Muzeum. Miejsce, które zwróciło Warszawie duszę. - ebook
Muzeum. Miejsce, które zwróciło Warszawie duszę. - ebook
Przez jednych stawiane za wzór, przez innych mocno krytykowane, ale nikomu nie obojętne. Muzeum Powstania Warszawskiego – miejsce, które powstańcom oddało należną cześć, połączyło rocka z patriotyzmem i na dobre zmieniło oblicze miasta.
Szef i współtwórca muzeum, Jan Ołdakowski, w rozmowie z dziennikarzem Faktów TVN Maciejem Mazurem zdradza, jak przekonał prezydenta Lecha Kaczyńskiego do punka, co wspólnego z Powstaniem mają wieloryby z Winnipeg i któremu światowemu przywódcy weterani Batalionu Zośka chcieli pokazać cztery litery.
Ten wywiad jest trochę jak samo muzeum. Iskrzy, prowokuje, zadaje pytania i zmusza do myślenia.
Kategoria: | Literatura faktu |
Zabezpieczenie: |
Watermark
|
ISBN: | 978-83-61808-56-5 |
Rozmiar pliku: | 7,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jana Ołdakowskiego spotkałem kilkanaście lat temu, czyli znam go prawie od jego przedszkola (przesadzam, ale tylko trochę). W młodym wieku zdążył się zatrzasnąć w toalecie na moich urodzinach.
Pamiętam go jako współgospodarza nieco surrealistycznej knajpy OFF na Puławskiej, gdzie awangardowi poeci recytowali niezrozumiałe dla mnie strofy, młodzież improwizowała jazzowe kawałki, starsi panowie grali w szachy, a ja debatowałem przy piwie z dzisiejszym platformerskim ministrem Sienkiewiczem.
Ołdakowski był wtedy przyjacielskim, rozumiejącym wszystkich, nieco misiowatym człowiekiem, ale nie sądziłem, że okaże się narodowym skarbem.
Kiedy podjął się szaleńczego dzieła zbudowania muzeum w jakimś rekordowo krótkim czasie, chodziłem do niego na Przyokopową i utrwalałem swoim piórem zdumiewającą atmosferę zbratania się sędziwych powstańców i ich spadkobierców przynoszących pamiątki oraz młodych wolontariuszy, którzy odbierali te dary niczym relikwie. To mi się kojarzyło z niepowtarzalną gorączką pierwszej „Solidarności”.
A równocześnie, tak jak chyba wszyscy, nie wierzyłem, że zdążą na czas. Sądziłem, że będzie katastrofa, że nie zmieszczą się przed 1 sierpnia 2004 roku. Zdążyli, z przedziwną, jakby mimowolną swobodą pokonywania kolejnych przeszkód, przełamywania oporu materii.
Ołdakowski to jeden z ludzi, którzy odbudowali nam wtedy zbiorową tożsamość, o czym przekonałem się, kiedy któregoś kolejnego pierwszego sierpnia patrzyłem, jak na dźwięk syreny wstają z poważnymi minami typowe zblazowane japiszony – w ogródku nieco postmodernistycznej knajpy Szpilka na placu Trzech Krzyży. Oczywiście główny budowniczy tej tożsamości to Lech Kaczyński. To on postawił na szczególny patriotyzm: nieciasny, romantyczny, wolnościowy, pilnujący tego, co polskie, ale bez nacjonalistycznej hucpy. Postawił i wygrał, dziś jego językiem mówią o pamięci historycznej nawet jego dawni przeciwnicy.
Lech Kaczyński pokazał, co to znaczy polityczna wola. Ale mógł przecież postawić na lepszych lub gorszych tej woli wykonawców. Wybrał dobrze, choć jednym „muzealnicy” jawili się jako grupa zbyt spiętych, zagubionych w labiryntach świata władzy i pieniędzy nowicjuszy, dla innych byli z kolei nazbyt rozwichrzeni i lekkomyślni.
Sam Ołdakowski w tej książce trochę kryje się za swoim dziełem. Woli mówić o innych ludziach, o instytucjach i przedmiotach, o warszawskich miejscach i klimatach niż o swoich osobistych odczuciach. W rzeczywistości opowieść o jego personalnej symbiozie z pieczołowicie składaną z kawałków tradycją Powstania, z samymi powstańcami to materiał na solidną biograficzną powieść albo i na film fabularny.
Czasem wydawało mi się, że to już dosyć. Zrobił, co miał zrobić, wymyślił świetne muzeum, które wbrew kraczącym: „Dosyć muzeów!” do dziś bije rekordy popularności. Powinien to zostawić, zacząć obmyślać kolejną tego typu instytucję (może nawet poza Warszawą), bo to lubi i czuje. Mógłby być takim wędrownym ekspertem od przywracania Polakom pamięci. Ma do tego wyraźną smykałkę. Sam słyszałem, jak z pasją, nie będąc historykiem i grając czasem na nosie lobby historyków, snuł wizje upamiętniania… średniowiecza.
Ale dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego to bardzo dobrze, że tak długo trzymał się Powstania. Zobaczyłem film Powstanie Warszawskie zmontowany z jego inicjatywy ze starych kronik pokolorowanych i opatrzonych nieistniejącym wcześniej dźwiękiem. Patrzyłem, jak pod ręką cudotwórców odżywa zaraz po 1 sierpnia 1944 roku Warszawa jako przestrzeń krótkotrwałej nadziei, miasto z rogatą duszą. I jak potem ta sama Warszawa jest przygniatana niewiarygodną wręcz nawałnicą. Poczuliśmy to chyba wszyscy – we własnych głowach i własnych trzewiach. Myślę, że Janek żył dla tego dzieła.
Dlatego można go nazwać narodowym skarbem. A zarazem… wszystko jeszcze przed nim. To bardzo młody człowiek, chociaż dał już Polsce tak dużo.
Dał klarowną i bardzo zwyczajną odpowiedź na narzekania tych, którzy usiłują sens Powstania zakwestionować. Odpowiedział tym, którzy nie wierzą w żywotność tradycji, pokazał, że można się tradycją zajmować wspólnie z bardzo różnymi ludźmi, także tymi o kompletnie innych poglądach politycznych i estetycznych wrażliwościach. Jest jednocześnie i bardzo dojrzały, i młody duchem.
Ale może najważniejsze, że rzednącym zastępom samych powstańców ofiarował miejsce, gdzie czuli się i czują jak u siebie. Zasługiwali na to. Obdarzył jednak nie tylko żywych. Mój stryj, który zginął w 1944 roku na Czerniakowie, ma swoje miejsce na murze pełnym nazwisk i ma też swoje zdjęcie w internecie. To zasługa Janka. On pomógł się policzyć i żywym, i zmarłym.
Zanim się całkiem rozkleję, dodam, że sam jestem ciekaw, co teraz wybierze. Czy film Powstanie Warszawskie to będzie sygnał przełomu w jego życiu, czy kolejny etap pilnowania powstańczego posterunku? Czy ta książka jest zamknięciem pewnego okresu? Dzisiejsza Polska nie oferuje takim wulkanom energii za wielkich możliwości, a czuję zresztą, że i w powstańczej tematyce Janek nie powiedział ostatniego słowa. Ale też potrzebujemy nowych muzeów. I zasługujemy na lepsze, bardziej pomysłowe muzea.
Ty już odniosłeś sukces, ale to nie znaczy, że nie możesz odnieść kolejnego. Życzę ci tego.
Piotr ZarembaGALERIA OFF
Bohaterstwo, pamięć, poświęcenie, patriotyzm, szacunek, polityka, mitologia – oczywiście, że tak. Ale też punk, reggae, teatr, sporo anegdot i wypięte zadki weteranów. Historia narodzin Muzeum Powstania jest jak historia Powstania. Jeżeli ktoś chce wersji czarno-białej, niech pozostanie w zakurzonym archiwum dawnych klisz. Ja wolę wersję panoramiczną i technikolor. Nie umknie nam wtedy żaden szczegół, a i życie nabierze odpowiednich barw. Państwo pozwolą, oto nasz główny bohater: Jan Ołdakowski. Czterdzieści dwa lata, z wykształcenia polonista, a z zawodu od dziesięciu lat dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale zanim o muzeum, najpierw skoczymy na małe piwo. Przyszły dyrektor zaprasza.
Ulica Puławska 37/39. Wejście przez długą, ciemną bramę, potem zamknięte drzwi, dzwonek. Bramkarz, pobieżna lustracja, można wejść. W środku półmrok, czarne ściany i siwy dym. Za barem właściciel: około trzydziestki, bluza z kapturem, bojówki i martensy. Twarz jakby skądś znana? Owszem, to pan Ołdakowski. Muzealnikiem zostanie za dwa lata, na razie naleje nam browarek. Jest początek 2002 roku, przyszły dyrektor prowadzi Galerię OFF – modny, alternatywny warszawski klub.
JA NIE MAM NIC, TY NIE MASZ NIC
– Jak trafiliście do gastronomii? W dodatku z ambitnym programem kulturalno-rozrywkowym?
– Teatr Nowy zaprosił nas do siebie. Tam już była kiedyś knajpa, potem znikła i mieli wolną przestrzeń do wynajęcia. Jak usłyszałem, że jest możliwość, aby tam spróbować coś stworzyć, spotkałem się z moim przyjacielem Pawłem Kowalem i powiedziałem: „Paweł, chodź, założymy knajpę”. Wcześniej pracowaliśmy w rządzie Jerzego Buzka w Ministerstwie Kultury. Byłem szefem gabinetu ministra Kazimierza Ujazdowskiego. Całkiem niezłe stanowisko jak na faceta, który nie ma nawet trzydziestki, a tu nagle: koniec. Mieliśmy strasznego kaca.
– Piliście z żalu, bo po wyborach w 2001 roku przyszedł Leszek Miller z kolegami z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i wymiótł całe prawicowe towarzystwo spod znaku Akcji Wyborczej Solidarność?
– Nie, w innym sensie. Miało być tak fajnie, konserwatywnie, tradycyjnie i wspólnotowo, a skończyło się na tym, że część postanowiła się nachapać, część gdzieś poszła i wszystko pod koniec mocno trąciło obciachem. W dodatku wcześniej byłem absolutnie przekonany, że ta polityka idealnie mi leży. Gabinet, lancia, władza. I kiedy się wszystko skończyło, ciężko to przeżyłem. Postanowiliśmy więc z Pawłem, że nie chcemy już więcej polityki i zrobimy coś innego. Obaj fascynowaliśmy się wtedy Ziemią obiecaną, marzyło nam się, że stworzymy taką fabrykę. Tylko co mają ludzie, którzy niewiele mają?
– Jak to, co?! Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic – to razem mamy akurat tyle, żeby założyć fabrykę!
– Powtarzaliśmy to sobie w kółko! Naszą fabryką z Ziemi obiecanej miała być właśnie knajpa. Wymyśliliśmy nazwę, spotkaliśmy Zuzę Ziomecką – daleką znajomą Pawła Kowala i późniejszą naczelną „Przekroju”, która właśnie wróciła ze Stanów. Paweł zapytał, czy ma doświadczenie kulturalno-rozrywkowo-gastronomiczne. A ona, patrząc nam w oczy, pewnym głosem stwierdziła, że w rozkręcaniu takich miejsc jest najlepsza. Dopiero później się okazało, że bardzo chciała tam pracować, natomiast wiedziała o knajpach tyle co my. Czyli nic. Trzeba jednak przyznać, że miała świetną intuicję. Otwarcie Galerii OFF zaplanowaliśmy na Nowy Rok 2002. W sylwestra do późnego wieczora malowałem stoliki. Wyłączyłem telefon, bo żona ciągle dzwoniła, pytając, kiedy będę. Wyszedłem z knajpy tak jakoś przed północą, spotkałem się z żoną i gdy dojeżdżaliśmy na imprezę, na którą byliśmy zaproszeni, to właśnie odpalili fajerwerki. Na świętowanie Nowego Roku się spóźniliśmy, ale lokal udało się uruchomić na czas. Pierwszego dnia przyszło nawet z sześć osób. Zamówili coś, wypili, poszli. Świetnie.
Jan Ołdakowski w czasach Galerii OFF
Archiwum prywatne Jana Ołdakowskiego
– Sami nalewaliście piwo?
– Tak też bywało. Pewnego razu po długiej i hucznej imprezie stałem na zapleczu, myjąc kufle. W zimnej wodzie, bo bojler niestety był niewielki i ciepła woda szybko się kończyła. Stoję więc i zgrabiałymi rękami myję szkło, gdy nagle wchodzi moja znajoma. Ostatni raz, gdy się widzieliśmy, byłem jeszcze ministerialnym dyrektorem w garniturze i pod krawatem, jeździłem służbową lancią, a tu w młodzieżowej bluzie z podciągniętymi rękawami z zapałem pucuję kolejne kufle. Znajoma padła ze śmiechu i dojście do siebie zajęło jej trochę czasu. Ale oczywiście nie zmywałem cały czas. Mieliśmy w klubie całą załogę. Równie doświadczoną jak my. Zatrudniliśmy uroczą ekipę studentów socjologii, bo znawcy gastronomicznego tematu straszyli nas, że jak weźmiemy profesjonalistów, to zaraz będą jakieś machinacje. Podzieliliśmy się z Pawłem rolami jak zwykle: ja byłem tym dobrym. Kumplowałem się z artystami i klientami. Paweł został tym złym. Pilnował terminów, negocjował umowy i zatrudniał ludzi. Później prowadzenie OFF-u przejął od nas manager – Adaś Juhanowicz.
Ta wesoła studencka ekipa okazała się zresztą świetnym strzałem. To nic, że nie mieli bladego pojęcia o pracy w gastronomii, a niektórzy nawet nie mieli do tego zdolności. W dodatku, gdy znikaliśmy na chwilę z knajpy, to gdy wracaliśmy, zastawaliśmy ich nieraz na zapleczu, jak wesoło rozmawiali, popijając darmowe piwo. Do jednego piwa mieli prawo, chociaż kolejka do baru i stosy niedopałków w niewymienianych popielniczkach świadczyły, że chyba swojego przywileju nadużywali. Dostarczali za to ciekawych wrażeń. Raz przyszedł do baru klient i zamówił setkę wódki z colą. Nasz kelner podał mu w takim kieliszku ze stopką setkę, a gość mówi: „Ale miało być z colą”. Kelner wziął butelkę i dolał do tej setki jeszcze tak na jeden palec coli. Więcej się nie dało. Wódka zrobiła się lekko brązowawa, a klient mówi: „No, ale więcej!”. Co więc zrobił nasz zuch? Znów wziął butelkę i tak delikatnie kapał, aż zawartość kieliszka zrobiła się wypukła. Facet zrobił taką minę, jakby nie wiedział, czy kelner stroi sobie żarty, czy też naprawdę nie wie, o co chodzi. I tak właśnie wyglądała ta nasza Galeria OFF. Ale z jakiegoś powodu trafiliśmy w gusta młodej publiczności i chwyciło.
OPINIE UŻYTKOWNIKÓW PORTALU CLUBBING.PL
Bardzo się cieszę że mogę jako pierwsza skomentować to miejsce. Dla tych którzy lubią CeDeKowe klimaty Galeria Off będzie drugim domem. Jest tam miło i przytulnie. Mały parkiecik. Jest to miejsce z tych „gorąco polecam”. Naprawdę warto wyskoczyć tam na jakąś imprezkę.
~Mala-Mi, 18 lipca 2002 r.
Nie byłem w tym klubie, ale jak pozwolili grać tam Bodzisowi (7.09.2002) to musi być naprawdę zajebisty klubik ;)
~SEBA_Wwa, 8 września 2002 r.
Witam, klub faktycznie jest klimatyczny – po prostu super, tylko ludzi trzeba troszkę zmienić a i drzwi z kratką są straszne:D Super miejsce na piwko. Polecam, tylko chyba właściciele nie dają sobie rady!!!
~UFKA, 2 września 2002 r.
Też bym poszedł ale ponoć mały parkiet jest i powymiatać nie będzie można…:/ :P
~JaJo7, 12 lutego 2004 r.
PUNKOWCY I SZACHIŚCI
– Skąd taka popularność? O Facebooku nikt wtedy jeszcze nie słyszał. Mieliście odjazdowy szyld z migającym neonem? Reklamowaliście się w modnych czasopismach?
– Wręcz przeciwnie. Nie mieliśmy żadnego szyldu, za to udawaliśmy, że była tak zwana selekcja. Do lokalu wcale nie było tak łatwo się dostać. Najpierw gość musiał zadzwonić do drzwi. Otwierał się taki szyber, pojawiało się oko naszego bramkarza, który bez słowa lustrował klienta i wpuszczał lub nie. Kiedyś mój kolega Darek Karłowicz spotkał w Szwajcarii czworo Amerykanów. Jak się dowiedzieli, że Karłowicz jest z Polski, to mu powiedzieli, że byli w Warszawie i przytrafiła im się niesamowita historia. Mieszkali gdzieś przy ulicy Batorego i wieczorem wyszli na miasto. W tym momencie przeszli na konspiracyjny szept: „Poszliśmy do knajpy. Ale jakiej! Byliśmy w miejscu kompletnie nielegalnym! Spotkany Polak powiedział nam, gdzie zapukać. Wejście nieoznaczone, a w środku… cudowna didżejska impreza jak w najlepszych lokalach Nowego Jorku czy Chicago! Wszyscy pijani, na pewno wszyscy też handlowali prochami i gdyby tylko weszła policja, to by zaraz całe towarzystwo aresztowała, a nas czekałaby deportacja. Na szczęście nie weszła. Baliśmy się jak cholera, ale co to był za wieczór!”. Karłowicz słucha tej opowieści i coraz bardziej mu się wydaje, że zna ten tajny lokal. To chyba Galeria?! Myśmy zresztą też wtedy byli na miejscu. I tu małe sprostowanie. Po pierwsze – było jednak paru trzeźwych, po drugie – nikt nie handlował prochami, a po trzecie – wszystko było legalne, chociaż nie da się ukryć, że to miejsce takie wrażenie mroczno-undergroundowe robiło. I zresztą miało robić.
– Czyli: niech żyje propaganda szeptana. Kto do was przychodził poza alternatywną młodzieżą i zagubionymi cudzoziemcami?
– Prawicowcy na przykład. Piotr Zaremba, Rafał Ziemkiewicz, Bronisław Wildstein. Organizowaliśmy spotkania dyskusyjne. Zaczynały się mniej więcej na godzinę przed oficjalnym otwarciem klubu. Mogliśmy posiedzieć i spokojnie pogadać. W dosyć ciekawych okolicznościach, bo na ogół poważne rozmowy o Polsce kojarzą się z wysokimi progami, uniwersytecką salą senatu, a tu u nas wokół czarne ściany i zapach kwaśnego piwa. Potem powoli zaczynali się schodzić nasi typowi goście, czyli w zasadzie ci zupełnie nietypowi – punkowcy, rastamani. Im więcej punkowców, tym mniej konserwatystów. Tak się to płynnie zamieniało. Mieliśmy też taki zestaw uroczych klientów – nazwijmy ich miejscowymi. Panów, którzy mieli swój stolik i grali w szachy. Najpierw wpadali tak od przypadku, a kiedy już zostali stałymi klientami, to namalowaliśmy im na blacie szachownicę.
– Klubik szachowy w punkowej mecie?
– Też, ale oni przychodzili po prostu się napić. To była (trochę może podupadła) warszawska inteligencja. Bywali profesorowie, inżynierowie. Taka mokotowska śmietanka, chociaż po przejściach. Zamawiali zwykle po jednym piwie, do którego czasem dolewali spod stołu wódkę. Za to dolewanie pewnie ich z różnych miejsc powyrzucano, a myśmy ich przygarnęli, bo byli tak kosmiczni z tym swoim stolikiem z szachownicą, że pewnie trochę wyglądali jak wynajęci aktorzy robiący performance. Dookoła tłum ludzi, tańce, głośna muzyka, a tu jak skała Gibraltaru pośrodku morza – po prostu faceci, którzy grają w szachy. Skoczek bije królową, chociaż my też czasem ich szachowaliśmy, jak zbyt dużo i ostentacyjnie tej wódki dolewali. Skoro już o wódce. Mieliśmy stałego bywalca, którego nazywaliśmy Panem Piołunem. Po pracy, około pierwszej w nocy, zawsze przyjeżdżał na rowerku, siedział do zamknięcia i pijał tylko piołunówkę. Za pierwszym razem nie mieliśmy tej piołunówki – nikt przecież jej nie zamawiał – ale potem zawsze już była i czekała. Gość przychodził, stawał w tym samym miejscu przy barze i sączył swoją piołunówkę, zostawiając całkiem solidne pieniądze.
– A mafia do was nie wpadała po haracz? 2002 rok to jeszcze czasy trochę dzikie.
– Strasznie się baliśmy, że przyjdzie do nas mafia, ale nigdy nie przyszła. Może pomogło nam to, że wcześniej byliśmy w polityce i się obawiali, że komuś naskarżymy? Zresztą ta nasza przeszłość trochę się za nami ciągnęła. Kiedyś, stojąc z Pawłem Kowalem w bramie, podsłuchaliśmy taką rozmowę: wychodzi dwóch młodych gości Galerii i mówią: „Świetne miejsce! Tylko właściciele to podobno jacyś pier…leni krawaciarze!”. Ja to jeszcze się dostosowałem – nosiłem bojówki, martensy i bluzę, natomiast Paweł zawsze chodził w tweedowej marynarce z łatami na rękawach, koszuli z kołnierzykiem i dżinsach, czym zresztą strasznie nakręcał całą alternatywną klientelę. To dopiero był off.
BANDA, WANDA I ZOŚKA
– Dziś pewnie tweedowy stój właściciela wyznaczałby trendy klubowego hipsterstwa.
– Wtedy też! Pewnego razu zadzwonili z czasopisma „Aktivist”. Akurat przygotowywali taką sondę z pytaniem: „Z czym nam się kojarzy muzyka PRL-u?”. Była wtedy moda na disco-kicz, więc wszyscy wymieniali na przemian Kombi albo Bajm. A Paweł powiedział: „Wanda i Banda”. Redaktorzy oszaleli. Wanda i Banda! Zapytałem więc Kowala, jak to wymyślił – bo w sumie z czysto promocyjnego punktu widzenia to był strzał w dziesiątkę. Nie dość, że wielki artykuł o nas, darmowa reklama, to jeszcze pełna alternatywa. A on mi na to: „Wiesz, to jedyny zespół, który mi się przypomniał…”.
– Ale po dwóch latach w klubie chyba się już bardziej wyedukował?
– Skąd. W ogóle nie miał takich aspiracji, żeby się edukować muzycznie. Paweł był po prostu inny, a inność przyciąga. Ja na przykład miałem takie dążenia, żeby poznać i zrozumieć grających u nas didżei, a on ich lubił takich, jakimi są. I mówił do wszystkich „proszę pana”, co jeszcze bardziej ludzi kręciło. Przyszedł kiedyś do nas didżej, który się przedstawił jako „DJ Chooj”. Paweł zapytał: „Jak się mam do pana zwracać?”. A ten facet: „No… Ja się nazywam DJ Chooj”. I przez całe spotkanie Kowal mówił do niego „Panie Didżeju Chooju”. Wszyscy, którzy byli przy tej rozmowie, tarzali się ze śmiechu, a on z całkowitym spokojem powtarzał swoje: „Panie Didżeju Chooju, czy pan mógłby określić repertuar…”. Wyszło na to, że niby ja się bardziej z tymi artystami kumplowałem, ale to Paweł był postacią prawdziwie legendarną przez swoją całkowitą nieprzemakalność.
Galeria OFF, na drugim zdjęciu słynny stolik szachistów
Archiwum prywatne Jana Ołdakowskiego
– Krawaciarze prowadzący miejsce awangardowego lansu? Nie przeszkadzało to alternatywnej publice szukającej prawdziwego punka, a nie Wandy i Bandy?
– Ależ u nas były tłumy! Odbywały się takie imprezy, podczas których przewijało się przez cały wieczór pięćset osób. A mieliśmy raptem jakieś sto metrów powierzchni w sali barowej plus drugą salę adaptowaną na parkiet, w której na co dzień było foyer Teatru Nowego. Sąsiedztwo zobowiązywało, to i program kulturalny mieliśmy bogaty. Staraliśmy się, aby codziennie była jakaś impreza tematyczna. W poniedziałki organizowaliśmy pokazy slajdów, w środy było reggae, w czwartki jakiś dub, w soboty imprezy didżejskie na żywo. Czasem świetne pomysły pojawiały się przez przypadek. Pewnego dnia prowadziliśmy z Pawłem Kowalem zebranie naszej załogi w sprawie wprowadzenia nowego menu. Nagle zadzwonił telefon. Odebrał barman. Mówi, że dzwoni dziennikarz „Gazety Stołecznej” i pyta, czy u nas będzie można oglądać mundial. To był rok 2002, mistrzostwa w Korei i Japonii, nasi piłkarze po szesnastu latach przerwy wreszcie awansowali. „Powiedz mu, że u nas będą się odbywały alternatywne mistrzostwa świata” – coś mnie podkusiło, aby tak rzucić na odczepnego. „Ale on chce wiedzieć coś więcej o tych mistrzostwach!” – barman nieoczekiwanie wraca. Cóż było robić, dalej wymyślałem. „Powiedz mu, że to będą alternatywne mistrzostwa świata. Mistrzostwa gry w zośkę”. A trzeba tu przypomnieć, że zośka była wtedy ulubioną zabawą warszawskich środowisk alternatywnych, więc pasowała do nas idealnie. Po chwili barman znów wrócił: „On chce napisać o tym konkursie. Prosi, żeby mu wysłać regulamin”. Trudno, co było robić. W godzinę wymyśliliśmy jury, nagrody i regulamin. Dziennikarz o konkursie napisał, sponsorzy dali nagrody. W dniu finału mieliśmy wejście na żywo do „Teleexpressu”, materiał w TVP3 i Panoramie, kilka materiałów newsowych w radiu i artykuły prasowe. A wszystko zaczęło się od jednego telefonu dziennikarza, który chciał sprawdzić, czy mamy duży telewizor w klubie.
MY TRIP TO WARSAW / MOJA PODRÓŻ DO WARSZAWY 19.01.2004
A lot of times we ended up at the Sphinx which is close to Studio Relax or the best bar in the world Galeria Off which is at 37 Pulawska street. It is a punk-biker bar where Poles hang out to meet English speakers. They have tango and salsa nights. It was a lot of fun there. Every night we were the last folks to leave and sometimes they even fed us.
Wiele razy kończyliśmy imprezy w Sphinksie niedaleko Relaksu albo w najlepszym barze na świecie, czyli w Galerii Off, która mieści się na Puławskiej 37. To punkowo-rowerowy bar, gdzie Polacy przesiadują, aby poznać mówiących po angielsku. Organizują tam imprezy w rytmach tango i salsy. Bawiliśmy się tak dobrze, że co noc wychodziliśmy jako ostatni. Czasem nawet nas karmili.
dooyoo.co.uk, relacja użytkownika Cammij
– Nie mieliście problemów z klientami? Jakaś drobna dilerka, popalane zioło? Alternatywa ma jednak swoje prawa i tych spisanych w kodeksach raczej nie przestrzega.
– W lokalu wolno było palić tylko papierosy, dilerów chyba jednak nie było. Raz za to wpadła silna nie tylko w gębie ekipa szalikowców Legii. Chłopaki z Mokotowa. Zrobiło się nieco ciszej, popatrzyliśmy po sobie. Barman struchlał, bo podeszli do niego ci kibole i największy z nich wypalił: „Ty, a tu jacyś poloniści przychodzą?!”. Reszta rozgląda się po lokalu, szukając zaczepki. Zamarliśmy i tylko jedyny Paweł wyszedł przed nasz trzęsący się ze strachu szereg i poprawiając tweedową marynarkę, bardzo spokojnie odpowiedział: „Ależ oczywiście, proszę pana. Przychodzą. Przychodzą poloniści, ale też historycy i studenci socjologii. Wszyscy przychodzą!”.
BESTSELLERY
- EBOOK
29,90 zł 44,99
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
20,90 zł 31,99
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- Wydawnictwo: Dowody na istnienieFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: Literatura faktuDlaczego Kanada ściąga dziś z pomników i banknotów swoich dawnych bohaterów? Jak to możliwe, że odbierano tam dzieci rodzicom? Czyja ręka temu błogosławiła? Co ukryto pod mozaiką kulturową?
18,90 zł 28,69
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
36,90 zł 55,99
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- Wydawnictwo: Dowody na istnienieFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: Literatura faktuMariusz Szczygieł – laureat Europejskiej Nagrody Literackiej i Dziennikarz Roku 2013 – opowiada prawdziwe historie o „nie ma”. Nie ma kogoś. Nie ma czegoś. Nie ma przeszłości. Nie ma pamięci. Nie ma miłości. Nie ma życia. Nie ...31,42 złEBOOK31,42 zł