Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Wacława dzieje - ebook

Rok wydania:
2011
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Wacława dzieje - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 245 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZED­MO­WA

Ste­fan Gar­czyń­ski, po­eta fi­lo­zof, wpro­wa­dzi nas w hi­sto­rię fi­lo­zo­ficz­ną epo­ki ostat­niej. Uro­dził on się w Księ­stwie Po­znań­skim w roku 1805 czy 1806, w chwi­li wej­ścia Le­gio­nów do Księ­stwa. Ma­jąc lat je­de­na­ście pa­trzał na trium­fal­ny po­wrót Pru­sa­ków po ustą­pie­niu wojsk fran­cu­skich i pol­skich. Wy­pa­dek ten po­li­tycz­ny wy­rył się na za­wsze w jego pa­mię­ci: z kil­ku ró­wie­śni­ka­mi swy­mi za­przy­siągł wiecz­ną nie­na­wiść ku Niem­com. Jed­nak Opatrz­ność tak chcia­ła, aby dłu­go prze­by­wał w kra­ju nie­miec­kim i znacz­ną część ży­cia prze­pę­dził mię­dzy Niem­ca­mi.

Wiel­ki ten po­eta nie prze­czu­wał swe­go po­wo­ła­nia, od­dał się fi­lo­zo­fii, słu­chał wszyst­kich sław­nych fi­lo­zo­fów nie­miec­kich i szcze­gól­niej przy­wią­zał się do He­gla. Po kil­ku le­ciech pil­nej na­uki, zgłę­biw­szy wszyst­kie teo­rie fi­lo­zo­ficz­ne, po­wziął za­miar ufun­do­wa­nia fi­lo­zo­fii pol­skiej. Był on wten­czas bar­dzo nie­szczę­śli­wy. Przy­byw­szy do Nie­miec z reszt­ka­mi za­byt­ków re­li­gij­nych, stra­cił je wkrót­ce, stał się nie­do­wiar­kiem, w fi­lo­zo­fii He­gla upa­try­wał naj­wyż­szy i naj­pięk­niej­szy wy­kład chry­stia­ni­zmu, bo, jak wia­do­mo, He­gel i zwo­len­ni­cy jego szko­ły cią­gle wy­stę­pu­ją z for­mu­ła­mi chrze­ści­jań­ski­mi, pra­wiąc o Sło­wie, któ­re było na po­cząt­ku, i o grze­chu pier­wo­rod­nym, cho­ciaż to u nich wca­le co in­ne­go zna­czy niż u chrze­ści­jan pra­wo­wier­nych. Ale zba­daw­szy myśl głów­ną fi­lo­zo­fii He­glow­skiej, Gar­czyń­ski po­znał, że była nie­przy­ja­zną Pol­sce.

Fi­lo­zo­fia ta, ubó­stwia­jąc czło­wie­ka, ubó­stwia­jąc ro­zum czło­wie­czy i do­wód tego ro­zu­mu wska­zu­jąc tyl­ko w ro­bo­cie ludz­kiej, w ro­bo­cie ze­wnętrz­nej i wi­do­mej, od­da­wa­ła hołd po­wo­dze­niu, i w Niem­czech, a mia­no­wi­cie w kró­le­stwie pru­skim, upa­try­wa­ła naj­wznio­ślej­szy wy­raz ro­zu­mu i siły czło­wie­ka, czy­li tym sa­mym naj­wznio­ślej­szy wy­raz bó­stwa.

Przy­po­mnij­my bo­wiem so­bie, że po­dług tego sys­te­mu Bóg wcie­la się w czło­wie­ka, nie dzia­ła, nie my­śli in­a­czej, jak tyl­ko przez czło­wie­ka, tak da­le­ce, iż moż­na po­wie­dzieć, każ­dy wy­na­la­zek ludz­ki zbo­ga­ca nie­ja­ko wie­dzę bo­ską. Szcze­gól­niej­sza ta fi­lo­zo­fia mnie­ma, że Bóg, stwo­rzyw­szy kulę sło­necz­ną, nie mógł bez po­śred­nic­twa czło­wie­ka wy­my­ślić ze­ga­ru. Nie­któ­rzy adep­ci tej szko­ły po­wia­da­ją wy­raź­nie, że wy­na­la­zek ma­chin pa­ro­wych przy­czy­nił się do po­stę­pu bó­stwa; gdyż bó­stwo to uwa­ża­ją oni w spo­sób pan­te­istycz­ny, jako je­ste­stwo roz­le­głe i po­wszech­ne, któ­re nie ma pew­ne­go su­mie­nia swo­jej oso­bi­sto­ści i po­trze­bu­je roz­dro­bić się na wie­le du­chów, wcie­lić się w lu­dzi, żeby przy­szło do uczu­cia nie tyl­ko swo­jej mą­dro­ści, ale na­wet swo­je­go bytu.

Zda­je się, że w owym cza­sie, kie­dy Gar­czyń­ski od­by­wał na­uki w Ber­li­nie, nie było ni­ko­go prócz nie­go, co by obej­mo­wał ca­łość idei He­glow­skiej. To nie po­win­no dzi­wić, bo już do­wie­dzio­no, że w Fran­cji, gdzie mało i nie ślę­cząc czy­ta­ją He­gla, fi­lo­zo­fia jego le­piej zo­sta­ła zro­zu­mia­na niż w Niem­czech, to jest, le­piej od­gad­nię­to jego myśl za­sad­ni­czą, jej dąż­ność i na­stęp­stwa, ja­kie by w za­sto­so­wa­niu spra­wi­ła. Po­nie­waż jest ona ni­czym wię­cej jak tyl­ko lo­gi­ką roz­le­głą, spo­tka­ła we Fran­cji umy­sły nie­li­to­ści­wie lo­gicz­ne, któ­re idąc pro­sto do celu, za­raz samą jej rdzeń wy­do­by­ły; a że Po­la­cy pod tym wzglę­dem mają wiel­kie po­do­bień­stwo z Fran­cu­za­mi, Gar­czyń­ski prze­nik­nął ją bar­dzo do­brze i na­wet nie­któ­rym pro­fe­so­rom nie­miec­kim wy­tłu­ma­czył. Sław­ny Gans od­da­wał mu tę spra­wie­dli­wość.

Re­wo­lu­cja pol­ska 1830 roku ode­rwa­ła Gar­czyń­skie­go od na­uki. Po upad­ku po­wsta­nia udał się za gra­ni­cę i umarł w Awe­nio­nie ma­jąc lat 27. Ale przed śmier­cią wy­dał dwie czę­ści po­ema­tu, któ­ry jest naj­roz­le­glej­szym utwo­rem fi­lo­zo­ficz­nym po­mię­dzy wszyst­ki­mi, ja­kie są w ję­zy­kach sło­wiań­skich.

Po­emat ten ma ty­tuł: Wa­cła­wa dzie­je. Ży­cie po­je­dyń­cze­go czło­wie­ka w róż­nych zmia­nach ma­ją­cych wpływ na jego stan mo­ral­ny skła­da cały przed­miot. Bo­ha­ter Gar­czyń­skie­go przy­po­mi­na po­nie­kąd bo­ha­te­rów By­ro­na: jest to nie­szczę­śli­wy mło­dzie­niec, dla któ­re­go nic już na tym świe­cie nie ma po­nę­ty, któ­ry, wśród bo­gactw i wszel­kich przy­jem­no­ści umie­ra­jąc z roz­pa­czy, w na­ukach szu­ka roz­ryw­ki. Wi­dzi­my w nim coś na kształt Fau­sta, coś na kształt Man­fre­da, ale nie żą­dza nie­ogra­ni­czo­na wie­dzy ani na­mięt­ność go po­że­ra; nie zgrze­szył on tym co Faust – nie goni po świe­cie jak
Lara albo Kor­sarz za pa­stwą dla swo­ich chu­ci: jest on nie­szczę­śli­wym, bo jest Po­la­kiem; jest nie­szczę­śli­wym, bo nie wi­dzi mo­ral­nej przy­czy­ny bytu swo­jej oj­czy­zny; bo w fi­lo­zo­fii zna­lazł tyl­ko apo­te­ozę sił, któ­re kraj jego zgu­bi­ły. Taka myśl mia­ła od­kryć się zu­peł­nie do­pie­ro na koń­cu po­ema­tu, ale prze­bi­ja się ona już od po­cząt­ku.

Wa­cław, ży­jąc sa­mot­nie na wsi, rzad­ko daje się wi­dzieć, prze­stra­sza tyl­ko swo­ich wło­ścian, kie­dy w czar­nym ubio­rze kon­no prze­bie­ga oko­li­ce. Jed­ne­go razu, w dzień po­sęp­ny i uro­czy­sty Wiel­kie­go Piąt­ku, za­szedł on do ko­ścio­ła. Wszy­scy na ko­niec po­wy­cho­dzi­li i zda­wa­ło się, że już nie było ni­ko­go w ko­ście­le, prze­cież ktoś jesz­cze wes­tchnął, może grzesz­nik jaki z żalu i kło­po­tu zo­stał je­den, by dłu­żej opła­ki­wać mękę. Wtem nad­szedł ksiądz, ukląkł, otwo­rzył książ­kę i śpie­wał odrę­twia­łym gło­sem.

Mło­dy czło­wiek, bla­dy na twa­rzy, w czar­ny płaszcz owi­nię­ty, zbli­ża się do księ­dza; na­stęp­na mię­dzy nimi roz­mo­wa jest z jed­nej stro­ny gwał­tow­nym na­sta­wa­niem na re­li­gię, z dru­giej eg­zor­tą. Ale trze­ba uwa­żać, skąd po­cho­dzi ta za­wzię­tość mło­dzień­ca prze­ciw re­li­gii chrze­ści­jań­skiej, czy­li ra­czej prze­ciw ka­to­li­cy­zmo­wi, prze­ciw księ­żom. Za­py­tu­je on, co zro­bi­li ze sło­wem wcie­lo­nym. Trze­ba przy tym pa­mię­tać, że ile­kroć po­eci i fi­lo­zo­fo­wie pol­scy, a mia­no­wi­cie Gar­czyń­ski, uży­wa­ją wy­ra­zów: duch, du­sza, ge­niusz, wy­ra­zy te mają u nich zna­cze­nie sło­wiań­skie; du­cha, du­szę, ge­niusz na­le­ży uwa­żać nie za co in­ne­go tyl­ko za czło­wie­ka nie­wi­do­me­go, któ­ry miesz­ka w cie­le, nie dzie­ląc go na osob­ne wła­dze, ale tak ro­zu­mie­jąc jak lud, kie­dy mówi o du­chach po­ka­zu­ją­cych się lu­dziom.

Oto jest za­ło­że­nie ca­łe­go po­ema­tu: w imię uczuć szla­chet­nych i wznio­słych, w imię mi­ło­ści rodu ludz­kie­go, mło­dy Po­lak po­wsta­je prze­ciw ob­ró­ce­niu chry­stia­ni­zmu w to, czym go du­cho­wień­stwo uczy­ni­ło; na­rze­ka na su­chy, mar­twy, lo­gicz­ny wy­kład na­uki Chry­stu­sa; woła o jej roz­wi­nię­cie, za­sto­so­wa­nie; tym chce zba­wić swój na­ród i ludz­kość, a znaj­du­jąc opór w księ­żach ci­ska na nich klą­twę.

Zo­ba­czy­my po­ni­żej, jaką dro­gą ten ge­niusz wró­ci do chry­stia­ni­zmu i ko­ścio­ła. Ten nie­szczę­śli­wy mło­dzie­niec, ob­mier­ziw­szy świat, czu­jąc wstręt do re­li­gii, któ­rej tłu­ma­cze­nie wi­dzi być kłam­li­wym, i do fi­lo­zo­fii, któ­ra nie za­spo­ka­ja po­trzeb jego du­cho­wych, zmu­szo­ny jest wejść w sie­bie sa­me­go, zna­leźć punkt opar­cia się w so­bie sa­mym.
Od­zy­wa się więc do swo­je­go je­ste­stwa ta­jem­ne­go, któ­re jako wy­pływ Boga po­win­no wie­dzieć coś o prze­zna­cze­niu ludz­kim, po­wia­da, że to je­ste­stwo, ten czło­wiek we­wnętrz­ny po­ru­szo­ny, wy­wo­ła­ny, na­uczy, jak roz­wią­zać za­gad­kę lo­sów ludz­ko­ści i gdzie zna­leźć siłę.

Ta myśl jest za­sa­dą po­ema­tu Gar­czyń­skie­go i ra­zem ka­mie­niem wę­giel­nym fi­lo­zo­fii sło­wiań­skiej.

Nie­daw­no w jed­nej ze sław­nych szkół pa­ry­skich wy­mow­ny na­uczy­ciel po­świę­cił wie­le go­dzin na opi­sa­nie ge­niu­szu, ro­zu­mu, dow­ci­pu i wy­tknię­cie, jak czę­sto­kroć lu­dzie tych wiel­kich władz nad­uży­wa­ją. Książ­ki fi­lo­zo­ficz­ne peł­ne są de­fi­ni­cji tego ro­dza­ju: po­ło­wa dzieł He­gla na przy­kład jest ni­czym wię­cej tyl­ko cią­giem okre­śleń władz umy­sło­wych czło­wie­ka. Nie pro­ściej­że by­ło­by przy­jąć teo­rię albo ra­czej na­czel­ną praw­dę fi­lo­zo­fii sło­wiań­skiej. Jak na­wet wy­tłu­ma­czyć so­bie in­a­czej zja­wi­sko lu­dzi ge­nial­nych? Krzy­czą na tych lu­dzi, sta­ra­ją się za­po­bie­gać, żeby ludz­kość nie dała się im uwieść w zbo­cze­nia, w któ­re tyle razy ją po­wie­dli; ale obok tego za­py­tu­ją, skąd się oni bio­rą, dla­cze­go są ob­da­rze­ni ge­niu­szem, cze­mu insi go nie mają, ja­kim spo­so­bem moż­na go na­być lub ma­jąc utra­cić? Nikt nie może od­po­wie­dzieć na to, a tym­cza­sem wszy­scy wiel­bią lu­dzi ge­nial­nych, po­mia­ta­ją nie­ge­nial­ny­mi, i to jest cały sens mo­ral­ny fi­lo­zo­fii. Po­ję­cie Sło­wian w tej mie­rze zga­dza się z tra­dy­cja­mi rodu ludz­kie­go. Przy­pusz­cza­ją oni, co i sta­ro­żyt­ni utrzy­my­wa­li, że każ­dy czło­wiek ma swój ge­niusz uwię­zio­ny w or­ga­ni­za­cji, a całą róż­ni­cę mię­dzy ludź­mi sta­no­wi róż­ny sto­pień wy­ro­bie­nia się
tego ge­niu­szu.

Weź­my za przy­kład lisz­kę ja­kie­go owa­da, gą­sie­ni­cę mo­ty­la, do któ­rej wszy­scy fi­lo­zo­fo­wie, wszy­scy po­eci sta­ro­żyt­no­ści po­rów­ny­wa­li du­szę ludz­ką. Jed­ne z tych gą­sie­nic szu­ka­ją jesz­cze li­ścia, żeby się na nim za­skle­pić, dru­gie śpią w po­czwar­ce ob­umar­łej, u in­nych moż­na doj­rzeć drga­nie skrzy­deł, a nie­któ­re już sta­ją się mo­ty­la­mi, wzla­tu­ją ku nie­bu. Po­dob­nież du­chy czło­wie­cze, jed­ne, że się jesz­cze nie wy­ro­bi­ły, nie do­szły do umie­jęt­no­ści naj­po­trzeb­niej­szej ze wszyst­kich, do umie­jęt­no­ści wy­zwo­le­nia się od cia­ła, są w sta­nie zwie­rzę­cym, nie mogą wy­rwać się z po­wło­ki i le­cieć; dru­gie już swo­bod­ne, praw­dzi­we mo­ty­le, prze­my­ka­ją wpo­śród nas jak me­te­ory dzi­wiąc sło­wa­mi i czy­nem. Tę praw­dę sta­ro­żyt­ni wy­ra­ża­li kła­dąc na czo­le Psy­chy, to jest du­szy naj­zu­peł­niej wy­zwo­lo­nej, mo­ty­la jako em­ble­mat jej wol­no­ści. W tej my­śli tak­że trze­ba ro­zu­mieć po­emat Gar­czyń­skie­go; po­wia­da on, że gdy­by­śmy wy­zwo­li­li na­sze­go du­cha, zna­leź­li­by­śmy siłę, mą­drość i po­tę­gę.

W odzie, któ­rą niby bo­ha­ter po­ema­tu do swe­go ge­niu­sza na­pi­sał, Gar­czyń­ski po­wia­da, że ser­ca wznio­słe­go do­wo­dem jest myśl wy­so­ka, że ta myśl, co ma ser­ce wznio­słe za pod­sta­wę, two­rzy czy­ny otęż­ne, że pro­ro­cy łą­cząc wie­dzę z prze­czu­ciem dają świa­dec­two my­śli, a na­wza­jem czas im przy­świad­cza.

Wszyst­ko więc ma po­czą­tek w ser­cu. Daw­no już je­den au­tor fran­cu­ski na­pi­sał, że wiel­kie my­śli z ser­ca po­cho­dzą, ale tu cały sys­tem fi­lo­zo­ficz­ny jest opar­ty na ser­cu. Ser­ce nie zna­czy nic in­ne­go, jak tyl­ko sie­dli­sko du­cha, po­kry­wę czło­wie­ka we­wnętrz­ne­go. Po­eci sło­wiań­scy cią­gle mó­wią o ser­cu, a uni­ka­ją w ten spo­sób mó­wić o gło­wie, bo gło­wa po­wszech­nie uwa­ża­ną jest za sie­dli­sko in­te­li­gen­cji, in­te­li­gen­cja zaś i duch nie są dla nich tą samą rze­czą. Z du­cha tedy wy­ni­ka myśl, z tego du­cha przez usta pro­ro­ków pły­nie praw­da, któ­ra opa­nu­je wiecz­ność.

Wi­dzie­li­śmy bo­ha­te­ra po­ema­tu Gar­czyń­skie­go w otwar­tej woj­nie z Ko­ścio­łem re­pre­zen­to­wa­nym przez du­cho­wień­stwo. Pra­gnął on go­rą­co, aby sło­wo, któ­re cia­łem się sta­ło, pa­no­wa­ło na zie­mi, a to pra­gnie­nie za­wie­dzio­ne obu­dzi­ło w jego du­szy nie­na­wiść ku wszyst­kim for­mom re­li­gij­nym. Póź­niej fi­lo­zof ten z tąż samą od­wa­gą, z jaką roz­darł za­sło­nę świą­ty­ni, po­czy­na zgłę­biać ta­jem­ni­ce umie­jęt­no­ści i spo­strze­gł­szy czczość nauk, ni­cość sys­te­mów fi­lo­zo­ficz­nych cofa się z prze­stra­chem. Po­rwa­ny za­pę­dem wła­snej gło­wy, wi­dzi, że wpadł w za­męt, w praw­dzi­we obłą­ka­nie, i nie może po­wstrzy-
mać roz­bu­ja­ne­go ro­zu­mu, aż na ko­niec po­zna­je, że ro­zum i in­te­li­gen­cja nie jest du­sza; wten­czas, zgod­nie z po­ezją i fi­lo­zo­fią na­ro­do­wą, wła­dzy tej na­zna­cza wła­ści­we miej­sce i nikt le­piej nie wy­ra­ził, ja­kim nie­bez­pie­czeń­stwem gro­zi prze­wa­ga ro­zu­mu. Po­dług nie­go sza­tan to ro­zum po­tęż­ny, któ­ry po­że­ra du­szę, a gdy jej nie­śmier­tel­ność zo­sta­nie w drob­nej tyl­ko iskier­ce, wte­dy przy­ga­sła i nie­szczę­śli­wa, sama na­pa­da na wszyst­ko, co ma ży­cie, i nisz­czy stwo­rze­nie.

Do ta­kie­go tedy przy­szedł­szy wy­pad­ku, kie­dy w na­ukach nie znaj­du­je roz­wią­za­nia ta­jem­ni­cy przy­czy­ny i celu bytu czło­wie­ka, od­trą­ca precz na­uki i książ­ki. Ale nie dość na tym, unie­sio­ny gnie­wem brnie da­lej, pusz­cza się we wszyst­kie so­fi­zma, ma ze­rwać wę­zeł ro­dzi­ny, ko­cha się w ro­dzo­nej sio­strze, uspra­wie­dli­wie­nie tej mi­ło­ści ka­zi­rodz­kiej po­ka­zu­je w Bi­blii, z rzad­kim ta­len­tem tłu­ma­czy ją po­dług hi­sto­rii na­tu­ral­nej ro­ślin, sło­wem idzie już pro­sto do wy­stęp­ku, wy­po­wia­da woj­nę spo­łe­czeń­stwu, sta­je się ofia­rą złe­go.

Cóż go te­raz ura­tu­je? Czy umie­jęt­ność, któ­ra zda­niem nie­któ­rych fi­lo­zo­fów pro­wa­dzi czło­wie­ka do re­li­gii? Uczył się on wszyst­kie­go, zwie­dził naj­sław­niej­sze szko­ły fi­lo­zo­fii i stra­cił tam resz­tę wia­ry. Czy prak­ty­ka re­li­gij­na? Od­rzu­cił ją, po­wziął ku niej gwał­tow­ną nie­na­wiść, że od­da­jąc cześć do­bre­mu, cały świat zo­sta­wu­je w ręku złe­go. Bę­dzież więc taki jego ko­niec jak Man­fre­da albo Fau­sta? Nie. – Oto z zim­nych i czczych wy­so­ko­ści ro­zu­mo­wych wpadł­szy nie­spo­dzia­nie po­mię­dzy lud pol­ski, raz pierw­szy do­pie­ro tra­fił na praw­dę.

W cha­rak­te­rze, w uczu­ciach oj­czy­stych swe­go na­ro­du po­strzegł znak istot­ne­go ży­cia, a ży­cie nie może mieć istot­ne­go źró­dła jak praw­dę. Siedź­my to ży­cie, przyj­dzie­my do praw­dy, przez praw­dę do Boga.

Sce­na, w któ­rej po­eta opi­su­je pierw­sze zna­le­zie­nie się mło­de­go fi­lo­zo­fa wśród ludu, jest jed­ną z naj­pięk­niej­szych i naj­ory­gi­nal­niej­szych w po­ema­cie.

Wła­śnie kie­dy pa­so­wał się z sobą w swo­im ga­bi­ne­cie, do­le­ciał go z pola da­le­ki śpiew wło­ścian, wie­czo­rem w świę­to Wiel­kiej Nocy idą­cych do karcz­my. Śpiew ten spra­wił na nim dziw­ne roz­draż­nie­nie. Za­trza­snął okno, wy­biegł z dwo­ru i ubocz­ną dro­gą po­szedł za we­so­łą dru­ży­ną. Karcz­ma bę­dzie te­raz dla nie­go przy­sion­kiem do no­wej szko­ły fi­lo­zo­ficz­nej. W izbie ha­łas, śmiech, mu­zy­ka, tań­ce, zwa­dy i za­ba­wy; sto­jąc pod oknem słu­chał i na­przód to gnie­wał się, to za­zdro­ścił, po­tem chciał so­bie wy­tłu­ma­czyć szczę­ście pro­stacz­ków.
„Oni się ba­wią, mó­wił, acz szczę­śli­wi i spo­koj­ni, bo świat w ich du­szy cia­sny jak ich co­dzien­ne po­trze­by.” Wtem za­wo­ła­no na skrzyp­ka, żeby za­grał tań­ca: „Ko­ściusz­ki! ” – ode­zwał się je­den, „Dą­brow­skie­go! ” – krzyk­nę­li i inni; wszy­scy na­resz­cie po­wtó­rzy­li: „Ko­ściusz­ki”.

Fi­lo­zof nasz wi­dział do­tąd tyl­ko nie­sfor­ną kupę lu­dzi zgro­ma­dzo­nych dla za­ba­wy, dla prze­pę­dze­nia cza­su; ale te­raz na­gle jed­na myśl cały tłum ogar­nę­ła, myśl wspól­na wszyst­kim i pew­nie ma­ją­ca w so­bie ży­wioł moc­ny, bo od razu prze­cię­ła wszyst­kie po­pę­dy ży­wo­ści po­je­dyń­czych. Mu­zy­ka ta, jed­nym wspo­mnie­niem ude­rza­jąc du­szę Wa­cła­wa jak­by la­ską cza­ro­dziej­ską obu­dzi­ła ją z le­tar­gu, my­ślom, uczu­ciom dała cia­ło i ży­cie. Po­dob­ny do tań­czą­ce­go chwy­cił się tej wiot­kiej nici, co mu te­raz była sznu­rem po­da­nym z brze­gu, pro­my­kiem na­dziei rzu­co­nym z prze­szło­ści. Ożył na nowo.

Tak sło­wo w do­brej lu­dziom po­wie­dzia­ne chwi­li,

Jak trą­ba ar­cha­nio­ła, stwo­rzy ich, czym byli.

Te dwa wier­szy­ki są prze­cud­ne. Żeby je zro­zu­mieć, przy­po­mnij­my so­bie, co­śmy po­wie­dzie­li o mo­ral­nym roz­wi­ja­niu się lu­dzi. Co jest stwo­rzyć czło­wie­ka, roz­wi­nąć jego zdol­no­ści, jego ge­niusz? Jest to do­po­móc mu do ze­rwa­nia wię­zów or­ga­ni­za­cji. Ma on za­wsze sto­pień roz­wi­nię­cia się, do któ­re­go przy­szedł, ale czę­sto­kroć temu mo­ty­lo­wi w po­czwar­ce nie sta­je sił skru­szyć swo­ją sko­ru­pę. Na­ten­czas dru­gi, bar­dziej roz­wi­nię­ty ge­niusz przy­cho­dzi mu w po­moc: wpły­wem swo­im, cie­płem ze swe­go ogni­ska do­da­je siły du­cho­wi uwię­zia­ne­mu, do­po­ma­ga mu do wy­zwo­le­nia się z po­wło­ki i tym spo­so­bem wy­ko­ny­wa czyn twór­czy.

Temu czło­wie­ko­wi, co już na ko­niec w nic nie wie­rzył, pra­wie za­parł się Boga, od­rzu­cił wszyst­kie praw­dy mo­ral­ne, Bóg uka­zu­je się zno­wu w naj­więk­szym z dzieł swo­ich, w na­ro­do­wo­ści. Myśl, że jed­na na­ro­do­wość po­śród Sło­wiań­stwa nosi na so­bie zna­mię szcze­gól­ne, po­słan­nic­two osob­ne, i prze­to ma dla dusz le­piej roz­wi­nię­tych ja­kiś urok, ja­kiś po­ciąg praw­dy, bó­stwa, tę myśl, albo ra­czej to uczu­cie, nie­raz już wy­ra­zi­li po­eci i pro­ro­cy.

Od­dzia­ły­wa­nie zie­mi prze­ciw du­cho­wi, to jest od­dzia­ły­wa­nie wszyst­kich in­te­re­sów, wszyst­kich dą­żeń prze­szło­ści i ego­izmu prze­ciw my­śli ma­ją­cej w so­bie przy­szłość, na­zwa­li­śmy apo­sta­zją. Była ona prze­po­wie­dzia­na przez wie­lu po­etów pol­skich, mia­no­wi­cie przez Gar­czyń­skie­go, pier­wej, nim fi­lo­zo­fo­wie po­ję­li ją jako wa­ru­nek lo­gicz­ny roz­wi­ja­nia się ży­cia na­ro­do­we­go.

Przy­po­mnij­my so­bie tę sce­nę gmin­ną, gdzie Gar­czyń­ski wpro­wa­dził bo­ha­te­ra swe­go po­ema­tu, aby słu­ży­ła za na­ukę mo­ral­ną fi­lo­zo­fo­wi. Wi­dzie­li­śmy, jak koło jed­nej nuty, koło jed­nej pie­śni na­ro­do­wej zgro­ma­dził się roz­ma­ity zbiór ludu. Na chwi­lę lud ten, po­łą­czo­ny uczu­ciem, ser­cem, du­chem, był go­tów po­wstać jak je­den czło­wiek. Mło­dy fi­lo­zof, za­du­ma­ny pod oknem, cie­szył się, że zna­lazł ta­jem­ni­cę przy­szło­ści, że tra­fił na źró­dło, skąd może wy­pły­nąć ta siła, co jed­no­czy, co oży­wia. Sce­na koń­czy się apo­sta­zją, od­dzia­ły­wa­niem.

Wszedł do karcz­my ja­kiś czło­wiek obcy i żą­dał go­spo­dy. Był to Po­lak wy­na­ro­do­wio­ny. Wi­dząc w to­wa­rzy­stwie na­tchnie­nie świę­te­go za­pa­łu, nie śmie sta­wić się wprost prze­ciw nie­mu, ale nie­znacz­nie mie­sza się do za­ba­wy, rzu­ca od cza­su do cza­su żar­to­bli­we słów­ka, zdo­by­wa się na dow­cip, du­cha swe­go przy­bie­ra w tę naj­niż­szą i naj­po­spo­lit­szą for­mę, któ­ra obu­dzą po­dzi­wie­nie ga­wie­dzi. Tym spo­so­bem umo­rzyw­szy wzru­sze­nie wzro­słe, roz­dzie­la gro­ma­dę na dwie po­ło­wy, sta­ra się ode­rwać mło­dzież od star­ców, pra­wi jed­nym sma­lo­ne duby, śmie­je się ze zby­tecz­nej roz­trop­no­ści dru­gich, za­chę­ca
do hu­lan­ki i pi­cia. Wszy­scy ci­sną się do nie­go, ota­cza­ją go, ra­dzi, że się zna­lazł mię­dzy nimi, py­ta­ją, skąd przy­był. On im na to od­po­wia­da, że tam oj­czy­zna, gdzie do­brze, i w jed­nej zwrot­ce stresz­cza fi­lo­zo­fią ma­te­ria­li­zmu. Chłop­cy, ude­rze­ni skre­ślo­nym ob­ra­zem, za­py­tu­ją, czy jest gdzie na świe­cie kraj taki.

Dla roz­wi­nię­cia swej my­śli opo­wia­da baj­kę o szczu­rze, któ­ry prze­braw­szy się za pro­bosz­cza, ka­zał swo­im współ­to­wa­rzy­szom bić ogo­na­mi w dzwo­ny, zwo­łał ka­to­li­ków na mszę i lud na­zno­sił mu ofiar. Po­wieść ta zra­zu na­ro­bi­ła śmie­chu, ale wkrót­ce tknę­ło wszyst­kich, że jest w tym ja­kiś pod­stęp. Obu­dzi­ła się nie­uf­ność, bo każ­de wy­ra­że­nie tej po­ezji, cho­ciaż gmin­ne, było ob­my­ślo­ne, do­bra­ne: po­zna­no przy­chod­nia z Bran­den­bur­gii, ze Zgo­rze­li­cy, jak ją zwią Po­la­cy, z zie­mi spa­lo­nej. Star­cy po­strze­gli się na­przód, że go­dząc na re­li­gią ich kra­ju, chciał wy­su­szyć ostat­nie źró­dło na­ro­do­wo­ści, po­czę­li krzy­czeć zwy­czaj­nie jak star­cy – po cza­sie. Na­tych­miast jed­nak cała gro­ma­da obu­rzy­ła się na cu­dzo­ziem­ca i zmu­si­ła go do uciecz­ki.

Sce­na ta naj­moc­niej ze wszyst­kich ude­rzy­ła mło­de­go fi­lo­zo­fa. Zo­ba­czył on w roz­pra­wia­ją­cym ba­ła­mu­cie istot­ną ka­ry­ka­tu­rę sa­me­go sie­bie, po­znał, że ten chłop prze­stro­jo­ny zu­peł­nie to samo ro­bił w ni­skim za­kre­sie swo­je­go dzia­ła­nia, co on w sfe­rze me­ta­fi­zy­ki i fi­lo­zo­fii, za­prze­cza­jąc wszyst­kie­mu, tłu­ma­cząc wszyst­ko przez for­mu­ły fi­lo­zo­ficz­ne. Po­strzegł więc, nad jaką stał prze­pa­ścią, i prze­ję­ty wsty­dem, bo­le­ścią i zgro­zą chciał się rzu­cić na zwo­dzi­cie­la, ale już go nie było.

Apo­sta­zja i ma­te­ria­lizm uka­zu­ją się tu pod po­sta­cią gmin­ną; po­eta nasz spo­tka je i przed­sta­wi póź­niej we wszyst­kich kształ­tach. Sce­na w karcz­mie, bez wąt­pie­nia pięk­niej­sza i głęb­sza od po­dob­nej kar­czem­nej sce­ny w Fau­ście, daje do my­śle­nia mło­de­mu fi­lo­zo­fo­wi, od­mie­nia go zu­peł­nie. Od­stę­pu­je on swo­ich teo­rii nie­mo­ral­nych, po­rzu­ca książ­ki, przed­się­bie­rze po­pra­wę; ale po­strze­ga, że do­tąd tyl­ko ma­rzył i roz­pra­wiał, a wi­dzi, że trze­ba dzia­łać, że w czy­nie tyl­ko moż­na zna­leźć roz­wią­za­nie pro­ble­mu: uda­je się więc do War­sza­wy, po­czy­na kon­spi­ro­wać i wcho­dzi do związ­ku, któ­ry pod­czas ko­ro­na­cji Mi­ko­ła­ja w 1829 roku za­my­ślał całą ro­dzi­nę car­ską zgła­dzić.

Do­pie­ro wśród na­rad w kole spi­sko­wych po raz dru­gi spo­ty­ka się z dziw­nym nie­zna­jo­mym, któ­ry już jako po­li­tyk i sta­ty­sta za­bie­ra głos, żeby spa­ra­li­żo­wać po­pęd pa­trio­tycz­ny. Spo­so­bem hi­sto­ry­ka roz­trzą­sa­jąc bieg dzie­jów na­ro­do­wych, wy­kła­da na­tu­ral­ne i ko­niecz­ne przy­czy­ny osła­bie­nia Pol­ski, sta­ra się prze­ko­nać, że nie­po­dob­na chcieć na­pra­wić od razu, co się psu­ło przez wie­le wie­ków, z po­wa­gą męża sta­nu kre­śli stan Eu­ro­py, tłu­ma­czy, dla­cze­go Po­la­cy nie po­win­ni li­czyć na po­moc obcą, to jest na po­moc Fran­cji; na ko­niec, jak stłu­mił za­pał kmiot­ków, tak tu­taj gasi en­tu­zjazm spi­sko­wych.

Po raz trze­ci gdzie in­dziej ta­jem­ni­czy ten czło­wiek wy­stę­pu­je w cha­rak­te­rze teo­zo­fa i ba­da­cza skry­to­ści świa­ta du­cho­we­go. Tu usi­łu­je on znisz­czyć źró­dło po­jęć re­li­gij­nych, wy­mie­rza cios na wia­rę i na­dzie­ję w przy­szłość Pol­ski. Jak nie­gdyś Ku­si­ciel uka­zy­wał Zba­wi­cie­lo­wi kró­le­stwa i po­wa­by zie­mi, tak te­raz ów nie­zna­jo­my od­by­wa z Wa­cła­wem po­dróż fan­ta­stycz­ną i od­sła­nia mu róż­ne ob­ra­zy.

Prze­nió­sł­szy go na­przód do pa­ła­cu jed­ne­go z pa­nów pol­skich, do­bre­go pa­trio­ty, ale dum­ne­go, daje go wi­dzieć nie­ubła­ga­nym oj­cem przy łożu śmier­tel­nym cór­ki, któ­rej nie po­zwo­lił pójść za ubo­gie­go ko­chan­ka, i wy­sta­wiw­szy tę sce­nę w okrop­nych a praw­dzi­wych ko­lo­rach, za­py­tu­je, czy taki czło­wiek może wal­czyć dla za­pro­wa­dze­nia rów­no­ści, W in­nym ob­ra­zie od­kry­wa świet­ną bie­sia­dę, gdzie dy­gni­ta­rze pol­scy ła­mią so­bie gło­wy nad sub­tel­no­ścia­mi ar­ty­ku­łów kon­sty­tu­cji, a je­ne­ra­ło­wie ści­śle sta­ra­ją się od­cie­nio­wać punkt ho­no­ru woj­sko­we­go. Ci lu­dzie tak za­ję­ci roz­bie­ra­niem tru­pa, to jest for­mu­ły mar­twej, bę­dąż zdol­ni do za­pa­łu dla spra­wy, któ­ra daje się po­jąć tyl­ko uczu­ciem? Sło­wem, po­dob­ny do szczu­ra gro­bo­we­go, jak po­eta
mówi o nim, sta­ra się on wdrą­żyć się w pier­si mło­de­go en­tu­zja­sty, żeby mu wy­drzeć du­cha. Ma on na celu prze­szko­dzić mu nie du­mać, nie ro­zu­mo­wać i nie dzia­łać.

Otóż jest myśl sta­no­wią­ca za­da­nie ca­łe­go po­ema­tu, o któ­rej na­mie­ni­li­śmy: za­le­ży ona na tym, że sam tyl­ko czyn może roz­wią­zać pro­ble­ma. Wiel­ki i pięk­ny ten po­emat zo­stał nie do­koń­czo­ny; na dal­szych kar­tach au­tor miał uka­zać nie­przy­ja­cie­la en­tu­zja­zmu ucie­ka­ją­ce­go się prze­ciw nie­mu do ostat­nie­go spo­so­bu, do gwał­tu.

Gar­czyń­ski, pierw­szy z po­etów pol­skich, ob­wiesz­cza się być po­wo­ła­nym do prze­zna­cze­nia otrzy­ma­ne­go z nie­ba. Nie pi­sze on jako ar­ty­sta ry­mo­twór­ca, li­te­rat, ale jako roz­po­czy­na­ją­cy wal­kę. Dla­te­go to opo­wia­da ob­szer­nie ko­le­je swe­go ży­cia, sny swo­jej mat­ki. By­najm­niej nie idzie mu o za­ję­cie pu­blicz­no­ści swo­ją oso­bą, zni­ka sam zu­peł­nie ze sce­ny, chce tyl­ko oka­zać, że je­dy­nie lu­dzie na­zna­cze­ni szcze­gól­nym po­słan­nic­twem mogą pra­co­wać dla wiel­kiej spra­wy.

Po­eta znisz­czył­by cały urok, całą po­ezją, zro­bił­by tyl­ko zim­ną ale­go­rią, gdy­by ob­szer­nie ten sens wy­kła­dał; po­emat jego słu­ży za ko­men­tarz. Fi­lo­zo­fia hoł­du­ją­ca ma­te­ria­li­zmo­wi i sile ziem­skiej jest tym or­łem, któ­re­go tak­że wzię­li so­bie za go­dło nie­przy­ja­cie­le Pol­ski.
Po­ezja i za­pał po­wo­ła­ne do wal­ki z nim wła­sną bro­nią mają mu za­dać cios śmier­tel­ny. Ste­fan Gar­czyń­ski prze­po­wie­dział ra­zem i swo­ją przy­szłość: umarł on wal­cząc, mor­du­jąc się nad za­gad­ką, któ­rej roz­wią­za­nia nikt nie miał. Za­gad­ką tą było po­go­dzić en­tu­zjazm z ro­zu­mem; ten en­tu­zjazm, co two­rzy na­dzie­je, co goni za przy­szło­ścią, z tym ro­zu­mem, co wiecz­nie te na­dzie­je roz­trą­ca, co wszyst­ko krę­pu­je w obec­ność; któ­re­go źre­ni­ca, kie­dy zwró­ci się na ogni­sko uczuć, żeby je zba­dać, ściem­nia się i łzą za­bie­ga jako oko pa­trzą­ce na słoń­ce.

Za wa­ru­nek tej zgo­dy po­ło­żył on roz­wi­nię­cie wiel­kiej na­ro­do­wo­ści; bo na­ro­do­wość jest czymś rze­czy­wi­stym, ma­te­rial­nym, by­tem swo­im od­po­wia­da na­wet wy­ma­ga­niom fi­lo­zo­fii, a że ra­zem nie może żyć i dzia­łać bez en­tu­zja­zmu, więc sko­ro­by taka na­ro­do­wość usta­lo­na sta­ła się po­ję­tą i zro­zu­mia­ną, roz­strzy­gnę­ła­by spór mię­dzy uczu­ciem a my­ślą. Jest to ostat­nie sło­wo Gar­czyń­skie­go; ze wszyst­kich po­etów, o któ­rych mó­wi­li­śmy, Gar­czyń­ski
jest naj­bar­dziej pol­skim.

ADAM MIC­KIE­WICZI. WIEL­KI PIĄ­TEK

Mil­czą dzwo­ny po­boż­ne wie­ży­cy wy­so­kiej,
Jak usta ską­pe w sło­wa, gdy myśl śród pa­mią­tek.
W stroj­ny grób już zło­żo­no Zba­wi­cie­la zwło­ki;
Lud bie­ży grób od­wie­dzić – świę­cić Wiel­ki Pią­tek.

Smut­no w ko­ście­le było – okna ki­rem czar­nym
I ścia­ny, i ob­ra­zy za­sło­nio­no ki­rem;
Ci­che mo­dły do­ko­ła – ten wes­tchnie­niem szcze­rem,
Łzą skru­chy albo dat­kiem ku­pu­je ofiar­nym
Prze­ba­cze­nie za grze­chy u świę­te­go gro­bu;
Ten ufny, że Bóg wzno­si, kie­dy się uni­żem,
Usta­mi proch ca­łu­jąc, roz­po­starł się krzy­żem:
Kie­dy krzyż dźwi­gać w ży­ciu nie wi­dział spo­so­bu.
U oł­ta­rza w za­kon­ne odzia­ni ka­pi­ce,
W dwóch rzę­dach, za­sę­pio­nych mni­chów sto­ją chó­ry,
Przed nimi świec dwa­na­ście, i palą się świe­ce,
Sły­chać hym­ny ża­łob­ne za zwy­kłe nie­szpo­ry.

Z hym­na­mi nik­ną świa­tła – w ko­ście­le mniej ja­sno -
Świe­ce, jed­na za dru­gą, po ko­lei ga­sną,
Lud cze­ka – już zga­szo­no – już ciem­no się sta­ło –
Je­dy­na lam­pa błysz­czy na gro­bo­we cia­ło.
Za­pu­ka­no – czas wyj­ścia – lud tłum­nie wy­cho­dzi –
I księ­ża się ru­szy­li – i w kom­żach dwaj mło­dzi
Przo­dem księ­gi wy­no­szą – a rzę­dem za nie­mi
San­da­ły mni­chów sły­chać, jak biją po zie­mi.

Wy­szli wszy­scy – w ko­ście­le sa­mot­nie i głu­cho.
Cza­sem tyl­ko u góry świer­go­cą­ce pta­ki

Ude­rzą skrzy­dłem w okna, szu­ka­jąc wy­lo­tu;
Ci­cho i ciem­no – prze­cież bar­dzo czu­łe ucho
Mo­gło­by wię­cej prze­jąć – ktoś wes­tchnął – kto taki?
Nie wie­dzieć – może grzesz­nik z żalu i kło­po­tu
Zo­stał je­den, by dłu­żej opła­ki­wać mękę;
Może – ktoś idzie – to ksiądz – on jego do­strze­że –
Ale cóż mu wes­tchnie­nie – uklęk­nął przy gro­bie,
Gło­wę schy­lił, pod ra­mię kła­dzie pra­wą rękę.
Wy­do­był książ­kę – roz­warł – prze­mó­wił pa­cie­rze –
Znów się schy­lił, na­boż­nie skła­da ręce obie
I odrę­twia­łym gło­sem tak śpie­wa przy gro­bie:

A gdy na krzyż przy­bi­li – słu­gi wszyst­kie w tej chwi­li

Suk­nie Pana po­rwa­li z po­śpie­chem,
I dział każ­dy chce stro­ju – czy przez zgo­dę, czy w boju,

Bo to u nich za­bi­jać nie grze­chem.
Ale płaszcz tam był Pana, jak­by chu­s­ta utka­na,

Bo nie tknię­ty ni igłą, ni no­żem;
Więc mó­wi­li do sie­bie: by go nie psuć w po­trze­bie

Losy w koło na nie­go roz­ło­żem.
I co rze­kli, to było – bo tak Pi­smo mó­wi­ło:

Suk­nie ło­trów roz­szar­pią mi zgra­je,
Ale na płaszcz los pad­nie, je­den tyl­ko płaszcz skrad­nie.

A tak dzi­siaj to wszyst­ko się sta­je.

Śmiech ja­kiś nie­spo­dzia­ny – gwał­tow­ny i dzi­ki –

Prze­rwał śpie­wy po­boż­ne – ksiądz schwy­cił krzy­ży­ki

U ró­żań­ca wi­szą­ce przy ha­bi­ta sznu­rze,

Schwy­cił i gło­wę swo­ją za­sło­nił w kap­tu­rze.

Aż w koń­cu śmiel­szy w my­śli, jak do­wód­ca, któ­ry,

Nim bój za­cznie, szkłem zmie­rzy szy­ki nie­przy­ja­ciół,

Spoj­rzał – i w zna­ku krzy­ża dłoń wzno­sząc do góry,

Już mó­wić ja­kieś sło­wa ta­jem­ni­cze za­czął,

Gdy wi­dzi – gdy po­zna­je czło­wie­ka, w kształt gła­zu

Sto­ją­ce­go opo­dal jak mar­mur smę­ta­rzy;

Czar­ny płaszcz wi­siał na nim – bla­dy był na twa­rzy,

Zda­wał się być bez ru­chu – czu­cia – i wy­ra­zu.

„Kto je­steś – mnich za­wo­łał – czy cię złe ob­sia­dło,

Czło­wie­ku! że chcesz wi­chrzyć spo­koj­ność klasz­to­ru?

Mil­czysz – je­śliś nie­ży­wy – je­że­liś wi­dzia­dło

Jest przede mną i w cie­le taj­ny duch po­two­ru,

Mam spo­sób – bicz na cie­bie – czy znasz go­dło krzy­ża?"

"Znam – krzyk­nął nie­zna­jo­my – wiel­ka to obro­na!"

Roz­śmiał się i tym śmie­chem, jak głaz Pig­ma­lio­na

Ca­ło­wa­niem oży­wion – do księ­dza się zbli­ża –

Czar­ny płaszcz swój za­rzu­cił z ra­mie­nia na ra­mię,

Spod brwi, choć ja­sne oko, wy­padł wzrok po­nu­ry,

I ru­mie­niec gwał­tow­ny, cho­rych my­śli zna­mię,

Bły­snął w twa­rzy, jak wstę­ga pio­ru­nu w mgle chmu­ry.

KSIĄDZ po­zna­jąc nie­zna­jo­me­go
To ty, mło­dzień­cze, tu­taj?

MŁO­DZIE­NIEC

Krzycz – że­gnaj – prze­kli­naj,
Duch stoi – jako wa­szych ko­ścio­łów wie­ży­ce,
Choć deszcz leje – grzmią nie­ba – – palą bły­ska­wi­ce,
One sto­ją – nuż śmia­ło eg­zor­cyzm za­czy­naj.
Tyl­ko po­mnij, że płaszcz mnie słów wię­cej nie mami,
Że choć­byś drgał ję­zy­kiem jak wi­cher po­to­kiem,
Jam za­wcza­su ten po­tok zba­dał my­śli okiem
I płaszcz twój cza­ro­dziej­ski zdarł my­śli zę­ba­mi.
Że żar­tu­ję –

KSIĄDZ

Mło­dzień­cze! nie bluźń nada­rem­nie.
Ta­kież to ode­bra­łeś na­uki ode mnie,
Na to­żem cię wy­cho­wał, aże­byś w ko­ście­le
W dzień dzi­siej­szy, przy gro­bie Zba­wi­cie­la świa­ta,
Bluź­nił wia­rę naj­święt­szą?

MŁO­DZIE­NIEC

Po­znaj się w twym dzie­le!

z iro­nią

Tyś mój mistrz!

KSIĄDZ

Słu­chaj tedy – burz­li­we są lata
Mło­do­ści – wie­le lu­dzi na za­wsze w nich gi­nie.
Jam to wie­dział – jam cie­bie chcąc zba­wić je­dy­nie,
Chcąc ra­to­wać –

MŁO­DZIE­NIEC prze­ry­wa­jąc z za­pa­łem
Na za­wsze zgu­bił bez ochy­by.
Tla­ło we mnie prze­czu­cie wol­no­ści szla­chet­nej
I moc­ne mia­łem ra­mię, i do czy­nów dziel­ność;

Tyś mi od­gadł mą du­szę – mia­łem w my­ślach szy­by
Do przej­rze­nia – tyś przej­rzał i jak dąb stu­let­ni
Upad­kiem strza­ska drzew­ka – Bo­gaś, nie­śmier­tel­ność
Spu­ścił na mnie, na du­szę, myśl strza­skał ogro­mem:
Wzgar­dzi­łem tym, co daw­niej w oczach sta­ło bó­stwem,
Oj­czy­zną i mi­ło­ścią, przy­jaź­nią i do­mem,
Oto­czy­łem się wa­szą po­ko­rą, ubó­stwem;
Jam wia­rą wa­szą świę­tą jak tar­czą się skła­dał –
I cóż stąd? jam na­resz­cie wia­rę i was zba­dał.
Chce­cie, po­ko­ry suk­nie za­wdziaw­szy na py­chę,
Za­mie­nia­jąc pa­ła­ce na ustro­nia ci­che,
W du­szy gma­chach za­rzą­dzać – i cha­tą, i tro­nem;
Miesz­kań­ców ich jak pta­ków ła­piąc w szpon so­ko­li,
Sami zim­ni – bez ser­ca – mę­czyć, gryźć do woli?
Chce­cie, mar­twi – spo­koj­ni jak klasz­to­ru ścia­ny,
Na czas nie­czu­li jako na pył śmier­ci wia­nek,
Pa­trzyć zim­na­wo na łzy, gdy kto łza­mi zla­ny
Albo gdy gi­nie czło­wiek – wol­ny lud – ko­cha­nek? –
Warn wol­ność, mi­łość ni­czym – pła­kać nie my­śli­cie.
Ileż razy wam w du­szy zło­rze­czy­łem skry­cie!
Wy­rwa­łem się na ko­niec! – lecz cza­row­ne sło­wo
Wia­ry wa­szej i klą­twy, i mo­dlitw, i sztu­ki
Wi­sia­ło, jak na wło­sie miecz, nad moją gło­wą.
Drża­łem, żeby nie upadł! – dziś czas – dziś na­uki –
O! dzi­siaj już in­a­czej – ro­zu­miem was, mni­chy –
Dzi­siaj – żar­ty to, żar­ty – wszyst­kich was zba­da­łem.
W głos py­tam: gdzie jest Sło­wo, co się sta­ło Cia­łem?
W głos krzy­czę: wia­ra wa­sza jest to dziec­ko py­chy.

KSIĄDZ

Pa­nie, od­puść mu, bo on sam nie wie, co robi.

MŁO­DZIE­NIEC

Tyś rzekł, tyl­ko za mało? Pa­nie, ser­ce do­bij,
Któ­rem tak cięż­ko zra­nił: oto treść mo­dli­twy.
Wy, mni­chy, wy my­śli­cie, że cho­ro­by, bi­twy
Tyl­ko czło­wie­ka gu­bią!

KSIĄDZ

Na krzy­żu roz­pię­ty,
Na­tchnij go mocą swo­ją, i przy­wróć mu zmy­sły!

MŁO­DZIE­NIEC pa­trząc na grób

Je­zus Chry­stus – znak krzy­ża – znak ofiar – znak świę­ty!

z unie­sie­niem

Cze­muż krwi Two­jej kro­ple na lu­dzi nie pry­sły
I mó­zgów im nie spa­lą wie­czy­stym za­rze­wiem?
Ot Twój słu­ga – tyś cier­piał jak ża­den z śmier­tel­nych,
A ten śmierć Two­ją świę­ci w kan­tycz­kach ko­ściel­nych
I żyje, i szczę­śli­wy – spo­koj­ny – jak nie wiem
Żad­ne­go szczę­śliw­sze­go!

KSIĄDZ

Grzesz­ni­cy my, praw­da,
I bar­dzo grzesz­ni lu­dzie – lecz za to po­ko­ra –

MŁO­DZIE­NIEC

Ju­trem od­ku­pu­je­cie grze­chy wa­sze z wczo­ra.

uda­jąc głos księ­dza
A dziś do was na­le­ży: grzesz­ni­cy my, praw­da!

KSIĄDZ

Nie bluźń, nie bluźń, mło­dzień­cze – któż ogród po­tę­pi
Dla­te­go, że w nim drze­wo spróch­nia­łe lub cho­re?

MŁO­DZIE­NIEC

Kto dom prze­klnie, ja py­tam, gdy dom z wszyst­kim zgo­re,

Albo sę­pów, gdy z gło­du sie­bie po­żrą sępi?

Ot słu­chaj – dom ten du­sza – tyś pod­ło­żył ognie;

Ot słu­chaj – sę­pem czło­wiek – kie­dy w du­szy świ­ta!

A obca prze­moc – wia­ra – my­śli jak je­li­ta

Wy­dzie­ra­jąc mu z gło­wy, gło­wę w proch mu do­gnie.

Cóż za dziw, je­śli bied­ny czło­wiek przy upad­ku,

Wi­dząc i sił znisz­cze­nie, i nie­moc swych chę­ci –

Je­śli cier­piąc, ty­sią­ce w koło mę­czeństw wkrę­ci

Albo wznió­sł­szy kark nad was, plu­nie na ostat­ku.

KSIĄDZ

Sza­lo­ny, milcz na Boga!

MŁO­DZIE­NIEC

Mil­czyć? toć mil­cza­łem

Dłu­go i bar­dzo dłu­go – dziś mó­wić przy­cho­dzi.
Dziś krzy­czeć będę, sły­szysz, krzy­czeć gar­dłem ca­łem!
Chciał­bym po słów mych fali, na my­śli mych ło­dzi,
Z du­szą moją że­glo­wać i wpę­dzać się w du­sze.
Nie­chaj­by moja mowa jako by­stra rze­ka
Wszyst­kie stru­mie­nie my­śli ko­ry­tem swym zla­ła!
I zle­je – bo ja my­śleć – bo ja mó­wić mu­szę.
Słu­chaj, z du­szą mą wpad­nę w głąb ser­ca czło­wie­ka
I jak szkło mło­ta gro­mem, wia­ra pry­śnie cała.

Mó­wić mu chcę wol­no­ści świę­ty­mi sło­wa­mi,

Mó­wić mu chcę nie­mow­ląt nie­szczę­śli­wych łza­mi,

Krzy­czeć nad nim jak mat­ka nad śmier­cią dzie­cię­cia,

Gdy je spod pier­si mat­ce wy­rwie ptak strasz­li­wy;

Za­klnę go na naj­święt­sze uczu­cia za­klę­cia,

Na śmierć ojca, na przod­ków sze­reg nie­szczę­śli­wy.

Niech wszyst­kie­mu za­wie­rzy – wam jed­nym nie wie­rzy!

Bo wy słu­dzy nik­czem­ni, za­miast Boga słu­dzy,

Wy, kie­dy lu­dzie giną, mę­cze­ni są dru­dzy –

Wy, jak­by to nie ludz­kie tra­fia­ło przy­go­dy,

Choć­by­ście jed­nym sło­wem krwi wstrzy­ma­li stru­gi,

Pa­trzy­cie zim­nym okiem, jak giną na­ro­dy,

Le­d­wie tru­pom od­da­jąc ostat­nie przy­słu­gi.

Toż więc jest wia­ra wa­sza? na to ma­cie wła­dzę,

Aby cnót się wy­rze­kł­szy, da­wać przy­kład zbrod­ni?

Nik­czem­ni lu­dzie! bo­skich przy­dom­ków nie­god­ni!

Od mle­ka mat­ki wa­szej zie­mi was od­są­dzę,

Kie­dy li­to­ści ziem­skiej, cnót w ser­cu nie ma­cie.

Wy­prą się was ro­dzi­ce, jak wy się wy­par­li,

I sio­stry, przy­ja­cie­le, i brat was po bra­cie

Kląć bę­dzie, i tam z gro­bu po­wsta­ną umar­li,

I kląć będą, i wo­łać o ze­mstę wszech­wład­ną –

I gło­wy wa­sze w koń­cu pod że­la­zem pad­ną,

A wia­ra…

KSIĄDZ

Stój! nic wię­cej!! –

Ze­gar bił w tej chwi­li
I na hym­ny wie­czor­ne księ­ża nad­cho­dzi­li.
Twarz swo­ją nie­zna­jo­my płasz­czem więc osło­nił,
Coś jesz­cze pręd­ko wy­rzekł, zwró­cił się z po­śpie­chem,
Idzie – krok na­gli – śpie­szy – nim ze­gar wy­dzwo­nił,
Trzask drzwi moc­nym się od­bił o skle­pie­nie echem.II. PO­WRÓT Z KO­ŚCIO­ŁA

Za­chód się bla­skiem pur­pu­ro­wym pali
Jako żar wę­gli, chmu­ry błysz­czą w dali,
Już słoń­ca nie ma – po dzien­nych mo­zo­łach

Wie­śniak znu­żo­ny po­wra­ca do domu;
Jest co za­sta­wić, jest usłu­żyć komu,
W chat­ce ma żonę, do­sta­tek w sto­do­łach.
Szczę­śli­wi lu­dzie za­gro­dy ubo­giej!
Ma­cie skarb wiel­ki, nie żą­da­jąc wię­cej.
Cóż, że na pal­cu błysz­czy ka­mień dro­gi,
Że skrzy­nie cięż­kie kro­cia­mi ty­się­cy,
Kie­dy myśl, du­sza w usta­wicz­nej woj­nie?
Warn dni i nocy mi­ja­ją spo­koj­nie:
Nie chci­wi sła­wy, nauk nie­żą­dli­wi,
Z dala od świa­ta ży­je­cie szczę­śli­wi!

Lecz co za tę­tent – patrz – krzyk­nę­ły dzie­ci,

Że ja­kiś czar­ny jeź­dziec przez wieś leci.

To on.– pan mło­dy – wy­bie­ga­ją z cha­ty

Wi­dzieć go; bo on rzad­ko jest wi­dzia­ny.

Na czar­nym ko­niu, sam czar­no ubra­ny,

W cwał le­ciał, dzi­ko roz­pu­ściw­szy sza­ty –

Płaszcz jego czar­ny jako skrzy­dło pta­ka

Wiatr pod się chwy­tał – a pia­na ru­ma­ka,

Pęd jego na­gły, noz­drza roz­ognio­ne

I jeźdź­ca oczy na dół po­chy­lo­ne,

Że wra­cał gniew­ny i śpiesz­nie, świad­czy­ły.

Prze­le­ciał wio­skę – dro­gą tyl­ko pyły,

W kłę­by się wzno­sząc z pia­sku ciem­nej chmu­ry,

Dłu­go wi­sia­ły jak orle pa­zu­ry,

Nim ptak dra­pież­ny cia­ła swe­go brze­mię,

Znu­żo­ny wia­trem, opu­ści na zie­mię.

Tak uczą gmin­nych po­etów bal­la­dy,

Że w dzień za­dusz­ny o pół­noc­nej po­rze

Duch świe­żo zmar­łych z wy­so­ka zejść może

I dzie­lić z lu­dem za­staw­ne bie­sia­dy.

W chmur­nym on, mó­wią, z nie­ba cią­gnie dy­mie,

Z gęby żar ognia pło­mie­niem wy­bły­ska,

A czy­je naj­przód wy­wo­ła on imię

I czy­je naj­przód wy­wo­ła na­zwi­ska,

Tym lub prze­kleń­stwo, albo śmierć jest bli­ska.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: