Facebook - konwersja
Święte gry - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Święte gry - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-66140-46-2
Język:
Polski
Data wydania:
13 marca 2019
Rozmiar pliku:
3,0 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
45,90
Cena w punktach Virtualo:
4590 pkt.

Święte gry - opis ebooka

Mistrzowski thriller, okrzyknięty hinduską wersją Ojca chrzestnego i obsypany wieloma prestiżowymi nagrodami i wyróżnieniami. Epicka, wielowątkowa opowieść o przyjaźni i zdradzie, przemocy i wielkiej miłości – oraz o współczesnym Bombaju. Serial na podstawie książki dostępny w serwisie Netflix.


Sartadź Singh najlepsze lata ma już za sobą. Jest czterdziestokilkuletnim rozwiedzionym policjantem, cynicznym, bez perspektyw zawodowego rozwoju. Jednak gdy dowiaduje się, że w mieście przebywa jeden z najbardziej nieuchwytnych przywódców mafijnego półświatka, Ganeś Gaitonde, a kryjówka, w której się zabarykadował, jest szczelnie otoczona przez policję, zaczyna wierzyć w odmianę losu. Ale Gaitonde popełnia samobójstwo, zostawiając masę brudnych pieniędzy i więcej pytań niż odpowiedzi. Choć oficjalnie sprawa zostaje zamknięta, na polecenie służb wywiadowczych Sartadź zaczyna dociekać przyczyn owego samobójstwa. Ślady prowadzą go w głąb ciemnych podziemi metropolii, w świat przestępczości zorganizowanej i powszechnej korupcji.

Święte gry – nie bez powodu przyrównywane do światowego bestsellera Shantaram – ukazały się w kilkunastu krajach. Powieść uzyskała nominację do National Book Award i została wyróżniona Salon Book Award i indyjską Hutch Crossword Book Award.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Osoby

Sartadź Singh: sikhijski inspektor policji w Mumbaju

Katekar: posterunkowy, partner Sartadźa Singha

Śalini: żona Katekara

Mohit i Rohit: ich synowie

Kamala Pandej: stewardesa, mężatka, kochanka pilota linii lotniczych, Umeśa

Kamble: ambitny podinspektor policji pracujący z Sartadźem Singhem

Parulkar: zastępca komendanta policji w Mumbaju

Ganeś Gaitonde: słynny hinduski gangster, mafioso, szef Firmy G w Mumbaju

Sulejman Isa: straszliwy muzułmański gangster i mafioso, szef konkurencyjnego gangu w Mumbaju

Paritosz Śah: wyjątkowo utalentowany finansista pracujący dla mafii, między innymi dla Ganeśa Gaitondego

Kanta-bai: businesswoman prowadząca interesy z Paritoszem Śahem i Ganeśem Gaitondem

Badrija: ochroniarz Paritosza Śaha

Andźali Mathur: agentka służb specjalnych prowadząca śledztwo w sprawie śmierci Ganeśa Gaitondego

Ćhota Badrija: ochroniarz Ganeśa Gaitondego, młodszy brat Badriji

Juliet (Dźodźo) Mascarenas: realizatorka programów telewizyjnych, agentka początkujących aktorów i modeli... a także luksusowa stręczycielka

Mary Mascarenas: siostra Dźodźo, pracująca jako fryzjerka

Wasim Zafar Ali Ahmad: pracownik opieki społecznej w ubogiej dzielnicy Mumbaju, człowiek o aspiracjach politycznych

Prabhdźot Kaur, Nikki: pochodząca z Pendżabu matka Sartadźa Singha

Nawnit: jej ukochana najstarsza siostra

Ram Pari: służąca matki Nikki w Pendżabie

Banti: prawa ręka Ganeśa Gaitondego i organizator jego działań

Bipin Bhonsle: hinduski polityk fundamentalistyczny, któremu Ganeś Gaitonde pomaga w wyborach na urząd publiczny

Śarma (alias Triwedi): sprzymierzeniec Bipina Bhonslego, pośrednio pracujący również dla Swamiego Śridhara Śukli

Swami Śridhar Śukla, Guru-dźi: hinduski guru i nacjonalista, światowej sławy przewodnik duchowy, który zostaje mentorem Ganeśa Gaitondego

Subhadra Dewalekar: żona Ganeśa Gaitondego i matka jego synka

K.D. Jadaw (alias pan Kumar): jeden z pierwszych indyjskich agentów służb specjalnych, prowadzący Ganeśa Gaitondego i mentor Andźali Mathur

Mr Kulkarni: agent służb specjalnych, po odejściu K.D. Jadawa prowadzący Ganeśa Gaitondego

major Śahid Khan: agent pakistańskiego wywiadu, mózg operacji fałszowania indyjskich banknotów

Śambhu Śetti: właściciel baru Delite Dance

Iffat-bibi: ciotka ze strony matki Sulejmana Isy, pełniąca funkcję jednego z najważniejszych rewidentów jego gangu w Mumbaju

Madźid Khan: inspektor policji w Mumbaju, kolega Sartadźa Singha

Zoja Mirza: aktorka, wschodząca gwiazda indyjskiego przemysłu filmowego

Adil Ansari: wykształcony, ale biedny człowiek z małego miasteczka, który ucieka do Mumbaju przed gwałtownymi konfliktami w rodzinnym Biharze

Śarmin Khan: uczennica liceum, córka majora Śahida Khana, który przeniósł się do pracy w Waszyngtonie, zabierając ze sobą całą rodzinę – żonę, córkę i matkę

daddi (dosł. babcia, matka ojca): pochodząca z Pendżabu matka Śahida Khana; dla rodziny jest muzułmanką, ale w rzeczywistości skrywa tajemnicęGaneś Gaitonde sprzedaje swoje złoto

Jak tam, sardar-dźi, słuchasz mnie jeszcze? Czy jesteś gdzieś tam na tym świecie? Czuję twoją obecność. Co było potem, chciałbyś się dowiedzieć, co potem. Szedłem pod rozdartym przez chmury wirującym niebem, czując niezmienne ciążenie złota na plecach i widząc przed sobą miasto. Miałem dziewiętnaście lat i złoto na plecach. Oto ja, Ganeś Gaitonde, odziany w brudną, niebieską koszulę, brązowe spodnie, podarte buty na gumowej podeszwie, bez skarpetek, z czterdziestoma siedmioma rupiami w kieszeni, z rewolwerem za pasem oraz złotem na plecach. Nie miałem dokąd pójść, nie mogłem wrócić do tego budynku w Dadarze, gdzie dotychczas spałem przy pachnącym przyprawami magazynie restauracji. Gdyby zaczęli szukać mnie ludzie Salima-kaki albo też gdyby w ogóle ktoś zaczął mnie szukać, nie mogli mnie tam znaleźć, nikt nie mógł mnie wytropić, jak jakiegoś głupka, i zabić jak psa. Od kiedy znalazłem złoto, zrobiłem się nieufny. Zacząłem odczuwać problemy ludzi bogatych. Pomyślałem sobie: na tym całym świecie mam jedynie czterdzieści siedem rupii i rewolwer oraz tę ogromną masę metalu. Złoto na plecach nic mi nie daje, muszę więc je sprzedać. Złoto nie ma żadnego znaczenia, dopóki go nie sprzedam. A jak sprzedać złoto, tak dużą jego ilość? Gdzie to sprzedać? Dopóki tego nie sprzedam, będę ubogim człowiekiem. Ubogim człowiekiem targanym problemami bogaczy.

Uśmiechnąłem się, a potem roześmiałem. Musiałem pilnie znaleźć schowek, szybko, zaraz, ale cała sytuacja była również zabawna. Zaśpiewałem Mere deś ki dharti sona ugle, ugle hire moti^(). Tylko że dziesiąta trzydzieści rano to nie jest dobra pora na włóczenie się po peryferiach Boriwali z naładowanym ghorą i złotem, zwłaszcza kiedy człowiek jest przytłoczony tym ciężarem i bardzo zmęczony. Wokół ciągnęły się pola i tylko gdzieniegdzie widać było skupiska drzew i budynków, małe chatki zgromadzone na podobieństwo wiosek, ale wcześniej czy później ktoś zauważy, zapyta, będzie czegoś chciał. Zostały mi tylko trzy kule. A poza tym nie miało to znaczenia, nawet trzydzieści czy trzysta kul nie zrobiłoby żadnej różnicy, gdyby tylko ktoś dowiedział się, co niosę.

Po prawej stronie ciągnął się płot z drutu kolczastego, ogradzający kępę drzew. Spojrzałem za siebie, przed siebie i podjąłem decyzję. Prześlizgnąłem się pod spodem, wciągnąłem za sobą worek i szybkim krokiem, ale nie biegnąc, właśnie szybkim krokiem poszedłem w kierunku drzew. Kucnąłem w cieniu i czekałem. Poruszałem rękami, żeby pozbyć się skurczu, który mnie chwycił od trzymania worka, od noszenia tego ciężkiego ładunku. Gdyby coś miało się zdarzyć, zdarzyłoby się w tym momencie. Od razu opadła mnie chmara drobnych owadów, byłem już gotów znosić ich ukąszenia, ale one poruszały się tylko dygoczącą chmurą wokół moich ramion, wprawiając w drganie powietrze. W tym migoczącym kręgu przypomniałem sobie zbocze góry widziane przez okno, trzepoczące na lekkim wietrze kartki szkolnego podręcznika, nieustanne szlochanie mojej matki w drugim pokoju. Nieustanne. Wystarczy – machnąłem ręką przed twarzą i wyrwałem się z tego wszystkiego. Poruszałem się do przodu w kuckach, przesuwając się przez mrok pod gałęziami, w kierunku tafli wody, którą teraz już widziałem. Była to niewielka sadzawka, zagnieżdżona w zagłębieniu w kształcie spodka, porośnięta na brzegach żółtymi wodorostami. Ponownie przykucnąłem, trzymając przed sobą worek. W okalającym sadzawkę miękkim błocie nie było żadnych śladów stóp, żadnych ścieżek w ostrej trawie, żadnego mężczyzny ani żadnej kobiety aż do samego drutu kolczastego po drugiej stronie wody, ani też dalej, na drodze. Niemniej jednak postanowiłem odczekać jeszcze pół godziny. Mocno ścisnąłem gładką sztabkę w kieszeni, oddychając powoli. Śledziłem opalizujące ważki błyskawicznie nurkujące nad wodę. Postanowiłem, że już nigdy się nie potknę, nie osunę się w ten powolny wir przeszłości. Miałem za sobą jakieś życie, ale ono minęło. Dla Ganeśa Gaitondego istniał tylko ten dzień, noc po tym dniu i wszystkie następne dni.

W stosownej chwili wycofałem się pomiędzy drzewa, w najciemniejszy cień. Wybrałem drzewo i zacząłem kopać. Ziemia była sypka, lecz wysuszona, więc szło mi powoli i szybko zdarłem sobie skórę na palcach. Powinienem był wcześniej znaleźć coś do kopania, może jakiś kawałek puszki. Błąd w planowaniu. Skoro już jednak zacząłem, kopałem dalej, pełnymi garściami wydobywając ziemię. Gdy dotarłem do twardszej warstwy, usiadłem i zacząłem ryć ją piętami, aż trochę ją rozbiłem. Pracowałem ciężko i pot się ze mnie lał, ale kiedy przerwałem pracę, okazało się, że nie jest to żaden dół, tylko jakieś płytkie zagłębienie pod ciemnym pniem. Byłem jednak zmęczony i głodny, i to musiało wystarczyć. Pierś mi falowała. Pociągnąłem za sznurki przy worku i wyjąłem dwie sztabki, a potem przez minutę lub dwie wpatrywałem się w nie, migoczące tym łagodnym złotawobrązowym blaskiem w cieniu poprzetykanym jaśniejszymi plamami. Następnie worek wylądował w zagłębieniu, a ja na powrót zacząłem drapać ziemię, żeby go przykryć. Wyglądało to teraz jak niewielki wzgórek, więc rzuciłem się pod drzewa zbierać kępy trawy, liście i gałązki, żeby ułożyć je na nim i uklepać. Wstałem i spojrzałem na tę kompozycję. Wyglądała jak przypadkowe wzniesienie, takie, które mogło znajdować się pod dowolnym drzewem, i w tym półmroku nie wzbudzało podejrzeń, chyba żeby ktoś na tym usiadł. Tylko dlaczego ktoś miałby tu przychodzić, po co miałby tu zaglądać i siadać? Czułem pewność, że to miejsce jest bezpieczne. Postanowiłem jednak jeszcze raz cofnąć się do ogrodzenia i wrócić tu, żeby upewnić się, że znajdę drogę powrotną. Ale zrobiłem to tylko raz. Potem przetoczyłem się pod ogrodzeniem i ruszyłem ścieżką, pewnym krokiem skręcając na rogu, chociaż w trzewiach ciążyła mi ta przygniatająca strata, ten ciężar, który tak bardzo mnie bolał, że aż obiema rękami musiałem trzymać się za brzuch. Ryzyko jest ryzykiem i właśnie stąd się bierze zysk. Jak nie ma, to nie ma. Trzeba ryzykować, żeby robić interesy. Robić interesy.

Znałem tylko imię i nazwisko: Paritosz Śah. Słyszałem je dwa razy, raz od niejakiego Azama Śeikha, który właśnie wyszedł po czteroletniej odsiadce za kradzież z włamaniem. Już w ciągu dwóch dni wykonał kolejną robotę, za dnia włamał się i ograbił mieszkanie nowożeńców w Santa Cruz East.

– Dobra żonka poszła na ryneczek kupić warzywa na obiad dla swojego mężusia – opowiadał Azam – a my w tym czasie zabraliśmy jej złoty naszyjnik, bransolety i kolczyki na uszy, a także jej kolczyk do nosa, wszystko oprócz mangalsutry, a Paritosz Śah dał nam za to uczciwą zapłatę.

Podczas przerwy w pracy stałem za drzwiami do kuchni w restauracji, w której pracowałem jako kelner, i słuchałem tych przechwałek, a kiedy Azam Śeikh zobaczył moje stopy pod drzwiami, przeklął mnie i się zamknął. Poszedłem sobie. Obsługujący go kelner powiedział mi później, że Azam Śeikh zostawił napiwek w wysokości trzech rupii, po półtorej godziny objadania się kababami tangri i śami i picia piwa, ale nim minął miesiąc, z satysfakcją dowiedziałem się, że Azam Śeikh wrócił do więzienia, że złapano go podczas kolejnej roboty w Santa Cruz East, po tym jak pokojówka obudziła się i zaczęła krzyczeć. Złapali go sąsiedzi i pobili do krwi. Azam Śeikh miał teraz spore kłopoty, a ja z tego powodu odczuwałem satysfakcję, a także z powodu nazwiska Paritosza Śaha.

Drugi raz usłyszałem je, jak już poznałem się bliżej z Salimem-kaką, zdobyłem jego zaufanie. Wraz z Mathu i Salimem-kaką wybraliśmy się do Boriwali poćwiczyć strzelanie. Na polanie w dżungli obaj z Mathu wystrzeliliśmy po sześć razy, a Salim-kaka pokazywał nam, jak stanąć, jak chwycić broń; ładowaliśmy i przeładowywaliśmy tak długo, aż zaczęliśmy to robić szybko i bez trudu, a ja wręcz z zamkniętymi oczami. Salim-kaka, zadowolony, szturchnął mnie w ramię. Pozwolił nam oddać jeszcze po dwa strzały. Eksplozje przetaczały się po moich ramionach, głośniejsze niż w moich wcześniejszych wyobrażeniach, a potem wzdłuż kręgosłupa. Wprost nie posiadałem się z radości, a nad naszymi głowami wirowały ptaki.

– Nie ściskaj tak swojego samana – powiedział Salim-kaka. – Trzymaj go spokojnie, mocno, z uczuciem.

Cel narysowany był kredą na pniu drzewa, a ja odstrzeliwałem drzazgi z samego jego środka.

– Z uczuciem – powtórzyłem, a Salim-kaka śmiał się wraz ze mną.

Podczas długiego marszu z dżungli, kiedy szliśmy pod nagimi, brunatnymi gałęziami przez wszechobecne cierniste krzewy, Salim-kaka straszył nas opowieściami o panterach. Niecałe dziesięć dni temu w tej właśnie dżungli zginęła dziewczynka zbierająca drewno.

– Pantera zbliża się tak szybko, że nie można jej dostrzec, czuje się tylko jej zęby na karku – powiedział.

– Odstrzelę jej oczy – odparłem i zakręciłem swoim rewolwerem.

– Oczywiście, maderćodzie – wtrącił Mathu – w końcu jesteś strzelcem wyborowym.

Splunąłem tylko.

– Dostanę jeszcze pieniądze za skórę pantery. Obedrę behenćoda ze skóry i ją sprzedam.

– Komu, ćutijo? – ciekaw był Mathu.

Pokazałem palcem na kakę.

– Paserowi kaki.

– Nie – stwierdził Salim-kaka – jego interesuje tylko biżuteria, brylanty, złoto i droga elektronika.

– A nie twoja wyliniała skóra pantery – dorzucił Mathu i wybuchnął śmiechem.

Kiedy później Mathu stał przy drodze, z podniesioną ręką czekając na motorikszę, Salim-kaka kucnął przy mnie i wspólnie sikaliśmy pod murem. Gapiłem się w ten mur, trzymając się prosto, nagle zirytowany perspektywą czekającej nas długiej jazdy pociągiem, a potem autobusem i pieszo drogą do domu i do łóżka.

– O co chodzi, jar? – odezwał się Salim-kaka. – Ciągle myślisz o tej twojej skórze pantery? – Zęby Salima-kaki były zbrązowiałe od tytoniu, ale silne i mocne. – Nie martw się, skórę możesz zanieść do Paritosza Śaha, z tego co słyszałem, ten gość bierze wszystko.

– Kto to taki? – zapytałem.

– Nowy paser w Goregaonie. Bardzo ambitny – odrzekł Salim-kaka.

W tym momencie Mathu zatrzymał rikszę, Salim-kaka strzepnął swój interes i wstał, ja też wstałem i się zapiąłem, a Salim-kaka uśmiechnął się do mnie i tak poszliśmy razem, poklepując się po ramionach. Siedzieliśmy ściśnięci w telepiącym się i podskakującym na wybojach pojeździe, a Salim-kaka pośrodku trzymał czarną torbę z rewolwerami. Były jego, do niego należały. Trzymał torbę przy sobie.

Wybrałem się więc do Goregaonu, co nie było takie trudne, ale Paritosz Śah był zaledwie jednym człowiekiem w tej okolicy zamieszkałej przez lakh ludzi i trudno byłoby szukać jego ogłoszenia wśród umieszczonych na dworcu billboardów reklamujących seksuologów, agentów nieruchomości i handlarzy cementu. Kupiłem gazetę, przed dworcem znalazłem wada-paw-walę i coś zjadłem, a potem zastanowiłem się nad problemem. Kiedy piłem herbatę kupioną od ćaj-wali na następnym stoisku, zarysowało mi się rozwiązanie.

– Bhidu – powiedziałem do ćaj-wali. – Gdzie jest najbliższy komisariat policji?

Wąskimi uliczkami ze sklepikami i thelami po obu stronach poszedłem na komisariat. Przemykałem szybko, schylając się i przeciskając przez tłum, pobudzony herbatą i żądny dalszych wydarzeń. Znalazłem komisariat i stanąłem przed długą, niską, brunatną fasadą, opierając się o maskę samochodu. Nawet z tej odległości miałem doskonały widok przez frontowe drzwi na sekretariat zastawiony długimi biurkami i widziałem też, co znajduje się dalej, te zatłoczone biura, aresztantów siedzących rzędem w kucki, nagie cele w głębi. Niewielki tłumek od frontu przemieszczał się, poruszał i zmieniał, ale przez cały czas tam był, a ja przerzucałem strony gazety i patrzyłem. Potrafiłem rozpoznać gliniarzy, nawet tych w cywilu, po fałdzie tłuszczu na karku i wyprostowanej sylwetce, przywodzącej na myśl kobrę siedzącą w samym środku świeżej bruzdy i napiętą jak sprężyna, z rozpostartym kapturem, drżącą z mocy i arogancji. Ich oczy ziały agresywnością. Jednak szukałem czegoś innego.

Dopiero o drugiej trzydzieści, po dwóch nieudanych próbach, udało mi się znaleźć informatora. Najpierw pojawił się gość z wąskimi biodrami, który wymknął się z bramy i ruszył na drugą stronę, zachowując ten wazeliniarski dystans charakterystyczny dla urodzonego kieszonkowca. Szedłem za nim przez kilometr, ale w końcu nabrałem nieufności do jego długich rąk, które zamykały się i otwierały z psią, pazerną zachłannością. Powróciłem do swojego punktu obserwacyjnego pod komisariatem i skupiłem uwagę na starszym mężczyźnie, w wieku mniej więcej pięćdziesięciu lat. Wyszedł przez główne drzwi, zatrzymał się tuż przed bramą i jednym ruchem kciuka otworzył paczkę papierosów. Trzy razy postukał papierosem w opakowanie, powoli i miarowo, a potem z tą samą niespieszną pewnością siebie zapalił go i się zaciągnął. Poszedłem za nim, spodobała mi się falista linia siwych włosów na jego karku oraz niepozorna, szara koszula safari. Kiedy przechodził przez ulicę, podszedłem do niego i poprosiłem o papierosa, ale ten mężczyzna spojrzał na mnie z nieskrywaną życzliwością, bez śladu podejrzliwości, od razu więc zorientowałem się, że jest zupełnie przyzwoitym obywatelem. Był po prostu interesantem, który przyszedł na komisariat zgłosić kradzież roweru czy też poskarżyć się na hałaśliwych sąsiadów, i z pewnością nie miał pojęcia, kim jest Paritosz Śah. Wziąłem papierosa, podziękowałem mu i wróciłem na swoje stanowisko obserwacyjne.

Właśnie przydeptywałem niedopałek, kiedy usłyszałem tę kobietę. Głos miała niski, wyraźnie kobiecy, natomiast basowy i donośny, kłóciła się z kierowcą motorikszy, mówiła mu, że co tydzień jeździ tą samą trasą i że jego licznik był wyłączony, bo dwanaście sześćdziesiąt to może mu zapłacił jakiś ćutija świeżo przybyły ze stanu Uttar Pradeś, ale ona na pewno nie ona. Zasłaniał ją pojazd i rikszarz, widziałem jedynie pełne ramiona i obcisłą, żółtą bluzkę, a kiedy mężczyzna krzyknął, że spuszcza cenę do dziewięciu rupii, przez moment dostrzegłem ciemnoczerwone sari, mięsiste plecy i pulchną talię, szybki, rozkołysany krok, przy czym całość wyglądała dosyć podejrzanie. Zacząłem się niecierpliwić. Już nie przyglądałem się innym osobom wchodzącym i wychodzącym z komisariatu, czekałem tylko na nią. Kiedy pojawiła się czterdzieści pięć minut później, wiedziałem, co mam zrobić.

Przeszła na drugą stronę ulicy i stanęła w oczekiwaniu na transport, z jedną wielką ręką opartą na biodrze, drugą machając władczo na każdą przejeżdżającą z głośnym trąbieniem rikszę. Odetchnąłem i podszedłszy bliżej, dostrzegłem pod farbowanymi henną włosami workowate policzki, wyraźne brwi, wielkie, złote kolczyki w kształcie lotosu. Była dość stara, czas odcisnął na niej swoje piętno, musiała być po czterdziestce lub po pięćdziesiątce, już dawno minęła jej młodość. Podobała mi się jej przysadzista, pochylona do przodu postawna sylwetka, szeroko rozstawione mocne stopy. Pallu zwisało niedbale z jej ramienia, w sposób niezbyt skromny.

– W dzisiejszych czasach trudno znaleźć rikszę – odezwałem się.

– Zjeżdżaj, chłopcze. Nie jestem randi – warknęła. – Chociaż i tak nie wyglądasz, jakby było cię na jakąś stać.

Nawet nie zauważyłem, kiedy zdążyła mnie obejrzeć.

– Nie szukam randi.

– Tak tylko mówisz. – Zwróciła twarz w moją stronę i wybałuszyła nieco oczy, ale nie wyglądała przy tym brzydko, raczej niezwykle, nadało to jej obliczu jakiś niepokojący wyraz, jakby była gotowa zaraz wyskoczyć z jakąś wstrząsającą niespodzianką. – W takim razie czego chcesz?

– Chciałem zadać pytanie.

– Dlaczego miałabym ci odpowiedzieć?

– Potrzebuję pomocy.

– To od razu widać. Nie potrafisz rozpiąć spodni i chcesz, żebym ci go wyciągnęła. Dlaczego miałabym brudzić sobie ręce? Czy przypominam twoją matkę?

Roześmiałem się, świadomie obnażając zęby.

– Nie. Ani trochę. Ale i tak możesz mi pomóc.

Jadąca w drugą stronę motoriksza zwolniła i zarzucając, przejechała na naszą stronę ulicy. Zanim pojazd jeszcze się zatrzymał, kobieta chwyciła żelazny pręt nad licznikiem i wskoczyła na siedzenie.

– Jedź – rzuciła do kierowcy.

– Paritosz Śah – powiedziałem, garbiąc się i pochylając do wnętrza. Zauważyłem, że wzbudziłem jej zainteresowanie.

– A co z nim?

– Muszę go znaleźć.

– Musisz?

– Tak.

Przesunęła się do przodu na siedzisku i spojrzała na mnie groźnym wzrokiem.

– Zbyt nędznie wyglądasz, żeby być khabari. Oni starają się wyglądać schludnie i wzbudzać zaufanie.

– Nie jestem khabari – odrzekłem. – Nie wiedziałbym, komu donieść.

– Wsiadaj – poleciła. Zrobiła mi miejsce na popękanym skaju, wydała polecenie rikszarzowi i ruszyliśmy pyrkającym pojazdem przez nieznane mi uliczki. Budynki zbliżały się do siebie, teraz już dotykały się ścianami, a kłębiący się na ulicach ludzie odsuwali się na bok, żeby przepuścić nasz pojazd. Zerknąłem na lewo, a potem wyjrzałem do tyłu, przez owalne okienko w brezencie.

– Uspokój się – powiedziała kobieta. – Jesteś bezpieczny. Gdybym chciała cię skrzywdzić, nie ocaliłaby cię nawet ta wielka ghora w twoich gaciach.

Spojrzałem w dół. Przez poplamiony, niebieski materiał trzymałem rewolwer. Puściłem go i zacząłem lewą ręką masować prawą.

– Nigdy nie byłem w tej okolicy – powiedziałem.

– Wiem – odparła. Nachyliła się w moją stronę. – Jak się nazywasz?

– Mam na imię Ganeś. A ty?

– Kanta-bai. Co masz dla Paritosza Śaha?

Zbliżywszy usta do jej ucha, powiedziałem:

– Złoto. – Przysunąłem się jeszcze bliżej. – Sztabki.

– Nic nie mów, Ganeśu, dopóki nie wysiądziemy.

Pojazd zatrzymał się na ruchliwym bazarze pełnym hurtowni z ubraniami. Kiedy wysiedliśmy, poprowadziła mnie krętymi, zwężającymi się uliczkami. Dobrze ją tu znano, przechodnie pozdrawiali ją po imieniu, ale ona spiesznie szła dalej, ani na chwilę się nie zatrzymując. Uliczka kończyła się murem, w którym widniał wyłom, dziura z poszarpanymi krawędziami porozbijanych cegieł, a po drugiej stronie znajdował się basti. Jak najostrożniej stawiając nogi, próbowałem nadążyć za jej szybkim krokiem. Tutaj chałupy stały jeszcze ciaśniej, a w niektórych miejscach budynki pakka zbliżały się do siebie tak bardzo, że chwilami zdawało mi się, że idziemy tunelem. Mężczyźni, kobiety i dzieci schodzili z drogi mojej towarzyszce. Na parapetach i w drzwiach siedzieli chłopcy i młodzieńcy, a ja czułem na karku ich wzrok, ale starałem się trzymać prosto i blisko Kanty-bai.

Najpierw wyczułem wszechogarniający intensywny zapach brązowego cukru gur, a potem wymiotów. Skręciliśmy w prawo i minęliśmy niskie drzwi, za którymi dostrzegłem metalowe stoliki oraz pijących przy nich mężczyzn. Na stoliku w pobliżu wejścia jakiś chłopiec ustawił talerz z dwoma gotowanymi jajkami, a siedzący tam klient wytrząsnął ze szklaneczki do ust ostatnie mleczne krople. Kanta-bai obeszła budynek, tymczasem rozlegające się wokół wycie turbiny elektrycznej przeszło w niższą tonację. Zostawiła mnie w ciemnym pomieszczeniu po sufit wypełnionym workami z gur.

– Zaczekaj tu – poleciła, więc czekałem. Na moich ramionach osiadał ciepły zapach, brunatny jak dno rzeki. Przez nieustające zgrzytanie silnika dochodziły mnie wysokie dźwięki płynące z radioodbiornika znajdującego się w pomieszczeniu od frontu, w barze. Tylko pojedyncze, najwyższe tony piosenki docierały do mnie jak piana, a ja zastanawiałem się nad jakością produktu Kanty-bai. W roboczy dzień po południu siedziało tam dosyć dużo klientów, może ze dwudziestu. Powoli sączyli destylowane na zapleczu sadi i satrangi ze szklaneczek po osiem i dziesięć rupii. Interes był niezły, surowiec tani i legalnie dostępny, a koszty niewielkie. Natomiast zapotrzebowanie na dobry desi alkohol było stałe i niezmienne, ciągłe i potężne jak tupot nóg na okolicznych uliczkach. Pochyliłem się i przez zasłonę w drzwiach widziałem bose stopy pracowników Kanty-bai i wleczone worki, od czasu do czasu błyskały też krągłości butelek. Rozpoznawszy jej sari, zdążyłem się odwrócić, i kiedy odsunęła zasłonę, stałem w drugim końcu pomieszczenia. Wystraszyłem się na widok jej oczu, jarzących się biało pomimo błotnistej ciemności worków z gur.

– Rozmawiałam przez telefon z Paritoszem Śahem – powiedziała.

Nie potrafiłem wydusić z siebie słowa, nagle ogarnęło mnie przerażenie, że jestem tu sam, niedoświadczony, sam z tym swoim złotem. Skinąłem głową i jednocześnie, jakby mimochodem, oparłem się ramieniem o framugę drzwi. Położyłem dłoń na biodrze i jeszcze raz kiwnąłem głową.

Kanta-bai wyglądała na lekko rozbawioną. Delikatny uśmiech zadowolenia przemknął przez jej usta.

– Pokaż to swoje złoto – rzuciła.

Skinąłem głową. Nadal nie czułem się bezpieczny, żołądek podchodził mi do gardła, ale to było niezbędne. Poszperałem w prawej kieszeni, przełożyłem sztabki do lewej ręki i pokazałem je, dwa ciężkie kawałki złota na otwartej dłoni.

Kanta-bai wzięła sztabki, oceniła ich masę, i zwróciła mi je. Nie spuszczała wzroku z mojej twarzy.

– Możesz się z nim zaraz zobaczyć. Jeden z moich ludzi cię zaprowadzi.

– Dobrze – odparłem, już odzyskawszy głos i pewność siebie. Sztabki powędrowały z powrotem do mojej kieszeni, a ja wygrzebałem cienki zwitek banknotów i rozłożyłem je w wachlarz.

– Nie możesz mi zapłacić.

– Proszę?

– Ile tam masz?

Odwróciłem dłoń w stronę światła.

– Trzydzieści dziewięć rupii.

Parsknęła śmiechem na te słowa, jej policzki pomarszczyły się, a z oczu zrobiły się cieniuteńkie szparki.

– Baćća, idź się spotkać z Paritoszem Śahem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, będzie miał u mnie dług wdzięczności. Trzydzieści dziewięć rupii nie zrobią z ciebie radży Bhodźy Mumbaju.

– Ja również będę miał u ciebie dług – powiedziałem. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze.

– Rozsądne podejście – odparła. – Może jednak dobry z ciebie chłopak.

Paritosz Śah był człowiekiem rodzinnym. Czekałem na niego w przedpokoju na piętrze, w pobliżu schodów, z których co jakiś czas napływał ostry smród uryny. Budynek był sześciokondygnacyjny i bardzo stary, z bambusową ramą przywiązaną i przybitą gwoździami do chwiejącej się fasady, oraz z niepokojącymi szczerbami w dekoracyjnej ślimacznicy na balkonach. Na drugim piętrze roiło się od męskich przedstawicieli rodziny Śahów. Nieustannie mijali miejsce, w którym człowiek Kanty-bai mnie zostawił, wołali do siebie ćaću, mamu i bhai i zupełnie nie zwracali na mnie uwagi. Mijali moją brudną koszulę i wytarte spodnie, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Banda szpanerów ze złotymi pierścieniami, w przeważającej większości noszących białe ubrania w stylu safari, widziałem ich białe buty i białe ćappale ustawione w niechlujnych rzędach przy drzwiach, w pobliżu umundurowanego strażnika. Gdzieś tam, w środku, znajdował się azyl Paritosza Śaha, strzeżony przez siwego, starego mućhara, który siedział na stołku uzbrojony w absurdalnie długą śrutówkę. Nosił niebieski mundur z żółtym galonem i miał przeogromne, zakręcone na końcach wąsy. Po dwudziestu minutach w towarzystwie przechodzących Śahów i smrodu uryny poczułem się nieco urażony, i z nieznanych mi powodów ta moja uraza skupiła się na pasie z amunicją, który staruszek miał przełożony przez pierś, na popękanej skórze tego pasa i na trzech cylindrycznych, czerwonych łuskach. Wyobrażałem sobie, jak wyciągam rewolwer i pakuję kulę w sam środek tego pasa amunicyjnego, tuż nad obwisłym brzuchem. Myśl była zupełnie absurdalna, ale spodobała mi się.

Po następnych dziesięciu minutach stwierdziłem, że mam dość. Albo teraz, albo poślę mu kulę w pierś. Czułem pulsujący ból w głowie.

– Posłuchaj, mamu – odezwałem się do strażnika, który właśnie ogryzkiem ołówka badał swoje lewe ucho. – Powiedz Paritoszowi Śahowi, że przyszedłem tu ubić interes, a nie żeby tu stać i wąchać jego latrynę.

– Co? – Ołówek opuścił ucho. – Co takiego?

– Powiedz Paritoszowi Śahowi, że sobie poszedłem. Poszedłem gdzie indziej. Jego strata.

– Zaczekaj, zaczekaj. – Staruszek odchylił się do tyłu i wetknął swoje wąsiska przez drzwi. – Badrija, posłuchaj, co ten facet mówi.

Pojawił się Badrija, dużo młodszy i bardzo wysoki kulturysta, który miał zapewne bezszelestnie stąpać bosymi stopami. Stanął w drzwiach z rękami opuszczonymi i odsuniętymi od ciała, a ja byłem pewien, że z tyłu, pod czarną koszulą safari, ma broń zatkniętą za pas.

– Jakieś problemy?

Było to wyzwanie, niewątpliwie, a ten mężczyzna z kamienną twarzą należał do prawdziwych twardzieli, ale ja działałem pod wpływem szaleńczego impulsu, wyczerpany długim dniem i ogarnięty falą gniewu.

– Zgadza się, jest problem – odparłem. – Mam już dość czekania na tego waszego maderćoda Paritosza Śaha.

Staruszek najeżył się i zaczął gramolić ze swojego stołka, lecz Badrija powiedział spokojnie:

– Paritosz Śah jest człowiekiem zajętym.

– Ja również.

– Naprawdę?

– Tak.

I na tym się skończyło. Ramiona strażnika drżały z przerażenia. Niezgrabnie trzymał karabin, uchwycony daleko od łoża, a że stał mocno przechylony, z jedną nogą opartą na poprzeczce stołka, miał trudności z utrzymaniem równowagi. Obserwowałem i jego, i Badriję. To było absurdalne, żeby znaleźć się tak blisko nagłej śmierci w tym brudnym korytarzu, z nozdrzami wypełnionymi smrodem, tak nierozsądne, żeby już prawie otrzymać pieniądze, ale jednak ich jeszcze nie otrzymać, jakże to niedorzeczne być Ganeśem Gaitondem, zawsze trzymającym się na uboczu biedakiem w tym mieście, to wszystko było pozbawione sensu, i chyba dlatego też wezbrało we mnie jakieś radosne podniecenie, jakaś beztroska i szalona odwaga. Tu i teraz. Oto jestem. I co mi zrobicie?

Badrija powoli uniósł lewą rękę.

– W porządku – powiedział. – Pójdę zobaczyć, czy jest już wolny.

Wzruszyłem ramionami.

– Okej – odparłem, ponieważ lubiłem to angielskie słowo, jedno z kilku angielskich słów, które wówczas znałem. – Okej, poczekam.

Przez kilka następnych minut uśmiechałem się do tego mućhara, wprawiając go w coraz większe przerażenie, co widać było po trzęsących się na śrutówce dłoniach. Zanim Badrija wrócił, byłem pewien, że samym wzrokiem doprowadziłbym do ataku serca tego wiekowego żołnierza z jego wojskowymi wąsami. Ale miałem sprawę do załatwienia.

– Wejdź – rozkazał Badrija, zdjąłem więc buty i poszedłem za nim. Aneks prowadził w labirynt korytarzy, z identycznymi czarnymi drzwiami po obu stronach. – Podnieś ręce – polecił.

Skinąłem głową i wciągnąwszy brzuch, uniosłem przód koszuli, a Badrija delikatnie wyjął mój rewolwer. Fachowo przerzucił go w dłoni, patrząc wzdłuż lufy. W skupieniu podniósł ją do nosa. Miał wydatną klatkę piersiową i gruby kark.

– Niedawno z niego strzelano – stwierdził.

– Zgadza się – odparłem.

Badrija odwrócił rewolwer w dłoni i chociaż nie miałem pojęcia, jak tego dokonał, widziałem, że zrobił to bardzo zręcznie.

– Odwróć się – polecił. Błyskawicznie obmacał mnie z góry na dół, przebierając palcami pod pachami i po udach, jedynie na krótką chwilę zatrzymując się na sztabkach w kieszeniach. Wszystko zostało wykonane bardzo profesjonalnie, bez śladu wrogości, a ja zmieniłem nieco zdanie o Paritoszu Śahu, który w swojej ekipie miał takich ludzi jak Badrija. – Ostatnie drzwi po lewej – rzucił siłacz z pożegnalnym klepnięciem.

Paritosz Śah leżał bokiem na białej gaddzie, wsparty na okrągłej poduszce. Pokój był prawie pusty, z gładkimi i błyszczącymi ścianami wyłożonymi brązową boazerią, z zawieszonym pod samym sufitem żyrandolem z mlecznego szkła. Klimatyzację nastawiono na tak niską temperaturę, że wchodząc tam, poczułem ból. Tuż obok gaddy stały rzędem trzy czarne aparaty telefoniczne. Paritosz Śah wyglądał na wyraźnie odprężonego i leniwie podniósł rękę, wskazując mi niski taboret.

– Usiądź – polecił.

Zająłem miejsce, czując obecność stojącego z tyłu po lewej Badriji i słysząc cichy trzask zamykanych czarnych drzwi.

– To ty jesteś tym chłopakiem – powiedział Paritosz Śah. Sam nie był dużo starszy ode mnie, może sześć czy siedem, najwyżej dziesięć lat, ale otaczała go aura ogromnej i jakiejś znużonej pewności siebie. – Imię? – zapytał, a ja zdałem sobie sprawę, że to jego zwiotczałe ułożenie na miękkiej gaddzie, jego jedna noga zgięta pod spód i ten jego spokój, wszystko to ostrzega: nie próbuj mnie oszukać, chłopcze.

– Ganeś.

– Lekkomyślny z ciebie chłopak, Ganeśu. Ganeś, i jak dalej?

– Ganeś Gaitonde.

– Nie pochodzisz z Mumbaju. Skąd jesteś, Ganeśu Gaitonde?

– To nieistotne. – Odchyliłem się na taborecie i wyjąłem dwie sztabki. Położyłem jedną obok drugiej na gaddzie Paritosza Śaha.

– Mógłbyś sprzedać je pierwszemu lepszemu jubilerowi z Marwaru. Dlaczego przychodzisz z tym do mnie?

– Zależy mi na dobrej cenie. I mogę przynieść więcej.

– Ile więcej?

– Dużo więcej. Jeśli za te uzyskam dobrą cenę.

Paritosz Śah podniósł się do pionu, jak lalka z ciężarkiem na dole. Zauważyłem, że ręce i ramiona ma chude, ale za to okrągły brzuszek, na którym teraz złożył ręce.

– Pięćdziesięciogramowe sztabki. Jeśli będą w porządku, za każdą dostaniesz siedem tysięcy rupii.

– Cena rynkowa za pięćdziesiąt gramów to piętnaście tysięcy.

– To cena rynkowa. Dlatego właśnie złoto jest przemycane.

– Mniej niż połowa to zdecydowanie za mało. Trzynaście tysięcy.

– Dziesięć. Więcej nie mogę dać.

– Dwanaście.

– Jedenaście.

Skinąłem głową.

– Stoi.

Paritosz Śah szepnął coś do jednego z czarnych telefonów, jednocześnie drugą, wolną ręką wyciągając srebrną szkatułkę, zawierającą pokryte srebrzystymi cętkami pan, supari i ilajći. Pokręciłem głową. Ja chciałem dostać pieniądze, pieniądze, na których mógłbym zacisnąć dłoń, chciałem mieć pieniądze w kieszeni, chciałem mieć gruby plik banknotów, tak gruby, żeby wystarczyło na srebrne szkatułki, miękką gaddę i czerwone narzuty, na gramofony i czyste łazienki, i na miłość, tyle szeleszczącego papieru, żeby wystarczyło na uzyskanie pewności siebie i bezpieczeństwa, i na życie. Czułem suchość w ustach. Mocno ścisnąłem złożone dłonie i nie zwalniałem tego uścisku przez cały czas, kiedy najpierw rozległo się delikatne pukanie w drzwi i kiedy potem drzwi zostały zamknięte, a Badrija postawił małą wagę i położył dwa stosy pieniędzy, jeden gruby, a drugi cienki.

– Tylko sprawdzimy – powiedział Paritosz Śah. Po kolei brał koniuszkami palców sztabki i układał na szalce, ważąc je precyzyjnymi, małymi odważnikami. – Dobrze. – Uśmiechnął się. – Bardzo dobrze. – Patrzył na mnie wyczekująco. Pieniądze leżały na gaddzie, ale ja powściągnąłem swoją wolę jak rozedrganą, stalową sprężynę i uspokoiłem się, nie dając po sobie poznać, że coś widzę, aż w końcu Paritosz Śah wyciągnął swoje smukłe palce i przesunął stosik o jakieś pięć centymetrów. Dopiero wtedy go wziąłem, ręką, która drżała tylko nieznacznie.

Wstałem. Cały pokój się zakołysał, w moje oczy wdarły się mleczne prostokąty białego światła i widziałem jedynie migoczący blask białego bezkresnego nieba.

– Nie jesteś zbyt rozmowny – odezwał się Paritosz Śah.

– Następnym razem będę rozmowniejszy. – Badrija otworzył już drzwi, za którymi ciągnął się bardzo długi korytarz, i w końcu wyszedłem z pieniędzmi w kieszeni i już prawie bez zawrotów głowy. Swobodnie schyliłem się, żeby założyć buty, a kiedy się podniosłem, w lewej dłoni trzymałem cienki zwitek trzydziestu dziewięciu rupii. Wsadziłem je za pas amunicyjny starego strażnika, wcisnąłem je głęboko, przy okazji przecierając skórę tego pasa. – Masz, mamu – powiedziałem. – A jak przyjdę tu ponownie, nie każ mi czekać na zewnątrz.

Mężczyzna zaczął się jąkać, a Badrija wybuchnął gromkim śmiechem. Podał mi rewolwer i uniósł brew.

– Zatrzymałeś jedną sztabkę.

Szybkim ruchem ręki sprawdziłem komory, tak fachowo, jak tylko potrafiłem.

– Ta nie jest na sprzedaż – odparłem.

– Dlaczego?

Schowałem rewolwer i uniosłem dłoń w geście pożegnania.

– Nie wszystko jest na sprzedaż. – Znalazłem się już na ulicy, ale nadal miałem się na baczności. Zatrzymałem się przed sklepem Bata i w szybie wystawowej sprawdziłem, czy ktoś się gdzieś nie czai. Istniało duże prawdopodobieństwo, że ktoś mnie będzie śledził, że Paritosz Śah szybko przekalkulował i wysłał kogoś, na przykład Badriję, żeby za mną poszedł i dowiedział się, gdzie można znaleźć dużo złota. To byłoby zupełnie logiczne. W szybie nie pojawiły się jednak żadne postacie prześladowców, ruszyłem więc dalej powoli, często zatrzymując się za węgłami domów i przyglądając się twarzom przechodniów. Byłem czujny, ale jednocześnie odprężony, pierwszy raz w życiu czułem się na tych miejskich uliczkach jak u siebie, jak panisko patrzyłem z litością na piękne, malutkie bungalowy, które teraz mijałem, oświetlone łagodnym wieczornym światłem, na szczęśliwe, bogate dzieci biegające tam i z powrotem. Nic nie było mi już tu obce. Przez cały czas bardzo się jednak starałem nie wpaść w samozadowolenie, trzymać w pogotowiu ostrze nieufności wobec tej euforii po udanej transakcji, tego podniecenia wywołanego przeskokiem, który dokonał się dzięki jednemu rzutowi kostką, toczącą się gładko do nieuniknionego zwycięstwa. Zachowaj czujność. Uważaj, uważaj. Wypadły dobre numery, ale plansza się porusza. To, co teraz jest białe, będzie czarne. Wspinaj się wysoko i szybko, bo długie węże nie śpią. Weź udział w tej grze.

Stałem przed świątynią. Rozejrzałem się w lewo i w prawo, zupełnie nie wiedząc, jak się tu znalazłem. Po jednej stronie ulicy widać było budynki mieszkalne, po drugiej jakieś niższe zabudowania, spadziste, pokryte dachówką domy włókniarzy, spedytorów, listonoszy. Świątynia stała na rogu i prawdopodobnie właśnie rozbrzmiewające bicie dzwonów ściągnęło mnie w to miejsce, na ten dziedziniec, pod wysoki, szafranowy szczyt jej dachu. Oparłem się o słup i jeszcze raz rozejrzałem się, czy nikt za mną nie podąża, czy nie widać jakiegoś groźnego cienia wśród riksz i ambassadorów. Jeśli gdzieś tam się czaili, cuchnąc niegodziwością i chciwością, równie dobrze mogłem przeczekać w świątyni, jak w każdym innym miejscu. Świątynie nie były mi potrzebne, gardziłem kadzidłem, pokrzepiającymi kłamstwami i pobożnością, nie wierzyłem w żadnych bogów ani boginie, ale tu było schronienie. Zdjąłem buty i wszedłem do środka. Wierni siedzieli po turecku na gładkiej posadzce, stłoczeni na całej długości pomieszczenia. Ascetycznie białe ściany oświetlone były jarzeniówkami, ciemne głowy kołysały się w morzu jaskrawych sari, fioletowych, błyszcząco zielonych, błękitnych i ciemnoczerwonych, ciągnącym się aż do pomarańczowej figury lecącego Hanumana, z gracją trzymającego nad głową górę. Znalazłem miejsce pod ścianą w głębi i tam spocząłem, z nogami podwiniętymi pod siebie, natychmiast się odprężając. Na podeście przed Hanumanem usiadł mężczyzna w szafranowych szatach, a ja czułem, z jaką łatwością i siłą wpływa do mojej głowy jego nauka, ta stara opowieść o Walinie i jego bracie Sugriwie, o konflikcie, wyzwaniu, pojedynku, o bogu przyczajonym pośród drzew. Dobrze znałem wszystkie zawiłości opowieści i tylko kiwałem głową, w miarę jak rozwijała się ta prastara akcja, jak toczył się rytm wykładu. Kiedy kapłan z wyciągniętymi rękami recytował dwuwiersze, wierni wtórowali mu, a głosy kobiet wznosiły się wysoko pod strop pomieszczenia. Nadleciała strzała i Walin padł trafiony, zwijając się na ziemi i piętami szorując po poszyciu leśnym, a ja podniosłem kolana, oparłem na nich głowę i czułem się bardzo dobrze.

Obudziłem się, kiedy potrząsnął mną kapłan w szafranowych szatach.

– Beta – powiedział – czas do domu. – Miał siwe włosy i szelmowską twarz. – Pora zamykać. Hanuman-dźi musi iść spać.

Mocno roztarłem ból w karku.

– Tak. Pójdę sobie. – Wszyscy już wyszli.

– Hanuman-dźi to rozumie. Byłeś zmęczony. Długo pracowałeś. On wszystko widzi.

– Jasne – odparłem. Jakież nieprawdopodobne historie opowiadają sobie starzy i słabi, pomyślałem. Wyprostowałem nogi, wstałem i potykając się, ruszyłem w kierunku stojącej przed Hanumanem zamkniętej skrzynki na datki. Wyciągając banknot pięćsetrupiowy z cieńszego zwitku, przypomniałem sobie, że kiedy Paritosz Śah wręczał mi pieniądze, nie przeliczyłem ich. Zachowałem się jak zupełny amator, nie wolno mi nigdy powtórzyć tego błędu. Wsunąłem pieniądze do otworu i zobaczyłem, że po prawej czeka na mnie kapłan z thali pełną prasadu. Nastawiłem prawą rękę i wyszedłem ze świątyni, jedząc tę małą cukrową perę. Z ustami zalewanymi nadmiarem śliny, czułem się wypoczęty, a życie zdało mi się bardzo słodkie.

Teraz nie było już tłumów, w których mogliby się ukryć zabójcy, i kiedy szedłem szybko, głośno chrzęszcząc butami, czułem się bezpiecznie. Latarnie uliczne oświetlały długi odcinek drogi, nie pozostawiały żadnych ciemnych plam, a ja byłem zupełnie sam. Skinąłem na rikszę i trzy zakręty i pięć minut później znalazłem się na stacji. Zapłaciłem rikszarzowi i już dochodziłem do okienka kasy, kiedy jakiś mężczyzna, oparty o żelazne ogrodzenie, podniósł brodę, pytając: „Czego byś sobie życzył?”. Nie zatrzymałem się, ale zbyt długo na niego patrzyłem, i teraz szedł obok mnie, szepcząc znaczącym i wesołym tonem naganiacza:

– Czego potrzebujesz, szefie? Chciałbyś się zabawić, han? Ćaras, calmpose, mam wszystko. Potrzebujesz kobiety? Spójrz na tamto auto. Wszystko na ciebie czeka.

Po drugiej stronie ulicy stał samochód, ukosem do ściany zamkniętego sklepu. Opierał się o nie kierowca, dostrzegłem żarzący się biri i wiedziałem, że ten mężczyzna patrzy prosto na mnie. Biri drgnął, a kierowca zapukał w tylną szybę samochodu. W środku poruszyła się jakaś postać i po lewej stronie wychynęła w światło latarni kobieca głowa. Widziałem tylko czarny blask jej włosów i intensywny żółty kolor sari, ale to mi wystarczyło, żeby zorientować się, jakiego to rodzaju wypacykowaną randi sprzedawał z samochodu ten ćut na stacji. Roześmiałem się i zapłaciłem za bilet.

Alfons mnie jednak nie odstępował.

– Dobra, szefie – szeptał poufale w drodze do wejścia na peron. – Nie doceniłem cię, sahabie. Ty chcesz czegoś lepszego. Masz wyrafinowany gust, pomyliłem się. Po prostu wyglądasz trochę, no wiesz... Ale mam dziewczynę dla ciebie, szefie. – Cmoknął w palce. – Jej mąż pracował w banku, był wielkim sahabem, biedaczysko, a potem miał wypadek. Jest teraz zupełnym kaleką. Nie może pracować. To ona musi zarabiać na rodzinę, cóż począć? Bardzo luksusowa. Tylko dla wybranych dżentelmenów, w jej własnym mieszkaniu. Mogę cię tam od razu zabrać. Sam zobaczysz, szefie, jaka z niej wytworna ćiz. Wykształcona w szkole prowadzonej przez zakonnice.

Zatrzymałem się.

– Czy ma jasną karnację?

– Jak Hema Malini, bhidu. Jak tylko dotkniesz jej skóry, przejdzie cię prąd. Jest jak świeża malai.

– Ile?

– Pięć tysięcy.

– Nie jestem turystą. Tysiąc.

– Dwa tysiące. Nic nie mów. Jak zobaczysz tę dziewczynę i uznasz, że nie jest warta tych pieniędzy, dasz mi tyle, ile będziesz chciał, a ja odejdę cichutko, bez słowa. Uwierz mi, gdybyś zobaczył ją przed bankiem jej męża, nigdy byś nie pomyślał, że ona może coś takiego robić, biedna kobieta. Wygląda jak jakaś phatak memsahab.

– Jak masz na imię?

– Radźa.

Włożyłem bilet do tylnej kieszeni.

– Zgoda, Radźa – powiedziałem. – Tylko mnie nie rozzłość.

Zachichotał.

– Nie, sahabie, nie. Chodźmy.

Miała jasną karnację, to prawda. Otworzyła drzwi i nawet w niewyraźnym, docierającym z windy świetle zauważyłem, że ma jasną skórę, nie tak bladą jak Hema Malini, ale jasną, jak pszenica po południu. Siedziała na brązowej sofie, kiedy Radźa przeliczył swoje dwa tysiące i skłoniwszy się, wyszedł. Miała na sobie matowe, zielone sari ze złotymi obszyciami, okrągłe złote kolczyki i siedziała bardzo przyzwoicie, opanowana, ramiona trzymając wysoko, a ręce złożone na kolanach.

– Jak masz na imię? – zapytałem.

– Sima – odparła, nie patrząc mi w oczy.

– Sima. – Przestępowałem z nogi na nogę przy drzwiach, nie bardzo wiedząc, co mam teraz zrobić. Byłem już odpowiednio doświadczony, jednak w zupełnie innych warunkach, i widok lśniącego, szklanego stolika udekorowanego wazonem z kwiatami, obrazu na ścianie, na którym widać było jedynie rozbryzgane plamy kolorów, krótki brązowy dywan, wszystko to sprawiło, że nie mogłem ruszyć się z miejsca. Ale ona wstała i poszła w głąb mieszkania, a ja mężnie ruszyłem za nią, oglądając wszystko, połać jej bluzki rozciągniętej na zapadniętej rzece jej kręgosłupa i biały aparat telefoniczny we wnęce ściennej korytarza. Włączyła lampę w sypialni, a kiedy odrzuciła narzutę, poczułem się niepewnie: to wszystko było zbyt profesjonalne. Już wcześniej widziałem tak samo składaną pościel i taki sam ręcznik.

– Poczekaj – powiedziałem i wróciłem do przedpokoju. Łazienka była czysta i z pewną satysfakcją długo sikałem do wykonanego w stylu zachodnim sedesu. W tym momencie zauważyłem, że obok kranu nie ma mydła, nie ma też żadnego wiaderka. Zapiąłem rozporek. Szafki w kuchni były puste, nie znalazłem tam żadnego talerza, garnka, nawet gazu czy kuchenki, tylko obok zlewu dwie szklanki suszące się do góry dnem. Teraz już byłem pewien, że zostałem wystrychnięty na dudka. W tym mieszkaniu nikt nie mieszkał, ani sahab z banku, ani jego porządna żona, nie było żadnego kaleki ani memsahab, tylko wystrojona i upudrowana dziwka. Leżała na łóżku naga, jedynie w kolczykach, z rękami skrzyżowanymi na drobnych piersiach i z brzuchem unoszącym się i opadającym w wątłym cieniu kości biodrowej, z jedną stopą założoną na drugą. Stanąłem nad nią, głośno oddychając przez usta.

– Mów po angielsku – poleciłem.

– Co?

W jej oczach widać było autentyczne zaskoczenie, a mnie to jeszcze bardziej rozzłościło.

– Powiedziałem ci. Mów po angielsku.

Miała spiczasty nosek i mały, cofnięty podbródek, i jeszcze przez chwilę wyglądała na zdumioną, a potem lekko roześmiała się, gorzko rozbawiona.

– Mam mówić? – zapytała. Potem przeszła na angielski, a jej słowa grzechotały po mojej głowie, wiedziałem, że są naprawdę angielskie, czułem to po trzaskających spółgłoskach. – Bas? – zapytała.

– Nie – odparłem. Miałem erekcję, czułem drżenie w lędźwiach. – Nie przestawaj. – Mówiła po angielsku, podczas gdy ja zrzucałem ubranie. Odwróciłem się, żeby zdjąć spodnie i ukryć przed nią rewolwer. Kiedy znowu na nią spojrzałem, patrzyła w sufit i mówiła po angielsku. Rozsunąłem jej stopy. – Nie przestawaj – powtórzyłem. Poruszałem biodrami i wdzierałem się w nią, a ona odwróciła twarz na bok i dalej mówiła. Podniosłem się i ujrzałem skórę na jej karku, piaskową w świetle lampy, i słyszałem, jak ona mówi. Nie rozumiałem ani słowa, ale ten dźwięk budził w mojej głowie jakieś wściekłe podniecenie. A potem poczułem, jak gdzieś, daleko w dole, coś się przelewa, i znieruchomiałem.

Byłem bardzo zmęczony, sardar-dźi. Szedłem pochylony do przodu. Wracałem po swoje złoto. Szedłem siłą rozpędu, prawie upadając przy każdym kroku, ale mój strach wzmagał się za każdym razem, kiedy uginały się pode mną wyczerpane kolana. Byłem już blisko złota, rozpoznawałem kolejne skrzyżowania dróg, kształty pojedynczych budynków i ukrytych w cieniu drzew. Noc, choć bezksiężycowa, była jasna, i na otwartym terenie wyraźnie widziałem czerń leżącej przede mną drogi i biel kamienia milowego. Złota nie było, ktoś je zabrał, czułem w piersiach ziejącą dziurę. Nie było go, zniknęło z mojego życia. Powinienem się poddać. Z łatwością znalazłbym sobie kawałek trawy przy drodze, mogłem się tam położyć i zasnąć. Przestań. Idź dalej, Ganeśu Gaitonde. Dziś wygrałeś wszystkie potyczki. Wygraj ponownie. Przecież dokładnie wiesz, gdzie jesteś.

Bez problemu precyzyjnie określiłem właściwy odcinek ogrodzenia. Policzyłem słupki, rozejrzałem się w jedną i drugą stronę i przeturlałem się pod drutem. Kiedy znalazłem się pod drzewami, otoczyły mnie piekielne ciemności i się zgubiłem. Z ręką wyciągniętą do przodu spiesznie pokonywałem przestrzeń. Nie wiedziałem, jaką odległość przebyłem, ale czułem i sięgnąłem, i zatrzymałem się w odpowiednim momencie, i skręciłem w prawo. Jeszcze krok i znalazłem to drzewo. Przesunąłem dłonią w dół pnia, ale ziemia pod spodem była płaska. Obszedłem cały pień, macając wokół obiema rękami. Po dwóch, może trzech okrążeniach oparłem się o niego ramieniem i wydałem przeciągły jęk zawodu. Ganeśu Gaitonde, Ganeśu Gaitonde. Po omacku ruszyłem do następnego drzewa, aż zatrzymałem się, kiedy otarłem sobie o nie głowę. Dookoła, dookoła. A potem do następnego. Mój płacz przeszedł już w wycie, w przeciągłe zawodzenie, unoszące się w ciemnościach pod sklepieniem liści. Ani się nie wzmagał, ani nie milkł. Nagle ucichłem, ponieważ obie moje dłonie wyczuły jakieś zgrubienie. Wzgórek wznosił się na powierzchni ziemi, wypełniając obie moje dłonie. Delikatnie wymacałem jego kształt, z jednej strony wznoszący się w stronę drzewa, i z drugiej, aż do samego końca pochyłości. Jęknąłem i wbiłem w niego obie dłonie. Jak oszalały zacząłem w nim ryć i z radością powitałem ból w palcach. Najpierw wyczułem materiał, a następnie cudownie znajomy prostokątny kształt. Sięgnąłem rozdygotaną ręką i nagle wszystko znalazło się przede mną. Całe, nienaruszone i moje. Z rękami po łokcie zanurzonymi w ziemi opuściłem głowę i chłonąłem zapach trawy, moich pach i mojego ciała, i wiedziałem, że świat należy do mnie. Z nastaniem świtu zwinąłem się wokół tego wzgórka w kłębek i zasnąłem z rewolwerem pod piersią.
mniej..

BESTSELLERY