Facebook - konwersja
Wielki los - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Wielki los - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
366 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Wielki los - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

I AU­TOR PRZED­STA­WIA GŁÓW­NE OSO­BY I PRO­SI CZY­TEL­NI­KA O WY­RO­ZU­MIA­ŁOŚĆ.

Nie­ja­ki pan Hi­po­lit, sprze­daw­szy nie­co za­dłu­żo­ną ka­mie­ni­cę w mie­ście X., osiadł w War­sza­wie, na Pod­wa­lu. Miał on wpraw­dzie sta­ły za­miar prze­nieść się w Ale­je Ujaz­dow­skie, gdzie na­wet o wy­na­ję­cie pa­ła­cy­ku trak­to­wał, tym­cza­so­wo jed­nak aż do „zmia­ny losu” mu­siał de­mo­kra­ty­zo­wać się w czte­rech po­ko­ikach sta­ro­miej­skiej dziel­ni­cy. No i de­mo­kra­ty­zo­wał się po­spo­łu ze sio­strą nie­boszcz­ki żony i wła­sną cór­ką pan­ną Amel­ją oso­bą ukształ­co­ną, lecz dość wy­jąt­ko­wych uspo­so­bień.

Pan Hi­po­lit do­świad­czał wiel­kich przy­kro­ści, ile­kroć przy­szło mu wpro­wa­dzać kogo po raz pierw­szy do swe­go miesz­ka­nia. Już na dole ru­mie­nił się za go­spo­da­rza, to­le­ru­ją­ce­go w domu wą­skie i brud­ne scho­dy. We drzwiach prze­pra­szał go­ścia za to, że przed­po­kój jest cia­sny i kuch­nia ciem­na, a w sa­lo­nie po­ka­zy­wał sta­re ta­pe­ty i wy­li­czał wady sprzę­tów.

– Ja, pro­szę pana – mó­wił do go­ści – zro­bi­łem w ży­ciu jed­no je­dy­ne głup­stwo, że sprze­daw­szy moją ka­mie­ni­cę nie­tyl­ko z wszel­kie­mi jej wy­go­da­mi, ale i z me­bla­mi, wy­wio­złem stam­tąd le­d­wie ten oto for­te­pian, na któ­rym for­nier po­pę­kał, i ten oto ze­gar, któ­re­mu zbi­li w dro­dze klosz i zgu­bi­li per­pen­dy­kuł. Z tego po­wo­du nie cho­dzi, tyl­ko stoi na ko­mo­dzie jako dro­ga pa­miąt­ka.

Po­tem na­stę­po­wał opis me­bli ku­pio­nych tu, w War­sza­wie, z wol­nej ręki. Na rze­czach tych oszu­ka­no pana Hi­po­li­ta, choć przy tar­gu za­kli­na­no się trzy razy na Boga i nie­rów­nie wię­cej razy na ho­nor. Nie­dość, że w fo­te­lach i ka­na­pie sprę­ży­ny są złe, ale jesz­cze pod po­krow­ca­mi mole się za­gnieź­dzi­ły. Wpraw­dzie sio­stra pana, a ciot­ka pan­ny, zo­ba­czyw­szy, co się świę­ci, wy­pcha­ła me­ble naj­przed­niej­szym ba­ku­niem, ale łotr fro­ter wy­kradł go i zu­żyt­ko­wał do faj­ki, a mole po­nisz­czy­ły obi­cia.

Z tego na­wet po­wo­du nie­su­mien­ny fro­ter zo­stał uwol­nio­ny od obo­wiąz­ków, pod­ło­ga zaś na­bra­ła oso­bli­we­go ko­lo­ru.

Opo­wia­da­jąc to, nie­szczę­śli­wy wła­ści­ciel nie chciał by­najm­niej po­pi­sy­wać się daw­niej­szem mie­niem i go­spo­dar­skie­mi po­rząd­ka­mi, wie­dząc, że skłon­ność do sa­mo­chwal­stwa ce­chu­je do­rob­kie­wi­czów i inne mi­ze­rac­two. Pra­gnął tyl­ko za­ma­ni­fe­sto­wać ży­ją­ce w nim cią­gle uczu­cia pań­skie i es­te­tycz­ne, a za­ra­zem upew­nić go­ścia, że w ra­zie „zmia­ny losu”, bę­dzie umiał po­ło­żyć kres tego ro­dza­ju nie­przy­stoj­no­ściom.

Tym­cza­sem los zmie­niał się o tyle, że panu Hi­po­li­to­wi co­raz nie­re­gu­lar­niej pła­co­no raty i pro­cen­ta z sumy po­zo­sta­łej na hi­po­te­ce domu. Wy­pa­da­ło nie­jed­no­krot­nie po­ży­czać od sio­stry po nie­boszcz­ce żo­nie, a na­wet od osób pry­wat­nych. Pan Hi­po­lit za każ­dą nową po­życz­ką mar­twił się nie­wy­mow­nie, do swe­go dłuż­ni­ka pi­sy­wał li­sty na­mięt­nie dłu­gie i trzy­mał ćwiart­kę na lo­ter­ji kla­sycz­nej. Jako bo­wiem człek do­świad­czo­ny, ro­zu­miał, że wszyst­ko za­wieść go może, prócz wła­sne­go szczę­ścia, któ­re od kil­ku lat nie do­pi­sy­wa­ło wpraw­dzie, ale tyl­ko chwi­lo­wo.

Z lo­ter­ją też urzą­dził się roz­trop­nie. Jed­ną ćwiart­kę wziął sam, do ku­pie­nia dru­giej zmu­sił sio­strę, a na trze­cią na­mó­wił swe­go krew­nia­ka pana Ed­mun­da, mło­de­go i roz­kosz­ne­go chłop­ca. Za­chę­cał też cór­kę (któ­ra, jako wy­kwa­li­fi­ko­wa­na re­tu­szer­ka, po­sia­da­ła sa­mo­dziel­ne fun­du­sze) do na­by­cia czwar­tej cząst­ki losu, ale na­próż­no. Pan­na Amel­ja była eman­cy­pant­ką i fi­lo­zof­ką, wie­rzy­ła tyl­ko w pra­cę, po­stęp i pra­wa ko­biet, a ze snów, lo­ter­ji i wier­szy mi­ło­snych żar­to­wa­ła okrut­nie.

Po­nie­waż ani na upór uko­cha­nej cór­ki nie było le­kar­stwa, ani na kup­no po­zo­sta­łej ćwiart­ki – pie­nię­dzy, więc pan Hi­po­lit ra­cho­wał so­bie tak:

– Ja wy­gram sto ty­się­cy, moja sio­stra tak­że sto ty­się­cy, więc będę miał dwie­ście ty­się­cy. Że zaś i Ed­mund musi też wy­grać sto ty­się­cy, więc oże­nię go z Mel­cią i będę miał ra­zem trzy­sta ty­się­cy. Szko­da wpraw­dzie czwar­tej set­ki, lecz zato ku­pię so­bie kil­ka po­ży­czek prem­jo­wych, a Bóg mnie nie­za­wod­nie po­cie­szy. Zresz­tą i od trzy­stu ty­się­cy moż­na mieć ład­ny pro­cent…

Tak ra­cho­wał i cie­szył się na­dzie­ją w chwi­li, gdy miał umysł swo­bod­ny. Ale kie­dy na­byw­ca ka­mie­ni­cy nie przy­sy­łał pie­nię­dzy i kie­dy od wła­snej cór­ki wy­pa­da­ło nie­raz po­ży­czać cięż­ko za­pra­co­wa­ne u fo­to­gra­fów kil­ka ru­bli, wów­czas Hi­po­lit tra­cił wia­rę we wszyst­ko. Wy­bie­gał wte­dy na mia­sto szu­kać choć­by naj­skrom­niej­szej po­sa­dy dla sie­bie i po­sta­na­wiał wy­dać Mel­cię choć­by za pana Ka­zi­mie­rza.

Ów Ka­zi­mierz był czło­wie­kiem ni­skie­go po­cho­dze­nia, lecz po­nie­waż ukoń­czył wyż­szy za­kład na­uko­wy, wszedł więc w to­wa­rzy­stwo nie­co lep­sze i otarł się tro­chę – choć nie­zu­peł­nie. Ma­jąt­ku nie miał, tyl­ko stry­ja ka­no­ni­ka, któ­ry mu obie­cy­wał suk­ce­sją i po­moc; ale że sta­rzec był krzep­ki i do wy­da­wa­nia pie­nię­dzy nie­sko­ry, więc suk­ce­sja i po­moc od­su­wa­ły się na dal­szy plan.

Cier­pli­wie cze­ka­jąc na ła­skę stry­jasz­ka, Ka­zi­mierz, jako wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny che­mik, wstą­pił do dys­ty­lar­ni, gdzie miał nie­złą pen­syj­kę na dziś, a świet­ne wi­do­ki na przy­szłość. Mó­wio­no mu pół­gęb­kiem, że gdy­by mógł wło­żyć kil­ka ty­się­cy ru­bli w przed­się­bier­stwo, wów­czas zo­stał­by na­wet dy­rek­to­rem, jako naj­zdol­niej­szy ze wspól­ni­ków.

Nie­ja­ki zno­wu pan Go­tlieb Schmupf­ke, pi­wo­war du­żej pra­wo­ści i nie­mniej­sze­go ma­jąt­ku, za­chwa­lał czę­sto przed Ka­zi­mie­rzem wdzię­ki i po­sag swej cór­ki Wan­dzi. Ale mło­dy che­mik, acz­kol­wiek po­sa­giem nie gar­dził, pięk­ność Wan­dzi uzna­wał i całą ro­dzi­nę Schmupf­ke wiel­ce sza­no­wał, nie kwa­pił się jed­nak z oświad­czy­na­mi. Od roku je­że­li nie daw­niej strasz­nie go kłu­ła w oczy pan­na Amel­ja, ko­le­żan­ka Wan­dy z in­sty­tu­tu. Ka­zi­mierz po­dzi­wiał nie­tyl­ko jej wdzię­ki, ale i ener­gją, z jaką wzię­ła się do re­tu­szer­ki, jej po­glą­dy na pra­cę, po­stęp i pra­wa ko­biet, a na­wet jej dzi­wac­twa i spo­sób trak­to­wa­nia lu­dzi zgó­ry. Z wie­lu wzglę­dów była ona dla nie­go owo­cem za­ka­za­nym i może z tej ra­cji pło­nął ogniem zna­nym jesz­cze ojcu rodu ludz­kie­go.

Je­dy­nym ry­wa­lem Ka­zi­mie­rza był Ed­mund, da­le­ki krew­ny ro­dzi­ny pana Hi­po­li­ta. Mło­dzień­ca tego jed­nak, któ­ry cie­szył się wzglę­da­mi ojca Mel­ci, nie bra­no na ser­jo. Ciot­ka zgo­ła nie lu­bi­ła go i na­zy­wa­ła kłam­czu­chem, a nie­kie­dy chłyst­kiem, Mel­cia zaś żar­to­wa­ła i z jego ele­gan­cji i z jego próż­niac­twa, z po­dró­ży za­gra­ni­cę i ze sto­sun­ków z hra­bia­mi, a na­wet ze sta­re­go her­bu i ja­snych ster­czą­cych wą­si­ków.

Ka­zi­mierz o Ed­mun­dzie wie­dział tyl­ko, w ja­kich te­atrach ama­tor­skich gry­wa i o ja­kie sumy za­kła­da się w cza­sie wy­ści­gów, ale ani o tem co robi, ani skąd bie­rze pie­nią­dze. Zresz­tą lu­dzie do­brze uro­dze­ni nie po­trze­bu­ją od­po­wia­dać na po­dob­ne py­ta­nia; tak też czy­nił Ed­mund i było mu z tem do­brze. Jemu i panu Hi­po­li­to­wi, któ­ry pew­ne mniej ja­sne stro­ny ży­cia swe­go ku­zyn­ka skła­dał na karb mło­do­ści.

To już i wszyst­ko o me­blach pana Hi­po­li­ta i o jego zna­jo­mych. Chy­ba tyl­ko dla za­okrą­gle­nia roz­dzia­łu wspo­mni­my jesz­cze o panu Pio­trze, choć do­praw­dy nie­wie­le o nim po­wie­dzieć­by moż­na. Był to po­czci­wiec i miał ka­pi­ta­li­ki, któ­re­mi w ra­zie na­głej po­trze­by usłu­gi­wał oso­bom bliż­szym, a więc nie­kie­dy panu Hi­po­li­to­wi, a cza­sem panu Ed­mun­do­wi.

Po­czci­wiec ten, ni­ski, gru­ba­wy, lu­bił ka­nar­ki i był dziw­nie punk­tu­al­ny. Raz po­ży­czył on od Hi­po­li­ta trzy ru­ble na dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzin i rze­czy­wi­ście na dru­gi dzień przy­szedł do jego miesz­ka­nia na kil­ka mi­nut przed ter­mi­nem, a na­stęp­nie, w po­rze co do se­kun­dy wła­ści­wej, po­ło­żył pie­nią­dze na sto­le. Sam jed­nak o na­leż­no­ści nie upo­mi­nał się nig­dy. Co naj­wy­żej, skła­dał wi­zy­ty w kil­ka dni po ter­mi­nie, lecz już sto­jąc w pro­gu, mó­wił, że nie przy­cho­dzi by­najm­niej w in­te­re­sie po­życz­ki i że po­dej­rze­niem po­dob­nem wy­rzą­dzo­no­by mu naj­cięż­szą ob­ra­zę.

Pro­cen­ta brał tyl­ko dla po­rząd­ku, aby nie my­śla­no, że ko­muś ła­skę robi; o wy­so­ko­ści ich zaś nie­wie­le wie­my, in­te­re­sa bo­wiem po­dob­ne za­ła­twia­ły się zwy­kle przy drzwiach za­mknię­tych.

Wra­ca­jąc do miesz­ka­nia pana Hi­po­li­ta, do­da­my, że skła­da­ło się ono z sa­lo­ni­ku, ga­bi­ne­tu jego, ga­bi­ne­tu Mel­ci i po­ko­ju ja­dal­ne­go, któ­ry zaj­mo­wa­ła ciot­ka. Po­ko­iki te tem się chy­ba mię­dzy sobą róż­ni­ły, że u ciot­ki wi­siał na ścia­nie ob­raz Mat­ki Bo­skiej, u ojca he­ba­no­wy krzy­żyk, tu­dzież po­tre­ty So­bie­skie­go i Na­po­le­ona, a u Mel­ci wi­ze­run­ki Ro­be­spier­ra, Wol­te­ra, Dan­to­na i gip­so­we po­pier­sie So­kra­te­sa, – nie li­cząc fo­to­gra­fij zna­ko­mi­to­ści młod­sze­go po­ko­le­nia.

Dzie­wi­czy po­ko­ik nie po­sia­dał w oknie kwia­tów, ani tra­dy­cyj­nych mu­śli­no­wych fi­ra­nek, cac­ka te bo­wiem po­chła­nia­ją dużo świa­tła, któ­re­go Mel­cia do re­tu­szo­wa­nia nie­zbęd­nie po­trze­bo­wa­ła. Że­la­zne jej łóż­ko było za­sła­ne po ka­wa­ler­sku, obok nie­go zaś sta­ła ple­cio­na pół­ka z książ­ka­mi.

Na­próż­no w bi­bl­jo­te­ce tej szu­ka­li­by­śmy po­ezji lub ro­man­sów, były tam bo­wiem same dzie­ła po­waż­ne. Więc Dar­win, więc Mill, Vogt, Mo­le­schott, Büch­ner i inni. Au­to­rzy ci, jako apo­sto­ło­wie trzeź­wych lub no­wych po­glą­dów na świat, cie­szy­li się sym­pa­tją pan­ny Amel­ji, dla któ­rej trzeź­wość i po­stęp sta­no­wi­ły ar­ty­ku­ły wia­ry.

Ani oj­ciec, ani ciot­ka ksią­żek Mel­ci nie ro­zu­mie­li, tyl­ko pierw­szy po­dzi­wiał gu­sta cór­ki, dru­ga zaś uwa­ża­ła sio­strze­ni­cę za zbłą­ka­ną owiecz­kę, któ­rą do­pie­ro mąż miał do­pro­wa­dzić na wła­ści­wą dro­gę.

Oto wszyst­ko, co na po­czą­tek po­wie­dzieć moż­na o głów­nych ak­to­rach wi­do­wi­ska.

Usta­wie­ni rzę­dem, kła­nia­ją się oni prze­świet­nej pu­blicz­no­ści, pro­sząc o po­błaż­li­wość dla swych wad, gdy­by mie­li ja­kie – i dla ba­ja­rza, gdy­by nie po­tra­fił obu­dzić dla nich sym­pa­tji.

Na­wia­so­wo tyl­ko wspo­mni­my, że czwar­ta ćwiart­ka losu, ku­pio­ne­go przez ro­dzi­nę Hi­po­li­ta, do­sta­ła się pro­ste­mu lecz za­moż­ne­mu chło­pu. Jesz­cze w zi­mie przy­wiózł on ma­sło i cie­lę­ta do War­sza­wy i tu wy­pad­kiem na­był u ko­lek­to­ra bi­let.

– A może się tra­fi? – my­ślał i od­tąd co mie­siąc wy­ku­py­wał wła­ści­wą kla­sę.

– Żeby choć z ty­siąc ru­bli pa­dło!… At!… co­bym ja ta zro­bił z ta­kie­mi pie­niędz­mi. Tfy! po­ku­sa!…

I plu­nął na los, na któ­rym pan Hi­po­lit fun­do­wał swo­ją do­brze uro­dzo­ną przy­szłość. Zwy­czaj­nie pro­stak!II SŁÓW­KO O PO­GLĄ­DACH MEL­CI I O SKUT­KACH CHWI­LO­WE­GO PE­SY­MI­ZMU JEJ OJCA.

Był już po­czą­tek czerw­ca. Wi­dząc nie­za­wod­ne symp­to­ma­ta bli­skiej go­li­zny, pan Hi­po­lit dru­gi dzień tkwił za­mknię­ty w ga­bi­ne­cie i albo my­ślał o zna­le­zie­niu dla Mel­ci bo­ga­te­go męża, albo pi­sał li­sty do dłuż­ni­ka, bła­ga­jąc go na rany bo­skie o pie­nią­dze.

Damy, to jest pan­na Amel­ja i jej ciot­ka, sie­dzia­ły w sa­lo­ni­ku na owych me­blach spo­nie­wie­ra­nych przez mole.

Cio­cia do­bro­dziej­ka w prze­wi­dy­wa­niu zimy ro­bi­ła so­bie włócz­ko­wy ka­fta­nik na dru­tach, pan­na zaś, zmę­czo­na re­tu­szo­wa­niem, czy­ta­ła. Wczo­raj wła­śnie skoń­czy­ła bro­szu­rę ja­kie­goś nie­miec­kie­go fi­lo­zo­fa, któ­ry za­kli­nał się na Boga, że nie­ma du­szy i obie­cy­wał we wła­snem la­bo­ra­tor­jum zro­bić czło­wie­ka z no­ga­mi i rę­ka­mi, byle mu… dano tro­chę cza­su i odro­bi­nę tle­nu, wo­do­ru i wę­gla, a na­de­wszyst­ko fos­fo­ru. Ce­lem zgłę­bie­nia przed­mio­tu, wzię­ła się dziś Mel­cia do fi­zjo­lo­gji i wła­śnie stu­djo­wa­ła re­zul­ta­ty do­świad­czeń,. wy­ko­ny­wa­nych na ży­wych zwie­rzę­tach.

W po­ko­ju za­le­ga­ło mil­cze­nie, w wy­so­kim stop­niu do­kucz­li­we dla cio­ci, któ­rej or­ga­na mów­ne, po­mi­mo wie­ku, cie­szy­ły się mło­dzień­czą rzeź­wo­ścią. Ja­kiś czas spo­glą­da­ła ona wy­zy­wa­ją­co na sio­strze­ni­cę, wkoń­cu zaś, praw­po­dob­nie z de­spe­ra­cji, za­czę­ła roz­ma­wiać sama ze sobą, na­przód ci­szej, po­tem gło­śniej.

Mel­cia, usły­szaw­szy to, par­sk­nę­ła śmie­chem i zło­ży­ła książ­kę, co zno­wu ucie­szy­ło sta­ro­wi­nę, słusz­nie od­ga­du­ją­cą, że te­raz wła­śnie na­de­szła pora otwo­rze­nia upu­stów wy­mo­wy. Nie cze­ka­jąc za­tem, rze­kła:

– Do­brze ci się śmiać, ty fi­lo­zof­ko!… Przy to­bie za­po­mnia­ła­bym, że mi Pan Bóg ję­zyk stwo­rzył… Czy­ta tyl­ko i czy­ta duby sma­lo­ne!… Mo­gła­byś też i mnie tro­chę o tych bred­niach po­wie­dzieć, bo mi chy­ba uszy za­ro­sną.

– Cha! cha! cha!… – śmia­ła się pan­na. – Al­boż mnie cio­cia zro­zu­mie?

Ciot­ka ob­ra­zi­ła się.

– A có­że­ście to wy mło­de już wszyst­kie ro­zu­my po­zja­da­ły? My­ślisz, że i ja nie czy­ty­wa­łam dużo w mo­jem ży­ciu?… Spró­buj tyl­ko po­ga­dać ze mną o tej tam wa­szej fi­lo­zo­fji, a zo­ba­czysz…

Pan­na Amel­ja opar­ła gło­wę na kra­wę­dzi fo­te­lu i śmia­ła się, o ile jej na to małe usta po­zwa­la­ły. Do­pie­ro po kil­ku mi­nu­tach, na­chwy­taw­szy się za boki i otarł­szy oczy, od­po­wie­dzia­ła spo­koj­niej, choć pręd­ko, jak to było w jej zwy­cza­ju:

– Więc do­brze, opo­wiem cio­ci. Czy­tam o do­świad­cze­niach Flo­uren­sa, któ­ry kra­jał mózg go­łę­biom…

– Dość! dość!… – za­wo­ła­ła ciot­ka, gwał­tow­nie trze­po­cząc rę­ko­ma. – Cóż­to za opraw­ca, o mi­ło­sier­ny Boże!… Czy ty mo­żesz my­śleć na­wet o po­dob­nych obrzy­dli­wo­ściach? i czy nie le­piej zro­bi­ła­byś, czy­ta­jąc mi „Zło­tą El­żu­nię,” któ­rej tak je­stem cie­ka­wa?…

– Bar­dzo dzię­ku­ję! – od­par­ła Mel­cia, kła­nia­jąc się z ge­stem lek­ce­wa­że­nia. – Znam po­dob­ne rze­czy i mogę na­wet cio­ci treść opo­wie­dzieć: „Zło­ta El­żu­nia” musi być grzecz­ną dziew­czyn­ką, któ­rej Pan Bóg w na­gro­dę zsy­ła za­cne­go męża i pół tu­zi­na nie­umy­tych anioł­ków.

Te­raz ciot­ka spo­waż­nia­ła i kła­dąc na sto­le ro­bo­tę, rze­kła:

– Co ty tak, moje dziec­ko, z mał­żeń­stwa nie­ustan­nie przed­rwi­wasz? Nie je­st­że to sa­kra­ment taki świę­ty jak inne i – do cze­go zresz­tą sama ro­śniesz?

– Ach! ro­zu­miem to na nie­szczę­ście – od­par­ła Mel­cia, rzu­ca­jąc po­gar­dli­wie ręką. – Nie mam wpraw­dzie od­wa­gi zo­stać sta­rą pan­ną, ale też i nie my­ślę wyjść za­mąż tak, jak mil­jo­ny in­nych pa­nien.

– Czy i na to wy­na­la­złaś nowy spo­sób?

– Za­pew­ne! Moja nie­wo­la musi być przy­jem­ną, in­a­czej zaś wo­la­ła­bym się uto­pić…

– O Boże! Boże!… – wes­tchnę­ła sta­rusz­ka. – Bied­nyż bę­dzie ten twój mąż, ko­cha­nie…

– Wca­le nie bied­ny! – po­chwy­ci­ła ze śmie­chem pan­na. – Prze­ciw­nie, musi być ma­jęt­ny, a przy­najm­niej za­moż­ny, abym mo­gła zaj­mo­wać się czem chcę, wy­je­chać za­gra­ni­cę…

– Więc wyjdź za pana Pio­tra…

– Kie­dy wolę mło­de­go i przy­stoj­ne­go.

– Niby ta­kie­go jak Ed­mund? – spy­ta­ła zło­śli­wie ciot­ka.

– Za mało ma ro­zu­mu.

– Więc bierz Ka­zi­mie­rza – po­chwy­ci­ła sta­rusz­ka, pa­trząc na nią ba­daw­czo.

Mel­cia spu­ści­ła oczy, za­sta­no­wi­ła się, lecz ani je­den mu­skuł jej twa­rzy nie drgnął.

– Od bie­dy, gdy­by miał ma­ją­tek, nie od­rzu­ci­ła­bym go…

– Dla­cze­góż od bie­dy?

– Bo nie ma na­zwi­ska, ani ele­ganc­kie­go ukła­du.

– Prze­cież wy o na­zwi­ska nie dba­cie! – za­wo­ła­ła ciot­ka.

– Gdzie in­dziej jest to za­pew­ne obo­jęt­ne, lecz u nas, z po­dob­nym do­dat­kiem żyje się we­se­lej niż bez nie­go.

– No więc Ed­mund przy­pa­da ci le­piej do gu­stu?

– Tyl­ko w osta­tecz­no­ści i to pod wa­run­kiem, że na­resz­cie odzie­dzi­czy ów ma­ją­tek po dziad­ku. Z ta­kim jak on mę­żem, żyć trud­no, ale by­wać w to­wa­rzy­stwach moż­na, a i zro­bić też z nie­go coś się da!

Ciot­ka po­krę­ci­ła gło­wą i rze­kła na­gle:

– A mi­łość?

Mel­cia zno­wu za­czę­ła się śmiać.

– Mi­łość!… z kwiat­ka­mi, księ­ży­cem, o gło­dzie, w brud­nem miesz­ka­niu?… O moja cio­ciu, ależ ja je­stem czło­wie­kiem, ja chcę żyć!… Uczu­cia za­wsze się znaj­dą, lecz o wy­go­dy trud­niej. W bie­dzie mi­łość pręd­ko osty­gnie, ale przy ma­jąt­ku, wśród cią­gle no­wych wra­żeń, moż­na zna­leźć ty­sią­ce przed­mio­tów do za­chwy­tu, po­cząw­szy od pięk­nej suk­ni, a skoń­czyw­szy na ład­nej pre­lek­cji. Przy­tem ludz­kość i jej do­bro sta­no­wią nie­wy­czer­pa­ne źró­dło uczuć, tyl­ko ich szu­kać nie umie­my.

– Szczę­śli­wa two­ja mat­ka, że tego nie sły­szy! – szep­nę­ła sta­rusz­ka.

A po chwi­li do­da­ła:

– Ha! może to i samo przej­dzie… Pa­mię­tam, że nie­boszcz­ka Ma­nia póki była pan­ną, gra­ła tyl­ko na for­te­pia­nie i ma­lo­wa­ła pej­za­że, a ma­łe­mi dzieć­mi brzy­dzi­ła się. Do­pie­ro gdy jej Pan Bóg dał wła­sne…

W tej chwi­li za­pu­ka­no do przed­po­ko­ju i nie­ba­wem wszedł do sa­lo­ni­ku mło­dy czło­wiek ni­ski, śnia­dy, nie­zbyt zręcz­ny, lecz z twa­rzą my­ślą­cą i by­stre­mi oczy­ma. Zda­wał on się być w wy­jąt­ko­wo we­so­łym na­stro­ju. Pro­mie­nio­wał ra­do­ścią, je­że­li wol­no po­rów­ny­wać czło­wie­ka z ka­lo­ry­fe­rem.

– Coś się sta­ło – rze­kła po przy­wi­ta­niu ciot­ka – że pan Ka­zi­mierz przy­cho­dzi do nas w po­łu­dnie.

– Chciał nam zro­bić nie­spo­dzian­kę – wtrą­ci­ła pan­na.

– Ma pani ra­cją, sta­ło się! – od­parł Ka­zi­mierz to­nem nie­ty­le ele­ganc­kim, ile sta­now­czym. – Zo­sta­łem wi­ce­dy­rek­to­rem na­szej dys­ty­lar­ni, mam sto ru­bli mie­sięcz­nie, czte­ry po­ko­je pa­rad­ne, opał, świa­tło… Cóż pani na to? – zwró­cił się do Mel­ci.

Pan­na skrzy­wi­ła się, po­czem od­po­wie­dzia­ła zwol­na:

– Ja na to?!… chy­ba – że bę­dzie pan miał miesz­ka­nie ob­szer­ne, wid­ne i cie­płe.

Mło­dy czło­wiek za­ru­mie­nił się.

– Za­słu­ży­łem na tę na­ukę! – od­po­wie­dział zmie­sza­ny. – Ale… wi­dzi pani, do­sta­łem po­sa­dę do­pie­ro przed pa­ro­ma go­dzi­na­mi i pro­sto z fa­bry­ki przy­bie­głem, aby pan… pań­stwu o tem do­nieść. Nie mam ni­ko­go…

Te­raz pan­nie Amel­ji zro­bi­ło się przy­kro, wy­cią­gnę­ła więc do Ka­zi­mie­rza rękę i rze­kła:

– No, ale niech pan tego nie bie­rze zbyt po­waż­nie. Ja tyl­ko chcia­łam pana tro­chę zmar­twić, cho­ciaż tak­że cie­szy­my się pań­skiem po­wo­dze­niem.

W oso­bli­wym wi­dać na­stro­ju przy­szedł tu Ka­zi­mierz, ła­ska­we bo­wiem wy­ra­zy stro­pi­ły go tak, że umilkł i zmie­szał się jesz­cze bar­dziej.

Sce­na ta do­bre wra­że­nie zro­bi­ła na cio­ci, któ­ra, wziąw­szy ro­bo­tę do rąk, rze­kła, pil­nie pa­trząc na dru­ty:

– Te­raz mógł­by się pan na­wet oże­nić. Ty­siąc dwie­ście ru­bli, miesz­ka­nie i opał, to nie ba­ga­te­la w War­sza­wie…

Mło­dy czło­wiek po­czął nie­spo­koj­nie krę­cić się na krze­śle i za­cie­ra­ćrę­ce. Jed­no­cze­śnie Mel­cia do­świad­czy­ła pew­ne­go za­kło­po­ta­nia i pod po­zo­rem od­nie­sie­nia książ­ki, za­ru­mie­nio­na tro­chę, wy­bie­gła do swe­go po­ko­ju.

Gdy za­mknę­ła drzwi, Ka­zi­mierz po­chy­lił się ku ciot­ce i drżą­cym nie­co gło­sem szep­nął do sta­rusz­ki, jakg­dy­by mię­dzy nimi od­daw­na ist­nia­ło po­ro­zu­mie­nie:

– Przy­sze­dłem oświad­czyć się…

Ciot­ka aż kla­snę­ła w ręce.

– A idź­że prę­dzej za nią! – rze­kła.

– Kie­dy nie wiem co mó­wić?

– Pad­nij na ko­la­na i po­wiedz, że ją ko­chasz.

– Wy­śmie­je mnie!

– Nie wy­śmie­je… Sta­ry to oby­czaj, ale do­bry… Zrób­że tak! – mó­wi­ła, trzę­sąc rę­ko­ma. – Ona ma wpraw­dzie go­rą­cą głów­kę, ale zło­te ser­ce. By­łeś ją roz­czu­lił, a te­raz wła­śnie pora, kie­dy ci sama rękę po­da­ła, przy­rzek­nie ci i do­trzy­ma. Idź! idź! – do­da­ła, po­py­cha­jąc go ku drzwiom – jej wła­śnie ta­kie­go męża po­trze­ba!

Ka­zi­mierz wa­hał się chwi­lę, lecz na­gle usiadł zno­wu z miną de­spe­ra­ta.

– Skom­pro­mi­to­wał­bym się w jej oczach!… Nie mogę… Wolę pier­wej z pa­nem Hi­po­li­tem po­ga­dać…

Skrzyp­nę­ły drzwi, Mel­cia wró­ci­ła. Ka­zi­mierz wle­pił w ciot­kę spoj­rze­nie tak bła­gal­ne, że sta­rusz­ka, zro­zu­miaw­szy nie­mą jego proś­bę, przy­gry­zła war­gi z gnie­wa i rze­kła:

– Rób jak chcesz! Wy mło­dzi ma­cie swo­je spo­so­by, po­dob­no lep­sze od daw­nych.

Dla for­my tyl­ko do­da­my, że pan­na Amel­ja z ostat­nich słów wy­bor­nie do­my­śli­ła się, o co cho­dzi. Gdy­by Ka­zi­mierz usłu­chał rady ciot­ki i upadł przed pan­ną na ko­la­na, może wo­bec tego ob­ja­wu uczuć, pry­sły­by lo­do­wa­te po­glą­dy jej na mał­żeń­stwo. Ale mło­dy czło­wiek nie­ustan­nie chło­dzo­ny przez uko­cha­ną, nie zdo­był się na wy­buch po­dob­ny, a i Mel­cia mia­ła czas ze­brać my­śli i upo­rząd­ko­wać swo­je teo­r­je. Wró­ci­ła więc do sa­lo­ni­ku jak zwy­kle obo­jęt­na i bar­dziej od­py­cha­ją­ca. W tej chwi­li na­wet ta­jem­ne kon­szach­ty Ka­zi­mie­rza z ciot­ką wy­da­ły jej się za­baw­ne­mi, a jego pla­ny ma­try­mon­jal­ne zu­chwal­stwem. Już to co praw­da, Mel­cia była bar­dzo ka­pry­śna.

Dal­sza roz­mo­wa cią­gnę­ła się nie­oso­bli­wie. Pan­na za­rzu­ca­ła kon­ku­ren­ta py­ta­nia­mi z za­kre­su fi­zjo­lo­gji i po­zo­sta­łej li­tan­ji nauk przy­rod­ni­czych; mło­dy wi­ce­dy­rek­tor dys­ty­lar­ni był roz – tar­gnie­my, a ciot­ka roz­gnie­wa­na. Szczę­ściem wszedł do sa­lo­ni­ku pan Hi­po­lit i za­brał nie­for­tun­ne­go wiel­bi­cie­la do swej kan­ce­lar­ji, w celu za­sią­gnię­cia jego opin­ji o ja­kiejś fi­nan­so­wej kwe­stji.

Hi­po­lit był dziś tak znę­ka­ny, że na­przód za­po­mniał wło­żyć kra­wa­ta na szy­ję, a po­wtó­re otwo­rzył przed Ka­zi­mie­rzem ser­ce na­oścież i bo­le­ją­cym gło­sem opo­wia­dał che­mi­ko­wi o wszyst­kich swo­ich kło­po­tach.

Za­czął na­tu­ral­nie od sprze­da­ży ka­mie­ni­cy i ku­pie­nia me­bli zje­dzo­nych przez mole. Po­tem prze­szedł do nie­su­mien­ne­go na­byw­cy domu, któ­ry ani rat, ani pro­cen­tów pła­cić nie chce; da­lej zwy­my­ślał wszyst­kich do­brze uro­dzo­nych, „acz­kol­wiek sam z nich po­cho­dził,” na­to­miast zaś prze­po­wia­dał zna­ko­mi­tą przy­szłość fa­bry­kan­tom wo­gó­le, a dys­ty­la­to­rom w szcze­gól­no­ści.

– Jak szczę­ścia pra­gnę – za­wo­łał roz­ża­lo­ny – że wy­dał­bym Mel­cię prę­dzej za uczci­we­go szew­ca, ani­że­li na­przy­kład za oby­wa­te­la ziem­skie­go. To kla­sa zgu­bio­na, speł­nia się na niej wy­rok Boży!

Ka­zi­mierz nie wie­dział wpraw­dzie, jaki to mia­no­wi­cie wy­rok Boży speł­nia się na oby­wa­te­lach ziem­skich i mi­mo­wo­li przy­po­mniał so­bie, że przed mie­sią­cem ten sam pan Hi­po­lit o tej sa­mej kla­sie na­ro­du miał inne co­kol­wiek opin­je. Że jed­nak sprzecz­no­ści po­dob­nych na­słu­chał się do­syć, za­miast więc po­le­mi­zo­wać ze zbo­la­łym oj­cem, przy­stą­pił do ku­cia wła­sne­go in­te­re­su.

Przedew­szyst­kiem tedy Ka­zi­mierz za­wia­do­mił pana Hi­po­li­ta o no­wej po­sa­dzie, wspo­mniał o pen­sji, któ­rą za­po­mo­cą go­dzi­wych do­cho­dów po­więk­szyć­by moż­na i o miesz­ka­niu z opa­łem i świa­tłem, któ­re w osta­tecz­no­ści roz­sze­rzyć­by się dało. Nad­mie­nił, że oko­ło No­we­go Roku za­wa­ku­je po­sa­da dy­rek­to­ra z pen­sją trzech ty­się­cy ru­bli i wy­ra­ził na­dzie­ję otrzy­ma­nia jej: stryj bo­wiem ka­no­nik nie­za­wod­nie po­ży­czy mu pie­nię­dzy, aby mógł wejść do spół­ki.

Po tym wstę­pie mło­dy czło­wiek od­po­czął, otarł pot z czo­ła i oparł­szy obie ręce na dy­go­czą­cych ze wzru­sze­nia ko­la­nach, oświad­czył panu Hi­po­li­to­wi chęć wej­ścia w związ­ki le­gal­ne z jego je­dy­ną, peł­no­let­nią cór­ką Amel­ją.

Sku­tek mów­ki był nad­spo­dzie­wa­ny. Hi­po­lit roz­tkli­wił się, uści­skał wi­ce­dy­rek­to­ra, po­dzię­ko­wał za wy­rzą­dzo­ny jego do­mo­wi ho­nor i obie­cał ze swej stro­ny nie sta­wiać prze­szkód mał­żeń­stwu, je­że­li ta­ko­we za­ak­cep­tu­je Mel­cia.

– Wi­dzisz, mój ko­cha­ny – koń­czył – dziś to jesz­cze tak bar­dzo że­nić­byś się nie mógł… Ale gdy zo­sta­niesz dy­rek­to­rem „ no!… sta­raj się tyl­ko po­zy­skać ser­ce Mel­ci, a na­de­wszyst­ko nic nie wspo­mi­naj o na­szej roz­mo­wie, bo to dziew­czy­na, jak ci wia­do­mo, strasz­nie sa­mo­dziel­na i go­to­wa zgry­ma­sić, je­że­li się do­wie o mo­jem po­sta­no­wie­niu zro­bio­nem bez jej wie­dzy.

Rada wy­da­ła się Ka­zi­mie­rzo­wi bar­dzo roz­sąd­ną. Wie­dział on, że ser­ce Mel­ci trze­ba zdo­by­wać jak for­te­cę, tym­cza­sem więc był kon­tent z po­zy­ska­nia wzglę­dów ojca, o któ­rych za­wsze wąt­pił.

Po­tem uści­ska­no się jesz­cze raz i po­ga­da­no w nie­wie­lu sło­wach o in­te­re­sie fi­nan­so­wym. Gdy na­stęp­nie obaj pa­no­wie wy­szli do sa­lo­ni­ku, mie­li już miny tak nie­win­ne, że Mel­cia nie po­dej­rze­wa­ła na­wet aktu oświad­czyn, a ciot­ka była prze­ko­na­ną, że Ka­zi­mierz rów­nie do­brze zląkł się te­raz ojca, jak przed pół go­dzi­ną cór­ki.

Wkrót­ce kon­ku­rent po­że­gnał ro­dzi­nę, a Mel­cia w swym po­ko­iku wzię­ła się do re­tu­szo­wa­nia. Ko­rzy­sta­jąc z tego, ciot­ka rze­kła:

– Czy szwa­gier wie, że Ka­zi­mierz zo­stał wi­ce­dy­rek­to­rem fa­bry­ki?

– Mó­wił mi o tem – od­parł Hi­po­lit, od­wra­ca­jąc się do okna.

– Po­rząd­ny czło­wiek! – do­da­ła ciot­ka.

– E… he… hem! bar­dzo… bar­dzo…

– A czy szwa­gier wie, że on chce oświad­czyć się o Mel­cię?…

– A… a… a… sio­stra skąd o tem wie? – spy­tał Hi­po­lit, cią­gle nie pa­trząc na nią.

– Do­my­ślam się.

– Chy­ba­by osza­lał!… osza­lał!… – od­parł oj­ciec nie­spo­koj­nie, po­cie­ra­jąc kark ręką.

Nie­dłu­go po­tem dał słu­dze do zmie­nie­nia pa­pie­rek dwu­dzie­sto­ipię­cio­ru­blo­wy, upo­mi­na­jąc ją, aby nie zgu­bi­ła. Nie­wia­do­mo dla­cze­go przy­wi­dzia­ło się ciot­ce, że pan Hi­po­lit pie­nią­dze te po­ży­czył od Ka­zi­mie­rza; praw­do­po­dob­nie jed­nak były to po­dej­rze­nia zu­peł­nie nie­uza­sad­nio­ne.

Ku wie­czo­ro­wi pan Hi­po­lit od­zy­skał zwy­kły hu­mor. Był we­sół i dum­ny jak daw­niej, opo­wia­dał po­ciesz­ne fa­ce­cje o za­ro­zu­mia­ło­ści do­rob­kie­wi­czów i ma­rzył o wy­gra­nej na lo­ter­ji już w tych dniach. Z po­wyż­szych ob­ja­wów po­dejrz­li­wa skut­kiem sta­ro­ści ciot­ka, wnio­sko­wa­ła, że jej szwa­gier musi mieć w port­mo­ne­cie jesz­cze je­den nie­zmie­nio­ny dwu­dzie­sto­pię­cio­ru­blo­wy pa­pie­rek i W du­chu upie­ra­ła się przy zda­niu, że albo Pan Bóg Hi­po­li­to­wi z nie­ba spu­ścił pie­nią­dze, albo je Ka­zi­mierz po­ży­czył.

Uprze­dze­nia żół­cio­wej damy były tak wiel­kie, iż w ro­zu­mo­wa­niach swo­ich nie wa­ha­ła się iść da­lej i przy­pusz­czać, że Ka­zi­mierz oświad­czył się ojcu o Mel­cię i że zo­stał przy­ję­ty.

– Naj­nie­za­wod­niej obie­cał mu! – mru­cza­ła sta­rusz­ka. – Cie­ka­wa tyl­ko je­stem, co pier­wej odda: czy jemu cór­kę, czy mnie moje pie­nią­dze?

Za­gad­ko­we py­ta­nie to mo­gło­by na­pro­wa­dzić na myśl, że pan Hi­po­lit wie­le rze­czy obie­cy­wał, choć nie wszyst­ko do­trzy­my­wał. Po­nie­waż jed­nak wy­pad­ki po­dob­ne tra­fia­ją się lu­dziom naj­po­rząd­niej­szym, nie wi­dzi­my więc po­wo­du dłu­żej za­sta­na­wiać się nad nie­mi.III ZROZ­PA­CZO­NY EDZIO CHCE ZA­CIĄ­GNĄĆ­NO­WĄ­PO­ŻYCZ­KĘ.

Nie je­stem pew­ny, czy świat do­wie się rze­czy no­wej, gdy po­wiem, że uli­ce wiel­kich miast przed­sta­wia­ją dużo roz­ma­ito­ści i ru­chu. W za­ry­sach ogól­nych po­dob­ne one są do stru­mie­ni, któ­rych po­dziu­ra­wio­ne brze­gi od­po­wia­da­ją ka­mie­ni­com z ich lo­ka­la­mi do wy­na­ję­cia. W dziu­rach tych niż­sze pię­tra zaj­mu­ją raki, ze wzglę­du na dra­pież­ność nie róż­nią­ce się od go­spo­da­rzy do­mów. Na pię­trach wyż­szych gnież­dżą się żaby, isto­ty po­sia­da­ją­ce łyd­ki i na­der lek­ko­myśl­ne, któ­re pod­czas kwa­ka­nia w nie­zwy­kły spo­sób wy­dy­ma­ją pod­gar­dla.

W dnie sło­necz­ne stru­mień, jak i wiel­ko­miej­ska uli­ca, roi się wła­ści­wą po­pu­la­cją. Wi­dzisz tam więk­sze i mniej­sze ryb­ki, po­dą­ża­ją­ce w obu kie­run­kach za swo­je­mi ry­bie­mi in­te­re­sa­mi, lub gro­mad­kę ki­ja­nek, idą­cych z gu­wer­nant­ką na spa­cer. Nie­kie­dy na śro­dek tej ar­ter­ji ru­chu wy­jeż­dża szczu­pak, niby zna­ko­mi­ty pan, przed któ­rym wszy­scy ucie­ka­ją. Nie­kie­dy w tłu­mie zwy­kłych prze­chod­niów po­ja­wia się ma­lut­ki szczu­pa­czek, pier­wo­wzór no­wo­cze­sne­go li­be­ra­ła, któ­ry dla­te­go tyl­ko nie kąsa, że mu jesz­cze zęby nie uro­sły.

Kil­ku­ca­lo­wy szczu­pa­czek taki wo­bec pa­ru­ca­lo­wych pło­tek za­cho­wu­je się bar­dzo przy­zwo­icie. Grzecz­nie ustę­pu­je in­nym z dro­gi i nie za­cze­pia ni­ko­go, kim­by się mógł udła­wić. Ale otóż zły los na­pę­dził mu ryb­kę o po­ło­wę mniej­szą od nie­go. Szczu­pak na­gle sta­je, ryb­ka uska­ku­je wbok, chce uciec, lecz nie wie gdzie… Już ją zła­pał!…

Pew­ne­go dnia na uli­cy Se­na­tor­skiej moż­na było po­dzi­wiać bia­łe­go i ró­żo­we­go mło­dzień­ca w ty­rol­skim ka­pe­lu­si­ku, z kwiat­kiem w dziur­ce od gu­zi­ka i z la­secz­ką, w gał­ce któ­rej to­kar­ski kunszt uwię­ził ja­poń­skie­go żół­wia, drżą­ce­go nie­ustan­nie jak ga­la­re­ta. Mło­dzian ten spo­glą­dał na świat przez krysz­ta­ło­we bi­no­kle i do prze­cho­dzą­cych ko­biet wy­szcze­rzał czte­ry sztucz­ne zęby per­ło­we­go ko­lo­ru. Był on zresz­tą we­so­ły jak czło­wiek, któ­ry po śnia­da­niu zło­żo­nem z lek­kiej her­bat­ki, idzie na śnia­da­nie zło­żo­ne z por­te­ru i mię­sa.

Mło­dzień­cem tym jest kil­ka razy już wspo­mnia­ny pan Ed­mund, ku­zyn Hi­po­li­ta. Zmie­rza on wła­śnie do naj­pierw­szej ja­dło­daj­ni w War­sza­wie i usi­łu­je roz­wią­zać za­gad­nie­nie ma­te­ma­tycz­ne: ja­kie­mi dro­ga­mi może dojść do po­sta­wie­nia przy­ja­cio­łom kil­ku bu­te­lek wina ten, któ­ry ani gro­sza w kie­sze­ni nie po­sia­da?

Na­gle – pięk­nie za­ry­so­wa­ne brwi pana Ed­mun­da ścią­ga­ją się, a usta otwie­ra­ją bar­dziej niż zwy­kle. Zwra­ca on spiesz­nie gło­wę na­bok i po­czy­na pa­trzeć na wi­szą­ce za oknem stro­je dam­skie, po­tem cofa się, chce prze­sko­czyć na dru­gą stro­nę uli­cy, lecz wkoń­cu – uśmie­cha się i bie­gnie w ob­ję­cia ni­skie­go i gru­be­go je­go­mo­ści, któ­ry od kil­ku chwil by­stro mu się w oczy wpa­try­wał.

Owym je­go­mo­ścią jest pan Piotr, któ­ry uchy­la przed mło­dzień­cem ka­pe­lusz i uka­zu­je Eu­ro­pie parę gar­ści szpa­ko­wa­tych i sta­ran­nie utrzy­ma­nych wło­sów. Ja­kiś kup­czyk, sto­ją­cy w szkla­nych drzwiach skle­pu, ze zdzi­wie­niem ob­ser­wu­je nie­zwy­kłe ru­chy Ed­mun­da i na­próż­no sta­ra się so­bie wy­tło­ma­czyć, dla­cze­go pięk­ny mło­dzie­niec zmie­szał się tak na wi­dok po­czci­wej fi­zjo­gnom­ji pana Pio­tra? Tym­cza­sem był to zwy­kły po­je­dy­nek ma­łe­go szczu­pa­ka, z mniej­szą od nie­go płot­ką.

– Dzień do­bry!… dzień do­bry!… – woła Ed­mund z ner­wo­wym śmie­chem, chwy­ta­jąc Pio­tra za pulch­ne ręce. – Pew­nie my­ślisz pan, żem za­po­mniał? Otóż nie! Wy­bie­ra­łem się wła­śnie do pana w cią­gu tego mie­sią­ca ze sześć razy…

– Ależ czci­god­ny pa­nie! – prze­ry­wa Piotr – któż o po­dob­nej ba­ga­tel­ce mówi na uli­cy…

– O nie!… to nie ba­ga­tel­ka… – woła Ed­mund. – Dług dla ho­no­ro­we­go czło­wie­ka…

Pan Piotr uśmie­cha się i prze­ry­wa:

– Czy pan wie, że mi zdechł ka­na­rek?…

– Czy po­dob­na?

– Jak pana po­wa­ża­ni!

– Ach! jak­że ubo­le­wam nad tym wy­pad­kiem! – upew­nia Ed­mund. – I któ­ryż to?

– Ten, któ­re­mu sa­micz­ka gło­wę osku­ba­ła…

– Pew­nie za­pa­le­nie mó­zgu?…

– Nie! Praw­do­po­dob­nie nie­straw­ność, bo zna­la­złem u nie­go w dziób­ku tro­chę sa­ła­ty… Co się zaś ty­cze na­sze­go in­te­re­su…

– Dro­gi pa­nie! – mówi Ed­mund – mo­żesz być zu­peł­nie spo­koj­ny!… Bądź pan tyl­ko ła­skaw za ten mie­siąc po­li­czyć so­bie pro­cent… no… jaki pan chcesz…

– Aaa… pa­nie! – obu­rza się Piotr. – Tyl­ko tak pan ze mną nie roz­ma­wiaj, bo odej­dę bez po­że­gna­nia…

– Je­steś pan zbyt do­brym, aże­byś mógł mi zro­bić po­dob­ną przy­krość – od­po­wia­da Ed­mund z miną ser­decz­nie przy­ja­ciel­ską. – Co zaś do na­szej sum­ki, to wła­śnie dzia­dek ma mi dać po wy­ści­gach ty­siąc ru­bli…

– Oj ten dzia­dek, za­nad­to ko­cha­ne­mu panu po­bła­ża!…

Jak­że jego sza­now­ne zdro­wie?

Ed­mund na znak smut­ku wy­su­wa na­przód dol­ną war­gę.

– Nogi mu puch­ną… Je­ste­śmy za­nie­po­ko­je­ni!

– Dziw­na rzecz! – mówi Piotr jak­by do sie­bie – zda­je mi się, że wczo­raj jeź­dził kon­no po pla­cu Ujaz­dow­skim?

– A tak!… Wczo­raj miał się znacz­nie le­piej! – od­po­wia­da Ed­mund, a po­tem chwy­ta Pio­tra pod rękę i idąc, szep­cze mu do ucha:

– Uwa­ża sza­now­ny pan… Po­trze­bu­ję ko­niecz­nie, ale to ko­niecz­nie… w tej chwi­li pięć­dzie­się­ciu ru­bli. Idę na śnia­da­nie, gdzie bę­dzie kil­ku mo­ich przy­ja­ciół, a po­nie­waż z dziad­kiem wi­dzieć się nie mo­głem (jest z nim dziś­bar­dzo źle) więc… Poj­mu­jesz pan?

Pan Piotr my­śli w tej chwi­li o zmar­łym ptasz­ku, a po­tem na­gle pyta:

– Prze­pra­szam… któ­ra też go­dzi­na na pań­skim ze­gar­ku?

– Wpół do pierw­szej! – od­po­wia­da skwa­pli­wie Ed­mund, pa­trząc na zło­ty chro­no­metr.

– Ślicz­ny me­be­lek!

– Do­sta­łem go przed ty­go­dniem od ciot­ki, do któ­rej dziś wła­śnie mu­szę iść na obiad… Więc… Czy nie mógł­byś pan zre­ali­zo­wać tych pięć­dzie­się­ciu ru­bli?…

– Nie mam, jak pana ko­cham!

– Może choć dwa­dzie­ścia…

– Dwie­ście! pa­nie… gdy­bym miał. Ale nie mam… Ed­mund jest zroz­pa­czo­ny.

– Ach! wiem co zro­bię! – woła, za­trzy­mu­jąc się na uli­cy. – Mam bi­let na lo­ter­ją, kup go pan… wszak­że to dziś cią­gnie­nie… Na­mó­wił mnie Hi­po­lit do wzię­cia ćwiart­ki jego losu, więc wy­gra­na pew­na…

– Kie­dy nic nie mam przy so­bie.

Ed­mund chwy­ta go za rękę i z wy­bu­chem uczu­cia mówi:

– Dro­gi pa­nie Pio­trze! w tej chwi­li mu­szę iść do Stęp­ka, więc przy­szlij mi pan… no, nie­wie­le… z dzie­sięć ru­bli! Nad wie­czo­rem od­dam panu, choć­bym miał ze­ga­rek za­sta­wić… Sło­wo ho­no­ru daję!

Po­czem opusz­cza pana Pio­tra i od­cho­dzi zła­ma­ny. Po­czci­wiec chwi­lę po­pa­trzył za nim, kiw­nął gło­wą i zwol­na po­drep­tał ku Pod­wa­lo­wi.

Pan Piotr nie od dziś dnia miał in­te­re­sa z Ed­mun­dem i kon­ten­to­wał się tyl­ko pro­cen­ta­mi; ka­pi­ta­li­ku bo­wiem przed śmier­cią owe­go dziad­ka, któ­ry mimo za­trwa­ża­ją­cej pu­chli­ny w no­gach jeź­dził kon­no, nie mógł, ode­brać.

Pew­ność za­tem była nie­wiel­ka, a ter­min dość nie­okre­ślo­ny, ale po­czci­wi­na nie mar­twił się tem. Miał on ja­kąś sła­bość do Edzia i lu­bił to­le­ro­wać na­wet jego wy­bry­ki. Pew­ne­go razu Edzio tak da­le­ce nad­użył sym­pa­tji swe­go przy­ja­cie­la, że po­ży­czył od nie­go pie­nię­dzy na kwit cu­dzem opa­trzo­ny na­zwi­skiem, któ­re wła­sno­ręcz­nie pod­pi­sał. Piotr, wie­dząc o tem, po­gro­ził mu tyl­ko pal­cem, lecz pie­nią­dze dał, Edzio zaś ślu­bo­wał so­bie w du­chu, że kie­dyś hoj­nie wy­na­gro­dzi dys­kre­cją i po­błaż­li­wość jow­jal­ne­go ka­pi­ta­li­sty.

Był to chło­piec do­bry – jak mó­wi­li pan Piotr i pan Hi­po­lit – tyl­ko tro­chę lek­ko­myśl­ny. Z wie­kiem jed­nak mógł się ustat­ko­wać i wyjść na za­cne­go oby­wa­te­la.

Opin­ja ta mu­sia­ła być słusz­ną, sko­ro po­dzie­lał ją sam Ed­mund i czę­sto po­wta­rzał:

– Ja wiem o tem, że w grun­cie rze­czy je­stem naj­uczciw­szym fa­ce­tem i że nie mogę być in­nym, czu­jąc nie­prze­par­ty po­ciąg do cno­ty. Ale uro­dzi­łem się na wiel­kie­go pana i mu­szę wy­da­wać przy­najm­niej trzy ty­sią­ce ru­bli rocz­nie. Że zaś po śmier­ci dziad­ka i in­nych człon­ków ro­dzi­ny mogę mieć dwa razy tyle, więc z sumy tej wy­dam to, co jest dla mo­ich po­trzeb nie­zbęd­ne, a resz­tę ob­ró­cę na po­ży­tek ogól­ny i do­bro­czyn­ne cele. Zo­ba­czy­cie mnie wte­dy!IV O TEM, CZY PAN HI­PO­LIT ZNAŁ SWO­JĄ CÓR­KĘ I CO W JEGO DOMU MÓGŁ USŁY­SZEĆ PAN PIOTR, GDY­BY PODE DRZWIA­MI POD­SŁU­CHI­WAŁ.

– Ależ bo pan­ny te­raź­niej­sze, to ist­ne dzi­wo­wi­ska! – mówi pan Hi­po­lit do ciot­ki, pod­czas gdy Mel­cia, re­tu­szu­ją­ca w swo­im po­ko­iku, słu­cha­ła wszyst­kie­go przez drzwi otwar­te. – Weź­my na­przy­kład Re­gi­nę. Dziew­czy­na bez po­sa­gu, za­miast ukształ­cić się na gu­wer­nant­kę i osiąść przy ja­kiej uczci­wej ro­dzi­nie, je­dzie sama jed­na do War­sza­wy i uczy się szewc­twa.

– Cóż w tem złe­go? – pyta Mel­cia.

– Jak­to co?… Szewc­two nie jest wła­ści­we dla ko­bie­ty, a tem bar­dziej dla pan­ny z do­bre­go tonu. Ko­bie­ta, któ­ra nie umie szyć bie­li­zny, ani ha­fto­wać, nie zna się na ro­bo­tach szy­deł­ko­wych i dru­to­wych, musi cią­gnąć skó­rę! – mówi ciot­ka i pa­trzy w stro­nę Mel­ci.

Oj­ciec przy­po­mi­na so­bie te­raz, że jego cór­ka nie zna się na wy­mie­nio­nych pra­cach dam­skich, szyb­ko więc bie­rze jej stro­nę.

– No, cóż tam haft i szy­deł­ko! Mel­cia tak­że się tem nie zaj­mu­je, a jed­nak… W ko­bie­cie grunt sta­no­wi ser­ce i roz­są­dek, Re­gi­na zaś nie ma ser­ca ani odro­bi­ny. Po­rzu­ci­ła trzech na­rze­czo­nych przez py­chę i chci­wość, po­nie­waż za każ­dym ra­zem zda­wa­ło się jej, że zro­bi lep­szy los. Roz­ma­wia­łem prze­cie z tę dziew­czy­ną i wy­zna­ję, żem się zgor­szył, kie­dy mi za­czę­ła tło­ma­czyć, że ży­cie bez swo­bo­dy i ma­jąt­ku nic nie­war­te i że mał­żeń­stwo to nie­wo­la wy­na­le­zio­na przez księ­ży dla ogłu­pie­nia lu­dzi…

– Te­raz wszyst­kie pan­ny tak mó­wią! – wtrą­ca nie­śmia­ło ciot­ka.

– Prze­pra­szam cię – prze­ry­wa Hi­po­lit – żad­na do­brze wy­cho­wa­na pan­na tego nie po­wie. Ja na­wet, bio­rąc rze­czy spra­wie­dli­wie, nie ob­wi­niam sa­mej Re­gi­ny, ale jej ro­dzi­ców. Mat­ka, choć w domu była bie­da, za­miast czu­wać nad cór­ką oso­bi­ście, wy­rę­cza­ła się, gu­wer­nant­ka­mi, oj­ciec zno­wu nie za­py­tał nig­dy, co robi jego dziec­ko, ja­kie ma za­sa­dy i spo­sób my­śle­nia. Na­wet wię­cej po­wiem: on jej pra­wie nie zna, pa­trzy na nią przez ja­kieś dziw­ne oku­la­ry i cie­szy się nią, cho­ciaż lu­dzie sar­ka­ją!

Ciot­ka opusz­cza ro­bo­tę na ko­la­na i pa­trzy na mó­wią­ce­go ze zdzi­wie­niem. We­dług jej opin­ji, Mel­cia nie tak zno­wu bar­dzo róż­ni się od Re­gi­ny i pan Hi­po­lit rów­nież nie zna swej cór­ki, na któ­rą pa­trzy przez ró­żo­we oku­la­ry. Ale ciot­ka boi się tro­chę szwa­gra, więc mil­czy.

– Psu­je się spo­łe­czeń­stwo! psu­je!… – woła Hi­po­lit.– Już jak­bym wi­dział nad­cho­dzą­cy ko­niec świa­ta…

– A czy An­ty­chry­sta z pie­cem ogni­stym nie wi­dzi jesz­cze papa? – od­zy­wa się Mel­cia.

– A lo­ko­mo­ty­wa to nie piec ogni­sty, ty fi­glar­ko? – pyta oj­ciec.

– Ona wła­śnie za­po­wia­da ko­niec sta­re­go świa­ta i zbu­twia­łych prze­są­dów! – twier­dzi pan­na gło­sem uro­czy­stym.

– 'Tak! tak! – po­ta­ku­je spiesz­nie oj­ciec. – Ko­niec sta­re­go świa­ta! Ja to za­wsze mó­wi­łem… Na­tu­ral­nie…

Do sa­lo­ni­ku wcho­dzi pan Piotr z ukło­nem by­najm­niej nie od­po­wia­da­ją­cym jego przy­sad­ko­wa­tej gru­bo­ści. Hi­po­lit aż się wtył wy­giął i oczy w słup po­sta­wił.

– A do li­cha! – mówi, ści­ska­jąc go­ścia – na śmierć za­po­mnia­łem…

– Czci­god­ny pa­nie! – woła Piotr – pan za­wsze mnie po­są­dza… Prze­cież to do­pie­ro ty­dzień po ter­mi­nie… Jak­że się mie­wa pani do­bro­dziej­ka? – pyta ciot­ki, ca­łu­jąc ją w rękę z taką ener­gją, że so­bie o mało dru­tem oka nie ska­le­czył. – A na­sza pięk­na ró­życz­ka czy we­so­ła?

– Jak za­wsze, kie­dy pana wi­dzi! – od­zy­wa się Mel­cia ze śmie­chem.

– Czy po­zwo­li pani uca­ło­wać so­bie pa­lusz­ki? – pyta Piotr, sta­jąc we drzwiach jej pra­cow­ni.

– Nie ra­dzę! – od­po­wia­da Mel­cia – gdyż obie ręce mam po­wa­la­ne tu­szem…

Uszczy­pli­wość cór­ki nie­po­koi Hi­po­li­ta, któ­ry dla świę­tej zgo­dy pro­si go­ścia do swe­go ga­bi­ne­tu.

– Prze­nig­dy! – woła Piotr. – Gdy zo­sta­nie­my sami, ze­chcesz pan za­raz mó­wić o tych nud­nych in­te­re­sach, a czło­wiek prze­cie wstę­pu­je do pań­stwa poto tyl­ko, aby ską­pać du­szę w at­mos­fe­rze ro­dzin­ne­go szczę­ścia, mło­do­ści, pięk­no­ści, uczci­wo­ści…

Hi­po­lit aż spo­tniał.

– Wła­śnie oneg­daj sam wy­bie­ra­łem się do pana…

– Aaa… – prze­ry­wa Piotr, wsta­jąc z krze­sła – kie­dy sza­now­ny pan nie­kon­tent z mo­jej wi­zy­ty…

– Ucho­waj Boże!… – pro­te­stu­je Hi­po­lit i ści­ska go za ręce.

– Ja tyl­ko żar­tu­ję!… – mówi Piotr z do­bro­dusz­nym uśmie­chem. – Otóż kie­dy pan nie­kon­tent, więc po­wiem, że wstą­pi­łem do pań­stwa tyl­ko przy­pad­kiem i tyl­ko na pięć mi­nut… Idę bo­wiem na Piw­ną uli­cę ku­pić so­bie ka­nar­ka, po­nie­waż wczo­raj – do­da­je z tłu­mio­nem wes­tchnie­niem – je­den mi zdechł!…

– Je­zus! Mar­ja! – wy­krzy­ku­je go­spo­darz.

– Tak, nie­ste­ty!… Że zaś po­zo­sta­ła sa­micz­ka od rana pła­cze mi nad gło­wą z tę­sk­no­ty, a za­tem – zło­żyw­szy pań­stwu usza­no­wa­nie, bie­gnę na Piw­ną…

Czu­ły pan Piotr chwy­ta ka­pe­lusz, ca­łu­je w rącz­kę cio­cię, kła­nia się z pro­gu le­we­mu bo­ko­wi Mel­ci i po­mi­mo za­klęć go­spo­da­rza, aby z nim po­roz­ma­wiał w ga­bi­ne­cie, wy­my­ka się do przed­po­ko­ju.

Na scho­dach wy­mi­nął uczci­we­go ka­pi­ta­li­stę ja­kiś fa­cet w czap­ce ze­pchnię­tej na tył gło­wy, z czar­ną roz­dwo­jo­ną bro­dą i roz­rzu­co­ne­mi rę­ko­ma. Oby­wa­tel ten był dziw­nie wzru­szo­ny i prze­bie­ga­jąc oko­ło Pio­tra, spy­tał go:

– Czy tu miesz­ka pan Hi­po­lit?…

Po­tem wpadł we drzwi i za­trzy­mał się aż na środ­ku sa­lo­nu, krzy­cząc:

– Wy­grał pan!… wy­gra­ło pań­stwo!… wiel­ki los!… I ru­nął na krze­sło.

Usły­szaw­szy to, ciot­ka upu­ści­ła ro­bo­tę na zie­mię, Mel­cia pon­so­wa wy­bie­gła ze swej pra­cow­ni, a pan Hi­po­lit, sto­jąc – ska­mie­niał..

– Aj! – mó­wił płacz­li­wym gło­sem przy­by­ły – ja­kie ja głup­stwo zro­bi­łem, żem temu gał­ga­no­wi chło­pu sprze­dał ostat­nią ćwiart­kę. Był­bym te­raz strasz­ny pan i wy­na­jął­bym na dys­try­bu­cją ten wiel­ki sklep za ty­siąc ru­bli…

I za­czął szlo­chać, spu­ściw­szy gło­wę na pier­si. – Co panu jest? – krzyk­nął Hi­po­lit, za­trwo­żo­ny jego bla­do­ścią.

– Tak mi sła­bo koło ser­ca!…

– Wody!…

– Octu!… – krzyk­nę­ła ciot­ka.

– Jest wód­ka ko­loń­ska! – do­da­ła Mel­cia, pod­su­wa­jąc cho­re­mu pod nos dłu­gą flasz­kę.

– Aj! ser­ce mi pęk­nie!… – bia­dał gość, a spo­strze­gł­szy przy so­bie pana Hi­po­li­ta, do­dał:

– Je­że­li pan chce, ja panu za­raz mogę za­pła­cić za te trzy ćwiart­ki… Och!

– Owszem… choć­by na­tych­miast…

– No, ale pan musi coś dać od­stęp­ne­go… Ach! jak mi ser­ce bije… Czy pań­stwo nic nie sły­szą?

– Ileż pan chcesz od­stęp­ne­go? – spy­tał Hi­po­lit, sia­da­jąc, do­pie­ro bo­wiem w tej chwi­li uczuł brze­mię swe­go szczę­ścia i osłabł.

Ciot­ka tym­cza­sem, pła­cząc, mo­dli­ła się, Mel­cia zaś z nie­kła­ma­nem uczu­ciem ca­ło­wa­ła jej chu­de ręce.

– Ile ja chcę? – mó­wił gość ję­kli­wie. – Ja dam ja­śnie panu za trzy ćwiart­ki czter­dzie­ści ty­się­cy ru­bli.

– Ja mam tyl­ko dwie ćwiart­ki… Jed­ną ćwiart­kę od­stą­pi­łem memu ku­zy­no­wi…

– No, prze­cież i moja ćwiart­ka… – wtrą­ci­ła ciot­ka na­gle, prze­staw­szy pła­kać.

– Tak – po­pra­wił się Hi­po­lit – my mamy dwie ćwiart­ki. – To ja pań­stwu za te dwie ćwiart­ki dam go­tów­ką dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy ru­bli…

– Ależ nam się na­le­ży trzy­dzie­ści dwa ty­sią­ce ru­bli! – za­wo­łał go­spo­darz,

– To do­pie­ro po wyj­ściu ta­bel­ki! – prze­rwał ko­lek­tor. – A tym­cza­sem może być woj­na, może pań­stwu kto bi­le­ty ukraść…

– Nig­dy!… – krzyk­nął Hi­po­lit, bled­nąc i chwy­ta­jąc się za pier­si.

– Co nie mają ukraść?… Jesz­cze mogą za­bić!… Aj!…

– Boże! uli­tuj się nad nami… – szep­nę­ła ciot­ka. Hi­po­lit za­my­ślił się.

– Mój pa­nie kup­cze – rzekł po chwi­li – idź te­raz do domu i wy­pocz­nij… Ju­tro po­ga­da­my…

– Dla­cze­go ju­tro? Ja już je­stem wy­po­czę­ty. Jak się na­zy­wa ten pan, co ma trze­cią ćwiart­kę?

– Nie na­zy­wa się… wca­le się nie na­zy­wa! – prze­rwał już roz­gnie­wa­ny Hi­po­lit. – Przyjdź pan ju­tro, a wszy­scy się tu znaj­dzie­my.

Mar­kot­ny ko­lek­tor, wzdy­cha­jąc, za­bie­rał się do wyj­ścia.

– No, a za wia­do­mość ja nic nie do­sta­nę?…

– Ju­tro!

– Szu­ka­łem pana po ca­łem mie­ście, la­ta­łem po scho­dach, ma­łom du­cha z sie­bie nie wy­pu­ścił…

– Dość tego! – krzyk­nął pan Hi­po­lit, pro­wa­dząc go­ścia ku drzwiom. – Ju­tro bę­dzie wszyst­ko i za fa­ty­gę i pro­cent…

Gdy ko­lek­tor wy­szedł, pan Hi­po­lit za­mknął drzwi od sie­ni na klucz i głę­bo­ko wzru­szo­ny za­wo­łał:

– Mel­ciu!… sio­stro ko­cha­na!…

Obie pa­nie wpa­dły w jego ob­ję­cia z pła­czem.

– A te­raz – cią­gnął – w tej szczę­śli­wej go­dzi­nie prze­bacz­my so­bie wszyst­ko… Dro­ga sio­stro!… ja może nie­zaw­sze, z po­wo­du cią­głej iry­ta­cji i kło­po­tów, oka­zy­wa­łem ci moje uczu­cia… Ale…

– Daj­że po­kój!… – prze­rwa­ła ciot­ka. – Tyś za­wsze był do­bry, choć tro­chę pręd­ki, a i Mel­cia też…

– Za­raz ju­tro – mó­wił Hi­po­lit – mu­si­my dać na na­bo­żeń­stwo…

– Po co? – spy­ta­ła Mel­cia.

– Na po­dzię­ko­wa­nie Bogu – od­parł oj­ciec, nie zwra­ca­jąc na sło­wa cór­ki zbyt szcze­gól­nej uwa­gi. – Na­stęp­nie weź­mie­my inny lo­kal, naj­le­piej w Ale­jach Ujaz­dow­skich, bo to ist­na wieś. Po­tem trze­ba ku­pić kasę ognio­trwa­łą, spła­cić dłu­gi…

– Oj! to… to… – szep­nę­ła ciot­ka.

– Ale naj­waż­niej­sza rzecz – cią­gnął pan Hi­po­lit, zni­ża­jąc głos – jest ta, aże­by za­bez­pie­czyć bi­le­ty… Sza­chraj ko­lek­tor ma ra­cją… W War­sza­wie peł­no ło­trów, a nie­chby się tyl­ko do­wie­dzie­li…

– Pod Two­ją obro­nę ucie­kam się Boża ro­dzi­ciel­ko!… – mó­wi­ła ciot­ka.

– Ty, moja dro­ga sio­stro, mo­żesz być zu­peł­nie spo­koj­ną, tyl­ko… daj­że mi swój bi­let.

Ciot­ka aż cof­nę­ła się i roz­krzy­żo­wa­ła ręce.

– Naco szwa­gro­wi mój bi­let?…– spy­ta­ła, mru­ga­jąc oczy­ma.

– Dla bez­pie­czeń­stwa… Prze­cież…

– Ja nie od­dam ni­ko­mu mego bi­le­tu! – od­par­ła sta­now­czo.

– Jak­to, nie od­dasz sio­stra? – krzyk­nął Hi­po­lit. – Więc wy­łą­czasz się chy­ba z ro­dzi­ny?…

– Ja chcę mieć u sie­bie moje pie­nią­dze… Szwa­gier po­czer­wie­niał jak in­dyk.

– A to się no­wych rze­czy do­wia­du­ję! Więc sio­stra mi nie ufasz?… za ten przy­tu­łek i opie­kę, ja­kie mia­łaś w moim domu…

– Prze­cież ja dar­mo nie sie­dzia­łam u szwa­gra… Prze­cież cały mój ka­pi­ta­lik po­szedł na dom…

– Cio­ciu! cio­ciu!… – za­wo­ła­ła Mel­cia, ści­ska­jąc ją.

– Boże! – jęk­nął Hi­po­lit, trzę­sąc się z gnie­wu – ja­kie cza­sy!… Naj­bliż­szym wie­rzyć nie moż­na!… Gdzie się po­dzia­ły ser­ca, wdzięcz­ność, uczu­cia fa­mi­lij­ne!…

– Papo dro­gi!… oj­cze!… niech się oj­ciec uspo­koi!… – bła­ga­ła Mel­cia.

– Do śmier­ci nie uspo­ko­ję się po tym strasz­nym cio­sie, jaki mi… ta pani za­da­ła!… Po­wiedz – zwró­cił się do ciot­ki – kto ci po­ra­dził, abyś wzię­ła na lo­ter­ją, czyj to był po­mysł, je­że­li nie mój?…

– Praw­da, że szwa­gra po­mysł, ale ja za obie ćwiart­ki pła­ci­łam… Na do­bry sąd, toby mi się i dru­ga wy­gra­na na­le­ża­ła…

– Cha! cha! cha! – wy­buch­nął tra­gicz­nym śmie­chem pan Hi­po­lit. – Bóg na mnie ze­słał szczę­ście, ci lu­dzie po­dzie­li­li się nie­mi jesz­cze mi ostat­nią cząst­kę chcą wy­drzeć. Gdzież su­mie­nie?… py­tam… Gdzie się su­mie­nie po­dzia­ło na tym świe­cie?… O wdzięcz­no­ści nie mó­wię już, bo to czcze sło­wo, ale mię­dzy tymi ludź­mi na­wet uczu­cie przy­zwo­ito­ści wy­ga­sło… Taka to na­gro­da za moje ser­ce!… za opie­kę i po­moc!…

– Szwa­gro­wi tak­że lu­dzie po­ma­ga­li!

Pan Hi­po­lit roz­kra­czył nogi i wy­cią­ga­jąc rękę do cór­ki, rzekł gło­sem uro­czy­stym:

– Mel­ciu! proś tej pani, aże­by do mnie nie mó­wi­ła… Każ­de jej sło­wo rani mi du­szę i za­kłó­ca po­kój w gro­bie twej nie­szczę­śli­wej mat­ki, a jej sio­stry…

Ciot­ka na do­bre roz­pła­ka­ła się.

– Moja sio­stra – mó­wi­ła, szlo­cha­jąc – moja bied­na sio­stra, nie prze­ze mnie była nie­szczę­śli­wą, nie prze­ze mnie ze­szła ze świa­ta…

Pan Hi­po­lit cięż­ko ode­tchnął, rzu­cił na ciot­kę spoj­rze­nie kró­la pu­styń i wy­szedł do swe­go ga­bi­ne­tu, strze­la­jąc drzwia­mi. Po chwi­li do­le­ciał stam­tąd jęk po­dob­ny do ryku. Prze­ra­żo­na Mel­cia po­bie­gła za oj­cem z flasz­ką wód­ki ko­loń­skiej.

Drżą­ca z obu­rze­nia i stra­chu ciot­ka sta­nę­ła pode drzwia­mi, wsłu­chu­jąc się w bia­da­nia szwa­gra, prze­ry­wa­ne stę­ka­niem. Do­bre pół go­dzi­ny upły­nę­ło, nim wró­ci­ła do sa­lo­ni­ku Mel­cia z twa­rzą pa­ła­ją­cą i na­brzmia­łe­mi oczy­ma.

– Dzię­ku­ję cio­ci za cho­ro­bę ojca! – rze­kła. – Za­pew­ne na­uczy­ła się cio­cia po­stę­po­wać tak z re­li­gji i tych czu­łych ro­man­sów. Wi­dzę ja te­raz, co zna­czy wa­sza sta­ro­daw­na cno­ta!

I wy­re­cy­to­waw­szy to gło­sem pod­nie­sio­nym, za­mknę­ła się w swo­jej pra­cow­ni.

– Boże mi­ło­sier­ny! – szep­ta­ła osa­mot­nio­na ciot­ka –

cóż­to z lu­dzi szczę­ście wy­ra­bia i za co oni chcą mi wy­drzeć już dru­gi raz ma­ją­tek?… Czy to ja będę uży­wa­ła ra­zem z nimi i skąd wzię­ła­bym gro­sik na sta­rość, wów­czas gdy­by oni i swo­je i moje prze­pu­ści­li?… Nie, nie dam nic!… Niech się gnie­wa­ją, niech mnie na­wet z domu wy­pę­dzą!…

Stop­nio­wo ogar­nia­ły ją my­śli po­nu­re.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: