Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

SurvivaLove starcia - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
13 kwietnia 2023
Ebook
42,90 zł
Audiobook
46,90 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

SurvivaLove starcia - ebook

Potyczki słowne, burzliwe starcia, elektryzujące slow burn i hate-love.

Pikantna komedia romantyczna, która rozpali Twoją wyobraźnię i będzie trzymać Cię w napięciu do samego końca.

Od początku miałam przeczucie, że ten wyjazd służbowy to będzie tragedia. Stwierdziłam jednak: ogarnę, załatwię, dam radę. Jestem inteligentną, doświadczoną zawodowo i życiowo kobietą. Na pewno znajdę wyjście z tej okropnej sytuacji.

Ale nie znajduję.

Już pierwszego dnia podróży los rzuca mi kłodę pod nogi. A konkretniej gigantyczny, nadęty drewniany kloc – rodzaj męski, gatunek norweski, wielki na jakieś dwa metry i tak irytujący, że tracę przy nim zdolność logicznego rozumowania, wychodząc tym samym na idiotkę..

Za jakie grzechy muszę z nim pracować?!

Zrzędliwy drewniak! Przerośnięty wiking! Dam sobie rękę uciąć, że gdy był niemowlakiem, matka zamiast kocykiem nakrywała go dywanem. W dodatku rósł tak szybko, że mózg nie nadążył za resztą. I oto mamy tego skutki. Totalna katastrofa!

Przyznaję. Możliwe, że znaleźliśmy się w tym beznadziejnym położeniu również z mojej winy.

Ale spokojnie, jutro na pewno ktoś po nas przyleci i skończy się ten koszmar.

Przyleci, prawda?

Prawda?!!!

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-966671-2-0
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Normalnie pożar w burdelu.

– Jak to: mam lecieć sama? – Siedzę sztywno na krześle obrotowym i przyciskam telefon do ucha tak mocno, że piecze mnie małżowina. – Przecież wiecie, że nie wyraziłam zgody na tego typu wyjazdy. Macie wszystko w papierach. Pracuję w tej firmie piętnaście lat i nigdy, przenigdy nie odbyłam samotnie podróży służbowej. – Jestem cała spocona na myśl o nocowaniu w pustym pokoju hotelowym. Serce kołacze mi tak mocno, że unosząca się i opadająca klatka piersiowa zaraz rozerwie podkoszulek na strzępy i kolega z sąsiedniego biurka otrzyma darmowy striptiz.

– Wiem, wiem. – Kaśka z HR-ów wzdycha ciężko w słuchawkę. – Nic nie poradzę. To zalecenie z góry. Z polskiej filii jedziesz tylko ty, bo znasz język i kulturę Grecji. Z oddziału norweskiego też została wytypowana jedna osoba.

– To zakwaterujcie mnie razem z nią.

– Z nim. I to nie wchodzi w grę.

– Dlaczego? Mogę być w pokoju z obcym mężczyzną – panikuję.

Ba, mogę nocować nawet z całą drużyną piłkarską. Byle nie sama!

– To syn prezesa. Zażyczył sobie apartament z wydzieloną sypialnią wyłącznie do swojej dyspozycji.

– Cały apartament? Ile metrów?

– Pięćdziesiąt sześć.

– A to gówniarz jeden. Moje mieszkanie ma mniej, a żyję w nim z córką i psem.

– Kora, to syn szefa – podkreśla znacząco Kaśka, jakbym była opóźniona umysłowo. – Przykro mi.

„Przykro”! Jej jest przykro, a ja zejdę zaraz na zawał. Sapię ciężko, mam coraz większe trudności w oddychaniu. Myślę, szukam rozwiązania, jak wybrnąć z tej tragicznej sytuacji. Przecież nie przetrwam tam nocy. Leków nie zażyję, bo będę po nich chodzić jak zombie i nie przepracuję efektywnie ani jednego dnia. Mogłabym wykupić bilet i dokwaterować na własny koszt Agę, ale jest październik. Córka właśnie rozpoczęła studia. Dwa tygodnie przerwy od wykładów nie wchodzą w grę.

– Mogę chociaż zabrać psa? Załatwię wszelkie formalności – mówię błagalnie. Zrobię wszystko, żeby tylko słyszeć nocą czyjś oddech w pobliżu.

– Poczekaj, sprawdzę na stronie przewoźnika… – W słuchawce rozlega się stukot klawiatury komputerowej, a ja wstrzymuję oddech.

Boże, proszę, błagam. Spraw, abym mogła polecieć z Gienkiem.

Cała spięta czekam na odpowiedź, modląc się do świętych w niebie.

– Niestety – oznajmia Kaśka. – Chyba że jest to pies przewodnik – dodaje po dłuższym milczeniu.

Ja pierdolę. Opadają mi ręce. Dosłownie. Upuszczam telefon na biurko, pochylam się i walę czołem w blat. Raz, drugi, trzeci. Mój wzrok wyłapuje długopis leżący tuż obok i nagle wpadam na szalony pomysł. Waham się. W głowie niespodziewanie rozbrzmiewa chrapliwy głos desperacji: „Zrób to. Teraz. Prosto w oko”.

W sumie? Niegłupi pomysł. Może jednak w powiekę, a nie w oko? Chwilę poboli, ale będzie pretekst ku temu, żeby założyli mi na SOR-ze opatrunek. I wtedy pies przewodnik okaże się jak najbardziej wskazany.

– Kora, jesteś tam? – Z makabrycznych rozważań wyrywa mnie głos Kaśki.

Anioł Stróż czuwa, a diaboliczna myśl ucieka w popłochu. Unoszę się z trudem, opieram o fotel i przykładam słuchawkę do ucha.

– Jestem – odpowiadam z jękiem. – Kiedy lot?

– Za trzy dni.

Szkoda, kurwa, że nie jutro!

– Co mu się tak spieszy z tą inwestycją? To aż takie pilne?

– Najwyraźniej. Dawid z finansów twierdzi, że prezes się rozwodzi. – Kaśka ścisza konspiracyjnie głos, jakby się obawiała, że Knut Borgen usłyszy ją aż w Norwegii. – Zamierza jak najszybciej przepisać majątek na młodszego syna, który zainwestuje całość w nowy biznes.

– Znowu się rozwodzi? Przecież to jego czwarta żona.

– Kto bogatemu zabroni?

– Racja. Dobrze chociaż, że Markus jest ogarnięty. Może załatwimy to szybko, sprawnie i wrócimy w try miga do domu.

Przywołuję w pamięci ostatnie spotkanie w Norwegii, na którym poznałam synów Knuta: Markusa – z drugiego małżeństwa szefa z Włoszką, Larsa – z trzeciego małżeństwa z Hiszpanką, i Henrika – z czwartego małżeństwa z Norweżką. Podobno prezes ma też dziecko z pierwszą żoną Polką, którą poznał podczas zakładania naszej filii w latach siedemdziesiątych, ale na temat tego małżeństwa nikt nic nie wie. Ten rozdział życia Knuta owiany jest tajemnicą.

Nie ulega jednak wątpliwości, że nasz prezes to pies na baby. Co kraj, to kobita. Wszyscy z jego otoczenia wiedzą, że zdradzał, zdradza i będzie zdradzać, mimo to zawsze trafi się jakaś naiwna istota, która postanowi zostać jego żoną. I trudno się dziwić, facet jest bajecznie bogaty, inteligentny. W dodatku, jak na swoje siedemdziesiąt pięć lat, nadal przystojny i w zadziwiająco dobrej formie – pomimo tego, że jest po operacji wszczepienia bajpasów.

Markus, z którym polecono mi się spotkać w Grecji w celach inwestycyjnych, ma trzydzieści trzy lata i ogromny apetyt na życie. Podejrzewam, że to sprawka włoskich genów matki. Jest rozmowny, rozrywkowy i ma łeb do interesów (to ostatnie najwyraźniej odziedziczył po ojcu). Dobrze nam się ostatnio rozmawiało. Może jednak uda mi się go namówić do współdzielenia pokoju? Sprawiał wrażenie naprawdę wyluzowanego.

– Dobra, kupuj bilety, ale z pokojem się wstrzymaj – oświadczam. – Postaram się złapać Markusa przed wyjazdem i obgadać z nim kwestię zakwaterowania.

– Tym razem to Norwegia zajmuje się bookingiem. Z nimi rozmawiaj.

– Dobra, dzięki. Już do nich dzwonię. Na razie. – Rozłączam się i od razu wybieram numer do centrali naszej firmy.

Dupa. Wielka dupa! Okazuje się, że wszystko już zarezerwowano. Laska zajmująca się organizacją podróży jest tak chętna do współpracy jak mój pies do jedzenia brokułów. Cholerna mimoza z flegmatycznym głosem! „Nic nie da się zrobić. To nie zależy ode mnie. Takie dostałam wytyczne. Może na miejscu zdołasz zamienić pokój”.

Wrrr.

Próbuję się dodzwonić do Markusa, ale nie ma go w pracy. Udaje mi się zdobyć jego numer komórkowy. Niestety nie odbiera. Piszę SMS-y, nagrywam się na pocztę głosową i powoli zaczynam panikować.

Spokojnie. Są jeszcze inne rozwiązania. Wybieram pierwszy numer z ulubionych kontaktów.

– To Grecja. Uwielbiasz Grecję – namawiam Ulę, z którą przyjaźnię się od dwudziestu lat.

– Uwielbiam i wiesz, że najchętniej poleciałabym na Rodos z tobą nawet dzisiaj, ale mam rozpisany grafik operacji na cały miesiąc. Nie dam rady, kochana. Szpital cierpi na deficyt anestezjologów. Przykro mi.

Kolejna, której jest przykro. Nawet nie usiłuję jej przekonywać. Nie wygram z pacjentami w potrzebie. Z bólem tyłka wybieram kolejny numer.

– Siostra, czy ty jesteś poważna? Karmię piersią! Nie zostawię małego na tydzień.

– Możesz odciągnąć pokarm. Zamrozić mleko. Adam na pewno sobie poradzi, a ty wreszcie odpoczniesz. Przecież jesteś zmęczona.

– To prawda, jestem – przyznaje Hania, a ja kuję żelazo, póki gorące.

– No, to sobie poleżysz na plaży, wymoczysz się w morzu, pozwiedzasz. Relaks z all inclusive. Ja za wszystko płacę.

W słuchawce rozlega się westchnienie. Po nim cisza. Kolejne westchnienie.

– Dorzucam do tego wynajęcie auta. Może kabriolet? – zachęcam i wyczekuję z nadzieją na zbawienne słowa: „No dobra, pojadę”, lecz zamiast nich słyszę:

– Nie mogę. Przykro mi.

Jasna cholera! Jak ja nienawidzę tego pieprzonego „przykro mi”! Niby jego znaczenie jest pozytywne, bo osoba, która go używa, wyraża smutek. Ale zwrot ten wiąże się z odmową, więc tak naprawdę ma charakter negatywny. Po co więc to mydlenie oczu? Już wolałabym z grubej rury: „Nie. Radź se sama”.

A może jego zastosowanie oznacza, że istnieje jednak cień szansy?

Sprawdzam.

– Błagam cię, proszę, Haniu. Jestem w podbramkowej sytuacji. Wiesz, że nie dam sobie rady sama. Nie wiem, co mam robić – urabiam przyrodnią siostrę, jak tylko potrafię, zmieniając przy tym głos na płaczliwy, bezbronny, wręcz infantylny.

Baba po czterdziestce. Wstyd! Zrozumie wyłącznie ten, kto kiedykolwiek przeżył paniczny lęk.

– Rozumiem cię, Koruś, i szczerze ci współczuję, ale naprawdę nie mogę z tobą polecieć – odpowiada Hania takim głosem, jakbym to ja była jej młodszą siostrą, a nie ona moją. – Adam pracuje całymi dniami i w nocy śpi tak mocno, że nawet dziesięcioro wrzeszczących dzieciaków by go nie obudziło. Nie zostawię z nim Jasia. Już zapomniałaś, jak to jest być matką niemowlaka?

Czy zapomniałam? Na samo wspomnienie mojego wczesnego macierzyństwa mam ochotę zrobić sobie lobotomię przedczołową i uszkodzić struktury mózgowia odpowiedzialne za pamięć.

– Nie zapomniałam – wzdycham, a przed oczami stają mi te wszystkie nieprzespane noce, kiedy razem z Mateuszem jeździliśmy po mieście z Agą w foteliku po to tylko, by przespać się dwie godziny na parkingu w samochodzie przy włączonym silniku. Omal nie zbankrutowaliśmy przez wydatki na paliwo. Dobrze chociaż, że w ciągu dnia pomagała mi mama. Gdyby nie ona, umarłabym z przemęczenia.

I nagle wpadam na genialny pomysł.

– O! To może mama zostanie z wnusiem? – proponuję z entuzjazmem.

– O! To może mama poleci z tobą? – przedrzeźnia mnie Hanka i wtedy w tle rozlega się płacz dziecka. – Kończę. Mały się obudził. – Rozłącza się bez pożegnania, a ja padam wykończona na łóżko.

„To może mama poleci z tobą?” Dobre sobie. Matka prócz tego, że na starość zrobiła się koszmarną marudą, to śmiertelnie boi się latać. To drugie stanowiło zresztą jedną z przyczyn rozstania z moim ojcem. Tata był tak zżyty ze swoją rodziną, że najchętniej spędzałby w Grecji cały urlop i każde święto. Matka bała się latać, tata niechętnie jeździł autem w długie trasy, więc gdy byłam mała, zabierał mnie samolotem na lato do dziadków, a ją zostawiał samą w Polsce. To były najwspanialsze wakacje w moim życiu. Dopóki nie poszłam do liceum. Wtedy miałam już swoich znajomych, z którymi wybierałam się na łódki i spływy kajakowe. Ojciec więc odwiedzał krewnych sam. Tak latał do tej Grecji, tak latał, aż przeleciał jakąś rodaczkę i zrobił jej dziecko. Tym oto sposobem zostałyśmy z mamą same, a ja zyskałam przyrodnią siostrę od strony ojca – Elenę.

Sześć lat później kolejną, tym razem od strony mamy – Hanię. Matka ponownie wyszła za mąż, ale rozwiodła się po pięciu latach. Zdaniem mojej terapeutki porzucenie nas przez ojca, gdy miałam siedemnaście lat, wpłynęło na to, że dosyć szybko założyłam własną rodzinę. Zupełnie jakbym chciała zrekompensować sobie braki i utwierdzić się w głupim przekonaniu, że do szczęścia i poczucia bezpieczeństwa potrzebuję oparcia w mężczyźnie.

Czy żałuję, że w wieku dwudziestu trzech lat wyszłam za mąż i urodziłam dziecko? Nie. Kiedy Aga pojawiła się na świecie, wzięłam dziekankę, a po roku wróciłam na studia, które skończyłam dzięki pomocy mamy i Mateusza. Kochałam go, on mnie, nasza córka okazała się najcudowniejszym dzieckiem, jakie mogłabym sobie wymarzyć. No może prócz pierwszych pięciu miesięcy po narodzinach. Tak skubana wyła nocami, że poważnie rozważałam, czy nie oddać jej na wychowanie wilkom. Kolki, ulewania, brak snu. Zimna kawa, wycieńczenie psychiczne i fizyczne. Jako świeżo upieczona matka byłam przerażona życiem rodzinnym. Miałam dość. Ale przetrwałam. Przetrwaliśmy – ja i Mateusz.

Niestety między nami zaczęło się psuć. Na początku studiów byliśmy tylko ja i on – zgodni, zakochani, rozumieliśmy się bez słów. Wspólne wypady w góry, imprezy ze znajomymi, puby, dyskoteki, namiętny seks. Gdy urodziła się Aga, całe nasze życie wywróciło się do góry nogami. Wkroczyła nowa rzeczywistość. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że jesteśmy już dorośli, zostaliśmy rodzicami, doszły nam nowe obowiązki, a czasu wyłącznie we dwoje było coraz mniej.

Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Stopniowo. Powoli. Wręcz niezauważalnie. Studia, później praca, dziecko, dom – to były nasze priorytety. Sądziłam, że to normalne, że taka jest kolej rzeczy. W miejscu namiętności pojawiło się stałe uczucie, ze znajomymi widywaliśmy się na sobotnim grillu zamiast w pubie na piwie, a wypady we dwoje zastąpiliśmy wakacjami rodzinnymi.

Wydawało mi się, że tak wygląda dorosłość. Spokojnie, bez porywów, w stabilizacji. Aż w końcu po siedemnastu latach małżeństwa…

– Chcę wziąć ślub – oświadcza Mateusz ni z gruszki, ni z pietruszki, kiedy ja właśnie szykuję kolację w piątkowy wieczór.

– Odnowić przysięgę? Niby po co? – Odcedzam makaron. Jeszcze tylko potrząśnięcie durszlakiem pięć razy, polanie sosem i pasta gotowa. Boże, ale jestem głodna.

– Nie rozumiesz. – Siedzi przy kuchennym stole i wpatruje się we mnie dziwnym wzrokiem. – Chcę wziąć ślub z kimś innym. Jestem zakochany.

Cedzak ląduje na podłodze. Kluski rozbryzgują się na posadzce. Pierwsza myśl: „Kurwa, to była ostatnia paczka makaronu. I co ja teraz zrobię na kolację?”. Druga: „W zasadzie już nie jestem głodna. Chce mi się wymiotować”. Trzecia: „Dlaczego nie czuję złości na Mateusza, że zostawia mnie dla innej, mam natomiast ochotę go udusić za to, że zepsuł piątkową rodzinną kolację?”. Czwarta, a wraz z nią zimny pot i zapomniany dawno strach: „Będę musiała spać sama! Co noc!”.

Moje serce zaczyna galopować jak rozjuszona klacz. Spokojnie, tylko spokojnie. Mam córkę. Przecież możemy dzielić łóżko… A co, jeśli będzie chciała wyjechać gdzieś na weekend ze znajomymi albo wyprowadzi się na studia do innego miasta? Z kim wtedy będę nocować? Niby Aga kończy ogólniak dopiero za półtora roku, ale… Wiem! Sprawię sobie psa.

– Kora? – Na ziemię sprowadza mnie głos Mateusza. Czuję na sobie jego spojrzenie, ale nie mogę oderwać wzroku od makaronu na kafelkach i wyrzucić z głowy myśli numer cztery. – Kora. Powiedz coś.

Powiedz coś. Powiedz coś. Powiedz COŚ! Co mam niby, kurwa, powiedzieć?! „Nie odchodź, bo boję się spać sama? A tak w ogóle kim jest ta kobieta, dla której mnie zostawiasz? Po cholerę bierzesz z nią ślub, jest w ciąży? Jak mam niby powiedzieć Adze, że nasza rodzina się rozpada, bo tatuś zakochał się w jakiejś cipie?”

– Kora, ja nadal cię kocham – oświadcza Mateusz, jakby czytał w moich myślach. – Tylko inaczej. Wiesz, tyle lat razem. Jesteś dla mnie jak… jak… jak… jak…

Oho, czyżby miał udar? To by znacznie ułatwiło sprawę. Choć chyba nie do końca. Wątpię, by jego nowa ukochana chciała zajmować się warzywem. Cała opieka spadłaby na mnie.

– Jak najlepsza przyjaciółka – mówi wreszcie. Czyli jest zdrów. – Nawet więcej. Jesteś jak siostra.

Nie. To jednak wylew.

Siostra. Siostra! No pojebało chłopa! Czy tak właśnie wygląda kryzys wieku średniego? Mąż widzi w żonie siostrę i bierze sobie inną?

– Powiesz coś? Cokolwiek – nalega.

Dostrzegam, że wstaje, i cała się spinam. Ostatnimi rzeczami, na które mam teraz ochotę, są jego bliskość i zapewnienia o siostrzanej miłości.

– Zesrał się goły na rogu stodoły – rzucam jak jebnięta, aby powstrzymać go przed kolejnym krokiem.

– Co masz na myśli? – Mateusz staje w pół drogi i przygląda mi się zdezorientowany.

– A jak ci się wydaje?

– Jezu, Kora, nie utrudniaj. – Przesuwa dłońmi po twarzy z ciężkim westchnieniem.

Znam go tak długo, że potrafię czytać w nim jak w otwartej księdze. Teraz się zastanawia, jak rozstać się ze mną w zgodzie. Ma wyrzuty sumienia, ale nie na tyle duże, żeby zrezygnować z własnego szczęścia. To w zasadzie dobry facet. Troskliwy ojciec. Pomocny mąż. Rzetelny pracownik. Zawsze sądziłam, że jest na tyle wierny i uczciwy, by mnie nie zdradzić. Parszywa gnida. Ciekawe: od jak dawna ma inną? Zresztą nieważne. Im mniej wiem, tym lepiej. Pewnie lalka i tak jest pusta jak dupa po lewatywie.

Czyli to koniec. Rozstajemy się. Po dwudziestu latach bycia razem. Adiós! Goodbye! Żegnaj!

Biorę głęboki wdech i nieoczekiwanie wraz z wydechem odczuwam zaskakującą ulgę. Zupełnie jakbym ozdrowiała po ciężkiej chorobie. Może dlatego, że nasza miłość przez ostatnie lata przypominała wirusa. Niby się kochaliśmy, ale tak jakoś bezobjawowo. Niewielka strata. Nie będę przecież całkowicie sama. Mam córkę, przyjaciółkę, siostrę, matkę, pracę. Tylko szkoda Agi, bo rozstanie rodziców zawsze zostawia jakąś szramę na psychice. Podlec jeden, takie świństwo dziecku zrobić. Co nas jednak nie zabije, to nas wzmocni. Damy sobie radę. Same. Jestem zajebistą matką i zrekompensuję córce tę stratę.

Choć przyznam, że jako młoda mama miałam parę wpadek na polu opiekuńczym. Na przykład wtedy, kiedy Aga skończyła dziesięć lat i dostała swoją pierwszą komórkę. Dzwoniła do mnie po kilkanaście razy w ciągu dnia. Nawet gdy siedziała w pokoju obok. Tak po prostu, żeby skorzystać ze smartfonu. Nie zdziwiłam się więc siódmym telefonem w ciągu doby. Akurat prowadziłam auto. Byłam tak wypruta tamtego dnia, że dwa razy pomyliłam się we wstukiwaniu PIN-u podczas płacenia za zakupy.

– No co tam znowu, córuś?

– Mamo, gdzie jesteś?

– Wracam z Biedronki. Będę za pięć minut w domu. Coś się stało?

– No raczej. Zabrałaś mnie do Biedronki ze sobą.

Kuźwa! Matka roku.

Ale to już było, wszystko dobrze się skończyło, dostałam nauczkę i nabawiłam się traumy. Od tamtej pory, wychodząc z jakiegoś marketu, zawsze dzwonię do córki. Tak dla pewności. Nie przeczę, bywały momenty, gdy robiła mi tak koszmarne sceny w sklepie, że miałam ochotę ją zostawić samą na środku alejki i uciec. Wtedy przypominało mi się, że jako dzieciak wykręcałam matce podobne numery. Kładłam się na posadzce w Społem i darłam japę, że chcę słodkie mleczko w tubce. Najwidoczniej to prawda, co mówią: „Kiedy twoje dziecko cię wkurza, to nie jego charakter. To powracająca karma”.

Jakie szczęście, że Aga jest już duża. Nie potrzebuje mojej stałej opieki. Tym bardziej ojca zdrajcy. No właśnie, Mateusz. Co ja mam, do cholery, z nim zrobić? Rozglądam się po kluskowym pierdolniku, który wyrządziło jego wyznanie, i nie mam ochoty na to patrzeć. A na niego tym bardziej.

– Posprzątaj podłogę. Zabieram Agę na pizzę. Gdy wrócimy, ma cię tu nie być. I twoich rzeczy też.

– Mam się wyprowadzić?

– Tak.

– Dzisiaj?

– Tak.

– Nawet nie porozmawiamy na spokojnie?

– Nie – oznajmiam opanowanym głosem, ale w środku tak się we mnie gotuje, że mózg mi się już zwarzył. Pewnie dlatego dodaję na odchodne: – Żegnaj, kochanie, niech na zawsze twoja pała miękka pozostanie.

Tak właśnie dwa lata temu zakończyło się moje małżeństwo.Niech Bozia w dzieciach wynagrodzi pannie młodej, która była z nami na pokładzie, że w podróż poślubną spakowała do bagażu podręcznego suszarkę. Dzięki niej i rezolutności stewardesy kryzys został częściowo zażegnany. Po przepraniu spodni smród szczyn się ulotnił, pozostały jedynie (a raczej aż) niesmak i zażenowanie.

Agnar i ja ani razu nie spojrzeliśmy sobie już w oczy. Zamieniliśmy dwa zdania, z czego jedno dotyczyło wspólnego transportu taksówką do hotelu: obopólna zgoda. Drugie – ustalenia godziny jutrzejszego spotkania: widzimy się w dolnym hallu zaraz po śniadaniu, o dziesiątej rano.

Teraz czekam przy recepcji, aż Agnar zamelduje się jako pierwszy, i pocę się jak Eskimos w saunie. I wcale nie dlatego, że jest mi gorąco. Fakt, na zewnątrz, mimo że jest październik i godzina osiemnasta, temperatura wynosi jakieś dwadzieścia pięć stopni Celsjusza i nadal świeci słońce (kocham Grecję!), lecz klimatyzacja w hotelu działa bez zarzutu. Pocę się, ponieważ nadal nie wiem, jak przetrwać dzisiejszą noc. Przed lotem miałam jeszcze nadzieję, że uda mi się namówić Markusa na wspólny pokój, ale teraz…

Zerkam ukradkiem na Agnara, który właśnie odchodzi od kontuaru z zielonym workiem na ramieniu, i kulę się ze wstydu. Prędzej śnieg tu jutro spadnie, niż zaproponuję mu nocleg w jednym apartamencie.

– Do jutra – rzuca mi na odchodne, jakby zakładał, że już dzisiaj na siebie nie wpadniemy.

– Nie będzie cię na kolacji?

– Zjem w pokoju. Spokojnej nocy.

Jak się naćpam, to będzie spokojna. Wszystko wskazuje na to, że bez prochów nasennych się nie obędzie. Dobrze chociaż, że nie muszę jutro wstać skoro świt, bo rano nie jestem w stanie normalnie funkcjonować po magicznej pigułce.

Gdy tylko wypowiadam w myślach te słowa, rozdzwania się telefon Agnara. Odbiera po angielsku, słucha, kręci głową, po czym zgadza się z rozmówcą i rozłącza.

– Zmiana planów. Przekładamy spotkanie na szóstą rano – oświadcza, a mnie nogi uginają się w kolanach.

– Co? Dlaczego tak wcześnie?

– Pośrednik dostał nową ofertę kupna. Albo przypłyniemy wcześniej, na ósmą, i weźmiemy udział w licytacji, albo wyspę kupi ktoś inny.

– Cholera. Muszę w takim razie zadzwonić do Nilusa. – Wyciągam komórkę i siadam na kanapie.

– Załatwiaj, co trzeba. Ja idę do pokoju.

Ale pomocny. No nic. I tak nie dogadałby się z naszym przewoźnikiem. Facet to prosty rybak i nie mówi po angielsku. Ma za to świetne rozeznanie, jeśli chodzi o wyspy Morza Egejskiego, i posiada łódź motorową, co jest rzadko spotykane w tej części wybrzeża, zwłaszcza jesienią.

– Dasz mi swój numer? Zadzwonię, jak coś z nim ustalę – wołam za wikingiem.

– Nie dzwoń. Idę spać. Wyślij mi SMS-a, jeśli nie uda ci się z nim dogadać – odpowiada i dyktuje mi ciąg cyfr.

Spać? Przecież nie ma nawet dziewiętnastej. Nie dociekam jednak, bo i tak z trudem udaje mi się rozmawiać z Agnarem twarzą w twarz.

Chciałabym go zapytać, co dokładnie stało się Markusowi i dlaczego w zastępstwie nie przybyli Lars albo Henrik, którzy również pracują w firmie. Czuję jednak takie zażenowanie po akcji w samolocie, że ledwo jestem w stanie z nim prowadzić nawet służbową konwersację. Zapisuję kontakt w smartfonie, a kiedy podnoszę wzrok, Radwana już nie ma. Ja pitolę, nawet nie podał mi numeru swojego pokoju. Dziwak. Wysyłam mu tylko krótką wiadomość, żeby chociaż wiedział, od kogo ją dostał:

Tu Kora. Zapisz sobie mój telefon. Tak na wszelki wypadek.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: