Facebook - konwersja
Veto! Tom 2 - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Veto! Tom 2 - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
272 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Veto! Tom 2 - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

VII.

Pan kasz­te­lan Słusz­ka wprost z elek­cyj­ne­go sej­mu wy­je­chał z War­sza­wy, lecz nie do Stołp­ców, jeno do Wil­na, gdzie pięk­ny pa­łac nad samą rze­ką Wil­ją po­sia­dał i gdzie Halsz­ka w nie­obec­no­ści ro­dzi­ca prze­by­wa­ła. Pan Słusz­ka przy­był wiel­ce ura­do­wa­ny, ile że Król wi­docz­nie go ła­ska­mi za­szczy­cał a na od­jezd­nem te sło­wa doń wy­rzekł:

– Mam do wac­pa­na proś­bę, mo­ści kasz­te­la­nie…. a to w imie­niu mego przy­ja­cie­la wier­ne­go a uko­cha­ne­go, imćp. Ka­za­now­skie­go Ada­ma, któ­ry, upodo­baw­szy so­bie cór­kę wa­szą Elż­bie­tę, pra­gnął­by się z nią do­zgon­nym wę­złem mał­żeń­skim po­łą­czyć. Za­nim on wszak­że we­dle zwy­cza­ju in­ten­cye swo­je wam prze­ło­ży, ja was o tem uprze­dzam i pro­szę, aby ta jego skłon­ność do­brem ser­cem ak­cep­to­wa­ną była.

Roz­pro­mie­nił się na to pan kasz­te­lan i w ży­wych sło­wach po­czął wdzięcz­ność swą wy­ra­żać Kró­lo­wi, za­pew­nia­jąc, iż in­ten­cye pana bo­ry­sow­skie­go sta­ro­sty z ra­do­ścią przy­ję­te będą.

– Za­szczyt to – mó­wił – i splen­dor wiel­ki dla domu mego, ile że ca­łej Rzpl­tej wia­do­me są za­słu­gi, zna­cze­nie i za­cność doma Ka­za­now­skich, któ­re­mu mało rów­ny się znaj­dzie, tem­bar­dziej, iż opro­mie­nia go ła­ska Wa­szej Kró­lew­skiej Mo­ści.

A na to Król bar­dzo się wdzięcz­nie uśmiech­nął i po­że­gnał kasz­te­la­na ła­ska­wie, za­po­wia­da­jąc, jako pra­gnął­by, aby we­se­le imćp. Ka­za­now­skie­go mo­gło się od­pra­wić w cza­sie po­by­tu kró­lew­skie­go w Wil­nie.

– Chciał­bym – rzekł – sam oso­bi­ście no­wo­żeń­com szczę­ścia ży­czyć.

Z prze­peł­nio­nem tedy ra­do­ścią ser­cem wjeż­dżał p. Słusz­ka do Wil­na, wi­dział bo­wiem w nie­da­le­kiej przy­szło­ści naj­droż­sze swo­je ma­rze­nia speł­nio­ne a uko­cha­ną swą cór­kę szczę­śli­wą w związ­ku z naj­pierw­szym nie­mal pa­nem, w Ko­ro­nie, któ­re­go in­flu­eri­cya z dniem każ­dym ro­sła i Bo­gu­sła­wo­wi też wiel­ce przy­dat­ną być mo­gła.

Pan wiel­kiej for­tu­ny, dzie­dzic znacz­ne­go na Li­twie imie­nia, związ­ka­mi krwi z naj­pierw­sze­mi do­ma­mi po­łą­czo­ny, pan kasz­te­lan Słusz­ka dla sa­me­go sie­bie nie wie­le miał pra­gnień. Ci­chy, uspo­so­bie­nia dziw­nie ła­god­ne­go, zda­la sto­ją­cy od wszel­kich za­bie­gów lub in­tryg, od cza­su zwłasz­cza, gdy go uko­cha­na od­umar­ła mał­żon­ka, od­dał się cały po­boż­nym uczyn­kom a ma­rzył jeno o za­pew­nie­niu świet­ne­go losu swym dzie­ciom. W nich – zwłasz­cza zaś w Halsz­ce, któ­rą szcze­gól­nie mi­ło­wał – zło­żył on całe swe szczę­ście i wszyst­kie pra­gnie­nia; dla nich za­szczy­tów pra­gnął i splen­do­rów; nie miał też cale ocho­ty, a może i nie czuł dość siły w so­bie, by sta­no­wi­ska swe­go i wpły­wu na inne cele uży­wać, prócz na ten je­dy­ny, iżby sy­nom i cór­ce świet­ną zgo­to­wać przy­szłość. Przed­sta­wia­no mu wpraw­dzie nie­raz – jako to nie­daw­no sama Ur­szu­la Ma­je­rin uczy­ni­ła – że on, moż­ny se­na­tor, za­szczy­ca­ny ła­ską i za­ufa­niem kró­lew­skiem, inne by mógł za­jąć na Li­twie sta­no­wi­sko, gdy­by czyn­niej­szy brał udział w spra­wach i na ich " cze­le chciał sta­nąć. Ale pan kasz­te­lan pra­wie otwar­cie przed pan­ną Ur­szu­lą wy­znać mu­siał, że do ta­kiej roli nie czu­je się po­wo­ła­nym. I rze­czy­wi­ście wzdry­gał się on na samą myśl ja­kich z kim­kol­wiek za­tar­gów, a tem bar­dziej z ol­brzy­mią po­tę­gą Ra­dzi­wił­łów bir­żań­ski­chy dla któ­rych miał cześć nie­mal trwoż­na, po­mi­mo że ich kal­wiń­skie dą­że­nia po­tę­piał.

– Co to po­mo­że zresz­tą – my­ślał, uspo­ka­ja­jąc su­mie­nie wła­sne – wal­czyć z nimi?… Po­tęż­ny jest xią­żę Het­man nie­mal tak jak Król, a w wie­lu wzglę­dach po­tęż­niej­szy, bo na żad­ne pac­ta nie przy­się­gał i nie ma sej­mu nad sobą; cóż więc ja mu po­ra­dzić mogę?… Sta­nę wbrew jego woli otwar­cie, to bę­dzie chy­ba woj­na, któ­ra­by się tez nie­chyb­nie wik­to­ryą Ra­dzi­wił­ła skoń­czy­ła. Wolę prze­to żad­nych za­tar­gów nie wy­wo­ły­wać a ro­bić swo­je po ci­chu….

Zna­czy­ło to fun­da­cye po­boż­ne czy­nić i ka­to­lic­kie ko­ścio­ły bu­do­wać, na co też pan Słusz­ka mie­nia nie ża­ło­wał i rze­czy­wi­ście tą hoj­no­ścią usi­ło­wał nie­ja­ko oku­pić sła­bość, któ­ra go do bier­no­ści w spra­wach pu­blicz­nych zmu­sza­ła.

Za to w domu i w ro­dzi­nie mi­ło­wa­nym był pan kasz­te­lan przez wszyst­kich jak oj­ciec, bo też oj­cem był praw­dzi­wym, wy­ro­zu­mia­łym i ła­god­nym, a w jed­nem tyl­ko nie­ugię­tym, to jest, w spra­wach oby­czaj­no­ści i w tem, co ho­no­rem swe­go domu lub imie­nia mia­no­wał. W spra­wach tych, gdy mu kto za­wi­nił, sta­wał się na­wet gwał­tow­nym i winy nie da­ro­wał. Nie było też wy­pad­ku, aby pan Słusz­ka, daw­szy komu przy­rze­cze­nie, nie do­trzy­mał go; to też sło­wo szla­chec­kie było u nie­go naj­święt­szą przy­się­gą.

Tak idąc przez ży­cie, zda­wa­ło się p. Słusz­ce, że przej­dzie przez nie ci­cho i bez ska­zy. Znacz­na też część jego mi­nę­ła bez burz żad­nych, w spo­ko­ju, na­zna­czo­na jeno łza­mi ża­ło­by po utra­cie mał­żon­ki i syna młod­sze­go, któ­re to cio­sy prze­niósł z chrze­ściań­ską re­zy­gna­cyą, cho­ciaż bo­lał okrut­nie.

Zda­wa­ło się też p. Słusz­ce, że wszyst­kie obo­wiąz­ki swo­je speł­niał jak na męża przy­sta­ło. Se­na­tor­ski urząd wy­ko­ny­wał su­mien­nie, do rady na­le­żał, a że przy zda­niu swem nie upie­rał się nig­dy, że owszem chęt­nie ustę­po­wał i ani mu przez myśl nie przy­szło ko­pię o to kru­szyć, jako jego opi­nia jest wła­śnie naj­lep­szą, to już wy­ni­ka­ło z na­tu­ry jego i chę­ci unik­nie­nia za­tar­gów.

– By­ło­by ci­cho w Rzpl­tej – ma­wiał pan Hle­bo­wicz, kasz­te­lan wi­leń­ski – gdy­by wszy­scy byli tacy jak Słusz­ka; je­no­by Do­mi­nus vo­bi­scum śpie­wa­no….

– I może wów­czas był­by istot­nie Bóg z nami…… – od­po­wia­dał ła­god­nie p. Słusz­ka.

– A waść są­dzisz, mo­ści kasz­te­la­nie, że od nas od­bie­żał? – py­tał, śmie­jąc się, het­man Ra­dzi­wiłł. – Chy­ba by się xię­dza Mar­kwar­ta i Je­zu­itów na­stra­szył, cze­mu­bym się cale nie dzi­wo­wał; albo wasz­mo­ści uko­cha­nych Do­mi­ni­ka­nów, któ­rych po Li­twie roz­sie­wasz….

A na to już pan Słusz­ka żad­ne­go re­spon­su nie da­wał i dys­ku­sya się koń­czy­ła.

Od­da­jąc się wszak­że spra­wom pu­blicz­nym o tyle, o ile tego jego urząd se­na­tor­ski wy­ma­gał, czy­nił pan Słusz­ka nie­za­wod­nie z upodo­bań swo­ich i zwy­cza­jów więk­szą ofia­rę, niż ci, dla któ­rych te spra­wy były je­dy­nym ży­wio­łem i nie­ustan­ną tro­ską. Mu­siał on nie­raz gwałt so­bie za­da­wać, gdy dla prac sej­mo­wych lub dla prze­by­wa­nia jako se­na­tor w sto­li­cy, opusz­czać mu przy­szło ulu­bio­ną re­zy­den­cyę w Stołp­cach lub pa­łac, swój wi­leń­ski. Czy­nił zaś to po­świę­ce­nie nie tyl­ko z wyż­sze­go po­czu­cia obo­wiąz­ku, ale i z tego wzglę­du, aby dzie­ciom swym uto­ro­wać dro­gę. W tym też celu nie szczę­dził ni­cze­go. Bo­gu­sław, z wiel­kim sump­tem w cu­dzo­ziem­skich kra­jach cho­wa­ny, po­wró­cił ztam­tąd tak świet­nym ka­wa­le­rem, ja­kie­go ani w Ko­ro­nie ani na Li­twie było nie zna­leźć. Ry­cer­ski był jak Chod­kie­wicz, wy­mow­ny jak Osso­liń­ski, roz­licz­ne­mi ję­zy­ka­mi wła­dał jak swo­im wła­snym, czy w ry­cer­skich, tur­nie­jach, c zy w grach roz­ma­itych i tań­cach, nie miał so­bie rów­ne­go – a wzro­kiem się­gał wy­so­ko i mógł się­gać po naj­pierw­sze dy­gni­tar­stwa w kra­ju.

Halsz­ka cho­wa­na była w domu, zra­zu pod opie­ką mat­ki, a po­tem pod okiem star­szej sio­stry mat­czy­nej, Ma­ry­an­ny Ze­no­wi­czów­nej, któ­ra, wzgar­dziw­szy sta­nem mał­żeń­skim, dziec­ku temu od­da­ła się z po­świę­ce­niem a mi­ło­ścią bez gra­nic. Ale w dzie­wecz­ce tej ob­ja­wiać się już po­czął nie­mal od ko­leb­ki cha­rak­ter dziw­nie nie­ugię­ty, siła woli nie­zła­ma­na a nie – zwy­kła w nie­wie­ście. Ła­god­ną była jak ro­dzic lecz gdy się sprze­ci­wi­ła cze­mu, bez gnie­wu ale sta­now­czo, to już wie­dzia­no, że woli tej nie prze­ko­na nikt, chy­ba przy­mu­sem by ją zła­mał. Była też mało mó­wią­cą, ale gdy mó­wić po­czę­ła, to zdu­mie­wa­ła wszyst­kich, oka­zu­jąc, jako na rzecz każ­dą bacz­ną zwra­ca uwa­gę i że ro­zum ma star­szy niż lata. Dla każ­de­go była do­bra i uprzej­ma, ale jak wzrok jej na ni­kim nie za­trzy­my­wał się dłu­go, tak też i jej ser­ce nie ła­two lgnę­ło do kogo, je­dy­nie tyl­ko dla owej ciot­ki, któ­ra ją wy­cho­wa­ła, czul­szą cza­sem zna­la­zła piesz­czo­tę, cho­ciaż i przed nią z my­śli swych i uczuć nie zwie­rza­ła się nig­dy.

Od cza­su po­wro­tu swe­go z War­sza­wy, Halsz­ka była nie­zwy­kle za­my­ślo­na i smut­na. Oj­ciec, któ­ry tro­skli­wem okiem śle­dził każ­dy ruch nie­mal swej uko­cha­nej cór­ki, do­strzegł to od razu a są­dząc, że może żal jej War­sza­wy i tych świet­no­ści, w któ­rych po raz pierw­szy udział bra­ła, chciał ją zno­wu wziąć z sobą na sejm elek­cyj­ny. Ale Halsz­ka usil­nie pro­sić po­czę­ła, aby tego nie czy­nił.

– Zo­sta­nę w Wil­nie z ciot­ką – mó­wi­ła – je­śli oj­cze po­zwo­lić na to ra­czy­cie…. Mil­szą mi jest sto­kroć sa­mot­ność do­mo­wa, i cale do ni­cze­go in­ne­go nie tę­sk­nię….

Zgo­dził się na to pan Słusz­ka, choć nie bez oba­wy wy­jeż­dżał, wi­dząc na ob­li­czu Halsz­ki smu­tek, któ­re­go po­wo­du wy­ja­śnić so­bie nie umiał. Go­dzi­na­mi ca­łe­mi sia­dy­wa­ła przy oknie w mil­cze­niu, pa­trząc po­sęp­nie w dal, od­da­na my­ślom, któ­re chmu­rą osia­da­ły na jej pięk­nem, wy­nio­słem czo­le.

Na­próż­no za­nie­po­ko­jo­na ciot­ka usi­ło­wa­ła zba­dać przy­czy­nę tego za­my­śle­nia; Halsz­ka zby­wa­ła py­ta­nia grzecz­ne­mi sło­wy, ale przy­czy­ny wy­ja­wić nie chcia­ła. Zresz­tą i dla niej sa­mej był do­tąd nie­ja­snym po­wód tego smut­ku, któ­ry nie­wy­mow­nym cię­ża­rem spadł na jej ser­ce. Sama nie chcia­ła je­chać z ro­dzi­cem, a te­raz my­ślą całą i nie­uko­jo­ną tę­sk­no­tą wy­ry­wa­ła się za nim, ku tej sto­li­cy świet­nej, ku tym kom­na­tom wspa­nia­łym, w któ­rych po raz pierw­szy uj­rza­ła wy­nio­słą po­stać kró­le­wi­ca, i po raz pierw­szy spo­tka­ła się z jego iskrzą­cym wzro­kiem. Ja­kaś oba­wa wstrzy­ma­ła ją na miej­scu, a te­raz oba­wa zni­kła, zro­dzi­ło się zaś w ser­cu nie­wy­mow­ne pra­gnie­nie uj­rze­nia tego, o któ­rym cią­gle ma­rzy­ła. Dźwię­cza­ły do­tąd w jej uchu nie­za­głu­szo­nem echem sło­wa kró­le­wi­ca, któ­re­mi ją pro­sił o pa­mięć; dźwię­czał głos jego pięk­ny, me­lo­dyj­ny a do­no­śny, któ­ry, zwłasz­cza gdy się do niej od­zy­wał, sta­wał się dziw­nie uj­mu­ją­cym i rzew­nym. Czu­ła do­tąd w swej du­szy pa­lą­ce bły­ski jego oczu, któ­re obu­dza­ły w niej nie­zna­ne do­tąd uczu­cia, raz rzew­ne i tkli­we, to znów peł­ne nie­wy­tło­ma­czo­ne­go lęku….

– Ach, gdy­by to przej­rzeć okiem ciem­ną za­gad­kę przy­szło­ści! – my­śla­ła Halsz­ka, to­nąc w za­du­mie – gdy­by wie­dzieć, co z tych ro­jeń, któ­re ro­dzą się Bóg wie zkąd w du­szy, los w przy­szło­ści uczy­ni…. czy za­mie­ni je w rze­czy­wi­stość świet­ną i bla­sków peł­ną, czy też to jeno igrasz­ka płon­na, któ­ra ser­ce za­krwa­wić może nie­po­we­to­wa­nym za­wo­dem?

I cza­sem, kie­dy się tak za­pa­trzy­ła w dal, opro­mie­nio­ną sło­necz­ne­mi bla­ska­mi, w du­szy jej tak­że ro­dzi­ła się pro­mien­na na­dzie­ja, któ­ra za­pa­la­ła bły­ski we­se­la w oku, usta roz­twie­ra­ła uśmie­chem i roz­po­ga­dza­ła czo­ło prze­czu­ciem szczę­ścia i try­um­fów. I wów­czas to czo­ło wzno­si­ło się dum­nie, jak­by czu­ło już na so­bie naj­wyż­sze zna­mię wła­dzy na zie­mi, a ser­ce snu­ło z roz­ko­szą ma­rze­nia, któ­re na mo­ment zda­wa­ły się zu­peł­nie mo­żeb­ne i praw­do­po­dob­ne. Ale jeno na mo­ment; – wnet myśl zim­na mro­zi­ła lo­dem roz­ma­rzo­ne ser­ce i wy­szy­dza­ła te ma­rze­nia dziew­czę­ce, któ­re się zi­ścić nie mo­gły, sta­wia­jąc przed oczy to, co było nie­tyl­ko mo­żeb­nem, ale nie­ba­wem nie­uchron­nem się stać mo­gło – zwią­zek z Ka­za­now­skim..

I wów­czas wi­dzia­ła Halsz­ka wy­raź­nie przed sobą tę po­stać, jesz­cze mło­dą ale już jak­by lat cię­ża­rem schy­lo­ną, po­stę­pu­ją­cą kro­kiem cięż­kim i nie­pew­nym; wi­dzia­ła twarz śnia­dą, zwię­dłą, pa­trzą­cą na nią oczy­ma bez bla­sku, któ­re jeno wy­raz dumy za­pa­lał cza­sa­mi. A na ten wi­dok bunt wiel­ki pod­no­sił się w du­szy Halsz­ki; – ten czło­wiek,. któ­re­go mia­no jej za mał­żon­ka prze­zna­czyć, bu­dził w niej nie­wy­tłó­ma­czo­ne uczu­cie lęku, zda­wał się jej jak­by cho­rym bez na­dziei, zgnę­bio­nym my­ślą o zmar­no­wa­nej mło­do­ści, któ­ra przed­wcze­śnie a nie­po­wrot­nie mi­nę­ła. Mó­wio­no o nim – i to Halsz­ka sły­sza­ła – że ser­ce jego mia­ło dwie jeno na­mięt­no­ści, któ­rym się cał­ko­wi­cie i bez po­dzia­łu od­da­ło: wiel­ką chci­wość w gro­ma­dze­niu bo­gactw i więk­szą jesz­cze mi­łość dla Kró­la Wła­dy­sła­wa, dla któ­re­go był go­tów po­świę­cić wszyst­ko. Był dum­nym i nie­przy­stęp­nym, cho­ciaż nie zno­sił ludz­kiej krzyw­dy, każ­de­mu spra­wie­dli­wość wy­mie­rzył, nie miał wszak­że ani wspa­nia­ło­ści wiel­kich cha­rak­te­rów, ani też my­śli ta­kich, któ­re­by swą po­tę­gą in­nych zdu­mie­wa­ły. Stał dziś na pierw­szem miej­scu, dzię­ki ła­sce Kró­la, ale sam w so­bie był bier­nym, nie­zdol­nym ani do po­tęż­ne­go czy­nu, ani do olśnie­nia sło­wem.

Nie o ta­kim mał­żon­ku ma­rzy­ła Halsz­ka…. Cóż dla niej zna­czy­ła wspa­nia­łość bo­gactw, gdy ten, któ­ry je po­sia­dał, sam w so­bie wspa­nia­ło­ści nie miał, gdy inni, uboż­si i ma­jąt­kiem i zna­cze­niem, roz­gło­śniej­si byli ry­cer­skie­mi czy­na­mi, wy­mo­wą, oso­bi­stą za­słu­gą. Sil­na wola Halsz­ki obu­rza­ła się na tę sła­bość czło­wie­ka, któ­ry, lubo wstręt­nym jej nie był, od­py­chał ją od sie­bie bier­no­ścią swo­ją, nie­do­zwa­la­ją­cą mu sko­rzy­stać ze sta­no­wi­ska, ja­kie ła­sce kró­lew­skiej za­wdzię­czał.

– Nie! nig­dy! – szep­ta­ły usta Halsz­ki – nie po­tra­fi­ła­bym za­ślu­bić tego czło­wie­ka!…

Do­tych­czas wszak­że pan Słusz­ka nie wspo­mi­nał nic cór­ce o tych pla­nach mał­żeń­stwa, jak­kol­wiek już i przed­tem do­cho­dzi­ły uszu jego wie­ści o za­mia­rach kró­lew­skie­go ulu­bień­ca a pan Ka­za­now­ski cale tak­że z my­śla­mi swe­mi się nie krył, oka­zu­jąc nie­zwy­kłe at­ten­cye i ro­dzi­co­wi i cór­ce.

Ale te­raz po­wró­ciw­szy z elek­cyj­ne­go sej­mu, po roz­mo­wie z Kró­lem, kasz­te­lan po­sta­no­wił oznaj­mić Halsz­ce o po­sta­no­wie­niu swo­jem i przy­go­to­wać ją do przy­ję­cia bliz­kiej już de­kla­ra­cyi pana bo­ry­sow­skie­go sta­ro­sty. Cały od­da­ny ra­do­ści z po­wo­du tak świet­ne­go związ­ku, nie przy­pusz­czał ani na mo­ment ja­kiej­kol­wiek opo­zy­cyi ze stro­ny cór­ki. Przed­tem wszak­że oznaj­mił o swej roz­mo­wie z Kró­lem imć­pan­nie Ze­no­wi­czów­nie, któ­rej za­cność wiel­ką a przy­wią­za­nie do Halsz­ki wiel­ce so­bie wa­żył.

Pan­na Ze­no­wi­czów­na, oso­ba w le­ciech już po­de­szłych, któ­ra cały swój ży­wot w za­ci­szu do­mo­wem spę­dzi­ła, aż ręce do góry pod­nio­sła z ra­do­ści, gdy jej p… kasz­te­lan opo­wia­dać za­czął o zna­cze­niu ulu­bień­ca kró­lew­skie­go i o skar­bach, ja­kie po­sia­da, a któ­re w nowo da­ro­wa­nym so­bie pa­ła­cu gro­ma­dzi.

– Wy­mo­dli­łam to szczę­ście dla mo­jej wy­cho­wan­ki! – rze­kła – a przy­znać trze­ba, że Halsz­ka war­ta tego, iżby była pierw­szą, pa­nią w Ko­ro­nie i Li­twie. Te­raz zaś ro­zu­miem do­brze ów smu­tek i za­my­śle­nie Halsz­ki; ona pew­no do­strze­gła pana Ka­za­now­skie­go in­ten­cye i lęka się, żali się speł­nią.

Tedy nie zwłó­cząc, pan kasz­te­lan przy­wo­łał cór­kę i z nie­zwy­kłą po­wa­gą, w uro­czy­stych sło­wach, oświad­czył jej, jako nie­ba­wem pan Adam Ka­za­now­ski, sta­ro­sta bo­ry­sow­ski wy­stą­pić za­mie­rza z proś­bą o jej rękę….

Ale za­le­d­wie to na­zwi­sko wy­mó­wił, Halsz­ka mi­mo­wol­nie krzyk­nę­ła i po­bla­dła tak, że prze­ra­żo­ny oj­ciec po­rwał się z miej­sca, spie­sząc ku niej.

A ona aż do ko­lan mu się po­chy­li­ła:

– Oj­cze – rze­kła – czyż wam tak pil­no zbyć się mnie z domu?

Na to py­ta­nie, wy­rze­czo­ne rzew­nym i nie­zwy­kle piesz­czo­tli­wym gło­sem, kasz­te­lan po­czuł, iż łzy mu się krę­cą pod po­wie­ką. Nie mógł się na­wet zra­zu na od­po­wiedź zdo­być, jeno uniósł cór­kę ku so­bie i do pier­si przy­ci­snął.

– Jeno szczę­ścia twe­go pra­gnę…… – prze­mó­wił po chwi­li.

– A! – za­wo­ła­ła Halsz­ka – je­śli mego szczę­ścia pra­gnie­cie, to nie na­glij­cie, daj­cie czas się na­my­śleć…. czas dłuż­szy…. Niech się pan Ka­za­now­ski po­wstrzy­ma jesz­cze z in­ten­cy­ami swe­mi….

Pan Słusz­ka ździ­wił się bar­dzo i za­fra­so­wał, a od­stę­pu­jąc nie­co od Halsz­ki, od­parł sta­now­czo:

– To nie może być…. Król sam już mi o tem mó­wił i de­kla­ro­wał, jako uświet­nić chce obec­no­ścią swo­ją we­se­le wa­szę….

Halsz­ka wzrok utkwi­ła w zie­mię i dłu­gi mo­ment sta­ła nie­ru­cho­ma i mil­czą­ca.

Wresz­cie pod­nio­sła oczy na ro­dzi­ca i znów tym sa­mym gło­sem rzew­nym, któ­ry w ser­cu kasz­te­la­na ży­wem od­bił się echem, rze­kła:

– Przez pa­mięć mat­ki, któ­rą ko­cha­li­ście tak oj­cze, raz jesz­cze was bła­ga­ni, nie na­glij­cie!… Ja się mu­szę z my­śla­mi memi po­go­dzić, uspo­ko­ić i ja­kieś po­sta­no­wie­nie po­wziąć….

Dla pana Słusz­ki była to mowa nie­zro­zu­mia­ła nie­mal zu­peł­nie. Głos Halsz­ki przej­mo­wał jego ser­ce do głę­bi, ale sło­wa obu­rza­ły.

O ja­kich my­ślach ona mó­wi­ła?… o ja­kiem po­sta­no­wie­niu?… wszak już rzecz sama po­sta­no­wio­ną była, cho­dzi­ło jeno o do­peł­nie­nie for­mal­no­ści.

Kasz­te­lan spoj­rzał na pan­nę Ze­no­wi­czów­nę, ale i na jej twa­rzy wy­czy­tał tak­że nie mniej­sze zdu­mie­nie. Prze­szedł się po kom­na­cie, a po­tem sta­nąw­szy przed cór­ką, ozwał się sta­now­czym gło­sem:

– Na żad­ną de­la­tę ze­zwo­lić nie mogę…. Kró­lo­wi da­łem sło­wo…. a pan Ka­za­now­ski po ko­ro­na­cyi kró­lew­skiej przy­bę­dzie….

Halsz­ka gło­wę pod­nio­sła. W tym mo­men­cie przy­po­mnia­ły się jej sło­wa kró­le­wi­ca Ka­zi­mie­rza:

– "Gdy­by was nie­wo­lić chcia­no, ad­wo­łaj­cie się do mnie".

Sło­wa te na­peł­ni­ły ją otu­chą i na­tchnę­ły nie­zwy­kłem a sil­nem po­sta­no­wie­niem.

– Czyń­cie jak ze­chce­cie, oj­cze! – od­rze­kła gło­sem spo­koj­nym ale pew­nym. – To wam wszak­że po­wiem, że sko­ro przy­bę­dzie pan Ka­za­now­ski, dam mu nie inny re­spons jeno ten, że mu ani od­ma­wiam, ani przy­rze­kam…. pro­szę o czas do na­my­słu.

Mó­wiąc to, skło­ni­ła się ojcu do ko­lan i pod­nió­sł­szy się, kro­kiem wol­nym wy­szła z kom­na­ty.

Pan Słusz­ka, zdu­mio­ny i prze­ra­żo­ny tym na­gle ob­ja­wia­ją­cym się a zgo­ła nie­spo­dzie­wa­nym opo­rem, stał nie­zdol­ny sło­wa prze­mó­wić. Aż wresz­cie wy­buch­nął:

– A to was, pani sio­stro – za­wo­łał, zwra­ca­jąc się do imćp. Ze­no­wi­czów­nej – za­py­tać na­le­ży, kto na­po­ił Halsz­kę my­śla­mi ta­kie­mi, iżby się woli oj­cow­skiej sprze­ci­wiać śmia­ła!

Ale imćp. Ze­no­wi­czów­na już i mó­wić nie mo­gła z prze­ra­że­nia wiel­kie­go. Jeno oczy i ręce wzno­si­ła ku nie­bu, nie poj­mu­jąc cale, co na­tchnąć mo­gło Halsz­kę zu­chwa­łą my­ślą opie­ra­nia się woli oj­cow­skiej.

Opór ten był sil­niej­szy, niź­li zra­zu są­dzo­no. Z po­cząt­ku po­cie­szał się pan kasz­te­lan, że to jeno ka­prys chwi­lo­wy, ale nie­ba­wem się prze­ko­nał, iż wola Halsz­ki była nie­złom­ną; roz­po­cząw­szy bo­wiem po dniach kil­ku po­now­ną z cór­ką roz­mo­wę, zno­wu te same sło­wa usły­szał, spo­koj­ne ale sta­now­cze, któ­re go tak ubo­dły, że unió­sł­szy się gnie­wem, klasz­to­rem jej za­gro­ził.

– Temu cale nie będę prze­ciw­ną – od­par­ła Halsz­ka – pra­gnę­ła­bym owszem – za­kon­nej ci­szy i uspo­ko­je­nia….

A na to już pan kasz­te­lan nic nie od­po­wie­dział, jeno moc­no wzbu­rzo­ny wy­szedł z kom­na­ty, po­tem zaś, nie po­że­gnaw­szy się z cór­ką, wy­je­chał do Kra­ko­wa, gdzie mia­ło się wła­śnie od­być po­grze­ba­nie zwłok Kró­la Zyg­mun­ta i jego mał­żon­ki, a na­stęp­nie ko­ro­na­cya uro­czy­sta Wła­dy­sła­wa.

Spo­dzie­wał się pan kasz­te­lan, że tym­cza­sem umysł Halsz­ki przyj­dzie do roz­wa­gi, w czem li­czył na per­swa­zye pan­ny Ze­no­wi­czów­nej, któ­rej szcze­gól­ne czu­wa­nie nad cór­ką po­le­cił a wresz­cie na in­ter­wen­cyę Bo­gu­sła­wa, któ­ry w sto­li­cy ba­wił, lecz po ko­ro­na­cyi miał wró­cić do Wil­na.

Po­mię­dzy tem ro­dzeń­stwem była rze­czy­wi­ście mi­łość wiel­ka, a Halsz­ka, któ­ra do ni­ko­go nie zdra­dza­ła za­ufa­nia, jed­ne­mu tyl­ko bra­tu temu spo­wia­da­ła się cza­sem ze swych mło­dzień­czych ma­rzeń i my­śli. – Bo­gu­sław też mi­ło­wał sio­strę bar­dzo, a do­wie­dziaw­szy się od ro­dzi­ca o opo­rze Halsz­ki, za­fra­so­wał się tem nie­ma­ło i na­tych­miast po ko­ro­na­cyi, któ­ra się z wiel­ką uro­czy­sto­ścią od­by­ła, gdy pan kasz­te­lan jesz­cze na sej­mie ko­ro­na­cyj­nym po­zo­stał, z licz­nym pocz­tem wy­ru­szył do Wil­na.

Było to w pierw­szych dniach lu­te­go U. P. 1633. Zima w tym roku nie była zbyt mroź­na, ale za to śnie­gi spa­dły tak wiel­kie, że p. Bo­gu­sław, jak­kol­wiek je­chał na dziel­nym ru­ma­ku, wszak­że cią­gle przy­sta­wać mu­siał i czę­sto z dro­gi się zbi­jał. Zwłasz­cza pod Grod­nem tak ol­brzy­mie były za­spy śnież­ne, że le­d­wie noga za nogą po­stę­po­wać było moż­na, a na do­miar, jed­ne­go dnia pod wie­czór za­wie­ru­cha ze­rwa­ła się okrut­na i już zu­peł­nie nie tyl­ko dro­gę, ale cały świat boży za­kry­ła. Ko­nie usta­wa­ły, mroź­ny wi­cher do szpi­ku ko­ści prze­ni­kał, a cały po­czet Bo­gu­sła­wa, sku­piw­szy się w oko­ło nie­go, prze­bi­jał się z tru­dem w tych za­spach, ra­dząc co da­lej czy­nić i gdzie szu­kać przy­tuł­ku na noc tę, któ­ra za­pa­da­ła ry­chło, chmur­na i groź­na. Gdy tak ra­dzą, po­su­wa­jąc się zwol­na, do uszu ich do­le­cia­ło echo kil­ku gło­sów, z któ­rych je­den bar­dzo do­no­śny, na­wet nad szu­mem wi­chru za­pa­no­wać umiał.

– Mo­ści pa­no­wie! – wo­łał ten głos – ro­zu­miem i kon­klu­du­ję, aby nie upie­rać się, bo z tą prze­klę­tą śnież­ni­cą da­rem­na wal­ka… do Grod­na nie do­je­dzie­my, a jesz­cze zbi­je­my się z dro­gi i bę­dzie­my mu­sie­li no­co­wać w śnie­gu, aby ju­tro obu­dzić się w kró­le­stwie nie­bie­skiem. Znam ja tu opo­dal go­spo­dę pew­ną, któ­ra, acz­kol­wiek zbyt­ków nie po­sia­da, ale przy­tu­łek da i, co waż­na rzecz jest, miód ma wy­śmie­ni­ty, za­tem kon­klu­du­ję, by­śmy do tej go­spo­dy je­cha­li…

– Zgo­da, mo­ści rot­mi­strzu! – wo­ła­li inni. Zna­ny mi głos. – za­uwa­żył je­den z dwo­rzan pana Słusz­ki – przy­siągł­bym, że to pan Tu­kał­ło z Su­le­jek; ale zką­dże rot­mi­strzem zo­stał i kto są ci, co z nim jadą?

W ciem­no­ściach roz­po­znać było nie­po­dob­na; ja­kieś tyl­ko cie­nie wi­dać było, po­su­wa­ją­ce się zwol­na na ko­niach, któ­re znu­żo­ne par­ska­ły, co mo­ment za­pa­da­jąc w za­spy.

– Kto je­dzie? – za­wo­łał pan Słusz­ka.

– Ten, kto musi… bo wo­lał­by w cie­płej izbie sie­dzieć – od­parł ów glos do­no­śny. – Pro­szę bli­żej – do­dał – dla roz­po­zna­nia, bo tak nie daję re­spon­su.

Pan Słusz­ka po­sko­czył na­przód i zbli­żyw­szy się do owych jezd­nych, któ­rzy się za­trzy­ma­li, uj­rzał na­prze­ciw sie­bie wy­so­ką, opa­słą po­stać, całą śnie­giem za­sy­pa­ną, któ­ra po­chy­liw­szy się na ko­niu, usi­ło­wa­ła twarz Słusz­ki roz­po­znać.

– Je­że­li się nie mylę – ozwał się po chwi­li gru­by szlach­cic – to je­dzie pan kasz­te­la­nie Słusz­ka, a gdy­bym to był wie­dział, to był­bym za­raz sub­mi­to­wał się kor­nie. Je­stem Bal­ta­zar Hi­po­lit Tu­kał­ło, zie­mia­nin wi­leń­ski a te­raz rot­mistrz Jego Kró­le­wi­cow­skiej Mo­ści, Jana Ka­zi­mie­rza…

– Wiel­ce mnie to cie­szy – od­parł grzecz­nie p. Słusz­ka, – że tak słusz­ne­go zie­mia­ni­na i ry­ce­rza wśród tej za­wiei spo­ty­kam; a mo­że­byś Wasz­mość mnie i to­wa­rzy­szom moim wska­zał dro­gę do owej go­spo­dy, o któ­rej mó­wi­łeś, bo­śmy się tak­że z dro­gi zbi­li i już do Grod­na nie do­je­dzie­my.

– Bar­dzo chęt­nie – od­rzekł Tu­kał­ło – a za­szczyt to dla mnie nie­ma­ły, iż tak zna­ko­mi­tą kom­pa­nię znaj­du­ję. Za­tem jadę na­przód a Wać­pa­no­wie za mną, or­dyn­kiem, bo za­spy tu wiel­kie, że z gło­wą wpaść moż­na.

Po­stę­po­wa­li tak tedy je­den za dru­gim, po­wol­nie i w mil­cze­niu jesz­cze czas dłu­gi, aż na­resz­cie p. Tu­kał­ło za­wo­łał:

– Wi­dzi­cie wac­pa­no­wie świa­teł­ko, któ­re przez tę śnie­ży­cę w od­da­li mi­go­ce… a to jest owa go­spo­da, w któ­rej noc­leg znaj­dzie­my.

Rze­czy­wi­ście nie­ba­wem cały or­szak za­trzy­mał się u wrót nędz­nej karcz­my przy­droż­nej, któ­ra mia­ła sień wiel­ką a po obu stro­nach dwie izby. Pan Bal­ta­zar, ze­sko­czyw­szy z ko­nia, wkro­czył tam pierw­szy i po­le­cił bra­mę otwo­rzyć, sam zaś in­wi­to­wał pana Słusz­kę do izby prze­stron­niej­szej, gdzie pa­li­ło się na ko­mi­nie ogni­sko i gdzie też wkrót­ce z po­le­ce­nia pana Tu­kał­ły przy­nie­sio­no, co jeno w go­spo­dzie zna­leść było moż­na dla po­sił­ku, a tak­że dzba­ny wina i mio­du. Dru­gą izbę za­jął or­szak pana Słusz­ki i kom­pa­no­wie p. Bal­ta­za­ra.

Ale izba, gdzie wszedł kasz­te­la­nie, nie była pu­stą. Przy ogni­sku sie­dział na ła­wie czło­wiek ja­kiś, otu­lo­ny w opoń­czę, któ­rą część twa­rzy za­kry­wał. Pan Tu­kał­ło parę razy spój – rzał nań nie­chęt­nie, zbli­żał się umyśl­nie do ko­mi­na, chcąc rysy… nie­zna­jo­me­go roz­po­znać, ale wi­dział jeno oczy głę­bo­ko za­pa­dłe, po­nu­ro pa­trzą­ce przed sie­bie, i dłu­gą bro­dę, któ­ra w nie­ła­dzie spa­da­ła na pier­si. Nie­zna­jo­my ów nie ru­szył się na­wet z miej­sca ani przy­wi­tał przy­by­łych, lecz gdy pan Bal­ta­zar nie­ustan­nie mu w oczy za­glą­dał i do­ko­ła ob­cho­dził, za­krył się jesz­cze bar­dziej opoń­czą, jak­by chcąc unik­nąć dal­sze­go ba­da­nia, oczy za­mknął i zda­wał się usy­piać.

Obec­ność jego wszak­że była bar­dzo p. Tu­kal­le nie­mi­łą; za­sradł­szy przy sto­le obok p. Słusz­ki i ulu­bio­ny swój tru­nek pi­jąc, już był­by chęt­nie w ga­wę­dę się wdał, lecz wciąż oglą­dał się po za sie­bie i snadź mó­wić nie chciał* przy owym nie­zna­jo­mym. Ten wszak­że le­żał sku­lo­ny na ła­wie bez ru­chu.

– Za­snął – ozwał się wresz­cie p. Tu­kał­ło do Słusz­ki; – zda mi się, piel­grzym jest, co to się ich te­raz taka moc na­mno­ży­ła, że już wy­ga­niać mu­szą. Szal­bie­rze są, któ­rzy ani w Je­ro­zo­li­mie ani w Com­po­stel­li nie by­wa­li, ani w tu­rec­kiej nie­wo­li nie sie­dzie­li, a jeno grosz wy­dzie­ra­ją, cuda opo­wia­da­jąc.

Obej­rzał się p. Tu­kał­ło zno­wu za sie­bie, ale ów czło­wiek le­żał wciąż bez ru­chu.

– Ano, spi – rzekł, bo już­by się był na to nie­chyb­nie po­ru­szył. Moż­na­by go wszak – że do sie­ni in­wi­to­wać, gdzie sia­no jest, zgo­ła do­bre do spa­nia.

– E… – prze­rwał p. Słusz­ka – daj mu Wasz­mość spo­kój, a po­wiedz le­piej, gdzie to z ta­kim pocz­tem je­dziesz i jako się to sta­ło, żeś rot­mi­strzem kró­le­wi­cow­skim mia­no­wa­ny jest?

Pan Bal­ta­zar się uśmiech­nął i wąsa pod­krę­cił.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: