Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Zatracenie. Romans - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
26 stycznia 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Zatracenie. Romans - ebook

W dorobku pisarskim Kazimierza Przerwy-Tetmajera, polskiego poety, powieściopisarza, nowelisty i dramaturga okresu Młodej Polski, odnajdziemy kilka utworów, które usytułować można poza głównym kanonem dzieł autora, historii prostych i skierowanych do szerszego grona odbiorców. Są to utwory takie jak Panna Mary oraz Zatracenie, romanse opisujące życie miłosne arystokracji i artystów, poczytne, łatwiejsze do przyswojenia, wywołujące wypieki na twarzy czytelnika, oderwanego właśnie od swoich codziennych obowiązków.

"Zatracenie" opowiada o uczuciu pomiędzy światowej sławy artystą, Romanem Rdzawiczem, a młodą hrabianką, Teresą Morską. Uczuciu, które nieodwracalnie splata ze sobą przyszłe losy bohaterów.

Historia pełna jest charakterystycznego dla Przerwy-Tetmajera zachwytu nad pięknem Tatr, pogłębionych profili psychologicznych, a także błyskotliwego ujęcia realiów i obyczajów panujących wśród arystokratycznych sfer. Autor przedstawia czytelnikowi prostą, lecz nienaiwną historię miłosną, pełną uczuć, obaw, niedopowiedzeń, barw i odcieni szarości.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67632-01-0
Rozmiar pliku: 761 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rdzawicz na przełęczy Zaworów, na którą się wspiął przed towarzystwem, nie zatrzymał się, ale od razu począł biec po trawiastej uboczy w dół. Biegł pędem. Wiedział, gdzie droga zakręca na lewo ku Ciemnosmreczyńskim Stawom, ale minął ją. Biegł ku lasowi w Ciemne Smreczyny, w dolinę.

Niebawem wpadł w kosodrzewinowe krzaki, iglaste, smolne, elastyczne i trudne do przebycia. Darł się przez nie, nie bacząc na perć. Minął suchą czerwoną limbę i zniżył się w olbrzymie plątowisko dzikich, potwornie wyrosłych szczawi, łopuchów i zielsk ogromnych. Wszystko to mokre od deszczu, biło w niego wodą, tak, że wkrótce poczęła ona ciec z jego ubrania i sztylp skórzanych. Zanurzył się cały w mokrych, dziwnie, dziko pachnących ziołach, rosnących w pustce śródleśnej, na polanie. Trafił na zbutwiałe kłody dawno zwalonego śniegami szałasu. Doznał dziwnej rozkoszy osamotnienia, skrycia się przed ludźmi w naturze dzikiej, nieujarzmionej, odrębnej od świata. Wkoło stał stary, odbity konarami do ziemi, odwieczny, głuchy, ciemny, smrekowy las. Niebo zapalało już gwiazdy.

Był sam. Tam, w tyle, daleko poza nim zostali wszyscy. Szli powoli, gdzieś przepadli w mroku, niewidoczni... Cała gromada... On tu był sam... Sam jeden... On i góry i las… Odbiegł wszystkich... Uczuł jakąś dumę w sobie, jakąś moc… Rozprężył ramiona, rozprężył pierś, podniósł głowę... Sam, sam jeden!… Góry i las…

Nie potrzeba mu tu nikogo... Oparł nogę na głazie… Pustka, milczenie... Czuł w sobie siłę, że mógłby tę pustkę zdobywać dalej, dalej, dalej... Hen tam, popod Hruby Wierch, ku Krzywaniowi. Nic to, że noc... Jego nogi nie znają trudu, jego oczy nie znają ciemności, jego zmysły lęku... Częścią natury jest, tak odciętą od świata, jak ona, tak twórczą, jak ona...

Boże!

Nie potrzeba mu nikogo. Sława? Dają ją ludzie. Ludzie? Odepchnął ich od siebie. Miłość? Wyzwolił się! Ha! Ramiona rozeprzeć między te skały! Nie plącz się tu, cieniu kobiety! Nikły, wątły cieniu! Nie ściskaj piersi palącym tchem namiętności, tu, gdzie się pierś od wierchu do wierchu rozszerza!...

Sam, sam! Z daleka od wszystkiego, co jest złe. Z daleka od własnego wstydu wobec nędz swojej duszy i od wstydu za nie przed ludźmi... Z daleka od wszystkiego, co rani dumę, co przynosi upokorzenie, co wprowadza gorycz i gorzki smutek... Z daleka od poczucia tych niższości, które są nie do przewalczenia, i od gorzkiego poczucia tych wyższości, które są pogardy godne... Z daleka od wiedzy i niemożności przełamania i ukrycia swoich brzydot, wad i wstrętów fizycznych, z daleka od męczących, wściekłych faktów… Z daleka od istotnego stanu rzeczy, którego znajomość i wobec którego bezsilność może popchnąć do samobójstwa... Z daleka od wszystkiego, co jest: zawsze i wszędzie...

Sam, sam! Może mu się wydawać, że jest orłem, może mu się wydawać, że jest smrekiem, może mu się wydawać, że jest szumem leśnym... Sam, sam, więc może odepchnąć od siebie swoje ciało i swoją duszę... Zostawić tylko swoją wyobraźnię... Sam, sam, więc może stworzyć cały świat swojego życia tak, jakby żył, będąc orłem, będąc smrekiem, będąc szumem leśnym... O! Jakże nie cierpi, jakże nienawidzi

ziemi!... Ona to okuła jego jestestwo ciałem! Ona wszczepiła mu duszę! A on przecież jest cząstką żywiołów, istniał w nich przed swoim człowieczeństwem, wróci do nich po ludzkiej śmierci...

Już nie ma nic, nic... Wir, chaos olbrzymiego ruchu… Gwiazdy snują się koło głowy, śpiewające i świecące... Nic, nic!... Otchłań, bezdeń wszechświata… Precz, precz, nikły, wątły cieniu kobiety!... Jedna myśl zawisła na tobie, jedna krótka, nikła, wątła myśl, jedno maleńkie pióro, wylatując z olbrzymich orlich skrzydeł, musnęło twoją twarz i odleciało gdzieś uronione daleko...

Precz! Precz!

Co za rozkosz nie czuć tu tego obniżenia swojego ja, swojego mózgu, swojej myśli, swoich uczuć i instynktów, które się zawsze w zetknięciu z ludźmi uczuwa. Jest się tu sobą, takim, jakim się jest, tym „poetą zamkniętym w swoich czterech ścianach”... Tylko że ściany tu – to góry, to bór, a poezja – to wicher w duszy, w bezmiar lecący...

Nagle usłyszał wołanie, to górale wołali na niego.

Nie! Nie! Nie pójdę!...

Wołano znowu.

Rdzawicz stał oparty na ciupadze, wdychając w pierś samotne powietrze. Las począł szumieć lekkim wiatrem.

Wtem ozwał się w pomroku dźwięczny głos – poznał go – to głos Teresy.

Zadrżało mu coś w piersi.

Głos powtórzył się w echu.

– To ty! Ty!

Wydało mu się, że głos ten ma w sobie jakąś tęsknotę, że woła... Począł iść ku niemu, bezwładnie.

Od rana rozmawiał mało z Teresą, raczej prawie nie rozmawiali; odzywał się do niej tyle, aby nie wyglądało tak, jakby jej unikał lub ona jego. Z początku zbliżał się do różnych osób, na lewo i na prawo; ale nudziło go to i męczyło. W końcu oddzielił się od towarzystwa i szedł sam.

W Teresie nie mógł spostrzec nic, co by cokolwiek mówiło. Była równa ze wszystkimi, ani za wesoła, ani smutna, swobodna, uprzejma i pełna wdzięku, jak zawsze.

Hukanie powtarzało się. Krzyczeli i górale, i panie, i panowie. Głos Teresy już się nie powtórzył. Ale on szedł za tym głosem. Pamiętał, skąd przypłynął; szedł, jakby za światłem, zupełnie i nagle bezwładny.

Skacząc z głazu na głaz, dotarł Rdzawicz do grupy ludzi, stojących pod ścianą skalną. Górale zapalali pochodnie.

– Haweście?! Myślelime, za was gacopierz porwali – zaśmiał się przewodnik.

– Przepraszam. Czy państwo czekali?

– Nie, chwilkę zatrzymaliśmy się – odparł ktoś – żeby zapalić pochodnie. Wołaliśmy tylko, żeby pan wiedział, gdzie jesteśmy. Czy pan zabłądził?

– Nie. Tak poszedłem. Tam jest cudowny las.

– Ciemnosmreczyński? Ten, o którym Jerzy lubi mówić? – spytał Morski.

– Ten. Stary, wiekuisty las. Puszcza zupełna.

– Szkoda, że tamtędy nie idziemy – rzekła Teresa.

– E dy ta i haw nie jaśniej, jak w lesie – ozwał się któryś z górali.

– Hm, hm, hm, nie ma mody ozpalić, zamokło – mruczał przewodnik, bijąc obuszkiem głowę pochodni.

– Panie Romanie – rzekł, zapaliwszy – wiem, ze drogę wiecie, weźcie tez ten pochodnie i icie poprzodku, bo jo powiedem paniom hrabinę, a Wojtek Ciułac bedzie świecił z tyłu.

Rdzawicz wziął pochodnię, podniósł ją w górę i ruszył naprzód...

Jak mu ładnie... Idzie przed nami jak wódz – myślała Teresa. – Ach! Jakbym chętnie szła przy nim, mówiła z nim... I dlaczego nie mam tego zrobić?... Tak samo wtenczas wybrałam go w mazurze...

Jednak nie zbliżyła się. Szła obok Celinki i Leona Morskiego.

– Pochodnie się nam skończą, nim wyjdziemy na Wrotka – zwrócił się Rdzawicz do przewodnika.

– Bedzie miesioncek świecił. Dy jus wyseł za grani.

Istotnie księżyc wypłynął zza skał, duży, prawie w pełni. Woda w Ciemnosmreczyńskich Stawach zaszkliła się. Padło na nią srebrzyste, okrągłe światło, które poczęło się wydłużać w ogromny, cichy, srebrzysty słup blasku.

Wraz ciemne, olbrzymie, ostre zwały gór poczęły ścianami wewnętrznymi bieleć i jaśnieć. Powoli przestrzeń stawała się coraz widniejszą. Już pod czarnymi grzbietami skał rozciągały się wielkie, biało fosforyzujące płaszczyzny. Słupy świata na obu stawach, górnym i dolnym, rozlewały się szeroko i ogromnie.

Nagle poczęły one drgać i mienić się, a jednocześnie poczęła zaciemniać się i przejaśniać fosforyczna biel rozwidnionych ścian skalnych; albowiem na niebo wybiegały obłoki, przygaszające i rozpalające księżyc. Szafirowe, błękitne, złotorude, żółto-modre i srebrno-zielone barwy grały zmiennie koło niego, szybko lecąc. Czasem wchodził on za ciemną chmurę i gasł, a wtedy stawało się zupełnie ciemno. Czasem nikł prawie cały, świecąc tylko świetnie złotem o d cięciem kręgu. Czasem granatowo-złoty toczył się i migał w obłokach. To znów wypływał na zupełnie czyste niebo, i wtedy na chwilę padały znów na czarną głębinę stawów olbrzymie, szerokie, rozpromienione kolumny blasku, a ściany skalne brały na siebie martwą, żółtawą białość. I szła nowa gra barw. Złotoruda, w błękitno-żółtą śreżogę rozproszona otęcz księżyca gasła i płonęła.

W powietrzu panowało milczenie niewypowiedziane. Jeden tylko wodospad z nizinnego stawu huczał i szumiał, ale tak wtopionym w przestrzeń szumem, iż wydawał się częścią milczenia. Przed głowami pięły się wysokie turnie, zębate, strzeliste w strop i wiszące w otchłani. Nagle księżyc rozświetlił się w Piarżystą Dolinę, w skały. Rum kamienny i śniegi zalśniły. Otwarła się kotlina śródskalna, tajemnicza i przepastna, zamknięta w urwiska i szczyty.

– Jakże tutaj cudownie! – szepnęła Teresa, opierając się plecami o nagi głaz, gdy stanęli dla wypoczynku.

– Gdzie było piękniej? Nad morzem, czy tutaj? – spytał Rdzawicz, stając obok i chowając pochodnię za kamień, aby płomieniem nie raziła.

Teresa nie odpowiedziała na razie; zacisnęło jej się gardło.

– Tutaj – rzekła po chwili.

– Podźmé! Podźmé! – wołali górale.

Poczęto się piąć na trawiasty upłaz, ku Wrotkom. Noc już była w całej pełni.

Teresa szła za Rdzawiczem, który świecił resztką pochodni. Niedługo musiał ją rzucić, druga, trzymana przez chłopa, wypaliła się również.

– Prawie nom wystarcyły – rzekł przewodnik.

– Co by się ino nie kciało zahmurać, bo sie cosi mrocy – rzekł inny góral.

I istotnie powoli poczęło się ściemniać. Księżyc jaśniał coraz rzadziej, coraz mgliściej, aż znikł zupełnie za cienką warstwą chmur, ale ta warstwa jęła grubieć i rosnąć.

Pomagano sobie nawzajem po drodze, jak kto mógł. Teresa szła sama; Rdzawicz po oddechu jej poznawał, że idzie z trudem. Kilka razy wstrzymała się, jakby nie wiedząc, gdzie postawić nogę.

– Można pani podać rękę? –spytał jej Rdzawicz, siląc się na obojętną grzeczność.

– Owszem, proszę pana – odrzekła Teresa cicho. – Jestem już zmęczona.

Podała mu dłoń, którą on ujął lekko i delikatnie. Nie mówili do siebie. Teresa oddychała ciężko i dłoń jej coraz mocniej opierała się na dłoni Rdzawicza.

– Czy wysoko jeszcze? – zapytała.

– Nie – już tam. Trochę widać.

– A potem?

– Na dół.

– Już Morskie Oko?

– O nie. Jeszcze ogromny kawał.

– Boże! Jakże ja przejdę?! – krzyknęła Teresa.

– Pozwoli pani, że ją poprowadzę? Dobrze?

Powiedział teraz miękko i prawie prosząco. Teresa uczuła ochotę skłonić mu głowę ku ramieniu i oprzeć się na nim. Odpowiedziała mu cicho:

– Dobrze.

I serce, bijące mocno i prędko, uderzyło jej jeszcze gwałtowniej, bo usłyszała całą miękkość, całą kobiecość swego głosu w tej chwili; zdawało się jej także, że poczuła ledwo wyczuwalny uścisk dłoni Rdzawicza.

I on go jej rzeczywiście dał, myśląc, że ona nie dostrzeże.

Wyszli na przełęcz Wrotek pierwsi. Przed nimi była zupełna otchłań. Czarne, nieprzenikliwe chmury zawlekły niebo. Była noc nieprzejrzana. Na przełęczy wiał wiatr, wiejący górą od północy.

– Niech się pani okryje – rzekł Rdzawicz, otulając jej szal koło ciała.

Pierwszy raz delikatnie, lekko, uczul jej kształt; pierwszy raz ona poczuła jego ręce na sobie. Ogarnęło ją drżenie. Czuła się sama z nim.

– Czy idą tamci? – spytała.

– Są tuż.

– Co jest przed nami teraz? Widzę tylko czarną otchłań.

– Będziemy schodzili.

– Tam?

Teresa uczuła trwogę. Zawisła gdzieś, jak ptak, w ciemnościach, w obcym, nieznanym, świecie, wśród grozy, trudów, niebezpieczeństw, gdzieś na wysokości pod chłodnym, wartkim, świszczącym wichrem.

– Sprowadzi mnie pan? – rzekła, nie bacząc na nic w tej chwili.

– O tak! – odparł Rdzawicz i wysunął ku niej rękę, ale ją wstrzymał, nim jej dłoń ująć zdążała. Teresa dostrzegła ten ruch i pochyliła się na mgnienie oka mimowolnie ku Rdzawiczowi.

Pani Kmitowa mimo zmęczenia nie pozwoliła zatrzymywać się długo na Wrotkach; ledwo wytchnęli.

– Pozaziębiacie się! Pozaziębiacie się! – wołała. – W imię Boże chodźmy naprzód! Przewodniku! No, dalej!

Rdzawicz ujął znów dłoń Teresy i szepnął:

– Zostańmy z tyłu; boję się, żeby kamień na panią nie spadł komu spod nóg.

– Ale to my możemy zrzucić?

– Będziemy się starali nie zrzucić. Nie dam pani iść naprzód. Przepraszam, ale muszę panią wziąć po przewodnicku.

Zawiesił ciupagę na lewej ręce i ujął ją obiema rękami pod łokieć i za dłoń, tak, że wygodnie, mocno mogła się oprzeć.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: