Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Zaklinacz Śmierci - ebook

Tłumacz:
Data wydania:
31 sierpnia 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
59,90

Zaklinacz Śmierci - ebook

Królestwa ogarnia chaos, gdy trzy rywalizujące ze sobą armie toczą zaciekły bój o władzę.
Młoda królowa Szarych Wilków walczy o tron z pomocą nieprawdopodobnej grupy złożonej z buntowników, których łączy jeden cel – pokonać bezwzględną cesarzową ze wschodu.

Tajemnice zostają wyjawione, stare zdrady obnażone, więzy krwi i przyjaźni poddane próbie.

Ostatnia część „Starcia królestw” brawurowo zmierza do zapierającego dech zakończenia.

Wymówione posłuszeństwo
Wojownicza Alyssa ana’Raisa zrobiłaby wszystko, by bronić swego domu, Fells, i swego dziedzictwa, linii Szarych Wilków. Uwięziona przez cesarzową Celestynę, została zmuszona do wykorzystywania swoich wojskowych talentów przeciwko ukochanej ojczyźnie. Odmowa groziłaby śmiercią, a jej śmierć oznaczałaby koniec linii Szarych Wilków.

Odwieczne niebezpieczeństwo
Pod nieobecność Lyss na zamku w Fellsmarchu panoszą się intrygi, oszustwa i groźby. Destin Karn, wywiadowca z Południa, który ma własne sekretne plany, może być jedyną nadzieją północnego królestwa na pokonanie sił zagrażających Siedmiu Królestwom… a także wewnętrznych wrogów.

Cena pokoju
W ostatniej części cyklu „Starcie Królestw” Cinda Williams Chima w mistrzowski sposób prowadzi intrygującą akcję – mamy tu pełne emocji ponowne spotkania i wyjaśnienia wielu sekretów.

 

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67071-84-0
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1 STATEK GŁUPCÓW

Adrian sul’Han trząsł się z zimna. Postawił kołnierz peleryny przeciwdeszczowej, wykonanej przez zdolnych górskich rzemieślników. W Królestwach już zaczynała się wiosna, a wody Zatoki Najeźdźców wciąż skute były lodem, z którego tu i ówdzie wyrastały góry lodowe. Kapitan Hadley DeVilliers stała na pokładzie rufowym i wykrzykiwała rozkazy do mieszanej, kartezjańsko-fellsjańskiej załogi. Wilk Morski przedzierał się przez lód w kierunku otwartego morza.

Płynęli na ratunek Lyss, licząc, że jest jeszcze jakaś sprawiedliwość na tym zrujnowanym świecie. Co wcale nie było takie pewne.

To Hadley postanowiła wyruszyć z Morza Lodowatego, z przystani leżącej na północ od Przylądka Czarownika. Powodem owej decyzji było między innymi to, że jedyny port głębokowodny królestwa Fells – w Kredowych Klifach – znajdował się teraz w rękach cesarzowej Celestyny. Poza tym sukces całej misji zależał od absolutnej dyskrecji. Wydawało się mało prawdopodobne, by o tej porze roku spotkali jakieś statki tak daleko na północy. Nikt przy zdrowych zmysłach na pewno nie chciał się tu znaleźć z własnej woli.

Nikt, kto tak desperacko nie pragnął zwycięstwa po poniesieniu tylu strat: Hany, Jenny, ojca. Ash nie chciał przeżyć kolejnej porażki. Uratuje siostrę i linię rodu albo zginie.

Nie dokonywałbym takiej transakcji. Trzymaj się życia.

Wzdrygnął się, rozejrzał, ale nie zobaczył nikogo na tyle blisko, by mógł go usłyszeć poprzez wycie wiatru. Zacisnął palce na wężowym amulecie, aż knykcie mu pobielały, jakby z tego metalu i kamieni potrafił wycisnąć odpowiedź.

– Tato?

Nic.

Ash syknął przez zęby. To się zdarzało, odkąd on i jego ojciec wspólnie sprowadzili matkę z powrotem z martwych. Słyszał szept w uszach albo głos ojca, wymawiającego jego imię pośród huku wiatru i ryku fal, czasem czuł czyjąś obecność niczym muśnięcie piórkiem lub powiewy snu. Wszystko to było jednokierunkowe. Niezależnie od tego, jak bardzo próbował, nie potrafił się dostać do krainy pomiędzy życiem a śmiercią.

„Odwiedź mnie w Edijonie – powiedział jego ojciec. – Ty, twoja mama i siostra macie wrogów na dworze. Wrogów w Radzie. Uważaj, komu ufasz”.

– Może byś pomógł, uzdrowicielu? – Usłyszał zniecierpliwiony głos.

Ash podniósł wzrok. Wysoko w górze magicznie naznaczony pirat Evan Strangward przywierał jak pająk do takielunku i lśnił tam niczym latarnia w ciemnościach nocy. Tkwił tak od wielu godzin, bez skargi znosząc napór wiatru i fal i manipulując pogodą, by przetrzeć Wilkowi Morskiemu szlak przez lód. Jednocześnie pilnował, by w żaglach nie brakło wiatru, aby płynęli tak szybko, jak to tylko możliwe. Może nawet szybciej.

– Przepraszam – powiedział Ash, cofając się na miejsce na dziobie statku, gdzie natychmiast poczuł na skórze lodowate krople i piekący deszcz ze śniegiem. Do niego należało sprzątanie po magu pogodowym: usuwanie przeszkód, które pirat przegapił, rozbijanie gór lodowych, zmiękczanie kry zagradzającej im drogę, żeby kadłub statku mógł ją przecinać, nie ponosząc uszczerbku.

Obserwowanie Strangwarda przy pracy było niczym kontakt z wizualną poezją. Amulet błyszczał w jego dłoni, gdy pirat gromadził moc, szeroko rozrzucał ramiona, wymachiwał, przekonywał, nakazywał, przymilał się, rozkazywał, niczym orator świątynny, dyrygent wiatru, lodu i wody. Zwinny jak kot, przesuwał się po drzewcach, by ustawić się pod odpowiednim kątem, huśtał się między masztami, jakby nieświadomy, że znajduje się ponad trzydzieści metrów nad pokładem. Zdawał się niewrażliwy na złą pogodę. Swoją pelerynę zostawił na pokładzie, oznajmiając, że tylko mu przeszkadza.

Może nie władał taką magią, jaką stosowali czarownicy w Królestwach, którzy potrafili rzucać zaklęcia, lecz specjalizacja miała wyraźne zalety. Ash widział pewną dozę magii pogodowej u przyjaciela rodziców Tancerza Ognia. Jako czarownik pochodzący z górskiego klanu, Tancerz łączył ­bliską więź ze światem natury i surową magię. Jednak magia pogodowa Tancerza była szeptem w porównaniu z rykiem Strangwarda.

Rykiem Evana. Pirat poprosił, by zwracano się do niego po imieniu, lecz z uwagi na ich przeszłość Ashowi nie przychodziło to łatwo.

– Gdybyś mi kiedyś powiedział, że będę pływać pod dowództwem tego pirata krwiopijcy, zaśmiałbym ci się w twarz.

Ash się obrócił. Dwaj marynarze z załogi Hadley skuleni w pobliżu fokmasztu wpatrywali się w Evana z niezadowoleniem.

– Przez tego przeklętego zaklinacza burz statek mojego kuzyna zatonął niedaleko Zatoki Bastońskiej. – Marynarz wzruszył ramionami i splunął.

– Jak tylko jakiś statek tonie, obwinia się jego – powiedział ten drugi, wskazując pirata ruchem głowy. – Niemożliwe, że załatwił je wszystkie. Zresztą nie pływamy pod jego komendą. Póki znajdujemy się na morzu, kapitanem jest DeVilliers.

– Hej, plotkarze! – krzyknął Strangward, aż ci dwaj podskoczyli. – Trymujcie szoty foka… Już!

– Jemu to powiedz – mruknął pierwszy z mężczyzn i zaczął regulować szoty. – Może kapitan DeVilliers formalnie jest kapitanem, ale pójdzie na dno z nami wszystkimi, jeśli on zechce nas zatopić.

Ash westchnął. Mimo że pirat wyraźnie się starał przekonać ich do siebie i udowodnić swoją wartość dla tej misji, jego wysiłki zdawały się przynosić przeciwny skutek. Zaklinacza burz bano się i nienawidzono go wzdłuż całego wybrzeża. Marynarze z reguły byli przesądni. Poza tym tak często zdani byli na łaskę pogody, że umiejętności tego czarownika onieśmielały ich i przerażały – nawet tych, którzy wychowywali się w obecności czarów.

– Robi wrażenie, prawda? Niemal przeraża.

Ash podskoczył i obrócił się w stronę Finna, który stał obok niego ze wzrokiem utkwionym w pirata.

– Jeśli lubi się popisy – rzekł Ash i wsunął ręce do kieszeni.

To wywołałoby śmiech u tego Finna, którego pamiętał. Tymczasem jego przyjaciel wciągnął powietrze i powoli je wypuścił.

– Myślisz, że damy radę to zrobić?

Ash mokrym rękawem otarł twarz z wody.

– Co zrobić?

– Dotrzeć do Celesgrodu i wydostać się stamtąd. Uratować twoją siostrę.

– Nie byłoby mnie tutaj, gdybym w to nie wierzył – odparł Ash. – A czemu pytasz? Czyżbyś miał wątpliwości?

– W zasadzie nie – rzekł Finn. – Próbuję tylko oszacować prawdopodobieństwo powodzenia.

– Chyba lepiej niczego nie kalkulować. – Ash wywrócił oczami. – Trochę mnie zdziwiło, że zgodziłeś się płynąć, skoro musiałeś przez to przesunąć ślub i w ogóle.

– Obowiązek przede wszystkim – stwierdził Finn. – Julianna rozumie, że wszyscy musimy się poświęcać dla większego dobra.

To zabrzmiało sztywno, nawet jak na oczytanego Finna. Coś takiego mówi się do kogoś, kto zamierza się poświęcić.

– Nie chcę nikogo poświęcać, o ile to możliwe – odparł Ash. – Straciłem już ojca i siostrę. Moja mama wciąż nie wyzdrowiała. Zbyt wielu moich przyjaciół zginęło w tej wojnie albo odniosło poważne rany, łącznie z tobą. Myślę, że już wystarczy tych ofiar.

– Tego nigdy dość – powiedział Finn, a przez jego twarz przemknął ból. Potarł czoło nasadą dłoni. Chociaż miał gołą głowę i mokre włosy, wyglądał, jakby nie czuł zimna.

– Wszystko w porządku? – Ash położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

– To tylko… Odkąd zostałem ranny, miewam te bóle głowy – stwierdził Finn. – Stają się coraz silniejsze, zamiast słabnąć. A czasami… jakby coś mi umykało. Mam luki w pamięci. – Pokręcił głową. – Chyba tracę zmysły.

Ash się zaniepokoił. Po raz kolejny wypomniał sobie, że kiedy on dokonywał skrytobójczych ataków na Południu, Finn walczył na innym polu bitwy – widział zabijanych przyjaciół i prawdopodobnie czuł się winny, że przeżył. Obaj nosili piętno tego, co widzieli i robili – czynów, o których woleliby zapomnieć.

– Słuchaj – powiedział Ash. – Czasami umysł tak działa. Kiedy jesteśmy w stresie, w ten sposób daje nam moment wytchnienia.

– No cóż – odparł Finn i zaśmiał się gorzko – stres to odpowiednia reakcja na stresujące czasy.

Powinienem był zadawać więcej pytań, pomyślał Ash. Trzeba było dopilnować, żeby Finn wyzdrowiał na tyle, by mógł sobie poradzić z taką misją.

Co z ciebie za uzdrowiciel?

Nie był w stanie się powstrzymać, wysłał wiązkę leczniczej magii w ramię Finna. Ten odskoczył gwałtownie i Ash cofnął rękę, czując pieczenie w palcach.

Finn stał zwrócony plecami do relingu, z dłonią na amulecie.

– Nie próbuj mnie uzdrawiać, Adrianie – wysapał. – Nic mi nie jest.

– Przepraszam – powiedział Ash zawstydzony. – Chciałem tylko…

– Wiem, co chciałeś zrobić – przerwał mu Finn. – Nie rób tego. – Odwrócił się i zniknął na drabinie.

Ash wsunął poparzone palce do ust.

„Przyjdzie taki czas, kiedy pożałujesz, że nie jesteś lepszym uzdrowicielem”.

Wyglądało na to, że klątwa Taliesin będzie mu towarzyszyła do końca życia.

Walczyli z morzem od wielu godzin i w końcu wypływali na otwarte wody. Poza zatoką fale były bardziej wzbu­rzone, a wiatry silniejsze, ale lód cieńszy, co znaczyło, że mogli już odpocząć.

– Możecie zejść, Wasza Wysokość! – zawołała Hadley z pokładu rufowego. – Ty też, Strangward. Dobrze się spisałeś. Teraz idź na rufę się ogrzać.

– Zaraz zejdę – powiedział Evan, chwytając drzewce kolanami i pochylając się nad nią. Wyglądał na przemoczonego i zmarzniętego, czapka, którą zawsze nosił, była mokra, a jednak zdawał się rozpromieniony, jakby kontakt z żywiołami dodawał mu energii. – Zanim to zrobię, jeszcze tylko sprawdzę, czy jesteśmy z dala od płycizn i możliwego ruchu przybrzeżnego.

Ash stał na tyle blisko Hadley, by zauważyć gniew na jej twarzy. Otworzyła usta, jakby chciała mu odpowiedzieć. Gdy zobaczyła Asha, zacisnęła wargi, obróciła się na pięcie i pomaszerowała z powrotem w stronę steru.

Byli na morzu zaledwie kilka dni, a już rosło napięcie między Strangwardem i jego zrodzonymi z burzy a Hadley i jej weteranami.

Evan przywykł wydawać rozkazy, nie je otrzymywać. Chociaż uzgodnili, że podczas przeprawy morskiej to Hadley będzie pełnić funkcję kapitana, pirat traktował jej rozkazy jak wstęp do rozmowy, a nie ostatnie słowo. Członkowie załogi Hadley mieli mu za złe, gdy wydawał im polecenia.

Załoga z Kartezji była niezwykle lojalna wobec Evana – nim wykonali rozkazy Hadley, zawsze spoglądali na niego, by je potwierdził. Ta sytuacja wyraźnie coraz bardziej ją męczyła.

Ash wiedział, że powinien coś z tym zrobić, ale nie był pewien co. Właśnie dlatego to Lyss jest oficerem, a nie ty, pomyślał.2 WĄTPLIWOŚCI

Ash przebrał się w suche ubrania i wszedł na swoją koję, wiedząc, że o tej porze będzie w kubryku sam. Sięgnął do worka marynarskiego i wyjął zniszczoną książkę oprawioną w skórę. Na okładce wytłoczony był nadżarty zębem czasu napis Zaawansowana magia Kinleya.

Jako chłopiec Ash z zaciekawieniem słuchał opowieści ojca o spotkaniach z tajemniczym Krukiem w Edijonie – krainie snów. Kruk okazał się ich przodkiem Algerem Waterlowem, znanym jako Król Demon. Pomagał ojcu Asha odzyskać prawa należne mu z urodzenia.

Najpierw Ash zakładał, że zdolność przekraczania granicy między życiem a śmiercią cechowała tylko ich dwóch, ponieważ Waterlow miał niezałatwione sprawy na ziemi i pałał żądzą zemsty. Kiedy jednak ojciec podarował mu pierwszy amulet, Ash pożerał magiczne teksty w bibliotece. Właśnie w Zaawansowanej magii Kinleya natknął się na rozdział ze wskazówkami dotyczącymi podróży do krainy snów.

Dla kogoś zainteresowanego uzdrawianiem wydawało się to wręcz niezbędną umiejętnością. Ash błagał ojca, żeby pozwolił mu to wypróbować.

Ojciec odmówił, ostrzegając, że graniczna kraina to niebezpieczne miejsce.

– Nigdy nie wiadomo, kto będzie tam na ciebie czekał – powiedział. – Czarownik o większych umiejętnościach niż twoje może zmienić wygląd i otoczenie. Możesz się zgubić w Edijonie i nie trafić z powrotem do swojego ciała.

– Będę ostrożny – zapewniał Ash, lecz nic nie wskórał. – Mógłbyś mi towarzyszyć – przekonywał.

Ojciec jednak był niewzruszony.

– Dość mamy zagrożeń w świecie rzeczywistym. Poczekaj, aż skończysz szkołę. Nie bez powodu uczą tego dopiero na ostatnim roku. Nawet wtedy niewielu się udaje. Gdy przyjdzie czas, popracujemy nad tym.

Niedługo potem ojciec został zamordowany i Ash uciekł do Oden’s Ford. Uczył się tam uzdrawiania i rozpoczął działalność jako skrytobójca. Nigdy nie miał okazji, by opanować umiejętność podróżowania do krainy snów, bo nie ukończył ostatniego roku. Jego naukę przerwało wtargnięcie polujących na niego darianów.

Teraz miał wrażenie, że ojciec nie tylko pozwala mu na odbycie tej podróży, ale wręcz do tego zachęca.

„Odwiedź mnie w Edijonie”, powiedział. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

Ash otworzył księgę w miejscu zaznaczonym wstążką. Strona 393. Tytuł: Portal do Edijonu. Dalej następował kilkustronicowy opis niebezpieczeństw związanych z podróżą do świata snów – zniechęcający przegląd skutków, jakie mogą odczuć nieostrożni i niewyszkoleni. Wszystko, o czym wspominał jego tata, i jeszcze więcej.

Żadne ostrzeżenia nie są przesadzone, gdy mowa o tym, jak ważne jest dla czarownika pozostawienie swej cielesnej powłoki w bezpiecznym miejscu… Ciało nie tylko będzie narażone na wszelkiego rodzaju drapieżniki i wrogów, istnieje też ryzyko, że zostanie spalone na stosie pogrzebowym.

Było tego więcej. Gdyby został zabity w Edijonie, zmarłby w realnym świecie. Gdyby zabrakło mu mocy – zgromadzonej magii – nie mógłby wrócić.

W krainie snów mogli się czaić wrogowie w przebraniu przyjaciół. Co gorsza, wróg mógł przedostać się do realnego świata i opętać jego ciało.

Ash zaczynał rozumieć, dlaczego ojciec chciał go od tego odwieść.

W Edijonie jedyną skuteczną bronią była bezpośrednia magia. Książka przytaczała kilka przykładów używania mocy wobec przeciwników. Większość tych sposobów Ash już znał. Wyjątkiem była metoda „wdychania” magii – wysysania mocy z przeciwnika, aż ten stawał się pustym naczyniem.

Możliwe jest pozbawienie przeciwnika energii w Edijonie i wykorzystanie jej na własny użytek. Ta metoda powinna być stosowana w ostateczności, istotny jest tutaj bowiem czas i opanowanie zaklęcia.

Ponownie przejrzał wersy zaklęcia – trzy, aby przejść, trzy, aby wrócić. Wymówił je i przećwiczył, aż znał je na pamięć.

Rozumiał, że będzie musiał spotkać się z ojcem w miejscu, które obaj dobrze znają. Ale gdzie? Nie uzgodnili czasu ani miejsca spotkania, jakie więc mieli szanse na połączenie? Nie mógł przecież zostawić swojego ciała i czekać w Edijonie, aż tata się zjawi. Nie teraz, gdy płynął na ratunek Lyss.

Już miał zamknąć książkę i włożyć ją z powrotem do worka, gdy dostrzegł coś, czego nie zauważył wcześniej. Na dole kartki przebijał atrament z drugiej strony.

Obrócił ją. Na odwrocie widniał starannie wykaligrafowany napis: Spotkajmy się w Oberży Pasterskiej. Ash wpatrywał się zdumiony. Przesunął palcem po literach. Była to gospoda w Łachmantargu, w której jedli śniadanie niedługo przed zabójstwem ojca.

Czy ten napis cały czas tam był? Ash nie zaglądał do tej książki od dnia śmierci ojca. Leżała na półce, gdy on był na wygnaniu na Południu, i dopiero teraz zabrał ją na pokład, żeby się uczyć podczas przeprawy.

Analizował napis, próbując stwierdzić, czy to pismo ojca. Tata pisał niestarannie, bazgrolił niemal nieczytelnie. Te słowa napisano drukowanymi literami. Możliwe więc, że to było jego dzieło – chciał, by dało się odczytać.

A jednak to nie mógł być on. Bo zginął tego samego dnia.

Chyba że napisał to wcześniej. Czyżby przeczuwał, że zginie? Chciał przygotować sobie grunt do spotkania po śmierci?

A może to jakaś sztuczka?

Ash wiedział, że będzie musiał się tam udać – albo po to, by spotkać się z ojcem, albo żeby skonfrontować się z jego zabójcami. Na razie jednak ta podróż musiała poczekać, aż misja zostanie wykonana. Nie mógł ryzykować, że znowu zawiedzie swoją siostrę.

Powoli zamknął książkę i wsunął ją z powrotem do worka.

Tego dnia po kolacji udał się na rufę, zszedł po drabinie na śródokręciu na pokład artyleryjski, a potem przeszedł do kwater oficerskich. Hadley udostępniła tę przestrzeń drużynie Asha na prywatne rozmowy. Pozostali członkowie załogi zostali zakwaterowani niżej.

Gdy zbliżał się do kabiny dziennej, słyszał ciche głosy, które jednak natychmiast zamilkły, kiedy otworzył drzwi.

Zobaczył Talbot, Finna i Hadley, którzy spoglądali na niego jak przyłapani na gorącym uczynku spiskowcy.

– Nie zwracajcie na mnie uwagi – powiedział, przysuwając stołek do pękatego pieca i wyciągając ręce, by się ogrzać. – O czym rozmawialiście?

Wszyscy popatrzyli po sobie. Hadley chrząknęła.

– To się nie uda.

– Co takiego? – zapytał, chociaż już się domyślał, o co chodzi.

– To… Uważamy, że nie powinniśmy ufać Strangwardowi i jego ludziom – wyjaśniła. – Już raz cię zdradził. Co trzecie jego słowo jest kłamstwem. Od lat dziesiątkuje nasze statki. Kto nam może zagwarantować, że nie współpracuje z cesarzową i to nie jest pułapka?

– Czy Julianna nie mówiła, że według jej informatorów to mało prawdopodobne? – odparł Ash. – Wszystkie raporty sugerują, że Evan i Celestyna są zażartymi wrogami.

– Informatorzy mają swoje ograniczenia – zauważył Finn, obracając pierścień zaręczynowy na palcu. – Julianna pierwsza by to potwierdziła.

Julianny z nimi nie było, nie mogła więc potwierdzić ani tego, ani niczego innego. Chociaż brała udział w planowaniu na wczesnym etapie, w końcu postanowiła zostać. Królowa wciąż była słaba, a królestwo wymagało dobrego zarządcy, by wszystko sprawnie funkcjonowało. Poza tym jako siostrzenica królowej Julianna znajdowała się w kolejce do tronu, a ktoś taki byłby potrzebny, gdyby ich misja się nie powiodła. Ostatnią rzeczą, jakiej Ash chciał, było dostarczenie cesarzowej kolejnego elementu przewagi.

– Czy nie za późno na wątpliwości? – zapytał Ash, świadomy, że jest teraz osobą z zewnątrz w grupie wieloletnich przyjaciół. – Jeżeli wszyscy mieliście zastrzeżenia, trzeba je było zgłosić, zanim wypłynęliśmy.

– Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co on potrafi – rzekł Finn. – Ja już nie wiem, co mam myśleć.

– Jakoś wcześniej wam to nie przeszkadzało, nawet go podziwialiście – powiedział Ash, niemile zaskoczony tą nagłą odmianą.

– Owszem, jest niesamowity – przyznał Finn. – I to mnie niepokoi. Może zaprowadzić ten statek, dokąd zechce.

– Nie pomaga nam też to, że stale kręci się po takielunku, gdzie wszyscy widzą, jak pracuje – dodała Talbot.

– Przecież nie może tego robić, siedząc w kabinie – stwierdził Ash. – Musi widzieć, dokąd płyniemy. Może teraz, kiedy już wypłynęliśmy na otwarte morze, będzie mógł zaniechać części obowiązków.

Hadley parsknęła.

– Mogę go poprosić, mogę wydać mu rozkaz, ale on się nie kwapi do wykonywania rozkazów.

– W każdej chwili może przywołać burzę, zatopić statek i potopić nas wszystkich – oznajmił Finn.

– W każdej chwili ty, ja albo Hadley możemy spalić ten statek doszczętnie – odpowiedział Ash. – Nie wiem, jak wy, ale ja wolałbym tego nie robić, bo nie pływam najlepiej.

Jego próba poprawienia nastroju spotkała się z ponurymi minami.

– Tylko że tobie ufam – oświadczyła Talbot – a jemu nie.

– Słuchajcie, on jest piratem bez okrętu. Ostatnią rzeczą, jakiej by chciał, jest zatopienie tego statku – przekonywał Ash.

– Popłyniemy więc do Tarvos, on wpakuje nas do więzienia, a potem zabierze nam statek – skwitował Finn.

– Istnieje takie ryzyko. – Ash sam nie wiedział, jak to się stało, że został obrońcą Strangwarda. – Przed opuszczeniem Królestw wszyscy zgodziliśmy się, że zatrzymamy się w Tar­vos i stamtąd na mniejszym statku z mniejszą załogą wyruszymy do Celesgrodu.

Talbot zrobiła niezadowoloną minę.

– Ci jego zaprzysiężeni krwią…

– Zrodzeni z burzy – poprawił ją Ash.

Talbot wywróciła oczami, ignorując tę różnicę.

– Jakkolwiek ich zwać, na ich widok mam gęsią skórkę. Patrzą na niego, jakby byli głodni, a on był obiadem.

– Moja załoga się boi – stwierdziła Hadley. – Boją się, że skończą w ten sam sposób… jako na wpół martwi niewolnicy Strangwarda.

– Całe życie mieli do czynienia z magią – powiedział Ash. – Ty jesteś czarownicą. Skąd nagle taka panika?

– Żeglarze są przerażeni – odparła Hadley. – Mimo że od lat pływają ze mną. Ja rzadko stosuję magię na morzu.

– Słuchajcie – Ash był coraz bardziej poirytowany, może dlatego, że podzielał część tych obaw – ja mam więcej powodów, by nie ufać Strangwardowi, niż ktokolwiek z was, jednak to był konieczny wybór. Potrzebujemy go, żeby znaleźć Lyss.

– Ale… czy nie byłoby sensowne płynąć prosto do Celes­grodu z tą załogą, którą teraz mamy? – zapytała Talbot. – Jeżeli Strangward naprawdę chce nam pomóc, zgodzi się. Im dłużej to trwa, tym większe ryzyko, że… że coś może się stać Lyss.

– Jestem tego samego zdania – oznajmił Finn. – Po co nadrabiać drogi do jego bastionu? Mamy statek i teraz wiemy, że załoga jest wystarczająca, by nim sterować. I wiemy, dokąd zmierzamy. Masz mapy i wykresy, prawda, Hadley? Nawet gdyby Strangward nie chciał współpracować, zaprowadzisz nas do Wysp Północnych bez przewodnika.

– Hmmm… – Hadley poruszyła się na krześle. – Nigdy nie pływałam po tamtych wodach. Znam tylko plotki i opowieści, a mapy i ołowianki, którymi dysponuję, mają po sto lat.

– Mogły aż tak się zmienić? – spytał Finn. – Talbot, ty jesteś połączona z Lyss. Jeśli się zbliżymy, wyczujesz ją, tak?

Talbot wyglądała na zakłopotaną, że zrzucono to na jej barki.

– Oczywiście, zrobię, co będę mogła, ale nie wiem.

– Co więc proponujecie? – Ash zaczynał tracić cierpliwość. – Wyrzucić Strangwarda za burtę?

– Nie – odparła szybko Tabot. – Jasne, że nie. Tylko… to jest nasza misja. On zgodził się nam pomóc, ale czy nie my powinniśmy decydować o tym, jak to przeprowadzić?

Płacę cenę za tak długą nieobecność, pomyślał Ash. Oni od wielu lat toczyli wspólne walki. Czemu mieliby ufać mojemu osądowi? Ostatnio znali mnie jako trzynastoletniego uzdrowiciela, który gdy tylko zaczęły się kłopoty, wziął nogi za pas.

– Póki jesteśmy na statku, Hadley decyduje – powiedział.

– A ty decydujesz na lądzie. – Hadley mu się zrewanżowała.

– Dobrze, teraz jesteśmy na morzu. Jaka jest wasza decyzja, pani kapitan? – spytał Ash.

– Tak czy inaczej, poniesiemy ryzyko – powiedziała Hadley. – Jeśli popłyniemy prosto do Celesgrodu na Wilku Morskim, będzie większe prawdopodobieństwo, że zostaniemy zauważeni i rozpoznani, ale czułabym się znacznie pewniej, wpływając w zaporę sztormową ze swoją załogą niż na małym keczu Strangwarda z jego ludźmi. Jeżeli skierujemy się prosto do Celesgrodu, unikniemy ryzyka jakiegoś podstępu w Tarvos i dotrzemy do celu szybciej, bo Wilk Morski niemal nie ma sobie równych, jeśli chodzi o prędkość. – Urwała, jakby czekając na reakcję Asha. – Decyduję więc, że omijamy Tarvos i płyniemy prosto do Celesgrodu.

– A ja mówię, że to byłby błąd.

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę drzwi. Evan Strang­ward opierał się o framugę – jedna jego stopa spoczywała na drugiej, srebrne i niebieskie kosmyki we włosach lśniły w blasku lampy.

Jak długo przysłuchiwał się tej rozmowie? Wystarczająco, pomyślał Ash.

– Jestem tutaj, ponieważ chcę, żeby ta misja się powiodła – oświadczył Evan. – To jedyny powód. Walczę z Celestyną, odkąd miałem trzynaście lat, więc wiem, co robię. Poprosiliście o radę, zatem jej wam udzieliłem. Lepiej z niej skorzystajcie, jeżeli chcecie wyjść z tego żywi.

– Czy to groźba, piracie? – Hadley zmrużyła oczy.

– Grozi wam cesarzowa, nie ja. Ale obiecuję: nie dam się dostarczyć w jej łapska, a to się stanie, jeśli spróbujecie popłynąć do Celesgrodu tym statkiem. Jeżeli taki jest wasz plan, po prostu wysadźcie mnie na najbliższym skrawku lądu i się rozstaniemy.

– Żebyś mógł powiadomić cesarzową, że jesteśmy w drodze? – Hadley pokręciła głową. – Nie mogę ryzykować. Czy nam pomożesz, czy nie, zostaniesz z nami do końca misji.

– Gdybym naprawdę pracował dla cesarzowej, trzymałbym gębę na kłódkę i pozwoliłbym wam płynąć prosto do Celes­grodu – odparł Evan głosem kipiącym od gniewu. – Ona tego właśnie chce.3 TANIEC KAPITANA BARBEAU

Kapitan Charles Barbeau szedł szybko znajomymi korytarzami do małej królewskiej sali obrad. Nie chciał się spóźnić. Jako świeżo upieczony kapitan gwardii króla Jarata miał po raz pierwszy wystąpić przed radą królewską i przedstawić wnioski z prowadzonego od wielu tygodni dochodzenia. Będzie miał okazję wziąć odwet za zamordowanie jego przyjaciela Luca Grangera na ulicy w Ardenscourt.

Król Jarat właściwie ogłosił Grangera świętym, który oddał życie w obronie imperium. Charlesowi to pasowało. Może Granger czasem się wywyższał, ale pomógł Charlesowi w potrzebie. Teraz Charles przejął po nim stanowisko i stał się lordem i właścicielem posiadłości opuszczonych przez Grangera. Tak więc nie mógł powiedzieć o nieżyjącym przyjacielu złego słowa.

Wszystko zależało od tego zebrania: jego status jako nowego tana, jego awans, może nawet życie. Przez pół nocy ćwiczył, co powie, aż upił się i głęboko zasnął. Teraz miał kaca, co nie działało na jego korzyść.

Przejrzał się w lustrze u szczytu schodów i wygładził bluzę. Sporo zapłacił za skrojony na miarę czarny mundur odzwierciedlający jego nową pozycję. To twój dzień, pomyś­lał, poprawiając pas z mieczem.

Przed salą stało dwóch gawrońców, którzy odbierali od przybyłych broń. Stół za nimi był już zawalony nożami i amuletami.

Charles skinął głową w stronę strażników i chciał ich wyminąć, lecz jeden z nich zagrodził mu drogę.

– Broń należy zostawiać przed wejściem do sali – powiedział. – Z rozkazu Jego Królewskiej Mości.

– Wiem – burknął Charles. – Podpisywałem ten rozkaz. Nie sądzę, żeby król miał na myśli…

– To dotyczy wszystkich – przerwał mu gawroniec. – Zwrócimy broń zaraz po wyjściu.

Charles niechętnie oddał miecz i sztylet – pięknie dobrany komplet pozostawiony przez poprzedniego lokatora jednej z jego nowych siedzib. Chociaż przybył wcześnie, większość członków rady była już na miejscu. Król Jarat siedział u szczytu stołu i przeglądał stertę papierów. Ten młody jastrząb także wyglądał na zdenerwowanego. Może tak jak Charles obawiał się tej konfrontacji. W każdym razie król zrezygnował z typowych dla siebie wytwornych szat. Był ubrany w brązowy aksamit, twarz miał bladą i zmęczoną. Gdy Charles wszedł, Jarat nalał sobie wina z dzbanka.

Charles rozpoznał większość osób przy stole: ojciec Fosnaught, pryncypus Kościoła Malthusa; lord Botetort, jeden z niewielu tanów, którzy pozostali lojalni królowi.

I oczywiście generał Karn. Z niezadowoloną miną bębnił palcami po stole. Plotki głosiły, że on i jego syn, stojący na czele służb wywiadowczych, się nienawidzą. Z obserwacji Charlesa wynikało, że to prawda. Każda ich rozmowa była serią pchnięć i ripost.

Jak generał zareaguje na to, co Charles ma do powie­dzenia?

Obaj Karnowie byli magami. Obaj byli niebezpieczni.

Przy stole pozostały tylko dwa wolne miejsca. Charles wybrał bardziej oddalone od generała.

Na szczęście wśród zebranych znajdowali się też jego towarzysze od kieliszka, Beauchamp i LaRue. Beauchamp skinął głową, LaRue tylko lekko się uśmiechnął. Żaden z nich nie miał pojęcia, co się za chwilę stanie. Charlesowi przyjemność sprawiało poczucie, że orientuje się w sytuacji. Mimo wszystko chciałby już mieć to za sobą i móc oblewać ­zwycięstwo.

W komnacie było gorąco i duszno. Charles poluzował kołnierz. Zastanawiał się, czy wstać i otworzyć okiennice. Ostatecznie zostawił je zamknięte.

Wszyscy podskoczyli nerwowo, kiedy drzwi gwałtownie się rozwarły i wszedł porucznik Destin Karn. Był w schludnym czarnym mundurze Gwardii Królewskiej. Zatrzymał się w wejściu i obrzucił zebranych wzrokiem. Na krótką chwilę zatrzymał spojrzenie na Charlesie i przesunął je dalej.

Charles zadrżał, poczuł suchość w ustach. Ten wywiadowca musiał być młodszy od niego. Gdzie się nauczył siać taki postrach?

Zerknął na generała Karna, po czym nalał sobie piwa. Klin klinem, jak mawiają.

– Wreszcie jesteśmy w komplecie – burknął król Jarat. – Poruczniku, zapewnijcie nam prywatność.

Porucznik obszedł salę, mrucząc zaklęcia. Kiedy skończył, strażnicy odebrali mu amulet i wyszli, zamykając drzwi.

Król wskazał puste krzesło.

– Proszę usiąść, poruczniku Karn – powiedział. – Liczę, że macie jakieś informacje dotyczące niedawnego ataku na nasze miasto i zniknięcia naszych… gości.

Szef wywiadu złączył koniuszki palców i rozejrzał się po twarzach członków rady. Był tak samo bezwzględny jak malthusjańskie kruki.

– Czy zanim zacznę, są jakieś inne prośby?

Charles przełknął łyk piwa.

– Mam nadzieję, że wyjaśnicie, jak mogło dojść do takiej katastrofy w naszej stolicy i to w obecności przedstawicieli z całego imperium.

Karn uniósł brew, jakby ta wyuczona wypowiedź była trochę przesadzona, lecz nie odpowiedział.

– Pomódlmy się za to, by nasza ukochana królowa matka i księżniczka Madeleine były bezpieczne – zaproponował Fosnaught.

Jarat machnął ręką.

– Zostawmy to kapłanom.

– Czy to dochodzenie naprawdę jest konieczne, Wasza Królewska Mość? – zapytał generał Karn, pocierając sobie gruby kark. – To oczywiste, kto i dlaczego to zrobił. Teraz wiemy, że siły rebeliantów zaatakują raczej wcześniej niż później. Zamiast debatować, powinniśmy się zmobilizować i wybrać najkorzystniejsze dla nas pole bitwy.

– Wasza Królewska Mość, oczywiście popieram dumę i wymachiwanie mieczem tam, gdzie to stosowne – stwierdził porucznik Karn spokojnym, oschłym tonem. Patrzył na króla i ani razu nie spojrzał na generała. Własnego ojca. – Moim zadaniem jest dopilnować, byśmy wybrali właściwy cel.

– Generale Karn, możemy chyba poświęcić kilka minut na wysłuchanie tego, czego dowiedział się porucznik – powiedział Jarat. – Kapitanie Barbeau, możecie wtrącać swoje uwagi w razie potrzeby.

Nie omieszkam, pomyślał Charles. Najpierw oparł się wygodnie, potem pochylił i chwycił podłokietniki. Po chwili znowu usiadł prosto.

– Dziękuję, Wasza Królewska Mość – odparł młody Karn. – Przejdę od razu do sedna. Jak wiecie, na początku zakładaliśmy, że atak na naszą stolicę był dziełem zdradzieckich tanów, którzy chcieli… zapewnić bezpieczeństwo swoim rodzinom, zanim dokonają operacji militarnej. Myliliśmy się. – Urwał i poczekał, aż wszystkie oczy skupią się na nim. – Dowody wskazują, że atak na nasze miasto został zaplanowany i przeprowadzony przez agentów cesarzowej ze wschodu.

Wśród zebranych rozległy się pomruki zaskoczenia i niedowierzania. Fosnaught wykonał znak Malthusa i jęknął:

– Wielki święty, miej nas w swojej opiece.

– Cesarzowa ze wschodu? – odezwał się Botetort. – O ile pamiętam, odesłaliśmy jej emisariusza z kwitkiem.

Generał Karn popatrzył podejrzliwie, lecz w jego postawie nic się nie zmieniło.

– Macie na to dowody, poruczniku? – zapytał znudzonym głosem.

– Uważamy, że wizyta emisariusza Strangwarda była rekonesansem – tłumaczył Karn. – Opowieść o poszukiwaniu magicznie naznaczonej dziewczyny była zmyłką i miała służyć wejściu na teren zamkowy i ocenie możliwości ataku na naszą stolicę. Najwyraźniej widząc nasz system bezpieczeństwa, uznali, że Północ będzie łatwiejszym celem.

– Ale jeśli zaatakowali Północ, to po co wrócili tutaj i porwali nasze kobiety i dzieci? – zapytał Beauchamp.

– Tutaj mogę tylko spekulować – odpowiedział Karn. – Albo dostrzegli okazję i ją wykorzystali, albo myślą już o przyszłości. Kiedy podbiją Północ, przybędą na Południe. Jak lepiej nas zmiękczyć, niż zachęcając tanów, żeby ruszyli na stolicę? Jak lepiej zachęcić tanów, niż usuwając przeszkodę w postaci zakładników?

W jednej chwili wszyscy głośno zaczerpnęli tchu.

– Możliwe też, że cesarzowa działa w zmowie z rebeliantami. – Porucznik pokręcił głową. – Jeżeli tak, to niebawem się przekonają, jakie to ryzykowne.

– Wciąż nie usłyszeliśmy niczego, co by dowodziło, że stoi za tym cesarzowa, a nie rebelianci – zauważył generał. – Po co komplikować sprawę?

– Powiedzcie, generale: czy rebelianci mają marynarkę wojenną? – zapytał Karn i spojrzał na sufit, jakby tam mógł znaleźć odpowiedź.

– A co to ma wspólnego z…?

– Jeśli dacie mi skończyć, dowiecie się – przerwał mu syn. – Wiemy na pewno, że zakładnicy… i prawdopodobnie królowa Marina z księżniczką Madeleine… zostali wyprowadzeni z sali balowej przez wyjście dla służby, spiżarnię i dalej na ulicę. Potem tracimy po nich ślad i znajdujemy go, gdy następ­nego dnia wsiadają na statek w Południowej Bramie.

– Następnego dnia! – Beauchamp potrząsnął głową. – Jakim sposobem prawie pięćdziesiąt kobiet i dzieci dotarło z Ardenscourt do Południowej Bramy w jeden dzień?

– Właśnie, jakim sposobem? – powtórzył porucznik Karn. – Otóż moi informatorzy twierdzą, że ten statek należy do cesarzowej Celestyny.

Wszystkie oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

– Trzeba było od tego zacząć – mruknął Botetort.

– Znowu tracimy ślady tego statku, aż dopływa on do północnego wybrzeża gdzieś między Kredowymi Klifami a Bramą Duchów. – Po chwili milczenia dodał: – Na północ od granicy.

Charles rozejrzał się, by ocenić, kto wierzy w to, co sprzedaje im porucznik. Wszyscy wyglądali na skonfundowanych poza generałem, który zrobił się czerwony ze złości. Po plecach Charlesa płynęła strużka potu.

– To nie ma sensu – odezwał się ojciec Fosnaught. – Czemu cesarzowa miałaby prowadzić zakładników do wiedźmy z Północy? Czy zawarły sojusz? – Otrząsnął się, jakby jedyną rzeczą gorszą od wiedźmy były dwie wiedźmy.

– Ponieważ cesarzowa już zajęła te ziemie – wyjaśnił porucznik Karn. – Możliwe, że złożyła królowej Północy tę samą ofertę, którą przedstawiła naszemu nieżyjącemu królowi: sojusz i armię. Król Gerard był na tyle mądry, by to odrzucić. Jakkolwiek do tego doszło, armia cesarzowej zaatakowała Kredowe Klify i teraz miasto i port znajdują się w jej rękach. Wyładowuje żołnierzy, konie i sprzęt, szykując się do inwazji na wielką skalę.

– Królowa piratów z Kartezji zajęła Kredowe Klify? – Generał Karn wywrócił oczami. – Trudno w to uwierzyć. Wasi informatorzy są tak wiarygodni jak pocałunek nierządnicy.

– Właściwie to prawda – powiedział król Jarat. – Mam własnych informatorów na Północy i potwierdzają to, co mówi porucznik. Cesarzowa zajęła Kredowe Klify i wszystko wskazuje na to, że szykuje się do poważnej ofensywy. – Na moment zamilkł. – Jednak nie słyszałem o przybyciu statku z naszymi kobietami i dziećmi.

Obaj Karnowie – ojciec i syn – wyglądali na zaskoczonych. W końcu znaleźli nić porozumienia.

Porucznik Karn doszedł do siebie jako pierwszy. Zaskoczenie opadło z niego niczym skóra z węża. Skinął głową w kierunku króla, jakby dziękował za wsparcie, i ciągnął:

– Celestyna jest kimś więcej niż piratką. Moi agenci ze wschodu twierdzą, że teraz kontroluje całe Pustynne Wybrzeże i Wyspy Północne. W jej rodzinnych stronach nie ma już nic więcej do podbicia. Domyślam się, że poszukuje nowych terenów.

– To nadal nie wyjaśnia, po co ta cesarzowa wysyłałaby swoich agentów, żeby porwać rodziny rebeliantów i członków rodziny królewskiej – oświadczył generał.

– Czy to nie oczywiste? – rzucił porucznik. – Liczy na to, że obwinimy rebeliantów. W tym momencie chciałaby, żebyśmy zwalczali się nawzajem. Dzięki temu nie będziemy zwracali uwagi na jej poczynania i osłabimy nasze siły, przez co będziemy łatwym łupem, gdy ona zwróci oczy na Południe. A na pewno to zrobi.

– A więc – powiedział Jarat – wywrócimy tę ich strategię do góry nogami. Póki Północni są zajęci atakiem na ich port, my ruszymy do Fellsmarchu, zajmiemy stolicę i zetrzemy się z piratami na terenach Północy. Pożałują, że w ogóle postawili stopę w Ardenscourt.

W miarę rozwoju tej dyskusji twarz generała przybierała coraz bardziej ponury wyraz.

– Wasza Królewska Mość, z całym szacunkiem, to nie będzie takie proste. Przez ponad ćwierć wieku nigdy nie dotarliśmy w pobliże siedziby tej wiedźmy.

– Czyja to wina? – zapytał Jarat chłodnym, ostrym tonem. – Może nasz los niedługo się odmieni. Mam powody, by sądzić, że możemy się spodziewać cieplejszego przyjęcia na Północy niż dotychczas. Kiedy Królestwa zostaną zjednoczone, nasze armie odepchną cesarzową do morza.

– Ten, kto podsunął wam takie informacje, wciska wam przysłowiowy kit – powiedział generał. – Jak już mówiłem, utrata zakładników niczego nie zmienia, jeśli chodzi o rebelię. Zresztą lord Matelon i tak nie miał zamiaru negocjować. Nigdy nie ugiął się przed szantażem, by uwolnić jakiegoś więźnia, i nie zmieni tego teraz. Północni nam nie zagrażają. Nie wyściubią nosa poza swoje górskie bastiony, zwłaszcza gdy są atakowani ze wschodu. Największe zagrożenie stanowią dla nas zbuntowani tanowie, którzy potrafią walczyć na nizinach. Na naszą korzyść działa to, że mam doświadczoną w bojach armię między stolicą a Zakono­grodem. Jeśli ruszymy na Północ, rebelianci natychmiast wedrą się do miasta. Dlatego najpierw musimy się zająć nimi.

– Szkoda, że wasza doświadczona w bojach armia nie stanęła między nami a tymi, którzy zorganizowali atak na miasto – zauważył Charles. – Lord Granger nie żyje, zostaliśmy zawstydzeni przed naszymi gośćmi, zakładnicy zniknęli i jak na razie nikt za to nie odpowiedział.

Generał obrzucił Charlesa wzrokiem, od którego ten aż się skulił, po czym przeniósł uwagę na swój zwykły cel.

– W zasadzie bezpieczeństwo wewnętrzne to sfera działań porucznika. – Wysunął podbródek w kierunku syna.

– Traktuję to bardzo poważnie – odpowiedział młody Karn.

– Wasza Królewska Mość – generał zwrócił się do Jarata – wciąż nie jestem przekonany, że piraci… jeśli to byli piraci… mogli przeprowadzić to porwanie bez niczyjej pomocy. Pięćdziesiąt osób tak po prostu nie znika. Ten, kto to zrobił, dobrze znał miasto. – Znowu wbił wzrok w porucznika Karna.

– Cesarzowa na pewno ma tutaj swoich agentów, tak jak ja w Fells – powiedział młody Karn. – Ważne, żebyśmy działali szybko, by zniwelować straty, które…

– Jeśli wyprowadzę armię na północ, miasto pozostanie bezbronne, narażone na atak rebeliantów – przerwał mu generał. – Nie mam wątpliwości, że oni wykorzystają tę okazję. A może właśnie o to chodzi? – Jeszcze raz spojrzał na porucznika.

On zdecydowanie rzuca syna wrogom na pożarcie, pomyślał Charles.

– Co proponujecie, generale? – Botetort przerzucał wzrok z ojca na syna. – Chcecie powiedzieć, że jednak zorganizowali to tanowie?

Generał skinął głową.

– Tanowie… w porozumieniu ze zdrajcami wewnątrz.

To był ten moment, na który czekał Charles.

– Wasza Królewska Mość – powiedział. – Jak wiecie, mam na to dowody. Generał Karn ma rację… w samym środku jest zdrajca.

Członkowie rady poruszyli się niespokojnie na swoich miejscach, unikając kontaktu wzrokowego z innymi. Każdy z nich zastanawiał się, o środku czego jest mowa. Obecnej tu grupy? Terenu zamkowego? Stolicy? Charles z przyjemnością obserwował, jak wiją się ze strachu.

– Kto? – zapytał lord Botetort, podrywając się i z dzikim spojrzeniem sięgając po nieobecny u boku miecz.

Charles popatrzył na niego ze złością, poirytowany, że przerwano mu realizację zaplanowanego scenariusza.

– Gdy przeglądałem rzeczy Luca, znalazłem szkatułkę z listami od agentów cesarzowej. Zwłaszcza od pirata Strang­warda.

Oczy Botetorta rozszerzyły się ze zdumienia.

– Młody Granger był szpiegiem?

– Raczej nie – burknął Charles. – Listy zaadresowano do kogoś innego. Kiedy je przeglądałem, zrozumiałem, że zdrajca pracuje dla cesarzowej od lat i Luc jakimś sposobem to odkrył. Myślę, że dlatego został zabity. Przyniosłem więc swoje znaleziska bezpośrednio Jego Królewskiej Mości.

Jarat rozejrzał się po twarzach zebranych, wyraźnie napawając się tą chwilą.

– Kazałem kapitanowi Barbeau zebrać więcej dowodów, żebyśmy mogli ocenić wagę problemu i zdecydować o dalszych krokach. – Skinął głową na Charlesa, po czym obrócił się i spojrzał prosto na porucznika Karna. – Może teraz wy zabierzecie głos, poruczniku?
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: