Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Sekcja M. Tom 5. Wet za wet - ebook

Tłumacz:
Seria:
Data wydania:
13 października 2022
Ebook
39,90 zł
Audiobook
39,90 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Sekcja M. Tom 5. Wet za wet - ebook

Nora Feller całkowicie zerwała z Sekcją M i z Charlotte Victorin. Ma nadzieję, że w Malmö zacznie nowe życie, zarówno prywatne, jak i zawodowe. Komendant policji przydzielił jej sprawę zabójstwa, które wywołało duże poruszenie. Ofiarą jest kobieta, która należy do wąskiego kręgu bogatej elity w jednej z miejscowości położonych na południe od miasta. Sprawa od samego początku wzbudza w Norze pewne podejrzenia. Odnosi wrażenie, że wszystkim steruje potężna, niewidzialna ręka, a ona jako policjantka coraz bardziej zbliża się do odkrycia prawdy. Czy dlatego coś jej grozi?

„Wet za wet” to piąta część serii kryminałów szwedzkiej pisarki Christiny Larsson. Tym razem autorce towarzyszy Caroline Grimwalker.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-87-0237-023-2
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Je­den rzut oka na mapę po­ka­zuje, że Kofi An­nan Street, Old Cape Road i Cape Po­int Road two­rzą na niej trój­kąt. Jed­nak nikt, kto pa­trzy na mapę le­żą­cej w za­chod­niej Afryce Gam­bii, na­wet się nie do­my­śla, że ist­nieją tu ta­kie luk­susy i jest tak pięk­nie. So­phia Bern­hard układa się wy­god­nie na le­żaku i po­pra­wia biały słom­kowy ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem. Dwa domy da­lej, w dole po le­wej stro­nie, stoi oto­czona gru­bymi pal­mami re­zy­den­cja am­ba­sa­dora Wiel­kiej Bry­ta­nii. Drzewa mają tak do­sko­nały kształt, jakby wszyst­kie były od­ry­so­wane od jed­nego sza­blonu. Są­sia­dem am­ba­sa­dora jest mi­ni­ster fi­nan­sów, a po dru­giej stro­nie ulicy mieszka ro­dzina, która wy­naj­muje luk­su­sowe jachty bo­ga­tym tu­ry­stom od­wie­dza­ją­cym Cape Po­int Be­ach w Ba­kau.

Jest do­piero dzie­siąta rano, ale słońce praży ją w de­li­katną szwedzką skórę. Bez względu na to, ja­kiego spo­sobu używa, ni­gdy nie może zła­pać ład­nej opa­le­ni­zny. Jej skóra przy­biera co naj­wy­żej ko­lor czer­wo­no­brą­zowy. Ina­czej jest z La­mi­nem, który po­ko­nuje ko­lejne dłu­go­ści ba­senu, albo z Mo­mo­dou, który gra w piłkę na wy­pie­lę­gno­wa­nej i przy­strzy­żo­nej co do mi­li­me­tra tra­wie. So­phia ob­ser­wuje obu mło­dych męż­czyzn, pod­czas gdy wo­kół niej fru­wają barwne ko­li­bry. Praw­do­po­dob­nie przy­cią­gają je słodko pach­nące grządki or­chi­dei.

La­min i Mo­mo­dou są sty­pen­dy­stami jej fun­da­cji Na­dzieja i Serce, która pro­wa­dzi w Gam­bii mię­dzy­na­ro­dową szkołę. Wczo­raj, gdy na ostat­niej lek­cji we­szła do sali, wy­wo­łała z niej dwóch uczniów z naj­star­szej klasy i po­szła z nimi do wy­na­ję­tego sa­mo­chodu, Pe­tra Hof­f­man zmie­rzyła ją zdu­mio­nym wzro­kiem. Była jed­nak na tyle mą­dra, że tego nie sko­men­to­wała, co ona przy­jęła z za­do­wo­le­niem. Pe­tra nie za­da­wała zbęd­nych py­tań. Pew­nie za­cho­wała się tak z obawy przed utratą pracy.

La­min czuje, że So­phia na niego pa­trzy, więc wy­cho­dzi z wody i siada na brzegu ba­senu ple­cami do niej. Na­pręża się, jego mo­kre plecy lśnią w bla­sku słońca. So­fia uśmie­cha się do sie­bie. W Gam­bii czuje się znacz­nie swo­bod­niej niż w sztyw­nej, nud­nej Szwe­cji. Szkoda, że Lena, Ka­rin i inne ko­le­żanki jej nie wi­dzą. Di­no­za­ury! W Höl­lvi­ken mieszka od pew­nego czasu, więc za­wsze jej do­ci­nają, że one są tam od po­ko­leń, pod­czas gdy jej ro­dzina prze­pro­wa­dziła się nie­dawno. Szkoda, że nie mogą jej te­raz wi­dzieć. Luk­sus, który ją ota­cza, jest in­nego ro­dzaju niż ten, który ist­nieje we wspa­nia­łej Szwe­cji – kraju, w któ­rym wszy­scy po­winni mieć „w sam raz”.

I po­my­śleć, że upły­nęły już dwa lata. Po­wo­ła­nie do ży­cia mię­dzy­na­ro­do­wej szkoły w Gam­bii było su­per­po­my­słem. Dzięki jej ła­ska­wo­ści chłopcy i mło­dzi męż­czyźni bez na­dziei na lep­szą przy­szłość zdo­by­wają tu pierw­szo­rzędne wy­kształ­ce­nie, o któ­rym ich ró­wie­śnicy mogą je­dy­nie po­ma­rzyć. Sze­roko się uśmie­cha, bie­rze szklankę z ga­zo­waną le­mo­niadą i unosi do ust. To kla­syczna sy­tu­acja, w któ­rej wy­gry­wają obie strony. Pro­ce­dury w Gam­bii są pro­ste, dzięki czemu ła­two tu o pie­nią­dze, które czę­sto tra­fiają do jej kie­szeni. Chłopcy cho­dzą do li­ceum i zdo­by­wają nie tylko wy­kształ­ce­nie, ale także do­świad­cze­nia ży­ciowe. Poza tym mogą prze­żyć coś cie­ka­wego. Dzięki temu, że ma z nimi do czy­nie­nia na co dzień, mimo swo­ich sześć­dzie­się­ciu je­den lat czuje się znowu młoda i pełna ży­cia. Wie, że po­doba im się jej luk­su­sowe miesz­ka­nie, i do­ce­niają, że po­zwala im pły­wać w swoim ba­se­nie.

Bie­rze tubkę olejku ko­ko­so­wego i sma­ruje nim ra­miona. Przed trzema mie­sią­cami w jej ży­ciu do­ko­nała się ważna zmiana i te­raz nie cią­gnie jej z po­wro­tem do Szwe­cji. Jej re­la­cje z mę­żem ochło­dły dawno temu. Mats jest zbyt miękki i ustę­pliwy, a ich na­sto­let­nia córka Alice ob­raca się w nie­wła­ści­wym to­wa­rzy­stwie i robi wszystko, żeby znisz­czyć so­bie ży­cie.

Tłumi wes­tchnie­nie i są­czy na­pój z lo­dem. Kie­dyś, gdy Alice była małą, słodką dziew­czynką, lu­biła za­bie­rać ją na różne im­prezy, żeby się nią chwa­lić. Za­zwy­czaj sły­szała te same ko­men­ta­rze, że jej córka jest ładna i do­brze wy­cho­wana. Nie­stety, od nie­dawna jakby dia­beł w nią wstą­pił. Sy­tu­acja stała się już tak zła, że stra­ciła siły i ochotę, żeby to dłu­żej to­le­ro­wać, i sprawy zwią­zane z wy­cho­wa­niem córki zo­sta­wiła Mat­sowi. Niech się czymś zaj­mie, kiedy wraca do domu z tej swo­jej nud­nej pracy.

Złosz­czą ją te pie­przone chwa­li­pięty z Höl­lvi­ken. Pa­trzą na nią z góry i cią­gle im się wy­daje, że otrzy­mały lep­sze wy­cho­wa­nie, za­ra­biają wię­cej pie­nię­dzy, zdo­były lep­sze wy­kształ­ce­nie i mają wię­cej klasy. Na samo wspo­mnie­nie o nich ogar­nia ją złość. Na szczę­ście już wkrótce za­mknie tym ję­dzom usta. Raz na za­wsze.

O sto­lik ude­rza piłka, bu­dząc ją z za­my­śle­nia. Mo­mo­dou stoi kilka me­trów od niej i pa­trzy na nią z prze­ra­żoną miną. Ona ma jed­nak inne sprawy na gło­wie i nie za­mie­rza go upo­mi­nać.

Na­gle czuje w tyle głowy zna­jome ła­sko­ta­nie. Dzieje się tak za­wsze, gdy wpada na ja­kiś świetny po­mysł. Już wie, jak może owi­nąć so­bie te ję­dze wo­kół palca.

Twar­dym wzro­kiem pa­trzy Mo­mo­dou pro­sto w oczy i wy­pija ko­lejny łyk zim­nego na­poju.ROZ­DZIAŁ 1

Mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści po­zdra­wia ski­nie­niem głowy dwóch umun­du­ro­wa­nych straż­ni­ków, któ­rzy stoją przy głów­nym wej­ściu do urzędu przy ulicy Her­ku­les­ga­tan 17, i wy­cho­dzi na ulicę. Przed opusz­cze­niem bu­dynku sta­rym zwy­cza­jem pod­nosi koł­nierz płasz­cza, ale szybko so­bie uświa­da­mia, że na dwo­rze nie jest aż tak zimno, jak się spo­dzie­wał. Kwiet­niowe słońce świeci nad trwa­ją­cym w sta­nie wio­sen­nego wy­bu­dze­nia Sztok­hol­mem. Jak na tę porę roku jest nie­zwy­kle cie­pło. Ale to nie wcze­sne na­dej­ście wio­sny wy­wo­łuje uśmiech na jego twa­rzy. Po wyj­ściu z bu­dynku skręca w prawo w ulicę Drot­t­ning­ga­tan.

Sku­tecz­ność dzia­ła­nia Sek­cji M jest fak­tem bez­spor­nym. Cho­ciaż ostat­nia sprawa była trudna i skom­pli­ko­wana, a eks­plo­zja ma­te­riału wy­bu­cho­wego i han­del ludźmi wska­zy­wały na to, że cho­dzi o prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­waną, eki­pie udało się tę sprawę roz­wią­zać w krót­kim cza­sie. Ich suk­ces zwró­cił po­wszechną uwagę. Dzwo­nili do niego z gra­tu­la­cjami mi­ni­stro­wie z wielu kra­jów świata, a dy­rek­tor de­par­ta­mentu stwier­dził na ran­nym po­sie­dze­niu, że sam pre­mier za­mie­rza wy­gło­sić oświad­cze­nie za­wie­ra­jące po­chwałę dla człon­ków sek­cji. To po­winno prze­ko­nać tego krnąbr­nego Tho­réna, szefa wy­działu praw­nego ko­mendy głów­nej po­li­cji. Jo­han Tho­rén jesz­cze nie tak dawno stwier­dził, że Sek­cja M jest już nie­po­trzebna. Za to ostat­nio za­cho­wy­wał się tak, jakby nie był już tego taki pewny. Po ostat­nim suk­ce­sie Sek­cji M nie miał in­nego wy­boru, jak tylko ogło­sić z urzędu, że sek­cja znowu sta­nie się jed­nostką sa­mo­dzielną i wy­dzie­loną. Te­raz bę­dzie mógł oka­zy­wać swoje nie­zde­cy­do­wa­nie w cza­sie wol­nym od pracy.

Z ulicy Drot­t­ning­ga­tan skręca w prawo, cie­sząc oczy wi­do­kiem Riks­dagu i mo­stu Riks­bron. Ja­sno­nie­bie­skie niebo, piękna za­bu­dowa, po­rządni lu­dzie. To jego mia­sto. Kie­dyś być może sta­nie na czele kraju. Ktoś mniej am­bitny pew­nie by się za­do­wo­lił tym po­zio­mem ży­cia, ale dla niego to tylko ko­lejny szcze­bel w dro­dze na szczyt. Jesz­cze tam nie do­tarł, ale cel jest w za­sięgu ręki, co tylko do­pin­guje go do więk­szego współ­za­wod­nic­twa. Nie wy­ob­raża so­bie, że ktoś taki jak Tho­rén mógłby sta­nąć mu na dro­dze.

Ja­kaś ko­bieta w ja­sno­nie­bie­skich szor­tach i ja­snych jak len wło­sach uśmie­cha się do niego nie­śmiało, jakby nie była pewna, czy kie­dyś się nie spo­tkali. Wła­śnie tak to wy­gląda, gdy ktoś jest Pa­nem Mi­ni­strem ca­łego szwedz­kiego na­rodu. Uśmie­cha się do niej po­wścią­gli­wie i przy­spie­sza kroku.

Szorty w kwiet­niu. Coś ta­kiego! Po­winna ist­nieć ja­kaś gra­nica.

W dwa ty­siące osiem­na­stym roku Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści prze­nio­sło się z dziel­nicy Ro­sen­bad na ulicę Her­ku­les­ga­tan, co na po­czątku wy­wo­ły­wało sze­reg pro­ble­mów lo­gi­stycz­nych. Na do­miar złego zwraca na niego uwagę o wiele mniej waż­nych i zna­czą­cych osób, gdy tak jak te­raz idzie ulicą, cie­szy się z wio­sen­nego słońca i wy­gląda przy tym jak zwy­kły prze­cho­dzień. Idąc koło ka­łuży, do­strzega przez chwilę na jej błysz­czą­cej po­wierzchni swoje od­bi­cie. Czuje się bar­dziej spo­kojny i pewny sie­bie. Wie, do­kąd zmie­rza i jak do­trzeć do celu.

W tej sa­mej chwili stadko go­łębi zrywa się do lotu.

Przy­dzie­lony mu ochro­niarz po­dej­rzewa, że spo­tka­nie lun­chowe, na które mi­ni­ster się wy­biera, do­ty­czyć bę­dzie je­dy­nie uciech cie­le­snych. Mi­ni­ster nie musi na­wet się sta­rać, żeby go zgu­bić. Ochro­niarz ma wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie w za­kre­sie ochrony VIP-ów i zdą­żył się przy­zwy­czaić, że pa­no­wie zaj­mu­jący wy­so­kie sta­no­wi­ska wy­my­kają się cza­sem z pracy, żeby po­fi­glo­wać so­bie z ko­chan­kami obu płci.

Za­trzy­muje się przy re­stau­ra­cji Po­lpette, chwilę się roz­gląda, po czym wcho­dzi do środka przez skromne, brą­zowe, drew­niane drzwi. W ogród­kach przy re­stau­ra­cjach za­czyna się co­dzienny ruch, go­łę­bie wra­cają nad ka­łużę, a kil­ka­set me­trów da­lej ja­kaś dziew­czynka stoi nad por­cją lo­dów, które przed chwilą upu­ściła na chod­nik.

Mi­ni­ster wcho­dzi do chłod­nej, ciem­nej klatki scho­do­wej i idzie ka­mien­nymi scho­dami na górę. Za­sta­na­wia się, co po­wie­dzieć w cza­sie spo­tka­nia, które za­raz się za­cznie. Bę­dzie mu­siał prze­ko­nać Tho­réna. Zżera go cie­ka­wość, kim są po­zo­stałe osoby, które Tho­rén za­pro­sił na roz­mowę. Bez względu na to jedno jest dla niego ja­sne: Sek­cja M, mo­bilna jed­nostka śled­cza o sze­ro­kich kom­pe­ten­cjach, po­winna nie tylko dzia­łać tu­taj, ale także bry­lo­wać na te­re­nie ca­łego kraju, żeby roz­wią­zy­wać rów­nież te zbrod­nie, któ­rymi na co dzień zaj­muje się zwy­kła po­li­cja. Inna de­cy­zja jest nie do za­ak­cep­to­wa­nia.

Za­trzy­muje się na pierw­szym pię­trze i przez chwilę wsłu­chuje w dźwięki do­bie­ga­jące z dołu, od strony drzwi wej­ścio­wych do bu­dynku. Po­tem wyj­muje klucz i otwiera nim drzwi ka­wa­lerki, która ofi­cjal­nie na­leży do Ko­mi­sji Nad­zoru. Za­pach cy­gar i nie­mod­nej wody po go­le­niu są po­twier­dze­niem, że do­tarł na umó­wione miej­sce.

Zdej­muje ja­sno­brą­zowy płaszcz z sier­ści wiel­błąda i wie­sza go na mie­dzia­nym haku w przed­po­koju. Prze­ciąga dło­nią po co­raz rzad­szych wło­sach i robi naj­bar­dziej urzę­dową minę, na jaką go stać. Na końcu pro­stuje plecy i wy­pina pierś.

To nie­ważne, kim są po­zo­stali uczest­nicy spo­tka­nia i co mają do po­wie­dze­nia. On już pod­jął de­cy­zję, co ozna­cza, że oni też to zro­bili – tylko jesz­cze o tym nie wie­dzą.ROZ­DZIAŁ 2

– Ależ, mamo, czy to na­prawdę do­bry po­mysł?

Nora Fel­ler wró­ciła wła­śnie do domu. Całą trasę z ko­mendy po­ko­nała ro­we­rem. Po wej­ściu do miesz­ka­nia wal­czy przez chwilę z zi­mową kurtką. Pró­buje ją zdjąć, a jed­no­cze­śnie przy­trzy­muje te­le­fon mię­dzy brodą a ra­mie­niem.

– Chcesz się prze­pro­wa­dzić do Malmö? Czemu aku­rat tam?

– A czemu nie?

Głos jej mamy brzmi sła­biej niż daw­niej, jakby w ciągu ostat­niego pół­ro­cza się skur­czyła. Nie ma się jed­nak czemu dzi­wić: naj­pierw po­trą­cił ją sa­mo­chód i zła­mała szyjkę ko­ści udo­wej, a za­raz po­tem do­stała udaru i za­pa­dła w śpiączkę. Pięć­dzie­siąt dwa lata to wciąż młody wiek, ale po tych wszyst­kich nie­szczę­ściach jej mama się zmie­niła i po­sta­rzała.

Te­raz Norę drę­czy su­mie­nie, że tak rzadko kon­tak­to­wała się z matką. Ostat­nie śledz­two, w które była za­an­ga­żo­wana, wy­ma­gało peł­nej kon­cen­tra­cji, więc prze­zna­czyła na nie cały swój czas. W willi we Frösa­kull do­szło do eks­plo­zji bomby. Na miej­scu zgi­nęły dwie osoby. Trze­cia od­nio­sła tak roz­le­głe ob­ra­że­nia, że zmarła w szpi­talu. Szybko się oka­zało, że za­mach zwią­zany był z han­dlem ludźmi. Grupa prze­stęp­ców wię­ziła ko­biety w kilku miesz­ka­niach w An­ders­bergu, dziel­nicy Halm­stadu. Wy­ko­rzy­sty­wali je jako nie­wol­nice sek­su­alne.

Na samą myśl o tym, jak okrut­nie i bru­tal­nie były trak­to­wane, No­rze robi się nie­do­brze. Męż­czyźni, któ­rzy za­spo­ka­jali w ten spo­sób swoje po­trzeby sek­su­alne, byli mę­żami, oj­cami i sza­no­wa­nymi oby­wa­te­lami mia­sta. Po pew­nym cza­sie po­li­cji udało się usta­lić toż­sa­mość mar­twej ko­biety, któ­rej szczątki od­ko­pano na te­re­nie dziel­nicy prze­my­sło­wej. Oka­zało się, że była jedną z wielu, które w na­dziei na lep­sze ży­cie i lep­szą przy­szłość przy­były do Szwe­cji, gdzie tra­fiły do pie­kła. Śledz­two, które pro­wa­dzono w tej spra­wie, stało się dla niej jesz­cze bar­dziej nie­zno­śne po tym, jak wmie­szała się w nie Sek­cja M. Póź­niej się do­wie­działa, że Char­lotte roz­po­wszech­niała plotki, ja­koby ona, Nora, mu­siała odejść z sek­cji, po­nie­waż nie umiała się do­pa­so­wać do obo­wią­zu­ją­cych stan­dar­dów. Naj­chęt­niej za­po­mnia­łaby o tam­tym okre­sie swo­jego ży­cia, zwłasz­cza o tym, czego się wtedy do­wie­działa na te­mat me­tod sto­so­wa­nych przez człon­ków sek­cji.

Wstaje z pod­łogi, zdej­muje spor­towe obu­wie, pod­cho­dzi do okna i wy­gląda na dwór z po­miesz­cze­nia, które przez ostatni rok na­zy­wała swoim miesz­ka­niem. Na drze­wach wy­strze­liły ja­sno­zie­lone pąki, w skrzyn­kach, które stoją na bal­ko­nach są­sied­niego bloku, roz­kwi­tły pierw­sze wio­senne kwiaty.

– Na­prawdę pla­nu­jesz prze­pro­wadzkę do Malmö? Prze­cież tam dzia­łają gangi i ktoś cią­gle do ko­goś strzela.

Nora jest już tak zde­spe­ro­wana, że po­sta­no­wiła użyć tego ar­gu­mentu, byle tylko na­kło­nić mamę do zmiany de­cy­zji. Od­po­wie­dzią jest gło­śny śmiech.

– Chcesz po­wie­dzieć, że tra­fię na li­nię strzału? To by do­piero była sen­sa­cja!

Nora nie może się po­wstrzy­mać od uśmie­chu. To mało praw­do­po­do­bne, żeby po tym wszyst­kim, co prze­szła jej mama, jej los mógł się zmie­nić na gor­sze. Fakt, że za­cho­wała po­czu­cie hu­moru, rów­nież tego czar­nego, spra­wia, że Norę ogar­nia przy­jemne cie­pło. Do­piero te­raz uświa­da­mia so­bie, jak bar­dzo się za nią stę­sk­niła.

– Wiem, że me­dia pu­bli­kują na te­mat Malmö mnó­stwo ne­ga­tyw­nych in­for­ma­cji, ale oko­lica, w któ­rej miesz­kała moja ciotka, to stara i bar­dzo uro­kliwa osada ry­backa. Na­zywa się Lim­hamn. Nie wiem, ile za­pa­mię­ta­łaś z na­szych wi­zyt u ciotki, gdy by­łaś mała, ale na pewno nie jest tam tak jak w dziel­nicy Ro­sen­lund, je­śli to ją mia­łaś na my­śli.

– Ro­sen­gård.

– Nie­ważne… Cho­dzi o to, że mia­sto przed­sta­wiane jest w me­diach w złym świe­tle. To, o czym do­no­szą, rzadko bywa prawdą. Nie są­dzisz?

Nora prze­ciąga dło­nią po czole.

– Tak bywa, oczy­wi­ście.

Mona Fel­ler kon­ty­nu­uje, ale ton jej głosu jest już ła­god­niej­szy:

– To na­prawdę piękny dom. Cio­cia nie miała wła­snych dzieci, a spo­śród wszyst­kich człon­ków na­szej ro­dziny naj­bliż­sze kon­takty utrzy­my­wała ze mną. To dla­tego odzie­dzi­czy­łam po niej ten dom. Brzmi to tro­chę jak sce­na­riusz fil­mowy. Wciąż nie mogę w to uwie­rzyć.

– Ale dla­czego Malmö? – po­dej­muje ko­lejną próbę Nora. – Prze­cież mo­gła­byś ten dom sprze­dać i ku­pić coś w oko­licy Halm­stadu. Co­raz czę­ściej bę­dziesz po­trze­bo­wać po­mocy, a ja już tu miesz­kam. Po co prze­pro­wa­dzać się do in­nego mia­sta, w któ­rym ni­kogo nie znasz?

– Wła­śnie o to cho­dzi. Po­trze­buję no­wego im­pulsu do ży­cia. Po tym, co ostat­nio prze­ży­łam, wła­śnie tego mi po­trzeba.

Tym ra­zem głos pani Fel­ler brzmi bar­dziej sta­now­czo.

Nora do­tyka czo­łem chłod­nej szyby i pa­trzy na par­king przed bu­dyn­kiem. Wra­cają wspo­mnie­nia zwią­zane z sa­mo­cho­dem, z któ­rego nie­dawno ktoś ob­ser­wo­wał jej miesz­ka­nie. Jest na sto pro­cent pewna, że to była Char­lotte Vic­to­rin. Na samo jej wspo­mnie­nie robi jej się kwa­śno w ustach. Za nic w świe­cie nie chcia­łaby mieć z tą wa­riatką cze­go­kol­wiek wspól­nego. Żeby po­zbyć się nie­mi­łego uczu­cia, ude­rza dwa razy dło­nią o szybę, pło­sząc mewę. Ptak gwał­tow­nie za­wraca i od­la­tuje, wy­da­jąc z sie­bie krótki, obu­rzony krzyk.

– Dom stoi w fan­ta­stycz­nym miej­scu – kon­ty­nu­uje pani Fel­ler. – Wi­dać z niego mo­rze i most nad Sun­dem. Szcze­rze mó­wiąc, je­stem już zmę­czona ży­ciem w Mos­se­bergu. Wpraw­dzie mogę tu li­czyć na stałą po­moc i opiekę, za to w Malmö by­ła­bym sama w inny spo­sób. Ale zga­dzam się z tobą co do tego, że taki wy­jazd na pewno bę­dzie dla mnie wy­zwa­niem.

– Wciąż nie ro­zu­miem, jak so­bie po­ra­dzisz w no­wym mie­ście sama.

W te­le­fo­nie za­pada krótka ci­sza. Od­po­wiedź pada po chwili:

– Naj­le­piej by było, gdy­by­śmy za­miesz­kały ra­zem. Co ty na to? Mo­gła­byś się wy­pro­wa­dzić z Halm­stadu i za­miesz­kać ze mną w Malmö. Miej­sca dla dwóch osób na pewno wy­star­czy. Pracę za­ła­twisz so­bie bez pro­blemu w miej­sco­wej po­li­cji, bo je­śli sy­tu­acja w mie­ście jest rze­czy­wi­ście taka zła, jak ją opi­sują, na pewno po­trze­bują tam wię­cej po­li­cjan­tów. W Lim­hamn jest mor­ska pro­me­nada i mnó­stwo przy­tul­nych re­stau­ra­cji, a do Ko­pen­hagi sa­mo­cho­dem je­dzie się go­dzinę.

Nora krąży po po­koju, prze­ciąga dło­nią po twa­rzy. Nowe ży­cie. Te dwa słowa kryją w so­bie coś, co jej się po­doba. Tylko co z pracą? Prze­cież cał­kiem nie­dawno do­stała etat w Halm­sta­dzie. Czuje się tu do­brze, bez pro­blemu do­ga­duje się z Ulfem i całą resztą.

– Je­śli się ze mną nie prze­pro­wa­dzisz, zro­bię to sama – sły­szy w od­po­wie­dzi na swoje wąt­pli­wo­ści. Czuje, jak ogar­nia ją pa­nika.

– Sama so­bie nie po­ra­dzisz.

– No to po­jedź ze mną. Nie pierw­szy raz za­miesz­kamy ra­zem. My­ślę, że ra­zem bę­dzie nam bar­dzo do­brze. Poza tym znaj­dziemy się da­leko od…

Mona Fel­ler nie wy­po­wiada jego imie­nia i na­zwi­ska, ale Nora wie, że miała na my­śli In­ge­mara Wal­lina.

Od kiedy jej mama do­stała skie­ro­wa­nie do cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­nego w Mos­se­bergu, sę­dzia Wal­lin wi­siał nad nią jak ciemna chmura. Mimo to mama nie chce zdra­dzić, o co w tym cho­dzi. Nora po­dej­rzewa, że fun­dusz, z któ­rego po­cho­dziły hojne środki na opła­ce­nie po­bytu w tak eks­klu­zyw­nym ośrodku, może być po­wią­zany z pre­ze­sem Sądu Naj­wyż­szego. Wy­star­czy tro­chę po­grze­bać i wszystko sta­nie się ja­sne. Nie­stety, są dwa po­wody, dla któ­rych nie ma tego jak spraw­dzić: praca w wy­dziale za­bójstw po­chła­nia cały jej czas, a w gło­sie mamy, gdy roz­ma­wiają o Wal­li­nie, za każ­dym ra­zem po­ja­wia się obca, mroczna nuta: ża­łość, smu­tek, a może na­wet złość. Robi więc wszystko, żeby się po­zbyć złych prze­czuć, cho­ciaż wy­raź­nie wi­dzi, że coś jest nie tak. Być może po­wo­dem ta­kiego za­cho­wa­nia jest ja­kaś dawna, przy­kra i nie­wy­po­wie­dziana pre­ten­sja.

– No więc jak bę­dzie, có­reczko? Pod­ję­łaś de­cy­zję?

Mona Fel­ler czuje, że jej głos od­zy­skał dawną ra­dość i siłę. Te­raz znowu brzmi tak jak wcze­śniej, za­nim do­szło do tych wszyst­kich strasz­nych rze­czy. Być może po­wo­dem jest na­dzieja na to, że Nora jed­nak z nią za­mieszka.

Poza tym z Malmö do Göte­borga jest da­lej niż z Göte­borga do Halm­stadu, a tym sa­mym da­lej od Sek­cji M, jej człon­ków i ich ma­cek. Da­lej od Char­lotte, Wal­lina i złych wspo­mnień z Ka­tri­ne­holmu.

Przy­trzy­muje te­le­fon ra­mie­niem i wyj­muje z lo­dówki bu­telkę wody ga­zo­wa­nej. Otwiera ją, wraca do po­koju i siada na nie­bie­skiej, obi­tej ma­te­ria­łem ka­na­pie. Ka­pi­tu­luje.

– Zgoda. Opo­wiedz mi wię­cej o tym domu, bo pra­wie wcale go nie pa­mię­tam. Czy on na­prawdę stoi nad sa­mym mo­rzem?ROZ­DZIAŁ 3

Char­lotte Vic­to­rin wije się z roz­ko­szy i ję­czy, gdy Ni­ko­lina pie­ści ją ję­zy­kiem. Na­gle je­den z jej dwóch te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych emi­tuje dwa sy­gnały. Po prze­rwie, która trwa pół mi­nuty, te­le­fon znowu dzwoni. Gdyby chciał się z nią skon­tak­to­wać ktoś inny niż osoba po­słu­gu­jąca się umó­wio­nym spo­so­bem, Char­lotte ni­gdy by nie ode­brała. Za nic by nie prze­rwała Ni­ko­li­nie tego, co spra­wia tak ogromną przy­jem­ność. Nie­stety musi ode­brać, więc chwyta młodą ko­bietę za włosy i unosi jej głowę.

Ni­ko­lina robi zdzi­wioną minę. Jest na­prawdę ładna. Z lekko roz­chy­lo­nych, ró­żo­wych ust na­dal wy­staje czu­bek ję­zyka. Twarz z błę­kit­nymi oczami oka­lają dłu­gie, zło­to­brą­zowe włosy, które opa­dają na uda Char­lotte i cu­dow­nie ją ła­sko­czą je­dwab­nym, de­li­kat­nym do­ty­kiem. Dziew­czyna unosi brwi, ale o nic nie pyta.

Char­lotte wska­zuje jej drzwi. Ni­ko­lina na­dal nie ro­zu­mie, co się stało, pod­czas gdy te­le­fon wciąż dzwoni.

Char­lotte nie może dłu­żej cze­kać. Po­py­cha dziew­czynę, wska­zuje jej drzwi i daje znak, żeby opu­ściła po­kój ma­sażu. Pierw­szy raz od­wie­dziła ten sa­lon przed ro­kiem. Szybko prze­ko­nała swoją ulu­bioną ma­sa­żystkę, że o praw­dzi­wym or­ga­zmie ma­rzą nie tylko fa­ceci. Oka­zało się, że za do­dat­kową opłatą dziew­czyna go­towa jest zro­bić tro­chę wię­cej. W końcu Ni­ko­lina się do­my­śla, dla­czego Char­lotte każe jej wyjść, i opusz­cza po­kój ze zwie­szo­nymi ra­mio­nami.

– Słu­cham? – mówi Char­lotte do słu­chawki.

– To ja – od­po­wiada Wal­lin.

Na dźwięk jego głosu kur­czy jej się żo­łą­dek. Char­lotte na­tych­miast pod­nosi się z le­żanki. Ta roz­mowa nie była za­pla­no­wana, bo gdyby ją uzgod­nili, na pewno by o niej pa­mię­tała. Czego on chce? Pró­buje so­bie sko­ja­rzyć, czy o czymś nie za­po­mniała, ale bez­sku­tecz­nie. W jej gło­wie na­tych­miast za­czy­nają się kłę­bić my­śli.

– Cześć – mówi i sama sły­szy swój pod­dań­czy ton. Za­wsze brzmi tak, jakby nie po­tra­fiła mó­wić ina­czej, cho­ciaż lo­gicz­nie rzecz uj­mu­jąc, to ona ma nad nim prze­wagę w tych roz­mo­wach. Co w nim jest, że pod wpły­wem jego głosu za­mie­nia się na­gle w nie­pewną sie­bie dziew­czynkę? – Prze­pra­szam, że tro­chę to trwało, ale by­łam czymś za­jęta.

– Chcę ci tylko po­wie­dzieć, że bę­dzie tak, jak so­bie ży­czy­łaś.

Wal­lin jak zwy­kle od razu prze­cho­dzi do rze­czy. Żad­nych czu­ło­ści, po­zdro­wień ani py­tań w ro­dzaju „Jak leci?”. Szkoda, bo ta­kim ję­zy­kiem roz­ma­wiają ze sobą do­brzy zna­jomi. Wi­docz­nie ni­gdy so­bie na to nie za­słu­żyła. W lu­strze dym­nym wi­szą­cym na ścia­nie wi­dzi swoje ciemne oczy. Siłę czer­pie ze zło­ści.

– Do­my­ślam się, że mó­wisz o Sek­cji M?

Wal­lin mru­czy coś w od­po­wie­dzi.

– Sek­cja M otrzyma jesz­cze jedno zle­ce­nie, ale bez względu na to, co po­wie mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści, bę­dzie to wa­sza ostat­nia mi­sja. Po­tem sek­cja zo­sta­nie roz­wią­zana i każde z was wróci do swo­ich nor­mal­nych obo­wiąz­ków. Czy wy­ra­zi­łem się ja­sno?

Char­lotte czuje przy­spie­szone bi­cie serca. Ostat­nie zle­ce­nie. Ostat­nia szansa, żeby za­bły­snąć. Wal­lin wy­daje z sie­bie dłu­gie wes­tchnie­nie.

– Wiele osób jest pod wra­że­niem wa­szej na­sta­wio­nej na wy­niki pracy śled­czej, dla­tego przy tym zle­ce­niu znowu sta­nie­cie się mo­bilną, sa­mo­dzielną ekipą śled­czą, a nie tylko kon­sul­tan­tami. Bę­dzie­cie też mo­gli dzia­łać na te­re­nie ca­łego kraju.

Char­lotte jesz­cze raz prze­gląda się w lu­strze. Te­raz, gdy wie, jak sprawy się mają, i gdy do niej do­tarło, co tak na­prawdę po­wie­dział jej oj­ciec, po­czuła, że wraca jej pew­ność sie­bie. Na jej twa­rzy po­ja­wia się sze­roki uśmiech. Całe szczę­ście, że jest w tym ma­łym po­koju sama. Już czuje smak nad­cho­dzą­cego zwy­cię­stwa nad Norą. Osta­tecz­nie to ona, Char­lotte, za­im­po­no­wała Wal­li­nowi.

– To do­brze – od­po­wiada, wy­po­wia­da­jąc te słowa chłod­nym, obo­jęt­nym to­nem. – Chcia­ła­bym mieć prawo do wy­bie­ra­nia zle­ceń z li­sty.

– Prze­cież wiesz, że… – za­czyna ostrze­gaw­czym to­nem Wal­lin, ale Char­lotte od razu mu prze­rywa. De­cy­duje się po­wie­dzieć to, co od dawna chciała z sie­bie wy­rzu­cić, do­póki nie opu­ści jej od­waga. Siłę, żeby to zro­bić, czer­pie z faktu, że przed chwilą do­stała to, na czym tak jej za­le­żało.

– Je­śli się nie zgo­dzisz, za­dzwo­nię do Nory i po­wiem, kto jest jej praw­dzi­wym oj­cem. Co ty na to?

Wal­lin wy­daje z sie­bie słaby, bo­le­sny jęk, który przy­pra­wia Char­lotte o strach i eks­cy­ta­cję.

– Zresztą zgoda, niech bę­dzie, jak chcesz – do­daje szybko, za­nim Wal­lin zdą­żył od­po­wie­dzieć. – Zdzwo­nimy się.

Roz­łą­cza się i na­gle do­znaje uczu­cia, jakby wło­żyła pa­lec do gniazdka i prze­szedł ją prąd. Ni­gdy wcze­śniej nie roz­ma­wiała z Wal­li­nem z ta­kim lek­ce­wa­że­niem.

A może bie­rze na sie­bie zbyt wiele obo­wiąz­ków? Co bę­dzie, je­śli Wal­lin się wku­rzy i wy­jawi ca­łemu światu, kim tak na­prawdę jest Char­lotte Vic­to­rin? Może po­su­nęła się za da­leko? Prze­łyka ślinę i czuje dła­wie­nie w gar­dle. Fak­tem jest, że zbyt długo za­cho­wy­wała się wo­bec niego w uni­żony spo­sób. Płasz­czyła się przed nim i szu­kała w jego oczach uzna­nia, ale on za każ­dym ra­zem ją od­rzu­cał. Być może po­winna zmie­nić ton, także w roz­mo­wach z nim. Niech inni za­czną ją w końcu trak­to­wać z sza­cun­kiem.

– Ni­ko­lina! – woła. Czeka nie­cier­pli­wie przez dwie se­kundy i znowu ją woła. Tym ra­zem drzwi się otwie­rają i dziew­czyna wraca.

Char­lotte mie­rzy wzro­kiem jej szczu­płą syl­we­tkę i ob­ci­sły, biały far­tuch. Wy­ob­raża so­bie młode, jędrne ciało, które się pod nim kryje. Po roz­mo­wie z Wal­li­nem po­trze­buje tylko jed­nego: chce do­koń­czyć to, co za­częły. Musi się po­zbyć złych my­śli i nie­po­koju, który po­ja­wił się pod­czas roz­mowy z Wal­li­nem.

– Mo­żesz się ro­ze­brać – mówi do dziew­czyny. – Tro­chę to po­trwa.

Ni­ko­lina uśmie­cha się krzywo i po­woli za­czyna roz­pi­nać swój biały far­tuch. Przez cały czas pa­trzy jej pro­sto w oczy.ROZ­DZIAŁ 4

Trzy go­dziny póź­niej Char­lotte wy­siada z tram­waju przy ulicy Älvs­borgs­ga­tan w dziel­nicy Ma­jorna. Wpraw­dzie w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach tego nie robi, ale tym ra­zem wy­sta­wia twarz na wio­senne słońce i za­ciąga się świe­żym, pach­ną­cym po­wie­trzem, które zwia­stuje na­dej­ście cie­plej­szych dni. Idący chod­ni­kiem mały chło­piec z ba­lo­nem sze­roko się do niej uśmie­cha. Od­wza­jem­nia jego uśmiech i ku swemu zdu­mie­niu po­zdra­wia jego mamę. Po krót­kim spa­ce­rze wcho­dzi do znaj­du­ją­cego się przy ulicy Ma­ria­ga­tan pubu The Red Lion i mówi do bar­mana:

– Po­pro­szę lampkę czer­wo­nego wina.

Prze­ciąga pal­cami po kon­tu­arze z ciem­nego drewna i do­daje:

– Ja­kiś moc­niej­szy ga­tu­nek. Będę sie­dzieć na ze­wnątrz.

Bar­man po­twier­dza przy­ję­cie za­mó­wie­nia i od­wraca się do kilku rzę­dów ciem­no­zie­lo­nych bu­te­lek, które stoją tuż za nim na pół­kach. Char­lotte kie­ruje się do szkla­nego ogródka i siada przy sto­ją­cym tro­chę z boku wol­nym sto­liku. Korci ją, żeby za­dzwo­nić, ale na ra­zie nie sięga po te­le­fon. Do­ko­nuje w my­ślach swego ro­dzaju prze­glądu każ­dego z człon­ków Sek­cji M.

Pe­tro­vić nie bę­dzie uszczę­śli­wiony, bo wo­lałby już ni­gdy nie sły­szeć o Sek­cji M, ale to bez zna­cze­nia – nie ma in­nego wyj­ścia. Na myśl o nim Char­lotte uśmie­cha się szy­der­czo. Oj­ciec i mąż. Kie­dyś był zdol­nym po­li­cjan­tem, ale na sku­tek kilku błęd­nych de­cy­zji wpa­ko­wał się w ta­kie ta­ra­paty, że mu­siał się zgo­dzić na pod­ję­cie pracy w Sek­cji M. Jest po uszy za­dłu­żony. Je­śli bę­dzie chciała, w każ­dej chwili go za­de­nun­cjuje. Pe­tro­vić wie, że je­żeli ją zmusi, ona wy­ko­rzy­sta prze­ciwko niemu jego naj­słab­szy punkt, któ­rym są jego dzieci. Bez chwili wa­ha­nia.

Alba Svens­son jest fo­ren­sy­kiem, w sek­cji zaj­muje się za­bez­pie­cza­niem śla­dów na miej­scu zbrodni. Na­leży do naj­lep­szych spe­cja­li­stek w tej dzie­dzi­nie. W eki­pie jest nie­zbędna. Do­póki do­staje te swoje ta­bletki i pro­chy, bez ga­da­nia wy­ko­nuje po­le­ce­nia. Z dru­giej strony taka współ­praca to ta­niec na li­nie, bo od pew­nego czasu Alba wy­gląda na wy­czer­paną. Poza tym cią­gle się dra­pie po tej swo­jej su­chej skó­rze. Char­lotte na­zywa ją w my­ślach Skó­rzaną Łu­ską. Jak długo może jej jesz­cze ufać? Prze­cież ist­nieje gra­nica tego, co ludzki mózg jest w sta­nie prze­ro­bić, za­nim znisz­czą go nar­ko­tyki. Na szczę­ście Alba nie za­nie­dbuje swo­ich obo­wiąz­ków i można na niej w pełni po­le­gać.

Si­mon Bauer to in­for­ma­tyk, który cierpi na za­awan­so­waną po­stać ze­społu Asper­gera. Po­winno go ucie­szyć, że koń­czy pracę w dość licz­nym ze­spole, w któ­rym jest za­trud­niony jako kon­sul­tant. Si­mon ma ce­chy, które od­po­wia­dają jej naj­bar­dziej: su­mien­nie wy­ko­nuje po­le­ce­nia i nie za­daje zbęd­nych py­tań. Fa­cet z za­awan­so­wa­nym au­ty­zmem to wy­ma­rzony pra­cow­nik. Char­lotte uśmie­cha się w my­ślach: tacy jak on za­wsze osią­gają do­bre wy­niki w pracy.

To, że Sek­cja M bę­dzie jed­nostką sa­mo­dzielną, upro­ści wiele spraw, cho­ciaż nie wszy­scy są tego świa­domi. Ale to bez zna­cze­nia.

Mu­szą so­bie ja­koś ra­dzić bez Carla Astona, który pra­co­wał w sek­cji jako le­karz me­dy­cyny są­do­wej. Co prawda jest wy­bit­nym spe­cja­li­stą, ale mu nie ufa. Zbyt wiele fak­tów wska­zuje na to, że nie do końca ak­cep­tuje me­tody śled­cze, któ­rymi po­słu­guje się sek­cja. Gdyby znowu do nich tra­fił, mógłby sta­no­wić praw­dziwy pro­blem, ale to ża­den kło­pot. Po­do­bno prze­bywa w Sy­rii, gdzie po­maga iden­ty­fi­ko­wać ofiary za­ma­chu bom­bo­wego. Je­śli o nią cho­dzi, może tam zo­stać do końca świata.

Zja­wia się bar­man z wi­nem. Minę ma taką, jakby za­mie­rzał wy­gło­sić po­ga­dankę na te­mat ga­tunku ser­wo­wa­nego al­ko­holu, ale Char­lotte uci­sza go krót­kim „Dzię­kuję, to wszystko” i po­daje kartę płat­ni­czą.

Bar­man idzie po pa­ra­gon, a Char­lotte bie­rze pierw­szy łyk wina. Po­tem wyj­muje z to­rebki je­den z te­le­fo­nów i włą­czyła w nim apli­ka­cję umoż­li­wia­jącą pro­wa­dze­nie pod­glądu.

Sek­cja M to osobna sprawa. Od te­raz bę­dzie mo­gła nią za­rzą­dzać we­dług wła­snego uzna­nia. Ina­czej jest z Norą. Na szczę­ście w jej przy­padku może łą­czyć ko­rzyść z przy­jem­no­ścią. Tak samo jest z wie­loma in­nymi spra­wami w ży­ciu.

Opiera się ple­cami o krze­sło, upija drugi łyk moc­nego czer­wo­nego wina i za po­śred­nic­twem wgra­nej apli­ka­cji uru­cha­mia ka­merkę za­in­sta­lo­waną w miesz­ka­niu Nory w Halm­sta­dzie.

– To nie było za­pla­no­wane – mówi Nora. – Mam na­dzieję, że zro­zu­miesz?

Char­lotte sku­pia całą uwagę na ekra­nie. Z kim ona roz­ma­wia?

– Nie, Ka­ta­rino, zdaję so­bie z tego sprawę.

Czyżby roz­ma­wiała z Wil­lius, sze­fową wy­działu za­bójstw w Halm­sta­dzie?

– I bar­dzo prze­pra­szam, że ro­bię to bez uprze­dze­nia i po tak krót­kim cza­sie, jaki z wami spę­dzi­łam. Praca z wa­szym ze­spo­łem spra­wiała mi praw­dziwą przy­jem­ność. Zwłasz­cza z tobą i Ulfem. Mu­szę jed­nak po­sta­wić ro­dzinę na pierw­szym miej­scu i za­jąć się mamą. Ona nie po­ra­dzi so­bie bez mo­jej po­mocy.

W po­koju za­pada ci­sza. Nora wsłu­chuje się w te­le­fon.

– Dzięki. Ow­szem, zdaję so­bie sprawę, że praca w ta­kim mie­ście jak Malmö to coś in­nego. Gor­szy kli­mat i tak da­lej, ale sama wiesz, że mam od­po­wied­nie do­świad­cze­nie.

Char­lotte czeka do końca roz­mowy. No pro­szę, a więc tak się sprawy mają? Wy­łą­cza apli­ka­cję i od­kłada te­le­fon. Ma­jorna o tej po­rze roku to ładne miej­sce, ale Malmö? Je­śli o nią cho­dzi, po­trafi się od­na­leźć wszę­dzie. Miej­sce to rzecz dru­go­rzędna, li­czy się głów­nie to, na czym jest skon­cen­tro­wana. Ale Malmö? Hm, czemu nie? Na li­ście, którą do­stała od Wal­lina, z pew­no­ścią znaj­dzie kilka na­zwisk z tego re­gionu.

Wy­pija resztę wina, prosi bar­mana o do­lewkę i szuka w te­le­fo­nie nu­meru Pe­tro­vi­cia. Jest co­raz bar­dziej pod­eks­cy­to­wana. Czuje się jak wąż, który ru­sza na po­lo­wa­nie. Wresz­cie coś się dzieje. Od ostat­niego śledz­twa upły­nęło zbyt wiele czasu. Nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy znowu za­sa­dzi się na upa­trzoną zdo­bycz. Tym ra­zem do­pil­nuje, żeby Nora Fel­ler już się nie pod­nio­sła.ROZ­DZIAŁ 5

So­phia Bern­hard jest już tak po­iry­to­wana, że bębni pal­cami po wy­ko­na­nym z ko­ści sło­nio­wej bla­cie biurka. Przed wej­ściem do jej po­koju przez cały czas krząta się sprzą­taczka z od­ku­rza­czem. Szum sil­nika jest tak ogłu­sza­jący, że bije w uszy. Ile ku­rzu może się znaj­do­wać na jed­nym me­trze kwa­dra­to­wym dy­wanu?

A może to szpieg? Myśl wy­dała jej się ab­sur­dalna, ale na wszelki wy­pa­dek po­sta­na­wia nie ry­zy­ko­wać.

– Ja­in­aba! – woła w kie­runku ko­biety, ale musi to zro­bić jesz­cze raz, bo sprzą­taczka jej nie sły­szy.

– Tak, pro­szę pani?

Ko­bieta wy­po­wiada te słowa uni­żo­nym to­nem i staje w progu. Ubrana jest w czarno-białe służ­bowe ubra­nie. Stoi ze wzro­kiem wbi­tym w pod­łogę, do­kład­nie tak, jak So­phia ją tego na­uczyła.

– Idź po­sprzą­tać kuch­nię. Po­trze­buję tro­chę spo­koju.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pani – od­po­wiada ko­bieta i znika w ko­ry­ta­rzu.

So­phia znowu sku­pia wzrok na ekra­nie mo­ni­tora. Od­po­wiada na e-ma­ila od am­ba­sa­dora Fi­li­pin, od­rzuca za­pro­sze­nie na galę w Sztok­hol­mie i od­pi­suje na pa­te­tyczny, pe­łen mi­ło­ści list od męża. Dzi­siaj wpły­nęły trzy wnio­ski o przy­ję­cie do szkoły. Każdy z nich po­wi­nien za­wie­rać zdję­cie kan­dy­data i list mo­ty­wa­cyjny. Li­stów nie czyta, tylko ogląda zdję­cia. Dwaj kan­dy­daci to ładni, wy­spor­to­wani chłopcy. Trzeci wy­gląda na lekko upo­śle­dzo­nego, i to w któ­rymś po­ko­le­niu. Na do­da­tek ma wielką, wy­sta­jącą szczękę. Na zdję­ciu stoi przed swoją marną le­pianką i sze­roko się uśmie­cha. W tle wi­dać od­wró­coną ty­łem kozę.

Nie, dzię­kuję, mówi w my­ślach So­phia. Wy­syła mu wia­do­mość z od­mową, a dwóm po­zo­sta­łym po­twier­dze­nie przy­ję­cia do szkoły. Na ko­niec zo­sta­wia so­bie list, który do­stała od pro­wa­dzo­nej przez kró­lową Syl­wię fun­da­cji World Chil­dhood Fo­un­da­tion. Wkrótce mają na­wią­zać cie­kawą współ­pracę, co ozna­cza, że bę­dzie mu­siała przy­go­to­wać na­le­ży­cie sfor­mu­ło­waną od­po­wiedź. Było nie było, cho­dzi o członka ro­dziny kró­lew­skiej. Za­miast jed­nak wy­słać od­po­wiedź, wy­biera w książce ad­re­so­wej nu­mer te­le­fonu Håkana Lin­drina ze Sto­wa­rzy­sze­nia Przed­się­bior­ców. Ka­rin, Lena i Ca­milla już do­stały od nich na­grodę, a ona cią­gle czeka, cho­ciaż bar­dzo jej na tym za­leży. Na szczę­ście już wie, dla­czego tak się działo. Po­wód był je­den: pie­nią­dze.

Wy­biera nu­mer, a gdy po trze­cim sy­gnale Lin­drin od­biera, So­phia in­for­muje go, jak dużą da­ro­wi­znę jej szkoła za­mie­rza prze­zna­czyć w tym roku na dzia­łal­ność sto­wa­rzy­sze­nia.

Jest pewna, że te­go­roczna na­groda trafi tylko do niej i do ni­kogo in­nego.ROZ­DZIAŁ 6

Sto­jący przy ulicy Strand­ga­tan mały, tyn­ko­wany i po­ma­lo­wany na biało dom z da­chem kry­tym czer­woną da­chówką po­ło­żony jest w na­prawdę cu­dow­nym miej­scu. Nie da się za­prze­czyć, że wszystko wy­gląda do­kład­nie tak, jak opo­wia­dała mama. Nora wy­siada z cię­ża­rówki, żeby roz­pro­sto­wać nogi, i jej wzrok od razu bie­gnie w stronę wody. Do mo­rza ma stąd ja­kieś sto kil­ka­dzie­siąt me­trów. Po­wierzch­nia wody jest gładka jak lu­stro. Na po­łu­dnie od tego miej­sca wznosi się most bie­gnący nad Sun­dem. Kon­struk­cja ma­ja­czy w mor­skiej mgle, która za­lega aż do Ko­pen­hagi. Na pół­nocy znaj­duje się ma­rina, a tro­chę da­lej wi­dać słynny dra­pacz chmur, Tur­ning Torso.

– Po­mo­żesz mi? – pyta córkę Mona Fel­ler. Otwiera drzwi sa­mo­chodu, ale jej wzrok bie­gnie w od­wrot­nym kie­runku, w stronę domu. Pra­wie go nie wi­dać za ga­łę­ziami bzu, które opa­dają na stary drew­niany płot. Ciotka naj­wi­docz­niej nie dbała o ogród albo nie była już w sta­nie się nim zaj­mo­wać, po­nie­waż w ostat­nich la­tach ży­cia była chora. Mię­dzy szta­chety wplą­tały się chwa­sty, jakby za­mie­rzały wziąć w po­sia­da­nie bie­gnący za nim chod­nik. Po­łowę bramy za­krywa ogromny kol­cza­sty krzew. Z tego, co Nora za­pa­mię­tała, na­zywa się ro­kit­nik. Traw­nik jest cały za­ro­śnięty, cho­ciaż wio­sna do­piero się za­częła.

– Mu­simy się za­jąć ogro­dem – mówi pani Fel­ler, pod­czas gdy Nora po­maga jej wy­siąść z cię­ża­rówki. – Krzaki za­sła­niają wi­dok. Wy­obra­żasz so­bie, ja­kie za­pa­chy roz­siewa ten ogród, gdy w maju i czerwcu kwitną bzy?

Po tym, jak wy­ła­do­wa­nym po brzegi wo­zem me­blo­wym, w który spa­ko­wały cały swój do­by­tek, przy­je­chały na miej­sce, obie do­znają tego sa­mego po­czu­cia nie­rze­czy­wi­sto­ści, tyle że każda na inny spo­sób. Mona Fel­ler nie może uwie­rzyć w swoje szczę­ście: odzie­dzi­czyła cał­ko­wi­cie spła­cony dom i od razu może się do niego wpro­wa­dzić. Na do­da­tek w okre­sie re­kon­wa­le­scen­cji bę­dzie w nim miesz­kać z uko­chaną córką. Z ko­lei Nora, która nie tak dawno roz­pa­ko­wy­wała swoje kar­tony po prze­pro­wadzce z Göte­borga do Halm­stadu, za­sta­na­wia się, co z nią jest nie tak: raz za ra­zem zmie­nia miej­sce za­miesz­ka­nia, a w wieku pra­wie trzy­dzie­stu lat po­sta­no­wiła za­miesz­kać z mamą.

To już trzy­dziestka! Świa­do­mość tego faktu spły­nęła na nią na­gle. Chyba ina­czej wy­obra­żała so­bie swoje ży­cie w tym wieku. Jed­nak na wi­dok uszczę­śli­wio­nej mamy nie może się po­wstrzy­mać od uśmie­chu.

Fakt, że jej mama miała udar i przez pe­wien czas le­żała w śpiączce, spra­wił, że śmierć stała się dla Nory czymś bar­dziej na­ma­cal­nym niż dla więk­szo­ści in­nych osób w mło­dym wieku. Trudno jej się po­go­dzić z my­ślą, że mamy kie­dyś za­brak­nie. Naj­gor­sze jest jed­nak to, że nie wia­domo, kiedy ten dzień przyj­dzie. I cho­ciaż praca w po­li­cji ją na­uczyła, że śmierć po­trafi za­brać ko­goś w pełni ży­cia, nie wy­obra­żała so­bie, że ta prawda bę­dzie mieć prze­ło­że­nie na mamę. Na szczę­ście jej re­ha­bi­li­ta­cja prze­biega pra­wi­dłowo.

Dom, który kie­dyś na­le­żał do ja­kie­goś ry­baka, przy­po­mina nie­oszli­fo­wany dia­ment. Nora za­ciąga się po­wie­trzem, które jest na­sy­cone jo­dem. Roz­gląda się po ulicy i po Gamla Lim­hamn. Wszę­dzie wi­dzi małe domy z po­ro­śnię­tymi ro­ślin­no­ścią ogro­dami. Tu­li­pany, nar­cyzy i kwiaty z ro­dziny szpa­ra­go­wa­tych two­rzą w nich ja­skrawą pa­letę barw. Na­biera głę­boko po­wie­trza i po­sta­na­wia sku­pić się na rze­czach po­zy­tyw­nych, które wiążą się z prze­pro­wadzką. Musi prze­stać my­śleć o pracy w Halm­sta­dzie i ko­le­gach, z któ­rymi pod­czas ostat­niego śledz­twa bar­dzo się po­lu­bili.

– Tylko po­myśl, mamo: wkrótce za­cznie się lato, a my bę­dziemy cho­dzić na plażę, żeby brać po­ranną ką­piel. Mo­rze do­cho­dzi pra­wie do sa­mego ogrodu. Pro­po­nuję, że­by­śmy się naj­pierw ro­zej­rzały po domu, a po­tem wnie­siemy kar­tony, do­brze?

– Cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam – od­po­wiada pani Fel­ler, ma­cha­jąc z ra­do­ścią pę­kiem klu­czy. Jej uśmiech przy­po­mina gry­mas, ale Nora udaje, że tego nie wi­dzi. Nie chce, żeby ten nie­przy­jemny fakt za­kłó­cił jej ra­dość chwili.

Gdy schy­lają się pod gę­stymi krze­wami i wcho­dzą do ogrodu, dzwoni te­le­fon. Nora pusz­cza przo­dem mamę, która idzie do drzwi wej­ścio­wych po nie­rów­nej ka­mien­nej alejce, a ona od­biera po­łą­cze­nie.

– Fel­ler, słu­cham.

– Czy roz­ma­wiam z Norą Fel­ler?

Głos w te­le­fo­nie jest mroczny i for­malny. Męż­czy­zna mówi z po­łu­dnio­wym dia­lek­tem. Jego głos wy­daje się No­rze zna­jomy.

– Tak, to ja.

– Mówi Leon Pauls­son.

Jej nowy szef. Nora pro­stuje się, jakby Pauls­son wi­dział ją przez te­le­fon.

– O, dzień do­bry. Wła­śnie przy­je­cha­ły­śmy z mamą do Malmö i urzą­dzamy się w na­szym no­wym domu.

– Cie­szę się. Wi­tam w mie­ście. My­ślę, że bar­dzo nam się przy­dasz w wy­dziale za­bójstw. Mó­wię tak, opie­ra­jąc się na po­chwa­łach na twój te­mat, które usły­sza­łem od two­jej prze­ło­żo­nej w Halm­sta­dzie. Po­win­naś wie­dzieć, że bar­dzo cię tam do­ce­niali.

Nora dra­pie się za­wsty­dzona po szyi. W cza­sie pro­cesu re­kru­ta­cyj­nego ani razu nie wspo­mniano o jej pracy w Sek­cji M. Zdzi­wiło ją to, bo do­brze wie, że Char­lotte nie­raz ob­rzu­cała ją bło­tem. Cie­kawe, czy jej kłam­stwa do­tarły też do Malmö i co wie Pauls­son albo co mu się wy­daje, że wie. Za­sta­na­wia się, co ma da­lej mó­wić.

– Dzię­kuję. Nie mogę się do­cze­kać po­nie­działku.

– Świet­nie. W ta­kim ra­zie nie będę dłu­żej prze­szka­dzał w urzą­dza­niu się w no­wym miej­scu. Pew­nie ma­cie tam ty­powy dla prze­pro­wa­dzek ba­ła­gan, ale za bar­dzo się nie prze­cią­żaj. Spo­tkamy się w po­nie­dzia­łek o wpół do ósmej w na­szej ko­men­dzie przy ulicy Po­rslins­ga­tan. Od­biorę cię przy re­cep­cji.

– Dzię­kuję. Niech tak bę­dzie.

Nie­stety jej nowy szef już nie usły­szał tych słów, bo chwilę wcze­śniej się roz­łą­czył.

– Noro, czy mo­gła­byś mi po­móc?! – woła pani Fel­ler. – Nie mogę otwo­rzyć drzwi.

Wło­żyła klucz do zamka i pró­bo­wała go prze­krę­cić, ale cho­ciaż cią­gnie za klamkę dwiema rę­kami, ja­sno­nie­bie­skie drzwi nie ustę­pują na­wet na mi­li­metr.

Drzwi, któ­rych nie można otwo­rzyć, to bar­dzo kon­kretny, ziem­ski pro­blem. Na szczę­ście je­den z tych, z któ­rymi można so­bie po­ra­dzić. Aku­rat w dniu ta­kim jak ten. Nora ma­cha w od­po­wie­dzi ręką i ru­sza ma­mie z po­mocą.ROZ­DZIAŁ 7

Char­lotte stoi z kar­to­no­wym pu­dłem prze­wią­za­nym sznur­kiem i wy­peł­nio­nym róż­nymi dro­bia­zgami i pa­trzy przez okno swo­jego po­koju w sie­dzi­bie po­li­cji w Göte­borgu. Mię­dzy bu­dyn­kiem ko­mendy a halą wi­do­wi­skowo-spor­tową Ul­levi bie­gnie ulica Skåne­ga­tan. Char­lotte przy­gląda się na­sa­dze­niom na bul­wa­rze, które po­woli za­czy­nają się zie­le­nić. Może na­zwa ulicy była za­po­wie­dzią tego, że Sek­cja M po­je­dzie do Ska­nii?

Na­zwa placu – Ernst Fon­tells Plats – też pa­suje do tego miej­sca. W ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym trze­cim roku Fon­tell zo­stał mia­no­wany ko­men­dan­tem po­li­cji w Göte­borgu. To on wy­my­ślił me­todę zdej­mo­wa­nia od­ci­sków pal­ców, która szybko się roz­po­wszech­niła na ca­łym świe­cie, a w Szwe­cji wpro­wa­dził do użytku po­li­cyjne ra­dio­wozy. Można po­wie­dzieć, że uko­ro­no­wa­niem jego idei stała się mo­bilna jed­nostka po­li­cji znana jako Sek­cja M. Wszystko, czego po­trze­bują, żeby zna­leźć sprawcę zbrodni, mają do dys­po­zy­cji w swoim au­to­bu­sie. Li­czy się skład per­so­na­lny ich ekipy. Jest pewna, że bez niej Sek­cja M na­wet by się nie zbli­żyła do wy­niku, jaki osią­gnęła, a klu­czem do suk­ce­sów jest ona: Char­lotte Vic­to­rin.

Zwy­kle bywa tak, że to męż­czy­zna pod­suwa do­bry po­mysł, a do per­fek­cji do­pro­wa­dza go ko­bieta. Może w przy­szło­ści ktoś na­zwie taki au­to­bus jej imie­niem i na­zwi­skiem? Bar­dzo w to wątpi.

Męż­czyźni. Za­wsze i wszę­dzie oni. Jedna po­łowa ma kwa­li­fi­ka­cje, druga jest za coś chwa­lona.

Na­gle jej te­le­fon dzwoni w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób. Sy­gnał jest za­po­wie­dzią, że chce się z nią skon­tak­to­wać kon­kretna osoba. Jed­nak Char­lotte jest już tak wście­kła z po­wodu pa­nu­ją­cej na świe­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści, że nie ma ochoty ode­brać. Siada w fo­telu za biur­kiem i z we­wnętrz­nej kie­szeni gra­na­to­wej ma­ry­narki wyj­muje li­stę z na­zwi­skami. Kie­dyś do­sta­wała tylko teczkę z ak­tami osoby, która miała być obiek­tem ko­lej­nego zle­ce­nia, ale w końcu udało jej się wy­ne­go­cjo­wać sil­niej­szą po­zy­cję. Od dawna wie­działa, że się do tego na­daje, dla­tego tym ra­zem to ona wy­bie­rze ofiarę i ko­zła ofiar­nego.

Wspól­nym mia­now­ni­kiem lu­dzi z li­sty jest to, że zro­bili coś złego, ale unik­nęli spra­wie­dli­wo­ści i dla­tego jak naj­bar­dziej za­słu­gują na wszystko, co po­sta­no­wiła z nimi zro­bić. Do­słow­nie. Czuje ła­sko­ta­nie w kro­czu i w brzu­chu – jak zwy­kle, gdy szy­kuje się nowe za­da­nie.

Już wkrótce ży­cie nie­któ­rych z tych osób do­bie­gnie końca. Wy­star­czy, że wy­bie­rze z li­sty dwa na­zwi­ska, za­pla­nuje wszystko z Pe­tro­vi­ciem i wy­ja­śni po­zo­sta­łym człon­kom sek­cji, co mają ro­bić. Ra­zem wy­ko­nują ważną pracę: na swój szcze­gólny spo­sób czysz­czą świat, usu­wa­jąc z niego prze­stęp­ców, któ­rzy wy­mi­gali się od kary.

Au­to­bus jest go­towy do wy­jazdu, wkrótce wy­ru­szą do Malmö. Bez względu na to, co kto my­śli o Ern­ście Fon­tellu, zmiana oto­cze­nia do­brze im zrobi i bę­dzie dla nich czymś od­świe­ża­ją­cym. Kiedy ja­kiś czas temu Sek­cja M stra­ciła sta­tus jed­nostki ope­ra­cyj­nej i za­mie­niła się w grupę kon­sul­tan­tów, uzie­miono ich przy biur­kach ko­mendy w Göte­borgu. A prze­cież ich sku­tecz­ność nie wy­nika z tego, że sie­dzą w bu­dynku, tylko że są mo­bilni i nie­za­leżni.

Za­zna­cza na li­ście dwa na­zwi­ska, od któ­rych za­czną. To wła­ściwy wy­bór.

Prze­ciąga się i czuje, że jest co­raz bar­dziej pod­eks­cy­to­wana. Wpraw­dzie na po­czątku każ­dego zle­ce­nia za­wsze jest dużo pla­no­wa­nia, ale wła­śnie ta faza spra­wia jej wiele przy­jem­no­ści, cho­ciaż cza­sem musi zre­zy­gno­wać z nie­któ­rych swo­ich… hm… bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych po­my­słów. Cała ich ekipa jest jak do­brze na­oli­wiona ma­szyna, która już wcze­śniej wy­ko­ny­wała po­do­bne czyn­no­ści. Cho­dzi głów­nie o to, żeby we wła­ściwy spo­sób roz­dzie­lić obo­wiązki, bio­rąc pod uwagę to, w czym kto jest naj­lep­szy.

Do­cho­dzi do wnio­sku, że to wła­śnie ta­kie me­tody od­róż­niają do­brego prze­ło­żo­nego od złego. Przez pe­wien czas za­sta­na­wia się nad na­zwi­skami, które wy­brała. Nie­któ­rzy lu­dzie za­słu­gują na zwy­kłą karę, nie­któ­rzy na śmierć. Na tym to po­lega. Ci, któ­rych wy­brała, na­leżą do tej dru­giej ka­te­go­rii. Krzywi się z obrzy­dze­niem. Te­le­fon znowu dzwoni. Dwa sy­gnały, prze­rwa, dwa sy­gnały. W końcu po­sta­na­wia ode­brać.

– Tak? – rzuca do te­le­fonu, prze­glą­da­jąc się w wy­ga­szo­nym ekra­nie mo­ni­tora. Ma na­dzieję, że Wal­lin za­po­mniał, ja­kim to­nem roz­ma­wiała z nim ostat­nio, i nie uka­rze jej za to.

– Mia­łaś do mnie wczo­raj za­dzwo­nić.

– Prze­pra­szam, ale wiele się ostat­nio działo – od­po­wiada Char­lotte, prze­śli­zgu­jąc się wzro­kiem po li­ście z na­zwi­skami. Może po­winna prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment po­le­ga­jący na spraw­dze­niu, ile czasu czło­wiek może spę­dzić na ko­la­nach w opa­rach kwasu flu­oro­wo­do­ro­wego?

– Na­prawdę? – pyta chłod­nym to­nem Wal­lin. – Wy­daje ci się, że tylko ty masz na gło­wie tyle spraw?

Wal­lin żach­nął się i chciał kon­ty­nu­ować wy­po­wiedź, ale Char­lotte go uprze­dziła:

– Do­sta­łam li­stę z na­zwi­skami i ob­my­śli­łam stra­te­gię dzia­ła­nia, dzięki czemu nic wię­cej nie mu­sisz ro­bić. Uzgod­ni­li­śmy, że te­raz to ja po­cią­gam za sznurki, prawda?

Wal­lin zgrzyta zę­bami.

– No pro­szę. Już wy­bra­łaś ko­lejne zle­ce­nie? I co, wszystko ja­sne? – pyta.

Char­lotte nie od­po­wiada, bo my­ślami jest gdzie in­dziej. Za­sta­na­wia się, czy or­gazm może być bar­dziej in­ten­sywny, je­śli w trak­cie sto­sunku ktoś umiera. Je­śli wie­rzyć dur­niom, któ­rzy sto­sują as­fik­sję au­to­ero­tyczną, do­zna­nia, ja­kich do­świad­czają, gdy pod­czas szczy­to­wa­nia do­cho­dzi do od­cię­cia do­pływu tlenu, są wprost cu­do­wne. Może po­winna spraw­dzić, jak to działa? Na przy­kład za­ło­żyć ofie­rze torbę na głowę i wy­mu­sić or­gazm?

A ką­piel w kwa­sie? Po­wolne du­sze­nie? Ob­dar­cie ze skóry ca­łego ciała albo sa­mych stóp, żeby po­tem zmu­sić ofiarę do dwu­ki­lo­me­tro­wej prze­bieżki po wy­sy­pa­nej żwi­rem dro­dze? W nie­któ­rych przy­pad­kach ta­kie me­tody do­pro­wa­dzą ofiarę do śmierci, w in­nych będą sta­no­wić w pełni za­słu­żoną karę. I to wła­śnie ona, Char­lotte Vic­to­rin, ma do­ko­nać tego wy­boru, za­de­cy­do­wać o czy­jejś śmierci. Wła­dza szumi jej w gło­wie jak naj­lep­szy ga­tu­nek wina.

– Tak – od­po­wiada po chwili, kła­dąc pa­lec na wy­bra­nym na­zwi­sku. – Wszystko jest w pełni ja­sne.

Wal­lin nie musi wie­dzieć wię­cej, a jej nie po­doba się ton jego głosu. Za­słu­guje na to, żeby trak­to­wał ją le­piej.

– To do­brze. Niech tak bę­dzie.

Wal­lin roz­łą­cza się, a ona czuje, jak ogar­nia ją fala cie­pła.

Wie, że wy­grała.

Oczami wy­ob­raźni wi­dzi wszyst­kie moż­li­wo­ści, które stwa­rza jej przy­szłość. Kwitną jak kwiat nie­zwy­kłej urody.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: