- promocja
Gra środkowa - ebook
Gra środkowa - ebook
Bestsellerowa autorka New York Timesa, zdobywczyni nagród Alex, Nebula i Hugo, Seanan McGuire przedstawia czytelnikom świat amoralnej alchemii, podejrzanych organizacji i niemożliwych miast w powieści fantasy Gra środkowa.
Poznajcie Rogera. Chłopca, któremu władanie słowami i językami przychodzi z łatwością, i który rozumie prawa rządzące światem poprzez potęgę opowieści. Poznajcie Dodger, jego bliźniaczkę. Liczby są jej światem, jej obsesją. Wszystko, co rozumie, rozumie dzięki potędze matematyki. Roger i Dodger nie do końca są ludźmi, choć sami nie zdają sobie z tego sprawy. Nie do końca są także bogami. Niezupełnie. Jeszcze nie. Poznajcie Reeda, równie biegłego w sztuce alchemii jak jego poprzedniczka. To on stworzył Dodger i jej brata, choć nie jest ich ojcem. Niezupełnie. Jednak Reed ma plan: pragnie zaczekać, aż bliźnięta osiągną pełnię swych mocy, by zagarnąć ją dla siebie.
Boskość jest osiągalna. Módlmy się, żeby tak się nie stało.
Kategoria: | Fantasy |
Zabezpieczenie: |
Watermark
|
ISBN: | 978-83-67353-91-5 |
Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Oś czasu:
o pięć minut za późno,
trzydzieści sekund przed końcem świata
Jest tyle krwi.
Roger nie sądził, że ludzkie ciało jest w stanie jej aż tyle pomieścić. Wydaje się to wprost niemożliwe, niedorzeczne, istne marnotrawstwo czegoś, co powinno być cenne i rzadkie i nad czym – przede wszystkim – powinno się panować. Ta krew należy do ciała, w którym wzięła swój początek, a jednak jest tutaj, podobnie jak on, i wszystko idzie nie tak jak trzeba.
Dodger wciąż żyje mimo tej krwi, mimo wszystko. Jej pierś unosi się i opada, choć tak słabo, że prawie niezauważalnie. Widać, że walczy o każdy oddech. Nadal oddycha. Nadal krwawi.
Wkrótce przestanie, bo – dosłownie – zabraknie jej krwi. A kiedy ona przestanie oddychać, on również przestanie.
Gdyby była przytomna, powiedziałaby mu, ile dokładnie krwi wylało się na podłogę. Spojrzałaby na otaczający ich bałagan. Bez trudu obliczyłaby powierzchnię i ilość płynu i zmieniła te wartości w konkretną liczbę, z dokładnością do siedmiu mililitrów. Uznałaby, że to pokrzepiające, nawet gdyby wynik oznaczał: „Odchodzę”. Nawet gdyby oznaczał: „Nie ma już odwrotu”.
Nawet gdyby oznaczał pożegnanie.
Może dla niej byłoby to pocieszające. Wynik by się zgadzał, a przecież tylko tego pragnęła od świata. Roger zna słowa adekwatne do tej sytuacji – wykrwawienie, hipowolemia, krwotok – lecz nie dodają mu one tej otuchy, jaką ona znajduje w liczbach. Nigdy nie dodawały. Liczby to proste, posłuszne rzeczy, pod warunkiem że rozumie się prawa, którymi się rządzą. Słowa są bardziej podstępne. Wiją się i kąsają, i wymagają większej uwagi. On musi myśleć, żeby zmienić świat. Jego siostra po prostu to robi.
Nie bez konsekwencji. Oto, jak się tu znaleźli, po drugiej stronie muru ogrodowego, na końcu nieprawdopodobnej drogi, na końcu wszystkiego. Nie dotarli do Niemożliwego Miasta i nigdy tam nie dotrą. Król Kielichów znowu wygrał.
Król Kielichów zawsze wygrywa. Każdy, kto twierdzi, że jest inaczej, kłamie.
Huk wystrzału z zewnątrz jest głośniejszy i mniej dramatyczny, niż się tego spodziewał, jakby ktoś odpalał petardy we wnętrzu puszki. Tyle że petardy nigdy nie wyrządziły tylu szkód. Cienkie ściany robią się coraz cieńsze. Kule dziurawią beton, a ludzie, którzy podążali za nimi nieprawdopodobną drogą, wkrótce wejdą do środka. Erin nie może powstrzymywać ich w nieskończoność, choćby nie wiem jak się starała.
Jak przez mgłę Roger uświadamia sobie, że wcale by tego nie chciał. Jeśli to koniec drogi dla jednego z nich, niech to będzie koniec dla nich obojga. Niech w tym miejscu wszystko zakończy się na dobre. Nikt – nawet on – nie kroczy samotnie nieprawdopodobną drogą.
Chwyta Dodger za ramię, czuje jej prawdziwość, jej zasadniczą, zwartą realność, i potrząsa nią delikatnie.
– Dodger. Hej, Dodge. Hej. Musisz się obudzić. Musisz pomóc mi zatamować krwawienie.
Ale ona nie otwiera oczu. Jej pierś unosi się i opada, a każdy oddech zdaje się płytszy od poprzedniego.
Tyle krwi.
Roger zna słowa. Szok, śmiertelna rana, brutalnie prosta, brutalnie adekwatna śmierć. Znów go opuszcza, tym razem na zawsze. Odchodzi. Odchodzi. Odeszła.
– Nie rób mi tego.
Jego własne rany nie są tak poważne jak jej. Na samym początku bitwy zarobił pojedynczą kulkę w górną partię uda. Przeszła na wylot, omijając główne arterie, a Dodger wciąż była na tyle przytomna, żeby pomóc mu założyć opaskę uciskową. Mimo to, jeśli wkrótce nie otrzyma fachowej pomocy lekarskiej, wciąż jeszcze może stracić nogę. Teraz to jednak nieważne. Może on również jest w szoku. Może ma do tego pełne prawo.
– Nie możesz. Nie możesz umrzeć. Zaszliśmy tak daleko. Słyszysz mnie? Nie możesz umrzeć. Potrzebuję cię.
Jej oczy pozostają zamknięte. Tyle krwi.
Jest jednak coś, co może zrobić. Być może jedna, jedyna rzecz. Może to zawsze była ta jedna, jedyna rzecz, do której wszystko zmierzało. Przypomina to porażkę, powrót do ogrodu, jest tyle krwi, i nieważne, że zna tyle słów, że zna słowa na wszystko. Liczby ją zabierają. A on nie dosięgnie ich bez niej.
– Sam tego nie zrobię. Przepraszam. Nie mogę.
Nachyla się do momentu, aż muska wargami muszlę jej ucha. Jej włosy są lepkie od krwi, która zostaje mu na rękach, ale on nie próbuje jej zetrzeć.
– Dodger – szepcze. – Nie umieraj. To polecenie. Rozkaz. Błaganie. Zrób, co musisz zrobić, złam, co musisz złamać, ale nie umieraj. To rozkaz. To…
I wtedy otwiera oczy. Na tle szarości tęczówek jej źrenice przypominają łebki czarnych szpilek, aż wygląda, jakby przedawkowała opiaty. To złoto skrzące się w szarości, jasno i krótko, gdy Niemożliwe Miasto próbuje wezwać ją do domu. Roger czuje, jak złoto w jego własnych kościach reaguje, jak wyciąga się ku złotu w kościach Dodger, pragnąc się z nim połączyć.
To urwany huk wystrzału. Nie cichnący, lecz zamierający, jak gdyby wyciszono cały świat.
Jak gdyby świat nagle zbladł.
To koniec.
Pomyliliśmy się pomyliliśmy się pomyliliśmy się pomyliliśmy się pomyliliśmy…W tym samym zwyczajnym mieście, przy tej samej zwyczajnej ulicy, mieszkało dwoje zwyczajnych dzieci, których drogi nigdy się nie przecięły. To również było zasmucająco zwyczajne, albowiem linia oddzielająca uczniów, którzy chodzili do szkoły w zachodniej części miasta, od uczniów, którzy chodzili do szkoły w jego wschodniej części, biegła dokładnie pośrodku ich kwartału – niewidzialna bariera, która podzieliła ich na pół, zanim byli zbyt dorośli, żeby to zauważyć.
Każdego ranka wstawali z łóżek, ubierali się, całowali rodziców na do widzenia i wyszedłszy na zwyczajną ulicę zwyczajnego miasta, ruszali w dwóch zwyczajnych, przeciwnych kierunkach.
Tych dwoje dzieci było bardzo podobnych, a zarazem zupełnie od siebie różnych, jak to zwykle bywa z dziećmi.
Dziewczynka nosiła imię Hephzibah, ponieważ jej rodzice byli leniwi i patrzyli na świat w sposób ekscentryczny. Mówili na nią „Zib”, rozumiejąc, że imię Hephzibah jest dłuższe od jej cienia. Każdego dnia wypatrywali znaków, które świadczyłyby o tym, że dziewczynka dorasta do swego imienia, i każdego dnia byli rozczarowani.
„Już niedługo”, obiecywali sobie nawzajem. „Już niedługo”.
Chłopiec nosił imię Avery, ponieważ jego rodzice byli uważni i patrzyli na świat w sposób racjonalny. Mówili na niego „Avery”, gdy byli szczęśliwi, i „Avery Alexander Grey”, gdy się złościli. Nie nadali mu przezwiska. Przezwiska były dla ludzi o źle dobranych imionach, a rodzice Avery’ego dobrze go zmierzyli, nim wybrali dla niego imię.
„Dobrze się spisaliśmy”, zapewniali się wzajemnie. „Dobrze się spisaliśmy”.
Oto więc mamy dwoje dzieci: zwyczajnych, przeciętnych i szalenie wyjątkowych, jak to z dziećmi bywa. Nasza opowieść rozpoczyna się w zwyczajny, przeciętny dzień, dzień, który nigdy dotąd się nie wydarzył, i jak czas długi i szeroki, nigdy więcej się nie wydarzy…
A. Deborah Baker, _Za murem Woodward_
…Doktryna Etosu, jak opisał ją Pitagoras, utrzymywała, że niektóre instrumenty muzyczne i modusy mogą wpływać na równowagę między Logos (zachowaniem racjonalnym) a Pathos (myślą emocjonalną). W późniejszych czasach alchemicy dostrzegli w tym wzajemne oddziaływanie na siebie dwóch połówek ludzkiego serca, a przede wszystkim równowagę między językiem a matematyką: dwiema metodami, dzięki którym człowiek od zawsze był w stanie wpływać na Naturę, a nawet jej rozkazywać. Dlatego należy postrzegać Doktrynę jako najbardziej niebezpieczne i najbardziej pożądane z alchemicznych wcieleń. Ludzie, którzy jako pierwsi przejmą kontrolę nad Doktryną, będą władać wszystkim.
Panie i panowie z Kongresu Alchemicznego, wiecie, do czego jestem zdolna. Widzieliście me arcydzieło świadczące o mych umiejętnościach. Wierzę, iż jestem gotowa być ucieleśnieniem Doktryny, jeśli tylko wy jesteście gotowi, by mi na to pozwolić.
Przemówienie Asphodel D. Baker
do Amerykańskiego Kongresu Alchemicznego, 1901Geneza
Oś czasu:
11:14 czasu środkowoamerykańskiego standardowego,
31 października 1886 r.
Powietrze jest ciężkie od wyładowań elektrycznych, smakuje ozonem, rtęcią i palącym w język alkahestem, uniwersalnym rozpuszczalnikiem, który – jeśli nie obchodzić się z nim odpowiednio – ma paskudny zwyczaj zżerania wszystkiego, co stanie mu na drodze. Tworzenie to skomplikowany proces, niszczenie jest zaś jeszcze trudniejsze. Mimo to zaledwie kilka kropel wystarczy, by pchnąć znacząco do przodu to, co z pozoru wydaje się niewykonalne. Wygląda na to, że nawet śmierć można rozpuścić.
Kobieta, która nazywa siebie „Asphodel”, powoli okrąża stół, wypatrując we własnym dziele jakichkolwiek wad. Nie znajduje żadnych, a mimo to nie przestaje krążyć, niespokojna jak rekin. Nie chce przystąpić do ostatniego etapu zadania, dopóki nie będzie miała absolutnej pewności. W jej profesji pewność to podstawa. Dogłębna, twarda niczym skała pewność, że jej wola jest wystarczająco silna, a pragnienia wystarczająco jasne, by przerobić świat na swoje własne podobieństwo.
Jeszcze nie jest największą alchemiczką swoich czasów, ale nią będzie. Nie ma co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Jeśli będzie musiała siłą zawlec tych głupców z Kongresu ku jasnej, pięknej przyszłości, która roztacza się przed jej oczami, zrobi to i nie będzie tego żałowała. Skoro nie chcieli jej poprzeć, powinni mieć chociaż na tyle rozsądku, żeby nie wchodzić jej w drogę.
Asphodel Baker ma dwadzieścia jeden lat. Trzynaście lat dzieli ją od publikacji książki, która utrwali jej spuściznę w sercach i umysłach dzieci na całym świecie, i dwadzieścia trzy od jej zniknięcia i „śmierci”, a ona nie potrafi wyobrazić sobie, że mogłaby ponieść porażkę, tak jak motyl nie wyobraża sobie, że mógłby rozwiązać równanie matematyczne. Odmieni świat, przerobi go, uczyni lepszym, niż jest teraz, i nikt jej nie powstrzyma. Ani rodzice, ani nauczyciele, a już na pewno nie Kongres Alchemiczny.
Była zdolną uczennicą. Nikt, kto poznał ją i jej umiejętności, temu nie zaprzeczy. Odmawianie jej talentu to tylko krótkowzroczność i złośliwość. Stara gwardia nie chce ujrzeć jasnej, cudownej przyszłości, która pędzi ku nim niczym rycząca maszyna parowa. To jej czas. Jej miejsce.
Asphodel przestaje krążyć i sięga po miskę, której zawartość mieni się błyszczącym złotem i rtęcią. Zanurzywszy w niej palce, rysuje runy na piersi doskonałego ciała, które leży przed nią z nagą skórą wystawioną na powietrze. Mężczyzna jest piękny. Zadbały o to czas, troska, dostęp do kilku kostnic i głodne, pozbawione skrupułów robactwo. Każdy kawałek nabyła zgodnie ze szczegółowymi wytycznymi. Dzięki alkahestowi nie ma nawet żadnych blizn. Jeśli umiejętnie się nim posłużyć, uniwersalny rozpuszczalnik ma nieskończenie wiele zastosowań.
Skończywszy, Asphodel cofa się o krok i podziwia swe dzieło. Tak wiele zależy od tego, czy ten kawałek będzie idealny. Lecz czymże jest perfekcja, jeśli nie zwycięstwem? Jeśli więc zagwarantuje jej zwycięstwo, będzie idealny, bez względu na jego niedoskonałości.
– Powstaniesz przeciwko mnie, mój piękny chłopcze – mówi Asphodel głosem jak miód zmieszany z cykutą. – Doprowadzisz do mego upadku i przysięgniesz, że widziałeś moje kości. Odbierzesz mi koronę i tron, poniesiesz me dzieło w nowy wiek i ani razu nie obejrzysz się, żeby zobaczyć, co podąża twoim śladem. Będziesz moją dobrą prawicą i złowieszczą lewicą, a gdy polegniesz, nie ukończywszy mego dzieła, umrzesz bez słowa skargi. Uczynisz to, czego ja nie mogę, albowiem twoja ręka nigdy nie zadrży, a umysł nigdy się nie zawaha. Będziesz mnie kochał i nienawidził, i udowodnisz, że miałam rację. Przede wszystkim udowodnisz, że miałam rację.
Odstawia miskę i sięga po flakonik z płynnym światłem gwiazd, macicą perłową, która tańczy i lśni zamknięta w szkle. Podnosi go do ust mężczyzny i wlewa między rozchylone wargi jedną kroplę.
Mężczyzna złożony z ciał zmarłych otwiera oczy i patrzy na nią z lękliwym zdumieniem.
– Kim jesteś? – pyta.
– Asphodel – odpowiada. – Jestem twoją nauczycielką.
– A ja, kim jestem?
Asphodel się uśmiecha.
– Masz na imię James – mówi. – Jesteś początkiem mojego największego dzieła. Witaj. Mamy tyle do zrobienia.
Mężczyzna siada, wciąż się jej przyglądając.
– Ale ja nie wiem, co mam robić.
– Nie martw się. – Jej uśmiech jest pierwszym kamieniem brukowym w czymś, co pewnego dnia nazwie nieprawdopodobną drogą. Dziś, teraz, w tym właśnie momencie rozpoczyna się ich podróż do Niemożliwego Miasta. – Pokażę ci – zapewnia go i klamka zapada.
Za późno już, żeby się wycofać.Avery spojrzał na Zib, a Zib na Avery’ego i żadne z nich nie wiedziało, co zrobić z tym, co właśnie zobaczyli.
Avery ujrzał dziewczynkę w spódniczce, której rąbek był wielokrotnie cerowany. Niektóre dziury zaszyto lepiej, inne gorzej. Miała skarpetki nie do pary i połataną bluzkę, a włosy tak skołtunione, że nie zdziwiłby się, gdyby wyjęła z nich komplet sztućców, kanapkę z serem i żywą żabę. Miała błoto pod paznokciami i strupy na kolanach, i z całą pewnością nie należała do osób, z którymi jego matka chciała, żeby się zadawał.
Zib ujrzała chłopca w swoim wieku, w zbyt białej koszuli i zbyt wyprasowanych spodniach. W jego wyglansowanych butach widziała własne zdumione odbicie. Mankiety koszuli miał zapięte, a nieskazitelna marynarka sprawiała, że wyglądał jak miniaturowy właściciel zakładu pogrzebowego, który zabłąkał się do niewłaściwej okolicy, gdzie było zbyt dużo żywych, a zdecydowanie za mało martwych. Miał starannie obcięte paznokcie, wyglądał, jakby nigdy w życiu nie jeździł na rowerze, i z całą pewnością nie należał do osób, z którymi jej ojciec chciał, żeby się zadawała.
– Co ty tu robisz? – spytali jednocześnie, a zaraz potem zamilkli i nie mówiąc nic więcej, przyglądali się sobie.
A. Deborah Baker, _Za murem Woodward_Sto lat później
Oś czasu:
23:58 czasu środkowoamerykańskiego standardowego,
1 lipca 1986 r.
Dla człowieka z misją sto lat może przeminąć w mgnieniu oka. Rzecz jasna, dostęp do kamienia filozoficznego i dysponowanie owocami tysiąca lat postępu w dziedzinie alchemii są tu bardzo pomocne, lecz tak naprawdę zawsze liczyła się tylko misja. James Reed przyszedł na świat, znając swój cel. Znając go, pozostawił swą mistrzynię w płytkim grobie, a teraz, ściskając w dłoni owoce swej pracy, zamierza wznieść się na wyżyny ludzkiej wiedzy. Niech szlag trafi każdego, kto ośmieli się stanąć mu na drodze.
Niech ich wszystkich szlag!
Czeka na swój moment na końcu sali, w miejscu zaprojektowanym tak, by nie docierało doń światło. Asphodel nauczyła go wszystkiego, co tylko zdołała: subtelnej sztuki alchemii, bardziej obcesowej sztuki kantowania, spijania wiedzy niczym mleka z matczynej piersi. Wszystko to przedstawienie, a ci ludzie – ci pozbawieni godności, dumni ludzie, którzy mają siebie za królów swego świata – są niczym więcej jak jego sługusami.
(Kongres Alchemiczny nie pochwala jego kontaktów z bardziej przyziemnym światem, twierdząc, że są one ryzykowne i stanowią przejaw arogancji. Kongres Alchemiczny to banda hipokrytów. Jego członkowie są uosobieniem arogancji, a ich sądny dzień nadejdzie szybciej, niż im się wydaje. O, tak. Wkrótce przekonają się, że nie powinni byli wchodzić w drogę Asphodel Baker ani jej synowi, jej następcy i najdoskonalszemu stworzeniu).
To pokaz cudów, jego gabinet osobliwości, którym zamierza oświecić i uwieść nie masy, lecz garstkę wybranych.
Korytarz jest wystarczająco duży, by pomieścić stojące obok siebie dwa łóżka polowe oświetlone żarówkami, zbyt przydymionymi, by można było w ich świetle zobaczyć, jaki kolor ma podłoga. Ledwie oświetlają ściany, które równie dobrze mogą być białe, kremowe albo szare; światło jest zbyt rozproszone, by kolory były jednoznaczne. Wzdłuż korytarza ciągną się pomieszczenia. Żarówki w nich są jaśniejsze – oświetlają postacie za lustrami weneckimi, przekształcając je w surowe reliefy, zmieniając z dzieci w osobliwości. Mają od dwóch do dwunastu lat. Są ubrane w kolorowe piżamy z postaciami z kreskówek, statkami kosmicznymi i niedorzecznie przyjaznymi dinozaurami. Śpią pod kocami w podobne wzory, a jednak z powodu światła trudno rozpoznać w nich ludzi.
Mała dziewczynka wcisnęła się w kąt pokoiku. To czujna istotka o sarnich oczach, obejmująca kolana ramionami i wpatrująca się w lustro, jak gdyby jakimś cudem była w stanie dostrzec stojących po drugiej stronie mężczyzn. Jej towarzysz śpi pod kocem w roboty, odwrócony twarzą do ściany i plecami do reszty pokoju. Jeśli wierzyć tabliczce na drzwiach, nazywają się Erin i Darren, mają po pięć lat, i nie ma w nich nic, co nie zostałoby zrobione z rozmysłem.
Jednakże tego dnia uwaga nie skupia się na tym, co znajduje się w celach, lecz na trzech mężczyznach, miękkich, łysiejących stworzeniach w eleganckich garniturach biznesowych i praktycznych butach. Z tym wyglądem pasowaliby idealnie do odbywającego się na sali posiedzeń spotkania akcjonariuszy. Tutaj, w tej osobliwej, niebezpiecznej przestrzeni wydają się tak nie na miejscu, jak śnieżyca we wnętrzu wulkanu. Zaniepokojeni zbijają się w ciasną grupkę. To także ich dzieło. To oni stawiali kropki nad i, podpisywali czeki. Dzięki nim to wszystko było możliwe. Wszystko to należy do nich. Pod każdym względem. A jednak…
James Reed patrzy na nich z uśmiechem. Ich niepokój jest zamierzony, ma równoważyć siły. Inwestorzy mogą być właścicielami wszystkiego, co widzą, ale to jest jego dzieło: tutaj to on jest Bogiem wszechmogącym, zdolnym tworzyć życie z niczego i dowodzić siłami wszechświata. Lepiej, żeby o tym pamiętali, ci maluczcy ludzie z ich wąskimi umysłami i czystymi rękami. Lepiej, żeby o tym pamiętali.
Za szkłem chłopiec o oczach barwy betonu, patrzący przed siebie niewidzącym wzrokiem, kołysze się w przód i w tył. Od siedmiu godzin nuci coś pod nosem. Maleńkie mikrofony w jego pokoju – nigdy w „celi”, to nie więzienie, to hodowla przyszłości i język jest tutaj niezwykle ważny – nagrywają każdą sekundę jego zawiłej piosenki. Tu nigdy nic się nie marnuje. Nic nie może się wymknąć.
(Później kryptolodzy rozłożą jego piosenkę na matematyczne komponenty i ustalą, że atom po atomie ofiarował im chemiczną formułę. Powstanie z niej nowatorski środek przeciwbólowy pochodzący z kilku źródeł, nieuzależniający i oferujący ulgę w przypadkach uważanych dotąd za beznadziejne. Opatentowanie i wprowadzenie go na rynek zajmie kolejnych dwanaście lat, lecz odpowiedzialna za kwestie farmaceutyczne firma fasadowa zarobi na nim miliardy. Krok po kroku, dzięki momentom takim jak ten, laboratorium staje się samowystarczalne. Już jest ogromne, rozległe i tak kosztowne, jak kosztowne potrafią być rzeczy ogromne i rozległe. Do tego musi się utrzymać. Musi_._ Gdyby Kongres Alchemiczny zapłacił choćby centa za jego stworzenie i utrzymanie, jego członkowie oczekiwaliby, że inwestycja przyniesie zyski warte dziesięciokrotną wartość jej wagi w złocie – a do tego nie można dopuścić. Nie teraz. Nie kiedy Doktryna jest niemal na wyciągnięcie ręki).
– Panowie.
Reed dobrze wie, kiedy się odezwać. Jego słowa zdają się wyłaniać spośród cieni, on zaś podąża za nimi. Każdy jego krok podkreśla różnice między nim a inwestorami. Oni noszą spinki do mankietów kupione im przez żony, a w ich łysiejących głowach można by się przejrzeć. On ubiera się jak bohater powieści Raya Bradbury’ego: czarne spodnie, zapięta pod szyję szafirowa koszula, frak z dziwnymi glifami wyhaftowanymi na mankietach i połach. Złote hafty to przypomnienie obietnic, które zjednały mu przychylność tych mężczyzn, tych ciem zwabionych obietnicą trawiącego wszystko płomienia.
Asphodel – mistrzyni, mentorka, męczennica – nauczyła go, jak ważny jest talent showmana. On był pojętnym uczniem i dobrze rozumie swoją publiczność. Muszą widzieć w nim rozkojarzonego elegancika, postać z bajek dla dzieci, coś, co można tolerować i czym można pogardzać. W swej arogancji muszą traktować go jak coś w rodzaju synekdochy, szarlatana, który sztucznością próbuje załatać niedokładny obraz.
Te rozpieszczone stworzenia świata korporacji zapominają, że zawsze jest jakiś drapieżnik, tak jak zawsze jest jakaś zwierzyna. Myślą o sobie, że są lwami, podczas gdy każdy widzi, że to zebry – słabe i gotowe, by je rozszarpać.
Jego szpony, odziane w aksamit i skryte za pozorami, są wystarczająco ostre, by wymordować świat.
– Panowie – powtarza, a jego akcent jest wszystkim, a zarazem nie jest niczym.
Doskonalił go przez ostatnie stulecie, wybierając spółgłoski zwarte i syczące, tak by brzmiały egzotycznie i pociągająco, ale nie „obco”. Istnieje powód, dlaczego wystawiane dzieci są takie blade, jak gdyby ulepiono je z mleka i kości, a nie kamienia, ziemi i innych rzeczy, z których się wywodzą. Białe dzieci wydają się niemal ludzkie tym chciwym, pazernym ludziom, a tutaj, w tym zimnym, sterylnym korytarzu, który stanowi most między nauką a alchemią, rozumem a religią, pozory są niemal tak ważne jak słowa.
Dzieci, które zdają się ludzkie, wzbudzają poczucie winy w ludziach, którzy za nie zapłacili. Poczucie winy otwiera zaś portfele. To prosty rasizm i prosta matematyka, które sprawiają, że rozpadlina jego nienawiści jeszcze bardziej się pogłębia, albowiem kto przy zdrowych zmysłach odrzuciłby którykolwiek z cudów, jakie ma do zaoferowania ludzka rasa?
– Doktorze Reed – odzywa się jeden z mężczyzn, samozwańczy przywódca tej nielicznej grupki, uwznioślony wysokim mniemaniem o sobie, a przede wszystkim brakiem instynktu samozachowawczego. Pozostali dwaj trzymają się nieco z tyłu, w czymś, co on zinterpretuje jako szacunek, a Reed odczyta jako tchórzostwo. – Co tutaj robimy? Mówił pan, że macie nam do pokazania rzecz wielką, przełomową, tymczasem wszystko to już widzieliśmy.
U kogoś innego szok malujący się na twarzy wyglądałby niemal komicznie. Ale nie u Reeda. U niego nigdy. Jak to mówią: „Praktyka czyni mistrza”.
– Patrzycie na obiekty, które potrafią zajrzeć w przyszłość, które żonglują możliwymi zdarzeniami jak piłeczkami, których komórki regenerują się z prędkością, której nie jesteśmy w stanie zarejestrować na naszym sprzęcie, a pan twierdzi, że „już to widzieliście”? Panie Smith, zawstydza mnie pańska krótkowzroczność.
Mężczyzna – który wcale nie nazywa się Smith, traktuje pseudonim jak konieczność; tak jak oni wszyscy. Prowadzenie tego rodzaju interesów, ukrytych w cieniach i oscylujących na granicy prawa, pociąga za sobą koszty. Mężczyzna prostuje się nieco i mruży oczy. Ten człowiek nie traktuje go poważnie. To się musi skończyć.
– Pokazałeś nam cuda, lecz nie są to cuda chodliwe, Reed. Nie zmienimy światowych zasobów ołowiu w złoto, nie niszcząc przy tym gospodarki, którą staramy się kontrolować. Co możesz nam zaoferować?
– Przynajmniej zadaje pan właściwe pytania. Proszę.
Reed rusza miękkim, płynnym krokiem drapieżnika, którym przecież jest. Mężczyźni w swych butach na płaskich podeszwach mogą pójść za nim albo pozostać tu, czując na sobie niewidzialny wzrok dzieci, za których stworzenie zapłacili.
Bez wahania ruszają dalej.
Korytarz ciągnie się jak toffi, a kolejne pokoje z pomalowanymi na biało ścianami odsłaniają kolejne ubrane w piżamy dzieci. Niektóre starsze, niemal nastoletnie, siedzą przy biurkach odwrócone plecami do luster weneckich, świadome tego, że w każdej chwili ktoś może je obserwować. Inne, młodsze, bawią się kolorowymi klockami albo śpią skulone pod ręcznej roboty kołdrami. Ich opiekunowie twierdzą, że lepiej, jeśli przedmioty, którymi otaczają się dzieci, są robione ręcznie, a nie produkowane przez maszyny. Coś w procesie tworzenia nasyca przedmioty nieożywione, a obiekty sypiają lepiej w otoczeniu przedmiotów o mniej sterylnej przeszłości. Wychowywanie dzieci jest trudne nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach. A to, co odbywa się tutaj, jest dużo bardziej skomplikowane.
Drzwi na końcu korytarza mają trzy zamki i klawiaturę numeryczną. Reed otwiera je jeden po drugim i wpisuje kod, nawet nie próbując go ukryć. Do rana i tak się zmieni. System zabezpieczeń to coś więcej niż tylko pokazówka: to ostrzeżenie, które ma uświadomić mężczyznom, że to, co zamierza im pokazać, należy traktować poważnie. Jeśli któryś z nich choćby spróbuje zakwestionować jego władzę, nie obędzie się bez konsekwencji.
Drzwi się otwierają i Reed puszcza inwestorów przodem. Gdy wchodzi za nimi, drzwi zamykają się z hukiem, który przywodzi na myśl zasuwaną płytę grobowca – zimnym i ostatecznym.
– Wszechświat działa zgodnie z kilkoma podstawowymi zasadami – mówi bez wstępnych uwag. – Rzecz jasna, mam na myśli grawitację, prawdopodobieństwo. Chaos i porządek. Jesteśmy częścią wszechświata, tak więc rzeczy, które ucieleśniamy, dorównują boskością siłom, które działają na nas od zewnątrz. Grawitacja jest ważna. Nikt nie chce dryfować tylko dlatego, że więzi, które trzymały go na ziemi, zostały nierozważnie zniszczone. Lecz miłość, ciekawość, przywództwo są równie ważne, inaczej by nie istniały. Natura nie znosi próżni. Dlatego wszystko zostało stworzone w jakimś celu.
Ciemno tu, w tym miejscu, z którego, jak się zdaje, nie ma wyjścia. Jeśli Reed nie otworzy drzwi, nie wydostaną się stąd. Żaden z inwestorów nie odzywa się ani słowem. Lubią sprawować władzę, kiedy nic im nie zagraża, ale tu i teraz, w tej przestrzeni, nie mają nad niczym kontroli. Są podirytowani. Reed widzi to i rozkoszuje się tym uczuciem.
– Jak wiecie, nasze badania skupiają się na stworzeniu dzieci dostrojonych do tych tak zwanych „naturalnych sił”. Wyobraźcie sobie dziecko, które jest tak doskonałym ucieleśnieniem transmutacji, że samym dotykiem przemienia podstawowe metale, albo inne, które potrafi przemienić noc w dzień. Sukces oznacza, że wejdziemy w posiadanie najpotężniejszych broni wszech czasów. Ich moc będzie nie do opisania. Zostaliście wybrani, by wspierać nasze badania nie tylko z przyczyn finansowych, lecz także dlatego, że dzięki waszym zasobom emocjonalnym możecie pomóc wprowadzić świat w nową erę oświecenia i zrozumienia.
Za każdym razem, gdy wypowiada te słowa, Reed obawia się, że któraś z tych potulnych, spolegliwych owiec przypomni sobie, że sama kiedyś była drapieżcą, i zacznie kąsać rękę, która ją karmi. I za każdym razem czuje zarówno ulgę, jak i rozczarowanie, kiedy połykają jego słowa, uśmiechając się i kiwając głowami z zadowoleniem. Tak, oczywiście, że powstanie nowy porządek i naturalne jest, że to oni staną na jego czele. W końcu na to zasłużyli. Zapłacili za to, a płacąc, przyznali sobie prawo do wszelkich korzyści i możliwości. Wszystko to należy do nich i tylko do nich.
Głupcy. Ale bogaci głupcy. To dzięki bogactwu projekt zaszedł tak daleko, z dala od tchórzy z Kongresu, do miejsca, gdzie mogą stać się samowystarczalni i uniezależnić się od biznesmenów, którzy, patrząc na największy cud stulecia, widzą jedynie symbol dolara. Już niedługo będą wolni. Czepiając się tej myśli, Reed ciągnie:
– W naszych staraniach najważniejsza była siła zdefiniowana przez starożytnych Greków jako Doktryna Etosu. Według niej muzyka może wpływać na jednostki na poziomie emocjonalnym, psychicznym, a nawet fizycznym. Teraz, kiedy wiemy, że każda jednostka sama w sobie stanowi mikrokosmos stworzenia, wydaje się oczywiste, że coś, co potrafi oddziaływać na jednego człowieka, może również oddziaływać na cały świat. Od tamtej pory alchemicy starają się ucieleśnić Doktrynę.
Reed urywa, dając im czas na przyswojenie tego, co właśnie usłyszeli. Nagle, ku jego zaskoczeniu, odzywa się jeden z inwestorów:
– Byłem tu dziewięć lat temu, kiedy to twierdził pan, że się wam udało. Dlaczego znów do tego wracamy?
– Ponieważ jeśli był pan tu dziewięć lat temu, rozumie pan, że nasz początkowy sukces pod wieloma względami okazał się porażką. – Reed z trudem panuje nad emocjami. Jak ten człowiek śmie tak się do niego odzywać, jakby miał jakiekolwiek pojęcie o próbach będących nieodłączną częścią takiego przedsięwzięcia? Oni zmieniają świat, a jego i jemu podobnych interesuje wyłącznie kolor atramentu w księgach rachunkowych.
Inwestorzy zaczynają szeptać między sobą i Reed czuje, że ich traci.
– Nasza pierwsza próba ucieleśnienia Doktryny okazała się sukcesem – mówi, nim poszeptywania zmienią się w otwarty bunt. – Zamknęliśmy przewodnią zasadę wszechświata w ludzkim ciele. Owszem… wystąpiły komplikacje, jednak teoria pozostaje niezmienna.
Komplikacje: chłopiec, którego głowę wypełnia taka ilość rzeczywistości, że może obcować wyłącznie z tym, co widzi pod własnymi zamkniętymi powiekami. Dziecko nigdy nie wypowiedziało choćby słowa. Przestało jeść trzy lata temu i chociaż wciąż oddycha, podtrzymywane przy życiu przez rozmaite urządzenia i zgłębniki do sztucznego karmienia, od półtora roku nie otworzyło oczu. Doktryna została uwięziona w jego drżącym ciele. Jedynym sposobem, żeby ją stamtąd wydobyć i sprawić, by świat zatańczył tak, jak mu zagrają, jest znalezienie dla niej nowego domu i pogrzebanie starego.
– Problem z Doktryną polega na jej rozmiarze. Umieszczona w umyśle nie pozostawia miejsca na człowieczeństwo. Wierzymy, że dzieląc ją na jej części składowe – matematykę i język – otrzymamy pewien gestalt. Dwoje ludzi, będących uosobieniem konceptów, które próbujemy okiełznać, lecz o zdolnościach ograniczonych do tego stopnia, że gdyby ich rozdzielić, pozostaną ulegli i łatwo ich będzie kontrolować.
– Jak bardzo ulegli? – pyta jeden z inwestorów.
– Wystarczająco. Zadbaliśmy o wychowanie, które pozwoli rozkwitnąć ich zagrożonemu człowieczeństwu, i nauczy ich, że zadowalanie nas jest rzeczą nadrzędną. Kiedy spotkają się ponownie, zrobią wszystko, czego od nich zażądamy, jeśli będą chcieli zostać razem, a będą. Natura nie pozostawi im wyboru. Będą nasi i to my będziemy kontrolować ich dostęp do wszystkiego, w tym również do siebie nawzajem. – Ach, jakże słodką udręką będzie odmawianie tym kukułczym dzieciom Doktryny spotkania ze swoją drugą połówką aż do czasu, gdy zasłużą sobie na nie. – Nie będą to zwykłe dzieci, co to to nie, ale to one wszystko zmienią.
– Jak długo przyjdzie nam czekać, zanim dowiemy się, czy nie skończy się to kolejnym niepowodzeniem? – dopytuje pan Smith.
Reed zagryza zęby.
– Właśnie dlatego was tu przyprowadziłem – mówi.
Pstryka palcami i jedna ze ścian podnosi się, odsłaniając trzy małe, białe pokoje. Pierwsze dwa są zajęte, jeden przez dwoje dzieci w wieku mniej więcej dwóch lat, w drugim śpią niespełna roczne maluchy. Trzeci jest pusty, nie licząc stojących w nim dwóch kołysek.
Inwestorzy gapią się na dzieci jak na zwierzęta w zoo. Widząc to, Reed pozwala sobie na ironiczny uśmiech.
– Już odnieśliśmy sukces – oświadcza. Drzwi na tyłach trzeciego pokoju otwierają się i do środka wchodzą dwie pielęgniarki, każda z dzieckiem na ręku. Ostrożnie kładą noworodki do łóżeczek, po czym wychodzą.
Trzy pary dzieci, reprezentujące trzy lata narodzin. Wszystkie przyszły na świat w wyniku cesarskiego cięcia, dokładnie o północy, wydarte z ciał matek we właściwym czasie, a każda z par została oddzielona od siebie jednym pełnym obrotem ziemi wokół słońca. Oryginalna ucieleśniona Doktryna została uwolniona ze swojej ziemskiej formy, gdy tylko trzecia para skrojonych na miarę dzieci pierwszy raz zaczerpnęła powietrza. Cała szóstka jest godnymi nosicielami, choć nikt nie wie, które z nich posiadają teraz Doktrynę.
Choć może nie do końca jest to prawda. Bez względu na to, która z par dała schronienie konceptom, wszystkie one wciąż należą do niego.
– Panowie, ofiarowuję wam Doktrynę Etosu – mówi Reed. – Jedna z tych par stanie się ucieleśnieniem wszystkiego, nad czym pracowaliśmy, a gdy to się wydarzy, wszechświat będzie nasz.
Nasz, a nie wasz, wy nadęci, krótkowzroczni głupcy, dodaje w myślach. Inwestorzy tłoczą się przy szybie, walcząc o lepszy widok na swoją przyszłość.
Dzieci śpią.
Później, kiedy rumiani z podniecenia inwestorzy zostają wyprowadzeni, rozprawiając o tym, jak bardzo zmieni się świat i jak bardzo oni zmienią świat, doktor Reed zdejmuje frak i wraca do laboratorium, by sprawdzić, jak mają się jego najnowsze dzieła. Technicy i laboranci, którzy, pracując na zmiany, siedzą tu o tak późnej porze, podnoszą wzrok, kiedy drzwi się otwierają, a zaraz potem bledną i pośpiesznie wracają do swoich obowiązków. Nikt nie chce zwrócić na siebie jego uwagi. Czasami Reed wpada na pomysł, jak coś powinno być robione. A czasami wprowadza swoje pomysły w życie metodami, po których zostają blizny.
Reed idzie wyprostowany z dumnie uniesioną głową, zadowolony z rozwoju wypadków. Ci głupcy z Kongresu mówili, że to niemożliwe, że nie da się zmieszać nauki i alchemii, nie tracąc tego, co najlepsze w jednym i drugim. Asphodel dokonała niewyobrażalnych rzeczy, byle tylko udowodnić im, że się mylą, a teraz on jest tutaj, król wszelkich pomiarów i badań, wciągający dawne zwyczaje do nowego świata. Wcielenia istniały od zawsze, twierdził, kiedy to się zaczęło. On pragnie tylko nad nimi zapanować. Może pomysły Asphodel były dla niego punktem wyjścia, ale na Boga, resztę wymyślił on sam.
(Letni królowie i śnieżne królowe, leśne dziady i wodne rusałki; Reed zna ich imiona, tak jak zna tajemne historie, które opowiada się o nich szeptem w najmroczniejszych zakamarkach świata. Wie, że lepiej nie igrać z naturalnym wcieleniem konceptów. Na to przyjdzie czas później. Kiedy już będzie kontrolował Doktrynę, kiedy przyczyny i konsekwencje będą tańczyły, jak im zagra, dopiero wtedy sięgnie po inne rzeczy, które należą mu się zgodnie z prawem. Ujmie w dłonie wszechświat i biada temu, kto poda w wątpliwość to, co zechce z nim zrobić).
– Tu jesteś. – Głosowi towarzyszy kobieta, która wyskakuje zza rogu jak korek z butelki, jego osobisty dżin w niebieskich dżinsach i flanelowej koszuli. Leigh jest najlepszą alchemiczką, jaką miał nieszczęście spotkać od śmierci Asphodel, wulkanem energii z dziurami po kwasie na koszuli i krótkimi włosami, tak by ograniczyć ryzyko ich podpalenia. Ma szeroką, szczerą twarz i piegi rozsiane na grzbiecie nosa niczym gwiazdy. Wygląda jak brzoskwinie z bitą śmietaną, jak sobotnie popołudnia przy żabim stawie, niewinność i amerykański sen zapakowane razem w uroczą paczkę. Ale to wszystko kłamstwo. Reed wierzy w eksploatowanie świata na swój własny użytek, gdy tymczasem ona najchętniej puściłaby świat z dymem, choćby po to, żeby na jego dogasających zgliszczach upiec pianki.
Jest głęboko niedoskonała i wręcz niemożliwie przydatna, przez co Reed nie może doczekać się dnia, kiedy w końcu będzie mógł rozebrać ją na części i zredukować do komponentów, z których złożył ją jej stwórca. Stary głupiec zapomniał lekcje o Blodeuwedd i Frankensteinie: nigdy nie twórz niczego mądrzejszego czy bardziej bezwzględnego od siebie.
Coś w tej myśli go niepokoi – coś, co ma związek z Asphodel, o której można było powiedzieć wiele rzeczy, lecz nie to, że była głupia. Reed odpycha od siebie tę myśl i skupia się na Leigh.
– Jak przebiegł poród?
– Gładko. Dobrze. Jak po maśle. Wybierz, które chcesz. Nadmiar materiału został zebrany i usunięty. – Beztrosko macha ręką. – Nic nadzwyczajnego.
Reed wie, że kiedy mówi „nadmiar materiału”, ma na myśli coś więcej niż popłód, który dzięki metodzie tworzenia dzieci sam w sobie ma silne alchemiczne właściwości. Ma na myśli kobietę, która nosiła je pod sercem, przypadkową surogatkę dla pary kukułek. Nie wie, gdzie Leigh ją znalazła, i ma w sobie dość człowieczeństwa, żeby nie pytać. Fakt, że ta genialna alchemiczka jest na każde jego zawołanie, oznacza, że czasami musi robić takie właśnie rzeczy, a ponieważ kobieta spędza dużo czasu z obiektami, jej ciało również może mieć alchemiczne właściwości. Nigdy nic nie wiadomo.
– Co z chłopcem?
– Nie żyje. Czeka na ciebie w prywatnym laboratorium. Wiem, że chciałeś osobiście przeprowadzić sekcję. – Wyraźnie niezadowolona obnaża zęby. Kiedy trzeba rozebrać coś na części, woli to robić sama.
Reed nie zwraca uwagi na jej niezadowolenie.
– A obiekty?
– Samiec został wyciągnięty jako pierwszy, co znaczy, że to ona najpewniej będzie stroną dominującą. Jest ładny, zdrowy i gotowy jechać do rodziców adopcyjnych. Samica została wyciągnięta niespełna dwie minuty później. Darła się przez pół godziny, zanim w końcu się uspokoiła.
– Co ją uspokoiło?
– Samiec. Kiedy leżą obok siebie, samica nie płacze. – Leigh krzywi usta. – Lot do jej nowego domu zapowiada się nieźle, co?
Reed kiwa głową.
– A pozostałe?
– Zaplanowano adopcje. Rozdzielamy je według humorów. Po dwa dla Ognia i Wody i po jednym dla Ziemi i Powietrza. – Na fasadzie pewności siebie pierwszy raz pojawiają się pęknięcia. – Jesteś pewien, że musimy je odesłać? To znaczy: naprawdę pewien? Wygodniej byłoby mieć je tutaj, pod ręką, gdzie możemy je kontrolować.
– Dziewczynka…
– Wszystkie. – Leigh kręci głową. – Te dzieci są niezastąpione. Nigdy dotąd na świecie nie było nikogo takiego. Ich miejsce jest tutaj, gdzie można je badać. Monitorować. Układać. Umieszczanie ich w środowisku naturalnym to proszenie się o to, żeby coś poszło nie tak.
– Plan został starannie przygotowany, tak, by zmaksymalizować szanse na powodzenie.
– Nazywasz to „starannym przygotowaniem”? Rozdzielanie ich i umieszczanie jednej połówki w zwyczajnych rodzinach to twoim zdaniem ostrożność? Przynajmniej druga połowa będzie z naszymi ludźmi, choć to i tak za mało. Nie tak kontrolujemy naszą inwestycję.
Reed wie, co robią; to on opracował protokół. Mimo to stara się nie krzywić.
– Nie wiedziałem, że to „nasza” inwestycja – mówi.
– Wiesz, co mam na myśli. – Leigh lekceważąco macha dłonią.
– Czyżby? Już to przerabialiśmy. Jeśli chcemy, żeby dzieci uzyskały dostęp do swoich talentów, należy wprowadzić element przypadkowości. Wiemy, że sterylne warunki laboratoryjne nie nadają się do tego.
Co więcej, wychowując je z dala od laboratorium, uniknie się ryzyka, że obiekty pojmą za dużo w zbyt krótkim czasie. Wiedza to potęga, zwłaszcza w przypadku kukułek. Żyjąc w nieświadomości, będą bardziej spolegliwe, a Reed chce, żeby były spolegliwe, i to jak! Spolegliwe rzeczy łatwiej kontrolować.
– Przynajmniej pozwól nam zatrzymać tu jedną z par. Tę ostatnią. Są młode, nie poznają niczego poza tym, co im pokażemy. Wychowamy ich w pudełkach, z dala od siebie, będziemy kontrolować wszystko, co widzą i słyszą. Próbowaliśmy izolować je w parze. Ale nie oddzielnie.
– Bo to ich złamie.
Leigh wzrusza ramionami.
– Niektóre rzeczy trzeba złamać.
Na przykład takie jak ty, myśli Reed, ale na głos mówi:
– Moja wola jest tutaj prawem, Leigh.
– Ale…
– Moja wola jest prawem. – Jego ręka strzela do przodu, chwyta ją za gardło i przyciska do ściany. Oczy Reeda błyskają złośliwą rozkoszą. Tego właśnie chciała: żeby przypomniał jej, że to on jest tutaj nadrzędnym drapieżcą i zasłużył sobie na to, by znaleźć się na szczycie ich małej hierarchii. Przemoc go nuży. Wie jednak, że jest konieczna. – Rozumiesz?
– Tak – szepcze.
– Tak, co?
– Tak, proszę pana.
– Grzeczna dziewczynka. – Zwalnia uścisk na jej gardle, cofa rękę i poprawia kołnierz. – Uwierz we mnie, Leigh. To wszystko, o co proszę. Uwierz we mnie, a powiodę cię do światła.
– A światło nas poprowadzi – mówi Leigh i skłania głowę, tak że niemal dotyka brodą mostka.
– Podążamy właściwą ścieżką – zapewnia Reed i dotyka jej ramienia.
W tej samej chwili zaczyna wyć alarm.
Oboje sztywnieją, podnoszą głowy i rozglądają się po laboratorium, szukając oznak czegoś, co mogło pójść nie tak. Wszędzie dookoła technicy, którzy skrupulatnie ignorowali ich sprzeczkę, robią to samo, sprawdzają sprzęt i chemiczne odczyty z ekranów. Reed porusza się jako pierwszy. Cofa rękę i biegnie do prywatnego laboratorium. Zamknięte drzwi otwierają się, gdy zbliża do czytnika kartę, którą nosi zawieszoną na smyczy na szyi.
Połowę przestronnego pomieszczenia zajmuje obracające się bez końca astrolabium. Reed zamiera w progu. Leigh zatrzymuje się za jego plecami i oboje patrzą.
Taniec planet został skalibrowany ręką mistrzyni i zaprojektowany tak, by dokładnie odzwierciedlać ruchy ciał niebieskich. Asphodel poświęciła temu urządzeniu lata swego życia, sądząc, że będzie ono kluczowym składnikiem jej spuścizny, na koniec zaś wypchnęła je poza czas, tak by pewnego dnia można je było użyć do wytyczenia ruchu Doktryny. Zamknięcie go i wykorzystywanie jego mechanicznych horoskopów wyłącznie na własny użytek sprawiło Reedowi wielką radość. To cud technicznej alchemii. Tylko niewłaściwe wykorzystanie sił natury mogłoby zniszczyć ten przyrząd ze złota, miedzi i wirujących klejnotów…
A teraz kręcił się w przeciwną stronę.
Reed powoli rozciąga usta w uśmiechu.
– Widzisz? – odzywa się. – Nie musimy czekać, żeby wiedzieć, czy tym razem się powiedzie. Udało się. Wszyscy ci starzy głupcy, którym wydawało się, że mogą panować nad światem – Baker, Hamilton, Poe, Twain, nawet biedny, przeklęty Lovecraft – zawiedli. A nam się udało. Dwoje z tych dzieci, dwoje z sześciorga mądrych, bystrych dzieci, wyzerowało właśnie swoją własną oś czasu. To działa. – Patrzy na nią rozpromieniony.
– Będziemy kontrolować świat.
Leigh przekrzywia głowę, jakby podążała za jego słowami do logicznej konkluzji.
– Czy to znaczy, że nie potrzebujemy już bankierów?
Trzymając drapieżniki na smyczy, należy dać im przestrzeń, żeby mogły się wybiegać. Reed kiwa głową.
– Tak – mówi. – Ale dopilnuj, żeby zrozumieli, dlaczego zrywamy naszą umowę. Zawsze jest lepiej, jeśli rozumieją.
Uśmiech na twarzy Leigh jest szeroki i jasny jak brama wiodąca do nieprawdopodobnej drogi. Jest teraz bardziej upiorna niż piękna i Reed zastanawia się, jak to możliwe, że ten, kto ją stworzył, nie widział znaków ostrzegawczych.
– Uczynię to dziś w nocy – mówi.
– Dobrze. Ja zajmę się Kongresem. Wszystko idzie dokładnie zgodnie z planem. – Zwraca twarz w stronę okna, jego uśmiech jest mniejszy i bledszy niż uśmiech Leigh. – Niemożliwe Miasto będzie nasze.
Za jego plecami astrolabium Asphodel Baker obraca się w przeciwną stronę, a wszystko to już się wydarzyło.Astrolabium
Oś czasu:
10:22 czasu środkowoamerykańskiego standardowego,
3 lipca 1986 r.
Astrolabium Asphodel obraca się. Planety wirują na swych sztywnych skończonych orbitach, klejnoty gwiazd poruszają się, wyznaczając kurs równie dokładny jak same niebiosa. Poruszają się w przód i w tył, obracają się, wirują, o milimetry unikając kolizji, aż wydaje się niemożliwe, że coś tak misternego może istnieć w przestrzeni fizycznej, wolne od rzeczywistości kosmosu. Obserwując ów mechanizm, można niemal zobaczyć czas kształtowany cal po calu, dzień po dniu i zapisany zgodnie z ograniczonym postrzeganiem ludzkich zmysłów.
Kiedy się zatrzymuje – choćby na chwilę – mechanizm się trzęsie. Gdy się obraca, czas zaczyna biec dalej.
Między kiełkowaniem a wzrostem jest zbyt wiele dni, by przedstawić je wszystkie za pomocą wykresu, tak więc astrolabium obraca się dalej, coraz szybciej i szybciej, aż mija siedem lat, a Doktryna – rozdzielona między sześć ciał, sześciu potencjalnych nosicieli, trzy pary oddzielone od siebie tak bardzo, jak pozwala na to geografia – jest wystarczająco dojrzała, żeby dać o sobie znać.
Niemożliwe Miasto jest na wyciągnięcie ręki.Dziewczynka była bardzo blada, z wodorostami zaplątanymi we włosy i palce u nóg. Stopy miała bose i cała lśniła srebrzystym blaskiem, jakby ktoś oprószył ją brokatem i wysłał w świat.
– Czym jesteś? – spytała Zib, zapominając o manierach.
Avery szturchnął ją łokciem w bok, ale było już za późno: pytanie zostało zadane.
– Nazywam się Niamh – odparła dziewczynka. – Pochodzę z miasta głęboko pod powierzchnią jeziora, z miejsca tak zimnego, że lód topnieje tam tylko raz na sto lat.
– Ludzie nie mieszkają w głębi jezior – zauważył Avery. – Nie ma tam powietrza. Tylko woda. Ludzie nie oddychają wodą.
– Tak, ale tam, skąd pochodzę, ludzie w ogóle nie oddychają. – Niamh uśmiechnęła się, pokazując perłowe ząbki. – I tylko gdy stopnieje lód, wychodzimy na powierzchnię, żeby zobaczyć, jak żyją inni. Ale kiedy zbierałam na brzegu kamyki, nadeszła burza, pojawiła się Gończyni Zamarzniętych Wód i przeniosła mnie do Króla Kielichów. To bardzo okrutny władca i więził mnie tak długo, że lód zdążył zamarznąć, a ja jestem utopioną dziewczynką bez miasta i muszę czekać na kolejną odwilż.
– Sto lat to bardzo długo – powiedział Avery. Nie chciał rozmyślać o tym, jak pięknie lśni jej skóra, ani o tym, że – jak twierdziła – pochodzi z miejsca, w którym ludzie nie oddychają. Z pewnością żartowała sobie z nich.
– Nie będziesz wtedy za stara, żeby pływać?
– Ależ nie. Kiedy jestem w domu, nie oddycham, a kiedy jestem tutaj, nie starzeję się. Dzięki temu, jeśli będę mądra, zawsze będę mogła wrócić.
Tymczasem Zib miała, jej zdaniem, dużo ważniejsze pytanie.
– Kim jest Gończyni Zamarzniętych Wód?
Niamh spoważniała.
– To najgorsza ze wszystkich poddanych Króla, ponieważ kocha go i nienawidzi, i zrobi wszystko, żeby sprawić mu przyjemność. Rozkazuje wronom, a one robią, co im każe. Dla niego zbiera wszystkie dziwne rzeczy, które trafiają do Nad-i-Pod. Was też zabierze, jeśli nie będziecie ostrożni.
Avery i Zib wymienili spojrzenia i przysunęli się do siebie, nagle czując strach przed tą lśniącą dziewczynką i wszystkim, co mogła oznaczać jej obecność.
A. Deborah Baker, _Za murem Woodward_