Facebook - konwersja
Władcy czasu - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Władcy czasu - ebook

Ebook
27,20 zł 39,90 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-287-1332-1
Język:
Polski
Data wydania:
26 lutego 2020
Rozmiar pliku:
3,3 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
27,20
39,90
Cena w punktach Virtualo:
2720 pkt.

Władcy czasu - opis ebooka

Kontynuacja thrillera kryminalnego 2019 roku "Cisza białego miasta".

Trylogia białego miasta sprzedała się w ponad milionowym nakładzie i stała się światowym fenomenem. "Władcy czasu" to spektakularne zakończenie wszystkich wątków rozpoczętych w "Ciszy białego miasta". To ostatni tom przepełnionej baskijską kulturą i tradycją fenomenalnej serii.

Vitoria, rok 2019. Nieznany autor, ukrywający się pod pseudonimem Diego Veilaz, publikuje powieść historyczną Władcy czasu. Jej akcja osadzona jest w średniowiecznej Vitorii, powieść natychmiast podobija serca czytelników.

Vitoria, rok 1192. Legendarny hrabia don Vela po dwóch latach nieobecności powraca z niebezpiecznej misji, jaką powierzył mu król Nawarry Sancho IV Mądry. Ze zdumieniem odkrywa, że jego własny brat poślubił jego narzeczoną, inteligentną i ambitną hrabiankę Onnecę de Maestu.

Unai López de Ayala – Kraken – musi rozwiązać zagadkę zabójstw popełnianych zgodnie ze średniowiecznym modus operandi. Wiadomo, że sprawca imituje morderstwa opisane w powieści Władcy czasu: truje jedną z ofiar proszkiem z hiszpańskiej muchy – średniowiecznego odpowiednika viagry, zamurowuje dwie ofiary żywcem, a jedną topi w rzece, zamkniętą w beczce razem z psem, kotem, kogutem i żmiją.

Śledztwo zaprowadzi Krakena do wieży Nograro, ufortyfikowanego donżonu, od tysiąca lat nieprzerwanie zamieszkiwanego przez pierworodnego dziedzica rodu. Unai odkrywa, że jego główny podejrzany cierpi na dysocjacyjne zaburzenie osobowości. Estíbaliz natomiast przeżywa bardzo niebezpieczny romans.

Kraken dowie się również, że powieść Władcy czasu ma wiele wspólnego z jego własną przeszłością. To odkrycie zmieni życie jego i jego rodziny.

FRAGMENT KSIĄŻKI

1 PAŁAC VILLA SUSO UNAI

Wrzesień 2019

Mógłbym zacząć tę historię od opowiedzenia o wstrząsającym odkryciu w pałacu Villa Suso zwłok jednego z najbogatszych ludzi w kraju, władcy całego imperium sieciówek z ubraniami, który zatruł się kantarydyną – legendarnym średniowiecznym odpowiednikiem viagry. Nie zrobię tego.

Najpierw zrelacjonuję – uważam, że tak będzie lepiej – co wydarzyło się podczas promocji książki Władcy czasu, o której mówiło całe miasto.

Ta powieść historyczna zachwyciła wszystkich. Mnie też. Pochłaniałem ją z zapartym tchem, jakby od pierwszego akapitu czyjaś niewidzialna ręka z siłą magnesu wciągała mnie prosto w średniowieczny świat, a mnie nie pozostało nic innego, jak poddać się jej bezwolnie.

Mój brat Germán, nasza paczka… wszyscy rozmawiali tylko o tym. Jedni przeczytali książkę w trzy noce, mimo że liczyła czterysta siedemdziesiąt stron, inni, na przykład ja, dawkowali ją sobie ostrożnie niczym truciznę, której przyjmowanie, choć groźne, niesie rozkosz – i marzyli, by ich przygody w roku Pańskim 1192 trwały jak najdłużej. Ja zanurzyłem się w lekturze tak głęboko, że kiedy nad ranem odbywaliśmy w pościeli nasz zwykły taniec języków i ud, nazywałem Albę „swoją panią”.

Do tego dochodził jeszcze jeden dodatkowy smaczek, zagadka do rozwiązania: tożsamość autora.

Chociaż powieść trafiła do księgarń już półtora tygodnia temu, nikt nie zrobił z nim wywiadu, nie było jego zdjęć ani w gazetach, ani na okładce książki. W świecie cyfrowym nie istniał: nie korzystał z mediów społecznościowych, nie miał strony internetowej. Albo był wykluczony cyfrowo, albo podjął świadomą decyzję, że będzie żył w anachronicznym świecie analogowym.

Domyślano się, że imię i nazwisko autora na okładce – Diego Veilaz – to pseudonim mający się kojarzyć z bohaterem powieści, charyzmatycznym hrabią Diagiem Velą. Ale to były tylko przypuszczenia. Skąd mielibyśmy cokolwiek wiedzieć, dopóki rozłożyste skrzydła prawdy nie załopotały nad brukowanymi uliczkami tysiącletniego średniowiecznego migdała?

Zapadał już wieczór w kolorze sepii. Z Debą na barana przeszedłem przez plac Matxete. Miałem nadzieję, że moja dwuletnia córka – ona uważała się za dorosłą – nie narozrabia za bardzo na prezentacji Władców czasu. Towarzyszył nam dziadek, żeby w razie czego pomóc, chociaż była to wigilia obchodzonego u nas uroczyście Dnia Świętego Andrzeja, patrona Villaverde.

Zjawił się u nas i powiedział: „Zajmę się małą, synku. Potrzebujecie z Albą chwili wolnego”.

Od kilku tygodni pracowaliśmy po godzinach nad śledztwem w sprawie zniknięcia dwóch dziewczynek, sióstr, dwunasto- i siedemnastoletniej, które zaginęły w dziwnych okolicznościach, i bardzo potrzebowaliśmy się wyspać.

Jeszcze parę godzin i będziemy mogli przez chwilę odpocząć po czternastu dniach bezowocnej akcji poszukiwawczej. Po prostu położyć się do łóżka, zasnąć i na chwilę zapomnieć o wszystkim. Sobota zapowiadała się równie frustrująca.

Nic nie osiągnęliśmy, mimo że odrobiliśmy lekcję bardzo starannie: przeczesaliśmy teren z pomocą ochotników i psów, za zgodą sędziego założyliśmy podsłuchy na telefonach członków rodziny zaginionych dziewczynek, obejrzeliśmy nagrania ze wszystkich kamer nadzoru w okolicy, technicy kryminalistyki dokładnie zbadali samochody należące do bliskich dziewczynek, przesłuchaliśmy osoby, które miały z nimi do czynienia w ciągu ich krótkiego życia.

Zniknęły bez śladu… Obydwie.

Sytuacja była zaiste dramatyczna, a presja, jaką komisarz Medina wywierał na Albę, wciąż rosła.

Kilometrowa kolejka chętnych stała w mętnym świetle latarni na placu Matxete.

Kuglarz w stroju z zielonego aksamitu żonglował trzema czerwonymi piłeczkami, mężczyzna o szerokim karku wsadzał sobie do ust głowę boa albinosa. Na brukowanym placu pachniało plackami kukurydzianymi i tortas de chinchorta, a piekielne skrzypce odgrywały muzykę z Gry o tron. Średniowieczny jarmark, który odbywał się jak co roku we wrześniu, zbiegł się w czasie ze spotkaniem promocyjnym książki.

Na placu, na którym kiedyś rozstawiano stragany, było ciaśniej niż zwykle. Grupki czytelników oczekujące na Arquillos del Juicio mieszały się ze sprzedawcami glinianych dzbanów i olejku lawendowego.

Zauważyłem Estíbaliz, swoją partnerkę z Wydziału Kryminalnego. Była z mamą Alby, która, odkąd się poznały, traktowała ją jak przybraną córkę i zapraszała na wszystkie nasze rodzinne spotkania i uroczystości.

Moja teściowa Nieves Díaz de Salvatierra była emerytowaną aktorką. Zaczęła występować w latach pięćdziesiątych jako cudowne dziecko. Po wieloletniej burzliwej karierze znajdowała upragniony spokój, prowadząc hotel zlokalizowany w zameczku w Laguardii, pomiędzy winnicami a pasmem górskim Toloño, zawdzięczającym swą nazwę celtyc­kiemu bóstwu Tuloniowi. Do niego wznosiłem modły za każdym razem, kiedy życie stawało się nie do zniesienia.

– Unai! – krzyknęła Estíbaliz, machając do mnie. – Tutaj jesteśmy!

Alba, dziadek i ja ruszyliśmy w ich stronę. Deba odcisnęła na policzku cioci Esti głośny pocałunek glonojada i weszliśmy wszyscy razem do Villa Suso, renesansowego pałacu górującego od pięciu stuleci nad miejskim wzgórzem.

– No to mamy rodzinę w komplecie! – Wyciągnąłem rękę z telefonem ku niebu przybierającemu chwilami odcień indygo. – Spójrzcie tu wszyscy.

Cztery pokolenia Diazów de Salvatierra i Lopezów de Ayala uśmiechnęły się do rodzinnego selfie.

– Spotkanie odbędzie się w sali imienia Martina de Salinasa, na drugim piętrze. – Alba prowadziła nas uśmiechnięta. – To supersprawa z tą tajemnicą, prawda?

– Jaką tajemnicą?

– Nie znamy przecież tożsamości autora. Dziś dowiemy się wreszcie, kto to jest. – Wzięła mnie za rękę. – Ach, gdyby zagadki, z którymi mamy do czynienia w pracy, były takie niewinne…

– A skoro już jesteśmy przy tajemnicach – przerwała Estíbaliz, popychając ją lekko tuż przed wejściem do sali. – Nie depcz po zamurowanej, Albo. Ochroniarze twierdzą, że jej jęki są przerażające, kiedy pojawia się w nocy na pustym korytarzu prowadzącym do łazienek. Podobno to najrzadziej uczęszczane toalety w mieście.

Alba aż odskoczyła. Popychana przez tłum nadepnęła na przezroczystą podłogę. Pod płytą widoczną niżej spoczywał, jak głosiła tabliczka informacyjna, szkielet kobiety żyjącej w średniowieczu.

– Nie mówcie przy Debie o szkieletach i duchach – powiedziała, puszczając do nas oko. – Nie chcę, żeby tej nocy nie mogła zasnąć. Dziś musi chrapać jak niedźwiedź pogrążony w zimowym śnie. Bo ja pilnie potrzebuję się wyspać.

Dziadek posłał jej uśmiech człowieka, który ma za sobą sto lat obserwowania innych.

– Dajcie spokój, jak dziewczynka ma się przestraszyć kilku kości na krzyż?

W jego zmęczonym głosie pobrzmiewała nutka dumy, bo dziadek uważał, że nikt nie rozumie jego prawnuczki lepiej od niego. Łączyła ich jakaś prosta i niezawodna telepatia, która nie obejmowała ani jej matki, ani babci Nieves, wujka Germana, cioci Esti ani mnie. Deba i dziadek ograniczali się do porozumiewawczych spojrzeń i wzruszania ramionami i, ku naszej rozpaczy, to właśnie on rozumiał różne rodzaje płaczu naszej córki, powody, dla których nie chciała wkładać kaloszy, chociaż lało jak z cebra, a także ukryte znaczenie bazgrołów, jakimi zapełniała każdą napotkaną powierzchnię.

W końcu udało nam się wejść do pękającej w szwach sali i musieliśmy się zadowolić miejscami w przedostatnim rzędzie. Dziadek wziął Debę na kolana i pozwolił jej bawić się beretem. Kiedy go przymierzała, robiła się uderzająco do niego podobna.

Podczas gdy dziadek zajmował się Debą, ja starałem się chociaż na chwilę przestać myśleć o problemach w pracy. Uniosłem głowę: sufit wąskiej sali o kamiennych ścianach opierał się na solidnych drewnianych belkach. Za długim stołem, na którym stały trzy butelki wody, znajdowały się trzy krzesła, a za nimi wyblakły kilim przedstawiający konia trojańskiego.

Spojrzałem na zegarek. Spotkanie powinno było zacząć się trzy kwadranse temu. Mężczyzna siedzący po mojej prawej stronie trzymał na kolanach egzemplarz książki i wiercił się niecierpliwie. Nie on jedyny. Wyglądało na to, że nikt nie ma zamiaru niczego tu promować. Alba spojrzała na mnie wymownie: jeśli potrwa to zbyt długo, będziemy musieli zabrać Debę.

Pokiwałem głową i pogłaskałem ją po dłoni, obiecując wzrokiem przyjemną noc.

Jak cudownie było nie musieć się ukrywać, jak cudownie, że tworzyliśmy rodzinę, jakie dobre było życie, kiedy nie upierało się być paskudne, a moje życie już od długich dwóch lat – odkąd urodziła się Deba – stało się szczęśliwym ciągiem rodzinnych rytuałów.

Bardzo to lubiłem, kolekcjonowałem szczęśliwe dni u boku swoich dam.

Kiedy o tym myślałem, przeszedł obok mnie otyły i spocony mężczyzna, w którym rozpoznałem redaktora naczelnego wydawnictwa Malatrama.

Poznaliśmy się podczas śledztwa „Rytuały wody”, był wydawcą jednej z ofiar, Annabel Lee, autorki komiksów i pierwszej narzeczonej całej naszej paczki. Ucieszyłem się na jego widok. Szedł za nim facet z gęstą brodą, być może nasz nieuchwytny autor, i w kamiennej sali rozległ się pomruk zadowolenia. Wydawało się, że publiczność wybacza prawie godzinne opóźnienie.

– Nareszcie – szepnęła do mnie siedząca obok Esti. – Jeszcze piętnaście minut i musielibyśmy dzwonić po oddział prewencji.

– Nie mów tego na głos, z tymi zaginionymi dziewczynkami już i tak było zbyt wiele zamieszania przez ostatnie dwa tygodnie. – Miałem przed oczami jej rudą grzywkę, chyba chciała szepnąć coś jeszcze, ale poprosiłem ją spojrzeniem o ciszę.

– Wrócą do domu, do mamy i taty – zapewniła mnie jednak.

– Niech bogowie cię usłyszą, a będziemy mogli wreszcie się wyspać. – Z trudem powstrzymałem ziewnięcie.

Na szczęście po tym, jak w 2016 roku zapadłem na afazję Broki, mowa wróciła mi prawie zupełnie. Trzy lata bardzo intensywnej przygody z logopedią sprawiły, że znów stałem się wygadanym śledczym, tylko czasem miewałem chwilowe blokady, najczęściej wtedy, kiedy się nie wyspałem, byłem zmęczony lub zdenerwowany.

– Raz, dwa, trzy, raz, dwa trzy… – rozległ się głos wydawcy. – Czy dobrze mnie słychać?

Publiczność pokiwała głowami.

– Bardzo przepraszam za spóźnienie. Niestety muszę przekazać państwu przykrą wiadomość: autor książki nie mógł zjawić się na dzisiejszym spotkaniu – powiedział, głaszcząc się po bujnej brodzie barda.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać: niektórzy słuchacze natychmiast wstali z krzeseł i opuścili salę, nie kryjąc niezadowolenia. Wydawca odprowadzał pierwszych dezerterów smutnym spojrzeniem.

– Proszę mi wierzyć, rozumiem państwa rozczarowanie. Nie było to zaplanowane, ale skoro nie możemy liczyć na obecność autora, chciałbym państwu przedstawić Andresa Madariagę. Jest historykiem i archeologiem pracującym dla Fundacji Katedry Najświętszej Marii Panny, która wiele lat temu prowadziła wykopaliska na terenie pałacu Villa Suso i pod Starą Katedrą. Miał towarzyszyć naszemu tajemniczemu pisarzowi i wyjaśnić państwu niezwykłe podobieństwa pomiędzy średniowiecznym migdałem, jak nazywamy dzisiejszą starówkę Vitorii, a dwunastowiecznym miastem, jakie znamy z książki.

– Tak jest. – Archeolog odchrząknął. – Tę powieść cechuje niebywała precyzja, jakby autor rzeczywiście spacerował ulicami naszego miasta prawie tysiąc lat temu. Tutaj, obok dawnego wejścia do pałacu, a dokładnie tam, gdzie znajdują się dziś Schody Świętego Bartłomieja, w średniowieczu była Brama Południowa prowadząca do obmurowanej części grodu…

– Też nie wie, kim on jest – szepnęła mi Alba na ucho, muskając je ustami.

To wystarczyło, żeby zrobiło się gorące.

– Jak to? – mruknąłem.

– Wydawca też nie wie, kim jest autor. Ani razu nie wymienił jego nazwiska, a także nie powiedział o nim „Diego Veilaz”, bo to na pewno pseudonim. Nie ma pojęcia, kim on jest.

– Albo specjalnie buduje intrygę, żeby ujawnić to na następnej imprezie, na której pisarz się pojawi.

Spojrzała na mnie jak na naiwne dziecko, niespecjalnie przekonana.

– Głowę dam, że nie, że jest równie zagubiony jak my.

– Czy zdają sobie państwo sprawę, że mamy przed sobą mur, który ogradzał osadę, zanim Vitoria stała się pełnoprawnym grodem? Widzą państwo? To ten właśnie mur – mówił archeolog, pokazując na ścianę znajdującą się po jego prawej stronie. – Z datowania radiowęglowego wiemy, że został on zbudowany w jedenastym wieku, czyli sto lat wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Można powiedzieć, że siedzimy w miejscu, w którym toczy się akcja powieści. W gruncie rzeczy to tutaj, w pobliżu muru, umiera jedna z postaci książki. Pewnie wielu z państwa zastanawiało się, czym jest kantaryda, hiszpańska mucha: to chrząszcz z rodziny oleicowatych. W powieści pojawia się brązowy proszek, kantarydyna, który ktoś podaje jako afrodyzjak naszemu nieszczęsnemu bohaterowi. To jest prawdziwe… – Zawahał się i poprawił: – Chciałem powiedzieć, prawdopodobne.

Archeolog podniósł głowę. Słuchaliśmy go z wielką uwagą.

– Kantarydyna odgrywała w średniowieczu rolę naszej viagry – ciągnął zadowolony. – Proszek otrzymywano z połyskującego zielonego pancerza pewnego chrząszcza. Kantarydyna była jedynym skutecznym afrodyzjakiem, który zapewniał mężczyznom przyzwoitą erekcję. Bardzo efektywnie rozszerzała naczynia krwionośne, ale zaprzestano jej stosowania, gdyż, jak mawiał Paracelsus, „dawka czyni truciznę”. Dwa gramy kantarydyny zabiją najzdrowszego w tej sali, więc w siedemnastym wieku wyszła z użycia. Wcześniej nazywano ją „cukierkami Richelieu” i wykończyła w jego czasach pół dworu, a sam markiz de Sade napytał sobie biedy, gdy kilka uroczych dam zmarło po zażyciu afrodyzjaku.

Rozejrzałem się wokół. Ludzie, którzy zostali na improwizowany występ archeologa, uważnie słuchali jego średniowiecznych anegdot. Deba w berecie dziadka spała, otoczona jego ramionami. Nieves też wydawała się zainteresowana wystąpieniem, Alba głaskała mnie po udzie, a Esti spoglądała rozkojarzona na belki na suficie. Jednym słowem: wszystko w porządku.

Czterdzieści minut później wydawca włożył na czubek olbrzymiego nosa półokrągłe okularki i zabrał głos:

– Nie chciałbym zakończyć tej uroczystości, nie przeczytawszy pierwszych akapitów Władców czasu.

Nazywam się Diago Vela, mówią mi don Diago Vela, mnie wszak tytuły są obojętne. Zacząłem spisywać wszystko, co się tu działo od dnia, gdy po dwóch latach niebytności powróciłem do starej osady Gasteiz, czy też, jak nazywali ją poganie, Gaztel Haitz, Wzgórza Zamkowego.

Wracałem przez Akwitanię i przeszedłszy Dolną Nawarrę…

Nagle usłyszałem, jak za moimi plecami otwierają się drzwi do sali. Odwróciłem się zaintrygowany i ujrzałem siwowłosego mężczyznę, na oko pięćdziesięcioletniego, który wszedł, wspierając się na lasce, i zawołał:

– Jest na sali lekarz? Potrzebny jest lekarz!

Wstaliśmy z Albą i Esti niczym trojaczki połączone telepatią i podeszliśmy do mężczyzny, żeby go uspokoić.

– Wszystko w porządku? – odezwała się Alba, jak zwykle pewna siebie. – Zaraz zadzwonimy na sto dwanaście, ale niech nam pan powie, co się stało.

– Nie chodzi o mnie. Na dole w toalecie znalazłem mężczyznę.

– Co z nim? – zapytałem, trzymając już telefon w ręku.

– Leży na podłodze. Ukląkłem przy nim, żeby sprawdzić, czy żyje, choć z tą laską nie jest mi łatwo, ale mógłbym przysiąc, że się nie rusza. Albo jest nieprzytomny, albo martwy – ciągnął mężczyzna. – Tak naprawdę myślę, że go poznałem, wydaje mi się, że to… Chociaż nie jestem tego pewien.

– Proszę się teraz tym nie martwić – ucięła Estíbaliz zniecierpliwiona.

Cała sala przyglądała się nam w milczeniu, przysłuchując się rozmowie. Wydawca chyba przestał czytać. Ale nie dałbym głowy. Spojrzałem jeszcze na dziadka, który obiecał mi bez słów: „Zajmę się Debą, zabiorę ją do domu i położę spać”.

Pobiegłem z Esti w kierunku schodów. W pośpiechu oboje nadepnęliśmy na szklaną taflę, pod którą znajdował się szkielet zamurowany kiedyś w Villa Suso. Nawet nie zdążyłem o tym pomyśleć. Dotarłem na miejsce szybciej niż moja partnerka i zastałem na podłodze wysokiego, dobrze ubranego człowieka. Nie ruszał się, a jego twarz zastygła w grymasie bólu, który poczułem i ja.

Łazienki były nieskazitelnie czyste, otaczała nas aseptyczna biel i fototapeta na drzwiach do kabin, z dachami i czterema wieżami Vitorii.

Wyjąłem z kieszeni telefon, włączyłem latarkę i przytrzymałem ją tuż przy jego twarzy. Nic. Źrenice się nie skurczyły.

– Kurwa – zakląłem pod nosem. Poszukałem tętnicy szyjnej, licząc na cud. – Źrenice nie reagują, Esti. Brak tętna. Ten człowiek nie żyje. Niczego nie dotykaj i przekaż wiadomość podkomisarz, niech zawiadomi komendę.

Moja partnerka pokiwała głową i wzięła telefon, żeby zadzwonić do Alby.

Pociągnąłem nosem.

– Pachnie śmierdzącą bombą – zauważyłem. – Ten człowiek używał drogich perfum, ale nie wystarczą, żeby zamaskować ten okropny zapach.

– To męska ubikacja, czego się spodziewałeś?

– Nie o to mi chodzi, mówię o tym, że pachnie śmierdzącymi bombami w saszetkach, jakie sprzedawano w sklepach z zabawkami, kiedy byliśmy mali, pamiętasz? Były w paczkach z wizerunkiem mandaryna.

Wymieniliśmy się spojrzeniami: nie, nie chodziło mi o zabawne skojarzenia z dzieciństwa.

– Chcesz powiedzieć, że został otruty? – zapytała.

Nie byłem pewien, czy leżący przed nami mężczyzna zmarł śmiercią naturalną, czy został otruty, ale jestem ostrożnym facetem i nie lubię żałować później, że coś zaniedbałem. Z szacunku dla zmarłego olbrzyma ukląkłem obok niego na jedno kolano i wyszeptałem swoje zaklęcie:

– Tu kończy się twoje polowanie, tutaj zaczyna się moje.

Przyjrzałem mu się uważnie i przeszedłem do kwestii praktycznych.

– Myślę, że świadek miał rację. Nieczęsto pokazywał się na zdjęciach, ale wygląda bardzo szczególnie i zawsze podejrzewałem, że cierpi na fibrylinopatię.

– Mów po ludzku, Kraken.

– Ten mężczyzna choruje, a raczej chorował na zespół Marfana. Długie kończyny, wyłupiaste oczy. Spójrz na palce, na wysoki wzrost. Jeśli to naprawdę on, rozpęta się piekło. Zostań z ciałem, a ja pójdę do Alby, żeby zamknęła wejścia do budynku. Musimy przesłuchać dwieście osób. Skoro ten człowiek dopiero co zginął, zabójca musi być w środku.2 BRAMA PÓŁNOCNA DIAGO VELA

Zima, rok Pański 1192

Nazywam się Diago Vela, mówią mi don Diago Vela, mnie wszak tytuły są obojętne. Zacząłem spisywać wszystko, co się tu działo od dnia, gdy po dwóch latach niebytności powróciłem do starej osady Gasteiz czy też, jak nazywali ją poganie, Gaztel Haitz, czyli Wzgórza Zamkowego.

Wracałem przez Akwitanię i przeszedłszy Dolną Nawarrę, ominąłem Tudelę. Nie chciałem stanąć przed obliczem leciwego króla Sancha, jeszcze nie. Oddałem jego córkę Berenguelę potworowi, który miał ją zaślubić, Ryszardowi zwanemu Lwie Serce. I zapewniam, że wcale nie ze szlachetnych pobudek. Spieszno mi było do tego, co znajdowało się za murami grodu, który widziałem z oddali.

Tylko dzięki swojemu płaszczowi ze skór żbików nie umarłem z zimna w tę lodowatą noc.

Już niedługo miałem zobaczyć Onnecę.

Mój wycieńczony wierzchowiec z trudem wlókł się po stromym zboczu wiodącym do Bramy Północnej, która zamykała Villa de Suso od strony gościńca biegnącego z Arriagi.

Minąłem oba mosty przerzucone przez fosy. Od trzech dni, byłem tego pewny, moim śladem podążał jakiś jeździec. Coraz mocniej spinałem konia ostrogami. Pragnąłem znaleźć się bezpiecznie za bramą. Ściemniło się, dął silny wiatr, który już wkrótce miał przynieść pierwsze śniegi, zła to pora na przybywanie do Victorii. Bramy Villa de Suso zamykano o zmierzchu, zaraz po capstrzyku. Na pewno będą żądać ode mnie wyjaśnień. Ale było mi spieszno, by stanąć z powrotem w domu…

Owej nocy księżyc skrył się za chmurami, jechałem, przyświecając sobie pochodnią. Po lewej stronie dostrzegłem stary, znajdujący się poza murami cmentarz kościoła Najświętszej Marii Panny. Tego ranka był dzień targowy, na grobach walały się jeszcze łuski ryb, a wielu nocnych drapieżców uciekło, kiedy tylko wyczuło moją obecność.

– Kto idzie o tej porze? Nie widzicie, że kratownica zamknięta? Nie chcemy przybłędów w grodzie! – zawołał do mnie wartownik z murów.

– Nazywasz przybłędą swojego pana, don Velę? – Unios­łem czoło i krzyknąłem głośno, żeby mnie usłyszano. – Nie jesteście czasem Yñigo, jedyny syn Nuña kuśnierza?

– Nasz senior don Vela nie żyje.

– Kto tak powiada?

– Wszyscy tutaj. A kto zaprzecza?

– Nieboszczyk. Czy jest moja siostra, donna Lyra?

– Ćwiczy się w walce na patio przed kuźnią. Mój kuzyn trzyma jej pochodnię, chyba nie chciała być na zaślubinach. Przyprowadzę ją, ale przysięgam, że jeśli to pułapka…

Jakich zaślubinach? – zdziwiłem się.

– Nie przysięgaj, Yñigo, to na mnie spoczywa obowiązek nakładania kar za świętokradztwo. Chcesz, żebym się wzbogacił? – zaśmiałem się.

– Gdyby nie to, że wasz pogrążony w smutku ukochany brat Nagorno obwieścił śmierć waszej miłości, powiedziałbym, że mam przed sobą mojego pana. Jesteście wysocy, krzepcy, tak jak on.

Oto i wyjaśnienie: Nagorno. Jak zwykle Nagorno. Wszechobecny Nagorno.

– Idźcie po moją siostrę, chyżo – poprosiłem. – Zamarznę tu na kość.

Nie było go dłuższą chwilę. Zeskoczyłem z konia, rozprostowałem zdrętwiałe członki. Czyżby już padał śnieg? Klimat Victorii był surowy i tacyż byli jej mężowie i niewiasty: pancerz zamiast skóry.

Za żadnym miejscem nie tęskniłem tak bardzo.

A co z Onnecą? Może już śpi?

Przyjdzie poczekać jeszcze trochę, pomyślałem. Cierpliwości, Diago. Na pewno się doczekasz.

Wykonałem powierzone zadanie, więc nadszedł wreszcie czas, aby żyć.

Chłopak wrócił po chwili.

– Donna Lyra mówi, żebym otworzył bramę. Uważa, że wasza miłość żyje, senior. Czeka na was na patio przed waszą kuźnią.

Zostawiłem za sobą otwartą przestrzeń, odwróciłem się, żeby jeszcze raz spojrzeć na ciche i spokojne włości.

– Yñigo – zwróciłem się do chłopaka – jeśli dziś w nocy albo o świcie ktoś będzie chciał wejść do grodu, nie otwierajcie bram. I uprzedźcie też wartowników przy Bramie Południowej i Bramie Armería.

Młodzieniec pokiwał głową i poszedł ostrzec strażników pełniących wartę przy innych bramach Villa de Suso. Objechałem cmentarz i skręciłem ku domowi rodzinnemu przy ulicy Astería.

Nasza kuźnia wciąż dumnie stała na miejscu. Dwieście lat wcześniej padła ofiarą płomieni podczas najazdu Saracenów, którzy zmienili ją w dymiące zgliszcza. Moja rodzina odbudowała ją, zastąpiwszy drewno kamieniem, więc konstrukcja stała się lepsza, mocniejsza, i pracowaliśmy dalej.

Moja rodzina zawsze dawała sobie radę, nawet w trudnych czasach.

Zbudowaliśmy pierwsze mury na tyłach naszego domu, dziewięćdziesięciu sąsiadów pomagało nam przez całe dziesięć lat. Wioska się zaludniła, na czwartkowy targ przed naszą kuźnią tłumnie ciągnęli kupcy, wieśniacy i służba z czterech stron świata. Potem wybudowano kościół Najświętszej Marii Panny, również przytulony do muru.

Po hejnale obwieszczającym zamknięcie bram w grodzie panowała cisza. Czarne niebo wirowało białymi piórkami, płatkami łagodnego śniegu, który nie zamarzał jeszcze na dachach. Wszedłem na patio za kuźnią w poszukiwaniu siostry.

Zobaczyłem ją z daleka, liczne pochodnie pozatykane na kolumnach rzucały słabe światło na podwórze. Lyra często ćwiczyła się w sztuce fechtunku, mistrzostwem w posługiwaniu się swoim skramsaksem o zakrzywionej klindze starała się skompensować nikły wzrost i posturę. Tej nocy jednak rzucała toporkami, jak ludy nordyckie. Zwróciłem uwagę na ten szczegół, czy to możliwe, że mój wspaniały Gunnarr…?

Poczułem, jak bardzo się za nią stęskniłem przez te dwa lata. Podszedłem i objąłem ją z tyłu z całej siły.

– Moja kochana siostro, jak bardzo mi cię brakowało – powiedziałem.

Nie spodziewałem się tego, co nastąpiło później. Walenia dziobem, szarpania szponów wydzierających mi włosy z głowy, furii stworzenia, które zjawiło się nie wiadomo skąd. A właściwie wiadomo: sfrunęło z dachu.

– Munio, przestań, błagam, sprowadzisz na mnie nieszczęście! – krzyknął obcy głos.

Kobieta, którą przytuliłem, nie była Lyrą, zmyliły mnie jej niski wzrost i drobna budowa. Nie zobaczyłem nic więcej, bo starałem się z całych sił, żeby ten piekielny ptak nie wydłubał mi oczu.

Gwizdnęła jak urwis i wyciągnęła rękę. Wielka biała sowa usiadła na niej, postraszywszy mnie na koniec ostrym krzykiem.

– Przepraszam, panie – sumitowała się dziewczyna.

Jeśli była panną, nie pochodziła z wioski, gdyż u nas kobiety niezamężne nosiły krótkie włosy z dłuższymi pasmami tylko przy uszach. Nie miała też czepca jak mężatki. Jej pszeniczne włosy sięgały do ramion, co nieczęsto zdarzało się w naszych stronach.

– Munio wychował się ze mną, odkąd przyszliśmy na świat, i jest we mnie zakochany. To zdarza się niektórym udomowionym ptakom. Uważa mnie za swoją żonę i nie pozwala zbliżyć się do mnie żadnemu mężczyźnie – wyjaśniła.

– Jak się nazywasz, pani?

– Alix, jestem kowalką.

– Kowalką? Kiedy wyjeżdżałem, mistrzem kowalskim był Angevín de Salcedo.

– Mój świętej pamięci ojciec. Moi starsi bracia też pomarli na skrofuły, ostatnie lata spędziłam w klasztorze, dokąd posłał mnie ojciec, chociaż całym sercem kocham kowalstwo, a w moich żyłach płynie roztopione żelazo.

– Więc jesteś pani zakonnicą wojowniczką? – Uśmiechnąłem się, widząc, jak chwyta topór.

– Byłam nowicjuszką, ale ktoś musiał bronić klasztoru przed złoczyńcami udającymi pielgrzymów na Szlaku Jakubowym.

– Ja ją przywiozłem, drogi kuzynie. Lyra prosiła mnie o to, kiedy została sama i chciała zająć się kuźnią – odezwał się jakiś głos w ciemności.

– Gunnarr?! To naprawdę ty? Myślałem, że przewozisz pielgrzymów na Szlaku Świętego Jakuba z angielskich portów.

Podbiegłem, żeby go uściskać.

Olbrzym z białymi brwiami wyszedł z mroku, śmiejąc się. Podniósł mnie, jakbym był wróbelkiem, chociaż na dworach, które odwiedziłem, przewyższałem prawie wszystkich o dwie głowy. Gunnarr Kolbrunson należał do pochodzącej z duńskich ziem gałęzi naszego rodu, ale wielu w Victorii sądziło, że jest potomkiem gigantów zaludniających niegdyś nasze ojczyste góry.

– Wiedziałem, że żyjesz. Jak miałbyś umrzeć ty, który przeżyjesz nas wszystkich? – szepnął mi na ucho, a w jego głosie wyczułem wzruszenie.

– Kto rozpuścił pogłoskę, że nie żyję? – zapytałem już po raz drugi tej nocy.

– O to musisz zapytać swojego brata. Tak naprawdę przybyłem do Victorii na zaślubiny Nagorna. Już są po przysiędze, Diago. Nagorno już wniósł wiano – powiedział ponurym tonem, jakby składał mi kondolencje. – Teraz trwają pokładziny. Nagorno i ojciec panny młodej zażądali świadków na próbie dziewictwa. Lyra odmówiła, ja też nie poszedłem przez wzgląd na ciebie. I nie chcę też, żeby przez całą noc bolały mnie klejnoty. Ty zdecyduj, zaczęli jakiś czas temu.

Moja siostra wyszła z twarzą poplamioną sadzą. Miała na sobie ten sam kowalski fartuch, co w dniu, w którym się rozstaliśmy. Od tamtej pory wiele razy tęskniłem za naszymi wspólnymi wieczorami w ciszy przy kominku.

– Tak jest, bracie. Ja nie idę – oświadczyła Lyra z zatroskaną miną.

Zląkłem się najgorszego, czegoś, czego nigdy sobie nie wyobrażałem, czegoś zupełnie przeciwnego niż to, co roiłem sobie, zmierzając do Victorii.

– Gdzie?

– Nie domyśliłeś się jeszcze? W domu hrabiego de Maestu, w zaułku Armería. Przysięgnij mi na Lur, że nie pożałuję, że ci to powiedziałem – rzekł Gunnarr.

– Nie potoczą się głowy, jeśli o to się martwisz.

– Tak, właśnie o to się martwię. Przysięgnij.

– Przysięgam.

– Na Lur.

Westchnąłem.

– Na Lur. Ale nie chcę, żebyś mi towarzyszył, zawsze stajesz po stronie Nagorna.

– Nie będę ci towarzyszyć, Diago. Wiem, że nigdy nie złamiesz danego słowa, ale nie każ mi wybierać między Nagornem a tobą. On ocalił mnie na duńskich ziemiach, u jego boku stałem się mężczyzną. Wiesz, że jemu właśnie zawdzięczam to, kim teraz jestem.

Swarliwym najemnikiem, na którym nie można polegać, pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos. Nie chciałem wracać do starych kłótni.

Skierowałem swe kroki ulicą Tenderías, do domu tego, który miał być moim teściem, poczciwego hrabiego de Maestu.

– Idź z nim, Alix – dobiegł mnie głos Lyry. – Nie pozwól, żeby Diago zrobił jakieś głupstwo. Ja zamknę Munia w klatce.

Usłyszałem za sobą lekkie kroki.

– Nie potrzebuję niańki. Wracajcie do swoich spraw – powiedziałem, spoglądając na nią kątem oka.

Włożyła na głowę jedną z wierzchnich spódnic i zawiązała ją jak chustę, żeby zasłonić włosy.

– Pod nieobecność mojej pani Lyry służę Gunnarrowi, senior. Ale wasza miłość jesteście panem mojego grodu, więc pod nieobecność Gunnarra służę wam. – Pokazała mi toporek ukryty pod mantylą. – Jeśli będziesz, wasza miłość, chciał ścinać głowy, postaram się, żebyś nie stracił swojej.

Dość miałem kłótni i byłem zmęczony podróżą z Dolnej Nawarry, pozwoliłem więc, by moja obrończyni poszła za mną ciemną brukowaną ulicą.

Tylko z okien domu hrabiego de Maestu sączył się ciepły blask świec, sąsiednie budynki spowijał mrok.

Przy wrotach stał jeden ze sług hrabiego. Musiał oprzeć się o drzwi, bo był zalany w pestkę.

– Kto idzie? – zapytał z niejakim trudem.

– Wasz senior, hrabia Vela. – Dość już miałem tego ciągłego tłumaczenia się, kim jestem.

– Hrabia Vela jest teraz na górze i całkiem przyjemnie spędza czas – oświadczył z bezczelnością, którą Bóg obdarza pijaków.

Podniosłem łokieć i przyparłem mu głowę do drzwi. Przycisnąłem trochę, akurat tyle, żeby go przekonać, że nie żartuję.

– Jam Diago Vela, Remiro, a nie poznajesz mnie, bo tak się urżnąłeś, że nie powinieneś pełnić warty przed drzwiami. Pozwól mi przejść, bo inaczej opowiem twojemu panu, że lubisz podkradać mu wino z Riojy – syknąłem wściekły.

Mężczyzna z trudem nabrał powietrza i chyba w końcu mnie rozpoznał.

– Panie, to naprawdę wy. Proszę, wejdźcie. Tęskniliśmy tu bardzo za waszą miłością.

– Gdzie są? – odburknąłem wściekły, że wszyscy zamykają przede mną drzwi.

– W alkowie.

Moja giermka szła za mną z zafrasowaną miną. Wspiąłem się po starych drewnianych trzeszczących niemiłosiernie schodach. Dotarłem do alkowy, byłem w niej już wcześniej. Jakiś tuzin zgromadzonych zasłaniał mi widok na to, co działo się pod baldachimem.

Zacząłem się rozpychać łokciami. Niektórzy mnie rozpoznali, inni chyba wzięli za ducha. Zobaczyłem strach w ich oczach, niejeden się przeżegnał. Nic mnie to nie obchodziło, chciałem tylko dostrzec, co dzieje się w łożu.

Mój brat Nagorno kopulował z kimś i nie przeszkadzało mu wcale, że jest obserwowany. Święta Matka Kościół potępiała wszystkie cielesne zbliżenia, kiedy mężczyzna nie był na kobiecie, nie zezwalała też na nagość w łożu, ale on zdjął kaftan. Widziałem jego plecy, błyszczące i opalone, i tysiąc wojennych blizn.

Z dwóch boków wystawały białe uda. Ona była w gieźle, ale wyraz jej twarzy i jęki świadczyły, że mój brat sprawiał jej rozkosz.

Od dwóch lat nie widziałem tego umiłowanego oblicza, włosów równie czarnych jak moje, złotych oczu i bladych ust. Onneca czerpała przyjemność z aktu, który w oczach świadków powinien raczej przerażać zbolałą białogłowę.

Na Boga, Onneco! Jeśli zmusili cię, żebyś robiła to przy ludziach, postaraj się lepiej udawać dziewicę, pomyślałem.

Nikt z obserwatorów nie komentował tych jęków, dopóki mój brat nie skończył. Odsunął się od niej, bez wstydu pokazując swoje umięśnione ciało naszym ziomkom. Tuzin głów pochylił się nad łożem, żeby zobaczyć efekt próby. Trzy wybrane matrony sprawdziły pościel. Była na niej plama krwi, której oczekiwał jej ojciec.

Odetchnąłem z ulgą, na chwilę zapomniałem o sprycie Onneki.

Nie zaniedbałaby wszak tak ważnego szczegółu.

Oboje znaliśmy sposób na udawanie dziewictwa, które ona już straciła. Zwykle niewiasty wsuwały sobie do środka wnętrzności kury, by zostawiły ślady krwi na członku męża. Śmialiśmy się z tego w moim łożu kilka lat temu, planując nasze zaślubiny i zastanawiając się, czy jej ojciec zażąda próby dziewictwa.

Teraz ona mnie chyba nie poznawała, zbyt zajęta udawaniem dumnej pani i tym, by nie pokazać zbyt wiele naszym wasalom, ale mój brat, owszem, mnie zauważył. Było to mgnienie oka, skrzyżowaliśmy spojrzenia, a on zacisnął usta i uśmiechnął się lekko, chyba zadowolony.

Dłoń sama sięgnęła po sztylet, który miałem pod płaszczem. To nie ja, to moja wściekłość ją wiodła. Inna, mniejsza dłoń, nie pozwoliła mi dobyć broni.

– Hrabia de Maestu, mi senior – ostrzegła mnie towarzyszka.

Furtado de Maestu wciąż był potężnie zbudowany, ale tamtej nocy wydał mi się trochę znużony życiem: jego dawniej lśniące włosy dziś pełne były siwych pasm, na twarzy malował się grymas. Tak czy owak, ciągle dbał o ubiór, nieważne, czy wydawał córkę za mąż, czy nie. Znać było, że zbił fortunę jako kupiec bławatny, sprzedając swoje tkaniny w Kastylii. Dzięki Maestu cech tkaczy stał się najliczniejszym gremium w Nowej Victorii. Zaułek San Miguel zamknięto i włączono do Villa de Suso, kiedy dekadę temu król Sancho Mądry nadał nam przywileje. Na papierze dwie dzielnice stanowiły jeden gród: Victorię, ważne miejsce, gdyż strzegła granic i wejścia do królestwa. Ale mury i trzy bramy dzieliły więcej niż tylko ulice i zaułki.

– Jak to możliwe, mój drogi Diago? Wy żyjecie! – szepnął i rozejrzał się uważnie wokół.

– Nigdy nie było inaczej – odparłem urażony. – Jesteście mi dłużni kilka wyjaśnień, drogi przyjacielu. Żegnaliśmy się, obiecując sobie przyszłe zaślubiny. A kim teraz jestem? Bratem męża waszej córki?

Dał gestem do zrozumienia, abym zamilkł, i powiódł mnie schodami w dyskretne miejsce na drugie piętro. Chyba nie chciał, żeby ktokolwiek mnie zobaczył. Wzrokiem poprosiłem Alix de Salcedo, żeby została z innymi w alkowie. Nie spodobało jej się to, ale usłuchała.

– Nie pożegnaliście się, jak trzeba, panie – zaatakował mnie hrabia, kiedy zostaliśmy sami. – Zniknęliście.

– Miałem swoje powody i nie wolno mi nikomu ich zdradzać.

– Rozumiem. Ale moja córka, coraz smutniejsza, czekała i czekała, uwierz mi, wasza miłość. Aż w końcu nadszedł list z wieścią o twojej, panie, śmierci.

Wytarł sobie rękawem resztki jedzenia z kącików ust. Znalazł pismo w szkatułce wysłanej aksamitem i wręczył mi je.

– Kto przywiózł ten list? – zapytałem, gdy skończyłem czytać.

– Posłaniec, jak mniemam.

– I uwierzyliście?

– A czemu mielibyśmy nie wierzyć? Opisano tu szczegółowo zatonięcie twojego statku u wybrzeży Sycylii.

Ten, kto napisał list, wiedział o sprawach, o których prawie nikt nie miał pojęcia: o mojej podróży przez Alpy na Sycylię, o sztormie, który oddzielił nas od innych statków. Ciekawe, co jeszcze wiedział.

– To prawda, w czasie morskiej podróży zaskoczył nas sztorm. I zepchnął do wybrzeży Sycylii. Ale statek nie zatonął i nikt nie zginął. Nawet ja, jak wasza miłość widzi. I przez jeden list przyniesiony przez nieznajomego oddajecie moją narzeczoną mojemu własnemu bratu? – uniosłem głos.

– Ciii! Jesteście w moim domu, większość gości jeszcze was nie widziała, musimy się zastanowić, co począć z całym tym pasztetem. Odpowiadając na pytanie: dałem wiarę temu, co stało w liście, bo przypieczętowano go królewską pieczęcią. Widnieje pod nim podpis Jego Królewskiej Wysokości z krzyżem kawalerskim.

Jeszcze raz przebiegłem wiadomość wzrokiem i zakasłałem.

– Więc to król Sancho Mądry?

– To on nam teraz panuje, znacie innego władcę ziem Nawarry?

Niemożliwe, nie zniszczyłby mi przyszłości w sposób tak okrutny po tym wszystkim, co dla niego zrobiłem, pomyślałem z żalem.

– Idźcie spać, panie. Noc już późna, macie we włosach krew i nie możecie wywoływać tu skandalu. Pozwólcie, że wasz stary przyjaciel uczci jak należy zaślubiny swej córki, jutro zastanowimy się, co dalej. I zdaje mi się, że macie poważniejsze problemy niż ten, że brat ukradł wam kobietę, która miała być waszą żoną. Nowy hrabia Vela, Nagorno, rządzi żelazną ręką tymi, co ostatnio przybyli do Nowej Victorii, faworyzuje natomiast starych ziomków z Villa de Suso. I jeśli ten nieudacznik mój pierworodny nadal będzie się bawił w wyprawy krzyżowe i nie zatroszczy się o potomstwo, sprawię, że potomkowie Onneki będą nowymi hrabiami de Maestu. Zapisaliśmy to dziś w postanowieniach ślubnych. To małżeństwo połączy waszą fortunę z moją, będą władać wszystkim, co znajduje się w tych murach.3 DACHY KOŚCIOŁA ŚWIĘTEGO MICHAŁA UNAI

Wrzesień 2019

Wbiegłem po wąskich schodach. Czekała na mnie Alba.

– Potrzebujemy tu ekipy, natychmiast! – powiedziałem, chyba zbyt głośno. – Niech zamkną wszystkie wejścia do pałacu. Mamy ofiarę śmiertelną i podejrzewamy, że została otruta.

Alba zaczęła dzwonić. Drzwi do sali Martina de Salinasa wciąż były zamknięte, a wszyscy przybyli na prezentację książki zostali w środku, nie wiedząc jeszcze, co rozgrywa się kilka metrów dalej.

Nagle zobaczyłem kątem oka cień, ktoś wspinał się po schodach.

– Zostań tutaj – szepnąłem Albie. – Chyba widziałem… zakonnicę?

Minąłem wielkie szklane drzwi prowadzące na tyły kościoła Świętego Michała i bezszelestnie wszedłem na trzecie piętro.

– Stać, policja! – krzyknąłem.

Rzeczywiście to była zakonnica. Zakonnica w białym habicie i czarnym welonie. Głucha na mój rozkaz pobiegła w stronę wyjścia awaryjnego prowadzącego na zewnątrz. Przyznaję, minęło kilka sekund, zanim zdążyłem zareagować. Nie spodziewałem się, że będzie tak sprawna i tak nieposłuszna. Dotarłem na taras znajdujący się przy schodkach prowadzących na dachy kościoła. A zakonnica skakała z dachu na dach, coraz dalej ode mnie.

– Stać! – krzyknąłem ponownie.

Ale wiedziałem, że już nie zdołam jej zatrzymać, więc zmieniłem strategię i postanowiłem przeciąć jej drogę.

Mniszka dotarła właśnie na kraniec dachów kościoła i nie miała innego wyjścia niż zeskoczyć na ziemię, a raczej na jeden z dwóch wąskich korytarzy tworzących rampy pomiędzy pałacem a świątynią. Rampy, otoczone ogródkami lawendy, kończyły się na wysokości odrestaurowanego fragmentu drewnianego średniowiecznego muru. Zeskoczyłem na najniższą z nich i ukrywszy się w ciemnym załamaniu korytarzyka, czekałem.

Zakonnica też skoczyła z kilku dobrych metrów i potoczyła się po uliczce.

Jesteś moja, siostrzyczko, pomyślałem.

Rzuciłem się za nią pędem, ale wstała i wspięła się po rampie. Pobiegłem za nią, minąłem zakręt, a ona… zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu.

Nie mogła skryć się nigdzie tutaj. Kępy lawendy były zbyt niskie. Rampa kończyła się murem.

– Stać! – krzyknąłem znowu.

Przemierzałem tam i z powrotem rampy i ogródki. Ani moje krzyki, ani poszukiwania nic nie dały.

– Albo, zawiadom dozorcę – poprosiłem, wybrawszy jej numer. – Jestem uwięziony na rampach między pałacem a kościołem Świętego Michała, pod odnowionym murem.

– A ja próbuję opanować cały ten chaos. Co tam robisz?

– Przesłuchaj wszystkich, którzy są w pałacu – powiedziałem. – Zapytaj, czy ktoś zwrócił ich uwagę. Trzeba też zamknąć plac Matxete i zebrać zeznania od wszystkich, którzy pracują na średniowiecznym jarmarku.

– Kogo szukamy?

– Zakonnicy. Ale niech nie pytają o nią wprost. Niech nie wspominają o niej, zanim nie zrobi tego któryś ze świadków. Nie chcę, żeby ludzie zaczęli zmyślać.

* * *

koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji
mniej..

BESTSELLERY