Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
30 października 2008
Ebook
34,90 zł
Audiobook
39,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - ebook

Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger znika jak kamień w wodę. Prawie czterdzieści lat później Mikael Blomkvist otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera. Stojący na czele wielkiego koncernu magnat przemysłowy prosi znajdującego się na zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów. Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby rozwiązania zagadki zniknięcia Harriet. Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie, redaktor czasopisma "Millennium", przechodzi kryzys wartości i rezygnuje z obowiązków zawodowych. Podejmuje się niezwykłego zlecenia, opuszcza Sztokholm i osiada w niewielkiej wiosce na północy kraju. Po pewnym czasie dołącza do niego młoda ekscentryczna hackerka, Lisbeth Salander. Wspólnie, choć nie zawsze ramię w ramię, biorą pod lupę przeszłość klanu Vangerów i wykrywają prawdę o wiele bardziej mroczną i krwawą niż ta, którą spodziewali się odnaleźć...

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7554-262-2
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Li­sto­pa­do­wy piątek

TEN SCE­NA­RIUSZ po­wta­rzał się każdego roku. Ad­re­sat skończył właśnie osiem­dzie­siąt dwa lata. Jak zwy­kle otwo­rzył paczkę i zdarł ozdob­ny pa­pier. A później pod­niósł słuchawkę i wy­brał nu­mer byłego ko­mi­sa­rza kry­mi­nal­ne­go, który po przejściu na eme­ry­turę osiadł nad je­zio­rem Sil­jan. Mężczyźni uro­dzi­li się nie tyl­ko w tym sa­mym roku, ale dokład­nie tego sa­me­go dnia, co w tym kon­kret­nym przy­pad­ku za­kra­wało na coś w ro­dza­ju iro­nii losu. Wiedząc, że te­le­fon za­dzwo­ni za­raz po wi­zy­cie li­sto­no­sza, około je­de­na­stej, ko­mi­sarz pił spo­koj­nie kawę. W tym roku za­dzwo­nił już o dzie­siątej trzy­dzieści. Po­li­cjant ode­brał i nie przed­sta­wiając się, po­wie­dział:

– Hej.

– Przyszła.

– Jak wygląda tym ra­zem?

– Nie mam pojęcia, co to za roślina. Ale do­wiem się oczy­wiście. Kwiat jest biały.

– Zga­duję, że nie dołączo­no żad­ne­go li­stu?

– Nie, nie ma żad­nej wia­do­mości. Tyl­ko kwia­tek. I taka sama ram­ka jak w ubiegłym roku. Zwykła nie­dro­ga rzecz do sa­mo­dziel­ne­go mon­tażu.

– Stem­pel pocz­to­wy?

– Ze Sztok­hol­mu.

– Cha­rak­ter pi­sma?

– Jak za­wsze, dru­ko­wa­ne li­te­ry. Duże i pro­ste.

Tym sa­mym te­mat zo­stał wy­czer­pa­ny i przez dłuższą chwilę mężczyźni sie­dzie­li w mil­cze­niu po obu końcach li­nii. Eme­ry­to­wa­ny ko­mi­sarz roz­parł się wy­god­nie przy ku­chen­nym sto­le, pociągając fajkę.

Wie­dział, że nie spo­dzie­wa­no się już po nim żad­ne­go zbaw­cze­go czy choćby tyl­ko szczególnie in­te­li­gent­ne­go py­ta­nia, które mogłoby rzu­cić nowe światło na sprawę. Ten czas minął bez­pow­rot­nie daw­no temu. Roz­mo­wa dwóch pod­sta­rzałych mężczyzn miała ra­czej cha­rak­ter ry­tuału w ob­li­czu mi­ste­rium, które – oprócz nich – ni­ko­go nie in­te­re­so­wało.

ŁACIŃSKA NA­ZWA brzmiała Lep­to­sper­mum (Myr­ta­ce­ae) ru­bi­net­te. Roślina była nie­po­zorną, mniej więcej dwu­na­sto­cen­ty­me­trową krze­winką o drob­nych, po­dob­nych do igiełek wrzo­su list­kach. Nie­wiel­kie kwia­tusz­ki składały się z pięciu płatków. Po­cho­dziła z au­stra­lij­skie­go bu­szu i tam­tej­szych gór, gdzie rosła w gęstych kępach tra­wy. Na­zy­wa­no ją de­sert snow. Trochę później eks­pert z ogro­du bo­ta­nicz­ne­go w Up­psa­li stwier­dziła, że to rzad­ka roślina, tyl­ko spo­ra­dycz­nie upra­wia­na w Szwe­cji. W eks­pertyzie na­pi­sała, że jest spo­krew­nio­na z drzew­kiem her­ba­cia­nym i że często myli się ją z jej znacz­nie po­spo­lit­szym ku­zy­nem Lep­to­sper­mum sco­pa­rium, który po­ra­sta w nad­mia­rze Nową Ze­lan­dię. Różnica według eks­per­ta po­le­ga na tym, że końce płatków ru­bi­net­te zdo­bią mi­kro­sko­pij­ne różowe punk­ci­ki, na­dając im różowa­wy od­cień.

Ru­bi­net­te za­dzi­wiała bez­pre­ten­sjo­nal­nością. Nie miała żad­nej war­tości ko­mer­cyj­nej, żad­nych zna­nych właściwości lecz­ni­czych ani ha­lu­cy­no­gen­nych. Nie służyła jako pożywie­nie czy przy­pra­wa ani nie używa­no jej do pro­duk­cji na­tu­ral­nych barw­ników. Miała jed­nak pew­ne zna­cze­nie dla Abo­ry­genów, którzy tra­dy­cyj­nie uważali te­re­ny i roślin­ność wokół Ay­ers Rock za świętość. Wyglądało na to, że je­dy­ne za­da­nie rośliny o ka­pryśnej uro­dzie po­le­gało na by­ciu piękną i po­wabną.

W swo­im orze­cze­niu up­psal­ska bo­ta­nicz­ka pod­kreśliła, że de­sert snow należy w Au­stra­lii do rzad­kości, a w Skan­dy­na­wii sta­no­wi uni­kat. Sama rośliny nig­dy nie wi­działa, ale od ko­legów po fa­chu do­wie­działa się, że próbo­wa­no ją wpro­wa­dzić do jed­ne­go z göte­bor­skich ogrodów. Nie można też wy­klu­czyć, że w pry­wat­nych szklar­niach mają ją en­tu­zjaści eg­zo­tycz­nych roślin i inni bo­ta­ni­cy ama­to­rzy. Nie jest łatwa w upra­wie, po­nie­waż wy­ma­ga łagod­ne­go, su­che­go kli­ma­tu oraz zi­mo­wa­nia w ocie­plo­nym po­miesz­cze­niu. Nie sprzy­ja jej wa­pien­ne podłoże i po­trze­bu­je na­wad­nia­nia od spodu, bez­pośred­nio do ko­rze­nia. Trze­ba umieć się z nią ob­cho­dzić.

FAKT, ŻE ROŚLINA była w Szwe­cji nie­zmier­nie rzad­ka, teo­re­tycz­nie ułatwiał do­tar­cie do źródła właśnie tego eg­zem­pla­rza, ale w prak­ty­ce było to nie­możliwe. Nie ist­niały żadne re­je­stry ani li­cen­cje, które można było przej­rzeć i spraw­dzić. Nikt nie wie­dział, jak wie­lu pry­wat­nych ho­dowców w ogóle podjęło się upra­wy tak wy­ma­gającej rośliny – nie­wy­klu­czo­ne, że cho­dziło o jed­ne­go albo kil­ku­na­stu ogrod­ników z dostępem do na­sion i sa­dzo­nek, które bez tru­du można kupić bez­pośred­nio w fir­mie wysyłko­wej, u ja­kie­goś in­ne­go pa­sjo­na­ta albo w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym gdzie­kol­wiek w Eu­ro­pie. Krze­win­ka mogła być równie do­brze przy­wie­zio­na z Au­stra­lii. Od­na­le­zie­nie ho­dowcy wśród mi­lionów po­sia­da­czy cie­plar­ni czy zwykłej do­nicz­ki na po­ko­jo­wym pa­ra­pe­cie należało za­li­czyć do spraw bez­na­dziej­nych.

Ru­bi­net­te była tyl­ko jedną z sze­re­gu za­gad­ko­wych roślin, które pierw­sze­go li­sto­pa­da w gru­bej ko­per­cie za­wsze przy­cho­dziły na ten sam ad­res. Ga­tun­ki zmie­niały się, ale za­zwy­czaj były to piękne i sto­sun­ko­wo rzad­kie kwia­ty. Za­wsze spo­czy­wały na pa­pie­rze akwa­re­lo­wym, pie­czołowi­cie za­su­szo­ne i chro­nio­ne szkłem pro­stej ram­ki o wy­mia­rach dwa­dzieścia dzie­więć na szes­naście cen­ty­metrów.

ROŚLIN­NE MI­STE­RIUM nie było po­wszech­nie zna­ne, nig­dy nie ko­men­to­wały go me­dia, wie­działo o nim za­le­d­wie nie­wiel­kie, za­mknięte gro­no. Trzy­dzieści lat temu co­rocz­ne prze­syłki były przed­mio­tem ana­liz w Państwo­wym La­bo­ra­to­rium Tech­ni­ki Kry­mi­nal­nej. Ba­da­li je eks­per­ci dak­ty­lo­sko­pii, gra­fo­lo­dzy, po­li­cjan­ci z sek­cji do­cho­dze­nio­wo-śled­czej, ro­dzi­na i przy­ja­cie­le ad­re­sa­ta. Obec­nie dra­mat roz­gry­wał się już tyl­ko między trze­ma ak­to­ra­mi: pod­sta­rzałym ju­bi­la­tem, eme­ry­to­wa­nym po­li­cjan­tem i oczy­wiście nie­zna­jo­mym nadawcą pre­zen­tu. Po­nie­waż przy­najm­niej dwaj z nich osiągnęli za­cny wiek, kie­dy war­to zacząć przy­go­to­wa­nia do tego, co nie­unik­nio­ne, krąg za­in­te­re­so­wa­nych w naj­bliższym cza­sie mógł się zmniej­szyć.

Eme­ry­to­wa­ny po­li­cjant był doświad­czo­nym we­te­ra­nem. Nig­dy nie za­po­mni swo­jej pierw­szej in­ter­wen­cji, która po­le­gała na wsa­dze­niu do mam­ra agre­syw­ne­go i kom­plet­nie pi­ja­ne­go ma­szy­ni­sty w na­staw­ni, żeby nie na­py­tał jesz­cze więcej bie­dy so­bie sa­me­mu i in­nym. W trak­cie ka­rie­ry ko­mi­sarz za­my­kał kłusow­ników, mężów mal­tre­tujących żony, oszustów, złodziei sa­mo­chodów i pi­ja­nych kie­rowców. Spo­ty­kał włamy­wa­czy, ra­bu­siów, me­li­nia­rzy, gwałci­cie­li, a raz tra­fił na niezrówno­ważone­go ka­sia­rza z dy­na­mi­tem. Brał udział w dzie­więciu do­cho­dze­niach w spra­wie mor­der­stwa lub zabójstwa. W pięciu przy­pad­kach spraw­ca sam za­dzwo­nił na po­licję, by ze skruchą wy­znać, że właśnie za­ka­tru­pił swoją żonę, bra­ta czy in­ne­go członka ro­dzi­ny. W trzech do­cho­dze­niach szu­ka­no nie­zna­ne­go spraw­cy, dwa mor­der­stwa zo­stały wyjaśnio­ne w ciągu kil­ku dni, a trze­cie, we współpra­cy z Cen­tral­nym Biu­rem Śled­czym, w ciągu dwóch lat.

Dzie­wiąte udało się roz­wiązać, to zna­czy do­cho­dze­niow­cy wie­dzie­li, kto jest mor­dercą, ale do­wo­dy były tak nikłe, że pro­ku­ra­tor po­sta­no­wił za­wie­sić śledz­two. Wkrótce, ku nie­za­do­wo­le­niu ko­mi­sa­rza, spra­wa uległa przedaw­nie­niu. Ogólnie rzecz biorąc, miał za sobą im­po­nującą ka­rierę i po­wo­dy do za­do­wo­le­nia ze swo­ich do­ko­nań.

A jed­nak da­le­ki był od tego.

Spra­wa za­su­szo­nych kwiatów sta­no­wiła dla ko­mi­sa­rza bo­le­sny cierń, ciągle nie­roz­wiązaną, fru­strującą za­gadkę, której poświęcił nie­porówny­wal­nie więcej cza­su niż wszyst­kim in­nym.

Sy­tu­acja była podwójnie ab­sur­dal­na, po­nie­waż po dosłownie tysiącach go­dzin prze­myśleń, zarówno w pra­cy, jak i poza nią, ciągle nie po­tra­fił z pew­nością stwier­dzić, czy w ogóle ma do czy­nie­nia z przestępstwem.

Obaj mężczyźni wie­dzie­li, że oso­ba opra­wiająca roślinę w ram­ki używa ręka­wi­czek, nie zo­sta­wiając żad­nych od­cisków palców ani na drew­nie, ani na szkle. Wie­dzie­li, że nie­możliwe jest do­tar­cie do nadaw­cy. Wie­dzie­li, że po­dob­ne ram­ki są dostępne w każdym skle­pie fo­to­gra­ficz­nym czy pa­pier­ni­czym na całym świe­cie. Po pro­stu nie ist­niały żadne tro­py, którymi można by podążyć. Prze­syłki najczęściej wysyłane były ze Sztok­hol­mu, ale trzy­krot­nie z Lon­dy­nu, dwu­krot­nie z Paryża i z Ko­pen­ha­gi, raz z Ma­dry­tu i z Bonn oraz z – naj­bar­dziej za­gad­ko­we­go – Pen­sa­co­la w USA. O ile wszyst­kie po­zo­stałe mia­sta były zna­ny­mi sto­li­ca­mi, o tyle o ame­ry­kańskiej miej­sco­wości ko­mi­sarz nig­dy nie słyszał i mu­siał po­szu­kać jej w atla­sie.

POŻEGNAW­SZY SIĘ z ko­mi­sa­rzem, osiem­dzie­sięcio­dwu­let­ni ju­bi­lat sie­dział przez dłuższą chwilę nie­ru­cho­mo, z ocza­mi utkwio­ny­mi w au­stra­lij­skiej rośli­nie, o której na­zwie jesz­cze nie miał pojęcia. A później pod­niósł wzrok. Nad biur­kiem, w czte­rech rzędach po dzie­sięć i w piątym składającym się tyl­ko z czte­rech prze­szklo­nych ra­mek, wi­siały czter­dzieści trzy za­su­szo­ne kwia­ty. W naj­wyższym rzędzie bra­ko­wało jed­nej rośliny. Miej­sce nu­mer dzie­więć świe­ciło pustką. Krze­win­ka de­sert snow miała otrzy­mać nu­mer czter­dzieści czte­ry.

Po raz pierw­szy jed­nak wy­da­rzyło się coś, co od­bie­gało od co­rocz­ne­go sce­na­riu­sza. Zupełnie na­gle, bez ostrzeżenia, mężczy­zna zaczął płakać. Ten nie­spo­dzie­wa­ny wy­buch emo­cji po po­nad czter­dzie­stu la­tach zdzi­wił jego sa­me­go.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: