Facebook - konwersja
Stelle z królewskiej konnej - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Stelle z królewskiej konnej - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
316 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Stelle z królewskiej konnej - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I SZE­RE­GO­WIEC FI­LIP STE­ELE

Fi­lip Ste­ele nie od­ry­wał ołów­ka od pa­pie­ru, jak gdy­by sam fakt pi­sa­nia li­stu, choć list ten nig­dy nie miał dojść do rąk ad­re­sa­ta, wy­star­czał do czę­ścio­we­go roz­pro­sze­nia sa­mot­no­ści.

Na ze­wnątrz sza­le­je wiatr. Spo­za je­zio­ra lecą tu­ma­ny śnie­gu zmie­sza­ne­go z desz­czem, niby ła­dun­ki śru­tu, a wszyst­kie dzi­kie de­mo­ny tych dzi­kich kra­in zda­ją się szar­pać i tar­mo­sić wiel­kie nie­cio­sa­ne bale, z któ­rych zbu­do­wa­na jest moja cha­ta. Praw­dę mó­wiąc, jest to okrop­na noc, gdy się ją spę­dza sa­mot­nie, ma­jąc wko­ło ro­ze­łka­ną pust­kę, a nad gło­wą nie­bo, prze­sy­co­ne strasz­li­wy­mi dźwię­ka­mi. Na­wet po­przez gru­bą za­po­rę ścian sły­szę, jak fala ry­czy mię­dzy ska­la­mi i wali – niby ty­sią­cem ta­ra­nów – pnia­mi nie­sio­nych prą­dem drzew nie­mal w moje drzwi. Mimo woli bu­dzi się przy­kry dreszcz. Śród za­wo­dzeń bu­rzy wy­so­kie so­sny nad da­chem ję­czą i skar­żą się roz­pacz­li­wie, pod­czas gdy wi­cher tar­ga ich po­wy­krę­ca­ne ko­na­ry.

Ju­tro roz­ście­li się tu śnież­na pu­sty­nia. Śnieg za­le­gnie po Za­to­kę Hud­so­na i da­lej po bie­gun, a kędy dziś hula wi­cher, nio­sąc grad i deszcz – za­pa­nu­ją nie­po­dziel­nie ci­sza i spo­kój, co wy­cho­wa­ły ród mil­czą­cych lu­dzi pół­no­cy. Tej nocy jed­nak jest to sła­bą po­cie­chą. Wczo­raj zła­pa­łem w mące ma­leń­ką mysz­kę i za­bi­łem ją. Ża­łu­ję obec­nie tego po­stęp­ku, gdyż, bez wąt­pie­nia, ha­łas i ło­mot, ja­kie te­raz pa­nu­ją, wy­gna­ły­by ją z nor­ki i do­trzy­ma­ła­by mi to­wa­rzy­stwa!

Zresz­tą, nie by­ło­by znów tak źle, gdy­by nie ta czasz­ka! W cią­gu ostat­niej pół­go­dzi­ny wsta­wa­łem trzy­krot­nie, by zdjąć ją z pół­ki, za­wie­szo­nej po­nad pry­mi­tyw­nym pie­cy­kiem, w któ­rym pło­ną smol­ne szcza­py. Ale za każ­dym ra­zem coś ka­za­ło mi się cof­nąć. Jest to ludz­ka czasz­ka! Nie­daw­no jesz­cze na­le­ża­ła do ży­we­go czło­wie­ka, ob­da­rzo­ne­go mową, wzro­kiem, mó­zgiem – i to wła­śnie dzia­ła na mnie w przy­kry spo­sób. Sta­ra czasz­ka nie wy­wie­ra­ła­by po­dob­ne­go wra­że­nia. Ale ta jest świe­ża! Chwi­la­mi, gdy ży­wicz­ne po­la­na za­pło­ną czer­wień­szym ogniem, zda­je mi się, że w pu­stych oczo­do­łach błysz­czą oczy; i zda­je mi się rów­nież, że pod po­zba­wio­nym mó­zgu czo­łem mu­sia­ły po­zo­stać reszt­ki daw­nych na­mięt­no­ści, a obłęd tej nocy zbu­dził je na nowo. Ze sto razy już ża­ło­wa­łem, że prze­cho­wu­ję ten głu­pi przed­miot, jed­nak nig­dy tak, jak dziś!

Jak­że ten hu­ra­gan wyje, a so­sna po­nad da­chem skrzy­pi! Przez ko­min wle­ciał kłąb śnie­gu i na ple­cach uczu­łem dreszcz, jak gdy­bym zo­ba­czył dia­bła; dym snu­je się wo­kół pie­ca i raz po raz za­sła­nia czasz­kę. Nie ma sen­su kłaść się do łóż­ka i pró­bo­wać usnąć, gdyż z góry wiem, ja­kie by były moje sny. Tej nocy uj­rzał­bym czasz­kę i – twarz. Ko­bie­cą twarz!

Ste­ele prze­stał pi­sać, śmie­jąc się ner­wo­wo ze­rwał się z krze­sła i z okrzy­kiem, co wśród tu­mul­tu bu­rzy za­brzmiał niby prze­kleń­stwo, zmiął w dło­ni pa­pier i ci­snął go mię­dzy pło­ną­ce głow­nie.

– Co za głup­stwo! – za­wo­łał, zgod­nie ze sta­rym przy­zwy­cza­je­niem sam ze sobą wsz­czy­na­jąc roz­mo­wę. – Co za głup­stwo, Fi­li­pie Ste­ele! Sta­jesz się ner­wo­wy, sen­ty­men­tal­ny, za­czy­nasz pra­wie tę­sk­nić do swo­ich! Brr!… Co za fa­tal­na noc!

Zwró­cił się po­now­nie w stro­nę ognia, pod­czas gdy nowy kłąb śnie­gu wpadł przez ko­min.

– Le­piej było po­prze­stać na sa­mej lam­pie! – mruk­nął, na­bi­ja­jąc faj­kę ty­to­niem. – My­śla­łem, że tak bę­dzie raź­niej! A to dmie!… Ani się za­jąk­nie!

Za­czął się prze­cha­dzać wszerz i wzdłuż po nie­rów­nej pod­ło­dze, uło­żo­nej z le­d­wo ocio­sa­nych bali, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach i za­pal­czy­wie ćmiąc faj­kę. Za­zwy­czaj przy­jem­nie było spo­glą­dać w twarz Fi­li­pa Ste­ele, lecz tej nocy nie ma­lo­wa­ła się na niej zwy­kła po­go­da du­cha. Było to ob­li­cze szczu­płe, o wy­dat­nych szczę­kach i ja­snych, sta­lo­wo­si­wych oczach, w któ­rych obec­nie go­rzał dziw­ny błysk, gdy pa­trzył na bia­łą czasz­kę. Za­wró­cił po­tem w stro­nę pry­mi­tyw­ne­go sto­łu. Oświe­tlał go skra­wek ba­weł­nia­nej ma­te­rii, pły­wa­ją­cy w mi­secz­ce peł­nej tłusz­czu ka­ri­bu. W sła­bym bla­sku tej im­pro­wi­zo­wa­nej lam­py wid­nia­ły dwa otwar­te i zmię­te li­sty; wła­śnie wczo­raj przy­niósł je In­dia­nin z Nel­son Ho­use. Je­den list był bar­dzo krót­ki. Za­wie­rał ofi­cjal­ny roz­kaz od­na­le­zie­nia nie­ja­kie­go Buc­ky Nome'a, w for­cie Lac Bain, o sto mil da­lej na pół­noc.

Fi­lip wziął do ręki dru­gi list, przy­glą­da­jąc mu się po raz ko­lej­ny od chwi­li otrzy­ma­nia. Skła­dał się on z pół tu­zi­na kart, za­peł­nio­nych ko­bie­cym pi­smem, i Ste­ele wchło­nął znów de­li­kat­ną, słod­ką woń hia­cyn­tów.

Wła­śnie ów za­pach dzia­łał nań nie­po­ko­ją­co; roz­stra­jał go od wczo­raj, a tej nocy zbu­dził w nim tę­sk­no­tę za do­mem. Przy­po­mniał mu dnie, nie tak daw­ne, gdy on sam na­le­żał do świa­ta, z któ­re­go ten list po­cho­dził, i gdy ży­cie zda­ło się dlań cho­wać wszyst­kie moż­li­we po­nę­ty. Bły­ska­wicz­nie prze­mknę­ła mu przed oczy­ma wi­zja owych cza­sów, kie­dy, on, Fi­lip Ste­ele, syn wie­lo­mi­lio­no­we­go ban­kie­ra, był jed­nym z wy­brań­ców losu. Po­dwo­je ary­sto­kra­tycz­nych klu­bów sta­ły dlań otwo­rem; pięk­ne ko­bie­ty sła­ły mu uśmie­chy, a dziew­czy­na o hia­cyn­to­wych per­fu­mach ma­mi­ła go błęd­nym ogni­kiem swe­go ser­ca. Jej ser­ce! Za­pew­ne była go po­zba­wio­na cał­ko­wi­cie, a wcho­dzi­ło w grę je­dy­nie jego bo­gac­two. Ste­ele ro­ze­śmiał się po­gar­dli­wie, po­ka­zu­jąc bia­łe, moc­ne zęby.

Usiadł, wciąż jesz­cze z li­stem w dło­ni, i my­ślał o in­nych lu­dziach, któ­rych daw­niej znał. Co się sta­ło z Jac­kiem Mo­odym, po­czci­wym Jac­kiem, ko­le­gą szkol­nym, któ­ry ko­chał tę samą dziew­czy­nę całą siłą szcze­re­go, uczci­we­go ser­ca, lecz na któ­re­go ona nie zwra­ca­ła naj­mniej­szej uwa­gi, bo był bied­ny. I gdzie się po­dział Whit­te­mo­re, mło­dy ma­kler gieł­do­wy, któ­re­go szan­se zni­kły wraz z jego ru­iną fi­nan­so­wą; For­dey, co da­ro­wał­by jej z chę­cią dzie­sięć lat wła­sne­go ży­cia oraz z pół tu­zi­na in­nych.

Jej ser­ce! Ste­ele ro­ze­śmiał się ci­cho, uno­sząc jed­no­cze­śnie list tak, by jego słod­ka woń sta­ła się sil­niej­szą. Jak­że nę­ci­ła go on­giś! Ot, choć­by tej nocy, na balu u Haw­kin­sa, zwy­cię­ży­ła nie­mal! Przy­mknął po­wie­ki i pod­czas gdy smol­ne szcza­py trza­ska­ły w pa­le­ni­sku, a wi­cher wył wo­kół cha­ty, uj­rzał ją po­now­nie taką jak wów­czas – wspa­nia­le pięk­ną. Wspo­mnie­nie cza­ru jej gło­su, oczu, wło­sów roz­pa­li­ło mu krew jak do­bre wino. I ta bo­gi­ni mo­gła się stać jego wła­sno­ścią; na­wet dziś, byle ze­chciał, mógł ją brać. Wy­star­czy na­pi­sać parę stro­fek… Rzu­cić jed­no sło­wo!…

Ste­ele wy­pro­sto­wał się rap­tem. Zmiął kar­ty pa­pie­ru i ci­snął je w ogień – z wy­jąt­kiem jed­nej. Ostat­ni ar­kusz, ten, na któ­rym wid­niał jej pod­pis, za­trzy­mał w dło­ni, przy­glą­da­jąc mu się chwi­lę, jak gdy­by szu­kał w li­te­rach imie­nia od­po­wie­dzi na ja­kiś pro­blem. Wresz­cie odło­żył go na bok. Osza­ła­mia­ją­ca sło­dycz hia­cyn­tu po­zo­sta­ła jesz­cze w po­wie­trzu. Gdy osta­tecz­nie zni­kła, Ste­ele ba­daw­czo wcią­gnął noz­drza­mi po­wie­trze; wstał z uśmie­chem przy­po­mi­na­ją­cym daw­ną bez­tro­skę, scho­wał koń­co­wą kar­tę li­stu do ple­ca­ka i za­czął na­peł­niać faj­kę.

Fi­lip Ste­ele nie­jed­no­krot­nie już my­ślał o tym, że sta­now­czo uro­dził się o sto lub dwie­ście lat za póź­no. W swo­im cza­sie po­dzie­lił się tym prze­ko­na­niem z pa­ro­ma ko­le­ga­mi, lecz wy­śmia­li go. Pew­ne­go wie­czo­ru zwie­rzył się czę­ścio­wo pan­nie o hia­cyn­to­wych per­fu­mach – po czym na­zwa­ła go dzi­wa­kiem. W głę­bi du­szy wie­dział do­brze, że róż­ni się znacz­nie od resz­ty współ­cze­snych, że w jego krwi pul­su­ją tęt­na za­po­mnia­nych po­ko­leń, gdy dziel­ność ser­ca i siła ra­mion zna­czy­ły dla męż­czy­zny wię­cej niż pie­nią­dze i sto­sun­ki, a ro­man­tyzm i przy­go­dy ist­nia­ły jesz­cze.

Z gim­na­zjum Fi­lip prze­szedł na po­li­tech­ni­kę, któ­ra, jak mu się zda­wa­ło, otwie­ra przed ludź­mi szer­sze ho­ry­zon­ty; a gdy skoń­czył stu­dia, ścią­gnął na sie­bie gniew ro­dzi­ny, bio­rąc udział w ca­ło­rocz­nej wy­pra­wie do Ame­ry­ki Środ­ko­wej. Ta wy­pra­wa wła­śnie za­de­cy­do­wa­ła o jego dal­szych lo­sach. Wró­cił z niej jako od­waż­ny i dziel­ny chłop: śnia­dy niby Az­tek, nie­na­wi­dzą­cy miast i wiel­ko­miej­skich roz­ry­wek, a tak da­le­ce obo­jęt­ny wzglę­dem mi­lio­nów swe­go ojca, jak gdy­by one w ogó­le nie ist­nia­ły. Po­sia­dał zresz­tą wła­sny fun­dusz, lecz nie wy­da­wał na­wet pro­cen­tów, któ­re tyl­ko po­więk­sza­ły ka­pi­tał. Od­był nową wy­pra­wę, tym ra­zem do Bra­zy­lii i wró­cił, by spo­tkać dziew­czy­nę o hia­cyn­to­wych per­fu­mach. Po­tem ze­rwał wię­zy, krę­pu­ją­ce wciąż Jac­ka Mo­ody'ego, For­deya i Whit­te­mo­re'a i ru­szył w świat w po­szu­ki­wa­niu dal­szych przy­gód.

Pół­noc wa­bi­ła go naj­moc­niej. Wśród bez­kre­snych pu­styń, śnież­nych kniei i mar­twych pre­rii, za­le­ga­ją­cych mię­dzy Za­to­ką Hud­so­na a dzi­ką kra­iną Atha­ba­ska, zna­lazł no­wych lu­dzi, zna­lazł ta­jem­ni­czość i ro­man­tyzm, co go unio­sły ku za­mierz­chłym cza­som i za­mierz­chłym ist­nie­niom. Pew­ne­go dnia, w Re­gi­na, szczu­pły, atle­tycz­nie zbu­do­wa­ny mło­dy czło­wiek za­cią­gnął się do Pół­noc­no-Za­chod­niej Kró­lew­skiej Kon­nej Po­li­cji. W cią­gu pierw­sze­go pół­ro­cza wy­róż­nił się kil­ka­krot­nie, po czym zo­stał od­ko­men­de­ro­wa­ny na da­le­ką pół­noc, gdzie po­lo­wa­nie na lu­dzi jest wspa­nia­łą grą jed­ne­go prze­ciw jed­ne­mu wo­bec wro­giej lub obo­jęt­nej przy­ro­dy. I nie śni­ło się ni­ko­mu, na­wet pan­nie o hia­cyn­to­wych per­fu­mach, że czło­wiek, za­pi­sa­ny urzę­do­wo jako sze­re­go­wiec Fi­lip Ste­ele jest Fi­li­pem Ste­ele, sy­nem mi­lio­ne­ra z Chi­ca­go.

Ste­ele'a ba­wił szcze­rze ko­mizm tej sy­tu­acji. Kła­dąc do pie­ca nowe po­la­no, ro­ze­śmiał się we­so­ło, my­śląc, co by też po­wie­dzie­li jego wy­twor­ni ko­le­dzy, a szcze­gól­nie pięk­na pan­na, zo­ba­czyw­szy go te­raz w tym oto­cze­niu. Chi­cho­cząc wziął do ręki gru­be, weł­nia­ne skar­pet­ki, su­szą­ce się tuż przy ogniu; kosz­la­we buty, po­kry­te war­stwą je­le­nie­go sa­dła, lśni­ły w bla­sku pło­mie­ni, zaś je­dy­na zmia­na bie­li­zny, któ­rą wy­prał przed ko­la­cją i ucze­pił u su­fi­tu, w pół­mro­ku cha­ty ro­bi­ła wra­że­nie nie­zmier­nie chu­de­go i po­zba­wio­ne­go gło­wy wi­siel­ca. Wśród gę­stych cie­ni tyl­ko jed­na rzecz ja­śnia­ła nie­po­ka­la­ną bie­lą: mar­twa kość czasz­ki po­nad pie­cem. Gdy Ste­ele pa­trzył na nią, twarz mu zsza­rza­ła, a war­gi za­ci­snę­ły się moc­no. Na­głym ru­chem wy­cią­gnął ra­mię, wziął czasz­kę do ręki i chwi­lę trzy­mał tak, by skon­cen­tro­wać na niej cały blask ognia. Z le­wej stro­ny, nad uchem, na jed­nej li­nii z pu­stym oczo­do­łem, wid­nia­ła dziu­ra wiel­ko­ści wró­ble­go jaj­ka.

– Za­tem, zgod­nie z roz­ka­zem, mam się udać do Buc­ky Nome'a, do czło­wie­ka, któ­ry to zro­bił! – mruk­nął ma­ca­jąc pal­cem wy­zę­bio­ne kra­wę­dzie otwo­ru. – Mógł­bym go za­bić za to, co za­szło w Nel­son Ho­use, pa­nie Je­anet­te, i może uczy­nię to pew­ne­go dnia!

Przy­glą­dał się czasz­ce, trzy­ma­jąc ją na dło­ni, na po­zio­mie wła­snej twa­rzy.

– Do­sko­na­ły ze mnie ma­te­riał na Ham­le­ta! – roz­wa­żał drwią­co. – Coś mi się zda­je, pa­nie Je­anet­te, że ci­snę cię w ogień! Za­nad­to mi grasz na ner­wach!

Urwał rap­tem i zło­żył czasz­kę na sto­le.

– Nie! Nie spa­lę cie­bie! – koń­czył. – Włó­czy­łem się z tobą taki szmat dro­gi, więc za­bio­rę cię i do Lac Bain. Pew­ne­go ran­ka ofia­ru­ję cie­bie panu Buc­ky Nome'owi na śnia­da­nie. A wte­dy zo­ba­czy­my, co zo­ba­czy­my…

Nie­co póź­niej na­kre­ślił parę słów na ka­wał­ku pa­pie­ru i przy­piął kart­kę do we­wnętrz­nej stro­ny drzwi. Przy­pusz­czal­ny prze­cho­dzień miał zna­leźć na­stę­pu­ją­ce wy­ja­śnie­nie i prze­stro­gę:

Uwa­ga!

Ta cha­ta oraz jej za­war­tość na­le­żą do mnie! Jedz i spo­cznij, ale nie na­peł­niaj kie­sze­ni!

Ste­ele z Kró­lew­skiej Kon­nej.ROZ­DZIAŁ II NOC­NA PRZY­GO­DA

Ste­ele do­tarł do fak­to­rii w Lac Bain, na­le­żą­cej do Kom­pa­nii Za­to­ki Hud­so­na, na siód­my dzień po usta­niu wiel­kiej za­wie­ru­chy. Pod­czas gdy grzał się przed pie­cem w pu­stym i po­zba­wio­nym to­wa­rów skle­pie, agent Bre­edy dzie­lił się z nim waż­ny­mi no­wi­na­mi.

Nie­ja­ki puł­kow­nik Bec­ker z żoną opu­ścił fort Chur­chil­la nad Za­to­ką Hud­so­na, uda­jąc się do Lac Bain. Poza tym Buc­ky Nome przed ty­go­dniem wy­ru­szył na za­chód i jesz­cze nie wró­cił. Bre­edy był stra­pio­ny nie z ra­cji dłu­giej nie­obec­no­ści Buc­ky Nome'a, lecz ze wzglę­du na ocze­ki­wa­ny przy­jazd tam­tych dwoj­ga. Zgod­nie z li­stem, pi­sa­nym przez agen­ta z for­tu Chur­chil­la, puł­kow­nik, zaj­mu­ją­cy wy­so­kie sta­no­wi­sko w za­rzą­dzie kom­pa­nii, przy­był wraz z żoną z Lon­dy­nu ostat­nim stat­kiem, do­wo­żą­cym żyw­ność. Pan Bec­ker był czło­wie­kiem star­szym. Fak­tycz­nie, nie miał nic do ro­bo­ty w Lac Bain. Chciał tyl­ko spę­dzić wa­ka­cje na za­zna­ja­mia­niu się z ży­ciem pół­noc­nej głu­szy. Twarz Bre­edy'ego, po­kry­ta szpa­ko­wa­tym za­ro­stem, wy­ra­ża­ła nie­mal roz­pacz.

– Dla­cze­go nie jadą do fak­to­rii Jork albo do Nel­son Ho­use? – py­tał Ste­ele'a. – W Nel­son mają pie­rzy­ny, trzy nie­wia­sty i agen­ta świa­tow­ca, a tu nie znaj­dziesz na­wet jed­nej bia­ło­gło­wy!

Ste­ele wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ko­bie­ty są te­raz tyl­ko dwie! – ozwał się. – Od­kąd prze­szedł tam­tę­dy nie­ja­ki Buc­ky Nome, trze­cia po­je­cha­ła na po­łu­dnie!

– No do­brze, ale dwie są! – upie­rał się Bre­ed, nie do­strze­gł­szy dziw­ne­go bły­sku w oczach Fi­li­pa. – A ja ci mó­wię, Fil, że tu nie ma żad­nej, na­wet In­dian­ki i ten bru­das Cree, Jack, pi­tra­si je­dze­nie. Czy wiesz, że przed dwo­ma dnia­mi zła­pa­łem go, jak mie­sił cia­sto na su­cha­ry – w mied­ni­cy! A ja te su­cha­ry ja­dłem od dnia, gdy nasi my­śli­wi ru­szy­li na li­nie si­deł! Więc ty, Nome, dwaj Cree, je­den Me­tys i ja – oto cała lud­ność Lac Bain aż do po­ło­wy zimy, nim za­czną zno­sić fu­tra. Na rany bo­skie, cóż tu po­cznie bied­na, sta­ra puł­kow­ni­ko­wa?

– Masz dla niej łóż­ko?

– Tap­czan twar­dy jak ska­ła!

– Masz dużo żyw­no­ści?

– A jak­że! – wark­nął agent. – Każ­dy tra­per po­ro­bił ogrom­ne za­pa­sy w tym se­zo­nie i zo­sta­li­śmy na su­cho. Fa­so­la, mąka, cu­kier, su­szo­ne śliw­ki, no i mię­so ka­ri­bu. Mó­wię ci, ile razy je po­wą­cham, ty­le­kroć mam wra­że­nie, że mi się żo­łą­dek prze­wra­ca! Dał­bym mie­sięcz­ną pen­sję za funt wie­przo­wi­ny! Ale, wra­ca­jąc do tam­tej spra­wy, spójrz no, Fil! Je­śli to nie jest ele­ganc­ki list, dam się po­rą­bać na sztu­ki! Zu­peł­nie jak­by puł­kow­ni­ko­wa pi­sa­ła do swo­jej sym­pa­tii!

Bre­edy wy­jął naj­pierw z kie­sze­ni ko­per­tę ze zła­ma­ną la­ko­wą pie­czę­cią, a z ko­per­ty do­był zło­żo­ny we dwo­je ar­kusz kre­mo­we – go pa­pie­ru. Za­le­d­wie Ste­ele wziął list do ręki, prze­biegł go wnet na­gły dreszcz. Nim od­czy­tał pierw­szą strof­kę, wy­czuł już w po­wie­trzu ów słod­ki i upa­ja­ją­cy za­pach – woń hia­cyn­tów. Nie tyl­ko zresz­tą per­fu­my były iden­tycz­ne; na­wet od­cień we­li­nu i de­li­kat­ny cha­rak­ter pi­sma przy­po­mi­na­ły mu list spa­lo­ny przed ty­go­dniem. Nie zdo­łał po­wstrzy­mać okrzy­ku zdzi­wie­nia. Pod­no­sząc oczy, spo­tkał zdu­mio­ny wzrok agen­ta.

– To, do­praw­dy, dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści – rzekł, z wol­na od­zy­sku­jąc rów­no­wa­gę. – Przy­siągł­bym nie­mal, że pi­sze oso­ba, któ­rą do­sko­na­le znam! Oczy­wi­ście, po­dob­na rzecz jest wy­klu­czo­na! Ale ro­zu­miesz, Bre­ed, że tro­chę mnie to za­sko­czy­ło. Czy mo­żesz mi zo­sta­wić ten list do wie­czo­ra? Chciał­bym go po­rów­nać z in­nym!

– Mo­żesz go w ogó­le za­trzy­mać! – mach­nął ręką agent. – Mam na­dzie­ję, że na ten te­mat opo­wiesz mi coś cie­ka­we­go przy ko­la­cji. I do­praw­dy, był­bym okrut­nie rad, gdy­by się oka­za­ło, że zna­łeś już daw­niej na­szych go­ści.

W dzie­sięć mi­nut póź­niej Ste­ele zna­lazł się w ma­łej chat­ce, bę­dą­cej miesz­ka­niem jego i Buc­ky Nome'a na czas po­sto­jów w Lac Bain. Jack, In­dia­nin z ple­mie­nia Cree, roz­pa­lił szczo­dry ogień w pę­ka­tym że­la­znym pie­cy­ku, to­też za­le­d­wie Fi­lip otwo­rzył drzwicz­ki, fala ja­skra­wych bla­sków lu­nę­ła w mrocz­ną sza­rość wcze­sne­go zmierz­chu. Przy­su­nąw­szy fo­tel w po­bli­że ognia, Ste­ele po­now­nie wy­jął list. Ba­dał cha­rak­ter pi­sma – li­te­ra po li­te­rze i sło­wo po sło­wie. Był sil­nie pod­nie­co­ny, jak­kol­wiek z in­nych wzglę­dów niż po­przed­nio. Im głę­biej wni­kał w treść wy­ra­zów, tym pew­niej ro­zu­miał, że nie ma mowy, by oba li­sty-pi­sa­ła jed­na i ta sama ko­bie­ta.

Puł­kow­nik Bec­ker przy­był z żoną do Chur­chill przed mie­sią­cem – stat­kiem, pły­ną­cym wprost z Lon­dy­nu; Ste­ele pa­mię­tał do­sko­na­le, że list, któ­ry ode­brał przed ty­go­dniem wy­sła­no o pięć ty­go­dni wcze­śniej. W owym cza­sie pań­stwo Bec­ker bądź prze­by­wa­li w Lon­dy­nie, bądź w Li­ver­po­olu albo też pły­nę­li wła­śnie przez Atlan­tyk.

Fi­lip wy­god­niej za­siadł w fo­te­lu, przy­mknął oczy i pod­dał się cie­płej piesz­czo­cie ognia. Sta­re wid­ma oto­czy­ły go po­now­nie. In­stynk­tow­nie usi­ło­wał się ich po­zbyć, wal­cząc z uro­kiem pięk­nej pan­ny, jak wal­czył już pa­ro­krot­nie od dnia otrzy­ma­nia jej li­stu. Lecz za­rów­no wte­dy, jak i dziś, wszel­ki wy­si­łek szedł na mar­ne. Wi­dział ją wy­raź­nie z uśmie­chem w głę­bi źre­nic i na pą­so­wych war­gach, w ko­ro­nie zło­tych wło­sów. Taką była wła­śnie na pa­mięt­nym balu.

Z tru­dem otwo­rzył oczy i spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła pią­ta. Po­chy­lił się, chcąc za­mknąć drzwicz­ki pie­ca i za­stygł rap­tem w tej po­sta­wie zgar­bio­ny, z wy­cią­gnię­tą ręką. Na jego ko­la­nie, lśniąc bo­ga­to niby zło­ta nić, le­żał dłu­gi, ko­bie­cy włos.

Ste­ele wstał z wol­na, trzy­ma­jąc włos w świe­tle. Pal­ce mu drża­ły; od­dy­chał z wy­sił­kiem. Oczy­wi­ście zło­ta nić wy­mknę­ła się z ko­per­ty, lecz on był­by przy­siągł, że po­cho­dzi ze splo­tów – tam­tej!

Z domu agen­ta do­le­ciał głę­bo­ki głos rogu, wzy­wa­ją­cy go na ko­la­cję. Ste­ele sta­ran­nie zwi­nął zło­tą nić na pal­cu i umie­ścił ją po­śród pa­pie­rów i li­stów, no­szo­nych w skó­rza­nym port­fe­lu na pier­si. Wcho­dząc do izby, w któ­rej ocze­ki­wał Bre­edy'ego, wie­dział, że twarz pło­nie mu sil­nym ru­mień­cem. Od dnia balu u Haw­kin­sa, gdy w jego dło­ni drża­ła drob­na rącz­ka, gdy czuł na twa­rzy cie­pły od­dech, a na ustach draż­nią­cą piesz­czo­tę wło­sów – nie do­znał na myśl o ko­bie­cie po­dob­ne­go wzru­sze­nia. To­też rad był, że agent zbyt jest po­chło­nię­ty wła­sny­mi tro­ska­mi, by za­uwa­żyć zmia­nę w jego ry­sach.

– Mó­wię ci, Ste­ele, że ta spra­wa gro­zi mi dy­mi­sją! – wy­wo­dził Bre­edy po­nu­ro. – Lac Bain sta­ło się obec­nie jed­ną z naj­mniej ru­chli­wych i naj­bar­dziej pod­upa­dłych fak­to­rii od Atha­ba­ski po Za­to­kę Hud­so­na. Mie­li­śmy raz po raz dwa kiep­skie se­zo­ny i wszyst­ko idzie na opak. Puł­kow­nik Bec­ker jest jed­nym z ma­che­rów Kom­pa­nii. Je­stem nie­mal pew­ny, że po­sta­no­wi, iż na­le­ży tu dać ko­goś młod­sze­go!

– Co za bred­nie! – wy­krzyk­nął Ste­ele. Lecz spoj­rzaw­szy bacz­nie na stra­pio­ną twarz agen­ta, do­dał: – Zresz­tą, wiesz co, może bym po­je­chał na spo­tka­nie tego eks­ce­len­cji? To bę­dzie coś niby po­wi­tal­ny ko­mi­tet w jed­nej oso­bie. Po dro­dze dam mu chy­trze do zro­zu­mie­nia, jak tu rze­czy sto­ją i że sprzy­się­gły się prze­ciw to­bie róż­ne nie­prze­wi­dzia­ne oko­licz­no­ści!

Bre­edy roz­pro­mie­nił się mo­men­tal­nie.

– Do­praw­dy, Fil, mógł­byś mnie ura­to­wać! Zro­bisz to? – Ależ oczy­wi­ście! Z przy­jem­no­ścią!

Po­chy­lił się nad ta­le­rzem, by ukryć ru­mie­niec, któ­ry, jak fala ognia, za­lał mu twarz.

– Pe­wien je­steś, że to star­si lu­dzie? – spy­tał na po­zór obo­jęt­nie.

– Tak przy­najm­niej pi­sał mi Ma­cVe­igh z Chur­chill. To jest pod­kre­ślił, że puł­kow­nik jest w star­szym wie­ku!

– A jego żona?

– W każ­dym ra­zie wa­riat­ka! – burk­nął Bre­edy, bez cie­nia sza­cun­ku. – Gdy­by przy­je­chał sam puł­kow­nik, by­ło­by pół bie­dy. Ale sta­ra baba, brr. Taka, to już wej­rzy w każ­dy szcze­gół i pod­ju­dzi męża prze­ciw­ko mnie! Rę­czę ci za to!

Ste­ele po­my­ślał o ro­dzo­nej mat­ce, trak­tu­ją­cej pod­wład­nych męża z góry i nie­życz­li­wie – i ro­ze­śmiał się z przy­mu­sem.

– Tak czy owak – po­cie­szał – wyj­dę im na spo­tka­nie. Niech tyl­ko Jack przy­go­tu­je mi nie­co żyw­no­ści. Ru­szę wnet po śnia­da­niu.

Był rad, gdy ko­la­cja skoń­czy­ła się wresz­cie i mógł za­pa­lić faj­kę, sa­mot­ny w czte­rech ścia­nach wła­snej cha­ty. Nie­mal z uczu­ciem wsty­du wy­jął z kie­sze­ni port­fel i do­był zeń włos, lśnią­cy zło­ci­ście w bla­sku ognia.

– Masz bzi­ka, Fil! – prze­mó­wił gło­śno. – Je­steś wa­ria­tem! Mój sta­ry, co cie­bie może ob­cho­dzić pani puł­kow­ni­ko­wa Bec­ker? Cóż stąd, że ma zło­te wło­sy, uży­wa kre­mo­we­go pa­pie­ru oraz hia­cyn­to­wych per­fum! Daj­że po­kój głup­stwom!

Roz­luź­nił pal­ce. Włos opadł ku zie­mi, a po­chwy­co­ny prze­cią­giem, znikł w ja­kimś mrocz­nym ką­cie.

Ste­ele po­ło­żył się do­pie­ro o pół­no­cy. Wstał wraz z pierw­szym, si­wym brza­skiem. Po­tem cały dzień szedł upar­cie pro­sto na wschód, po udep­ta­nym szla­ku, wio­dą­cym do fak­to­rii ku Za­to­ce Hud­so­na. Na dwie go­dzi­ny przed zmierz­chem zdjął ra­kie­ty śnież­ne, roz­bił lek­ki na­miot, zgro­ma­dził jo­dło­we łap­ki na po­sła­nie i tuż przed wej­ściem do swe­go schro­nu roz­nie­cił ogrom­ny ogień, któ­re­go tło sta­no­wi­ła po­tęż­na ska­ła. Noc jesz­cze nie za­pa­dła, gdy po­ło­żył się już, oku­ta­ny w derę, wy­cią­ga­jąc nogi w stro­nę re­flek­sów ciepl­nych, bi­ją­cych z gład­kiej opo­ki.

Miał wra­że­nie, że wo­kół jest nie­na­tu­ral­nie ci­cho. Poza świetl­nym krę­giem gęst­niał mrok, mia­ro­wo za­cie­śnia­jąc pole wi­dze­nia. Po­nu­ra sa­mot­ność za­sia­dła u wez­gło­wia Fi­li­pa. Był to gość do­tych­czas nie­zna­ny, więc Ste­ele wzdry­gnął się – pe­łen wstrę­tu i, unie­sio­ny na łok­ciu, spoj­rzał w pło­mień.

Ota­cza­ło go prze­cież to samo mil­cze­nie, ta sama mar­two­ta ta­jem­ni­czych pust­ko­wi, któ­re zwa­bi­ły go na pół­noc. Do nie­daw­na ko­chał je pra­wie. Lecz dziś smu­cił go brak ob­ja­wów ży­cia, więc wy­tę­żał oczy, chcąc się­gnąć wzro­kiem poza ska­ły i ogień, wy­tę­żał słuch, ło­wiąc nie ist­nie­ją­ce dźwię­ki. Ro­zu­miał do­sko­na­le, że tę­sk­ni do czy­jejś obec­no­ści. Wie­dział rów­nież, że nie cho­dzi tu by­najm­niej o to­wa­rzy­stwo agen­ta lub któ­re­goś z ko­le­gów – ła­pa­czy lu­dzi. Pra­gnął wi­do­ku ko­biet i męż­czyzn, zna­nych daw­niej, a sta­no­wią­cych cząst­kę jego świa­ta. Trwa­jąc z za­ci­śnię­ty­mi rę­ko­ma i sku­pio­nym wy­ra­zem źre­nic, czuł, że przede wszyst­kim tę­sk­ni do niej. Jej oczy, jej usta, jej sło­necz­ne wło­sy to­wa­rzy­szy­ły mu po ty­lo­mie­sięcz­nym nie­wi­dze­niu. Ku­szą­ca twarz uśmie­cha­ła się po­wab­nie, wy­glą­da­jąc spo­śród pło­mie­ni; nę­ci­ła go, przy­zy­wa­ła z po­wro­tem. Może ustą­pi?

Zwarł dło­nie tak moc­no, aż pa­znok­cie we­szły w cia­ło, i za­klął szpet­nie. W tym od­ru­chu wię­cej było roz­pa­czy niż gnie­wu. Wresz­cie znu­że­nie ra­czej ani­że­li chęć snu przy­mknę­ło mu po­wie­ki i le­żąc na wznak – zdrzem­nął się. Jed­no­cze­śnie ko­bie­ca twarz spły­nę­ła bli­żej, bli­ziut­ko, tuż, prze­ma­wia­jąc ru­chem warg i grą oczu. Usły­szał po­now­nie dźwięcz­ny, dziew­czę­cy śmiech, któ­ry go tak cza­ro­wał. Brzę­czał od­le­gły szum i gwar in­nych gło­sów, oraz zu­peł­nie wy­raź­ny głos mło­de­go Ches­bro. Na pa­mięt­nym balu jego nie­spo­dzie­wa­ne na­dej­ście w samą porę otrzeź­wi­ło Ste­ele'a i po­zwo­li­ło mu opa­no­wać wzbu­rzo­ne ner­wy.

Fi­lip po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, a po chwi­li, unie­sio­ny na łok­ciu, spoj­rzał w ogień. Zda­wa­ło mu się, że Ches­bro prze­ma­wia nadal i rap­tem za­dy­go­tał cały, gdyż wy­raź­nie usły­szał śmiech ko­bie­cy. Pe­łen zdu­mie­nia siadł na po­sła­niu, jak gdy­by pod­rzu­co­ny sprę­ży­ną, i wy­trzesz­czył oczy. Sen czy jawa?

Ogni­sko pło­nę­ło ja­skra­wo i to jed­no już świad­czy­ło nie­zbi­cie, że drze­mał za­le­d­wie krót­ką chwi­lę.

Ruch w mro­ku, skrzyp kro­ków na śnie­gu i w ob­ręb świa­tła wstą­pi­ła ja­kaś po­stać.

Była to ko­bie­ta!

Ste­ele zdła­wił krzyk rwą­cy mu się na war­gi i sie­dział bez ru­chu, niby ska­mie­nia­ły. Po­stać dała jesz­cze je­den krok, za­glą­da­jąc jed­no­cze­śnie w ciem­ne wnę­trze na­mio­tu. Fi­lip do­strzegł błysk pło­mie­nia na kosz­tow­nym fu­trze, biel ręki i przez mgnie­nie roz­róż­nił twarz. Ze­sztyw­niał jesz­cze bar­dziej. Uśmiech­nę­ły się do nie­go we­so­łe oczy i śnież­ne zęby, za­dźwię­czał ra­do­sny śmiech, po czym twarz zni­kła. Lecz on ga­pił się wciąż jesz­cze, jak gdy­by usi­łu­jąc wy­wo­łać ją na nowo.

Wresz­cie oprzy­tom­niał. Kaszl­nął, chcąc uprze­dzić, że nie śpi, od­rzu­cił derę i wy­szedł z na­mio­tu. Obok ogni­ska, po pra­wej jego stro­nie, sta­li męż­czy­zna i ko­bie­ta, po­chy­le­ni, grze­jąc ręce. Na od­głos kro­ków wy­pro­sto­wa­li się obo­je.

– Do­praw­dy, nie­zmier­nie mi przy­kro, pa­nie Ste­ele! – za­wo­łał męż­czy­zna, spiesz­nie dą­żąc na spo­tka­nie Fi­li­pa. – Zbu­dzi­li­śmy pana nie­chcą­cy! Mie­li­śmy wła­śnie roz­bić obóz na jed­nym ze wzgórz, ale, wi­dząc ogień, po­de­szli­śmy bli­żej. Prze­pra­szam naj­moc­niej!

– Ależ za żad­ne skar­by świa­ta nie chciał­bym się z pań­stwem roz­mi­nąć! – za­pro­te­sto­wał Ste­ele, uj­mu­jąc wy­cią­gnię­tą rękę. – Idę z Lac Bain na spo­tka­nie puł­kow­ni­ka Bec­ke­ra i…

Urwał roz­myśl­nie, a bia­łe zęby bły­snę­ły mu w we­so­łym uśmie­chu, któ­re­go nie­znier­na szcze­rość nie­wo­li­ła ludz­kie ser­ca.

– Wła­śnie pan ich spo­tkał! – uzu­peł­nił we­so­ły głos. – Czy da­ru­je mi pan, pa­nie Ste­ele, że zaj­rza­łam do na­mio­tu i zbu­dzi­łam stru­dzo­ne­go wę­drow­ca? Ale pana nogi wy­sta­wa­ły na ze­wnątrz i były ta­kie śmiesz­ne! Za­pew­niam zresz­tą, że nie wi­dzia­łam nic po­nad­to, cho­ciaż okrop­nie wy­trzesz­cza­łam oczy. Za to od razu spo­strze­głam pana imię i na­zwi­sko, wy­pi­sa­ne na ścia­nie na­mio­tu!

Ste­ele po­czuł, że ru­mie­ni się gwał­tow­nie pod na­po­rem ślicz­nych źre­nic, spo­glą­da­ją­cych nań spo­za ra­mion puł­kow­ni­ka. Ko­bie­ta uśmie­cha­ła się przy­jaź­nie. Wo­bec cie­pła, bi­ją­ce­go z ogni­ska, od­rzu­ci­ła do tyłu fu­trza­ny kap­tur i Fi­lip stwier­dził, że jej wło­sy mają od­cień czer­wo­ne­go zło­ta, zaś oczy, usta i twarz są nie­mal od­bi­ciem tych, o któ­rych śnił przed chwi­lą. Szcze­rze mó­wiąc, był pra­wie pe­wien, iż spo­tka mło­dą i ład­ną isto­tę, jed­nak wy­jąt­ko­wy urok dziew­czę­cych ry­sów przy­pra­wił go o za­wrót gło­wy. Nie mógł ode­rwać oczu od wio­śnia­nej po­sta­ci. Oprzy­tom­niał rap­tem, zda­jąc so­bie jed­no­cze­śnie spra­wę z nie­wła­ści­wo­ści po­dob­ne­go za­cho­wa­nia.

– Spa­łem moc­no i – śni­łem – wy­beł­ko­tał, a wraz z mową wró­ci­ły mu rów­nież pew­ność sie­bie i oby­cie to­wa­rzy­skie, to­też cią­gnął da­lej gło­sem zu­peł­nie na­tu­ral­nym. – Śni­łem o pew­nej ko­bie­cej twa­rzy i oczy­wi­ście za­sko­czy­ło mnie przy­by­cie pań­stwa! Po­nad­to oso­ba, o któ­rej mó­wię znaj­du­je się o ty­sią­ce mil stąd, lecz jest tak nie­zwy­kle po­dob­na do pani, puł­kow­ni­ko­wo!

Spoj­rzał na pana Bec­ke­ra. Puł­kow­nik śmiał się, szcze­rze uba­wio­ny. Był ma­łe­go wzro­stu, pro­sty niby lufa fu­zji, bla­dy, z wy­jąt­kiem nosa, czer­wo­ne­go od mro­zu. Miał kli­no­wa­tą bród­kę, rów­nie srebr­ną, jak śnieg pod sto­pa­mi. Twarz, wi­docz­na po­mię­dzy sze­ro­kim koł­nie­rzem fu­tra i bo­bro­wą czap­ką, pro­mie­nia­ła ra­do­ścią.

– Do­praw­dy, moc­no się cie­szę, Ste­ele, że ci hu­mor słu­ży! – za­wo­łał, z punk­tu obie­ra­jąc ko­le­żeń­ski ton. – Mu­szę jed­nak za­zna­czyć, że gdy­by nie Iza, nikt by panu snu nie prze­rwał! Ale upar­ła się, że musi zo­ba­czyć kto i co – jak to ko­bie­ta! No, ko­cha­nie, je­steś te­raz za­do­wo­lo­na?

– W każ­dym ra­zie nie przy­pusz­cza­łam, że ktoś bę­dzie spał o tak wcze­snej po­rze! – od­par­ła pani Bec­ker.

Buch­nę­ła śmie­chem wprost w twarz Fi­li­pa, a wy­dę­cie jej pur­pu­ro­wych warg było tak za­lot­nie ku­szą­ce, tak prze­kor­ny był blask oczu, aż Ste­ele uczuł, jak krew ude­rza mu do gło­wy.

– Istot­nie, do­pie­ro szó­sta! – rzekł, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. – Za­zwy­czaj czu­wam o wie­le dłu­żej. Ale tym ra­zem by­łem nie­co zmę­czo­ny, choć już naj­zu­peł­niej wy­po­czą­łem! – do­dał szyb­ko w oba­wie, że jego sło­wa mogą być źle zro­zu­mia­ne. – Sie­dział­bym chęt­nie i ga­wę­dził do rana! Tu się tak rzad­ko spo­ty­ka lu­dzi stam­tąd! A gdzie po­ga­nia­cze?

– Zo­sta­li tam! – od­parł puł­kow­nik, wska­zu­jąc dło­nią mrocz­ną dal. – Iza ka­za­ła im spo­cząć, pod­czas gdy my szli­śmy na zwia­dy. Jest dwóch In­dian, dwo­je sań i sto­sy wszel­kich gra­tów!

– Moż­na by ich tu przy­wo­łać! – ra­dził Fi­lip. – Na­miot pań­stwa zmie­ści się świet­nie obok mego, na wprost tej ska­ły. Grze­je jak praw­dzi­wy piec!

Puł­kow­nik uczy­nił kil­ka­dzie­siąt kro­ków, wra­ca­jąc po wła­snych śla­dach, i huk­nął na po­ga­nia­czy. Fi­lip od­wró­cił się i spoj­rzał na pa­nią Bec­ker. Wle­pi­ła weń oczy, wy­zby­te już ro­ze­śmia­nych iskier. Była jak­by tro­chę nie­śmia­ła i nie­pew­na. Przez chwi­lę miał wra­że­nie, że chce mu coś po­wie­dzieć, lecz rap­tem po­chy­li­ła się, uję­ła krót­ki pa­tyk i za­czę­ła nim grze­bać w ogni­sku.

– Pani jest za­pew­ne moc­no zmę­czo­na – rzekł Ste­ele. – Po­nie­waż tu tak cie­pło, ra­dził­bym zrzu­cić to cięż­kie okry­cie. Bę­dzie o wie­le wy­god­niej. Za­raz roz­ście­lę der­kę, by pani mo­gła spo­cząć.

Wszedł do na­mio­tu i wró­cił po chwi­li, nio­sąc gru­by koc. Roz­po­starł go sta­ran­nie u stóp wiel­kiej so­sny, o pół tu­zi­na kro­ków od ogni­ska. Tym­cza­sem pani Bec­ker, zrzu­ciw­szy już okry­cie, sta­ła przed nim szczu­pła i dziew­czę­co gięt­ka. Uśmie­cha­ła się cza­ru­ją­co w po­dzię­ko­wa­niu za tro­skli­wość i usia­dła w wy­god­nym gniazd­ku, któ­re dla niej wy­mo­ścił. Przez chwi­lę po­chy­lał się nad nią, otu­la­jąc ko­la­na i sto­py fu­trza­ną derą. Z gę­stwy wło­sów ude­rzył mu w twarz słod­ki za­pach, niby kwiet­nej grzę­dy, aż za­dy­go­tał cały i za­ci­snął szczę­ki.

Gdy wy­pro­sto­wał się, puł­kow­nik stał opo­dal, uśmie­cha­jąc się do­myśl­nie. Z wy­ra­zu oczu, prze­bie­ga­ją­cych bez­u­stan­nie z twa­rzy Izy na jego wła­sną twarz, Ste­ele wy­wnio­sko­wał, że mu­siał się czymś zdra­dzić. To­też był ogrom­nie rad sły­sząc, że In­dia­nie już nad­cho­dzą. Śpiesz­nie ru­szył ku nim, a po­ma­ga­jąc wy­ła­do­wy­wać sa­nie oraz wią­zać psy klął w my­śli sza­leń­czy żar krwi i nie­po­ko­ją­ce wi­zje mó­zgu. Wra­ca­jąc do ogni­ska, omal nie za­klął na cały głos. Już z da­le­ka do­strzegł, że puł­kow­nik sie­dzi pod so­sną, wspar­ty ple­ca­mi o pień, a Iza tuli się do nie­go i z gło­wą na ra­mie­niu męża szep­cze mu coś z uśmie­chem, nie­mal usta w usta.

Przy­sta­nął na mo­ment nie­pew­ny, czy wol­no mu prze­rwać czu­łą sce­nę, i wła­śnie w tej chwi­li zo­ba­czył, jak mło­da ko­bie­ta na­gi­na ku so­bie star­czą twarz, ca­łu­jąc ją ser­decz­nie. Wi­dząc szcze­rą ra­dość tych dwoj­ga, Ste­ele zro­zu­miał rap­tem, że od­tąd wi­ze­ru­nek za­lot­nej pan­ny z da­le­kie­go mia­sta zmierzch­nie w jego wy­obraź­ni, na­to­miast do koń­ca ży­cia wry­je mu się w pa­mięć ten wdzięcz­ny ob­ra­zek, uoso­bie­nie mi­ło­ści ta­kiej, ja­kiej za­wsze pra­gnął, o ja­kiej za­wsze ma­rzył i któ­rą zna­lazł wresz­cie, nie­ste­ty – nie dla sie­bie!

Ru­szył znów na­przód, roz­myśl­nie gło­śno miaż­dżąc bu­ta­mi śnieg, ą na chrzęst cięż­kich stąp­nięć Iza pod­nio­sła nań oczy dzie­cin­nie czy­ste. Puł­kow­nik spoj­rzał rów­nież, z do­brym uśmie­chem w głę­bi źre­nic. Ste­ele uczuł na­gle, jak mu ser­ce za­le­wa ogrom­na ra­dość. Opadł na­lot sa­mot­no­ści i tę­sk­no­ty, gnio­tą­cy go do nie­daw­na. Gdy zaś po dłu­giej po­ga­węd­ce przy ogni­sku Iza spy­ta­ła sen­nie, czy wol­no jej spo­cząć, ro­ze­śmiał się we­so­ło, pa­trząc, jak ser­decz­nie tuli ró­ża­ny po­li­czek do per­ga­mi­no­wej twa­rzy puł­kow­ni­ka, pod­czas gdy mąż, nio­sąc nie­mal, pro­wa­dzi ją do na­mio­tu.

Fi­lip otu­lił się ko­cem i le­żał dłu­gi czas, roz­trzą­sa­jąc dzi­wacz­ny splot dzi­siej­szych wy­da­rzeń. Z wol­na my­śli zmą­cił sen, więc, pół­przy­tom­ny, ma­rzył o zło­tych wło­sach ko­bie­ty sie­dzą­cej na śnie­gu, pod so­sną. Zda­wa­ło mu się, że jest to ta sama dziew­czy­na, któ­ra po­cią­ga­ła go tak sil­nie na balu u Haw­kin­sa, jed­nak prócz ze­wnętrz­ne­go pięk­na, zdo­by­ła te­raz pięk­no ser­ca i du­szy. Po­znał, że stę­sk­nił się za nią nie­zmier­nie. Śnił całą noc, że tuli ją w ra­mio­nach. Lecz, gdy zbu­dził się ran­kiem, wie­dział już, że to tyl­ko mrzon­ki, tyl­ko złu­dy, że jego sło­necz­na dziew­czy­na jest żoną puł­kow­ni­ka Bec­ke­ra.ROZ­DZIAŁ III CZASZ­KA I FLIRT

Do Lac Bain przy­by­li do­pie­ro nad wie­czo­rem i Ste­ele, w krót­kich sło­wach przed­sta­wiw­szy agen­ta puł­kow­ni­ko­wi oraz jego żo­nie, śpiesz­nie po­dą­żył do swo­jej cha­ty. W pro­gu na­tknął się na Buc­ky Nome'a. Obaj męż­czyź­ni wi­dzie­li się po raz ostat­ni przed mie­sią­cem, w Nel­son Ho­use, lecz Ste­ele wi­tał ko­le­gę ra­czej chłod­no, bez cie­nia ser­decz­no­ści.

– Idę im zło­żyć swe usza­no­wa­nie! – wy­ja­śniał Nome, przy­sta­jąc na chwi­lę. – Psia służ­ba, Ste­ele! Jak­że ci się po­do­ba to niań­cze­nie zmar­z­nię­tej żony sta­re­go puł­kow­ni­ka, czy też zmar­z­łe­go puł­kow­ni­ka sta­rej żony?

Ste­ele jak­by ze­sztyw­niał, słu­cha­jąc idio­tycz­nej ga­wę­dy. Rap­tem od­wró­cił się i syk­nął w ślad za od­cho­dzą­cym:

– Przy­po­mnij so­bie, ja­keś łgał w Nel­son, byle otrzy­mać po­dob­ną funk­cję! A czy pa­mię­tasz jesz­cze, co z tego wy­ni­kło?

– A to­bie za­zdrość? – od­pa­ro­wał Nome, chi­cho­cząc szy­der­czo. –Na woj­nie i w mi­ło­ści, mój dro­gi, do­zwo­lo­ne są wszel­kie for­te­le! Tam zaś była mi­łość, krót­ko­trwa­ła, nie prze­czę, ale jed­nak mi­łość! He, he…

Ste­ele za­ci­snął war­gi i, wcho­dząc do cha­ty, za­trza­snął za sobą drzwi. Nie po raz pierw­szy Buc­ky Nome chi­cho­tał lu­bież­nie na wzmian­kę o tam­tej ko­bie­cie. Ta pod­łość wła­śnie wzbu­dzi­ła w ser­cu Fi­li­pa nie­na­wiść do ko­le­gi. Fi­zycz­nie bo­wiem Nome był wspa­nia­łym oka­zem i bez­sprzecz­nie naj­przy­stoj­niej­szym męż­czy­zną w po­li­cji na pół­noc od Win­ni­peg. To­też, pod­czas gdy to­wa­rzy­sze po­gar­dza­li nim z po­wo­du wie­lu brud­nych spra­wek, ko­bie­ty lgnę­ły doń im­pul­syw­nie, za­nim, zbyt póź­no za­zwy­czaj, nie po­zna­ły ca­łej głę­bi jego ze­psu­cia.

Wła­śnie na tym tle ro­ze­gra­ła się nie­daw­no po­nu­ra tra­ge­dia w Nel­son Ho­use, na wspo­mnie­nie któ­rej Fi­lip miał ocho­tę zdu­sić wła­sny­mi rę­ko­ma pięk­ne­go uwo­dzi­cie­la. Cie­kaw je­stem, co bę­dzie te­raz? – my­ślał. Wzdry­gnął się, niby pod stru­mie­niem zim­nej wody, lecz na­tych­miast buch­nął we­so­łym śmie­chem, uprzy­tom­nia­jąc so­bie dzie­cię­cą czy­stość wej­rze­nia mło­dziut­kiej puł­kow­ni­ko­wej.

Śmiał się nadal, wy­cią­ga­jąc spod tap­cza­na swój ple­cak, lecz we­so­łość w nim wy­ga­sła. Z ple­ca­ka wy­do­był pa­ku­nek, owi­nię­ty w mięk­ką brzo­zo­wą korę, po od­rzu­ce­niu któ­rej zo­sta­ła mu w dło­ni tru­pia czasz­ka. Był to cze­rep sa­mo­bój­cy, przy­wie­zio­ny z po­łu­dnia. Ste­ele za­chi­cho­tał wy­mu­sze­nie, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem mrocz­ne wnę­trze cha­ty. U bel­ko­wa­nia su­fi­tu dyn­da­ła wiel­ka, olej­na lam­pa, opa­trzo­na w bla­sza­ny re­flek­tor. Po chwi­li na­my­słu Fi­lip uwie­sił czasz­kę tuż pod nią.

– Przy­ozda­biasz całą izbę, pa­nie Je­anet­te! – za­wo­łał, nie spusz­cza­jąc oczu z bia­łej kuli, roz­chwia­nej lek­ko u koń­ca rze­mie­nia. – Klnę się na Boga, że Buc­ky Nome cię po­zna, choć żyć prze­sta­łeś!

Za­pa­liw­szy mały ka­ga­nek ogo­lił się sta­ran­nie i zmie­nił ubra­nie. Nim skoń­czył to­a­le­tę, za­pa­dła ab­so­lut­na ciem­ność, lecz Nome nie wra­cał. Ste­ele wy­cze­kał jesz­cze kwa­drans, po czym wło­żył fu­tro i czap­kę, zga­sił ka­ga­nek, za­pa­lił lam­pę z re­flek­to­rem i ru­szył ku drzwiom. W pro­gu przy­sta­nął i obej­rzał się. Spo­tkał mar­twe wej­rze­nie tru­pich oczo­do­łów. Na bia­łej ko­ści, nad uchem, czer­niał wy­raź­nie krą­gły, szar­pa­ny otwór.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: