Facebook - konwersja

Rudin - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 274 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I

Był ci­chy let­ni po­ra­nek. Słoń­ce sta­ło już dość wy­so­ko na czy­stym nie­bie, ale pola jesz­cze błysz­cza­ły rosą; od nie­daw­no zbu­dzo­nych ze snu do­lin szedł świe­ży, pach­ną­cy po­wiew, a w le­sie, jesz­cze wil­got­nym i uśpio­nym, we­so­ło świer­go­ta­ły ran­ne pta­ki. Na szczy­cie ła­god­ne­go wzgó­rza od góry do dołu po­kry­te­go ży­tem, któ­re wła­śnie za­czę­ło kwit­nąć, wid­nia­ła nie­wiel­ka wio­ska. W stro­nę tej wio­ski wą­ską po­lną dróż­ką szła mło­da ko­bie­ta w bia­łej mu­śli­no­wej suk­ni i okrą­głym słom­ko­wym ka­pe­lu­szu; w ręku trzy­ma­ła pa­ra­sol­kę. O parę kro­ków za nią szedł ko­za­czek.

Szła po­wo­li, jak­by roz­ko­szo­wa­ła się prze­chadz­ką. Do­ko­ła po wy­so­kim, ko­ły­szą­cym się ła­nie żyta, mie­niąc się to sre­brzy­sto­zie­lo­ny­mi, to czer­wo­na­wy­mi smu­ga­mi, z ci­chym sze­le­stem prze­bie­ga­ły dłu­gie fale; w gó­rze dzwo­ni­ły skow­ron­ki. Mło­da ko­bie­ta szła ze swej wsi, od­le­głej nie wię­cej niż o wior­stę od wio­ski, do­kąd zmie­rza­ła; na­zy­wa­ła się Alek­san­dra Paw­łow­na Li­pin. Była wdo­wą, bez­dziet­ną i dość za­moż­ną, miesz­ka­ła z bra­tem, dy­mi­sjo­no­wa­nym rot­mi­strzem Ser­giu­szem Paw­ło­wi­czem Wo­łyn­ce­wem. Rot­mistrz był nie­żo­na­ty i za­rzą­dzał ma­jąt­kiem sio­stry.

Alek­san­dra Paw­łow­na do­szła do wio­ski, sta­nę­ła na jej skra­ju przed bar­dzo nędz­ną, ni­ską chat­ką i przy­wo­ław­szy ko­zacz­ka ka­za­ła mu wejść i za­py­tać o zdro­wie go­spo­dy­ni.

Ko­za­czek wró­cił wkrót­ce w to­wa­rzy­stwie zgrzy­bia­łe­go chło­pa z bia­łą bro­dą.

– Co sły­chać? – za­py­ta­ła Alek­san­dra Paw­łow­na.

– Żyje jesz­cze – od­po­wie­dział sta­rzec.

– Czy moż­na wejść?

– A pew­no… moż­na.

Alek­san­dra Paw­łow­na we­szła do cha­ty. Było tam cia­sno, dusz­no i ciem­no od dymu. Ktoś po­ru­szył się i jęk­nął na przy­piec­ku. Alek­san­dra Paw­łow­na ro­zej­rza­ła się i do­strze­gła w pół­mro­ku po­żół­kłą i po­marsz­czo­ną twarz sta­rusz­ki w kra­cia­stej chu­st­ce na gło­wie. Przy­kry­ta aż do pier­si cięż­ką suk­ma­ną, cho­ra od­dy­cha­ła z tru­dem, sła­bo po­ru­sza­jąc chu­dy­mi rę­ka­mi.

Alek­san­dra Paw­łow­na zbli­ży­ła się do sta­rusz­ki i do­tknę­ła pal­ca­mi jej czo­ła… Pa­ła­ło.

– Jak się czu­jesz, Ma­trio­no? – za­py­ta­ła po­chy­la­jąc się nad cho­rą.

– Och! – jęk­nę­ła sta­rusz­ka wpa­tru­jąc się w Alek­san­drę Paw­łow­nę. – Źle, źle, naj­mil­sza! Ostat­nia go­dzi­na na­de­szła, ko­cha­nie!

– Pan Bóg jest mi­ło­sier­ny, Ma­trio­no, może jesz­cze wy­zdro­wie­jesz. Czy za­ży­łaś to le­kar­stwo, co ci przy­sła­łam?

Sta­rusz­ka jęk­nę­ła ża­ło­śnie i nic nie od­rze­kła. Nie usły­sza­ła py­ta­nia.

– Za­ży­ła – od­po­wie­dział sta­rzec, któ­ry sta­nął przy drzwiach.

Alek­san­dra Paw­łow­na zwró­ci­ła się do nie­go:

– Nie ma ni­ko­go przy niej prócz cie­bie? – za­py­ta­ła.

– Jest dziew­czyn­ka, jej wnucz­ka, ale wciąż gdzieś ucie­ka. Ani chwi­li nie po­sie­dzi, taki z niej pę­dzi­wiatr. Wody bab­ce po­dać – i tego jej się nie chce. A ja sam sta­ry, nie po­ra­dzę.

– Czy nie le­piej by­ło­by prze­wieźć ją do mnie, do szpi­ta­li­ka?

– Nie, po co? Wszyst­ko jed­no, umrzeć trze­ba. Do­syć już dłu­go żyła, wi­dać tak się Panu Bogu po­do­ba. Nie może się zwlec z po­sła­nia – gdzież jej do szpi­ta­la! Za­czną ją pod­no­sić, to ze­mrze.

– Och, jęk­nę­ła cho­ra – moja ty pani naj­ślicz­niej­sza, nie opusz­czaj mo­jej sie­ro­ty; nasi pań­stwo da­le­ko, a ty…

Sta­rusz­ka za­mil­kła. Mó­wi­ła z naj­więk­szym wy­sił­kiem.

– Bądź spo­koj­na – rze­kła Alek­san­dra Paw­łow­na – zro­bi­my wszyst­ko, co trze­ba. Patrz, przy­nio­słam ci cu­kru i her­ba­ty. Jak bę­dziesz mia­ła ocho­tę – na­pi­jesz się… Ma­cie chy­ba sa­mo­war? – do­da­ła spo­glą­da­jąc na star­ca.

– Sa­mo­war? Nie, sa­mo­wa­ra nie mamy, ale moż­na się po­sta­rać.

– Więc po­sta­raj się, a jak nie, to przy­ślę wam swój. I po­wiedz wnucz­ce, żeby nie od­cho­dzi­ła. Wy­tłu­macz jej, że to wstyd.

Sta­rzec nic nie od­po­wie­dział, pacz­kę zaś z her­ba­tą i cu­krem wziął w obie ręce.

– Do wi­dze­nia, Ma­trio­no! – po­wie­dzia­ła Alek­san­dra Paw­łow­na. – Przyj­dę jesz­cze do cie­bie, nie martw się i le­kar­stwo za­ży­waj re­gu­lar­nie.

Sta­rusz­ka pod­nio­sła gło­wę zwra­ca­jąc ją w stro­nę Alek­san­dry Paw­łow­ny.

– Niech wiel­moż­na pani da rącz­kę – wy­beł­ko­ta­ła.

Alek­san­dra Paw­łow­na nie dała ręki, tyl­ko po­chy­li­ła się i po­ca­ło­wa­ła ją w czo­ło.

– Pa­mię­taj – rze­kła do star­ca wy­cho­dząc – ko­niecz­nie da­waj jej le­kar­stwo, tak jak na­pi­sa­ne… I niech się na­pi­je her­ba­ty…

Sta­rzec znów nic nie od­po­wie­dział, tyl­ko po­kło­nił się ni­sko.

Alek­san­dra Paw­łow­na ode­tchnę­ła z ulgą, gdy zna­la­zła się na świe­żym po­wie­trzu. Otwo­rzy­ła pa­ra­sol­kę i już chcia­ła wra­cać do domu, kie­dy na­gle zza wę­gła cha­ty wy­je­chał na ni­ziut­kiej li­nij­ce czło­wiek lat oko­ło trzy­dzie­stu, w znisz­czo­nym płasz­czu z sza­re­go dre­li­chu i ta­kiej sa­mej czap­ce. Na wi­dok Alek­san­dry Paw­łow­ny za­trzy­mał na­tych­miast ko­nia i zwró­cił ku niej twarz, sze­ro­ką, bez ru­mień­ca, o nie­wiel­kich, ja­sno­si­wych oczkach i pło­wych wą­sach; przy­po­mi­na­ła bar­wę jego odzie­ży.

– Dzień do­bry – rzekł z le­ni­wym uśmie­chem – co pani tu robi, je­śli wol­no spy­tać?

– Od­wie­dzi­łam cho­rą… A pan skąd je­dzie, Mi­chaj­ło Mi­chaj­ły­czu?

Czło­wiek zwa­ny Mi­chaj­łą Mi­chaj­ły­czem po­pa­trzył jej w oczy i znów się uśmiech­nął.

– To bar­dzo ład­nie, że pani od­wie­dza cho­rych – cią­gnął da­lej – ale czy nie le­piej by­ło­by prze­wieźć ją do szpi­ta­la?

– Zbyt jest sła­ba, nie moż­na jej ru­szać.

– Czy nie za­mie­rza pani zwi­nąć swe­go szpi­ta­li­ka?

– Zwi­nąć? Dla­cze­go?

– Tak so­bie.

– Co za dziw­na myśl! Skąd panu to przy­szło do gło­wy?

– Zda­je mi się, że pani przy­jaź­ni się z Ła­suń­ską, i o ile wiem, jest pani pod jej wpły­wem. A we­dług niej szpi­tal, szko­ły

– to wszyst­ko głup­stwa, nie­po­trzeb­ne wy­my­sły. Do­bre uczyn­ki po­win­ny być dzie­łem jed­no­stek, oświa­ta rów­nież: są to wszyst­ko spra­wy ser­ca… zda­je się, że ona tak to okre­śla. Chciał­bym wie­dzieć, za kim ten pa­cierz po­wta­rza? Alek­san­dra Paw­łow­na ro­ze­śmia­ła się.

– Da­ria Mi­chaj­łow­na to mą­dra ko­bie­ta, bar­dzo ją lu­bię i sza­nu­ję; ale i ona może się my­lić, nie wie­rzę śle­po każ­de­mu jej sło­wu.

– I do­sko­na­le pani robi – od­parł Mi­chaj­ło Mi­chaj­łycz, wciąż jesz­cze nie scho­dząc z li­nij­ki – bo ona sama nie bar­dzo wie­rzy swo­im sło­wom. A ja ogrom­nie się cie­szę, że pa­nią spo­tka­łem.

– Dla­cze­go?

– Do­bre py­ta­nie! Jak gdy­by spo­tka­nie z pa­nią nie było za­wsze przy­jem­no­ścią. Jest pani dziś świe­ża i ład­na jak ten po­ra­nek.

Alek­san­dra Paw­łow­na ro­ze­śmia­ła się zno­wu.

– Z cze­go się pani śmie­je?

– Jak to z cze­go? Gdy­by pan mógł wi­dzieć, z jak obo­jęt­ną i chłod­ną miną po­wie­dział mi pan ten kom­ple­ment! Dzi­wię się, że nie ziew­nął pan na za­koń­cze­nie.

– Z obo­jęt­ną miną… Pani wciąż szu­ka ognia, a ogień na nic się nie zda. Wy­buch­nie, na­dy­mi i zga­śnie.

– I roz­grze­je – pod­chwy­ci­ła Alek­san­dra Paw­łow­na.

– Tak… ale i spa­rzy.

– Cóż z tego, że spa­rzy! To nic strasz­ne­go. Za­wsze le­piej niż…

– Zo­ba­czy­my, czy pani bę­dzie mó­wi­ła to samo, gdy choć raz po­rząd­nie się pani spa­rzy – prze­rwał jej z roz­draż­nie­niem Mi­chaj­ło Mi­chaj­łycz i ude­rzył ko­nia lej­ca­mi po grzbie­cie. – Do wi­dze­nia.

– Mi­chaj­ło Mi­chaj­ły­czu, chwi­lecz­kę! – za­wo­ła­ła Alek­san­dra Paw­łow­na. – Kie­dy pan bę­dzie u nas?

– Ju­tro; pro­szę po­kło­nić się bra­tu. I li­nij­ka po­to­czy­ła się da­lej.

Alek­san­dra Paw­łow­na po­pa­trzy­ła za od­da­la­ją­cym się Mi­chaj­łą Mi­chaj­ły­czem.

„Ist­ny wo­rek”–po­my­śla­ła. Przy­gar­bio­ny, za­ku­rzo­ny, ze zsu­nię­tą na tył gło­wy czap­ką, spod któ­rej wy­my­ka­ły się ko­smy­ki żół­tych wło­sów, istot­nie przy­po­mi­nał wo­rek mąki.

Alek­san­dra Paw­łow­na wra­ca­ła po­wo­li dróż­ką do domu. Szła ze spusz­czo­ny­mi ocza­mi. Po chwi­li, sły­sząc bli­ski tu­pot koń­skich ko­pyt, przy­sta­nę­ła i pod­nio­sła gło­wę… Na­prze­ciw niej je­chał kon­no brat, a przy nim, trzy­ma­jąc w ręku la­secz­kę, szedł mło­dy czło­wiek nie­wiel­kie­go wzro­stu, w lek­kim, roz­pię­tym sur­du­cie, lek­kim halsz­tu­ku i lek­kim sza­rym ka­pe­lu­szu. Z da­le­ka uśmie­chał się już do Alek­san­dry Paw­łow­ny, cho­ciaż wi­dział, że szła za­my­ślo­na, nie pa­trząc na nic, a gdy tyl­ko przy­sta­nę­ła, pod­szedł do niej ra­do­śnie, nie­mal tkli­wie prze­mó­wił:

– Dzień do­bry, Alek­san­dro Paw­łow­no, dzień do­bry!

– A! Kon­stan­ty Dio­mi­dycz! Dzień do­bry! – od­po­wie­dzia­ła. – Przy­by­wa pan od Da­rii Mi­chaj­łow­ny?

– Tak jest, pro­szę pani, tak jest – pod­chwy­cił mło­dy czło­wiek roz­pro­mie­nio­ny – od Da­rii Mi­chaj­łow­ny. Da­ria Mi­chaj­łow­na przy­sy­ła mnie do pani; wo­la­łem iść pie­szo… Przy­cho­dzę, nie ma pani w domu. Brat po­wie­dział, że pani po­szła do Sie­mio­now­ki, a sam wy­bie­ra się w pole; po­sze­dłem z nim ra­zem na pani spo­tka­nie. Tak. Jak to przy­jem­nie!

Mło­dy czło­wiek mó­wił po ro­syj­sku czy­sto i po­praw­nie, ale z ak­cen­tem cu­dzo­ziem­skim, cho­ciaż trud­no było okre­ślić, z ja­kim. Rysy jego twa­rzy mia­ły w so­bie coś z Azja­ty. Dłu­gi nos, nie­co orli, wiel­kie, nie­ru­cho­me, wy­pu­kłe oczy, gru­be, czer­wo­ne war­gi, wy­so­kie czo­ło, czar­ne jak smo­ła wło­sy, wszyst­ko w nim zdra­dza­ło wschod­nie po­cho­dze­nie, ale no­sił na­zwi­sko Pan­da­lew­ski, mó­wił, że uro­dził się w Ode­ssie, cho­ciaż wy­cho­wy­wał się gdzieś na Bia­ło­ru­si na koszt pew­nej do­bro­czyn­nej i bo­ga­tej wdo­wy. Inna znów wdo­wa uła­twi­ła mu wstą­pie­nie na służ­bę pań­stwo­wą. W ogó­le pa­nie w śred­nim wie­ku chęt­nie opie­ko­wa­ły się Kon­stan­tym Dio­mi­dy­czem, ten zaś wie­dział, jak ich szu­kać i jak je znaj­do­wać. Te­raz tak­że miesz­kał u bo­ga­tej wła­ści­ciel­ki ziem­skiej, Da­rii Mi­chaj­łow­ny Ła­suń­skiej, w cha­rak­te­rze przy­bra­ne­go syna czy też re­zy­den­ta. Bar­dzo uprzej­my, usłuż­ny, sen­ty­men­tal­ny, skry­cie lu­bież­ny, ob­da­rzo­ny był mi­łym gło­sem, po­praw­nie grał na for­te­pia­nie i miał zwy­czaj, gdy z kimś roz­ma­wiał, wpi­jać w nie­go wzrok. Ubie­rał się bar­dzo czy­sto, do­sko­na­le no­sił ubra­nie, sta­ran­nie go­lił sze­ro­ki pod­bró­dek i gła­dziut­ko przy­cze­sy­wał wło­sy.

Alek­san­dra Paw­łow­na wy­słu­cha­ła do koń­ca jego prze­mó­wie­nia i zwró­ci­ła się do bra­ta:

– Wciąż dziś ko­goś spo­ty­kam: przed chwi­lą roz­ma­wia­łam z Leż­nie­wem.

– A, z nim! Czy je­chał do­kądś?

– Tak, i wy­obraź so­bie, li­nij­ką, ubra­ny w ja­kiś płó­cien­ny wo­rek, za­ku­rzo­ny… Cóż za dzi­wak!

– Być może, ale to wspa­nia­ły czło­wiek.

– Kto taki? Pan Leż­niew? – za­py­tał jak­by ze zdzi­wie­niem Pan­da­lew­ski.

– Tak, Mi­chaj­ło Mi­chaj­łycz Leż­niew – od­parł Wo­łyn­cew. – Ale do wi­dze­nia, sio­stro; czas je­chać w pole; sie­ją gry­kę u cie­bie. Pan Pan­da­lew­ski od­pro­wa­dzi cię do domu…

I Wo­łyn­cew pu­ścił ko­nia kłu­sem.

– Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią – za­wo­łał Kon­stan­ty Dio­mi­dycz i ofia­ro­wał ra­mię Alek­san­drze Paw­łow­nie.

Ona po­ło­ży­ła rękę na jego ra­mie­niu i obo­je ru­szy­li dro­gą, któ­ra wio­dła do dwo­ru.

Kon­stan­te­mu Dio­mi­dy­czo­wi spra­wia­ło wi­docz­nie wiel­ką przy­jem­ność iść pod rękę z Alek­san­drą Paw­łow­ną; sta­wiał drob­ne kro­ki, uśmie­chał się, a jego wschod­nie oczy za­czy­na­ła po­kry­wać wil­got­na mgieł­ka, co zresz­tą zda­rza­ło mu się dość czę­sto: Kon­stan­ty Dio­mi­dycz ła­two się roz­tkli­wiał, a na­wet po­tra­fił uro­nić łzę. Komu by zresz­tą nie było przy­jem­nie pro­wa­dzić pod ra­mię ład­ną ko­bie­tę, mło­dą i zgrab­ną? Cała gu­ber­nia mó­wi­ła jed­no­gło­śnie, że Alek­san­dra Paw­łow­na jest prze­ślicz­na, i gu­ber­nia mia­ła ra­cję. Pro­sty, trosz­kę za­dar­ty no­sek Alek­san­dry Paw­łow­ny już mógł za­wró­cić gło­wę prze­cięt­ne­mu śmier­tel­ni­ko­wi, że nie wspo­mni­my o ak­sa­mit­nych czar­nych oczach, zło­ci­stych wło­sach, do­łecz­kach i in­nych po­wa­bach. Ale naj­pięk­niej­szy był wy­raz jej wdzięcz­nej twa­rzy: ufny, ser­decz­ny i szcze­ry; wy­raz ten rów­no­cze­śnie wzru­szał i po­cią­gał. Alek­san­dra Paw­łow­na pa­trzy­ła i śmia­ła się jak dziec­ko; pa­nie uwa­ża­ły, że jest dość na­iw­na… Cze­góż moż­na było wię­cej żą­dać?

– Więc pan mówi, że Da­ria Mi­chaj­łow­na pana do mnie przy­sła­ła? – za­py­ta­ła Alek­san­dra Paw­łow­na Pan­da­lew­skie­go.

– Tak jest, pro­szę pani, przy­sła­ła – od­po­wie­dział wy­ma­wia­jąc li­te­rę „s” jak an­giel­skie „th” – Da­ria Mi­chaj­łow­na bar­dzo pra­gnie i po­le­ci­ła mi jak naj­usil­niej pa­nią pro­sić, żeby pani była ła­ska­wa przy­być dziś do niej na obiad… Da­ria Mi­chaj­łow­na (Pan­da­lew­ski mó­wiąc o oso­bie trze­ciej, a zwłasz­cza o da­mie, su­ro­wo prze­strze­gał form wy­szu­ka­nej grzecz­no­ści) ocze­ku­je dziś no­we­go go­ścia, któ­re­go pra­gnie ko­niecz­nie pani przed­sta­wić.

– Któż to taki?

– Nie­ja­ki ba­ron Muf­fel, ka­mer­jun­kier z Pe­ters­bur­ga. Da­ria Mi­chaj­łow­na nie­daw­no po­zna­ła go u księ­cia Ga­ri­na i wy­ra­ża się o nim bar­dzo po­chleb­nie, uwa­ża, że to uprzej­my i do­brze wy­cho­wa­ny mło­dy czło­wiek. Pan ba­ron zaj­mu­je się rów­nież li­te­ra­tu­rą, a ra­czej… ach, jaki prze­pięk­ny mo­tyl! Niech pani ze­chce zwró­cić uwa­gę… a ra­czej eko­no­mią po­li­tycz­ną. Na­pi­sał ar­ty­kuł, w któ­rym po­ru­sza bar­dzo cie­ka­we za­gad­nie­nia, i chciał­by pod­dać go kry­ty­ce Da­rii Mi­chaj­łow­ny.

– Ar­ty­kuł o eko­no­mii po­li­tycz­nej?

– Pod wzglę­dem ję­zy­ka, Alek­san­dro Paw­łow­no, pod wzglę­dem ję­zy­ka. Pani wia­do­mo, że Da­ria Mi­chaj­łow­na jest znaw­czy­nią tak­że i w tych spra­wach. Żu­kow­ski za­się­gał jej rad, a mój do­bro­dziej, za­miesz­ka­ły w Ode­ssie świą­to­bli­wy sta­rzec Rok­so­lan Me­dia­ro­wicz Ksan­dry­ka… Za­pew­ne zna­ne jest pani to na­zwi­sko?

– Nie, nig­dy o nim nie sły­sza­łam.

– Nie sły­sza­ła pani o ta­kim czło­wie­ku? To dziw­ne. Chcia­łem wła­śnie po­wie­dzieć, że Rok­so­lan Me­dia­ro­wicz był bar­dzo wy­so­kie­go mnie­ma­nia o wie­dzy Da­rii Mi­chaj­łow­ny, je­śli cho­dzi o ję­zyk ro­syj­ski.

– A czy ten ba­ron to nie ja­kiś nu­dziarz? – za­py­ta­ła Alek­san­dra Paw­łow­na.

– Nic po­dob­ne­go. Da­ria Mi­chaj­łow­na mó­wi­ła, że prze­ciw­nie, od razu moż­na w nim po­znać świa­tow­ca. Mó­wił tak pięk­nie o Beetho­ve­nie, że na­wet sta­ry ksią­żę był za­chwy­co­ny… Przy­znam się, że był­bym tego chęt­nie po­słu­chał – znam się tro­chę na tym. Po­zwo­li pani, że jej ofia­ru­ję ten ślicz­ny po­lny kwia­tek.

Alek­san­dra Paw­łow­na przy­ję­ła kwia­tek, ale po chwi­li upu­ści­ła go na dro­gę. Od domu dzie­li­ło ją nie wię­cej niż dwie­ście kro­ków. Nie­daw­no zbu­do­wa­ny i wy­bie­lo­ny, zda­wał się za­pra­szać do sie­bie, wy­glą­da­jąc sze­ro­ki­mi ja­sny­mi okna­mi spo­za gę­stej zie­le­ni pra­sta­rych lip i klo­nów.

– A więc, co pani każe po­wtó­rzyć Da­rii Mi­chaj­łow­nie? – za­py­tał Pan­da­lew­ski, z lek­ka do­tknię­ty lo­sem ofia­ro­wa­ne­go kwiat­ka – czy ze­chce pani przy­je­chać na obiad? Da­ria Mi­chaj­łow­na za­pra­sza rów­nież bra­ta pani.

– Tak, z pew­no­ścią przy­je­dzie­my. A jak się mie­wa Na­ta­sza?

– Na­ta­lia Alek­sie­jew­na zdro­wa, dzię­ku Bogu… Ale mi­nę­li­śmy już za­kręt do ma­jąt­ku Da­rii Mi­chaj­łow­ny. Po­zwo­li pani, że ją po­że­gnam.

Alek­san­dra Paw­łow­na przy­sta­nę­ła.

– A nie wstą­pi pan do nas? – za­py­ta­ła z wa­ha­niem w gło­sie.

– Pra­gnął­bym z ca­łej du­szy, ale boję się spóź­nić. Da­ria Mi­chaj­łow­na ży­czy so­bie po­słu­chać no­wej etiu­dy Thal­ber­ga, mu­szę się przy­go­to­wać i po­eg­zer­cy­to­wać tro­chę. Poza tym, mó­wiąc szcze­rze, wąt­pię, by roz­mo­wa ze mną mo­gła spra­wić pani ja­ką­kol­wiek przy­jem­ność.

– Co też pan mówi… dla­cze­go… Pan­da­lew­ski wes­tchnął i wy­mow­nie spu­ścił oczy.

– Do wi­dze­nia, Alek­san­dro Paw­łow­no – rzekł po chwi­li mil­cze­nia, ukło­nił się i cof­nął o krok.

Alek­san­dra Paw­łow­na za­wró­ci­ła i po­szła do domu.

Kon­stan­ty Dio­mi­dycz rów­nież ru­szył w swo­ją stro­nę. Cała sło­dycz zni­kła od razu z jego twa­rzy, a wy­stą­pił na niej wy­raz nie­mal su­ro­wy i wiel­ka pew­ność sie­bie. Zmie­nił się na­wet chód Kon­stan­te­go Dio­mi­dy­cza: i kro­ki sta­wiał te­raz dłuż­sze, i stą­pał cię­żej. Prze­szedł tak ze dwie wior­sty, wy­ma­chu­jąc od nie­chce­nia la­secz­ką, i na­gle znów wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu: do­strzegł koło dro­gi mło­dą, dość uro­dzi­wą wiej­ską dziew­czy­nę, któ­ra wy­pę­dza­ła cie­lę­ta z owsa. Kon­stan­ty Dio­mi­dycz ci­cho jak kot pod­szedł do dziew­czy­ny i coś do niej za­ga­dał. Dziew­czy­na z po­cząt­ku mil­cza­ła, czer­wie­ni­ła się i chi­cho­ta­ła, wresz­cie za­kry­ła usta rę­ka­wem, od­wró­ci­ła się i rze­kła:

– A niech pan so­bie pój­dzie, na­praw­dę. Kon­stan­ty Dio­mi­dycz po­gro­ził jej pal­cem i ka­zał na­rwać so­bie bła­wat­ków.

– Na co panu bła­wat­ki? Wian­ki bę­dzie pan plótł czy co? – od­par­ła dziew­czy­na. – Na­praw­dę, niech pan już so­bie pój­dzie…

– Po­słu­chaj, moja miła ślicz­not­ko… – za­czął Kon­stan­ty Dio­mi­dycz.

– A nie­chże pan so­bie pój­dzie wresz­cie – prze­rwa­ła mu dziew­czy­na – pa­ni­cze tam idą.

Kon­stan­ty Dio­mi­dycz obej­rzał się. Istot­nie – dro­gą bie­gli Wa­nia i Pie­tia, sy­no­wie Da­rii Mi­chaj­łow­ny; za nimi szedł ich na­uczy­ciel, Ba­si­stow, mło­dy, dwu­dzie­sto­dwu­let­ni czło­wiek, któ­ry do­pie­ro co skoń­czył uni­wer­sy­tet. Ba­si­stów był to mło­dzie­niec wy­so­kie­go wzro­stu, o twa­rzy po­spo­li­tej, du­żym no­sie, wy­dat­nych war­gach i ma­łych, świń­skich oczkach; był brzyd­ki i nie­zgrab­ny, ale do­bry, uczci­wy i szcze­ry. Ubie­rał się nie­dba­le, no­sił dłu­gie wło­sy – nie przez ko­kie­te­rię, lecz z le­ni­stwa; lu­bił zjeść, wy­spać się, ale lu­bił tak­że do­brą książ­kę, go­rą­cą dys­ku­sję i ca­łym ser­cem nie­na­wi­dził Pan­da­lew­skie­go.

Dzie­ci Da­rii Mi­chaj­łow­ny uwiel­bia­ły swo­je­go na­uczy­cie­la, nie bały się go ani tro­chę; Ba­si­stow był na po­ufa­łej sto­pie ze wszyst­ki­mi do­mow­ni­ka­mi, co nie­zbyt się po­do­ba­ło pani domu, cho­ciaż wciąż po­wta­rza­ła, że żad­ne prze­są­dy dla niej nie ist­nie­ją.

– Dzień do­bry, ko­cha­ne chło­pacz­ki! – za­czął Kon­stan­ty Dio­mi­dycz. – Jak wcze­śnie wy­bra­li­ście się dziś na spa­cer. A ja – do­dał, zwra­ca­jąc się do Ba­si­sto­wa – już daw­no wy­sze­dłem; moja na­mięt­ność – to roz­ko­szo­wa­nie się na­tu­rą.

– Wi­dzie­li­śmy, jak pan się roz­ko­szu­je na­tu­rą – mruk­nął Ba­si­stow.

– Ma­te­ria­li­sta z pana. My­śli pan od razu Bóg wie co. Już ja pana znam.

Pan­da­lew­ski roz­ma­wia­jąc z Ba­si­sto­wem lub z ludź­mi jego po­kro­ju czuł lek­kie roz­draż­nie­nie i wy­ma­wiał li­te­rę „s” zu­peł­nie czy­sto, a na­wet tro­chę świsz­czą­co.

– Cóż to, o dro­gę się pan py­tał tej dziew­czy­ny? – rzekł Ba­si­stow roz­glą­da­jąc się w pra­wo i w lewo.

Czuł, że Pan­da­lew­ski pa­trzy mu pro­sto w twarz, co było w naj­wyż­szym stop­niu nie­mi­łe.

– Po­wta­rzam, jest pan ma­te­ria­li­stą, i kwi­ta. Chciał­by pan ko­niecz­nie we wszyst­kim wi­dzieć tyl­ko stro­nę pro­za­icz­ną…

– Dzie­ci – sko­men­de­ro­wał na­gle Ba­si­stow – wi­dzi­cie tam tę wierz­bę na łące: zo­ba­czy­my, kto pierw­szy do­bie­gnie… raz, dwa, trzy!

Dzie­ci pu­ści­ły się w stro­nę wierz­by co sił w no­gach. Ba­si­stow po­pę­dził za nimi.

„Gbur! – po­my­ślał Pan­da­lew­ski – ze­psu­je tych chłop­ców. Skoń­czo­ny gbur!”

I za­do­wo­lo­ny z sie­bie ogar­nął wzro­kiem swą schlud­ną i ele­ganc­ką fi­gur­kę. Roz­po­star­ty­mi pal­ca­mi strzep­nął dwa razy rę­kaw sur­du­ta, po­pra­wił koł­nierz i po­szedł da­lej. Gdy zna­lazł się w swo­im po­ko­ju, ubrał się w sta­ry szla­frok i z za­tro­ska­ną twa­rzą za­siadł do for­te­pia­nu.ROZ­DZIAŁ II

Dom Da­rii Mi­chaj­łow­ny Ła­suń­skiej uwa­ża­ny był nie­mal za naj­świet­niej­szy w ca­łej gu­ber­ni. Ogrom­ny, mu­ro­wa­ny, wy­sta­wio­ny we­dług pro­jek­tu Ra­strel­le­go w gu­ście ze­szłe­go stu­le­cia, wzno­sił się ma­je­sta­tycz­nie na szczy­cie wzgó­rza, u stóp któ­re­go pły­nę­ła jed­na z naj­więk­szych rzek Ro­sji Środ­ko­wej. Da­ria Mi­chaj­łow­na była to wiel­ka i bo­ga­ta pani, wdo­wa po taj­nym rad­cy sta­nu. Cho­ciaż Pan­da­lew­ski opo­wia­dał o niej, że zna całą Eu­ro­pę i cała Eu­ro­pa ją zna jed­nak­że Eu­ro­pa mało o niej wie­dzia­ła; na­wet w Pe­ters­bur­gu Da­ria Mi­chaj­łow­na nie od­gry­wa­ła znacz­niej­szej roli; za to w Mo­skwie zna­li ją wszy­scy i wszy­scy u niej by­wa­li. Na­le­ża­ła do naj­lep­sze­go to­wa­rzy­stwa i ucho­dzi­ła za ko­bie­tę nie­co dzi­wacz­ną; nie­zbyt do­brą, ale nie­zwy­kle mą­drą. W mło­do­ści była bar­dzo pięk­na. Po­eci pi­sa­li dla niej wier­sze, mło­dzi lu­dzie ko­cha­li się w niej, asy­sto­wa­li jej pa­no­wie pia­stu­ją­cy wy­so­kie sta­no­wi­ska. Ale od tego cza­su upły­nę­ło lat dwa­dzie­ścia pięć lub trzy­dzie­ści i z daw­nej uro­dy nie zo­sta­ło na­wet śla­du. „Czy to moż­li­we – mimo woli za­py­ty­wał się w du­chu każ­dy, kto wi­dział ją po raz pierw­szy – czy to moż­li­we, że ta chu­da, po­żół­kła, choć nie­sta­ra ko­bie­ta o spi­cza­stym no­sie była nie­gdyś pięk­no­ścią? Czy to na­praw­dę ona, ta sama, któ­rą sła­wi­ły liry?…” I każ­dy zdu­mie­wał się skry­cie zmien­no­ścią rze­czy do­cze­snych. Pan­da­lew­ski uwa­żał, co praw­da, że Da­ria Mi­chaj­łow­na za­cho­wa­ła nie­zwy­kle pięk­ne oczy, ale prze­cież ten sam Pan­da­lew­ski twier­dził, że zna ją cała Eu­ro­pa.

Da­ria Mi­chaj­łow­na przy­jeż­dża­ła co lato do sie­bie na wieś z dzieć­mi (mia­ła ich tro­je: sie­dem­na­sto­let­nią cór­kę Na­ta­lię i dwóch sy­nów w wie­ku lat dzie­wię­ciu i dzie­się­ciu)

i pro­wa­dzi­ła dom otwar­ty, to zna­czy przyj­mo­wa­ła męż­czyzn, prze­waż­nie nie­żo­na­tych: nie zno­si­ła pań z pro­win­cji. Do­sta­wa­ło jej się też za to od tych pań! Da­ria Mi­chaj­łow­na była, ich zda­niem, dum­na, nie­mo­ral­na i okrop­na de­spot­ka, a zwłasz­cza po­zwa­la­ła so­bie na tak swo­bod­ne roz­mo­wy, że aż strach! Da­ria Mi­chaj­łow­na istot­nie nie lu­bi­ła się na wsi krę­po­wać, a w swo­bod­nej pro­sto­cie jej za­cho­wa­nia wy­czu­wa­ło się lek­ki od­cień po­gar­dy wiel­ko­miej­skiej lwi­cy w sto­sun­ku do ota­cza­ją­cych ją dość nie­okrze­sa­nych i po­spo­li­tych istot… Wo­bec zna­jo­mych w mie­ście też za­cho­wy­wa­ła się non­sza­lanc­ko, na­wet iro­nicz­nie, ale bez od­cie­nia po­gar­dy.

Aha… Czy za­uwa­ży­łeś, czy­tel­ni­ku, że nie­zwy­kle roz­tar­gnio­ny w oto­cze­niu swo­ich pod­wład­nych czło­wiek nig­dy nie bywa roz­tar­gnio­ny w to­wa­rzy­stwie osób wy­żej od nie­go sto­ją­cych? Cze­mu to przy­pi­sać? Zresz­tą ta­kie py­ta­nia do ni­cze­go nie pro­wa­dzą.

Kie­dy Kon­stan­ty Dio­mi­dycz na­uczył się wresz­cie na pa­mięć etiu­dy Thal­ber­ga i opu­ściw­szy swój czy­sty i we­so­ły po­kój zszedł do ba­wial­ni, za­stał tam ze­bra­ne całe do­mo­we to­wa­rzy­stwo. „Sa­lon” już się roz­po­czął. Pani domu pod­wi­nąw­szy nogi za­sia­dła na sze­ro­kiej so­fie, ze świe­żą bro­szu­rą fran­cu­ską w ręku; pod oknem przy kro­snach sie­dzia­ły z jed­nej stro­ny cór­ka Da­rii Mi­chaj­łow­ny, a z dru­giej mlle Bon­co­urt, gu­wer­nant­ka, za­su­szo­na sta­ra pan­na lat oko­ło sześć­dzie­się­ciu; pod ja­skra­wym czep­kiem no­si­ła post­isz z czar­nych wło­sów, a w uszach watę. W ką­cie przy drzwiach za­szył się Ba­si­stow i czy­tał ga­ze­tę. Pie­tia i Wa­nia gra­li przy nim w war­ca­by, opie­ra­jąc się zaś o piec stał z za­ło­żo­ny­mi w tył rę­ka­mi star­szy pan nie­wiel­kie­go wzro­stu, o si­wej, roz­wi­chrzo­nej czu­pry­nie, śnia­dej twa­rzy i bie­ga­ją­cych czar­nych oczkach – nie­ja­ki Afri­kan Sie­mio­nycz Pi­ga­sow.

Dziw­ny to był czło­wiek ten pan Pi­ga­sow. Roz­go­ry­czo­ny na wszyst­ko i wszyst­kich – a zwłasz­cza na ko­bie­ty – wy­my­ślał od rana do wie­czo­ra, cza­sem bar­dzo dow­cip­nie, cza­sem dość try­wial­nie, ale za­wsze z upodo­ba­niem. Draż­li­wość jego gra­ni­czy­ła z dzi­wac­twem; śmiech, dźwięk gło­su, cała jego isto­ta zda­wa­ła się prze­po­jo­na żół­cią. Da­ria Mi­chaj­łow­na chęt­nie przyj­mo­wa­ła Pi­ga­so­wa: ba­wi­ły ją jego kon­cep­ty. Istot­nie, były dość za­baw­ne. Miał pa­sję wy­ol­brzy­mia­nia wszyst­kie­go. Na przy­kład: je­śli mó­wio­no przy nim o ja­kim­kol­wiek nie­szczę­ściu – czy to opo­wia­da­no mu, że wieś spło­nę­ła od pio­ru­na, czy że woda ze­rwa­ła tamę młyń­ską lub że chłop od­rą­bał so­bie rękę sie­kie­rą, za każ­dym ra­zem py­tał ze sku­pio­ną za­wzię­to­ścią: „A jak jej na imię?” – to zna­czy, jak się na­zy­wa ko­bie­ta, któ­ra była po­wo­dem ka­ta­stro­fy; był bo­wiem głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że przy­czy­ną każ­de­go nie­szczę­ścia jest ko­bie­ta, na­le­ży tyl­ko do­kład­nie zba­dać spra­wę. Padł kie­dyś na ko­la­na przed pra­wie nie­zna­jo­mą damą, któ­ra na­tar­czy­wie za­pra­sza­ła go, by jadł, i przez łzy, ale z wy­pi­sa­ną na twa­rzy wście­kło­ścią za­czął ją bła­gać, żeby się nad nim zli­to­wa­ła, że ni­czym wo­bec niej nie za­wi­nił, że nig­dy już do niej wię­cej nie przy­je­dzie. Pew­ne­go razu idą­cy pod górę koń

po­niósł, zrzu­cił do rowu i omal nie za­bił jed­nej z pra­czek Da­rii Mi­chaj­łow­ny. Pi­ga­sow od­tąd nie na­zy­wał in­a­czej tego ko­nia, jak: „po­czci­wy, po­czci­wy ko­nik”, samą zaś górę i rów uwa­żał za nie­zwy­kle ma­low­ni­cze miej­sce. Nie po­wio­dło mu się w ży­ciu – z wła­snej winy stał się ma­nia­kiem. Był sy­nem ubo­gich ro­dzi­ców. Oj­ciec jego peł­nił róż­ne pod­rzęd­ne funk­cje, le­d­wo umiał czy­tać i pi­sać i nie trosz­czył się o wy­cho­wa­nie syna: ży­wił go, ubie­rał, i tyle. Mat­ka go psu­ła, ale wkrót­ce umar­ła. Pi­ga­sow wy­cho­wał się sam; sam wstą­pił do szko­ły po­wia­to­wej, po­tem do gim­na­zjum, na­uczył się ję­zy­ków: fran­cu­skie­go, nie­miec­kie­go, a na­wet ła­ci­ny, i po skoń­cze­niu gim­na­zjum z do­sko­na­łym świa­dec­twem po­je­chał do Do­rpa­tu, gdzie nie­ustan­nie bo­ry­kał się z bie­dą, ale do­pro­wa­dził trzy­let­nie stu­dia do koń­ca. Zdol­no­ści Pi­ga­so­wa nie wy­bie­ga­ły poza prze­cięt­ność; wy­róż­niał się cier­pli­wo­ścią i wy­trwa­ło­ścią, a zwłasz­cza – wiel­ką am­bi­cją; chciał by­wać w do­brym to­wa­rzy­stwie, nie po­zo­sta­wać w tyle za in­ny­mi, na złość lo­so­wi. Uczył się więc przy­kład­niej i na uni­wer­sy­tet w Do­rpa­cie wstą­pił przez am­bi­cję. Bie­da gnie­wa­ła go i roz­wi­nę­ła w nim spo­strze­gaw­czość i prze­bie­głość. Miał swo­isty spo­sób mó­wie­nia; od naj­młod­szych lat wy­ro­bił w so­bie oso­bli­we kra­so­mów­stwo prze­po­jo­ne żół­cią i go­ry­czą. My­śli jego nie wzno­si­ły się po­nad prze­cięt­ny po­ziom; mó­wił zaś tak, że mógł ro­bić wra­że­nie nie tyl­ko mą­dre­go, ale na­wet bar­dzo mą­dre­go czło­wie­ka. Otrzy­maw­szy sto­pień kan­dy­da­ta, Pi­ga­sow po­sta­no­wił po­świę­cić się ka­rie­rze na­uko­wej: zro­zu­miał, że na żad­nym in­nym polu nie mógł­by do­trzy­mać kro­ku swym ko­le­gom (sta­rał się do­bie­rać ta­kich, któ­rzy na­le­że­li do wyż­szej sfe­ry, umiał do­sto­so­wać się do nich, schle­biał im na­wet, cho­ciaż wciąż na nich wy­my­ślał). Ale mó­wiąc po pro­stu, nie miał da­nych na to, by pójść dro­gą na­uko­wą. Bę­dąc sa­mo­ukiem, lecz nie z mi­ło­ści do na­uki, Pi­ga­sow w isto­cie umiał za mało. Ob­ciął się sro­mot­nie przy obro­nie tezy, pod­czas gdy miesz­ka­ją­cy z nim w jed­nym po­ko­ju inny stu­dent, z któ­re­go sta­le się wy­śmie­wał, czło­wiek bar­dzo ogra­ni­czo­ny, ale od­po­wied­nio i so­lid­nie przy­go­to­wa­ny, od­niósł peł­ny triumf. To nie­po­wo­dze­nie do­pro­wa­dzi­ło Pi­ga­so­wa do wście­kło­ści; spa­lił wszyst­kie książ­ki i ze­szy­ty i wstą­pił na służ­bę pań­stwo­wą. Z po­cząt­ku szło mu nie­źle: urzęd­nik był z nie­go co się zo­wie, nie­zbyt spraw­ny, ale za to w naj­wyż­szym stop­niu pew­ny sie­bie i ener­gicz­ny; chciał się jed­nak wy­bić jak naj­prę­dzej – za­plą­tał się, noga mu się po­wi­nę­ła i mu­siał po­dać się do dy­mi­sji. Trzy lata prze­sie­dział u sie­bie w na­by­tej na do­god­nych wa­run­kach wio­sce i na­gle oże­nił się z bo­ga­tą, nie­zbyt wy­kształ­co­ną oby­wa­tel­ką ziem­ską, któ­rą zło­wił na węd­kę swych iro­nicz­nych i non­sza­lanc­kich ma­nier. Ale uspo­so­bie­nie Pi­ga­so­wa sta­ło się zbyt już przy­kre i zgryź­li­we; cią­ży­ły mu obo­wiąz­ki ro­dzin­ne… Żona jego po kil­ku la­tach wspól­ne­go z nim po­ży­cia wy­je­cha­ła po­ta­jem­nie do Mo­skwy i tam sprze­da­ła ja­kie­muś zręcz­ne­mu afe­rzy­ście swój ma­ją­tek, w któ­rym Pi­ga­sow na krót­ko przed­tem wy­bu­do­wał dwór. Do głę­bi wstrzą­śnię­ty tym ostat­nim cio­sem, Pi­ga­sow wy­to­czył żo­nie pro­ces, ale nic nie wy­grał… Koń­czył więc ży­cie sa­mot­nie; by­wał u są­sia­dów, na któ­rych wy­my­ślał za oczy, a na­wet i w oczy, a ci przyj­mo­wa­li go z ja­kimś wy­stra­szo­nym pół­u­śmie­chem, cho­ciaż w isto­cie się go nie bali – i nig­dy nie brał książ­ki do ręki. Miał oko­ło stu dusz; chło­pom jego dzia­ło się dość do­brze.

– A, Con­stan­tin – za­czę­ła Da­ria Mi­chaj­łow­na, gdy tyl­ko Pan­da­lew­ski wszedł do sa­lo­nu – czy Ale­xan­dri­ne przy­je­dzie?

– Alek­san­dra Paw­łow­na ka­za­ła pani po­dzię­ko­wać i bę­dzie to so­bie po­czy­ty­wa­ła za nie­zwy­kłą przy­jem­ność – od­po­wie­dział Kon­stan­ty Dio­mi­dycz, uprzej­mie kła­nia­jąc się na wszyst­kie stro­ny i do­ty­ka­jąc nie­na­gan­nie ucze­sa­nych wło­sów tłu­stą, ale bia­łą ręką o pa­znok­ciach przy­cię­tych w kształ­cie trój­ką­ta.

– A Wo­łyn­cew tak­że przy­je­dzie?

– Pan Wo­łyn­cew rów­nież.

– A więc, dro­gi pa­nie – cią­gnę­ła da­lej Da­ria Mi­chaj­łow­na zwra­ca­jąc się do Pi­ga­so­wa – pań­skim zda­niem wszyst­kie pan­ny są nie­szcze­re?

War­gi Pi­ga­so­wa skrzy­wi­ły się, a ło­kieć drgnął ner­wo­wo.

– Po­wie­dzia­łem – za­czął spo­koj­nym gło­sem (w przy­stę­pie naj­więk­szej wście­kło­ści mó­wił po­wo­li i wy­raź­nie) – po­wie­dzia­łem, że pan­ny w ogó­le, o obec­nych oczy­wi­ście mó­wić nie będę…

– Ale to nie prze­szka­dza panu o nich tak my­śleć – prze­rwa­ła Da­ria Mi­chaj­łow­na.

– Mó­wić o nich nie będę – po­wtó­rzył Pi­ga­sow. – Wszyst­kie pan­ny w ogó­le są w naj­wyż­szym stop­niu nie­szcze­re w wy­ra­ża­niu swo­ich uczuć. Na przy­kład pan­na, czy się prze­stra­szy, czy ucie­szy z cze­goś, czy zmar­twi, z pew­no­ścią naj­pierw wy­gnie swe cia­ło w ja­kiś taki oto wy­twor­ny spo­sób (i Pi­ga­sow ka­ry­ka­tu­ral­nie wy­giął stan i roz­ca­pie­rzył pal­ce), po­tem do­pie­ro krzyk­nie: ach! i ro­ze­śmie­je się albo za­pła­cze. Mnie jed­nak (tu Pi­ga­sow uśmiech­nął się, za­do­wo­lo­ny z sie­bie) uda­ło się wy­wo­łać kie­dyś praw­dzi­wy, nie­kła­ma­ny od­ruch u pew­nej wy­jąt­ko­wo nie­szcze­rej pan­ny.

– A to w jaki spo­sób? Oczy Pi­ga­so­wa roz­bły­sły.

– Ude­rzy­łem ją z tyłu w bok osi­no­wą pał­ką. Pan­na jak nie wrza­śnie, a ja jej: bra­wo! bra­wo! To był głos na­tu­ry, to był szcze­ry okrzyk… Niech pani za­wsze na przy­szłość tak po­stę­pu­je!

Wszy­scy w po­ko­ju ro­ze­śmie­li się.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: