Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Zaklęty dwór - ebook

Rok wydania:
2011
Ebook
0,00 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Zaklęty dwór - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 545 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I OR­GA­NI­ŚCI­NA

Naj­więk­szy czło­wiek na­sze­go wie­ku uty­ski­wał w pew­nych chwi­lach, że nie jest swym wła­snym wnu­kiem, nas, bied­nych po­wie­ścio­pi­sa­rzy, wca­le prze­ciw­ne tra­pi za­chce­nie, my zno­wu nie mo­żem się po­cie­szyć, że nie je­ste­śmy swy­mi wła­sny­mi dziad­ka­mi, że przy­najm­niej o jed­no stu­le­cie wcze­śniej nie przy­szli­śmy na świat. Za trud­ne jest dzi­siaj na­sze sta­no­wi­sko, za cięż­kie za­da­nie!

– Po­wieść dzi­siej­sza – pi­sze je­den z no­wo­cze­snych es­te­ty­ków nie­miec­kich – choć­by prócz za­ba­wy żad­nych in­nych nie mia­ła ce­lów, musi opły­wać w wszel­kie cu­dow­ne bar­wy i bla­ski fan­ta­zji, jak baj­ka z Ty­siąc i jed­nej nocy, a tchnąć przy tym praw­dą i na­tu­ral­no­ścią, jak sama naj­pow­szech­niej­sza rze­czy­wi­stość; musi nam co chwi­la od­sła­niać nowe, nie zna­ne do­tych­czas stro­ny du­szy i ser­ca ludz­kie­go i co chwi­la do no­wych ja­kichś nie­prze­wi­dzia­nych pro­wa­dzić re­zul­ta­tów; ale w tym wszyst­kim po­win­na opie­rać się na jak naj­więk­szej pro­sto­cie uczu­cia, na jak naj­ogól­niej­szych praw­dach psy­cho­lo­gicz­nych, zro­zu­mia­łych dla każ­de­go, a wol­nych od wszel­kich ry­sów wy­jąt­ko­wych. W ta­kim tyl­ko ra­zie zdo­ła mniej wię­cej od­po­wie­dzieć swe­mu za­da­niu.

Ależ nie na tym jesz­cze ko­niec trud­no­ści. Pół bie­dy, by jesz­cze prze­wal­czyć te i tym po­dob­ne wy­ma­ga­nia, byle tyl­ko przy dzi­siej­szym roz­bu­ja­niu po­wie­ści nie tak trud­no przy­cho­dzi­ło za­cho­wać od szwan­ku re­pu­ta­cję wła­snej twór­czo­ści.

Po­wieść na­sza, acz tak ogrom­nie roz­mo­gła się ostat­ni­mi cza­sy, w tak cia­snych prze­cie tkwi jesz­cze ra­mach, że bied­ne­mu po­wie­ścio­pi­sa­rzo­wi trud­no krok zro­bić, aby za­raz nos w nos nie ze­tknąć się z dzie­się­cią po­przed­ni­ka­mi lub mimo chę­ci, wie­dzy i woli nie po­trą­cić łok­ciem któ­re­goś z spół­cze­snych ko­le­gów.

I ani się nie­raz spo­strze­że, że ukła­da­jąc i kom­bi­nu­jąc zu­peł­nie nowe i ory­gi­nal­ne w wła­snym prze­ko­na­niu cha­rak­te­ry, rysy, sy­tu­acje, ko­li­zje i pe­ry­pe­cje spo­łe­czeń­skie, po­wta­rza tyl­ko za kimś in­nym jak za pa­nią mat­ką pa­cierz, czy­li ra­czej, że two­rząc naj­ory­gi­nal­niej w wła­snym prze­świad­cze­niu, od­ży­wa tyl­ko naj­nie­zręcz­niej w rze­czy­wi­sto­ści. Ani wie też czę­sto, że za­miast nowe na­pi­sać dzie­ło, zło­żył tyl­ko nowy ob­raz z sta­rych ka­lej­do­sko­picz­nych fa­ta­łasz­ków, ukle­cił nową ca­łość z daw­nych, sto­kroć zu­ży­tych czą­stek skła­do­wych, jak gdy­by po­mi­mo­wol­nym ob­szer­nym ko­men­ta­rzem chciał do­ku­ment­nie stwier­dzić sło­wa Go­ethe­go:

Wer könnt was Klu­ges, wer was Dum­mes den­ken,

Was nicht ein An­drer schon vor ihm ge­dacht?

– Ależ do cze­góż to wszyst­ko mie­rzy? – za­py­tasz może, czy­tel­ni­ku. – Maż to być re­kla­ma dla wła­snej po­wie­ści czy po­kor­ne przy­zna­nie się do wła­sne­go bra­ku ory­gi­nal­no­ści?

O, bądź spo­koj­nym, ani jed­no, ani dru­gie! Je­śli już mamy mó­wić z sobą po otwar­tej szcze­ro­ści, a ra­czej otwar­to­ści, to wie­rzaj mi, że do wszyst­kich tych sto­sow­nych czy nie­sto­sow­nych uwag i eks­pek­to­ra­cji na­pro­wa­dził mię tyl­ko zły hu­mor, iż chcąc nie chcąc mu­szę ni­niej­szą po­wieść moją za­czy­nać w karcz­mie, tym naj­pow­szech­niej­szym miej­scu po­wie­ścio­wych scha­dzek i wszel­kich w ogó­le spo­tkań umyśl­nych i przy­pad­ko­wych.

Lecz, nie­ste­ty, Bóg świad­kiem, że nie mo­głem po­stą­pić in­a­czej. A to przy­najm­niej zo­sta­je mi po­cie­sze­nie, że karcz­ma moja, jak po­spo­li­te miej­sce za­jąć musi w po­wie­ści, tak wca­le nie­po­spo­li­tą rolę od­gry­wa­ła w rze­czy­wi­sto­ści.

Po­ło­żo­na przy bi­tym go­ściń­cu, o ćwierć mili za małą wio­ską Ry­czy­cho­wą, cała mu­ro­wa­na i po­bi­ta gon­tem, jak­by umyśl­nie dla­te­go tyl­ko wy­su­nę­ła się tuż na samo roz­dro­że, mię­dzy ob­wód sam­bor­ski i prze­my­ski, aby za­rów­no po obu­dwu roz­sła­wić się stro­nach.

I w sa­mej rze­czy, w ca­łym Sam­bor­skiem i Prze­my­skiem nie­wie­le szcze­gól­nych na­li­czył­byś za­kąt­ków, gdzie by bog­daj z imie­nia nie zna­li ry­czy­chow­skiej karcz­my, bog­daj ze sły­chu nie umie­li coś po­wie­dzieć o jej czci­god­nym aren­da­rzu. Karcz­ma i aren­darz two­rzy­li tu zresz­tą, jak nig­dzie, jed­ną nie­roz­dziel­ną ca­łość, że nie­po­dob­na by so­bie ani po­my­śleć jed­no bez dru­gie­go: kto­kol­wiek za­pa­mię­tał karcz­mę, mu­siał za­raz przy­po­mnieć so­bie i gar­ba­te­go Cha­ima, zwa­ne­go "Or­ga­ni­stą"; bo nim jesz­cze bu­dy­nek sta­nął pod gon­tem, on już roz­parł w nim swój szynk­was, roz­ta­so­wał swe garn­ce, flasz­ki, kwar­ty i kwa­tyr­ki i prze­chrzciw­szy przy­szłą sie­dzi­bę od sie­bie "Or­ga­ni­ści­ną", szyn­ko­wał w niej po dzień dzi­siej­szy, a szyn­ko­wał z bez­przy­kład­nym w oko­li­cy po­wo­dze­niem.

Mo­głeś prze­jeż­dżać tam­tę­dy we dnie czy w nocy, w po­wsze­dnią czy świą­tecz­ną, jar­marcz­ną czy od­pu­sto­wą dobę, za­sta­łeś za­wsze tłum­no i peł­no w sie­niach i przed za­jaz­dem, lud­no i gwar­no w szyn­kow­ni i w al­kie­rzu.

Gar­ba­ty Or­ga­ni­sta, jak Bóg wie skąd swój nie­wła­ści­wy wziął przy­do­mek, tak Bóg wie jaką szcze­gól­ną siłą ta­jem­ni­czą umiał przy­wa­biać so­bie go­ści, jed­nać przy­ja­ciół i ła­skaw­ców i oso­bliw­szą na wszyst­kich wy­wie­rać po­nę­tę.

Ża­den bry­karz, so­larz, ma­ziarz, ża­den w ogó­le wóz z oko­li­cy nie prze­je­chał pew­no po­pod okna ry­czy­chow­skiej karcz­my, nie za­trzy­maw­szy się bog­daj na chwi­lę u jej wrót, nie po­mó­wiw­szy bog­daj kil­ka słów z aren­da­rzem.

Gar­ba­ty Or­ga­ni­sta, wy­la­ny na wszyst­kich usłu­gi, nig­dy na go­dzi­nę nie opu­ścił domu, za­wsze w każ­dej do­bie i po­rze moż­na było go za­stać go­to­wym i ocho­czym do roz­mo­wy, a co głów­na, za­wsze w naj­we­sel­szym pod słoń­cem uspo­so­bie­niu.

A kto­kol­wiek w dłuż­szą za­pu­ścił się z nim roz­mo­wę, mógł do­my­śleć się po tro­szę, dla­cze­go ry­czy­chow­ska karcz­ma, nie ma­jąc ani miar lep­szych, ani trun­ków tań­szych i do­sko­nal­szych jak inne karcz­my, tak roz­gło­śnej wzdłuż i wszerz uży­wa­ła re­pu­ta­cji i tak świet­nym cie­szy­ła się po­wo­dze­niem.

Gar­ba­ty Or­ga­ni­sta obok wód­ki, piwa, mio­du i dal­szych tym po­dob­nych ar­ty­ku­łów han­dlo­wał jesz­cze in­nym, wyż­sze­go rzę­du spi­ry­tu­sem, któ­ry mu po­dob­no naj­więk­sze ze wszyst­kich przy­no­sił zy­ski; po­sia­dał żywy i by­stry dow­cip i co głów­na, umiał za­wsze w jak naj­lep­szy użyć go spo­sób.

Na­le­ży to do naj­zwy­klej­szych nie­szczęść wszyst­kich lu­dzi dow­cip­nych, że jak ła­two jed­na­ją so­bie przy­ja­ciół i wiel­bi­cie­li, tak nie­rów­nie ła­twiej jesz­cze ścią­ga­ją so­bie na kark wro­gów i prze­ciw­ni­ków.

Nasz Or­ga­ni­sta był naj­zu­peł­niej­szym z tej re­gu­ły wy­jąt­kiem. Dow­cip jego mno­żył mu co­dzien­nie przy­ja­ciół, a nig­dzie i nig­dy nie wznie­cił nie­na­wi­ści. Bo też nikt inny nie umiał zręcz­niej od nie­go za­sto­so­wać się w jed­nym mgnie­niu oka do na­tu­ry i uspo­so­bie­nia tego, z kim mó­wił.

Gar­ba­ty Or­ga­ni­sta był in­a­czej dow­cip­ny z chło­pem, in­a­czej z prze­cho­dzą­cym ma­ło­miesz­cza­ni­nem lub szlach­ci­cem cho­dacz­ko­wym, in­a­czej z pry­wat­ny­mi ofi­cja­li­sta­mi, a spie­szą­cy­mi na we­se­la i od­pu­sty po­pa­dian­ka­mi. Wszyst­kich ra­zem i każ­de­go z osob­na po­tra­fił za­ba­wić na umór, a choć z czę­sta gę­sta i ja­kieś uszczy­pli­we wy­mknę­ło mu się słów­ko, to pa­da­ło ono za­wsze na karb ko­goś nie­obec­ne­go. Prze­bie­gły Żyd jak ognia uni­kał w oczy wszyst­kich uszczy­pli­wo­ści, a jak­by in­stynk­tem od­ga­dy­wał za­wsze, co i kie­dy na­le­ży po­mi­nąć. Kie­dy, by­wa­ło, roz­siadł się mię­dzy chło­pa­mi, pra­wił im cuda o tym sław­nym z ba­śni gmin­nych Iwa­nie, co nie­wy­czer­pa­ny w swej prze­bie­gło­ści, tyle uciesz­nych psot na­pła­tał Ży­dom, tak zręcz­nie za­wsze wy­wi­nął się z kło­po­tu, a w za­sta­wia­ne so­bie si­dła tak chy­trze chwy­tał swych wła­snych prze­śla­dow­ców.

Z spie­szą­cym na ter­min są­do­wy szlach­ci­cem cho­dacz­ko­wym Or­ga­ni­sta z in­nej czer­pał becz­ki. Przy­ta­czał roz­licz­ne uciesz­ne dyk­te­ryj­ki z ostat­nich prak­tyk sej­mi­ko­wych, opo­wia­dał o nie­daw­nych za­wo­ła­nych w oko­li­cy rę­baj­łach i bi­bu­łach, a na za­koń­cze­nie do­da­wał za­wsze ja­kąś cie­ka­wą aneg­dot­kę praw­ni­czą, ja­kiś za­baw­ny for­tel pie­niac­ki.

Kie­dy śród dro­gi na któ­ryś z są­sied­nich jar­mar­ków za­go­ści­li do "Or­ga­ni­ści­ny" ma­ło­miesz­cza­nie z po­bli­skich mia­ste­czek, Or­ga­ni­sta inny zno­wu tok nada­wał ga­węd­ce. Przed sta­ro­miej­ski­mi ba­ra­nia­rza­mi drwił z szew­ców sta­ro­pol­skich, przed ra­dy­mień­ski­mi po­wroź­ni­ka­mi wy­szy­dzał dow­cip­nie kru­kie­nic­kich ku­śnie­rzy, przed dro­ho­byc­ki­mi ce­bu­la­rza­mi opo­wia­dał nie­stwo­rzo­ne rze­czy o ko­ma­rzań­skich sa­dow­ni­kach i tak na od­wrót, za­wsze jed­nak jed­ni i dru­dzy uba­wi­li się jak naj­le­piej, a wra­ca­jąc nie po­mi­nę­li­by za nic w świe­cie "Or­ga­ni­ści­ny".

Dla prze­jeż­dża­ją­cych ofi­cja­li­stów pry­wat­nych miał Or­ga­ni­sta za­pas aneg­do­tek o dzi­wac­twach oko­licz­nych pa­nów, zaś pa­nów roz­śmie­szał dow­cip­ny­mi kra­dzie­ża­mi i oszu­stwa­mi ofi­cja­li­stów, jed­nym sło­wem, wszyst­kich ba­wił wy­bor­nie, a wszyst­kich w inny spo­sób.

Po­znaw­szy z tej stro­ny gar­ba­te­go Or­ga­ni­stę, ła­twiej już do­my­ślać się, cze­mu to karcz­ma jego tak świet­ne za­wdzię­cza­ła po­wo­dze­nie.

Ale czas by wresz­cie zaj­rzeć do niej do środ­ka. W izbie szyn­kow­nej pa­nu­je nie­sły­cha­ny ha­łas i wrza­wa. Na po­po­łu­dnio­wą po­ga­dan­kę świą­tecz­ną ze­szła się cała gro­ma­da ry­czy­chow­ska do „Or­ga­ni­ści­ny” i za­ję­ła od koń­ca do koń­ca głów­ny stół, co od przy­tu­lo­ne­go pod drzwia­mi szynk­wa­su cią­gnął się aż po prze­ciw­le­głą ścia­nę.

Na głów­nym miej­scu oczy­wi­ście roz­parł się wójt z na­le­ży­tą po­wa­gą, za nim rzę­dem po­dług wie­ku i mie­nia cel­niej­si za­sie­dli go­spo­da­rze. Gar­ba­ty Or­ga­ni­sta z zwich­nię­tą na ba­kier jar­muł­ką, z swym jed­no­staj­nym za­wsze, na poły do­bro­dusz­nym, na poły szy­der­czym uśmie­chem na ustach, snu­je się z miej­sca na miej­sce i wnet temu, wnet owe­mu z spo­rej bla­sza­nej przy­le­wa ma­nier­ki. Już to po swo­im zwy­cza­ju dla wszyst­kich jest nie­zmier­nie uprzej­my, ale szcze­gól­niej­szą ja­kąś cześć i uwa­gę po­świę­ca czło­wie­ko­wi, co tuż przy boku wój­ta sie­dzi za sto­łem, a wła­ści­wie zda­je się rej wo­dzić w zgro­ma­dze­niu. Wszy­scy słu­cha­ją bacz­nie na jego sło­wa i jak się zda­je, ra­czą się jego trak­ta­men­tem.

Z tym wszyst­kim wi­dać z jego stro­ju i po­wierz­chow­no­ści, że nie na­le­ży wca­le do gro­ma­dy.

Jest to nie­mło­dy już, sil­nej i krę­pej bu­do­wy czło­wiek, w czar­nym okrą­głym ka­pe­lu­szu na gło­wie i krót­kiej, sze­ro­kim rze­mie­niem prze­pa­sa­nej sier­mię­dze zwy­czaj­ne­go sza­re­go ko­lo­ru.

Małe, czar­ne pla­my mazi roz­sia­ne hoj­nie po twa­rzy, rę­kach i ca­łej odzie­ży każą się do­mnie­my­wać w nim jed­ne­go z owych wiej­skich prze­my­słow­ców, co jed­no­kon­nym wóz­kiem z nie­wiel­kim za­pa­sem swe­go to­wa­ru prze­cią­ga­ją od­le­glej­sze od mia­ste­czek uli­ce.

Rze­czy­wi­ście, "kum Dmy­tro", tak go wszy­scy na­zy­wa­ją, był prze­jeż­dża­ją­cym ma­zia­rzem, ale bar­dzo do­brze zna­nym i na­der czę­sto wi­dy­wa­nym w tych stro­nach. Znać tu już po sa­mej po­ufa­ło­ści, z jaką nie­mal z wszyst­ki­mi bez wy­jąt­ku tyka so­bie go­spo­da­rza­mi, że nie pierw­szy raz ma za­szczyt ra­czyć swym kosz­tem ry­czy­chow­ską gro­ma­dę.

W tej chwi­li coś wiel­ce waż­ne­go pra­wi zgro­ma­dzo­nym go­spo­da­rzom, bo wszy­scy tak pil­nie i uważ­nie wle­pi­li weń oczy, jak gdy­by pra­gnę­li po­chwy­cić i zro­zu­mieć każ­de sło­wo, za­nim mu jesz­cze z ust wy­pad­nie.

Kum Dmy­tro z ja­kimś oso­bli­wym roz­pra­wia fer­wo­rem i na­ci­skiem:

– Nic dar­mo nie ma na świe­cie! Bóg, coć prze­cie hoj­ność naj­wyż­sza, nie przy­rzekł nam dar­mo szczę­ścia ani za ży­cia, ani po śmier­ci. Zie­mia nie żywi nas dar­mo, wszyst­ko mu­si­my oku­py­wać ta­niej lub dro­żej, ła­twiej lub trud­niej Wy by­ście jed­nak wszyst­ko chcie­li dar­mo do­rzu­cił po chwi­li i pię­ścią w stół ude­rzył, a po­tem z nie­chę­cią ka­pe­lusz zrzu­cił z gło­wy.

Te­raz do­pie­ro moż­na le­piej przy­pa­trzyć się jego twa­rzy, a twarz ta oso­bliw­szy ja­kiś przed­sta­wia wy­raz. Dość raz na nią rzu­cić okiem, a nie tak ła­two wy­pad­nie z pa­mię­ci. Gę­sty, krót­ko ostrzy­żo­ny, czar­ny­mi pla­ma­mi mazi okry­ty za­rost bro­dy po­zo­sta­wia tyl­ko małą wol­ną prze­strzeń oko­ło nosa i oczu, któ­re pod ni­skim, wy­pu­kłym czo­łem bie­ga­ją, ru­chli­we i nie­spo­koj­ne, że nie­po­dob­na żad­ną mia­rą od­gad­nąć ich bar­wy. Nos za­dar­ty w górę z sze­ro­ko roz­war­ty­mi noz­drza­mi na­da­je ca­łej fi­zjo­no­mii pe­wien wy­raz dzi­kiej na­mięt­no­ści, pod­czas kie­dy szcze­gól­nie ufor­mo­wa­na czasz­ka i sil­nie za­ci­śnię­te usta zda­ją się świad­czyć o nie­po­spo­li­tej ener­gii i sile du­cha.

Ostat­nie sło­wa jego spra­wi­ły wiel­kie wra­że­nie na ca­łym zgro­ma­dze­niu. Sam wójt, Iwan Chu­do­ba, po­su­nął za­ma­szy­stą czap­kę ba­ra­nią z le­we­go ucha na pra­we i ode­zwał się z nie­ja­kim wa­ha­niem:

– Tać nie ma co mó­wić, ku­mie Dmy­trze, ma­cie słusz­ność. Ale my nie chce­my by­najm­niej dar­mo, nie wie­my tyl­ko, co ro­bić.

– Kto nie wie, po­wi­nien się do­wie­dzieć – od­parł ma­ziarz krót­ko.

– A u kogo? – za­py­tał wójt da­lej.

Ma­ziarz po­tarł ręką po czo­le.

– U kogo? – po­wtó­rzył po chwi­li. – U sie­bie sa­me­go, u wła­sne­go su­mie­nia i ro­zu­mu.

– Hm – wy­ce­dził wójt, nie ze wszyst­kim za­do­wo­lo­ny.

– Mó­wi­cie, ku­mie, jak­by­ście za­da­wa­li za­gad­ki – ozwał się z boku dzie­sięt­nik, My­ki­ta Tan­da­ra, naj­pierw­szy mu­dra­hel w gro­ma­dzie.

Ma­ziarz za­my­ślił się cze­goś.

– Nie czas jesz­cze – szep­nął po chwi­li jak­by sam do sie­bie.

– Jak to nie czas jesz­cze? – za­py­tał wójt.

– Nie czas jesz­cze, abym ja wam roz­wią­zy­wał za­gad­ki, kie­dy sami nie umie­cie.

– Hm – wy­bąk­nął wójt na nowo.

Ma­ziarz spoj­rzał na­gle do okna, jak­by ko­goś nie­cier­pli­wie wy­glą­da­jąc, po­tem po­chy­lił gło­wę na pier­si i bęb­niąc pal­ca­mi po sto­le, ode­zwał się po krót­kim na­my­śle jak­by od nie­chce­nia:

– Do­ma­ga­cie się wiel­kiej ulgi, wiel­kiej ła­ski, wiel­kie­go po­da­run­ku od lu­dzi, któ­rych nie­na­wi­dzi­cie,któ­rym zło­rze­czy­cie.

– Ba, al­boż mo­że­my in­a­czej? – po­de­rwał od sza­re­go koń­ca daw­ny po­lo­wy dwor­ski, Hryć We­nczur.

Ma­ziarz nie­cier­pli­wie za­bęb­nił po sto­le.

– Ot, ciem­no wam w gło­wie i kwi­ta. Nie są­dzi­cie nic z ro­zu­mu, na wszyst­ko pa­trzy­cie we­dług po­zo­ru. Po­krzyw­dzi was łotr man­da­ta­riusz, dzie­dzic wi­nien, uci­śnie nie­cno­ta eko­nom, dzie­dzic wi­nien.

– Ho, ho! – prze­rwał ja­kiś po­nu­re­go ob­li­cza, nie­mło­dy już chłop, od sza­re­go koń­ca. – Mu­si­cie nie­ma­ło za maź tar­go­wać od pa­nów, kie­dy tak za­wsze sta­je­cie po ich stro­nie.

Ma­ziarz zmarsz­czył czo­ło, chciał coś pręd­ko od­po­wie­dzieć, ale po­wstrzy­mał się na­gle. Mach­nął tyl­ko ręką i ob­ra­ca­jąc się ku szynk­wa­so­wi za­wo­łał żywo i we­so­ło:

– Jesz­cze gar­niec wód­ki, pa­nie Or­ga­ni­sto!

– Ho, ho, co ro­bi­cie, ku­mie Dmy­trze – upo­mi­nał ten i ów u sto­łu, lubo wszy­scy z za­do­wo­le­niem po­ru­szy­li się na swych ła­wach.

– At, żeby nie znać li­cha! Jesz­cze po kie­li­szecz­ku, pa­no­wie gro­ma­da!

– Ta! – przy­zwa­lał wójt z po­waż­nym uśmie­chem za sie­bie i całą gro­ma­dę.

Nowy kie­lich szyb­ko wo­ko­ło sto­łu obiegł ko­lej.

– Wa­sze zdro­wie, ku­mie Dmy­trze – po­wta­rzał je­den go­spo­darz po dru­gim, wy­chy­la­jąc dusz­kiem bla­sza­ną miar­kę.

Kum Dmy­tro zno­wu za­my­ślił się głę­bo­ko, a cza­sa­mi ukrad­kiem wy­zie­rał przez okno.

– Czy ocze­ku­je­cie kogo, ku­mie? – za­py­tał My­ki­ta Tan­da­ra.

– Nie, pa­trzę tyl­ko, czy wy­so­ko słoń­ce na nie­bie, dziś jesz­cze mu­szę je­chać da­lej – od­parł obo­jęt­nie.

– Je­dzie­cie i nic nam już nie po­wie­cie? – ozwał się wójt z nie­ja­kim ubo­le­wa­niem.

– A cóż wam mam mó­wić, kie­dy mi wie­rzyć nie chce­cie?

– Ach! – tłu­ma­czył się urzęd­nik gro­madz­ki, jak­by na pół ob­ra­żo­ny tym wy­rzu­tem.

Ma­ziarz po­tarł ręką po czo­le, a oko dziw­nym ja­kimś za­lśni­ło mu bla­skiem.

– Cóż chce­cie? – rzekł po chwi­li z prze­ko­ny­wa­ją­cym na­ci­skiem – wierz­cie albo nie wierz­cie, ale po­wia­dam wam na su­mie­nie, że od was tyl­ko za­le­ży, aby od dziś za rok nikt w ca­łym kra­ju nie znał pańsz­czy­zny.

Cała gro­ma­da wy­da­ła je­den tyl­ko wy­krzyk ra­do­sne­go zdzi­wie­nia, po­mie­sza­ne­go z pew­nym nie­do­wie­rza­niem.

– Ba, ba! – za­wo­łał wójt i w znak ra­do­ści czap­kę za­su­nął na sam tył wy­go­lo­nej gło­wy.

– Pan Bóg by z was mó­wił – ozwał się licz­ny chór.

Ma­ziarz, jak­by się na­gle cze­goś za­wa­hał, sparł gło­wę na ra­mie­niu, przy­mru­żył na pół oczy i za­ko­ły­sał się cały, jak­by go tru­nek roz­bie­rał.

– Ale – po­de­rwał na­gle co­kol­wiek zmie­nio­nym gło­sem – pie­czo­ne go­łąb­ki nie lecą same do gąb­ki! Jak się i wy do tego z swej wła­snej nie przy­ło­ży­cie stro­ny, to fur­da z wszyst­kie­go!

– A jak­że to ro­zu­mie­cie, ku­mie? – za­py­tał wójt wra­ca­jąc do daw­nej urzę­do­wej po­wa­gi, od któ­rej nig­dy nie lu­bił od­stę­po­wać.

Kum Dmy­tro za­ko­ły­sał się zno­wu.

– Kie­dy mi się ja­koś w gło­wie krę­ci – za­beł­ko­tał na­raz.

– Tak pręd­ko! – prze­jął z ubo­le­wa­niem przy­sięż­ny, Jan Ma­kar, naj­sil­niej­sza gło­wa w gro­ma­dzie.

– Po­cze­kaj­cie! – za­wo­łał – opo­wiem wam baj­kę. Słu­chaj­cie tyl­ko do­brze.

W tym mo­men­cie drzwi z ło­sko­tem roz­war­ły się na ścię­żaj, a do izby szyn­kow­nej wszedł gość nowy.

Ma­ziarz utknął w mo­wie i uważ­nie wpa­try­wał się w nowo przy­by­łe­go. Za jego przy­kła­dem po­szli i wszy­scy inni i na­gle ci­cho zro­bi­ło się w szyn­kow­ni.

Bo też nowo przy­by­ły nie miał nic wspól­ne­go z resz­tą obec­nych go­ści, a miał na so­bie strój, któ­ry w cza­sach pańsz­czyź­nia­nych do po­mi­mo­wol­ne­go chło­pa zmu­szał sza­cun­ku. Był to wca­le mło­dy jesz­cze męż­czy­zna, ubra­ny z wa­sze­cia, z gru­bą la­ską sę­ka­tą w ręku i nie­wiel­kim za­wi­niąt­kiem na ple­cach. Moż­na by my­śleć, że ja­kiś szu­ka­ją­cy służ­by eko­nom lub le­śni­czy.

Sam wi­dok ta­kie­go czło­wie­ka na­pa­wał chło­pa w owych cza­sach pew­nym ro­dza­jem nie­uf­no­ści i od­ra­zy. To­też wca­le na­tu­ral­na ci­sza na­sta­ła na­gle w szyn­kow­ni i sam ma­ziarz za­milkł śród mowy, zwłasz­cza że tym ra­zem tak fi­zjo­no­mia, jak cała po­wierz­chow­ność nowo przy­by­łe­go, nie­wiel­kim w ogó­le mo­gła przej­mo­wać za­ufa­niem.

Nie­zwy­czaj­nie sil­nej i krę­pej bu­do­wy, nie­zna­jo­my miał na so­bie strój bar­dzo li­chy i wy­sza­rza­ły, a każ­da osob­na część ubra­nia wy­da­wa­ła się jak­by zdar­ta z kogo in­ne­go. Zie­lo­na, wy­pło­wia­ła, po szy­ję za­pię­ta kurt­ka za krót­ko się­ga­ła mu w rę­ka­wach, a za to zno­wu gru­be suk­nia­ne pan­ta­lo­ny aż kil­ko­ma na­raz fał­da­mi zwi­sły po nie­zgrab­nych, ru­da­wych bu­tach, z któ­rych je­den za­pięt­kiem wy­biegł na lewo, a dru­gi przy­szwą da­le­ko wy­chy­lił się na pra­wo.

Czar­na su­kien­na czap­ka z od­dar­tym na pół dasz­kiem spa­da­ła mu aż gdzieś na kark i z na­tu­ry zu­chwa­łej już fi­zjo­no­mii nada­wa­ła wy­raz wię­cej jesz­cze awan­tur­ni­czy i wy­zy­wa­ją­cy.

Zda­wa­ło się, że nie­zna­jo­my każ­dym swo­im spoj­rze­niem, każ­dym kro­kiem i ru­chem szu­ka tyl­ko ko­goś, z kim by się dało wsz­cząć bur­dę i komu by po­tęż­ne­go guza moż­na na­bić przy lada oka­zji.

Kie­dy wszedł do szyn­kow­ni, po­wiódł do­ko­ła wzgar­dli­wym i uśmiech­nię­tym wzro­kiem, czap­kę jesz­cze za­su­nął w tył i przy­stę­pu­jąc z wol­na do szynk­wa­su zro­bił zro­zu­mia­ły znak Ży­do­wi.

Or­ga­ni­sta ski­nął gło­wą z uśmie­chem i tuż za­raz peł­ny kie­li­szek wy­su­nął zza kra­tek. Nie­zna­jo­my się­gnął ręką nie­dba­le, wy­próż­nił do dna spo­rą miar­kę i krząk­nął z taką siłą, że aż kie­lisz­ki za­drża­ły na szynk­wa­sie.

– Re­pe­ta­tur? – za­py­tał Or­ga­ni­sta, któ­ry cza­sem lu­bił tak­że po­pi­sy­wać się ła­ci­ną.

Nie­zna­jo­my ski­nął gło­wą na znak przy­zwo­le­nia, a po dru­gim kie­lisz­ku jesz­cze sil­niej krząk­nął niż po pierw­szym.

– Ja­koś to mó­wią omne tri­num per­fec­tum – za­gad­nął zno­wu Or­ga­ni­sta.

– Pal cię dia­bli, da­waj! – od­parł nie­zna­jo­my sil­nym, ba­so­wym gło­sem i zno­wu dusz­kiem trze­cią wy­chy­lił miar­kę.

Ale Or­ga­ni­sta nie tak pręd­ko zwykł prze­ry­wać toku swo­ich przy­po­wie­ści.

– No, a te­raz – ozwał się zno­wu z fi­glar­nym uśmie­chem – po mo­ich wła­snych wir­szów: Wy­pi­je czwar­ty – kto nie­upar­ty.

Nie­zna­jo­my uśmiech­nął się od nie­chce­nia.

– Cóż to! Ty i wier­sze ro­bisz? – za­py­tał.

– O tak, pa­nie, dla lep­sze­go sza­chraj­stwo! Ale je­go­mość musi być z da­le­ka, kie­dy o tym nie wie! – pod­chwy­cił Żyd z swym nie­zmien­nym nig­dy uśmie­chem.

– I dia­blo z da­le­ka, mój brat­ku! Aż z Sied­mio­gro­du!

– Owa! fiu, fiu! – wy­bąk­nął Or­ga­ni­sta po­ki­wu­jąc gło­wą.

– Ależ na­resz­cie sta­ną­łem już na miej­scu! – wy­sa­pał z peł­nej pier­si nie­zna­jo­my, mó­wiąc wię­cej do sie­bie.

– Jak to, tu­taj? – za­py­tał Or­ga­ni­sta i mi­mo­wol­nie cof­nął się krok w tył.

– Tu­taj, w tych stro­nach – od­parł i na­gle ob­ra­ca­jąc się ku sto­łu, gdzie sie­dział ma­ziarz na cze­le ry­czy­chow­skiej gro­ma­dy, za­wo­łał gło­śno, jak­by chciał prze­stra­szyć wszyst­kich:

– Hej, da­le­ko jesz­cze do Żwi­ro­wa?

– Do Żwi­ro­wa? – za­wo­łał ma­ziarz, na któ­rym za­py­ta­nie to ja­kieś szcze­gól­niej­sze wy­war­ło wra­że­nie, bo aż po­rwał się z miej­sca i z dziw­ną uwa­gą wpa­try­wał się w nie­zna­jo­me­go.

– Ile mil jesz­cze? – py­tał po­dróż­ny roz­ka­zu­ją­co da­lej.

– Jak dla je­go­mo­ści, to tyl­ko trzy, ale dla kogo in­ne­go, to do­bre czte­ry – wtrą­cił Or­ga­ni­sta wy­rę­cza­jąc za­py­ta­nych.

Nie­zna­jo­my spoj­rzał na Żyda su­ro­wym wzro­kiem, jak gdy­by chciał po­wie­dzieć, że nie od lada kogo przyj­mu­je żar­ty. Ale prze­bie­gły Or­ga­ni­sta nie tak ła­two dał się zbić z toru.

– Bez żar­tów, pro­szę je­go­mo­ści – cią­gnął da­lej nie zmie­sza­ny – dla kogo in­ne­go, co to na przy­kład jeź­dzi wo­zem, to go­ściń­cem bę­dzie do­bre czte­ry mile, ale je­go­mość pie­cho­tą może jed­ną milę zo­sta­wić na boku.

– Aha, jest za­pew­ne ja­kaś krót­sza dro­ga.

– Bu­czal­ski wy­gon! – tłu­ma­czył na ro­zum wójt ry­czy­chow­ski.

Or­ga­ni­sta bił się wi­docz­nie z ja­kąś ukry­tą my­ślą, któ­rą wa­hał się na ra­zie wy­ja­wić. Na­gle po­pra­wił za­krę­co­ne pej­sy, ukło­nił się ni­sko ber­łyd­kiem i za­py­tał nie­śmia­ło, bo po praw­dzie nie­po­spo­li­cie mu im­po­no­wa­ła zu­chwa­ła po­sta­wa i za­wa­diac­ka mina nie­zna­jo­me­go:

– Bez ura­zy je­go­mo­ści, je­śli wol­no za­py­tać, z prze­pro­sze­niem, do kogo je­go­mość do Żwi­ro­wa?

– Do kogo? Do dwo­ru – od­parł nie­zna­jo­my nie­dba­le, wy­cią­ga­jąc się wy­god­nie na naj­bliż­szej ła­wie.

Or­ga­ni­sta od­sko­czył w tył jak opa­rzo­ny, a po­mię­dzy ry­czy­chow­ską gro­ma­dą ja­kiś na­gły, szcze­gól­niej­szy po­wstał sze­lest.

– Do dwo­ru? – za­py­tał Żyd, jak­by nie do­sły­szał do­brze.

– Albo cóż? – wy­bąk­nął po­dróż­ny, zdzi­wio­ny nie­spo­dzie­wa­nym wra­że­niem słów swo­ich.

– Et, je­go­mość so­bie żar­tu­je – prze­mó­wił z no­wym ukło­nem Or­ga­ni­sta – do ko­góż by je­go­mość szedł do dwo­ru?

– Jak to, do kogo, do dzie­dzi­ca, błaź­nie! – za­wo­łał nie­zna­jo­my z dumą, znie­cier­pli­wio­ny co­kol­wiek tymi za­py­ta­nia­mi.

– Do nie­bosz­czy­ka? – wy­bąk­nął Or­ga­ni­sta, jak­by sam nie wie­dział, co mówi.

Nie­zna­jo­my jak opę­ta­ny po­rwał się z ławy i jed­nym su­sem przy­sko­czył do Żyda.

– Jak to? Co mó­wisz, nowy dzie­dzic żwi­row­ski nie żyje? – za­wo­łał gro­mo­wym gło­sem.

Bied­ny Or­ga­ni­sta aż przy­kuc­nął z prze­stra­chu, tak groź­nym wy­dał mu się w jed­nej chwi­li nie­zna­jo­my.

– Ucho­waj Boże – za­wo­łał skwa­pli­wie – po co by miał nie żyć! Żyje, ale miesz­ka o milę za Żwi­ro­wem, aż w Opar­kach, pro­szę je­go­mo­ści, bo dwór żwi­row­ski za­klę­ty.

– Jaki? Za­klę­ty?! – wy­krzyk­nął po­dróż­ny, ru­basz­nym wy­bu­cha­jąc śmie­chem.

Gar­ba­ty Or­ga­ni­sta skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Mimo ca­łe­go swe­go dow­ci­pu ule­gał po­wszech­nej wa­dzie swe­go po­ko­le­nia, był za­bo­bon­nym, jak wszyst­ka na­sza wiej­ska dzia­twa Izra­ela.

– No, nie ma się tu wca­le z cze­go śmiać – przed­kła­dał z nie­zwy­czaj­ną u sie­bie po­wa­gą. – Wi­dzi je­go­mość, lu­dzie ga­da­ją, że nie­bosz­czyk pan sta­ro­ścic cho­dzi po śmier­ci.

– Cho­dzi – po­wtó­rzył nie­zna­jo­my i no­wym par­sk­nął śmie­chem.

– No, może so­bie i bie­ga, albo ja wiem – wy­ce­dził Żyd wi­docz­nie nie­kon­tent z nie­do­wiar­stwa swe­go go­ścia. – Ale ja po­wia­dam panu, że tak lu­dzie utrzy­mu­ją, a sta­ry dwór żwi­row­ski na­zy­wa się w ca­łej oko­li­cy, na dwa­dzie­ścia mil wzdłuż i wszerz, Z a k l ę t y m D w o r e m, bo nie­bosz­czyk sta­ro­ścic w nim się naj­czę­ściej po­ka­zu­je.

– Komu? – za­py­tał po­dróż­ny drwią­co.

– Ho! ho! czy je­den go już wi­dział? – upew­niał Żyd sta­now­czo.

– No, już to wy­bacz­cie, pa­nie aren­da­rzu – wtrą­cił się z po­wa­gą wójt ry­czy­chow­ski – z bli­ska go po­dob­no jesz­cze nikt nie wi­dział prócz sta­re­go klucz­ni­ka, Ko­stia Bu­li­ja, któ­ry z nim ja­kieś nie­czy­ste utrzy­mu­je kon­szach­ty. Ale z da­le­ka nie­je­den już spo­strzegł świa­tło w Za­klę­tym Dwo­rze i przy­pa­trzył się sa­me­mu nie­bosz­czy­ko­wi, bądź jak z na­haj­ką prze­cha­dza się po gan­ku, bądź jak na czar­nym gdy­by wę­giel ko­niu uga­nia po da­chu swe­go dwo­ru.

– I to wszyst­ko moż­na wi­dzieć każ­dej nocy? – py­tał po­dróż­ny nie wy­cho­dząc z tonu drwią­cej we­so­ło­ści.

– Broń Boże – tłu­ma­czył da­lej wójt. – Nie­bosz­czyk po­ka­zu­je się tyl­ko w pew­nych po­rach, w Dniach Za­dusz­nych i kie­dy nów na nie­bie.

– I do tego cza­su nikt mu jesz­cze po­rząd­nie skó­ry nie wy­gar­bo­wał? – za­py­tał po­dróż­ny z no­wym ru­basz­nym wy­bu­chem śmie­chu.

Wójt ob­ró­cił się z nie­chę­cią i in­dy­gna­cją.

– Nie go­dzi się żar­to­wać w ta­kich rze­czach – upo­mniał z po­wa­gą.

Nie­zna­jo­my wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ha – szep­nął pół­gło­sem, jak­by sam do sie­bie – Szek­spir po­wia­da, że są rze­czy na nie­bie i zie­mi, o któ­rych się ani śni­ło fi­lo­zo­fom.

A po­tem, ob­ra­ca­jąc się do zgor­szo­ne­go co­kol­wiek wój­ta, za­py­tał da­lej mniej już drwią­cym to­nem:

– A jak­że, w sa­mym dwo­rze nikt nie miesz­ka?

– Nie ma ży­wej du­szy ani w dwo­rze, ani w ofi­cy­nach. Od śmier­ci sta­ro­ści­ca ni­czy­ja jesz­cze noga nie prze­stą­pi­ła pro­gów Za­klę­te­go Dwo­ru, bo nie­bosz­czyk za­bro­nił tego wy­raź­nie w swym te­sta­men­cie. Nowy dzie­dzic miesz­ka w Opar­kach i nig­dy ani się po­ka­że do Żwi­ro­wa.

– A któż u li­cha go­spo­da­ru­je w sa­mym Żwi­ro­wie?

– Fol­wark leży o ćwierć mili na Bu­cza­łach, a tam miesz­ka i sę­dzia żwi­row­ski.

– A sta­ry, pu­sty dwór stoi tak na opatrz­ność bo­ską, bez wszel­kiej stra­ży?

– Ta mógł­by się wpraw­dzie obejść bez stra­ży, bo każ­den omi­ja go na ćwierć mili; przy tym wszyst­kim pil­nu­je go jed­nak Kost' Bu­lij, daw­ny ko­zak nie­bosz­czy­ka, prze­zwa­ny dziś klucz­ni­kiem Za­klę­te­go Dwo­ru.

– A ten nie boi się upio­ra?

– On! – za­wo­łał wójt i wie­lo­znacz­nie po­ki­wał gło­wą. – Po­wia­da­ją lu­dzie – do­dał po chwi­li, zni­ża­jąc głos uro­czy­ście, ale w tym mo­men­cie drgnął na ca­łym cie­le i co żywo zro­bił krzyż w po­wie­trzu.

Jed­no­cze­śnie ja­kiś oso­bliw­szy szmer obiegł wszyst­kich obec­nych. Nie­zna­jo­my obej­rzał się zdzi­wio­ny ku drzwiom i sam o krok w tył cof­nął się z prze­stra­chu.

W roz­war­tych na ście­żaj drzwiach oka­za­ła się ja­kaś ol­brzy­mie­go wzro­stu po­stać mę­ska, któ­rej na­głe po­ja­wie­nie się naj­śmiel­szy na­wet umysł po­mi­mo­wol­ną mo­gło­by prze­jąć gro­zą.

Gar­ba­ty Or­ga­ni­sta umknął co żywo za krat­ki szynk­wa­su, a w prze­cho­dzie mógł tyl­ko na ucho szep­nąć nie­zna­jo­me­mu:

– To on! Klucz­nik Za­klę­te­go Dwo­ru!V NIE­BOSZ­CZYK STA­RO­ŚCIC ŻWIR­SKI

W pół­go­dzi­nę póź­niej sie­dzia­ło na po­wrót całe to­wa­rzy­stwo w ba­wial­nym po­ko­ju, a pani sę­dzi­na przy­rzą­dza­ła czaj przy ubocz­nym, czer­wo­ną ser­we­tą okry­tym sto­li­ku.

– Tyl­ko z masą rumu, pani do­bro­dziej­ko – przy­po­mniał gość nie że­no­wa­ny, jak gdy­by w pu­blicz­nej dys­po­no­wał go­spo­dzie.

– To ja­kiś pro­stak bez wy­cho­wa­nia! – wy­szep­nę­ła pani sę­dzi­na ura­żo­na. – Rum bę­dzie prze­cież na sto­le, każ­dy z pa­nów może so­bie do­lać we­dług upodo­ba­nia – do­rzu­ci­ła gło­śno, z wi­docz­nym ucin­kiem.

– Wy­bor­nie, wy­śmie­ni­cie! – za­wo­łał we­so­ło Ka­ty­li­na. – Oba­czy­cie pań­stwo, jak za­raz in­a­czej pój­dzie cały tok roz­mo­wy.

Pan Gir­gi­le­wicz uśmiech­nął się z za­do­wo­le­nia i z ci­cha cmok­nął ję­zy­kiem. Upo­mnie­nie się pana Da­ma­ze­go przy­pa­dło mu wiel­ce do sma­ku, bo i on jest tego zda­nia, że czaj, je­śli nie chce ucho­dzić za ru­mia­nek albo za cen­tu­rię, musi być moc­ny jak sto dia­błów, taj tyl­ko.

Dzię­ki tej spo­rej fla­szy wca­le nie­złe­go rumu, a wy­bor­ne­mu przy­kła­do­wi i cią­głym za­chę­tom Ka­ty­li­ny, całe to­wa­rzy­stwo po jed­nej szklan­ce w lep­szym i we­sel­szym uj­rza­ło się hu­mo­rze niż kie­dy in­dziej po trzech lub czte­rech.

Pani sę­dzi­na wy­nio­sła się do swe­go po­ko­ju, a pan Da­ma­zy, za­pa­liw­szy faj­kę z naj­dłuż­sze­go cy­bu­cha go­spo­da­rza, roz­parł się jak naj­wy­god­niej na przy­le­głej so­fie i po­cią­ga­jąc od cza­su do cza­su spo­ry łyk pły­nu, za­kra­wa­ją­ce­go wię­cej na rum z her­ba­tą niż her­ba­tę z ru­mem, za­padł na chwi­lę w ja­kieś głę­bo­kie, nie­zwy­kłe u sie­bie za­my­śle­nie.

Na­raz zwró­cił się do go­spo­da­rza.

– Po­wie­dzia­łem je­go­mo­ści – rzekł dmąc przed sie­bie ogrom­ny kłąb dymu – że lubo ze­spo­jo­ny z Jul­kiem naj­ści­ślej­szym wę­złem przy­jaź­ni, mu­sia­łem od lat czte­rech zu­peł­nie stra­cić go z oczu i nie wiem w ząb, ja­kim spo­so­bem do tak ogrom­nej przy­szedł for­tu­ny.

– Jak to? – za­py­tał pan man­da­ta­riusz zdzi­wio­ny – nie wiesz pan, że za­gar­nął całą pu­ści­znę po nie­bosz­czy­ku sta­ro­ści­cu Żwir­skim?

– O, o tym do­wie­dzia­łem się, za­le­d­wie wró­ciw­szy do kra­ju, lecz rad bym wie­dział, ja­kim cu­dow­nym wpły­wem czy przy­pad­kiem do­stą­pił tego szczę­ścia nie­spo­dzie­wa­ne­go?

Pan man­da­ta­riusz pod­cią­gnął brwi do góry i bar­dzo waż­ną przy­brał minę.

– Hm, hm, strasz­nie to za­wi­kła­na hi­sto­ria! – mruk­nął po chwi­li.

– Wiel­ka ka­ła­man­cja! – do­dał po swo­je­mu Gir­gi­le­wicz.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: