Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Sprawiedliwi - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
Wrzesień 2019
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, PDF
Format PDF
czytaj
na laptopie
czytaj
na tablecie
Format e-booków, który możesz odczytywać na tablecie oraz laptopie. Pliki PDF są odczytywane również przez czytniki i smartfony, jednakze względu na komfort czytania i brak możliwości skalowania czcionki, czytanie plików PDF na tych urządzeniach może być męczące dla oczu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(3w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na laptopie
Pliki PDF zabezpieczone watermarkiem możesz odczytać na dowolnym laptopie po zainstalowaniu czytnika dokumentów PDF. Najpowszechniejszym programem, który umożliwi odczytanie pliku PDF na laptopie, jest Adobe Reader. W zależności od potrzeb, możesz zainstalować również inny program - e-booki PDF pod względem sposobu odczytywania nie różnią niczym od powszechnie stosowanych dokumentów PDF, które odczytujemy każdego dnia.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Sprawiedliwi - ebook

To książka podwójnie potrzebna: mówi słowami prostymi, czasem  nawet językiem dzieci - lecz czujemy, że te słowa nieporadne dotykają spraw najważniejszych, mówią o heroizmie jakiego wymaga bycie człowiekiem. Bohaterom książki wciąż grozi powrót do zwierzęcości, łatwiejszy niż się wydaje, aprobowany przez większość ludzkiego stada. Ich rozterki i późniejsze decyzje dorzucają  ważne argumenty do dyskusji o ludzkiej wolności, o wartościach ludzkiego życia ważniejszych niż samo życie. Opowieści Ścibor Marchockiej są porażające a jednocześnie optymistyczne,  pokazują, że dobro było możliwe, choć cena była czasem straszna. Presja pchających w stronę zbrodni i zła osób najbliższych - sąsiadów, członków rodziny - nie była łatwa do przezwyciężenia. Pokazuje to przejmująco opowieść zatytułowana prosto: Rozalka  - Kolonia Szeroka  1943) - a po niej prawie wszystkie następne. (…)

Jedno z najbardziej przejmujących opowiadań chwilami razi dosłownością, chwilami wywołuje podziw dla, już nie talentu, dla odwagi autorki, która bez półtonów maluje ociekający krwią portret zła ( Antoni - Ostrówki 1943). (…) Znaczenia symbolu nabiera scena kończąca opowieść Staszek - Kupowalce 1943. Do rangi tragicznego bohatera wyrasta wiejski Iwan, któremu nie udało się ocalić człowieka, nie mógł też, rzecz jasna znaleźć księdza - chowa zmarłego pod sosną i na korze wycina krzyż.

Ścibor Marchocka wciąż szuka 10 sprawiedliwych; mimowolnie odtwarza biblijny dramat o Sodomie, w której aniołowie szukają najpierw pięćdziesięciu a potem chociaż dziesięciu - by ocalić miasto. (Ks. Rodz. r.18). Ostatecznie ratują tylko Lota z rodziną, jego żona zostaje ukarana, za grzech niewielki jakim jest kobieca ciekawość. Autorka znajduje swoich i naszych Dziesięciu, pamiętając o wołyńskim ludobójstwie - warto by ocalić ich w naszej pamięci.

Odautorska część zatytułowana „Droga do prawdy”. jest ważnym dopełnieniem opowieści. Opowiada o trudnościach w zbieraniu materiałów do książki, o niechęci historyków, do których się autorka zwracała i o pomocy duchownych, także ukraińskich. Większość oficjalnych historyków III RP (bądźmy dokładni: odziedziczonych po PRL, uczelnie nie przeprowadziły lustracji) unika tematu nie wiedząc, czy jest politycznie poprawny. Tym bardziej należą się słowa podziękowania takim ludziom jak  Krzysztof Szwagrzyk, Leon Popek czy Krzysztof Gilewicz. (…)

Bohdan Urbankowski

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-935029-3-6
Rozmiar pliku: 16 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ziemia. Czarna. Pachnąca wiosną. Błyszcząca pod lemieszem. Ziemia. Ziemia żyzna, urodzajna. Dająca chleb. Nigdy jej nie miał tyle, nigdy jej nie miał dość. Był tylko szóstym synem ubogiego chłopa. Mógł się nająć na parobka, mógł szukać służby we dworze, albo iść na poniewierkę do miasta. Ziemia mogła być tylko niespełnionym marzeniem. Snem. Pragnieniem. Ale przyszła wojna i przyszli Ruscy i dali mu ziemię. Tak, to prawda: rozkułaczyli Łazowskich. Ale czy Łazowscy nie byli syci ziemi? Czemu było im mało? Dwadzieścia osiem hektarów! Boże!

on nawet jednej morgi nie miał, a im dwadzieścia osiem hektarów? Za co? Czy kochali tą ziemię bardziej niż on? Czy bardziej jej pragnęli? Czy jego dzieci, bose i nieraz głodne na przednówku były gorsze od dzieci Łazowskich w wysokich glansowanych butach,

w dwurzędowych marynarkach, w pięknej bryczce? Wreszcie: przecież nie zabrali Łazowskim całej ziemi, tylko trochę kazali

im się posunąć, oddać cokolwiek, zrobić miejsce jemu, jemu właśnie. I kilku, jak on, biedakom. Jak on się tą ziemią cieszył, jak ją kochał! I szedł do tej ciężkiej, znojnej, codziennej pracy na roli tak, jakby szedł na bal, na zabawę w remizie, na własne wesele.

I śpiewał tej ziemi. I modlił się do niej. I był szczęśliwy. Szczęśliwy. Naprawdę. Chyba pierwszy raz w życiu aż tak. Ale

w 1941 przyszli Niemcy. I Łazowski jeździł tam do nich, coś załatwiał. I kazali mu oddać ziemię. Jego ziemię Łazowskim. Mogli mu zabrać wszystko: żonę, dzieci, konie, krowę, ale nie ziemię. Nie ziemię. Nie chciał ustąpić. Wiosną wyszedł z orką, ale wtedy ten szczeniak Heniek Łazowski (rosłe to było, bezczelne, pyskate) przylazł na pole z parobkiem

- Dokąd ty będziesz siedział na naszej ziemi - krzyczał, wyrwał Pawlukowi lejce, batem przejechał, wygonił jak psa. Od tego dnia Jurko Pawluk znienawidził wszystkich Łazowskich. Wszystkich.

A szczególnie Heńka. Modlił się już tylko o jedno: by ich jakaś zaraza wydusiła, by sczeźli, by... I obiecywał im i śmierć i karę Bożą, za tą swoją krzywdę, za ten ból, za upokorzenie... Dwaj starsi chłopcy poszli do konspiracji, do kurenia, w domu został tylko najmłodszy Józko i Zosia. To nic, że nie miałby kim tej ziemi obrobić. To nic. Sam by zaharował się na śmierć – byleby była.

A tak – sczerniał z nienawiści. Zgarbił się. Zmalał.

A był to czas, gdy z kurenia dochodziły pogłosy, że oto trzeba wyplewić kąkol. Kąkol polski z ziemi ukraińskiej. Że trzeba oczyścić ziemię, trzeba ją oddać Ukraińcom. Więc cóż dziwnego, że czekał tego dnia, jak zbawienia? Że liczył niemal godziny, niecierpliwy, kiedy, kiedy to nastąpi? Kiedy będzie mógł wreszcie znów orać, siać, znów...

I przyszedł ten dzień. Było upalne popołudnie szesnastego lipca. Pawluk zobaczył, że od strony lasu idzie tyraliera. Tyraliera ukraińska. Podbiegł do chłopców i wskazał pracujących w polu Łazowskich:

- Ich treba… wony zabraly wmene zemlu… ich… (Ich trzeba… ziemię mi zabrali… ich…)

…i chłopcy poszli...

Upał. Jola schowała się do piwnicy. Musi zrobić do jutra sweter dla Uli, bo już czeka ten dla Konopków, na zarobek. W taki gorąc ciężko machać drutami. Co chwila podnosi wzrok znad roboty, patrzy przez okienko, bo to na podwórku bawią się maluchy Krysia i Ula Joline siostry i dwie dziewczynki tej pani, co to uciekła przed rzezią i teraz u nich mieszka – Kazia i Janeczka. Więc niby tam

i Alinka i Antek, niby oni rozsądniejsi, ale przecież to dzieci. Wiadomo, co im do głów strzeli? A słońce dziś takie, że i porazić udarem może. O! choćby teraz Antek biegnie i coś krzyczy...

Co on krzyczy?...

- Luuuusiaaaa!... - dyszy - Lusia zobacz!

Jola patrzy za brata ręką machającą gdzieś w tył... na podwórzu stoi... jakiś obcy... marynarka podwiązana paskiem... lornetka

na szyi.... siwe włosy. Spocony. Stąd widać jak pot płynie

po twarzy. Rozmawia z dziadkami... może chce pić... pewnie...

i nagle: strzał! Dziadek osuwa się. Drugi. Babcia.... Boże babcia!

Jola zamiera z przerażenia. Widzi kolejnych mężczyzn wchodzą

na podwórze!!!!!! zrywa się i ucieka. Schody. Drzwi kuchenne. Warzywnik. Przez płot. Druty upadają. Potyka się o włóczkę. Wyplątuje się. Biegnie. Biegnie jak oszalała. Droga. Pole. Żyto. Żyto. W życie trupy! Inni jak ona – uciekają. Ktoś strzela. Biegnie. Jeeeeeeeeezuuuuu raaaaaaaatuuuuuj!!!!!! I nagle: uderzenie. Drugie. Ciemność.

Tak: życzył tym ludziom śmierci. Tak: modlił się o nią. Przeklinał ich co rano, co wieczór, co noc. Tak: nienawidził ich całym sercem. Tak: to wszystko prawda. Boże! Boże! Ale teraz, teraz, gdy miał

w uszach ich przedśmiertny krzyk, gdy widział krew, gdy widział ich męczeństwo, oddałby wszystko, wszystko, wszystko byleby TO się nie stało, byleby wrócić czas, byleby ich ocalić. Kąkol? Kąkol nie krwawi. Nie krzyczy. Nie wzywa Boga na pomoc. Widział rozdarte dzieci. Widział porąbanych siekierami. Widział zakłutych, zamordowanych kulami rozrywającymi, zatłuczonych obuchami. Widział. I nie mógł przestać widzieć. Zaciskał oczy, wciskał w nie pięści – na nic, na nic, na nic. I czuł jak ta krew na nim ciąży.

Jak go przygniata. I nie mógł z męki oddychać. I nie mógł się podnieść. Boooożeeeee!!!! Booooożeeeee!!!!! Booooożeeeee!!!!! Jurko zrozumiał, że nie ma dla niego odkupienia. Że będzie

w piekle. Już jest. Zawsze będzie. I wił się przed ikoną Świętej

Przeczystej. I bił głową o podłogę. I wył. Wył. Wył. Wył. Hooooooooooospoooooooodyyyyyyyyy poooomyyyyyłuuuuuuj

- Panie Pawluk niech mnie pan ratuje! ukryje! błagam!!! – usłyszał za plecami. Zerwał się jak oparzony…

Gorąco. Heniek Tolwaj grabi koniczynę. Tu pod lasem nie ma przewiewu. Niby powinno być chłodniej, bo drzewa, ale gdzie tam! Praży niemiłosiernie. Pot ścieka po plecach, lepi się do koszuli. Byle jeszcze ten kawałek. W domu chłód. W domu mleko zsiadłe. Zimne. Z piwnicy. Takie co się da kroić nożem. Szczypiące w język. Jeszcze chwila. Jeszcze kilka razy grabiami machnie. Ciekawe, czy Bronka ugotowała ziemniaki? Kraszone. Słoninką. Ach i to mleko zsiadłe do nich. I koperek. Bo głodny jest nieprzeciętnie.

Uf! Wreszcie. Wreszcie koniec! Wziął grabie na plecy. Idzie. Pogwizduje. Ugotowała te ziemniaki, czy nie? Ślinka leci na samo wspomnienie... Strzał? Drugi! Trzeci! Heniek pada na ziemię. Czwarty! Od strony domu! Piąty! Cisza. Jeeezuuuu! z domu wychodzą banderowcy. O! i tam są! idą czarną tyralierą! Tam gdzieś po drugiej stronie Tadzik pasie krowy... Ale na drodze pełno Ukraińców. Co robić? Co robić? Jeeeezuuu! Ojciec! Ojciec biegnie! Jeeeezuuuu! Szósty! Szósty strzał! Ojciec pada! Heniek zrywa się przerażony i ucieka. Już nie myśli o Tadku. Już nie myśli. Leci jak szalony. Nigdy w życiu tak nie pędził. Droga. Łąka. Wszystko miga tylko w oczach. Szybciej. Szybciej. Oddech świszcze. Za chwilę padnie. Nie da rady. Ale to już Nowe Gniezno. Wpada na podwórze Pawluka. Pusto. Wpada do domu. Pawluk bije pokłony przed ikoną

- Hoooospoooodyyyy poooomyyyyłuuuuj! – krzyczy, więc Heniek dopada go i błaga:

- Panie Pawluk niech mnie pan ratuje! ukryje!

Pawluk zrywa się z klęczek. Patrzy na Heńka, jakby go widział pierwszy raz w życiu. To trwa sekundy. Podbiega do skrzyni. Otwiera. Wyjmuje koszulę haftowaną, ukraińską, szura nią po piecu. Po co? A! brudzi!

- Szwydko (Szybko) – rozkazuje.

Heniek zdejmuje swoją spoconą. Rozumie: w tej haftowanej ma szansę. Serce bije jak szalone. Dyszy ciężko, ale siada na ławie. Pawluk rzuca jego polską koszulę w ogień. Stawia przed nim miskę

- Jż. Ty powernuwsja z polia. Ty mij syn Jurko. Jedz. (Wróciłeś z pola. Jesteś mój syn Jurko.)

– Dobrze, panie Pawluk.

- Batku! Pamjataj: batku! (Ojcze! Pamiętaj: ojcze!)

Żar taki, że na słońcu nie da się wytrzymać. Ala stoi oparta o ścianę. Je wiśnie. Przy niej czwórka maluchów. Ani ich zostawić, ani z nimi się bawić. Paplają się w piasku. Nudno. Więc z nudów pluje pestkami na odległość. O! rekord! Eeeetam! Przeciąga się. Żeby choć w skakankę, albo w klasy. Żeby choć coś się działo. A tu nic... A jednak. Jakiś obcy pan przyszedł. Rozmawia z dziadkami.

- Luuuusiaaaa! Lusia zobacz - do piwnicy podbiega Antek i drze się do Joli. Ala macha ręką, ucisza go, bo nic nie słychać o czym dziadkowie z tym panem gadają... To jakiś obcy. Siwy. Ma lornet... Strzela! JEZU! Strzela do babci! Dzieci rozbryzgują się na wszystkie strony niczym stado wróbli. Ala łapie za rękę najmłodszą Krysię. Ogrodem, do drogi. Tuż przy płocie zatrzymuje się. Pochyla nad siostrą, jakby jej coś przy sukience poprawiała

- Ty się nic nie bój Krysia. Tylko mnie słuchaj. Spokojnie idziemy. Tylko nic nie mów. Pamiętaj: coś powiesz, to nas zabiją – gładzi małą po wystraszonej buźce - pamiętaj: ani słowa. Choćby nie wiem co.

Bierze Krysię za rączkę i tak spokojnie jak tylko potrafi powolnym krokiem wychodzi na drogę. Idą. Serce kołacze. Nogi drżą. Ale idą. Zatrzymują się przy jakimś polnym kwiatku. Wąchają. Zrywają.

A wokół już pełno czarno ubranych żołnierzy. Mają karabiny. Siekiery. Są straszni.

- Tylko spokojnie i ani słowa – szepcze do ucha siostrze

- Stij! (Stój!)

- Ne byjte nas! my Ukrainki z Boroczyc! (Nie bijcie nas! my Ukrainki

z Boroczyc!)

- A szczo robysz w polskomu seli? (Co robisz w polskiej wsi?)

- Ja pryszła wczytysja wjazaty swetry… (Przyszłam uczyć się robić swetry na drutach…)

Mężczyzna przygląda im się. Od tego wzroku Ali robi się mdło.

A on pochyla się nad Krysią, gładzi ją po główce i pyta

- Jak ma na imię twój tatuś kochanie? – pyta PO POLSKU!

Święty Tadeuszu od spraw beznadziejnych miej nas w opiece!!!!

Ale Krysia milczy. Główka spuszczona. Jakby się wstydziła.

- No, nie wstydź się. Powiedz: jak tatuś ma na imię?

- Wona boitsja czużuch. Szcze rozpłaczetsja meni i szczo ja tody robytymu? Ona się boi obcych. Jeszcze mi się rozpłacze i co ja zrobię?

– Ta dobre wże. Szwydko powertajtesja dodomu. Ne plutajtesa tut. (No dobrze już. Wracajcie szybko do domu. Nie plączcie się tutaj.)

Więc Ala odchodzi. Całą siłą woli odchodzi powoli jak-gdyby-nigdy-nic. Serce kołacze. W ustach sucho. Nogi rwą się do biegu. Za nimi strzały. Za nimi krzyki. Straszne krzyki. Za nimi tupot gonitwy. Powoli. Nie wolno biec. Wtedy nie uwierzą. Zabiją. Idą. Za zakrętem Ala wciąga szybko siostrę w łan żyta. Chowają się. Teraz już biegną. Póki małej starczy sił. Chowają się pod wyległym zbożem. Przytulone. Drżące. A dookoła coraz straszniej. Mimo,

że to jasny dzień, niebo pociemniało. Dym czarny gęsty snuje się przy ziemi. Gryzie. Na niebie łuny. Wielkie straszne łuny. Straszliwe krzyki. Ryk bydła. Kwik koni. Wycie psów.

- Ala... głodna jestem

- Ja też...

- Ala... nie wytrzymam

- Wyyytrzyyymasz. Coś wymyślę.

I wymyśliła: łuskanie kłosów. Gorzej było z piciem. Ale jak ssały trawę, łodygi... No i rosa. A nad ranem spadł deszcz. Prawdziwa ulewa z piorunami. Krysia popłakuje. Jeszcze ktoś usłyszy! Sama Ala jest bliska płaczu. Czuje się bardzo samotna i bardzo zagubiona. Czuje, że tak naprawdę i ona jest małą dziewczynką, niewiele starszą od maleńkiej Krysi. Żeby choć był tu Antek albo Jola. W końcu mała usnęła. Ala drzemie. Boi się zasnąć. Wie,

że w każdej chwili ktoś może je znaleźć. Wie, że tu, w zbożu nie uda jej się już oszukać banderowców. W końcu zasypia twardym, mocnym snem. Śni jej się dom. Śnią jej się wiśnie. Babcia. Babcia. Jezu! Budzi się nagle. Budzi ją Krzysia ściskająca mocno, mocno jej rękę. Budzi ją szelest zboża. Ktoś idzie.

- Kasia! Marysia! Wychodźcie! już można!

i szelest z prawej. Strzał. Jęk. Cisza.

- Sterwo. Wony dumały, szczo schowajtusja! (Ścierwa. Myśleli, że się schowają!) – głos blisko. Bardzo blisko. Jezu! Ratuj! Już będę grzeczna! Ratuj! Ktoś przechodzi tuż koło ich kryjówki. Szelest oddala się. Cichnie. Krysia wciąż trzyma ją kurczowo. Ala płacze. Strasznie płacze.

Pierwszy konny przyjechał, gdy jeszcze słychać było strzały.

- Ty sam? Lachiw nema? (Sam jesteś? Polaków nie ma?)

- Sam z synom. Druhij i diwczyna pasut korowy bile riczky. A jakby meni jakyjs Liach trapyłsja… (Sam z synem. Drugi i dziewczyna pasą krowy przy rzece. A jakby mi się jakiś Lach trafił…) – Pawluk przejechał ręką po gardle.

- Dobre, dobre! Baczu, szczo ty b iż zadowolenniam dopomih nam! Zaprahaj dawaj i jidz do polskich domich, byri szczo tobi zhobytsja, bo wwieczeri budomo palyty. (Dobra, dobra! Widzę, że byś nas chętnie wyręczył! Weź zaprzęgaj i jedź do polskich domów, bierz co ci się przyda,

bo wieczorem będziemy podpalać.)

Z tej wyprawy do polskich wsi przywiózł pod sianem Kleśniowską z matką staruszką, Tadka Tolwaja (Heńkowego brata) i ranną

w głowę młodą Wojciechowską. Tak to się zaczęło.

Kurz. Upał. Niby wczoraj była ulewa, ale – gdzie tam – w tym żarze wszystko w mig wyschło. Idą drogą. Krysia trzyma się kurczowo ręki Ali. Dwa dni w zbożu, to było i tak ponad ich siły. Więc Ala wytrzepała sukienki, splotła warkoczyki Krysi. Wytarła buzię.

A potem wyszły na drogę.

- Tylko pamiętaj: nic nie mów. Choćby nie wiem co – mała tylko kiwa główką.

Idą w kierunku rzeki. Gdzieś dojdą. Ali mdło ze zmęczenia. Ma ochotę położyć się przy drodze i zasnąć. Jest jej już wszystko jedno. Wszystko jedno czy... a jednak nie. Bo oto raptem czuje, że bardzo, bardzo chce żyć. I ocalić Krysię. Bo zza zakrętu wyłania się wóz. Powoli. Koń człapie. Na wozie czterech. Ubrani jak ci wtedy. Ukraińcy. Święty Judo Tadeuszu, Święty Michale Archaniele ratuj! Serce podchodzi jej do gardła. Tylko spokojnie. Tylko spokojnie. Coś poprawia przy buciku siostry. Pochyla się nad nią.

- Ani słowa. Pamiętaj.

Święty Judo Tadeuszu... Święty Michale Archaniele... Nie będę ściągać na lekcjach... Zapiszę się do bielanek... Już nie będę kłócić się z Jolą tylko ratuj! ratuj!

- Kudy idete? (Dokąd idziecie?)

- Do titky (Do cioci) – Ala nawet się uśmiecha.

- Do titky? A do jakoji? (Do cioci? A do której?)

- Do Praski.

- Mała, dokąd to idziecie? – znów pytają Krysię, znów PO POLSKU

Święty Judo Tadeuszu... Święty Judo Tadeuszu... Święty Michale Archaniele... Nie będę wyjadać mamie śmietany, tylko ratuj! ratuj! Krysia milczy.

- No? a jak masz na imię?

Święty Michale nie opuszczaj! będę dokładnie pielić ogródek i będę słuchać mamy, tylko ochroń! Mała milczy. Tylko buzia jej drży. Zaraz się rozpłacze

- Ce Laszki! Zaraz wbju sterwo! (To Polki! Zaraz ubiję ścierwa!)

Ala widzi lufę karabinu. Widzi śmierć. Byle nie bolało. Byle nie bolało. Święty Judo Tadeuszu, święty Józefie... Stoi spokojnie. Jest gotowa.

- Daj spokij! Jakby wony buły Laszkamy, toby tikały (Daj spokój! jakby były Laszki, toby uciekały) – ten z lejcami zacina konie. Odjeżdżają? Odjeżdżają!!!

Ala tuli siostrę. Mocno. Mocno.

- Kości mi połamiesz – szepcze Krysia.

Stoją jeszcze, tuląc się, gdy z kurzu wyłania się następny wóz. To za dużo – myśli Ala – to za dużo jak na jeden dzień. Aniele Stróżu mój, czy to nie przesada? Ma ochotę krzyczeć. Ma ochotę wykrzyczeć cały ból, nerwy, całą wściekłość i przerażenie. Zaciska mocno wargi, by wytrzymać i wtedy

- Czy ty nie jesteś mała Sawicka? Ala, prawda? – Jurko Pawluk posunął się na koźle – Wsiadajcie. No nie bójcie się. Sidajte. U nas twoja sestra. (Wsiadajcie. U nas jest twoja siostra.) Gorączkuje. Pomożesz ją pielęgnować.

Drugi konny znów pytał, czy kto z żywych jeszcze Lachów nie plącze się po okolicy. Kazał brać szpadle i iść do Lulówki zakopywać trupy.

- Ne zalyszu tebe samoho wdoma. Możyt prijty moi syny, a tody… znajesz… (Nie zostawię cię samego w domu. Mogą przyjść moi synowie,

a wtedy… wiesz…) – powiedział Pawluk, więc Heniek poszedł razem z nim i z Józkiem. Trupy leżą wszędzie: w domach, stodołach, chlewach, sadach, na podwórzach, drodze, w zbożu. Powykręcane w przedśmiertnych konwulsjach, rozczłonkowane, nadpalone, a niektórzy jakby spali, a niektórzy cali we krwi. Trupy kobiet, mężczyzn, dziewcząt, chłopców, dzieci. A nad nimi mdły zapach padliny. I muchy. Tumany much. Miejscami sypią się z nich białe robaki. Miejscami, zwłaszcza w polu, muszą odganiać stada wron. Heniek rozpoznaje znajomych, krewnych, kolegów z klasy, dzieciaki sąsiadów. Stara się nie myśleć jaką śmiercią zginęli.

Co czuli. Stara się tylko zapamiętać ich imiona: Godawów Anna (była w ciąży), Gieniek, Edek, Rosjanin, co się u nich ukrywał, Ostrowskich babcia – Tekla, Klesznów ojciec – jak mu było?

A! Ksawery i Danusia, Danusia ze złotym warkoczem, Lisowskich Maria (ta też była w ciąży), Jan, maleńki Edzio i babcia Leosia, Skawińscy oboje, i jeszcze Jadźka z Władkiem i ich Rajdek, Wszystkie dzieciaki Wojciechowskich... Rozalewiczów... taki drobiazg! Marysia Gorczyca z tym ich najmłodszym... Równocześnie każdy nie znaleziony budzi nadzieję: Mietek, Maryjka, Zosia, Stefa, Czesiek.... przeżyli? Boże! Może przeżyli! Boże miej ich w swej opiece! Mówi w myśli pacierze i pracuje. Doły muszą być w miarę głębokie. Czasem na kilka osób. Stara się zapamiętać gdzie je kopią: za stodołą, przy domu, w ogrodzie,

na polu. Pracuje jak automat. Jakby sam był gdzieś obok. Jakby oglądał jakiś straszny film. Tylko modlitwa. Modlitwa. Powtarzana w kółko, namiętna, bolesna. Boi się co będzie, gdy dojdą do jego domu. Kogo tam znajdzie. Sześć strzałów. Pamięta dobrze: sześć. Jeden, ten ostatni to tato. Tatuś. Tatulek. Jego znajdzie na pewno. A pozostałe? Tadek żyje. Jest schowany w stodole Pawluka.

A reszta? mama? Bronka? Józek? Gienia? Marysia? Stasia? Jasiulek? Boi się widoku tych najukochańszych. Widoku ich śmierci.

A równocześnie pragnie ich pochować sam. Czule. Serdecznie.

Właśnie kopali dół za stodołą Skawińskich (Aleksander... brak matki i trójki dzieciaków – chwała Bogu!... Stasia Maksymowicz

z maleńką córeczką... ile ona mogła mieć?... dwa?... trzy latka?... pani Burgerowa... stary Feliks Dyszczakowski). Właśnie kopali dół, gdy nadszedł patrol: sześciu z karabinami. Szli przeglądając każdy zakamarek. Szukali. (Boże spraw, by oślepli, by nikogo nie wypatrzyli!). Stanęli. Zapalili. Przyglądają się. Heniek czuje, jak robi mu się zimno, jak drętwieje ze strachu. Nie może opanować drżenia rąk. Może nie spostrzegą?! Spostrzegli.

- A tebe czoho tak trusyt? Szkoda tobi jich? (A ty co się tak trzęsiesz? Żałujesz ich?)

- Może ty Lach? (Możeś Polak?)

- Tfu! Jakij win Lach! To Jurko, mij syn krow wid krowi, kistka wid kistki, czesnyj Ukrainiec (Tfu! jaki on Polak! To Jurko, mój syn krew z krwi, kość z kości, uczciwy Ukrainiec!) – Pawluk szybko zasłania sobą Heńka – Mołodyj szcze. Perszi trupy w żyti baczyt… wid toho jomu

i młosno. Ale win wyprawytsja! Bila mene toczno wyprawytsja! Może, majete szczos zakuryty? Bo w mene skinczylysja… (Młody jeszcze. Pierwsze trupy w życiu widzi… to i go zemdliło. Ale się wprawi! Przy mnie wprawi się na pewno! Macie co może zakurzyć? bo mnie się skończyły…)

Poczęstowali go. Zapalił. Chwilę jeszcze rozmawiali. Poszli.

Ile to mogło trwać? Pięć? Dziesięć minut? Ale dla Heńka to były godziny, lata całe. Gdy zostali sami usiadł na ziemi i rozpłakał się, rozszlochał jak małe dziecko.

- Na sohodni dosyt. (Na dziś dość.) – powiedział Pawluk – Powertajmysja. (Wracamy.)

- To nie ma sensu. Oni mnie i tak znajdą. Oni mnie znajdą i zabiją jak tamtych! Słyszy pan?

- Ne pan, a batko. Ja tobi wże howoryw. Chody (Nie pan, tylko ojciec. Już ci mówiłem. Chodź) – podał mu rękę, podniósł – Ty musysz wyżyty, synku. Jakszczo tebe spijmajut, to i mene wbjut, i moich detej, i żinku.

Ty coho ne choczesz, ehe ż? A szczo z tymy w stodoli? Szczo z Tadekom? Pro nioho podumaj. Jomu szcze żyty i żyty. (Ty musisz przetrwać synku. Jak ciebie złapią to i mnie zabiją, i moje dzieci, i babę. Chyba nie chcesz tego, co? A co z tymi w stodole? co z Tadkiem? O nim pomyśl. Jemu życie miłe.)

Boli. Wszystko boli. Nawet włosy. Tylko czemu leży... w zbożu? Boli. I tak strasznie chce się pić. I tak trudno podnieść rękę.

A to co? Krew? Skąd krew? Pełno krwi. W głowie się kręci. Więc może... Jola próbuje zgiąć kolana. Bolą. Ale jakoś trzeba... wstać. Powoli podnosi się. Najpierw na czworaka. W głowie tak się kręci. Tak kręci. Pić. Chyba ma gorączkę? Tylko... czemu w zbożu? Powoli, zataczając się idzie. Nie bardzo wie dokąd. Trupy. Wszędzie leżą trupy. Czemu?... Krew... A! więc i ja... To wszystko jak koszmarny sen. Jak zza mgły... Jakby to nie ona... Szum

w uszach. Piekące pragnienie. Pulsująca pustka w głowie. Zboże się... skończyło?.... A!... Lulówka! W pierwszym domu... pusto. Tylko pies... wyje. A to co?... Pan Maksymowicz? Leży... martwy. A obok Stasia. Ma... tylko pół twarzy. I Helenka. Helenka już właściwie na drodze. Krew. Dużo krwi. Jola zatacza się, idzie. Wieś pusta. Miejscami dopalają się budynki. Tylko te trupy. Pełno trupów. Może i ja umarłam? myśli. Tylko czemu tak boli... i chce się pić... Usiadłaby pod płotem... Ale nie ma płotów... spalone. Nie ma siły... kręci się w głowie... zatacza... ale idzie. Wciąż idzie. Nie bardzo wie dokąd. Nie bardzo wie gdzie jest. Czy to prawda? Czy to sen? Może sen? Tylko czemu... tak boli. I mdło. I pić się chce.

- Hospody!!!! Szczo ty tut robysz?????? (Boże!!!! Co ty tu robisz???????)

…ktoś krzyczy?... kto...

- …pić. Pić! - szepcze Jola. Świat wiruje. Ciemność. A potem czyjeś ręce.... Booooliiiiiiiiii!!!!!!!!!! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- Cicho! cicho dziecinko! Zaraz cię opatrzymy. Boże co oni z tobą zrobili... – ktoś pochyla się... pani Hapke? Alina???? Ciemność.

A potem: w półśnie, wpół jawie jacyś ludzie, stodoła, noc. Trzęsie się z zimna. Nie może wytrzymać. Szczęka zębami. Stukają jak cepy w czasie młócki. Ktoś otula ją. Daje pić. Pije chciwie, ale ręka, która podtrzymuje głowę parzy. Uwiera. Przeszkadza. I jakieś odległe światło. Mama? Dom? Tato? Babcia? Pies wachluje ogonem.

To nie pies. I tylko czemu tak boli. Ciemność. A potem gorąco. Duszno. Nie może oddychać. Nie może złapać powietrza. Dusi się. Tonie. Tonie. Tatusiu ratuj! To nie tatuś to jakiś obcy pan. Siwy. Ma tak śmiesznie podkasaną marynarkę. Lornetkę... rozmawia...

z kim? z nią? z babcią? Strzela. Jola nie może uciekać. Nie może się podnieść. Nie może się ruszyć. Raaaaaaatuuuuuuj Jeeeeeezuuuuu! Raaaaaatuuuuj!!! Mamo!!!! Mamo!!!!! ucieeeeekaaaajcieeeeee!!!!!!

- Tiiichooo! tiiichooo ditinko! (Ciiichooo! ciiichooo dziecino!) – jakieś ręce tulą. Mama? Nie... pani Hapke.... i ta Ukrainka... Pawlukowa....

Ala dźwiga wiadro razem z Zosią Pawluków. Miła ta Zosia: taka jasna i cicha. Dawniej, w szkole dwa oddziały wyżej nie rozmawiały by ze sobą zbyt często. Ot starsza koleżanka z młodszą. Teraz stały się sobie bardzo bliskie, serdeczne. Przywykły wszystko robić razem. Przywykły wszędzie razem chodzić. Nawet śpią obok siebie, choć Ala czasem idzie spać do stodoły, do Krysi. Malutka przecież, popłakuje za matką. Przy Joli też jest mnóstwo zachodu. Prawie cały czas nieprzytomna. Bredzi. Cud, że żyje, tak pokłuta. Tyle, że Jolą lepiej zajmą się starsze kobiety. One muszą siedzieć

w ukryciu. A ona może kręcić się po gospodarstwie. Bo Ala udaje Ołechnę, córkę Pawluków, młodszą siostrę Zosi. Heniek Tolwajów udaje ich syna. I tylko oni we dwoje cokolwiek mogą pomóc w obrządku, przy żniwach, przy opiece nad kilkunastoma ocalałymi Polakami. Ile to trzeba chleba napiec. Ile zupy nagotować. I to nie na raz. Bo jak przyjdą i zobaczą taki wielki gar, to jak się wytłumaczysz? W domu tylko piątka ludzi, a zupy jak dla całej sotni. Więc cztery-pięć razy na dzień nastawiają, ot, taki zwykły garnek. Obierki od razu świniom, żeby śladu nie było. Chleb tylko się upiecze, zaraz nowy trzeba zaczynić. Ziarno zemleć. Na mąkę. Na kaszę. A wody nanosić dla tylu ludzi. Bo to

i upał, i pić się chce, a przecież prawie każdy ranny. Niektórzy, jak Jola czy pani Natalia gorączkują. Rany ropieją. Trzeba

je przemywać, czyścić. Pawlukowa ostatnie prześcieradła oddała na szarpie. Zużyte zaraz trzeba palić. Każdy ślad zacierać. Każdy trop ukrywać. A jeszcze oczy mieć dookoła głowy. Uważać. Stale

w napięciu. Stale w gotowości. W ciągu dnia co i rusz konno lub pieszo przechodzą patrole. Szukają niedobitków. Potrafią zajrzeć nawet do pieca, pod łóżko, do piwnicy, na strych, przetrząsają stodoły, sąsieki, spichlerze, chlewy, stajnie, stogi... Więc ludzie cały dzień ukryci w zbożu, albo w maliniaku za domem. Bez ruchu.

W ciszy. Dzieci nauczyły się milczeć. Ranni nie jęczą, nie krzyczą.

A wciąż dochodzą nowi. Ci co nie mogą przejść przez rzekę, bo za starzy, albo za mali, ranni, pobici, śmiertelnie znużeni, śmiertelnie przerażeni, obolali. Ciągnął ze wszystkich stron, jakby to liche gospodarstwo Pawluka było jedyną wyspą na oceanie, jakby było ostatnim ocalałym domem w świecie, gdzie tylko śmierć, w świecie, gdzie tylko męka. Jakby ci Pawlukowie byli ostatnimi ludźmi na Ziemi. Jedynymi ludźmi wśród stad wilków i wilkołaków.

Noc. Chłodna. Sierpniowa. Niebo wygwieżdżone. Zdałoby się wyciągniesz rękę – dotkniesz gwiazd. A niektóre spadają. Deszcz. Świetlisty deszcz. Trochę jak iskry z wielkiego ogniska – tylko wolniej, jaśniej, piękniej. Świerszcze. Świerszcze grają. Melodię nachalną, mocną, urzekającą. Melodię chwalącą życie, niebo, łąkę, pulsującą, jak unoszona oddechem pierś. Jak falujące zboże. Jak rytm złączonych miłością ciał. Jak uwielbienie. Noc. Wóz. Konie. Czy to możliwe, by w tak cudną, czarowną noc jechać stępa, wozami pełnymi młodych chłopców, nie na wesele jakieś, nie ku miłości, młodości, radości, ku śpiewaniu, tańcom, życiu, a czarną doliną śmierci, pogorzelisk i trupów? Jakiś dysonans. Jakieś pęknięcie. A jednak. To tu, niespełna miesiąc temu ginęły

w płomieniach szlachetne araby. Ginęły tylko dlatego, że polskie. To tu, w miejscu dawnych domów, ogrodów, alej, sadów sterczały osmalone kominy, niedopalone belki, bielały rany pościnanych drzew. Gdzieniegdzie, w bladym świetle księżyca kości. Gdzieniegdzie kopce świeżej ziemi – znać – mogiły. Zamiast woni kwiatów – swąd. Zamiast rozświetlonych gwarem jasnych okien – pustka wypalonych oczodołów. Cisza. A oni mówili głośno. Mówili o rzeczach odległych. O krajach dalekich, o zasłyszanych baśniach. Mówili. Mówili. Mówili. Wiedzieli, że jak zamilkną dopadnie ich groza, rozpacz, ból. A oni – ta garstka zaledwie chłopców niespełna dwudziestoletnich, uzbrojona przez dobrego Czecha (dowódcę oddziału niemieckiego w którym raptem był tylko jeden Niemiec, reszta Ślązacy, Kaszubi i Czesi), więc oni dumnie zwani samoobroną, nie mogą sobie pozwolić na rozpacz, ból, przerażenie. Muszą dowieźć do Hrochowa żywność – bo

w miasteczku przepełnionym uciekinierami – głód. Muszą przeczesać okolicę – bo wciąż jest nadzieja, że ktoś, gdzieś, że znajdą się żywi. Może nawet śmiertelnie ranni – ale godni godnej śmierci, w pościeli szpitalnej, wśród swoich, bezpiecznie. Kilka dni temu do Hrochowa dotarła wiadomość, że u Pawluka ukrywa się kilka, może nawet kilkanaście osób. Że jest wśród nich Jola Sawicka bardzo ranna, że potrzebuje lekarza. Trochę to wszystko brzmiało nieprawdopodobnie, ale... czy można było taką wiadomość zbagatelizować? Czy można było nie usłuchać próśb zrozpaczonej matki, która odzyskała iskierkę nadziei, że nie tylko Ula ocalała? Uprosiła chłopców i teraz jedzie z nimi. Jedzie i nie może się już doczekać. W końcu dojechali do zagrody Pawluka.

Z początku nie mogli się dostukać, dowołać gospodarzy. Ale ktoś rozpoznał głosy: Mundek Sawicki! Rysiek Rabczyński! Jasiek Madura! Nasi! Nasi! Nasi! Ze stodoły, z maliniaka wysypują się ludzie. Moc radości, przywitań, łez. Pakują się na wóz. Chłopcy niosą na rękach Jolę. Ktoś podtrzymuje pod ramię Wojciechowską, by nie upadła. Liczą drobiazg dziecięcy, sprawdzają, czy są wszyscy, nawołują, zliczają. Dwadzieścia jeden osób! Aż trudno uwierzyć. Dwadzieścia jeden osób i to przez trzy bite tygodnie! Jedna pani Hapke milczy. Pani Hapke – Niemka z osadników, której cała rodzina zginęła, za ukrycie Polaków podczas rzezi.

Jakoś bardzo ucichło, gdy odjechali. Ucichło? Toż to co noc,

co dzień było cicho. Ale nie. To inna cisza. Tamta dławiła gardła. Kazała wstrzymywać oddech i nasłuchiwać. W tamtej czuć było grozę. Słychać bijące przerażeniem serca. Ta cisza pełna pokoju. Pokoju w sercu. Pawluk tylko długo w noc klęczy przed ikoną Świętej Przeczystej. Po pooranej zmarszczkami twarzy płyną łzy. Łzy wdzięczności Matce za ocalenie. Wdzięczności Bogu

za odpuszczenie win.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: