Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Szlachcic chodaczkowy - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Szlachcic chodaczkowy - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 302 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. ZA­ŚCIA­NEK ZA­WI­CHRZYŃ­SKI.

Prze­świad­cze­nie­to z każ­dym dniem po­wszech­niej­sze, że im da­lej świat za­pę­dza się w lata, im układ­niej­sze na po­zór przy­bie­ra oby­cza­je, tem jaw­niej za­cie­ra się w nim wszel­ka bar­wa ory­gi­nal­no­ści, tem mniej w jego spo­łe­czeń­stwie oso­bli­wych prze­cho­wu­je się ry­sów.

I rze­czy­wi­ście! ułud­ny po­lor cy­wi­li­za­cji a z nim tak­zwa­na przy­zwo­itość to­wa­rzy­ska, na­by­te dro­gim oku­pem, bo po­świę­ce­niem naj­wspa­nial­szych cnót i za­let pra­sz­czu­rzych oby­cza­jów, tłu­mią sta­ran­nie wszel­ki ja­skraw­szy w ży­ciu ko­lo­ryt, na­da­ją co­raz wi­docz­niej ca­łe­mu spo­łe­czeń­stwu na­sze­mu jed­ną jed­no­li­tą po­wierz­chow­ność.

Dziś wszyst­ko ze­wnętrz­ne ży­cie na­sze w sta­łe uję­to pra­wi­dła, na każ­dy jaw­ny uczy­nek że­la­zne wtło­czo­no oko­wy, każ­de­mu kro­ko­wi nie­zmien­ne wy­tknie – to ko­le­je, każ­de­mu słów­ku gło­śne­mu z góry już nie­odzow­ne ozna­czo­no brzmie­nie. Świat dzi­siej­szy żąda, aby­śmy wszy­scy, za­wsze i wszę­dzie je­den i ten­sam nie­dziel­ny przy­bie­ra­li wy­raz twa­rzy, w każ­dej po­rze w jed­nem i tem­sa­mem ob­ja­wia­li się uspo­so­bie­niu, aby­śmy wszy­scy na jed­ną nutę pła­ka­li, na jed­ną nutę się śmia­li, we­dług jed­nych wzo­rów ukła­da­li na­sze ru­chy, we­dług jed­nych pra­wi­deł sta­wia­li na­sze kro­ki, w je­den i ten­sam ste­reo­ty­po­wy uśmiech ustra­ja­li usta na­sze, wy­ma­wia­jąc: dzień do­bry lub pa­dam do nóg!

I dzi­wić się tu nam, że ze­wnętrz­ne ży­cie na­sze co­raz wię­cej sta­je się jed­no­staj­nem, co­raz mniej ory­gi­nal­nem, kie­dy tuż w oczach na­szych wszyst­kie ogól­ne rysy spo­łe­czeń­stwa zle­wa­ją się po­wo­li w je­den tyl­ko ry­czał­to­wy wy­raz ge­ne­ano­micz­ne­go ja­kie­goś, że tak po­wiem, po­do­bień­stwa, wszyst­kie zaś rysy szcze­gól­ne roz­strze­li­wa­ją się w tak drob­ne i roz­licz­ne od­cie­nia, że z każ­dym dniem trud­niej ja­kiej­kol­wiek cha­rak­te­ry­stycz­nej do­pa­trzyć w nich róż­ni­cy.

Dziś miej tyl­ko je­den gu­zik wię­cej jak inni przy ka­mi­zel­ce, miej roz­dział wło­sów na pra­wej, kie­dy inni mają na le­wej stro­nie, śmiej się pół­gęb­kiem, gdy dru­dzy śmie­ją się ca­łem gar­dłem, a idź tyl­ko w ty­sią­cz­nej czę­ści za po­pę­dem two­je­go wła­sne­go uspo­so­bie­nia, za za­chce­nia­mi two­ich oso­bi­stych skłon­no­ści, sym­pa­tji i od­raz, a już świat okrzy­czy cię ory­gi­na­łem, dzi­wa­kiem, od­lud­kiem, dzi­wo­lą­giem i Bóg wie czem jesz­cze nad­to wię­cej.

A prze­cież ileż­to już przed na­sze­mi wła­sne­mi oczy­ma prze­mknę­ło tu i owdzie dziw­nie ory­gi­nal­nych po­sta­ci, owych­to po­sta­ci upio­ro­wych, któ­re zcho­dząc z oga­pia­ją­ce­go ich świa­ta, żad­ne­go po so­bie nie zo­sta­wia­ją po­tom­stwa. Ze­gna­li świat ze wzgar­dą i po­li­to­wa­niem, a jego szy­der­stwa i urą­ga­nia bra­li z sobą w za­mian pod ka­mień gro­bo­wy. Czy je­den z nas wy­do­był­by z za­ka­mar­ku swo­ich wspo­mnień ja­kie­goś zna­ne­go nie­gdyś ory­gi­na­ła, jed­ną z owych fi­gur cha­rak­te­ry­stycz­nych, któ­rych za­stęp z każ­dym dniem rzad­szy i szczu­plej­szy na świe­cie?

A taką to wła­śnie ory­gi­nal­ną, taką wy­bit­ną, cha­rak­te­ry­stycz­ną po­sta­cią był u nas w Ga­li­cji przed nie­wie­lą laty szlach­cic cho­dacz­ko­wy. Mó­wię przed nie­wie­lą laty, bo dziś już ru­nę­ły naj­ży­wot­niej­sze pod­sta­wy jego wy­jąt­ko­we­go w spo­łe­czeń­stwie na­szem sta­no­wi­ska, dziś już za­tar­ły się naj­ory­gi­nal­niej­sze rysy jego cha­rak­te­ry­sty­ki.

Dziś mamy już tyl­ko bla­dy cień, zdrob­nia­łą cząst­kę daw­ne­go szlach­ci­ca cho­dacz­ko­we­go, a wkrót­ce nie bę­dzie­my go mieć wca­le. Nie­ste­ty! Owi naj­głów­niej­si przed­sta­wi­cie­le oby­wa­tel­skich i wo­jen­nych ży­wio­łów rze­czy­po­spo­li­tej, owi nie­gdyś naj­wal­niej­si obroń­cy swo­bód oj­czy­stych a mia­no­wi­cie pak­tów kon­wen­tów, naj­zaw­zięt­si prze­ciw­ni­cy oli­gar­chicz­nych za­bie­gów ru­sko-li­tew­skich moż­no­wład­ców, owi mi­li­tes ca­li­ga­ti Win­cen­te­go Bo­gu­sła­wi­ca, któ­rych "roj­ność nie­zmier­na" przed kil­ka­set laty była "solą w oku" dla ościen­nych na­ro­dów, jak­to pi­sał król Oto­kar Cze­ski, owi wre­ście za­pa­mię­ta­li bo­ha­te­ro­wie je­ne­ra­łów i sej­mi­ków po­wia­to­wych, co ufni w wa­lor uświę­co­nych wie­ka­mi pre­ro­ga­tyw szla­chec­kich, nie­jed­no­krot­nie w obec mo­nar­chy zbroj­ną ręką po­pie­ra­li swo­je weta, a od­nio­sł­szy raz po­tęż­ne­go guza pod Gu­zo­wem, wró­ci­li go z okła­dem re­ga­łom pod Mon­twa­mi i Czę­sto­cho­wą – nie za­gi­ną oni co do swo­jej isto­ty, nie wy­mrą jak ród Aben­ce­ra­gów, lecz ta ich cha­rak­te­ry­sty­ka ory­gi­nal­na, ta ich fi­zy­onom­ja wy­bit­na za­trze się do szczę­tu, a nie­daw­ny szlach­cic cho­dacz­ko­wy bę­dzie dla na­szych wnu­ków ta­ką­sa­mą rze­czy­wi­stą oso­bą my­tycz­ną, jaką jest dziś dla nas sta­ro­sta Ka­niow­ski lub Ra­dzi­wiłł pa­nie ko­chan­ku.

Szczę­śli­wy kto wi­dział i sły­szał ostat­nie­go szlach­ci­ca cho­dacz­ko­we­go, jak Co­oper któ­ry wi­dział i sły­szał ostat­nie­go Mo­hi­ka­na! W krót­kim cza­sie nie spo­tka już nikt szlach­ci­ca cho­dacz­ko­we­go, spie­szą­ce­go na ter­min sa­do­wy, z tą gę­stą, na­buń­dziu­czo­ną miną, z tym su­mia­stym, na­strzę­pio­nym wą­sem, w owej hi­sto­rycz­nej ka­po­cie sza­racz­ko­wej, w czap­ce ba­ra­niej na gło­wie, z gru­bą la­ską sę­ka­tą w ręku i nie­roz­dziel­ną tor­bą bor­su­czą na ple­cach. Po­źniej­szy chłop-szlach­cic bę­dzie chy­ba tem tyl­ko róż­nił się od chło­pa-nie­szlach­ci­ca, że gdzieś tam w szcze­li­nie swo­jej cha­ty bę­dzie nie wie­dząc na co i po co prze­cho­wy­wał ja­kiś sta­ry, okop­co­ny zwi­tek pa­pie­ru, któ­ry dzia­dek jego re­li­gij­nie czcił i sza­no­wał, oj­ciec jesz­cze strzegł jak oka w gło­wie, a któ­ry­by on za lada drob­nost­kę wy­mie­niał z po­ca­ło­wa­niem ręki. Bo i ja­kąż zresz­tą war­tość może mieć dziś dla nie­go ten sta­ry, okop­co­ny, zbu­twia­ły zwi­tek per­ga­mi­no­wy?

Daw­niej to wca­le co in­ne­go, daw­niej na tym je­dy­nym zwit­ku per­ga­mi­nu po­le­ga­ło całe jego tak od­ręb­ne w spo­łe­czeń­stwie sta­no­wi­sko, daw­niej wy­wo­dził on z nie­go całą swo­ją wyż­szość nad są­sied­nim, czę­sto­kroć w trój­na­sób ma­jęt­niej­szym "cha­mem", opie­rał na nim wszy­stek swój but­ny i zu­chwa­ły cha­rak­ter. Bo przy­pa­trz­myż się bli­żej ta­kie­mu szlach­ci­co­wi cho­dacz­ko­we­mu.

W naj­więk­szej czę­ści nie prze­wyż­szał on wca­le ościen­ne­go chło­pa w oświa­cie, a ustę­po­wał mu w ma­jąt­ku, już­to przez swe pra­wo do­wol­ne­go dzia­łu zie­mią po­sia­da­ną, już dla in­nych waż­nych po­wo­dów, o któ­rych po­źniej na­po­mknie­my. Dość że za­ścia­nek szlach­ty cho­dacz­ko­wej był za­zwy­czaj naj­uboż­szem sio­łem na dwa­dzie­ścia mil w oko­li­cy. Ato­li przy tem wszyst­kiem o ileż świet­niej­sze sta­no­wi­sko zaj­mo­wał on pod wzglę­dem swo­ich sto­sun­ków so­cy­al­nych.

Szlach­cic cho­dacz­ko­wy nie ule­gał przed­wszyst­kiem po­bo­ro­wi woj­sko­we­mu, tej naj­sroż­szej gro­zie na­sze­go chło­pa, był on do­wol­nym i nie­za­wi­słym pa­nem swo­jej zie­mi i swo­jej cha­ty, chłop na­to­miast tyl­ko przy­mu­so­wym dzier­żaw­ca grun­tu dzie­dzi­ca; szlach­cic cho­dacz­ko­wy nie znał na­ko­niec ani na­haj­ki eko­nom­skiej, ani dra­pież­nej ręki man­da­tar­ju­sza, a ule­gał tym­że­sa­mym są­dom i pra­wom, co pan na Wi­śni­czu lub hra­bia na Po­to­ku.

Wo­bec po­dob­ne­go sta­nu rze­czy, wo­bec tak ra­żą­cej sprzecz­no­ści swo­je­go po­ło­że­nia z sto­sun­ka­mi pod­dań­cze­mi, nie mógł szlach­cic cho­dacz­ko­wy w ża­den spo­sób za­si­mi­ło­wać się z są­sied­nim chło­pem, któ­rym gar­dził jako o wie­le po­śled­niej­szem od sie­bie stwo­rze­niem, a z któ­rym wszel­kiej kol­li­ga­cji jak naj­więk­szej strzegł się hań­by. Ja­koż dla swej ma­łej licz­by sto­sun­ko­wej mu­siał on ko­niecz­nie swo­ją oso­bli­wą za­cho­wać fi­zy­onom­ję, i przed­sta­wiać za­wsze pe­wien typ od­ręb­ny, ja­kąś ga­łąź szcze­gól­na na­sze­go ga­li­cyj­skie­go spo­łe­czeń­stwa. Przy wca­le zaś chłop­skiej oświa­cie tylą nie­chłop­skie­mi ob­da­rzo­ny swo­bo­da­mi i przy­wi­le­ja­mi, a nad­to jesz­cze oży­wia­ny świe­że­mi a tak uro­cze­mi wspo­mnie­nia­mi tra­dy­cyj­ne­mi, nie mógł nig­dy szlach­cic cho­dacz­ko­wy w swo­je wła­ści­we wejść po­ło­że­nie; to też prze­bie­rał zwy­czaj­nie miar­kę swych wol­no­ści, a pusz­cza­jąc czę­sto gę­sto sa­mo­pas swa wolę, wy­ła­my­wał się nie­jed­no­krot­nie z rezy wszel­kich ustaw i wszel­kie­go po­słu­szeń­stwa, i sły­nął po­wszech­nie wzdłuż i wszerz z buty, zu­chwa­ło­ści i za­wa­djac­twa.

Do tego wszyst­kie­go przy­łą­czał się jesz­cze je­den przy­miot nie­po­spo­li­ty, rys naj­głów­niej­szy jego cha­rak­te­ry­sty­ki, naj­ży­wot­niej­sza cząst­ka skła­do­wa jego isto­ty, ówto nie­okieł­za­ny, w przy­sło­wie we­szły, w ist­ną ma­nią wy­ra­dza­ją­cy się po­ciąg do pro­ce­su, do pie­niac­twa. Je­śli praw­da że po­chop do prak­tyk pie­niac­kich leży już w ogól­nym cha­rak­te­rze ca­łe­go na­sze­go na­ro­du, tedy w tym wzglę­dzie miał na­ród w szlach­ci­cu cho­dacz­ko­wym naj­wal­niej­sze­go swe­go wy­obra­zi­cie­la. Szlach­cic cho­dacz­ko­wy ro­dził się w pro­ce­sie, żył w pro­ce­sie, i umie­rał w pro­ce­sie, a całą za­słu­gę swo­je­go ziem­skie­go ży­wo­ta mie­rzył je­dy­nie tyl­ko po ilo­ści wy­to­czo­nych za ży­cia pro­ce – sów. Szlach­cic cho­dacz­ko­wy dzie­dzi­czył pro­ces po ojcu, zo­sta­wiał sy­no­wi w pu­ściź­nie, brał po żo­nie w in­ter­cy­zie, da­wał cór­ce w po­sa­gu, wsz­czy­nał je­den, koń­czył dru­gi, od­na­wiał sta­ry, wy­naj­dy­wał nowy, a oprócz tego brał udział w pię­dzie­się­ciu przy­najm­niej so­li­dar­nych pro­ce­sach swo­jej gmi­ny, a do pię­dzie­się­ciu in­nych wią­za­ły go jak­naj­żyw­sze afek­ta, jak­naj­go­ręt­sze uczu­cia sym­pa­tji, tak iż każ­da po­myśl­na albo nie­po­myśl­na no­wi­na o pro­ce­sie pana Ma­cie­ja, Ję­drze­ja lub Ma­te­usza, ob­cho­dzi­ła, do­ty­ka­ła go o tyle, o ile suk­ces wła­snej spra­wy at­ten­to­wa­nej.

Przy każ­dym zaś pro­ce­sie za­cho­wy­wał szlach­cic cho­dacz­ko­wy że­la­zną wy­tra­łość i kon­se­kwen­cję. Prze­grał czy wy­grał, nie prze­stał on do­tąd go­nić na ostro z ad­wer­sa­rzem, do­po­kąd cała jego spra­wa nie prze­szła ko­lej­no przez wszyst­kie in­stan­cje hie­rar­chji są­do­wej, i nie obi­ła się na­ko­niec o naj­wyż­sza wła­dzę ape­la­cyj­ną, o sam ma­je­stat tro­nu. Wy­grał­li, tedy albo były przy­zna­ne expen­sa są­do­we za małe, albo cały suk­ces za nie­zu­peł­ny; prze­grał­że, tedy już­ciż albo sę­dzio­wie byli par­cy­al­ni albo ist­ni pre­wa­ry­ka­to­ro­wie. Zwy­cięz­ki w jed­nej spra­wie, po­czy­ty­wał on try­umf swój za wal­ny as­sumpt do no­wej szer­mier­ki, zwy­cię­żo­ny zaś mu­siał co­ży­wo wsz­czy­nać nowy pro­ces, aby choć w drob­nej czę­ści po­we­to­wać po­nie­sio­ne stra­ty i expen­sa. Owoż w ten spo­sób nie wy­cho­dził nig­dy z har­ców pie­niac­kich. Owszem w każ­dej prze­rwie, mię­dzy koń­cem jed­ne­go a po­cząt­kiem dru­gie­go pro­ce­su, wi­dział on tyl­ko ja­kiś ab­nor­mal­ny stan swo­je­go bytu, ro­dzaj ja­kie­goś zgub­ne­go in­ter­re­gnum, któ­ry jako pra­wy oby­wa­tel co­naj­ry­chlej usu­nąć się sta­rał.

Po­trze­ba­to było wi­dzieć szlach­ci­ca cho­dacz­ko­we­go, gdy w pro­gach jego skrom­nej, kur­nej cha­ty po­ja­wi­ła się nie­spo­dzia­nie chu­da, po­waż­na, nie­po­spo­li­ta po­stać woź­ne­go ko­mor­ni­cze­go. Woź­ny to naj­po­żą­dań­szy gość każ­dej za­ścian­ko­wa­nej za­gro­dy, przy­cho­dził­li z do­brą czy złą no­wi­ną, z po­myśl­ną czy nie­po­myśl­ną re­zo­lu­cją, z no­wym po­zwem czy no­wym ter­mi­nem są­do­wym. Z ja­kąż ra­do­ścią w ob­li­czu wi­tał go szlach­cic cho­dacz­ko­wy, z ja­kim­że uśmie­chem za­do­wo­lo­nym, przyj­mo­wał z rąk jego opie­czę­to­wa­ne pi­smo, a z jaką po­wa­gą gry­zmo­lił krzyż sąż­ni­sty przy swo­jem imie­niu na dru­ko­wa­nym re­ce­pi­sie! A po­tem, gdy za­spo­ko­ił już łak­ną­cą dłoń i łak­ną­ce gar­dło swo­je­go go­ścia, gdy go już wy­pro­wa­dził za bra­mę swo­jej za­gro­dy, ja­kież dziw­ne jął wy­pra­wiać ge­sta i ru­chy!

Prze­cha­dza­jąc się po­su­wi­stym kro­kiem po za­śmie­co­nej obo­rze, prze­bie­rał pal­ca­mi jakg­dy­by coś li­czył, i z ucha na ucho prze­su­wał ba­ra­nią czap­kę, i za­pi­nał i roz­pi­nał wy­sza­rza­łą cza­ma­rę, a przy­tem to się uśmiech­nął, to zmarsz­czył czo­ło, to tup­nął nogą, to po­chy­lił gło­wę ku zie­mi, to za­darł ją dum­nie do góry, to po­tarł czu­ba, to po­krę­cił wąsa, to w koń­cu nie­zro­zu­mia­łe ja­kieś wy­beł­ko­tał sło­wo.

Każ­dy bo taki po­zew są­do­wy był tem dla szlach­ci­ca cho­dacz­ko­we­go, czem dla au­to­ra list od na­kład­cy, pro­szą­cy uprzej­mie o do­zwo­le­nie dru­giej edy­cji po­praw­nej ja­kie­goś wca­le jesz­cze nie za­daw­nio­ne­go utwo­ru.

Otrzy­maw­szy po­zew, żył szlach­cic cho­dacz­ko­wy w swo­ich naj­słod­szych, naj­przy­jem­niej­szych ma­rze­niach. De­li­be­ro­wał dnie i nocy, jak tu na ter­mi­nie ozna­czo­nym tą i ową re­pli­ką oba­lić wszy­stek za­rzut ad­wer­sa­rza, tym zno­wu wy­wo­dem pod­ko­pać wia­ro­god­ność prze­ciw­nych so­bie świad­ków, a tym osta­tecz­nym wre­ście ar­gu­men­tem za­im­po­no­wać sę­dziom i wal­ny od­nieść try­umf.

Po­wie­dzie­li­śmy prze­cie, że szlach­cic cho­dacz­ko­wy ro­dził się, żył i umie­rał w pro­ce­sie.

Przy ta­kim zaś nie­la­da­ja­kim przy­mio­cie jego cha­rak­te­ru i oby­cza­ju wy­pły­wa­ło to już samo z sie­bie, że każ­dy za­ścia­nek szlach­ty cho­dacz­ko­wej mu­siał być w oczach to­tem to owem wiecz­nie nie­po­ko­jo­nych są­sia­dów osła­wio­nem ogni­skiem wszel­kich wad i zdroż­no­ści spo­łe­czeń­skich, ist­ną So­do­mą i Go­mo­rą no­wo­żyt­nych cza­sów. Toż każ­dy ka­wał zie­mi, sty­ka­ją­cy z po­la­mi szlach­ty cho­dacz­ko­wej był za­zwy­czaj o po­ło­wę tań­szy, każ­de pa­stwi­sko zu­peł­nie bez ko­rzy­ści bo przy­najm­niej wspól­ne, każ­dy las po­bli­ski otwar­tym dla wszyst­kich zrę­bem. Do tego w każ­dym ta­kim za­ścian­ku były dro­gi jakg­dy­by za­sadz­ki na lisy i wil­ki, a mo­sty jak­by umyśl­nie na spraw­dze­nie gmin­ne­go przy­sło­wia:

"Sza­nuj góry i mo­sty,

Chcesz­li mieć bok pro­sty."

Naj­wię­cej po­dob­nych za­ścian­ków w Ga­li­cji przy­pa­da na wschod­nią część kra­ju. Już­to wszyst­kie co­naj­gor­szą u swo­ich są­sia­dów mają re­pu­ta­cję, jed­nak­że naj­gło­śniej­szym w tej mie­rze był do nie­daw­na za­ścia­nek za­wi­chrzyń­ski, u stóp Kar­pat nad prą­dem Dnie­stru, któ­ry tu wąz­ki jesz­cze stru­my­czek, w płyt­kim mknie ko­ry­cie, a jak­by w igrasz­ce swa­wol­nej co krok to na tę to na ową wy­chy­la się stro­nę.

Dwo­ma dłu­gie­mi nie­re­gu­lar­ne­mi sze­re­ga­mi chat cią­gnął się za­ścia­nek za­wi­chrzyń­ski w ma­łej od­le­gło­ści od bi­te­go go­ściń­ca, i two­rzył licz­ną gmi­nę szla­chec­ka, któ­ra tak nie­po­spo­li­tej wzdłuż i wszerz uży­wa­ła re­pu­ta­cji, że w ca­łej oko­li­cy zna­czył szlach­cic za­wi­chrzyń­ski po pro­stu jed­no i to­sa­mo, co za­wa­dja­ka pierw­sze­go rzę­du, pie­niacz na wiel­ki ka­mień, oczaj­du­sza od stóp do gło­wy, za­wa­li­dro­ga od ja­kie­go chroń Boże.

Toż wszy­stek re­jestr owych spra­wek zu­chwa­łych, owych swa­wol­nych bez­pra­wiów, nad­użyć, psot i zdroż­no­ści, ja­kich szlach­ta za­wi­chrzyń­ska od nie­pa­mięt­nych do­pusz­cza­ła się cza­sów, we­dług za­pew­nień ca­łe­go są­siedz­twa i na wo­ło­wej nic spi­sał­by skó­rze. Wpraw­dzie z każ­dym no­wym ro­kiem zmniej­sza­ła się swa­wo­la, z każ­dem no­wem po­ko­le­niem skrom­nia­ły oby­cza­je Za­wi­chrzyń­skich, lecz nie­ma­ła sum­ka daw­nych ich czy­nów tkwi­ła cią­gle w pa­mię­ci są­sia­dów, a z czę­sta gę­sta zwięk­sza­ła się ja­kimś świe­żym wy­pad­kiem roz­gło­śnym.

Przed kil­ką nie­speł­na laty ba­wi­łem przy­pad­ko­wo przez dłuż­szy czas w naj­bliż­szem są­siedz­twie Za­wi­chrzy­nu, chcąc nie chcąc tedy, na­słu­cha­łem się tak mno­gich i prze­róż­nych o nim po­wie­ści, a do tego spo­ty­ka­łem czę­sto tak ory­gi­nal­ne typy jego miesz­kań­ców, że zmu­szo­ny wkrót­ce pod­jąć małą wy­ciecz­kę w oko­li­cę, nie mo­głem w ża­den spo­sób omi­nąć Za­wi­chrzy­nu, lubo le­żał mi wca­le nie po dro­dze. Na nie­szczę­ście od­by­wa­łem moja po­dróż furą na­ję­te­go w są­siedz­twie chło­pa, to też nie mało kosz­to­wa­ło mię tru­du i za­cho­du, za­nim wy­mo­głem na nim, iż ze­zwo­lił zbo­czyć z wła­ści­we­go go­ściń­ca, i pod­jął się po­pa­sać w karcz­mie za­ścian­ko­wej. Trze­ba bo­wiem wie­dzieć, że chłop nasz żywi zda­wien­daw­na nie­prze­zwy­cię­żo­ną nie­chęć i od­ra­zę do szlach­ci­ca cho­dacz­ko­we­go. Trak­to­wa­ny odeń za­wsze z góry i przez bar­ki, jako stwo­rze­nie da­le­ko po­spo­lit­sze, nie mógł "pod­da­ny" nig­dy prze­ba­czyć szczę­śli­we­mu szta­chet­ce, że nie po­sia­da­jąc ani żad­ne­go wyż­sze­go ro­zu­mu, ani też więk­sze­go ma­jąt­ku, nie sta­wił re­kru­ta, nie ro­bił pańsz­czy­zny, drwił pod nos z man­da­tar­ju­sza, a dzie­dzi­co­wi kol­la­to­ro­wi pię­ścią od­gra­żał się bez­kar­nie.

Do tego nie mo­gło się po­czci­we­mu chło­po­wi po­mie­ścić w gło­wie, ja­kim pra­wem i oby­cza­jem ten­sam ob­szar­pa­ny "sza­ra­czek", któ­ry o sta­ję od nie­go pasł by­dło i nie­ro­ga­ci­znę, mógł tak upo­rczy­wie, tak za­wzię­cie uży­wać i do­ma­gać się od każ­de­go ty­tu­łu "pan." Bo co w tym wzglę­dzie, to szlach­cic cho­dacz­ko­wy był ist­nym fa­na­ty­kiem. Wy­mie­nie­nie swo – jego na­zwi­ska bez od­da­nia mu czci przy­na­leż­nej po­czy­ty­wał on za naj­zel­żyw­szą w świe­cie le­zją, a prę­dzej prze­pu­ścił­by był bez­kar­nie po­li­czek niż po­dob­ne krwa­we uchy­bie­nie.

Nie dziw tedy że mój woź­ni­ca tak wiel­ce wzbra­niał się je­chać na po­pas do za­ścian­ku. Mój ka­prys wy­da­wał mu się tem dzi­wacz­niej­szym, ilu ze do kre­su nie­da­le­kiej po­dró­ży, pro­wa­dził da­le­ko lep­szy i wy­god­niej­szy go­ści­niec, i wszyst­kiej resz­ty dro­gi nie było już nad jed­ną małą mil­kę. Ule­gł­szy wre­ście mo­je­mu nie­zprze­ła­ma­ne­mu upo­ro­wi, czy z gnie­wu czy też dla tem­spiesz­niej­sze­go po­zby­cia się nie­mi­łej wy­pra­wy, za­ci­nał ko­nie tak raź­no i ocho­czo, że nie wie­dząc pra­wie kie­dy, sta­nę­li­śmy w Za­wi­chrzy­nie.

Na pierw­szy rzut oka zda­wał się osła­wio­ny za­ścia­nek za­wi­chrzyń­ski nie­róż­nić ni­czem od pierw­szej lep­szej chłop­skiej wsi po­bli­skiej. Ato­li przy bliż­szem roz­pa­trze­niu się, przy do­kład­niej­szem ro­ze­bra­niu jego fi­zy­onom­ji, tyle oso­bliw­szych przed­sta­wia­ło się szcze­gó­łów, tyle cha­rak­te­ry­stycz­nych wy­glą­da­ło ry­sów, że dzi­wić się tyl­ko wy­pa­da­ło, jak mo­gły ujść uwa­gi na pierw­sze za­raz spoj­rze­nie.

Więc ude­rza­ło tu naj­przód ja­kieś jaw­ne a dziw­ne nie­do­wie­rza­nie są­sia­do­wi, ja­kieś lę­kli­we roz­gra­ni­cza­nie się z wszyst­kiem co cu­dze, ja­kieś sta­ran­ne owa­ro­wa­nie się w swo­jej wła­sno­ści, pew­ne prze­zor­ne ubez­pie­cza­nie się przy swo­jej ta­kiej sia­kiej po­sia­dło­ści. Wi­dać tu było w ty­siącu róż­nych drob­no­stek, ty­siącu jaw­nych ska­zó­wek, że każ­dy po­je­dyń­czy miesz­ka­niec Za­wi­chrzy­nu lę­kał się nie­zmier­nie ja­kie­goś prze­bie­głe­go for­te­lu, ja­kiejś prak­ty­ki nie­sum­nien­nej swo­je­go są­sia­da, któ­re­go wza­jem z swo­jejż stro­ny do rów­nej przy­mu­szał oględ­no­ści, i rów­nym przej­mo­wał stra­chem. Toż każ­dy osob­ny spła­cheć zie­mi miał w Za­wi­chrzy­nie swo­je wła­sne lin­je de­mar­ka­cyj­ne. Każ­dy osob­ny za­gon od­gra­ni­czał się od są­sied­ne­go pola, nie tyl­ko nie­zwy­kłej sze­ro­ko­ści mie­dzą, nie tyl­ko kop­cem mo­gi­ło­wym, sąż­ni­stym pa­lem drew­nia­nym, lecz czę­sto tak­że i głę­bo­kim ro­wem do­ko­ła, a miał za­wsze swój za­jazd osob­ny, swój mo­stek wła­sny.

I bar­dzo słusz­nie! Bo nie­chże­by np. pan Ję­drzej po­zwo­lił panu Bar­tło­mie­jo­wi swo­im most­kiem zwo­zić raz i dru­gi zbo­że z pola, tedy po dwóch trzech la­tach ten ostat­ni wy­ta­cza nie­za­wod­nie wal­ny pro­ces, w któ­rym bę­dzie do­wo­dził roz­licz­ne­mi in­dy­cja­mi, świa­dec­twa­mi, ju­ra­men­ta­mi, że ty­tu­łem ja­kie­goś od nie­pa­mięt­nych cza­sów pra­wo­moc­ne­go oby­cza­ju, wa­lo­rem nie­za­daw­nio­nej ja­kiejś umo­wy i ugo­dy, pan Ję­drzej wi­nien na wiecz­ne cza­sy dla pana Bar­tło­mie­ja, jego po­tom­ków, dzie­dzi­ców, spad­ko­bier­ców utrzy­my­wać w do­brym i nie­usz­ko­dzo­nym sta­nie wy­god­ny most w tem­sa­mem miej­scu.

Kie­dy­śmy wjeż­dża­li do za­ścian­ku, wy­glą­dał on ja­koś dziw­nie pu­sto i głu­cho, jak­by zu­peł­nie wy­mar­ły lub wy­lud­nio­ny. By­li­śmy już w głę­bi sio­ła, a jesz­cze­śmy nie spo­tka­li ani jed­nej ży­wej du­szy, ani ja­kie­go ta­kie­go śla­du ży­cia w za­ścian­ku. Na­gle jed­nak obi­ła się o na­sze uszy z od­da­li ja­kaś roz­gło­śna, prze­cią­gła wrza­wa, ja­kiś grzmią­cy po­mie­sza­ny wrzask ję­zy­ków ludz­kich.

– Cóż to ma zna­czyć? za­wo­ła­łem zdzi­wio­ny.

– Czort je tam wie! – od­parł mój fur­man, po­trzą­sa­jąc gło­wą. – Za­pew­ne biją się w karcz­mie, któ­rą wnet uj­rzy­my na za­krę­cie. Mó­wi­łem panu prze­cież, że szlach­ta cho­dacz­ko­wa, to nie na­sza gro­ma­da. Ho, ho! gro­ma­da to wiel­ki czło­wiek, jak plu­nie to za­le­je, jak chuch­nie to wy­su­szy, a ta szlach­ta, to nito do Boga nito do lu­dzi, ba! i bar­dzo im do na­szej gro­ma­dy!

I wśród tych mo­ral­no-fi­lo­zo­ficz­nych uwag zrzę­dzą­ce­go Hry­cia Szu­ma­ły, jak się na­zy­wał mój woź­ni­ca, wśród co­raz gło­śniej­szej, wy­raź­niej­szej i do­bit­niej­szej wrza­wy od­le­głej, wje­cha­li­śmy wre­ście w za­kręt głów­nej uli­cy za­ścian­ka, i sta­nę­li na­gle tuż przed samą karcz­mą.

Był­to mu­ro­wa­ny, dość oka­za­ły bu­dy­nek, przed laty po­bie­la­ny, dziś dziw­nie pstro­ka­ty, z wiel­ka bra­ma wjaz­do­wą i za­krzy­wio­nym na fron­cie a za­pa­dłym na za­ty­le da­chem gon­to­wym.

W tej chwi­li przed­sta­wiał on ja­kiś wi­dok nie­zwy­czaj­ny. Snać waż­ne ja­kieś od­by­wa­ło się we­wnątrz dzie­ło, bo nie tyl­ko ja­kaś nie­po­wścią­gnio­na, za­głu­sza­ją­ca wrza­wa roz­cho­dzi­ła się ze środ­ka karcz­my, lecz nad­to ze­wnątrz ota­cza­ła ją jesz­cze do­ko­ła licz­na rze­sza ludu. By­ło­to wszyst­ko nie­męz­kie ple­mię Za­wi­chrzy­nu.

Ko­bie­ty w dłu­gich sza­fi­ro­wych suk­ma­nach, w per­ka­lo­wych spodni­cach, w ko­lo­ro­wych aż na ple­cy spa­da­ją­cych chust­kach na gło­wie, śnież­nych płó­cien­nych rań­tu­chach w oko­ło szyi, zdo­bio­nej prócz tego sze­ro­kiem pa­smem praw­dzi­wych lub fał­szy­wych ko­ra­li i pa­cio­rek, i wresz­cie w wiel­kich i nie­zgrab­nych trze­wi­kach na bo­sych no­gach; dziew­czę­ta w przy­sta­ją­cych do cia­ła jub­kach su­kien­nych lub ta­kich­że zgrab­nie wy­cię­tych gor­se­tach, w krót­kich per­ka­lo­wych spodni­cach o ży­wych zwy­kle ko­lo­rach, z go­łe­mi gło­wa­mi i zgrab­nie za­ple­cio­nym wło­sem, na­ko­niec męz­kie nie­do­rost­ki za­wi­chrzyń­skie w ogrom­nych, cho­le­wa­mi po­wy­żej ko­lan się­ga­ją­cych bu­tach, w czar­nych na wzór cza­mar kro­jo­nych ka­po­tach, w zu­ży­tych oj­cow­skich czap­kach ba­ra­nich lub wła­sne­go wy­ro­bu ka­pe­lu­szach sło­mia­nych: wszyst­ko to sta­ło do­ko­ła karcz­my w jed­ną dzi­wacz­na zmie­sza­ne gru­pę, a śle­dząc przez okna każ­de po­ru­sze­nie we środ­ku karcz­my, wnet gło­śnym prze­cią­głym śmie­chem, wnet żywą, po­ryw­czą kłót­nią wtó­ro­wa­ło wy­my­ka­ją­ce­mu się zzew­nątrz ogłu­sza­ją­ce­mu wrza­sko­wi i skwe­re­so­wi.

– Ho, ho! – wy­bąk­ną­łem pół­gło­sem, ude­rzo­ny tak dziw­ną sce­ną – tu bo coś jak sej­mik, jak elek­cja!

– A już­ciż elek­cja! – wrza­snął mi tui nad uchem ja­kiś sze­ścio – czy sied­mio­let­ni czu­pur­ny ju­nak za­wi­chrzyń­ski – mój ta­tu­nio do­je­cha­li raz koń­ca sta­re­mu pre­fek­to­wi, a dziś elek­cja no­we­go.

– Wy­śmie­ni­ta! – za­wo­ła­łem ura­do­wa­ny, ska­cząc co­ży­wo z wozu. Po­znać za­ścia­nek za­wi­chrzyń­ski w tak waż­nej chwi­li jego ży­cia pu­blicz­ne­go, przy­pa­trzyć się fi­zy­onom­jom wszyst­kich jego ra­zem ze­bra­nych miesz­kań­ców, pod­słu­chać ich roz­pra­wy, mowy, na­ra­dy i kłót­nie, było to dla mnie naj­po­żą­dań­szą w świe­cie przy­go­da.

Toż nie zwa­ża­jąc by­najm­niej na ja­kieś ta­jem­ni­cze prze­stro­gi trwoż­li­we­go Hry­cia, wpa­dłem z trza­skiem do izby szyn­kow­nej. Lecz prze­raź­li­wy, za­głu­sza­ją­cy wrzask i aż do unie­sie­nia żywe i gwał­tow­ne ge­sty­ku­la­cje sej­mi­ku­ją­cych Za­wi­chrzyń­skich tak mię odu­rzy­ły na wstę­pie, że sta­ną­łem na­gle jak­by nie­przy­tom­ny przy drzwiach, nie wie­dząc sam czy iść na­przód, czy wra­cać co­ry­chło na­zad. Do­pie­ro po chwil­ce opa­mię­taw­szy się po­tro­sze, prze­ci­sną­łem się w naj­do­god­niej­szy kąt szyn­kow­ni, i ją­łem przy­pa­try­wać się ztam­tąd ca­łe­mu, cie­ka­we­mu wi­do­wi­sku.

Więc naj­przód szyn­kow­nia sama, by­ła­to jak wszyst­kie szyn­kow­nie na­szych kar­czem wiej­skich jed­na, ob­szer­na izba czwo­ro­gra­nia­sta z ogrom­ne­mi dę­bo­we­mi ła­wa­mi do­ko­ła i dłu­gim od ścia­ny do ścia­ny się­ga­ją­cym sto­łem po­środ­ku. W naj­bliż­szem ode drzwi ka­cie stał zwy­czaj­ny szynk­was z drew­nia­ne­mi kra­ta­mi, z poza któ­rych po­mię­dzy bu­tla­mi, bu­tel­ka­mi, garn­ców­ka­mi, kwar­ta­mi, kwa­ter­ka­mi i kie­lisz­ka­mi wy­glą­da­ła chy­tra, bro­da­ta twarz żyda arę­da­rza, przy­pa­tru­ją­ce­go się dzi­wacz­ne­mu za­cho­wa­niu się swo­ich go­ści, z na poły iro­nicz­nym, na poły do­bro­dusz­nym i po­błaż­li­wym uśmie­chem.

Przy głów­nym koń­cu sto­łu sie­dzia­ło dwie szcze­gól­niej­sze po­sta­cie. Jed­na z nich, po­chy­lo­na nad pli­kiem pa­pie­rów, nie na­le­ża­ła już przez sam strój swój do szlach­ty cho­dacz­ko­wej. Był­to oty­ły, pę­ka­ty męż­czy­zna o czter­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu la­tach, z przy­zwo­itą ły­si­na na gło­wie, wą­skiem, po­fał­do­wa­nem czo­łem, z ma­łe­mi, wklę­słe­mi oczy­ma, i no­sem, któ­ry tyl­ko przez ja­kąś nie­wi­dzial­ną sztu­ko me­cha­ni­zmu zda­wał się utrzy­my­wać przy twa­rzy, tak wiel­ką ku zie­mi czuł in­kli­na­cją. Ubra­ny w sur­dut nie­co wy­pło­wia­łej i ztąd trud­nej do ozna­cze­nia bar­wy, w ogrom­nym kra­wa­cie, z wy­so­kie­mi, sztyw­nie na­kroch­ma­lo­ne­mi koł­nie­rzy­ka­mi, z oku­la­ra­mi, spo­czy­wa­ją­cer­ni na sa­mym koń­cu za­ma­szy­ste­go nosa, wy­glą­dał on tak ar­cy­po­waż­nie i ar­cy­urzę­do­wo, że nie­trud­no było od­gad­nąć w nim na pierw­sze wej­rze­nie zwierzch­ność, kie­ru­ją­cą elek­cją. I rze­czy­wi­ście był­to pan Jó­zef Ka­la­san­ty Uder­kie­wicz, man­da­tar­jusz i po­li­caj-rych­ter po­by­lic­kie­go do­mi­nium, obej­mu­ją­ce­go w swój okrąg tak­że i za­wi­chrzyń­ski za­ścia­nek.

Dru­gą obok nie­go sie­dzą­ca oso­bą był ja­kiś siwy jak go­łąb sta­ru­szek, wy­dat­nej, przy­jem­nej i dość jesz­cze czer­stwej twa­rzy, któ­ry lubo stro­jem i kro­jem, miną i ukła­dem nie za­pie­rał w so­bie by­najm­niej szlach­ci­ca za­wi­chrzyń­skie­go, nie brał żad­ne­go udzia­łu w gwar­nym i swar­nym wy­bo­rze, i słu­żył tyl­ko w pew­nych oka­zjach za wpływ­ne­go me­dia­to­ra mię­dzy po­je­dyń­cze­mi stron­nic­twa­mi zwa­śnio­ne­mi.

Tuż za tymi obu­dwo­ma stał mil­cząc wy­so­ki, bar­czy­sty szlach­cic z po­gar­dli­wym uśmie­chem na ustach, z lek­ce­wa­żą­cym, zu­chwa­łym i wy­zy­wa­ją­cym wy­ra­zem w twa­rzy i w oku. Był­to ustę­pu­ją­cy z pola dy­gni­tarz, skła­da­ny z urzę­du pre­fekt za­ścian­ku.

Za nim sta­ła wszyst­ka resz­ta szlach­ty za­wi­chrzyń­skiej, ha­ła­su­ją­ca i ge­sty­ku­lu­ją­ca z fer­wo­rem, do któ­re­go trud­no­by sto­sow­ne­go zna­leźć przy­rów­na­nia. Za­cho­dzi­ły tu żywe, nie­po­wścią­ga­ne swa­ry i sprzecz­ki tak mie­dzy zwo­len­ni­ka­mi elek­cji a stron­ni­ka­mi sta­re­go pre­fek­ta, jak i mię­dzy sa­me­mi par­ty­zan­ta­mi róż­nych, no­wych kan­dy­da­tów.

Wśród nie­ma­łych trud­no­ści, uda­ło się panu Uder­kie­wi­czo­wi uci­szyć na chwil­kę wrza­skli­wa zgra­je.

– Pa­no­wie! – wo­łał sten­to­ro­wym, praw­dzi­wie man­da­tar­ju­szow­skim gło­sem. – W ten spo­sób nie doj­dzie­my nig­dy do koń­ca. Dwu­dzie­stu pre­fek­tów nie może być żad­ną mia­rą w jed­nej i tej­sa­mej gmi­nie. Trze­ba się ko­niecz­nie zde­cy­do­wać, na jed­ne­go; a czas­by już po­ro­zu­mieć się sta­now­czo. Pan Bar­tło­miej Ba­ry­ła, pan Mi­chał Dy­nia i pan Hi­la­ry Bor­suk mają naj­wię­cej stron­ni­ków, z nich musi je­den otrzy­mać pierw­szeń­stwo….

Tu do­pie­ro po­wsta­ła wrza­wa, swar za­cie­kły mię­dzy wszyst­kie­mi róż­ne­mi stron­nic­twa­mi, że omal szy­by nie sy­pa­ły się z okien. A jak­że przy­tem dzi­wacz­ne­mi, jak uciesz­ne­mi ob­rzu­ca­no się wza­jem­nie przy­dom­ka­mi i prze­zwi­ska­mi! Jak wszyst­kie bo­wiem za­ścian­ki, skła­dał się i za­ścia­nek Za­wi­chrzyń­ski z sa­mych jed­no­imien­nych miesz­kań­ców, sa­mych Za­wi­chrzyń­skich, her­bu Ze­rwi­kap­tur. Toż przy po­dob­nej jed­no­brz­mien­no­ści imion i toż­sa­mo­ści klej­no­tów szla­chec­kich, przy czę­sto też po­wta­rza­ją­cych się imio­nach chrzest­nych, by­ło­by na­der trud­nem za­da­niem roz­róż­nić wszyst­ką szlach­tę po­osob­no. Ucie­ka­no się tedy jak w każ­dym in­nym za­ścian­ku, jak np. w za­ścian­ku do­brzyń­skim, do roz­licz­nych nazw przy­dat­ko­wych, do ty­sią­cz­nych imion prze­drzyź­nia­ja­cych, ty­sią­cz­nych przy­dom­ków oso­bliw­szych. Aby np. oty­łe­go i pod­sad­ko­wa­te­go pana Bar­tło­mie­ja Za­wi­chrzyń­skie­go, naj­więk­sze­go bo­ga­cza w gmi­nie od­róż­nić od wy­so­kie­go, szczu­płe­go, ta­koż pana Bar­tło­mie­ja Za­wi­chrzyń­skie­go, naj­więk­sze­go chu­do­pa­choł­ka mię­dzy szlach­tą i nie­szlach­tą, prze­zwa­no pierw­sze­go Ba­ry­łą, dru­gie­go Gra­bia­mi. Z ta­kich­że­sa­mych po­wo­dów nada­no panu Mi­ko­ła­jo­wi, miesz­ka­ją­ce­mu koło cer­kwi, przy­do­mek Pa­ła­marz, a panu Mi­ko­ła­jo­wi, naj­bliż­sze­mu są­sia­do­wi karcz­my, przy­do­mek Kwa­ter­ka. Pana Mi­cha­ła od zbyt­nie wy­pu­kłe­go brzu­cha, prze­zwa­no Dy­nią, a pana Hi­la­re­go od krót­kich nóg, Bor­su­kiem.

Tuż koło mnie stoi mały, czu­pur­ny szlach­cic z za­ma­szy­ste­mi wą­sa­mi i ster­czą­ca w górę czu­pry­na. Jego są­siad woła go pa­nem Szy­mo­nem Ko­pi­ca. Nie­co da­lej re­zo­nu­je z wiel­kim fer­wo­rem ja­kiś szlach­cic chu­dy, wy­so­ki, z cien­kim, co­kol­wiek na bok zwich­nio­nym no­sem, a z dru­giej stro­ny krzy­czy nań za­ja­dły prze­ciw­nik:

– Ot mil­czał­byś, pa­nie Krzy­wo­no­sie, wszyst­ko co po­wiesz, to ni przy­szyć ni przy­ła­tać.

W po­środ­ku izby wrzesz­czy na całe gar­dło pan Fe­do­ry Maź­ni­ca aby choć raz po­słu­cha­no, co po­wie pan Mar­cin Ba­ra­nie­oko. Od­po­wia­da mu na to za­ta­cza­ją­cy się w cho­dzie pan Ma­te­usz Bul­ba, że na­przód jesz­cze na­le­żał­by się głos panu Jó­ze­fo­wi Ćwi­ko­wi.

Owoż po­dob­ne­mi, dzi­wacz­ne­mi ob­rzu­ca­jąc się przy­dom­ka­mi, wrzesz­cza­ła szlach­ta tak za­głu­sza­ją­cym a prze­raź­li­wym chó­rem, że istot­nie aż w oczach się ćmi­ło. Do­pie­ro po nie­ja­kimś cza­sie uda­ło się panu Uder­kie­wi­czo­wi z he­ro­icz­nem wy­si­le­niem za­brać głos na chwi­lę.

– Pa­no­wie! za­mknę elek­cję i wró­cę do domu, zo­sta­wia­jąc sta­re­go pre­fek­ta przy urzę­dzie, je­śli nie na­bie­rze­cie stat­ku, i nie zgo­dzi­cie się ja­koś. Pan Bar­tło­miej Ba­ry­ła, to wca­le przy­zwo­ity czło­wiek..

– Praw­da! praw­da! naj­wa­lor­niej­szy szlach­cic w ca­łym za­ścian­ku, – wo­łał kąt pra­wy.

– Owa! to mi tam wa­lor­ny! byle jeno wła­sną kab­zę na­peł­nić – krzy­czał kąt lewy.

– I do cu­dzych żon cho­lew­ki sma­lić – wtó­ro­wał śro­dek.

– Tedy pan Mi­chał Dy­nia, czło­wiek pi­śmien­ny… – cią­gnął da­lej pan Uder­kie­wicz.

– Pi­śmien­ny a spra­wie­dli­wy, i uczci­wy!… – wrza­snął chó­rem kąt lewy.

– To prze­mą­dry! pta­szek Wszak­że nie­daw­no odłą­czył się od nas w spra­wie z Pu­ty­li­cza­mi!… – opo­no­wał kąt pra­wy.

– A do tego jego cio­tecz­ny, co wy­szedł na Po­do­le, oże­nił się po­noś z chło­pian­ką! – do­rzu­cił śro­dek z wiel­ką in­dy­gna­cją.

– Więc pan Hi­la­ry Bor­suk!…

– Ot czło­wiek! oto szlach­cic! Pre­fekt, ja­kie­go­śmy już od da­wien daw­na nie mie­li – ozwa­ło się z aplau­zem stron­nic­two środ­ko­we.

– Za kil­ka gro­szy za­prze­dał­by cały Za­wi­chrzyn!

– Trud­naż­bo rada mo­ścio­wie – ozwał się wresz­cie pan Uder­kie­wicz – ten zły, ton nie­do­bry, ów prze­mą­dry, tam­ten ską­piec, je­den taki, dru­gi sia­ki, w ten spo­sób nie przyj­dzie­my nig­dy do po­rząd­ku. Da­lej, da­lej, chy­ba Czar­ny Je­rzy przy­pad­nie wam do my­śli. – Czar­ny Je­rzy! Czar­ny Je­rzy! po­wtó­rzy­ła szlach­ta nie­co zni­żo­nym gło­sem, w któ­rym ja­kieś dziw­ne prze­bi­ja­ło się zna­cze­nie.

I jak­by na ja­kie ha­sło dane uśmie­rzy­ła się na­gle wrza­wa, uci­chły swa­ry, a wszyst­kich oczy zwró­ci­ły się z oso­bliw­szą cie­ka­wo­ścią w je­den ciem­ny kąt szyn­kow­ni. Sie­dzia­ła tam oso­ba, któ­rej do­tąd wca­le nie spo­strze­głem. Był to wy­so­ki, sil­ny, bar­czy­sty męż­czy­zna o naj­wię­cej czter­dzie­stu la­tach, w zwy­czaj­nym stro­ju szlach­ty za­wi­chrzyń­skiej, w wiel­kiej czap­ce ba­ra­niej, za­su­nię­tej głę­bo­ko na czo­ło. Za­ci­śnię­ty w naj­ciem­niej­szy kąt szyn­kow­ni, głu­chy na wszyst­kie wrza­ski i krzy­ki swo­ich są­sia­dów, sie­dział on sa­mot­nie, wspar­ty na gru­bej la­sce sę­ko­wa­tej, a w ja­kiemś szcze­gól­niej­szem po­grą­żo­ny otrę­twie­niu, zda­wał się nie mieć naj­mniej­szej świa­do­mo­ści o chwi­li obec­nej, nic wi­dzieć i nic sły­szeć zgo­ła, co się dzie­je do­ko­ła nie­go. Snać ja­kieś przy­kre, nie­mi­łe my­śli wi­ro­wa­ły mu w gło­wie, ja­kieś daw­ne, drę­czą­ce wspo­mnie­nia od­zy­wa­ły się w ser­cu, bo wnet ja­koś kon­wul­syj­nie za­drga­ły mu usta, wnet ja­kiś cierp­ki, gorz­ki uśmiech prze­mknął po bla­dej twa­rzy. A by­ła­to twarz ude­rza­ją­cej pięk­no­ści, już­to przez sama re­gu­lar­ność ry­sów, już przez ów wy­dat­ny wy­raz praw­dzi­wej męz­ko­ści, któ­ry sam je­den w fi­zy­ono­mii czło­wie­ka opie­ra się zwy­cięz­ko wpły­wom wie­ku i cier­pie­nia. Nie­co śnia­da cera, czar­ne jak wę­giel wło­sy, brwi i wąsy i ta­kież­sa­me oczy, nie­przy­ga­słym jesz­cze bla­skiem tle­ją­ce, nada­ły mu za­pew­ne ową na­zwę Czar­ne­go, a zwięk­sza­ły wiel­ce wy­raz od­py­cha­ją­cej po­nu­ro­ści, któ­ry prze­bi­jał się w ob­li­czu i jego po­wierz­chow­no­ści ca­łej. A taż wła­śnie po­nu­rość, ja­ko­też to dziw­ne wo­bec nie­go za­cho­wa­nie się resz­ty szlach­ty za­wi­chrzyń­skiej, roz­bu­dzi­ły szcze­gól­niej moją cie­ka­wość. Za­po­mi­na­jąc w jed­nej chwi­li o elek­cji i ca­łym za­ścian­ku za­wi­chrzyń­skim, my­śla­łem od­tąd tyl­ko o Czar­nym Je­rzym, a pa­ła­łem żą­dzą do­wie­dze­nia się co­naj­ry­chlej cze­goś bliż­sze­go o jego ta­jem­ni­czej a jak mi się wy­da­wa­ło, nie­po­spo­li­tej oso­bi­sto­ści. Szcze­gól­niej­sze też były spoj­rze­nia, ja­kie­mi prze­szy­wa­ła go szlach­ta obec­na. Ma­lo­wa­ły się w nich i ja­kaś cie­ka­wość nie­zwy­czaj­na i ja­kieś wzgar­dli­we po­li­to­wa­nie i owszem ro­dzaj pew­nej zgro­zy ta­jem­nej.

Wszyst­kie­go tego zda­wał się jed­nak Czar­ny Je­rzy nie spo­strze­gać by­najm­niej. Sie­dział nie­my i nie­ru­cho­my na swo­jem miej­scu jak przez cały czas po­przed­nich ob­rad elek­cyj­nych.

– Daj­cież mu po­kój! – ozwał się na­gle ja­kiś głos z tłu­mu – my­śli za­pew­ne o ka­pli­cy na Ko­szar­kach!

Bądź­to iż te sło­wa do­bit­niej­szym wy­mó­wio­ne były gło­sem, bądź iż ja­kieś oso­bliw­sze za­my­ka­ły w so­bie zna­cze­nie, Czar­ny Je­rzy po­sły­szał je, i drgnął na ca­lem cie­le. Po­tem jed­nym gwał­tow­nym ru­chem pod­rzu­cił się w górę, a zmie­rzyw­szy całe zgro­ma­dze­nie tak dzi­kiem i groź­nem spoj­rze­niem, że mi­mo­wol­nie ode­szła wszyst­kim chęt­ka do śmie­chu, roz­warł usta jak gdy­by chciał wy­rzu­cić ja­kąś obe­lgę lub ja­kieś prze­kleń­stwo. Wnet jed­nak opa­mię­taw­szy się, po­skro­mił gro­żą­cy wy­buch, i z gorz­kim uśmie­chem usiadł spo­koj­nie i obo­jęt­nie na daw­nem miej­scu.

– At, pa­no­wie – za­wo­łał wtem pan Szy­mon Ko­piea – wróć­my do rze­czy. Szko­da cza­su i atła­su.

– Słusz­nie, słusz­nie! za­wto­ró­wał pan Uder­kie­wicz. Czas­by raz skoń­czyć mo­ścio­wie!

I przy­stą­pio­no na­po­wrót do daw­nych ob­rad elek­cyj­nych, daw­nych spo­rów i kłót­ni.

Ja tym­cza­sem nie mo­głem już dłu­żej po­wścią­gnąć moją cie­ka­wość. Przy­su­nąw­szy się do pana Mi­cha­ła Dyni, któ­re­go twarz naj­wię­cej ja­koś wzbu­dza­ła we mnie za­ufa­nia, za­py­ta­łem go z jak­na­ju­przej­miej­szym uśmie­chem, kto jest wła­ści­wie ów

Czar­ny Je­rzy, któ­ry jak się zda­je, nie­naj­lep­szej mię­dzy bra­cią szlach­tą uży­wa re­pu­ta­cji.

Za­py­ta­nie moje spra­wi­ło na panu Mi­cha­le nie­prze­wi­dzia­ne ja­kieś wra­że­nie. Wstrąsł się jakg­dy­by go coś ukłu­ło, a spoj­rzaw­szy mi­mo­wol­nie z nie­la­jo­nym wy­ra­zem nie­na­wi­ści i za­wzię­to­ści w ów ciem­ny kąt, w któ­rym sie­dział Czar­ny Je­rzy, zmie­rzył mię gniew­nem, po­gar­dli­wem spoj­rze­niem od stóp do gło­wy, i ode­zwał się po chwi­li gbu­ro­wa­tym gło­sem:

– Co pan chcesz ode mnie? kto jest czar­ny Je­rzy? a zkąd­to panu przy­cho­dzi mnie się o to py­tać? A zresz­tą na cóż to panu wie­dzieć?

– Tak tyl­ko, dla cie­ka­wo­ści – od­po­wie­dzia­łem – na samo tyl­ko za­py­ta­nie ostat­nie z nie­ja­kiem za­kło­po­ta­niem.

– Dla cie­ka­wo­ści – rzekł z prze­ką­sem – kie­dyś aspan taki cie­ka­wy, to mo­żesz się jego sa­me­go za­py­tać.

I po tych sło­wach ob­ró­cił się ku tłu­mo­wi swo­ich stron­ni­ków, zo­sta­wia­jąc mnie na pa­stwę szy­der­czych spoj­rzeń sto­ją­cej w po­bli­żu bra­ci sej­mi­ku­ją­cej.

Roz­gnie­wa­ny i skon­fun­do­wa­ny sta­łem w pierw­szym mo­men­cie nie­ru­cho­mo na miej­scu, nie wie­dząc jak wy­co­fać się z ho­no­rem z dość przy­kre­go po­ło­że­nia, gdy wtem drzwi z trza­skiem roz­war­ły się na ścię­żaj, a na pro­gu szyn­kow­ni po­ja­wił się gość nowy, któ­ry na­tych­miast oso­bliw­szą zwró­cił na sie­bie uwa­go. By­ła­to nie­pierw­szej już mło­do­ści ko­bie­ta, w zwy­czaj­nym stro­ju szlach­cia­nek za­wi­chrzyń­skich, z ja­snym w naj­więk­szym nie­ła­dzie na szy­ję spa­da­ją­cym wło­sym, z otwar­tą pier­sią i dziw­nie zu­chwa­łym i wy­zy­wa­ją­cym wy­ra­zem na twa­rzy. Za jej uka­za­niem się w szyn­kow­ni uci­chła na­gle za­głu­sza­ją­ca wrza­wa, lek­ki szmer za­dzi­wie­nia i szy­der­stwa obiegł izbę od rogu do rogu, naj­żar­liw­si elek­to­ro­wie zwró­ci­li się ku drzwiom, i utkwi­li spoj­rze­nia swo­jo w nowo przy­by­łej.

I rze­czy­wi­ście war­to było przy­pa­trzyć się jej z uwa­ga. Mimo lat bli­sko czter­dzie­stu, mimo zu­peł­nie za­nie­dba­ne­go stro­ju, mimo od­py­cha­ją­ce­go wy­ra­zu upodle­nia w twa­rzy i ru­chach, prze­bi­ja­ło się w jej ry­sach tyle jaw­nych śla­dów nie­po­spo­li­tej nie­gdyś pięk­no­ści, po­zo­sta­ło tyle wi­do­mych resz­tek daw­nych wdzię­ków i po­wa­bów, że dziś jesz­cze nie moż­na było jej twa­rzy oso­bliw­szych od­mó­wić za­let.

Wi­dać to było na pierw­sze za­raz wej­rze­nie, jak gład­kiem i ja­snem mu­sia­ło być nie­gdyś jej czo­ło, jak po­wab­na jej twarz przy­dłuż­na, jak cza­ru­ja­ce­mi to dwo­je ócz naj­pięk­niej­szej bar­wy bła­wa­to­wej, ten nos nie­po­śled­nej re­gu­lar­no­ści, ta ki­bić smu­kła i peł – na, a co na­de­wszyst­ko te usta lu­bież­ne, któ­re te­raz jesz­cze prze­dziw­nych były kształ­tów i za­ry­sów.

Przy­zwy­cza­jo­na snać do nie­zwy­kłe­go wra­że­nia, ja­kie spra­wia­ła jej obec­ność na wszyst­kich przy­tom­nych, nie zwra­ca­ła ona na nie naj­mniej­szej uwa­gi, i z jak­naj­więk­szą swo­bo­dą ru­chów, z zro­zu­mia­łym dla żyda mi­giem, przy­bli­ży­ła się wprost do kra­tek szynk­wa­so­wych. Wy­cią­ga­jąc już rękę po na­la­ny go­rzał­ką kie­li­szek, po­wio­dła jesz­cze raz zu­chwa­łem spoj­rze­niem po ca­łem zgro­ma­dze­niu. Na­gle drgnę­ła na wszyst­kiem cie­le, a opusz­cza­jąc trzy­ma­ny już w ręku kie­li­szek, po­chwy­ci­ła ręką za kra­tę szynk­wa­su. Twarz jej strasz­nie po­bla­dła, pierś wzdę­ła się gwał­tow­nie.

– Je­rzy! – jęk­nę­ła le­d­wie zro­zu­mia­łym gło­sem, i gło­wę spu­ści­ła bez­wład­nie na pier­si.

Obej­rza­łem się co­ży­wo. Czar­ny Je­rzy stał wy­pro­sto­wa­ny przy swo­jej ła­wie, zjed­na nogą pod­nie­sio­ną jak­by do cho­du, z roz­war­te­mi a kur­czo­wo drga­ją­ce­mi usta­mi. Twarz jego była prze­ra­ża­ją­cej bla­do­ści, oczy strasz­ne­go ja­kie­goś wy­ra­zu. Przez kil­ka chwil stał mil­cząc w po­dob­nej po­sta­wie, po­tem wstrząsł sobą gwał­tow­nie, i za­kry­wa­jąc twarz obie­ma rę­ka­mi, upadł bez­wład­nie na swo­je daw­ne miej­sce. Nowo przy­by­łej ko­bie­ty nic było już w szyn­kow­ni.

– Oto się ze­szli! – ozwa­ły się na­raz gło­sy z tłu­mu, gdy prze­mi­nę­ło już pierw­sze wra­że­nie po tej dziw­nej sce­nie.

– Pięk­ne spo­tka­nie po la­tach ośm­na­stu!…

– Jak pręd­ko po­zna­ło jed­no dru­gie­go!

– Ależ się po­mie­sza­li nie­bo­dzy!
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: