Dnr­niew­ski.

– "Ja­bym ra­dził po pierw­sze: nig­dy oso­bom od sie­bie god­niej­szym i wie­kiem star­szym, mowy nie prze­ry­wać; – po wtó­re: przed po­pi­sy­wa­niem się z ty­tu­ła­mi swo­ich po­krew­nych za­sta­na­wiać się, czy­li ty­tu­ły tych­że po­krew­nych są przy­po­mnie­niem do­brych lub złych czy­nów; – po trze­cie do prze­le­wu krwi bez pra­wej za­sa­dy nie być sko­rym; – po czwar­te na ko­niec: księ­dza pra­ła­ta dzi­siaj jesz­cze za swo­ję wczo­raj­szą bez­względ­ną nie­przy­zwo­itość prze­pro­sić a rot­mi­strzo­wi za daną na­ukę przy pierw­szej spo­sob­no­ści wdzięcz­nym się oka­zać."

Dur­niew­ski nad moje ocze­ki­wa­nie po­jął mnie zu­peł­nie, bo po­ca­ło­waw­szy w ra­mię wy­rzekł z po­ko­rą:

– Nie dar­mo mama mó­wi­ła, że mi pan do­bro­dziej naj­le­piej w tym in­te­re­sie po­ra­dzisz.

– "Dzię­ku­ję ma­mie za za­ufa­nie, Pro­szę się kła­niać; pana Grze­go­rza zaś prze­pra­szam, że ma­jąc pil­ne za­trud­nie­nie po­że­gnać go mu­szę."

Dur­niew­ski po­wtó­rzył uca­ło­wa­nie mo­je­go ra­mie­nia, wsiadł na brycz­kę i do mamy po­spie­szył, jam do my­cia owiec po­wró­cił. – Trzask z bi­cza po­nad spusz­cza­ją­ce­mi się za górę czte­re­ma w ma­leń­kiej brycz­ce kasz­tan­ka­mi wznie­cił myśl: iluż to Dur­niew­skich na świe­cie!… a wszyst­kich ro­dzą Ula­ty­ri­skie!… wszy­scy mają słe­bra, lecz nie pa­mię­ta­ją, w któ­rym roku szły na­cy­je za Na­po­le­onem, bo im pół­to­ry klep­ki w gło­wie bra­ku­je, or­ga­nizm ser­ca w tym­że sa­mym jest u nich sto­sun­ku, – du­sza jesz­cze się nie roz­bu­dzi­ła…

MOJA MÓW­KA PO­GRZE­BO­WA .

Po­eci od nie­pa­mięt­nych cza­sów wio­snę do swych czu­łych wpro­wa­dzać zwy­kli utwo­rów; przy­najm­niej przed dwu­dzie­stu laty jesz­cze mało z nich któ­ry mógł się obejść bez stru­my­ków, bez wie­czo­ra ma­jo­we­go, zie­lo­nej traw­ki i kwi­leń sło­wi­ka. – Nie tak po­wab­ną była dla mnie wio­sna 1827 roku. – Przy koń­cu kwiet­nia nie mia­łem i snop­ka jed­ne­go w sto­do­le. Sy­pa­nie w naj­ści­ślej­szem zna­cze­niu tego wy­ra­zu było pu­ste; jęcz­mie­nia do sie­wu za­bra­kło; po­da­tek za­le­gał; ośmiu re­wer­so­wa­nych ży­dów ja­ko­by od­kla­ski­wa­ne­go po­lo­ne­za ze mną tań­czy­ło, bo za­le­d­wo wy­je­chał Jan­kiel, przy­jeż­dżał dru­ga bra­mą Her­szek; po­zby­łem się Hersz­ka, zja­wił się Lej­zur; i przed Da­wi­dem, Ma­ny­sem, Neu­tlem, Szmu­lem i Abra­ha­mem, dla któ­rych mi już ryb i in­dy­ków nie sta­ło, po­trze­ba było jed­ne i te same za­pew­nie­nia rze­tel­no­ści po­wta­rzać. W dzień pierw­sze­go maja, – ach! pa­mię­tam, zje­cha­li się do mnie prócz po­czci­we­go Lej­zu­ra wszy­scy wie­rzy­cie­le moi. Strasz­li­wy to był wi­dok i na­le­ża­ło mieć spar­tań­ska du­szę, aby się ta­kiej nie ulęk­nać wal­ki. Już od go­dzi­ny uja­da­łem się z naj­za­cięt­szym przed­sta­wia­jąc i wrzesz­czac, że przed św. Ja­nem, przed strzy­żą weł­ny, w cza­sie sie­wu żą­dać od szlach­ci­ca wy­pła­ty jest je­dy­nie chę­cią wy­raź­ną prze­śla­do­wa­nia go, nie zaś ro­zu­mu po­my­słem; – gdy w tem spoj­rzę w okno – w oczach mi się za­świe­ci­ło; wi­dzę jed­nak, że roz­pusz­czo­ne ga­lo­pem ko­nie wpa­da­ją na dzie­dzi­niec z bry­ką, na któ­rej tłum lu­dzi, i wprost pę­dza przede­dwór. – Kró­lu je­ro­zo­lim­ski! jesz­cze tego bra­ko­wa­ło!… Lej­zur, zdraj­ca, któ­ren przed ty­go­dniem za przy­rze­czo­na cier­pli­wość czter­dzie­ści skó­rek był za­dła­wił, z he­ro­dem spo­koj­no­ści szla­chec­kiej, z ko­mor­ni­kiem Szcze­ko­tą sta­nę­li przede mną. – To już nad siły moje! – "Do­syć tych wy­krę­tów, mo­ści do­bro­dzie­ju, prze­pa­dła opo­zy­cya! – Patrz pan – tu wy­rok! a tu re­skrypt pro­ku­ra­to­ra i po­moc woj­sko­wa! Nie ma ra­tun­ku! Tak krzyk­nął ko­mor­nik Szcze­ko­ta, a szra­ma­mi ospy oszpe­co­ne ob­li­cze sza­tań­skim po­kry­ło się uśmie­chem.

– "Pa­nie ko­mor­ni­ku! ko­cha­ny Lej­zur­ku! bój­cie się ży­we­go Boga, miej­cie su­mie­nie! – Praw­da jest, że już wszyst­ko bar­dzo praw­nie, ja ni­cze­mu nie za­prze­czam; – ale mi przy­najm­niej daj­cie go­dzi­nę cza­su; ja za­pła­cę – z pew­no­ścią za­pła­cę, co do gro­sza za­pła­cę, tyl­ko się przez go­dzin­kę wstrzy­maj­cie; za go­dzin­kę po­wró­cę z pie­niędz­mi. – Ja­nie za­przę­gaj! hej Pa­we­łek! Może pan Szcze­ko­ta po­zwo­li por­te­ru albo wina. Pa­nie Lej­zur! może jaj albo ryb świe­żych; – wo­łaj­cie Jac­ko­wej, ona to już dla pana Lej­zu­ra ugo­tu­je. Pa­we­łek, każ dla pana Szcze­ko­ty dać szyn­ki albo ma­ry­na­ty; – Bądź­cie so­bie ra­dzi; – prze­cież ludź­mi je­ste­śmy."

Spie­nio­ny­mi koń­mi, tu­ma­nem ku­rzu okry­ty w pół go­dzi­ny sta­ną­łem w naj­bliż­szej mie­ści­nie. – Na cu­dow­ną, przez Mo­rze Czer­wo­ne prze­pra­wę, na wszyst­kie świę­to­ści Tal­mu­du, na przyj­ście Me­sy­asza za­kli­na­łem bo­ga­te­go Izra­eli­tę o po­ży­cze­nie pie­nię­dzy; – lecz są okrop­ne chwi­le w ko­le­jach ży­cia ludz­kie­go, gdzie nic w świe­cie nie jest zdol­nem zła­mać upar­te­go losu. – W księ­dze mo­ich prze­zna­czeń wy­ry­tem było: "Na­gelk­nopf, bry­ła lodu z ser­cem z gra­ni­tu, dzi­siaj nie po­ży­czy pie­nię­dzy." – Nie­mal w odrę­twie­niu rzu­ci­łem się na krze­sło. Ob­raz mo­jej za­gro­dy, nie­win­ne owiecz­ki, by­deł­ko, ży­dzi, ko­mor­nik, wy­rok łą­czy­ły się w jed­no wi­dze­nie, któ­re z ser­ca do du­szy, z du­szy do ser­ca bie­ga­ło; – a mózg, ta za­cho­wal­na przed­mio­to­wość, ów mózg w naj­cięż­szym ra­zie od­bie­żał. – Na­gle drzwi się roz­war­ły: kil­ku­na­stu z oby­wa­te­li, zna­jo­mych są­sia­dów, w czar­nych fra­kach w bia­łe ob­szy­tych ta­śmy, w naj­ser­decz­niej­sze po­chwy­ci­li mnie uści­ski. – Oj! oj! że­bro mi zgnie­ciesz! -

Gu­ciu! je­dy­ny, dro­gi, uko­cha­ny Gu­ciu! – Ury­ań­ska pe­reł­ko! cie­bie, anioł­ku! cie­bie, klej­no­ci­ku, szu­ka­my! Na­gelk­nopf! sześć bu­te­lek z 1811 roku, tego co­śmy to w ostat­ni wto­rek pili. – Wy­gra­li­śmy! wy­gra­li­śmy! – wrzesz­czał je­den przed dru­gim, a za­nim na tyle piesz­czot od­po­wie­dzieć mo­głem, już rze­czo­ny wę­grzyn pły­nął przez moje usta. – "Trze­ba ci, Gu­ciu, wie­dzieć, że Je­rzy Bła­żej Przy­le­wa w prze­jeź­dzie przez L. gwał­tow­nie za­słabł, a za­wczo­raj nad ra­nem Bogu du­cha od­dał! Jak nas tu wi­dzisz, naj­bliż­si krew­ni i spad­ko­bier­cy zje­cha­li­śmy się na po­grzeb, prócz księ­dza gwar­dy­ana, któ­ren ża­łob­ne mieć bę­dzie ka­za­nie, nie mo­gli­śmy z oby­wa­te­li w oko­li­cy ni­ko­go zna­leść, co by mów­kę po­grze­bo­wą oby­wa­tel­ską umiał po­wie­dzieć. – Cie­bie Bóg w przy­krej ze­słał po­trze­bie".

Al­fon­sie! uderz się w czo­ło; je­steś do­syć ro­zum­nym czło­wie­kiem i pra­wisz tak nie­stwo­rzo­ne rze­czy. W ży­ciu mo­jem nie sły­sza­łem, że Na­le­wa czy Prze­le­wa żył na świe­cie a przy­pusz­cza­jąc, iż o nie­zna­nym mi czło­wie­ku mógł­bym wspo­mnie­nie uczy­nić, gdzież jest po­do­bień­stwem w jed­nej chwi­li ze­brać szcze­gó­ły z jego ist­nie­nia, gdzie się ro­dził? czy się uczył? czy wo­jo­wał? czy jaką god­no­ścią, czy urzę­dem za­szczy­co­ny?

– "Naj­droż­szy, naj­uko­chań­szy Gu­ciu! nie wy­ma­wiaj się na próż­no; – to­bie ła­twiej mów­kę po­wie­dzieć, ani­że­li mnie list do ko­chan­ki na­pi­sać. – Au­gu­ście! ty wiesz, że je­stem two­im przy­ja­cie­lem – uczyń to dla mnie. Bój się Boga, dusz­ko! – jak­żeż chcesz, aby go bez mów­ki jak­by ja­kie­go że­bra­ka po­cho­wać; a toć­że on czte­ry­kroć go­tów­ki zo­sta­wił. Coby też to świat na ta­kie scan­da­lum po­wie­dział? Je­że­li Po­lcię ko­chasz, nie rób trud­no­ści. Tu idzie o ho­nor oby­wa­tel­ski. – Je­że­li pra­gniesz mo­jej przy­laź­ni."

Ale cóż wam się dzie­je? Ro­zu­mia­łem, że to są żar­ty. Wie­cież więc, że za go­dzi­nę Szcze­kot­ka na rzecz Lej­zu­ra wszyst­kie moje ru­cho­mo­ści sprze­da­je, – że ja gło­wy nie czu­ję na kar­ku, że się pode mną świat pali?

– "Gu­ciu! my Lej­zu­ra z du­szą i cia­łem za­pła­ci­my."

– Ale cóż mi z tego, kie­dy on, po­wia­dam wam: za pół go­dzi­ny sprze­da mój in­wen­tarz.

– "Er­ne­ście! sia­daj – wszak­żeż Szcze­ko­ta two­je­mu stry­jo­wi za­wdzię­cza swój urząd; – na­pisz mu, aby się nie wa­żył w Sę­kach żad­nej roz­po­czy­nać czyn­no­ści; nie­chaj tu przy­jeż­dża. – I ty, Na­gelk­nop­fu, po­ślej mi za­raz kar­tecz­kę do Lej­zu­ra z za­pew­nie­niem, że ju­tro od­bie­rze swą na­le­ży­tość; – hul­taj, jesz­cze mi za psze­ni­cę wi­nien. Au­gu­ście! sły­szysz?! dzwo­nią… Je­śli masz iskrę li­to­ści w swem ser­cu"…

– Sta­ło się! cóż z wami ro­bić! Na­gelk­nopf więk­sze­go szkła; – Czci­god­ni i naj­szla­chet­niej­si bra­cia! wa­sze zdro­wie!… Cie­niom nie­od­ża­ło­wa­nej pa­mię­ci Je­rze­go Bła­że­ja Prze­le­wy! – i pal­ną­łem po­tęż­ny ku­fel zło­te­go pły­nu.

– Wal­ny z nie­go chło­piec – w two­je ręce Au­gu­ście! "San­do­mier­skie ko­chaj­my się". Jesz­cze­śmy szó­stej nie skoń­czy­li bu­tel­ki, gdy cho­rą­gwie ce­chów, świa­tła bractw dom Na­gelk­nop­fa, mi­ja­ły.

Ale jak­żeż ja w zie­lo­nym sur­du­cie, z czer­wo­nem na szyi wią­za­niem?… Bar­tło­mie­ju! bie­gnij co żywo do pana pod­sęd­ka, proś go na mi­ło­sier­dzie Bo­skie o czar­ny frak. – Hej Bar­tło­mie­ju i o czar­ną chust­kę, i o rę­ka­wi­cez­ki! – Fak­tor! (a było ich kil­ku na po­go­to­wiu) oto 5 zło­tych! ru­szaj – je­den, 2 lub 3 łok­cie kre­py!

– Ja­kie­go ko­lo­ru?

– A czar­nej ośle! nie ró­żo­wej.

Z prze­pro­sze­niem, bez ura­zy pań­skiej Abra­ham­ka co do­pie­ro wy­sła­ła kon­ne­go do dru­gie­go mia­sta po wię­cej to­wa­ru, bo wczo­raj czar­ne wy­ku­pi­li pa­no­wie!…

– To przy­nieś brą­zo­wej cze­ko­la­do­wej, tyl­ko wra­caj!

– Tym­cza­sem nie­go­dzi­wy go­li­bro­da kil­ka razy mię szka­rad­nie za­rznął! wszy­scy wy­bie­gli, je­den Er­nest na stra­ży przy mnie po­zo­stał.

Już ks. gwar­dy­an wy­mow­nym glo­som skoń­czył po­chwa­łę zmar­łe­go, już trum­nę nad roz­twar­tym po­sta­wio­no gro­bem, gdy­śmy z Er­ne­stem bez tchu do ko­ścio­ła wpa­dli. – Frak pana pod­sęd­ka o wie­le mi był za prze­stron­ny; w czar­nej jego kra­wat­ce jak gdy­by w kra­kow­skiem cho­mon­cie szy­ja moja bie­ga­ła; z brą­zo­wej gazy trzy ogrom­ne ko­kar­dy na le­wej ręce; – twarz za­ru­mie­nio­na; bi­bu­łą opa­trzo­ne są­czą­ce zna­ki brzy­twy i moc­no sa­pią­cy nos sta­no­wi­ły ca­łość. – Wszyst­kich oczy zwró­ci­ły się na mnie, zim­ny pot wy­stą­pił na czo­ło; Bóg świad­kiem nie wie­dzia­łem, co i jak po­cząć? Szczę­ściem Wa­le­ry szep­nął mi: "uro­dził się nad Go­płem, uczył się w Trze­mesz­nie, był przez rok cały li­we­ran­tem, umarł bez­po­tom­nie za­wczo­raj". Pa­tro­nie obłą­ka­nych my­śli! – wes­tchnąw­szy w na­stę­pu­ją­ce ode­zwa­łem się sło­wa:

Ży­cie jest snem, śmierć jest prze­bu­dze­niem! Kie­dy twór­cza po­tę­ga przy­ro­dy świat, w od­mę­cie sła­bych za­wiąz­ków po­czę­ty, w ist­nie­nie trwa­łe­go bytu zrze­czy­wist­ni­ła, kie­dy wie­dza du­cha wzbi­ła się nad wy­obra­że­nia zmy­sło­wo­ści, wów­czas już i ży­cie czło­wie­ka prze­szło w za­kres smut­ne­go prze­zna­cze­nia. – Od ko­leb­ki aż do gro­bu, na tej po­pę­dem czu­cia nie­zmie­rzo­nej prze­strze­ni igra­ją­cy prze­lot ułud­nych wra­żeń, ści­ga nas po wszyst­kich ży­wo­ta ko­le­jach; – on to wła­śnie bó­lem ser­ce, rzu­ca na krań­ce do­tkli­wych wspo­mnień, ja­śnie­je chwa­łą – żyje i gi­nie w ob­rę­bie no­we­go świa­ta. Któż­by się jesz­cze przed kil­ku ju­trzen­ka­mi był spo­dzie­wał, że się tu dzi­siaj wień­cem ża­ło­by sta­wie­my? któż mógł prze­wi­dzieć że mąż pe­łen siły, woli i ży­cia ru­nie ofia­rą nie­prze­bła­ga­nej śmier­ci, że nas czar­nym okry­je ki­rem? W bo­le­ści i nie­utu­lo­nym żalu po­grą­że­ni! z ja­kiem­że osmu­ce­niem wi­dzę ko­niecz­ność ręką że­la­zne­go losu tło­czo­ną, u drzwi gro­bo­wych, u wrót wiecz­no­ści nieść tę ostat­nią, zmar­łe­mu przy­słu­gę. – O ty! co tór ziem­skich po­ja­wów jed­nem ski­nie­niem w hy­drę pa­mią­tek za­mie­niasz, a w nie­do­ści­głych ser­ca ludz­kie­go uczu­ciach ka­mien­nym ryl­cem lata, dni, go­dzi­ny ozna­czasz, otocz nas mę­stwem, któ­re­go sro­gi cios wy­ma­ga; – do­zwól, aby mój głos po­cie­sze­nia do tkli­wych rzew­ne­go ma­rzeń prze­szedł obłę­du.

Je­rzy Bła­żej Przy­le­wa uro­dził się 1787 r. w do­brach mat­ki swo­jej Scho­la­sty­ki Pe­tro­ne­li z Do­dy­gów, po­nad Go­płem, w mie­ście Krusz­wi­cy. Oj­ciec Bła­że­ja od­umarł go gdy jesz­cze ma­łem był dzie­cię­ciem; na­to­miast tro­skli­wa i przy wią­za­na mat­ka oto­czy­ła je­dy­ne­go syna tym splo­tem ma­cie­rzyń­skiej mi­ło­ści, któ­re­go nie­złom­ne zna­mię wi­dzie­li­śmy w ca­łem ży­cia Bła­że­ja. – Dłu­go, dłu­go dro­gie dzie­cię na ło­nie mat­ki uży­wa­ło spo­ko­ju, lecz nad­szedł nie­li­to­ści­wy czas nauk.

W Trze­mesz­nie mia­ło na Bła­że­ja spły­nąć to wyż­sze ukształ­ce­nie ja­kie się zna­ko­mi­te­mu na­le­ży ro­do­wi, i już 20-tą wio­snę li­czą­cy Bła­żej naj­pięk­niej­sze mógł ro­ko­wać na­dzie­je, – gdy żą­dza sła­wy prze­nio­sła Bła­że­ja z przed­sion­ka Muz na pole strasz­li­we­go Mar­sa.

Pa­mięć to za­pew­ne Ka­spra Przy­le­wy, wpływ mat­ki a na­de­wszyst­ko zdol­no­ści sa­me­go Bła­że­ja sta­ły się po­wo­dem, że mu po­ru­czo­no trud­ne a waż­ne obo­wiąz­ki ko­mi­san­ta li­we­run­ko­we­go.

Nie jest to w za­kre­sie mowy mo­jej wy­li­czać wo­jen­ne za­słu­gi Bła­że­ja; – znaj­dzie się kar­ta dzie­jów oj­czy­stych, na któ­rej dłoń nie­śmier­tel­no­ści po­chwy­ci tę pięk­ną, lau­ru bar­wę i za­iste kwiat nie­za­po­mnie­nia z nie­go odło­wi…

– Po skoń­czo­nej wy­pra­wie po­wró­cił Bla­żej pod strze­chę ro­dzin­ną i sza­blę na le­miesz za­mie­nił. Od­tąd by­li­śmy cnót jego świad­kar­ni. Lek­kim prą­dem ci­che­go stru­mie­nia, i wi­rem za­chwy­tu to­czo­ny, w jed­no ogni­sko ze­strze­lił taj­nie po­my­słów i do szczę­śli­we­go przy­pły­nął celu. Ście­śnio­na wbrew żalu na bła­wat­nem nie­bios pół­ko­lu par­ta czczej my­śli za­du­mą, prze­mi­ja nad zglisz­czem sta­ro­żyt­nej od­ro­śli; po­zo­sta­je je­dy­nie siła sa­mo­ist­nie­nia w roz­gło­śnym śpie­wie łzą błysz­czą­cych po­wiek. Prze­mi­nę­łaś więc czar­na nocy po­god­ne­go prze­stwo­rza; nie­li­to­śna par­ka zgub­nem że­la­zem nić ży­cia prze­cię­ła; – lecz się nie ciesz, okrut­na śmier­ci, obrzy­dłem zwy­cię­stwem, pasz­czą hy­eny na­próż­no szu­kasz zdo­by­czy! nie, nie wy­dar­łaś Bła­że­ja z serc na­szych. Tu, tu, tu on wiecz­nie żyć bę­dzie, do­pó­ki gra­nic na­sze­go star­czy ży­wo­ta! Otrzyj­cie więc zwil­żo­ne po­to­kiem łez po­wie­ki, roz­ja­śnij­cie pier­ście­niem żalu i speł­złym ru­mień­cem owia­ne lica; z gór­nych nie­bios skle­pień pa­trzy na nas Bła­żej; tam, tam, tam nas ocze­ku­je jego du­sza anio­ła. Że­gnam cię dro­gi cie­niu – cześć i sła­wa two­im zni­ko­mym po­pio­łom!…"

Wes­tchnie­nia i łka­nia licz­nie zgro­ma­dzo­ne­go ludu star­czy­ły za naj­oczy­wist­szy do­wód, że w tęt­no słu­cha­czy tra­fi­łem, i był­bym może wię­cej czu­łe roz­rzew­nił ser­ca, bo ja­koś na do­bry tor wbie­głem, ale mnie są­siad mój, pan Ka­zi­mierz, zbił z dro­gi, któ­ren uwia­do­mio­ny, że mam mów­kę po­grze­bo­wą im­pro­wi­zo­wać, poza fi­la­rem pła­cząc ze śmie­chu, szyb­kim ołów­kiem wię­ził na pa­pier my­śli moje; – wi­dząc go jak całą chust­kę w usta wtło­czył – o mało żem i ja się na głos nie ro­ze­śmiał, a było to wła­śnie w tę chwi­lę, gdy wo­ła­jąc "tu! tu! tu!" po ser­cu mo­jem stu­ka­łem.

W prze­cią­gu kil­ku go­dzin od­pi­sa­no mnó­stwo eg­zem­pla­rzy rze­czo­nej mów­ki; do­stał się je­den i w ręce moje zgod­ny z ory­gi­na­łem. Do­dać je­dy­nie wi­nien je­stem, że całą noc już nie u Na­gelk­nop­fa ale pana Im­bie­ra, szwa­gra Szcze­ko­ty, pi­li­śmy na za­bój i że na­za­jutrz po­czci­wi oby­wa­te­le z po­grze­bu rze­czy­wi­ście do­trzy­ma­li sło­wa. – W roku do­pie­ro ze­szłym resz­tę dłu­gu na ową po­grze­bo­wą mów­kę za­cią­gnio­ne­go szczę­śli­wie za­pła­ci­łem.

Bog­daj to z oby­wa­tel­stwem, z są­sia­da­mi! sta­now­czą, z szcze­re­go ser­ca przy­nie­śli po­moc za jed­nę chwi­lę na­tchnie­nia.

–-
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: