Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Wpływ - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
Sierpień 2018
Ebook
20,49 zł
Audiobook
29,95 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, PDF
Format PDF
czytaj
na laptopie
czytaj
na tablecie
Format e-booków, który możesz odczytywać na tablecie oraz laptopie. Pliki PDF są odczytywane również przez czytniki i smartfony, jednakze względu na komfort czytania i brak możliwości skalowania czcionki, czytanie plików PDF na tych urządzeniach może być męczące dla oczu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(3w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na laptopie
Pliki PDF zabezpieczone watermarkiem możesz odczytać na dowolnym laptopie po zainstalowaniu czytnika dokumentów PDF. Najpowszechniejszym programem, który umożliwi odczytanie pliku PDF na laptopie, jest Adobe Reader. W zależności od potrzeb, możesz zainstalować również inny program - e-booki PDF pod względem sposobu odczytywania nie różnią niczym od powszechnie stosowanych dokumentów PDF, które odczytujemy każdego dnia.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Wpływ - ebook

W tragicznym wypadku giną żona i rodzice Adriana. Młody mężczyzna pozostaje sam z dorastającą córką i aspołecznym dziadkiem. Odurzony narkotykami wielokrotnie upada, przekuwając złość i bezradność wobec losu w brawurę i awanturnictwo. W odurzeniu traci wciąż więcej i otwiera drzwi prawdziwemu złu, które czyha w cichości, by omamić i zdusić jego człowieczeństwo.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-950151-4-4
Rozmiar pliku: 798 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Gniew i wście­kłość aż ki­pią. Ma ocho­tę roz­pie­przyć biur­ko i ten za­sra­ny kom­pu­ter, znisz­czyć wszyst­ko, roz­sa­dzić sie­bie i wy­rzu­cić tok­sy­ny z gło­wy, że­by prze­sta­ła bo­leć.

Wiesz, że to nie­praw­da – my­śli.

Wie, ale jak nad tym za­pa­no­wać? To jest tak, jak­by ktoś sie­dział w gło­wie i ka­zał ja­rać, ży­wił się tym gów­nem, a te­raz jest wście­kły, że on nie chce już te­go ro­bić. Nie pa­li do­pie­ro od trzech dni. Pierw­szy ty­dzień po­dob­no jest naj­gor­szy. Ma na­dzie­ję, że po­tem bę­dzie le­piej, mu­si, ina­czej al­bo zdech­nie na za­wał, al­bo osza­le­je i ko­goś za­bi­je, pew­nie cór­kę, a te­go by so­bie nie da­ro­wał.

Przed chwi­lą prze­giął pa­łę i już te­go nie cof­nie. Ale ma wpływ na to, co te­raz. Zda­je so­bie spra­wę, że po­fol­go­wa­nie nie roz­ła­du­je wście­kło­ści, ale po­sze­rzy uj­ście i na­stęp­nym ra­zem bę­dzie tyl­ko go­rzej. Dla­te­go mu­si się uspo­ko­ić. Te­ra­peu­ta, uczo­na pip­ka, jak go na­zy­wa, ostrze­gał przed tym. To, co te­raz czu­je, to ty­po­we za­cho­wa­nie po od­sta­wie­niu, mo­de­lo­wy sche­mat za­cho­wań uza­leż­nio­ne­go umy­słu, dla­te­go tak cięż­ko za­pa­no­wać nad emo­cja­mi.

Te­ra­peu­ta ka­zał prze­le­wać uczu­cia na pa­pier. Na ra­zie nie­wie­le to da­je.

Pa­pier, kom­pu­ter, je­den pies.

Pi­sze, jak się te­raz czu­je. Blu­zga przy tym jak je­go nie­ży­ją­ca bab­ka, ta do­pie­ro klę­ła, naj­wię­cej na dziad­ka. Mię­so le­ci i od­bi­ja się od czte­rech ścian, ci­śnie się na wą­skie usta, ale na pa­lu­chy wa­lą­ce w kla­wia­tu­rę już nie.

Nikt nie po­my­śli, co ze mnie za bu­rak, kie­dy to prze­czy­ta, je­śli do­sta­nę za­wa­łu i zdech­nę.

Czu­je, że sty­gnie. Dra­pie się w gło­wę, któ­ra po­zby­ła się już pra­wie wszyst­kich wło­sów. Za­pi­su­je, że zno­wu wpie­ni­ła go cór­ka. Wi­dzi dziew­czy­na, że oj­ciec za­czy­na się ci­śnie­nio­wać, a mi­mo to da­lej brnie.

To cię nie uspra­wie­dli­wia, pa­ło.

Ostat­nio cięż­ko się po­wstrzy­mać, że­by nie spu­ścić jej ło­mo­tu.

No już, spo­kój.

Są­siad wła­śnie za­czy­na co­dzien­ną so­lów­kę na kraj­ze­dze.

Cze­mu ten kre­tyn nie na­pi­łu­je drew­na raz a po­rząd­nie?!

Za­my­ka oczy.

Uspo­kój się.

Od­dy­cha głę­bo­ko, sta­ra się nie sku­piać na dźwię­ku pi­ło­wa­nia, lecz na my­ślach o żo­nie. Wspo­mnie­nia o niej po­ma­ga­ją nad so­bą za­pa­no­wać, za to wzma­ga­ją pra­gnie­nie pa­le­nia.

– Iwo­na – szep­cze.

Lu­bi brzmie­nie jej imie­nia, cza­sa­mi wy­po­wia­da je na głos. Prze­cież kie­dy ży­ła, ro­bił to tak czę­sto w cią­gu dnia.

– Iwo­na – po­wta­rza odro­bi­nę gło­śniej.

Mi­nę­ły czte­ry la­ta i wciąż po­twor­nie brak mu żo­ny. Naj­gor­sze, że po jej śmier­ci za­miast zmie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią i oto­czyć cór­kę opie­ką, uciekł w nar­ko­ty­ki.

Ilo­na mia­ła dwa­na­ście lat, kie­dy Iwo­na zmar­ła. Strasz­nie to prze­ży­ła. Zmie­ni­ła się w jed­nej chwi­li. Mia­ła pięk­ną opra­wę oczu, spra­wia­ły wra­że­nie, że się śmie­ją, a prze­sta­ły w dniu śmier­ci mat­ki. Ad­rian nie mo­że za­po­mnieć tam­tych, a od tych chce uciec, ich spoj­rze­nie za bar­dzo bo­li. Na­wet jej krę­co­ne wło­sy wy­da­ją się smut­ne, okla­pły, a ko­lor zmie­nił się w my­si. I nie prze­sta­je się gar­bić, co go nie­mi­ło­sier­nie wku­rza. Sam się do te­go przy­czy­nia. Kie­dy wpa­da w złość, dziew­czy­na sta­je się kłęb­kiem ner­wów i za­my­ka się w so­bie.

Te­raz sie­dzi w ła­zien­ce. Za­wsze tam ucie­ka, gdy ro­bi się nie­we­so­ło. Sie­dzi na se­de­sie al­bo na brze­gu wan­ny i chli­pie w dło­nie. My­ślał kie­dyś, że ucie­ka do dziad­ka na strych. Wcho­dzi się tam z ła­zien­ki. Był pe­wien, że ją ja­ko je­dy­ną kop­nął za­szczyt wej­ścia na gó­rę. Ale oka­za­ło się, że ni­g­dy tam nie by­ła. Dzia­dek ma gdzieś płacz pra­wnucz­ki i wy­bu­chy zło­ści wnu­ka.

Dziew­czy­na po­ja­wia się w drzwiach. Tym ra­zem nie pła­ka­ła. Ostat­nio co­raz czę­ściej ma już dość łez. Mu­si przejść przez po­kój oj­ca, że­by wejść do swo­je­go. Ten wle­pia ga­ły w mo­ni­tor, głu­pio mu. Cór­ka prze­my­ka ci­chut­ko i za­my­ka drzwi, nie ma naj­mniej­szej ocho­ty pa­trzeć na świ­ra.

Ad­rian chciał­by te­raz uciec, od­le­cieć na ob­ło­ku i uspo­ko­ić się, ale wie, że nie mo­że tkwić w błęd­nym ko­le, że to od te­go ścier­wa tak się czu­je. Pa­le­nie dla po­zor­ne­go uspo­ko­je­nia tyl­ko po­głę­bia pro­blem i od­da­la uwol­nie­nie od na­ło­gu. Już daw­no do­szedł do mo­men­tu, w któ­rym prze­stał bro­nić ma­ri­hu­any. A bro­nił za­cie­kle, jak­by to był ży­cio­daj­ny tlen, le­kar­stwo na ca­ły ból i smu­tek. W koń­cu sta­ła się zbyt wy­ma­ga­ją­cą i upier­dli­wą ko­chan­ką. No i za­czę­ło bo­leć ser­ce, któ­re­mu cięż­ko pom­po­wać ca­łą tę smo­łę.

Ad­rian krę­ci się na fo­te­lu, jak­by go coś uwie­ra­ło.

Po­myśl, co ona te­raz czu­je.

Co mu­sia­ła czuć przed chwi­lą, kie­dy zno­wu zo­ba­czy­ła szał na gę­bie sta­re­go. Uświa­da­mia to so­bie i zbie­ra mu się na płacz.

No jesz­cze cze­go. Nie­zrów­no­wa­żo­na pi­pa. Naj­pierw drzesz mor­dę, a te­raz bę­dziesz się ma­zał?

Ku­li się w so­bie. Po­czu­cie wi­ny jest jak ka­mień wiel­ko­ści pię­ści w kla­cie, nie po­zwa­la na­brać po­wie­trza.

Wsta­je od biur­ka i pod­cho­dzi do drzwi po­ko­ju cór­ki. Chciał­by za­ła­go­dzić sy­tu­ację, ale Ilo­nie nie prze­cho­dzi tak szyb­ko, jak je­mu. On bły­ska­wicz­nie wy­bu­cha i szyb­ko się wy­pa­la.

Wi­dzisz, to jest nie­zrów­no­wa­że­nie, pi­po.

Re­zy­gnu­je, nie pu­ka. Do­strze­ga przez ma­to­wą szy­bę, że Ilo­na idzie tu­taj. Od­su­wa się, a ona wy­cho­dzi z po­ko­ju. Gar­bi się bar­dziej, kie­dy go wi­dzi.

Te­raz dłu­go się nie ode­zwie.

Wca­le go to nie dzi­wi. Dziew­czy­na wciąż my­śli, że oj­czu­lek cho­dzi na te­ra­pię z mar­nym skut­kiem. I nie wie, czym so­bie za­słu­ży­ła na ta­kie trak­to­wa­nie. Szcze­gól­nie, że ostat­nio zro­bi­ło się go­rzej. Przed chwi­lą rzu­cił ta­le­rzem w ścia­nę, bo nie­od­po­wied­nio za­re­ago­wa­ła, kie­dy ko­men­to­wał obiad, któ­ry zro­bi­ła.

Ależ mu głu­pio. Wra­ca na fo­tel i ła­pie się za gło­wę. Chciał­by to na­pra­wić. Sam nie wie, jak to się sta­ło, dla­cze­go tak się na­krę­cił.

Moż­na to w ogó­le na­pra­wić?

Na pew­no nie bia­do­ląc nad so­bą.

Rusz du­pę.

Idzie do kuch­ni po­sprzą­tać baj­zel, któ­ry zro­bił.

Ale syf.

Ilo­na za­czę­ła już sprzą­tać. Nie zwra­ca na nie­go uwa­gi, wo­la­ła­by, że­by tu nie przy­ła­ził. Do ścia­ny wciąż przy­le­pio­nych jest kil­ka ni­tek ma­ka­ro­nu, a czer­wo­ny sos spa­ghet­ti przy­po­mi­na śla­dy po ude­rze­niach czy­jąś gło­wą o ścia­nę.

Ad­rian pa­trzy na cór­kę. Ku­ca i sprzą­ta ostroż­nie. Ona wy­da­je się ta­ka kru­cha i wy­stra­szo­na, jak­by spo­dzie­wa­ła się, że za­raz zno­wu za­cznie się kosz­mar.

Skoń­czo­ny kre­tyn.

Po­ma­ga jej zbie­rać ka­wał­ki ta­le­rza i ma­ka­ron.

– Prze­pra­szam, cór­ciu.

Nic wię­cej nie przy­cho­dzi mu do gło­wy. Wy­rzu­ca śmie­ci, a Ilo­na wy­cie­ra ścia­nę. Pla­ma zo­sta­je, nie­me świa­dec­two je­go fu­rii.

Po­ja­wia się dzia­dek, prze­cho­dzi do swo­je­go po­ko­ju. Nie zwra­ca­ją na sie­bie uwa­gi, jak za­wsze.

Dom ma układ pod­ko­wy. Kuch­nia i po­kój Ad­ria­na są przej­ścio­we. Z nie­wiel­kie­go przed­po­ko­ju na le­wo wcho­dzi się do kuch­ni, a z niej do po­ko­ju dziad­ka. Na pra­wo znaj­du­je się po­kój Ad­ria­na, a tuż za nim – Ilo­ny. Na wprost z przed­po­ko­ju wcho­dzi się do ła­zien­ki, a z niej na strych, któ­ry roz­po­ście­ra się nad ca­łym miesz­ka­niem.

Po wszyst­kim Ad­rian wra­ca do kom­pu­te­ra, Ilo­na do swo­je­go po­ko­ju, a dzia­dek na strych.

Kur­de, jak mi się chce pa­lić. Mo­że film?

Po­trze­bu­je ziel­ska jak oczu, ina­czej nie da ra­dy się sku­pić. Już nie pa­mię­ta, jak to jest funk­cjo­no­wać bez zio­ła. Choć wie, że ta ro­śli­na go za­bi­je. Gło­wa bo­li, za­mu­lo­na nie­mi­ło­sier­nie, a ser­ce kłu­je co­raz czę­ściej.

Nie mo­gę pa­lić, bo zdech­nę.

Do­sta­je ese­me­sa.

„Mam two­ją ko­szul­kę, daj znać, je­śli mam od­dać.”

Zo­staw so­bie.

Na­pi­sa­ła je­go by­ła. Ro­bi­ła wszyst­ko, że­by za­stą­pić mu żo­nę, ale znik­nę­ła kil­ka dni te­mu. W su­mie do­brze. On nie na­da­je się te­raz do żad­ne­go związ­ku. Nie za­po­mni, jak zmie­nił się wy­raz jej twa­rzy, kie­dy wy­darł na nią mor­dę. Po­kłó­ci­li się o wia­do­mość na Fa­ce­bo­oku, od sta­rej mi­ło­ści Ad­ria­na, jesz­cze z cza­sów mło­do­ści. Ode­zwa­ła się po wie­lu la­tach. Śmiał się, kie­dy czy­tał, co na­pi­sa­ła, i chciał po­ka­zać Pau­li­nie, ale naj­pierw po­szedł się wy­si­kać. Zo­sta­wił otwar­ty ko­mu­ni­ka­tor, a wścib­ska ba­ba prze­czy­ta­ła wia­do­mość peł­ną ro­man­ty­zmu. Nie roz­ba­wi­ła jej tak, jak je­go.

Te­raz też mu­si się wy­si­kać. Idzie do ła­zien­ki. Od­le­wa się, my­je rę­ce i pa­trzy w lu­stro. Mi­mo że nie pa­li od trzech dni, oczy wciąż są czer­wo­ne. Kie­dy ca­ły­mi dnia­mi cho­dził na­ćpa­ny, to by­ło nor­mal­ne, ale te­raz po­win­no już zejść.

Na­siąk­ną­łeś jak gąb­ka.

Mo­że tro­chę zmniej­szy­ły się wor­ki pod ocza­mi, a ra­czej wo­ry. Wy­szcze­rza kły, żół­te od pa­le­nia i ka­wy. Bie­rze szczo­tecz­kę i szo­ru­je.

W koń­cu się roz­ja­śnią.

Sły­szy cór­kę, jest w kuch­ni, więc szyb­ko wy­płu­ku­je usta, wy­cie­ra twarz i wy­cho­dzi z ła­zien­ki. Spró­bu­je po­roz­ma­wiać. Sta­je w pro­gu. Ilo­na nie zwra­ca na nie­go uwa­gi, ale wy­raź­nie zro­bi­ła się „elek­trycz­na”. Jest co­raz star­sza i je­śli nic się nie zmie­ni, la­da dzień za­cznie się bun­to­wać prze­ciw ty­ra­nii sta­re­go. Za­pa­rza so­bie her­ba­tę i chce wró­cić do swo­je­go po­ko­ju, ale on stoi na dro­dze.

– Ko­cha­nie, prze­pra­szam za mo­je za­cho­wa­nie – mó­wi Ad­rian.

I ty­le. Pust­ka w ba­ni.

– Nie chcę, że­byś mnie prze­pra­szał, tyl­ko wię­cej te­go nie ro­bił. Co­raz czę­ściej wpa­dasz w gniew, jak­byś był ja­kimś fu­ria­tem. Nie po­zna­ję cię. Nie je­steś so­bą. Co się z to­bą dzie­je, ta­to?

Oj­ciec sia­da na ta­bo­re­cie w przed­po­ko­ju, wciąż szu­ka słów. Za­wsze ich bra­ku­je, kie­dy są naj­bar­dziej po­trzeb­ne.

– Od­bi­ja mi od nie­pa­le­nia.

Ilo­na cze­ka na wię­cej, za­słu­ży­ła na to. Za­wsze by­ła bar­dzo doj­rza­ła jak na swój wiek, a od śmier­ci mat­ki mu­sia­ła do­ro­snąć bły­ska­wicz­nie.

– Nie pa­lę trzy dni, to przez to – do­da­je.

Ilo­na marsz­czy brwi.

– Masz wy­bu­chy zło­ści od daw­na.

– Ale ża­den nie był ta­ki, jak ten.

To ma cię uspra­wie­dli­wić, czy jak?

Orien­tu­je się, jak kre­tyń­sko to za­brzmia­ło.

– Zga­dza się, da­łeś po­pis.

Po­pis to mo­gą da­wać twoi ko­le­dzy!

Sło­wa dziew­czy­ny zno­wu wzbu­dza­ją złe emo­cje, jak­by pod­krę­ci­ła ogień pod zu­pą.

Okieł­znaj się dur­niu!

– Wiem, prze­pra­szam.

– Czas po­ra­dzić so­bie z tym ja­ra­niem, nie je­steś już gów­nia­rzem. Masz czter­dzie­ści je­den lat, to gów­nia­rze ma­ją z tym pro­blem.

Wi­dać je­stem gów­nia­rzem! – Zu­pa za­czy­na wrzeć.

– Nie znam ni­ko­go, kto wpa­da w ta­ką złość, to nie­nor­mal­ne! Za­cho­wu­jesz się jak nie­nor­mal­ny. I jak ty prze­kli­nasz. Po co te blu­zgi? Mam wie­lu ko­le­gów i ża­den się tak nie za­cho­wu­je, na­wet w po­ło­wie.

Twoi ko­le­dzy pa­lą?

Nie jest w sta­nie spo­koj­nie zwró­cić uwa­gi, że­by tak do nie­go nie mó­wi­ła. Po­za tym kie­dy Ilo­na sły­szy spo­koj­ną od­po­wiedź, czu­je ja­kąś prze­wa­gę al­bo moż­li­wość udo­wod­nie­nia swo­jej ra­cji, nie­ko­niecz­nie w prze­my­śla­ny spo­sób. Wi­dać w tym jesz­cze nie­doj­rza­łość. Po­zwa­la so­bie na co­raz wię­cej, jak­by za­po­mi­na­ła, że w każ­dej chwi­li mo­gą wró­cić stres i łzy. Je­dy­ne, co do­bre, to to, że prze­sta­je się gar­bić.

Ad­rian wsta­je i wcho­dzi do ła­zien­ki. Nie mo­że po­zwo­lić na ko­lej­ny wy­buch.

– I uciek­niesz?! Kie­dy za­czy­na się nor­mal­na roz­mo­wa? Nie ob­cho­dzi cię, co czu­ję, ta­to? – wo­ła przez drzwi.

Jak wy­tłu­ma­czyć, że przy­rów­na­nie go do gnoj­ków ze szko­ły nie jest roz­mo­wą o uczu­ciach, lecz ob­ra­zą?

Wy­dmu­chu­je nos i sia­da na ki­blu. Po­cze­ka tu­taj, aż ochło­nie. Pa­trzy do gó­ry na kla­pę od stry­chu. Ni­g­dy tam nie był, ale to już tak nie prze­szka­dza, jak kie­dyś. Ro­zu­mie, że dla męż­czy­zny bar­dzo waż­na jest wła­sna sa­mot­nia.

By­le tyl­ko dzia­dek ni­ko­go nie pod­glą­dał z gó­ry.

Ten azyl mu­siał po­wstać na dłu­go przed uro­dze­niem Ad­ria­na, a na­wet je­go mat­ki. Pa­mię­ta, jak ma­ma opo­wia­da­ła, że też chcia­ła tam wejść, kie­dy by­ła ma­ła. Spa­dła ze scho­dów i zła­ma­ła no­gę.

Dzia­dek ucie­kał do gó­ry przed wście­kłą bab­cią. Nie raz by­ło sły­chać, jak do­bi­ja­ła się do cięż­kiej, drew­nia­nej kla­py i klę­ła wnie­bo­gło­sy, że­by zlazł al­bo ją wpu­ścił. Ale on sie­dział tam tak dłu­go, aż so­bie po­szła, a nie­raz jesz­cze dłu­żej, czę­sto nie scho­dził na­wet na obiad.

Wnu­czek, kie­dy do­rósł, też pró­bo­wał tam wejść, ale sta­ru­szek za­my­kał kla­pę na kłód­kę, a gdy był w środ­ku, blo­ko­wał czymś od we­wnątrz. Ostat­ni raz Ad­rian pró­bo­wał rok te­mu, kie­dy na­ćpał się i wkrę­cił so­bie, że mu­si się do­stać na strych za wszel­ką ce­nę. Ni­g­dy jed­nak nie miał śmia­ło­ści roz­wa­lić kłód­ki, a te­raz cie­szy się, że sta­rzec tam zni­ka, przy­naj­mniej nie krę­ci się po cha­łu­pie. Ma po­nad dzie­więć­dzie­siąt lat i jest dziw­ny. Jak na swój wiek bar­dzo ży­wot­ny, aż za bar­dzo. Śmi­ga po tych stro­mych scho­dach jak ma­ło­lat, a po do­mu po­ru­sza się bez­sze­lest­nie. Nie wia­do­mo, co ro­bi na gó­rze. Nic nie sły­chać oprócz kro­ków. Nie ma tam te­le­wi­zo­ra, ra­dia i ra­czej nie czy­ta, chy­ba że po­sia­da ja­kieś do­bre oświe­tle­nie. Świa­tło dzien­ne wpa­da przez jed­no ma­łe, za­sy­fia­łe okien­ko, któ­re­go nie ma jak umyć. La­tem mu­si być tam po­twor­nie go­rą­co.

Wcze­śniej czy póź­niej tam wej­dę.

Dzia­dek nie bę­dzie żył wiecz­nie.

Idzie!

Sły­chać kro­ki. Dzia­dek nie jest w sta­nie ich ukryć, de­ski na stry­chu za bar­dzo skrzy­pią.

Nie chce się z nim spo­tkać, wy­cho­dzi. Wra­ca do kom­pu­te­ra, że­by zno­wu na­pi­sać, co czu­je, ale da­je so­bie z tym spo­kój. Po­sta­na­wia za to, że ni­g­dy wię­cej nie stra­ci pa­no­wa­nia nad so­bą, na­wet nie prze­klnie, choć­by szlag miał go tra­fić.Rozdział 2

Nie mo­że za­snąć, a kie­dy w koń­cu od­pły­wa, śni o ziel­sku, że ku­pu­je i kop­ci w go­rącz­ko­wym po­śpie­chu, jak dziec­ko ła­se na sło­dy­cze.

Bu­dzi się zno­wu.

Uf, to tyl­ko sen.

Ma wra­że­nie, że ni­g­dy się nie uwol­ni.

Fak­tycz­nie, jak gów­niarz.

Już daw­no prze­stał po­wta­rzać, jak bar­dzo się wpa­ko­wał, i py­tać sie­bie, jak to moż­li­we, że się uza­leż­nił. I dla­cze­go aku­rat od te­go, a nie od al­ko­ho­lu, z któ­rym kom­plet­nie nie ma pro­ble­mu.

Prze­wra­ca się z bo­ku na bok, w koń­cu wsta­je i idzie do kuch­ni na­pić się wo­dy. Za­wsze kie­dy wsta­nie z łóż­ka, czu­je sen­ność i wy­czer­pa­nie tak sil­ne, że mu­si się po­ło­żyć, a kie­dy się po­ło­ży, nie mo­że za­snąć. To wku­rza­ją­ce i ma na­dzie­ję, że mi­nie.

Za­sy­pia po go­dzi­nie ko­tło­wa­nia. Śni, że le­ży w cie­niu wiel­kie­go drze­wa, a nad nim ktoś się po­chy­la i po­da­je jo­in­ta. Na tle ja­sne­go nie­ba nie wi­dzi twa­rzy ani ubio­ru, tyl­ko gó­ru­ją­cą po­stać. Z po­cząt­ku chce od­mó­wić, od­wró­cić gło­wę, ale nie mo­że się ru­szyć, jak­by był od­la­ny z oło­wiu. Ko­leś nic nie mó­wi, tyl­ko wkła­da mu w usta skrę­ta i przy­pa­la. Blant nie ma sma­ku ani za­pa­chu, jak to we śnie, Ad­rian nie czu­je na­wet, że­by miał coś w ustach, ale kie­dy ro­bi ze­za, wi­dzi, że skrę­co­ny „bo­cian” wy­sta­je z gę­by.

– Do­brze, to cię uspo­koi, bę­dziesz mógł się wy­spać – mó­wi ko­leś.

Ad­rian bu­dzi się i wzdy­cha cięż­ko. Przez czte­ry la­ta pa­lił co­dzien­nie, od ra­na do wie­czo­ra, prak­tycz­nie non stop był na­ćpa­ny. Nie ma się co dzi­wić, że prze­sy­co­ny or­ga­nizm się bun­tu­je.

Co ty my­śla­łeś, nie ma lek­ko.

Le­ży z otwar­ty­mi ocza­mi. Od­wra­ca gło­wę i pa­trzy na czer­wo­ne cy­fry ze­gar­ka na sto­li­ku, 2:13. Jest kom­plet­nie ci­cho, sły­szy tyl­ko ty­ka­nie ze­ga­ra w kuch­ni.

Śpij, dur­niu.

Za­my­ka oczy, pró­ba za­śnię­cia nu­mer sto trzy­dzie­ści sie­dem.

Skrzy­pią de­ski na gó­rze. Dzia­dek się ru­szył. Skrzy­pie­nie kie­ru­je się do zej­ścia. Kla­pa uno­si się bez­sze­lest­nie, nie sły­chać, jak dzia­dek scho­dzi do ła­zien­ki i idzie do swo­je­go po­ko­ju. Jest ci­chy jak ko­cur.

Sta­ry, wy­li­nia­ły ko­cur.

Pa­mię­ta dziad­ka, kie­dy był spo­ro młod­szy. Miał spoj­rze­nie, któ­rym ni­g­dy ni­cze­go nie zdra­dzał, żad­nych emo­cji, jak Clint Eastwo­od w we­ster­nach.

W koń­cu Ad­rian za­sy­pia, ale sen jest płyt­ki jak ka­łu­ża na uli­cy przed do­mem, w któ­rej ba­wił się ja­ko dziec­ko.

Ra­no nie czu­je się le­piej. Nie ma żad­ne­go zle­ce­nia, nie trze­ba wsta­wać. Od lat tyl­ko pra­ca al­bo pa­le­nie by­ły bodź­cem do ru­sze­nia dup­ska z wy­ra. Ro­bo­ta nie wy­ma­ga wiel­kie­go wy­sił­ku. Na­wet lu­bi ukła­dać gra­ty na sa­mo­cho­dzie. Kie­dyś też no­sił rze­czy, że­by wię­cej za­ro­bić, ale nie mógł­by już za­su­wać po pię­trach z me­bla­mi, jest za sta­ry i za le­ni­wy, sa­mo sło­wo „prze­pro­wadz­ka” już mę­czy.

Je­stem star­szy od dziad­ka.

Ma na­dzie­ję, że to w koń­cu mi­nie, bo nie wy­obra­ża so­bie mor­do­wać się tak dłu­żej niż ty­dzień.

I co, za­pa­lisz, jak nie mi­nie?

Ilo­na po­szła do szko­ły, a dziad­ka nie ma w do­mu. Jest pew­nie na gó­rze, ale to tak, jak­by go nie by­ło. Mógł też pójść na spa­cer do la­su, któ­ry za­czy­na się za­raz za furt­ką w ogro­dzie, ale ostat­nio mu się nie zda­rza, je­sień jest brzyd­ka te­go ro­ku.

Przy­po­mi­na so­bie o sta­rej mi­ło­ści, przez któ­rą skoń­czył się ostat­ni zwią­zek. Cie­ka­we, czy na­pi­sa­ła.

Na pew­no na­pi­sa­ła.

Sta­ra mi­łość by­ła świet­na pod pew­ny­mi wzglę­da­mi, głów­nie fi­zycz­ny­mi. Wy­tę­ża po­dziu­ra­wio­ną nar­ko­ty­kiem pa­mięć i przy­po­mi­na so­bie, ja­ki to był in­ten­syw­ny i burz­li­wy zwią­zek. Na­ta­lia po­tra­fi­ła są­czyć do ucha czu­łe sło­wa, a on, ma­ło­lat, na­bie­rał się na to. Do cza­su, aż po­zna­ła ko­goś in­ne­go. Do dziś nie wie, co tam­ten jej za­ofe­ro­wał.

Dzi­wi się, że nie za­mie­ści­ła na swo­im pro­fi­lu żad­nych no­wych zdjęć, sa­me sta­re.

Spa­sła się, na bank – my­śli.

Ru­sza dup­sko. Od­pa­la kom­pu­ter, Fa­ce­bo­oka i kli­ka na ikon­kę wia­do­mo­ści. Uśmie­cha się.

Uu, aż trzy.

Ba­wią go te ckli­we głu­po­ty. Na­ta­lia pró­bu­je go wziąć na ten sam miód, co kie­dyś, pi­sze tak, jak­by każ­da wia­do­mość mia­ła być ostat­nią, po­że­gnal­ną. Zdra­dza, że nie do koń­ca ma wszyst­ko po­ukła­da­ne w gło­wie. Naj­lep­sze, że nie wie o śmier­ci Iwo­ny.

Ad­rian przy­naj­mniej za­po­mi­na o pa­le­niu, kie­dy to czy­ta.

„Za­pew­ne do­my­ślasz się, że pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć le­piej to, co nas łą­czy­ło, tej głę­bi szu­ka­łam… Zna­la­złam i za to dzię­ku­ję. Wiem, umar­łam dla Cie­bie, ale tak jak mi kie­dyś po­wie­dzia­łeś, wspo­mnie­nia nie umie­ra­ją (tym bar­dziej praw­dzi­we uczu­cia, bez wzglę­du na sy­tu­acje, któ­re im to­wa­rzy­szy­ły). To już nie ta sa­ma rze­czy­wi­stość, ale ele­men­ty, któ­re znam, po­zwo­li­ły mi ją zro­zu­mieć sze­rzej. Nie martw się, Ad­ria­nie, nie bę­dę Cię nie­po­ko­ić. Żyj da­lej. Prze­pra­szam, że pi­szę, ale jak mó­wi­łeś mi kie­dyś a pro­pos swo­jej pierw­szej mi­ło­ści – ni­g­dy się jej nie za­po­mi­na. By­łeś i na za­wsze zo­sta­niesz praw­dzi­wą, pierw­szą, świa­do­mą i doj­rza­łą mi­ło­ścią. Raz jesz­cze dzię­ku­ję. Wiem, że nie mo­że­my roz­ma­wiać, ale tę­sk­nię z ca­łe­go ser­ca… któ­re ni­g­dy już nie bę­dzie ta­kie, jak wte­dy. Bądź szczę­śli­wy.”

Nie pa­mię­ta już, co mó­wił.

Ja­ka głę­bia, co ona bre­dzi?

Pa­mię­ta, ja­ka z niej by­ła la­secz­ka. Mo­że „pa­mię­ta” to zbyt moc­no po­wie­dzia­ne, to już bar­dziej prze­bły­ski uzu­peł­nio­ne wy­obraź­nią. Wy­si­la ce­ban i wi­dzi dłu­gie kasz­ta­no­we wło­sy, za­lot­ne, peł­ne ko­bie­co­ści spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu i kształt­ne usta roz­cią­gnię­te w uśmie­chu. Za­wsze, kie­dy się uśmie­cha­ła, pchał się z ry­jem do ca­ło­wa­nia, nie mógł się po­wstrzy­mać. Strasz­ny był z nie­go ca­łu­śnik za gów­nia­rza. Ale przede wszyst­kim pa­mię­ta fi­gu­rę. Mia­ła ta­lię osy, a przy tym okrą­głą pu­pę i du­że pier­si. Pro­por­cje jak żad­na in­na dziew­czy­na, dla­te­go tak na nie­go dzia­ła­ła.

Na­stęp­na wia­do­mość.

„I jesz­cze jed­no… nie mi­nę­ło mi­lion lat, a to ja pi­szę do Cie­bie… i tak jak mó­wi­łeś kie­dyś, krót­ko przed roz­sta­niem, o nie­moż­no­ści za­stą­pie­nia mi­ło­ści praw­dzi­wej in­ną, tak ja wciąż szu­kam Ad­ria­na w in­nych. Spa­lo­ne po­su­nię­cia, bo je­steś nie­po­wta­rzal­ny, i szczę­ścia­ra z tej, któ­ra ży­je u Twe­go bo­ku. To na­praw­dę szcze­re sło­wa, bez pod­tek­stu… Choć tę­sk­nię, nie ma we mnie zło­ści. Po­zo­sta­ły tyl­ko po­zy­tyw­ne uczu­cia…”

Ktoś tu rzu­cił cu­kier­ki.

Do tej po­ry od­pi­sy­wał zdaw­ko­wo, grzecz­nie, ale te­raz ma ocho­tę się za­ba­wić. Wie, że to nie­ład­nie, ale to Na­ta­lia po­trak­to­wa­ła go kie­dyś okrut­nie, więc uwa­ża, że ma do te­go pra­wo.

Od­pi­su­je.

„Sy­tu­acje, o któ­rych wspo­mnia­łaś, wy­ni­ka­ły głów­nie z mo­jej nie­doj­rza­ło­ści. A sko­ro na­pi­sa­łaś o nie­umie­ra­niu wspo­mnień… Po­wie­dzia­łem Ci kie­dyś, że je­steś ko­bie­tą, o któ­rej nie da się za­po­mnieć. A.”

He­he, to ją pod­krę­ci.

Ale ja­koś nie jest z sie­bie za­do­wo­lo­ny. Sły­szy szept za­le­pio­ne­go smo­łą gło­su roz­sąd­ku, że to głu­pia, dzie­cin­na za­ba­wa. Na­wet je­śli kie­dyś go skrzyw­dzi­ła, nie po­wi­nien od­pła­cać złą mo­ne­tą. A po ty­lu la­tach, to już cho­re.

Ale szyb­ko o tym za­po­mi­na. Bur­cze­nie w brzu­chu ta­ra­ba­ni jak per­ku­sja.

Zjeść.

Wy­łą­cza kom­pu­ter i idzie do kuch­ni. Otwie­ra lo­dów­kę i wy­cią­ga pa­rów­ki. Ma na­dzie­ję, że jest chleb. Nie chce mu się wy­cho­dzić na deszcz.

Jest!

Wsta­wia wo­dę na gaz, a w drzwiach po­ja­wia się dzia­dek, na­gle, jak­by się zma­te­ria­li­zo­wał.

Ci­chy ko­cur.

Ja­ko dzie­ciak bał się dziad­ka, szcze­gól­nie kie­dy po­ja­wiał się tak nie­spo­dzie­wa­nie jak re­wol­we­ro­wiec, al­bo gdy wcho­dząc do ła­zien­ki na­ty­kał się na nie­go wpa­tru­ją­ce­go się w lu­stro. Sta­ru­szek nie re­ago­wał, że ktoś wszedł, po pro­stu stał i pa­trzył w swo­je męt­ne oczy. Ad­rian za­sta­na­wiał się wte­dy, co dzia­dek tam wi­dzi, czy w ogó­le coś wi­dzi, czy wy­łą­cza mózg, a wy­cho­dzi z ki­bla, kie­dy w koń­cu za­sko­czy.

– Mhrm – mru­czy na przy­wi­ta­nie.

– Cześć, dzia­dek. Ja­dłeś śnia­da­nie?

– Nie chce – od­po­wia­da i idzie do swo­je­go po­ko­ju.

Kie­dy prze­cho­dzi, Ad­rian czu­je woń spa­le­ni­zny.

Pa­pie­ro­sy? Pa­li na gó­rze pa­pie­ro­sy?

Ale nie jest pe­wien, mo­gło mu się wy­da­wać. Ni­g­dy nie czuł od dziad­ka dy­mu, ale to zro­zu­mia­łe, kie­dy sa­me­mu się pa­li.

Wsta­je od sto­łu i idzie za nim.

– Dzia­dek, po­pa­lasz na gó­rze?

Nie od­po­wia­da, sie­dzi na łóż­ku i pa­trzy w okno, nie zwra­ca na nic uwa­gi.

– Dzia­dek, po­wiedz. Tak z cie­ka­wo­ści py­tam.

– Nic mie nie wol­no, nic mie nie wol­no! – wy­rzu­ca sta­ru­szek.

Mó­wił tak za­wsze, kie­dy bab­cia cze­goś mu za­bra­nia­ła, a za­bra­nia­ła pra­wie wszyst­kie­go. Tyl­ko na strych nie mo­gła się do­stać, w tym jed­nym był nie­złom­ny. Ma bar­dzo ni­ski głos, jak­by pa­lił ca­łe ży­cie, ale Ad­rian ni­g­dy nie wi­dział go z pa­pie­ro­sem. Nie sły­szał też, że­by bab­cia kie­dy­kol­wiek zro­bi­ła o to awan­tu­rę, a ro­bi­ła o by­le co.

– Wszyst­ko ci wol­no. Ja nie bab­cia, rób co chcesz, je­stem cie­kaw po pro­stu.

Pró­bu­je coś wy­czuć, ale czu­je tyl­ko za­pach sta­re­go czło­wie­ka. Chce wró­cić do kuch­ni, ale dzia­dek pod­ry­wa się z łóż­ka i sta­je przed nim. Jest szczu­pły, wzro­stu wnu­ka. Był wyż­szy, jed­nak z wie­kiem czło­wiek się kur­czy.

Ad­rian się wa­ha. Dzia­dek wy­glą­da, jak­by chciał się bić. Pa­trzą so­bie w oczy jak kow­bo­je.

Od­bi­ja mu pal­ma na sta­rość.

– Cze­goś ci trze­ba, zro­bić ci jeść? Masz ocho­tę na pa­rów­kę?

Pa­rów­kie – my­śli, jak on by to po­wie­dział.

– Mhrmrr­rmm – mru­czy w od­po­wie­dzi.

Al­bo war­czy, cięż­ko stwier­dzić.

– Jak bę­dziesz cze­goś chciał, po­wiedz.

Sta­ry wa­riat.

Śnia­da­nie zje­dzo­ne, ka­wa wy­pi­ta w po­ło­wie. Mę­czy go chęć, że­by za­pa­lić. Te­raz za­wsze by­ła na to po­ra.

A kie­dy nie by­ła po­ra? Kre­ty­nie.

Dzia­dek do tej po­ry nie wy­szedł z po­ko­ju.

Co jest?

Sły­chać, że coś ga­da. Ad­rian wsta­je od sto­łu, naj­ci­szej jak mo­że, i pod­cho­dzi do drzwi.

– On nie je go­dzien. Po kie­go on? Prze­cie je sła­by.

Te­raz dzia­dek szep­cze coś nie­wy­raź­nie.

– Nie, on nie je wart mo­jej ro­bo­ty.

Ad­rian od­cho­dzi od drzwi. Ni­g­dy wcze­śniej nie sły­szał, że­by dzia­dek ga­dał do sie­bie.

Kur­de, a jak bę­dzie z nim go­rzej i bę­dzie trze­ba wy­cie­rać mu du­pę al­bo za­cznie rzu­cać we mnie gów­nem?

Od­ga­nia te głu­po­ty. Dzwo­ni te­le­fon.

– Ad­rian prze­pro­wadz­ki, słu­cham.

– Dzień do­bry pa­nu. – Dam­ski głos, ja­kieś czter­dzie­ści lat.

– Dzień do­bry, czym mo­gę słu­żyć?

– Pro­szę pa­na, chcia­ła­bym prze­pro­wa­dzić miesz­ka­nie zna­jo­me­go, na je­go zle­ce­nie, sam nie mo­że, jest za gra­ni­cą, czy to nie pro­blem? – py­ta ko­bie­ta.

– Tyl­ko je­śli wła­ści­ciel nic o tym nie wie.

Ko­bie­ta się za­śmia­ła.

– Czy pan jest po­waż­ny? To mój ser­decz­ny przy­ja­ciel. Brzmię pa­nu jak zło­dziej?

– A ja wiem, jak brzmi zło­dziej? Prze­cież mo­że pa­ni być w tym do­bra.

– Mam klu­cze od miesz­ka­nia, to chy­ba zmie­nia po­stać rze­czy?

– Mo­gła pa­ni buch­nąć klu­cze.

– Ale wte­dy już pan nie ry­zy­ku­je prze­cież.

– No nie. Wy­prę się, że o czym­kol­wiek wie­dzia­łem. – Koń­czy ro­bić so­bie ja­ja i prze­cho­dzi do rze­czy. – Pro­szę po­wie­dzieć, w czym mo­gę po­móc?

– Ale z pa­na nu­mer. Nie­ste­ty zna­jo­my mu­si się wy­pro­wa­dzić i bar­dzo ża­łu­je, że sam nie mo­że te­go zro­bić. Wie pan, jest do tych swo­ich ru­pie­ci bar­dzo przy­wią­za­ny, dla­te­go za­le­ży mi, że­by wszyst­ko prze­wieźć spraw­nie i w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Da się zro­bić?

– Pa­ni ko­cha­na, oczy­wi­ście. Pro­szę po­wie­dzieć, skąd do­kąd i co tam ma­my?

– Miesz­ka­nie jest na par­te­rze w blo­ku na Dział­kach Le­śnych, przy uli­cy Szcze­ciń­skiej. Prze­wo­zi­my rze­czy na Kar­wi­ny Fi­ka­ko­wo, też na par­ter.

– Pro­szę po­dać ad­res Szcze­ciń­skiej.

– Za­raz, nie pa­mię­tam ja­ki to nu­mer, dwa­dzie­ścia trzy chy­ba, ale ja­ki nu­mer miesz­ka­nia? Za chwi­lę spraw­dzę.

– Do­brze. I co ma­my do prze­wie­zie­nia, ile po­koi?

– Tyl­ko dwa po­ko­je. Nie­wie­le.

Ja­sne.

Lu­dzie za­wsze mó­wią nie­wie­le, dwa po­ko­je, je­den, a oka­zu­je się, że sa­mo­chód jest na­bi­ty jak bus uchodź­ca­mi.

– Piw­ni­ca? – py­ta Ad­rian.

– Nie wiem, nie spraw­dza­łam, zna­jo­my mó­wił, że jest tam kil­ka kar­to­nów, spraw­dzę.

– Pro­szę spraw­dzić, to waż­ne. Ile jest du­żych me­bli, szaf, seg­men­tów?

Sły­szy, jak ko­bie­ta wzdy­cha, nie by­ła przy­go­to­wa­na na wy­wiad. Każ­dy my­śli, że to pro­ste, za­dzwo­ni, za­mó­wi sa­mo­chód, ra­chu cia­chu i go­to­we.

– Pa­nie ko­cha­ny, oczy­wi­ście że ma me­ble i to nie by­le ja­kie, z róż­nych czę­ści świa­ta, z Chin, z Afry­ki, z Ja­po­nii – nie­cier­pli­wi się ko­bie­ta.

Z Zan­zi­ba­ru i z Per­nam­bu­co.

– Pew­nie jest i pral­ka, lo­dów­ka?

Sracz i umy­wal­ka.

– No prze­cież. Ale pan py­tań za­da­jesz.

– Pa­ni ko­cha­na, im wię­cej wiem, tym le­piej mo­gę się przy­go­to­wać, przy­je­chać od­po­wied­nim sa­mo­cho­dem – wy­ja­śnia.

– Ro­zu­miem. Raf­cio ma du­żo drob­nych rze­czy, wła­śnie je pa­ku­ję do kar­to­nów. Ma te­go peł­no, bo to po­dróż­nik, wie pan.

– Z każ­dej wy­pra­wy coś przy­wo­zi?

W gło­wie Ad­ria­na po­ja­wia się ob­raz ma­sek, ma­łych i du­żych, afry­kań­skich, in­dyj­skich, kar­na­wa­ło­wych, we­nec­kich, do te­go ca­ła ma­sa rzeźb i fi­gu­rek. Prze­pro­wa­dził mnó­stwo ta­kich miesz­kań.

– Do­kład­nie. Ma spo­rą ko­lek­cję pa­mią­tek z In­dii, tam te­raz jest zresz­tą.

No prze­cież.

– Pro­szę w mia­rę moż­li­wo­ści do­brze to za­pa­ko­wać, że­by nic się nie uszko­dzi­ło.

– Nic się nie mo­że uszko­dzić, za­mor­do­wał­by mnie.

– By­ła­by szko­da, ma pa­ni mi­ły głos.

Ko­bie­ta się śmie­je, roz­luź­ni­ła się na do­bre.

– Pan żar­tu­je, a ja po­waż­nie mó­wię.

– Ja też po­waż­nie, mi­ła pa­ni. Jesz­cze jed­no py­ta­nie i już mó­wię, ile to bę­dzie kosz­to­wa­ło. Ma pa­ni ko­goś do no­sze­nia, czy ży­czy pa­ni so­bie lu­dzi?

– Nie mam ni­ko­go, pro­szę za­brać lu­dzi i dać naj­niż­szą ce­nę.

No prze­cież.

– Sa­mo­chód kosz­tu­je sześć­dzie­siąt zło­ty za go­dzi­nę, dwóch lu­dzi to do­dat­ko­wo trzy­dzie­ści zło­ty, za go­dzi­nę oczy­wi­ście. Nie do­li­cza­my za ki­lo­me­try, bo wszyst­ko jest w ob­rę­bie Gdy­ni. Je­śli ży­czy pa­ni so­bie ra­chu­nek, mu­si­my do­li­czyć do te­go po­da­tek. – Sta­ra się prze­ka­zać to ła­god­nie.

Ci­sza w słu­chaw­ce. Cze­ka, aż ko­bie­ta po­wie, że jesz­cze się za­sta­no­wi, to ty­po­we. Ob­dzwo­ni in­ne fir­my i wy­bie­rze naj­tań­szą, a po­tem bę­dzie płacz, bo naj­tań­sze rzad­ko ozna­cza naj­lep­sze.

– Nie da ra­dy nic ta­niej? – Ko­bie­ta ma na­dzie­ję.

– Pa­ni ko­cha­na, cza­sy są ta­kie, że i tak mu­si być naj­ta­niej. A ta­niej pa­ni za­ła­twi tyl­ko tam, gdzie bę­dą mie­li, za prze­pro­sze­niem, w tył­ku, czy coś się sta­nie, czy nie, al­bo czy coś zgi­nie. U mnie to nie­do­pusz­czal­ne – uświa­da­mia.

– No tak, no tak. Do­brze, to za ile mo­że pan przy­je­chać?

– Dzi­siaj? – Pa­trzy na ze­ga­rek, jest po dzie­wią­tej.

– No tak, ja tu już mam pra­wie po­pa­ko­wa­ne, mo­że nie sły­chać, ale ja lu­bię być po­ukła­da­na i przy­go­to­wa­na. Nie trze­ba być ge­niu­szem, że­by wie­dzieć, że jak bę­dzie do­brze spa­ko­wa­ne, to pój­dzie spraw­nie.

– Cie­szę się bar­dzo, ta­ka klient­ka to skarb. Pro­szę mi dać chwi­lę, wy­dzwo­nię lu­dzi i od­dzwo­nię, do­brze?

– Cze­kam, pa.

Śmiesz­na ba­ba.

Z tym skar­bem mó­wił po­waż­nie. Lu­dzie za­zwy­czaj są w kom­plet­nym prosz­ku, kie­dy przy­jeż­dża­ją na miej­sce, cza­sa­mi do­pie­ro za­czy­na­ją go­rącz­ko­we pa­ko­wa­nie. Przez to są nie­po­trzeb­ne ner­wy, znisz­cze­nia i wy­dłu­ża się ca­ła ak­cja, przez co wię­cej pła­cą. Czę­sto wy­cho­dzą przy tym róż­ne krę­pu­ją­ce sy­tu­acje, jak od­kry­cie po­tęż­ne­go bru­du za szaf­ka­mi al­bo opa­ko­wa­nie po kon­do­mach za so­fą, pam­per­sy, czy za­po­mnia­ne za­baw­ki dla do­ro­słych.

Dzwo­ni do An­drze­ja, wy­so­kie­go, chu­de­go jak tycz­ka i brzyd­kie­go jak Gar­ga­mel. Ma na­dzie­ję, że chło­pa­ki są na stend­ba­ju, o tej go­dzi­nie po­win­ni.

An­drzej nie od­bie­ra.

To łeb, pew­nie zno­wu za­chlał pa­łę.

Je­go mot­to ży­cio­we brzmi: Tu jest Pol­ska i tu się pi­je.

Dzwo­ni do Igo­ra, niż­sze­go od An­drze­ja, też szczu­płe­go, ale ży­la­ste­go i sil­ne­go jak Pa­paj. Przy­jaź­ni się z nim.

Od­bie­ra od ra­zu.

– Cześć sze­fie, co tam?

Nie lu­bi, kie­dy tak do nie­go mó­wi, nie czu­je się żad­nym sze­fem, bo ni­ko­go nie za­trud­nia, ro­bią na czar­no.

– Sie­ma, nie ga­daj do mnie sze­fie, chu­dy pa­ją­ku, bo cię trza­snę. Ma­my ro­bo­tę, dwa po­ko­je z par­te­ru na par­ter.

W gło­wie Igo­ra po­ja­wia się ob­raz wy­ła­do­wa­ne­go po sam dach cię­ża­ro­we­go sa­mo­cho­du, ale „z par­te­ru na par­ter” za­wsze brzmi do­brze, choć cię­żej „zro­bić” go­dzi­ny.

– Na kie­dy? – py­ta.

– Na już. En­dr­ju­sza nie od­bie­ra, pew­nie wczo­raj po­chlał. Za­ła­twię ci za­stęp­stwo, mam na­dzie­ję, że Ma­ras bę­dzie mógł.

– Uro­dzi­ła mu się có­ra, mo­że być cięż­ko, też o kimś po­my­ślę.

– Za­po­mnia­łem, że zo­stał oj­cem.

– W naj­gor­szym ra­zie sam bę­dziesz mu­siał po­no­sić, sze­fun­ciu – śmie­je się Igor.

– Nie bądź ta­ki pręd­ki Mer­ce­des, bo ci za­bio­rę oku­la­ry i nie tra­fisz na sa­mo­chód.

Oku­la­ry Igo­ra przy­po­mi­na­ją świa­tła Mer­ce­de­sa 124.

– Do­bra, jak Ma­ras nie bę­dzie mógł, za­dzwo­nię po ku­zy­na – koń­czy Igor.

– Ok.

Przy­cho­dzi ese­mes, An­drzej dzwo­nił pod­czas roz­mo­wy.

Uff.

Ten chle­jus i łap­ser­dak jest pra­wie tak sa­mo sil­ny, jak pa­jąk Mer­ce­des Igor.

Bro­war do­da­je mu sił.

– Ser­wus Adik, co tam? Dzwo­ni­łeś? – mó­wi An­drzej.

– Sie­ma, ro­bo­ta En­dr­ju, na już, zbie­rzesz du­pę?

– Jak trze­ba.

Jak już od­bie­rze, to za­wsze mo­że. Ad­rian mó­wi co i jak, dzwo­ni do Igo­ra i uma­wia ich na miej­scu za go­dzi­nę, po­tem dzwo­ni do mi­łej pa­ni i ro­bo­ta usta­wio­na.

Na­łóg nie prze­sta­je mę­czyć. Ad­rian ro­bi się nie­spo­koj­ny, nie­przy­jem­nie po­bu­dzo­ny. Ca­łe cia­ło na­pi­na się jak­by w skur­czach, na­ła­do­wa­ne zbyt du­żym na­pię­ciem. Nie wie, co z tym zro­bić.

Za­pa­lić.

Ale te­go nie zro­bi, nie i ko­niec. Czas wy­sko­czyć z błęd­ne­go ko­ła, po­bu­dzić zwę­glo­ną ja­ra­niem wo­lę. Za­ci­ska pię­ści, ma ocho­tę w coś grzmot­nąć, ale prze­cież to idio­tyzm. Na do­da­tek są­siad zno­wu za­czął pi­ło­wać drew­no.

– No co za łeb! Co on, nie pra­cu­je?

Uspo­kój się, sku­pisz się na ro­bo­cie, ru­szaj się, szyb­ko się ru­szaj, roz­ła­du­jesz to.

Dziś fak­tycz­nie przy­da­ło­by się po­dźwi­gać gra­ty, nie tyl­ko ukła­dać na pa­ce. Czu­je, że bę­dzie tym ra­zem bar­dzo po­moc­ny.

Ka­wa wy­sty­gła, ja­koś dzi­siaj nie sma­ku­je. Wy­le­wa le­d­wie upi­tą do zle­wu i zbie­ra się do wyj­ścia. Idzie jesz­cze do dziad­ka. Ten sie­dzi na łóż­ku i pa­trzy w okno. Nic już nie ga­da.

O czym on tak my­śli, prze­cież nie o bab­ci?

– Dzia­dek, za kim tak tę­sk­nisz, za bab­cią, czy ja­kąś li­sicz­ką z prze­szło­ści?

Ze­ro re­ak­cji.

– Wy­cho­dzę do ro­bo­ty. Po­ra­dzisz so­bie? Ilo­na pew­nie nie­dłu­go wró­ci ze szko­ły, to zro­bi ci jeść.

Dzia­dek wy­da­je z sie­bie ja­kiś cięż­ki do okre­śle­nia dźwięk. Jest te­raz w swo­im świe­cie, na­wet za do­brze nie sły­szy wnu­ka.

– Co? – py­ta Ad­rian.

Dzia­dek mil­czy.

Ech – re­zy­gnu­je.

– Do­bra, idę.

Idzie po sa­mo­chód. Weź­mie dziś Ma­na, bu­da ma trzy­dzie­ści me­trów sze­ścien­nych, wy­star­czy na dwa po­ko­je, na­wet peł­ne gra­tów. Ła­twiej się nim ma­new­ru­je i ma hy­drau­licz­ną ram­pę. Jest jesz­cze Mer­ce­des, któ­ry żło­pie ro­pę jak smok. Ten ma pra­wie sześć­dzie­siąt me­trów po­jem­no­ści za­ła­dun­ko­wej, ale uży­wa go tyl­ko do du­żych prze­pro­wa­dzek ca­łych do­mów.

Oba sa­mo­cho­dy trzy­ma nie­da­le­ko, na osie­dlo­wym par­kin­gu.

To jest wersja demonstracyjna.
Wszystkie rozdziały znajdziesz w pełnej wersji e-booka
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: