Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Katedra Marii Panny w Paryżu - ebook

Rok wydania:
2011
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Katedra Marii Panny w Paryżu - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 743 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZED­MO­WA AU­TO­RA

Przed kil­ku laty au­tor tej książ­ki, zwie­dza­jąc ka­te­drę Ma­rii Pan­ny czy też, jak by po­wie­dzieć ra­czej na­le­ża­ło, mysz­ku­jąc w jej wnę­trzu, w ciem­nym za­kąt­ku jed­nej z wież od­na­lazł wy­ry­te ręką na ścia­nie sło­wo: ANA.KH

Te li­te­ry grec­kie, sczer­nia­łe ze sta­ro­ści i dość głę­bo­ko wy­rżnię­te w ka­mie­niu, oraz ja­kieś zna­mien­ne dla go­tyc­kie­go pi­sma wła­ści­wo­ści ich kształ­tu i na­chy­le­nia zdra­dza­ją­ce, że wy­pi­sa­ła je tu­taj śre­dnio­wiecz­na ręka, nade wszyst­ko zaś ich sens fa­tal­ny i po­nu­ry – głę­bo­ko po­ru­szy­ły au­to­ra.

Za­sta­na­wiał się i usi­ło­wał od­gad­nąć, cóż to za du­sza udrę­czo­na przed roz­sta­niem się ze świa­tem za­pra­gnę­ła po­ło­żyć ów znak zbrod­ni czy nie­szczę­ścia na czo­le sta­re­go ko­ścio­ła. Póź­niej otyn­ko­wa­no czy też zdra­pa­no mur (sam już zresz­tą nie pa­mię­tam któ­ry) i na­pis znikł. Tak bo­wiem po­stę­pu­je się od lat dwu­stu już pra­wie z cu­dow­ny­mi ko­ścio­ła­mi śre­dnio­wie­cza. Ka­le­czy się je i nisz­czy ze wszyst­kich stron, i z ze­wnątrz, i we­wnątrz. Ksiądz je tyn­ku­je, ar­chi­tekt je skro­bie; a póź­niej przy­cho­dzi lud, któ­ry je bu­rzy.

Tak więc, prócz kru­che­go wspo­mnie­nia, któ­re mu tu po­świę­ca au­tor tej książ­ki, nic już nie zo­sta­ło dzi­siaj z ta­jem­ni­cze­go sło­wa wy­ry­te­go w mrocz­nej wie­ży ka­te­dry Ma­rii Pan­ny. Nic nie zo­sta­ło z nie­zna­ne­go losu, któ­ry stre­ści­ło ono tak me­lan­cho­lij­nie. Czło­wiek, któ­ry wy­pi­sał był to sło­wo na tej ścia­nie, znikł spo­śród ży­wych kil­ka wie­ków temu, z ko­lei i sło­wo zni­kło ze ścia­ny ko­ścio­ła, być może ko­ściół już wkrót­ce tak­że znik­nie z po­wierzch­ni zie­mi. O tym sło­wie na­pi­sa­na zo­sta­ła ta książ­ka.

Ma­rzec,1831PRZY­PIS AU­TO­RA DO WY­DA­NIA Z ROKU 1832

Ogło­szo­no myl­nie, że wy­da­nie to roz­sze­rzo­ne zo­sta­nie o kil­ka n o w y c h r o z d z i a ł ó w. O r o z d z i a ł y n i e d r u k o w a n e d o t y c h c z a s – tak by po­wie­dzieć na­le­ża­ło. Je­że­li bo­wiem przez okre­śle­nie "nowe" ro­zu­mie­my "nowo na­pi­sa­ne", to roz­dzia­ły umiesz­czo­ne po raz pierw­szy w tym do­pie­ro wy­da­niu zgo­ła nie są "nowe". Po­wsta­ły one pod­czas pra­cy nad resz­tą dzie­ła;po­cho­dzą z tego sa­me­go okre­su i wy­wo­dzą się z tej sa­mej my­śli; były od po­cząt­ku czę­ścią rę­ko­pi­su Ka­te­dry Ma­rii Pan­ny w Pa­ry­żu. Co wię­cej, au­tor nie ro­zu­mie w ogó­le, jak moż­na po skoń­cze­niu pra­cy tego ro­dza­ju do­da­wać do niej nowe wąt­ki. Nie robi się tego do­wol­nie. Zda­niem au­to­ra po­wieść ro­dzi się od razu ze wszyst­ki­mi swo­imi roz­dzia­ła­mi w spo­sób nie­ja­ko ko­niecz­ny; ze wszyst­ki­mi sce­na­mi swo­imi ro­dzi się dra­mat. Nie wy­obra­żaj­cie so­bie, że do­wol­na jest licz­ba czę­ści skła­da­ją­cych się na tę ca­łość, na ten ta­jem­ni­czy mi­kro­ko­smos, któ­ry na­zy­wa­cie dra­ma­tem lub po­wie­ścią. Na nic tu się zda lu­to­wa­nie, nie przyj­mu­ją się szcze­pion­ki na dzie­łach tej na­tu­ry, mu­szą one wy­try­skać jed­nym stru­mie­niem – i ta­kie, ja­kie są, po­zo­stać. Sko­ro je raz ukoń­czy­cie – nie po­zwól­cie się ogar­nąć wąt­pli­wo­ściom, nie po­pra­wiaj­cie ni­cze­go. Sko­ro książ­ka zo­sta­ła ogło­szo­na dru­kiem, a płeć dzie­ła – mę­ska czy nie­mę­ska – zo­sta­ła roz­po­zna­na i ob­wiesz­czo­na, dziec­ko wy­da­ło pierw­szy krzyk, uro­dzi­ło się, jest, jest ta­kie, a nie inne, i ani oj­ciec, ani mat­ka nic już w nim zmie­nić nie mogą, na­le­ży do po­wie­trza i do słoń­ca, po­zwól­cie mu żyć czy umie­rać ta­kim, ja­kie jest. Nie uda­ła ci się książ­ka? Trud­no! Nie do­da­waj roz­dzia­łów do nie­uda­nej książ­ki.Jest nie­peł­na? Trze­ba było uzu­peł­nić ją wte­dy, kie­dyś ją pło­dził. Two­je drze­wo ma pień krzy­wy,sę­ka­ty? Już go nie wy­pro­stu­jesz. Two­ja po­wieść jest su­chot­ni­cza? Two­ja po­wieść nie jest zdol­na do ży­cia? Nie do­dasz jej od­de­chu, je­śli go jej brak. Twój dra­mat uro­dził się ku­la­wy? Wie­rzaj mi,nie do­da­waj mu drew­nia­nej nogi.

Au­tor przy­wią­zu­je więc szcze­gól­ną wagę do tego, aby pu­blicz­ność wie­dzia­ła, że do­da­ne tu­taj roz­dzia­ły nie zo­sta­ły umyśl­nie dla tego no­we­go wy­da­nia na­pi­sa­ne. Nie we­szły one do po­przed­nich wy­dań z bar­dzo pro­stej przy­czy­ny. Kie­dy Ka­te­drę Ma­rii Pan­ny w Pa­ry­żu dru­ko­wa­no po raz pierw­szy, za­gi­nę­ła tecz­ka z tymi roz­dzia­ła­mi. Na­le­ża­ło więc albo na­pi­sać je po raz wtó­ry, albo się bez nich obejść. Po­nie­waż dwa z nich, nie­co istot­niej­sze ze wzglę­du na ob­ję­tość, były roz­dzia­ła­mi trak­tu­ją­cy­mi o sztu­ce i hi­sto­rii i nie do­da­wa­ły nic zgo­ła do dra­ma­tycz­ne­go wąt­ku po­wie­ści, au­tor uznał, że pu­blicz­ność nie do­strze­że na­wet ich bra­ku i że tyl­ko on je­den bę­dzie znał ta­jem­ni­cę tej luki. Po­sta­no­wił więc po pro­stu je opu­ścić. A wresz­cie, żeby wy­znać całą praw­dę, jego le­ni­stwo cof­nę­ło się przed po­now­nym na­pi­sa­niem trzech za­gi­nio­nych roz­dzia­łów. Wo­lał­by już na­pi­sać dru­gą po­wieść.

Dzi­siaj roz­dzia­ły od­na­la­zły się i au­tor ko­rzy­sta z pierw­szej oka­zji, aby je przy­wró­cić na wła­ści­we miej­sca. Ma­cie więc jego dzie­ło całe, ta­kie, ja­kim je so­bie wy­ma­rzył, ta­kie, ja­kim je uczy­nił – do­bre czy złe, trwa­łe czy kru­che, lecz ta­kie, ja­kim au­tor je mieć pra­gnie. Od­na­le­zio­ne roz­dzia­ły nie­wiel­ką będą nie­wąt­pli­wie przed­sta­wia­ły war­tość dla tych, bar­dzo zresz­tą roz­sąd­nych osób, któ­re w Ka­te­drze Ma­rii Pan­ny w Pa­ry­żu szu­ka­ły tyl­ko wąt­ku dra­ma­tycz­ne­go, tyl­ko po­wie­ści. Są jed­nak, być może, inni jesz­cze czy­tel­ni­cy, któ­rzy nie uwa­ża­li za zby­tecz­ne zgłę­bie­nie es­te­tycz­nych i fi­lo­zo­ficz­nych kon­cep­cji ukry­tych w tej książ­ce i czy­ta­jąc

Ka­te­drę Ma­rii Pan­ny, znaj­do­wa­li za­do­wo­le­nie w wy­łu­ski­wa­niu z po­wie­ści cze­goś in­ne­go niż sama po­wieść, w po­zna­wa­niu – pro­si­my o wy­ba­cze­nie tych nie­zbyt am­bit­nych wy­ra­żeń – sys­te­mu hi­sto­ry­ka i za­mia­ru ar­ty­sty po­przez dzie­ło po­ety. Dla nich to przede wszyst­kim roz­dzia­ły do­da­ne w tym wy­da­niu uzu­peł­nią Ka­te­drę Ma­rii Pan­ny w Pa­ry­żu za­kła­da­jąc oczy­wi­ście, że Ka­te­dra Ma­rii Pan­ny w Pa­ry­żu war­ta jest uzu­peł­nie­nia.

W jed­nym z tych roz­dzia­łów au­tor wy­po­wia­da i uza­sad­nia swój, nie­ste­ty, do­brze ugrun­to­wa­ny i sta­ran­nie roz­wa­żo­ny po­gląd na obec­ny upa­dek ar­chi­tek­tu­ry, na nie­unik­nio­ne dziś już nie­mal nie­bez­pie­czeń­stwo śmier­ci gro­żą­ce tej kró­lo­wej sztuk. Chciał­by jed­nak wy­ra­zić w tym miej­scu go­rą­ce pra­gnie­nie, aby przy­szłość za­da­ła kie­dyś kłam jego sło­wom. Wie, że sztu­ka we wszyst­kich swo­ich po­sta­ciach wie­le się może spo­dzie­wać po no­wych po­ko­le­niach, któ­rych ro­dzą­cy się do­pie­ro ge­niusz kieł­ku­je w pra­cow­niach na­szych ar­ty­stów. Ziar­no pa­dło w gle­bę, pięk­ne na pew­no będą żni­wa. Au­tor lęka się tyl­ko – dla­cze­go, to zo­ba­czy­my w dru­gim to­mie tej książ­ki – czy nie wy­ja­ło­wi­ła się z sił ży­cio­daj­nych ta sta­ra gle­ba ar­chi­tek­tu­ry, któ­ra przez tyle stu­le­ci była naj­lep­szym grun­tem dla sztu­ki.

Wsze­la­ko dzi­siaj mło­dzi ar­ty­ści tyle mają ży­cia, taki roz­mach i - że tak po­wiem – tyle po­wo­ła­nia, iż w obec­nej chwi­li, szcze­gól­nie w szko­łach ar­chi­tek­to­nicz­nych, nie­wie­le war­ci pro­fe­so­ro­wie, nie tyl­ko że bez­wied­nie, lecz na­wet wbrew swo­jej woli, kształ­cą świet­nych uczniów; na od­wrót zgo­ła, niż to się nie­gdyś dzia­ło z owym garn­ca­rzem, o któ­rym Ho­ra­cy opo­wia­da, że za­mie­rza­jąc wy­ta­czać am­fo­ry, le­pił garn­ki. Cur­rit rota, urceus exit. W każ­dym ra­zie nie­za­leż­nie od tego, jaka bę­dzie przy­szłość ar­chi­tek­tu­ry i w jaki spo­sób mło­dzi ar­chi­tek­ci roz­wią­żą kie­dyś za­gad­nie­nia swo­jej sztu­ki – cze­ka­jąc na nowe bu­dow­le kon­ser­wuj­my bu­dow­le sta­re… I je­że­li to tyl­ko jest moż­li­we, na­ucz­my na­ród ko­chać ar­chi­tek­tu­rę na­ro­do­wą. Au­tor oświad­cza, że jest to je­den z głów­nych ce­lów tej książ­ki – je­den z głów­nych ce­lów jego ży­cia.

Ka­te­dra Ma­rii Pan­ny w Pa­ry­żu otwo­rzy­ła, być może, ja­kieś słusz­ne per­spek­ty­wy na sztu­kę śre­dnio­wiecz­ną, na tę cu­dow­ną sztu­kę, jed­nym do­tych­czas nie zna­ną, przez dru­gich, co gor­sza, nie uzna­wa­ną. Au­tor by­najm­niej jed­nak nie są­dzi, że wy­ko­nał cał­ko­wi­cie za­da­nie, któ­re so­bie wy­zna­czył. Nie­jed­no­krot­nie bro­nił on już na­szej sta­rej ar­chi­tek­tu­ry, wy­po­mi­nał gło­śno nie­jed­ną pro­fa­na­cję, nie­jed­no znisz­cze­nie, nie­jed­no świę­to­kradz­two. Nie za­prze­sta­nie tego nig­dy. Uwa­ża za swój obo­wią­zek czę­sto po­wra­cać do tego te­ma­tu. Bę­dzie doń po­wra­cał. Bę­dzie bro­nił na­szych hi­sto­rycz­nych gma­chów tak wy­trwa­le, jak za­cie­kle nisz­czą je nasi ob­ra­zo­bur­cy ze szkół i aka­de­mii. Al­bo­wiem ża­łość bie­rze czło­wie­ka, kie­dy wi­dzi, w czy­je ręce do­sta­ła się ar­chi­tek­tu­ra śre­dnio­wie­cza i w jaki spo­sób dzi­siej­si par­ta­cze trak­tu­ją ru­iny tej wiel­kiej sztu­ki. Przy­no­si to wstyd nam wszyst­kim, my­ślą­cym i ro­zum­nym lu­dziom, że pa­trząc na ich po­czy­na­nia po­prze­sta­je­my na drwi­nie. A mowa tu nie tyl­ko o tym, co się dzie­je na pro­win­cji, lecz o tym tak­że, co się robi w sa­mym Pa­ry­żu, przed na­szy­mi drzwia­mi, pod na­szy­mi okna­mi, w wiel­kim mie­ście, w mie­ście oświe­co­nym, w sto­li­cy pra­sy, my­śli i sło­wa. Na za­koń­cze­nie tej no­tat­ki uwa­ża­my za ko­niecz­ne wska­zać pal­cem na kil­ka ak­tów wan­da­li­zmu, któ­re co­dzien­nie są pro­jek­to­wa­ne, roz­wa­ża­ne, roz­po­czy­na­ne, kon­ty­nu­owa­ne i spo­koj­nie do­pro­wa­dza­ne aż do koń­ca w na­szych oczach, w oczach ko­cha­ją­cej sztu­kę lud­no­ści Pa­ry­ża, w oczach kry­ty­ki, któ­rą zbi­ja z tro­pu taka zu­chwa­łość. Zbu­rzo­no pa­łac ar­cy­bi­sku­pi, bu­dow­lę w nie naj­lep­szym sma­ku – nie­wiel­ka to szko­da; lecz ra­zem z pa­ła­cem ar­cy­bi­sku­pim zbu­rzo­no za jed­nym za­ma­chem pa­łac bi­sku­pi, rzad­ki za­by­tek z czter­na­ste­go wie­ku, któ­re­go ar­chi­tekt-bu­rzy­ciel nie po­tra­fił od­róż­nić od resz­ty. Ra­zem z ką­ko­lem wy­rwał kłos; wszyst­ko mu jed­no! Mówi się o zrów­na­niu z zie­mią cu­dow­nej ka­pli­cy w Vin­cen­nes po to, by z ka­mie­ni zbu­do­wać ja­kieś tam for­ty­fi­ka­cje, któ­re Dau­me­sni­lo­wi prze­cież nie były po­trzeb­ne. Na­pra­wia się i od­na­wia, nie szczę­dząc kosz­tów, taką ru­de­rę, jak Pa­łac Bur­boń­ski, a wspa­nia­łe wi­tra­że Ka­pli­cy Kró­lew­skiej bez­kar­nie wy­tłu­ku­je wi­cher. Kil­ka dni temu rusz­to­wa­nia po­kry­ły wie­żę Św. Ja­ku­ba koło Rzeź­ni i lada go­dzi­na ude­rzą w mur oskar­dy. Zna­lazł się mu­larz, któ­ry wy­bu­do­wał bia­ły do­mek po­mię­dzy czci­god­ny­mi wie­ża­mi Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści. Zna­lazł się inny, któ­ry po­przy­ci­nał ko­ściół Sa­int-Ger­ma­in-des – Prés, to feu­dal­ne opac­two o trzech dzwon­ni­cach. Znaj­dzie się jesz­cze inny, mo­że­cie być pew­ni, któ­ry zbu­rzy ko­ściół Sa­int-Ger­ma­in-L'Au­xer­ro­is. Wszy­scy ci mu­la­rze mają się za ar­chi­tek­tów, opła­ca­ni są przez pre­fek­tu­rę czy też z ko­ściel­nych fun­du­szy i no­szą zie­lo­ne aka­de­mic­kie fra­ki. Ro­bią zaś tyle szko­dy, ile tyl­ko zły smak może wy­rzą­dzić szko­dy do­bre­mu sma­ko­wi. W chwi­li kie­dy pi­sze­my te sło­wa – cóż za wi­dok ża­ło­sny! – je­den z nich trzy­ma w swo­ich rę­kach Tu­ile­rie, je­den z nich za­bie­ra się do kie­re­szo­wa­nia ob­li­cza Fi­li­ber­ta De­lor­me; bez­czel­ność, z jaką pe­cy­ny to­por­nej ar­chi­tek­tu­ry tego pana za­chla­pu­ją jed­ną z naj­de­li­kat­niej­szych fa­sad re­ne­san­su, jest za­iste nie naj­mniej­szym skan­da­lem na­szych asów.

Pa­ryż, 20 paź­dzier­ni­ka 1832.WIEL­KA SALA

Trzy­sta czter­dzie­ści osiem lat, sześć mie­się­cy i dzie­więt­na­ście dni temu zbu­dzi­ło miesz­kań­ców Pa­ry­ża gło­śne bi­cie wszyst­kich dzwo­nów w ob­rę­bie po­trój­nych mu­rów ota­cza­ją­cych Cité, Uni­wer­sy­tet i Nowe Mia­sto.

6 stycz­nia 1482 roku nie jest wsze­la­ko dniem, któ­ry hi­sto­ria za­cho­wa­ła w swej pa­mię­ci. Wy­da­rze­nie, któ­re od sa­me­go ran­ka w tak wiel­kie po­ru­sze­nie wpra­wi­ło i dzwo­ny, i miesz­czan Pa­ry­ża, nie mia­ło w so­bie nic nie­zwy­kłe­go. Nie był to ani szturm Pi­kar­dyj­czy­ków czy Bur­gund­czy­ków, ani re­li­kwiarz ob­no­szo­ny w pro­ce­sji, ani bunt ża­ków w win­ni­cy Laas, ani też wjazd "na­sze­go bar­dzo groź­ne­go kró­la je­go­mo­ści, wład­cy i pana", ani na­wet pięk­ne i cie­ka­we wi­do­wi­sko: po­wie­sze­nie ja­kie­goś zło­dzie­ja czy zło­dziej­ki na dzie­dziń­cu Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści mia­sta Pa­ry­ża. Nie było to rów­nież nie­spo­dzie­wa­ne, a tak czę­ste w XV wie­ku, przy­by­cie ja­kie­goś ob­ce­go po­sel­stwa w pió­ro­pu­szach i zło­to­gło­wiu. Przed dwo­ma za­le­d­wie dnia­mi wje­chał był prze­cie do Pa­ry­ża kon­ny or­szak po­słów fla­mandz­kich, przy­by­łych w celu za­war­cia mał­żeń­stwa po­mię­dzy del­fi­nem i Mał­go­rza­tą Flan­dryj­ską, a ku wiel­kie­mu utra­pie­niu kar­dy­na­ła de Bo­ur­bon, któ­ry, aby przy­po­do­bać się kró­lo­wi, mu­siał przyj­mo­wać z uprzej­mym ob­li­czem całą tę ciż­bę pro­stac­kich do­stoj­ni­ków fla­mandz­kich miast i ra­czyć ich w swym pa­ła­cu przed­sta­wie­niem bar­dzo pięk­ne­go mo­ra­li­te­tu, kro­to­chwi­li oraz far­sy, gdy tym­cza­sem rzę­si­sty deszcz ob­le­wał wspa­nia­łe ko­bier­ce roz­ło­żo­ne u wej­ścia – jego wła­sność.Wy­da­rze­niem, któ­re 6 stycz­nia po­ru­szy­ło całą lud­ność Pa­ry­ża, jak po­wia­da Jan de Troy­es, była po­dwój­na uro­czy­stość od nie­pa­mięt­nych cza­sów ra­zem ob­cho­dzo­na: dzień Trzech Kró­li i Świę­to Bła­znów.

W dniu tym były prze­wi­dzia­ne ilu­mi­na­cje na pla­cu Gre­ve, za­sa­dze­nie drzew­ka ma­jo­we­go przed ka­pli­cą Bra­que i ode­gra­nie mi­ste­rium w Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści. Wszyst­ko to ob­wie­ści­li w przed­dzień, przy dźwię­ku trąb na pla­cach i skrzy­żo­wa­niach ulic, sta­ro­ściń­scy pa­choł­ko­wie w pięk­nych ku­bra­kach z fio­le­to­we­go kam­lo­tu, z wiel­ki­mi bia­ły­mi krzy­ża­mi na pier­si. Już więc od sa­me­go rana tłu­my miesz­czan i miesz­czek, po­za­my­kaw­szy domy i skle­py, ścią­ga­ły ze wszyst­kich stron ku tym trzem wy­zna­czo­nym miej­scom. Jed­ni wy­bie­ra­li się na ilu­mi­na­cje, inni na sa­dze­nie drzew­ka, jesz­cze inni – na mi­ste­rium. Na po­chwa­łę od­wiecz­ne­go zdro­we­go roz­sąd­ku pa­ry­skich ga­piów trze­ba po­wie­dzieć, że tłu­my te po więk­szej czę­ści po­dą­ża­ły albo na za­ba­wę przy ogni­skach – jak­że sto­sow­nych o tej po­rze roku – albo też na mi­ste­rium, któ­re ode­gra­ne być mia­ło w wiel­kiej sali Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści, pod da­chem i mię­dzy mu­ra­mi; a bied­ne, li­cho ukwie­co­ne drzew­ko ma­jo­we, zgod­nie po­gar­dzo­ne przez cie­ka­wych, dy­go­ta­ło sa­mot­nie pod stycz­nio­wym nie­bem na cmen­ta­rzu ka­pli­cy Bra­que.

Naj­więk­sza ciż­ba ludu tło­czy­ła się w uli­cach pro­wa­dzą­cych do Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści, wia­do­mą bo­wiem było rze­czą, że przy­by­li przed dwo­ma dnia­mi fla­mandz­cy po­sło­wie mają zja­wić się na przed­sta­wie­niu mi­ste­rium i asy­sto­wać przy wy­bie­ra­niu pa­pie­ża bła­znów, któ­ra to uro­czy­stość od­być się mia­ła rów­nież w wiel­kiej sali.Nie­ła­two było owe­go dnia do­stać się do tej wiel­kiej sali, któ­ra prze­cie ucho­dzi­ła wów­czas za naj­więk­sze na ca­łym świe­cie po­miesz­cze­nie. (Co praw­da, Sau­val nie wy­mie­rzył był jesz­cze wiel­kiej sali w pa­ła­cu Mon­tar­gis.) Ga­piom pa­trzą­cym z okien za­tło­czo­ny plac Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści wy­da­wał się mo­rzem, do któ­re­go pięć czy sześć ulic na po­do­bień­stwo ujść ty­luż rzek wle­wa­ło bez prze­rwy nowe stru­mie­nie głów. Wzbie­ra­ją­ce nie­ustan­nie fale tej ciż­by ude­rza­ły o wę­gły do­mów wy­sta­ją­ce tu i ów­dzie na kształt przy­ląd­ków z nie­re­gu­lar­nej za­to­ki pla­cu. W sa­mym środ­ku wy­so­kiej go­tyc­kiej fa­sa­dy Pa­ła­cu znaj­do­wa­ły się wiel­kie scho­dy, po któ­rych prze­pły­wał nie­ustan­nie, w górę i na dół, po­dwój­ny po­tok; prze­pły­wał, roz­bi­jał się o po­dest i roz­le­wał sze­ro­ko po dwu bocz­nych skrzy­dłach; tak więc scho­dy te spły­wa­ły w plac ni­czym wo­do­spad do je­zio­ra. Okrzy­ki, śmie­chy, tu­pot ty­się­cy nóg – wszyst­ko to ro­bi­ło wie­le zgieł­ku i ha­ła­su. Co pe­wien czas ów ha­łas i zgiełk po­tęż­niał, a prąd, któ­ry po­py­chał ten cały tłum ku głów­nym scho­dom, co­fał się, mą­cił, wi­ro­wał. To pra­co­wa­ły pię­ści ja­kie­goś łucz­ni­ka, to koń straż­ni­ka sta­ro­ściń­skie­go ko­py­ta­mi przy­wra­cał po­rzą­dek; pięk­ną tę tra­dy­cję straż miej­ska po­zo­sta­wi­ła w spad­ku ko­ne­ta­blom, ko­ne­ta­blo­wie prze­ka­za­li ją stra­ży mar­szał­kow­skiej, ta zaś na­szej pa­ry­skiej żan­dar­me­rii.W drzwiach, w oknach, w okien­kach i na da­chach aż się ro­iło od ty­się­cy po­czci­wych miesz­czań­skich twa­rzy, spo­koj­nych i rze­tel­nych, co spo­glą­da­ły na Pa­łac Spra­wie­dli­wo­ści, na ciż­bę, nie pra­gnąc już nic wię­cej; w Pa­ry­żu bo­wiem wie­lu lu­dzi za­do­wa­la sam wi­dok tych, któ­rzy wi­dzą, i już sam mur, poza któ­rym coś się dzie­je, jest dla pa­ry­żan rze­czą nie­zmier­nie zaj­mu­ją­cą. Gdy­by­śmy tyl­ko my – lu­dzie ży­ją­cy w roku 1830 – mo­gli zmie­szać się w my­śli z tymi pa­ry­ża­na­mi z pięt­na­ste­go wie­ku, gdy­by­śmy mo­gli ra­zem z nimi, po­ty­ka­jąc się, roz­py­cha­jąc i wy­szar­pu­jąc z tło­ku poły ubra­nia, wejść do tej ogrom­nej sali Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści, tak cia­snej 6 stycz­nia 1482 roku, wi­dok, któ­ry by się nam uka­zał, był­by zgo­ła nie­nud­ny i by­najm­niej nie po­zba­wio­ny uro­ku, oto­czy­ły­by nas rze­czy tak sta­re, że aż no­wy­mi się wy­da­ją­ce. Je­że­li więc czy­tel­nik po­zwo­li, spró­bu­je­my wy­obra­zić so­bie wra­że­nie, któ­re­go do­znał­by prze­kra­cza­jąc ra­zem z nami próg tej wiel­kiej sali, wśród ciż­by odzia­nej w ka­fta­ny, opoń­cze i fał­dzi­ste spód­ni­ce.

A więc: w pierw­szej chwi­li – szum w uszach, oczy ślep­ną. Nad gło­wa­mi na­szy­mi po­dwój­ne ostro­łu­ko­we skle­pie­nie po­kry­te rzeź­ba­mi w drze­wie, ma­lo­wa­ne błę­ki­tem, usia­ne zło­ty­mi li­lia­mi; pod sto­pa­mi na­szy­mi po­sadz­ka z płyt mar­mu­ro­wych, na prze­mian bia­łych i czar­nych. Tuż przed nami po­tęż­ny fi­lar, za nim dru­gi, trze­ci; sie­dem fi­la­rów roz­sta­wio­nych w środ­ku sali przez całą jej dłu­gość pod­trzy­mu­je spły­wy że­ber po­dwój­ne­go skle­pie­nia. Do­oko­ła czte­rech pierw­szych fi­la­rów kra­my sprze­daw­ców, po­ły­sku­ją­ce szkłem i świe­ci­dła­mi; do­oko­ła trzech na­stęp­nych – ławy dę­bo­we, zu­ży­te, wy­po­le­ro­wa­ne spodnia­mi pie­nia­czy i to­ga­mi obroń­ców. Do­oko­ła sali, pod wy­so­ki­mi ścia­na­mi, po­mię­dzy drzwia­mi, po­mię­dzy otwo­ra­mi okien­ny­mi, po­mię­dzy fi­la­ra­mi – nie koń­czą­cy się rząd po­są­gów kró­lów Fran­cji, po­czy­na­jąc od Fa­ra­mon­da; to kró­lo­wie gnu­śni, ze zwi­sa­ją­cy­mi w dół rę­ka­mi i spusz­czo­nym wzro­kiem, to kró­lo­wie dziel­ni i wo­jow­ni­czy, śmia­ło wzno­szą­cy ku nie­bu ręce i gło­wy. A w po­dłuż­nych ostro­łu­ko­wych oknach wi­tra­że z ty­sią­ca barw; w sze­ro­kich zaś otwo­rach wyj­ścio­wych bo­ga­te, mi­ster­nie rzeź­bio­ne drzwi; wszyst­ko to – skle­pie­nia, fi­la­ry, ścia­ny, ob­ra­mie­nia okien i drzwi, same drzwi i po­są­gi – od góry do dołu po­kry­te świet­ną po­li­chro­mią błę­kit­ną i zło­ci­stą, sczer­nia­łą już nie­co wów­czas, w epo­ce, w któ­rej ją oglą­da­my, a nie­wi­docz­ną nie­mal zu­peł­nie pod ku­rzem i pa­ję­czy­ną w roku pań­skim 1549, kie­dy to du Breul po­dzi­wiał ją jesz­cze, jak tego wy­ma­ga­ła tra­dy­cja. Wy­obraź­cie so­bie te­raz tę ogrom­ną, po­dłuż­ną salę oświe­tlo­ną bla­dym bla­skiem stycz­nio­we­go dnia, wy­peł­nio­ną ciż­bą ha­ła­śli­wą i pstro­ka­tą, prze­pły­wa­ją­cą wzdłuż ścian i krą­żą­cą do­oko­ła fi­la­rów – a bę­dzie­cie mie­li ja­kie ta­kie po­ję­cie o ca­ło­ści ob­ra­zu, któ­re­go szcze­gó­ły, jak­że cie­ka­we, po­sta­ra­my się opi­sać do­kład­niej.

Gdy­by Ra­va­il­lac nie za­mor­do­wał Hen­ry­ka IV, nie by­ło­by oczy­wi­ście w kan­ce­la­rii Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści ak­tów pro­ce­su Ra­va­il­la­ca; nie by­ło­by rów­nież wspól­ni­ków zbrod­ni, ma­ją­cych swój in­te­res w tym, aby te akta zni­kły; nie by­ło­by za­tem pod­pa­la­czy zmu­szo­nych w bra­ku lep­sze­go spo­so­bu do spa­le­nia kan­ce­la­rii, żeby spa­lić akta, do opa­le­nia Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści, żeby spa­lić jego kan­ce­la­rię; i co za tym idzie, nie by­ło­by po­ża­ru z roku 1618. Sta­ry Pa­łac Spra­wie­dli­wo­ści stał­by jesz­cze wraz ze swo­ją sta­rą wiel­ką salą; mógł­bym rzec czy­tel­ni­ko­wi: Idź, zo­bacz ją! i nie mu­sie­li­by­śmy – ja opi­sy­wać salę, on zaś czy­tać mój opis. Co po­twier­dza tyl­ko tę nową praw­dę, że wiel­kie wy­da­rze­nia mie­wa­ją nie­obli­czal­ne na­stęp­stwa. Wpraw­dzie, po pierw­sze, Ra­va­il­lac mógł nie mieć w ogó­le wspól­ni­ków, a po wtó­re, je­że­li na­wet i miał ich, to po­żar w roku 1618 nie mu­siał po­wstać z ich wła­śnie winy. Ist­nie­ją też jesz­cze dwa inne, bar­dzo praw­do­po­dob­ne wy­tłu­ma­cze­nia tego wy­pad­ku. Pierw­sze z nich – to ogrom­na pło­ną­ca gwiaz­da, sze­ro­ka na sto­pę, wy­so­ka na ło­kieć, któ­ra, jak wszyst­kim wia­do­mo, 7 mar­ca tuż po pół­no­cy spa­dła z nie­ba na Pa­łac Spra­wie­dli­wo­ści. Dru­gie – to czte­ro­wiersz Teo­fi­la:

Za­praw­dę smut­na to chwi­la była,

Kie­dy w Pa­ry­żu pani Spra­wie­dli­wość,

Zjadł­szy zbyt wie­le ostrych przy­praw,

Cały swój pa­ląc pod­pa­li­ła.

Nie­za­leż­nie od na­sze­go po­glą­du na to po­trój­ne: po­li­tycz­ne, fi­zycz­ne i po­etyc­kie wy­tłu­ma­cze­nie po­ża­ru Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści w roku 1618 – sam ów po­żar jest, nie­ste­ty, fak­tem nie­zbi­tym. Dzi­siaj na sku­tek tej ka­ta­stro­fy, a przede wszyst­kim na sku­tek naj­roz­ma­it­szych ko­lej­nych prze­ró­bek, któ­re do­koń­czy­ły tego, co ogień oszczę­dził, nie­wie­le po­zo­sta­ło z tej pierw­szej sie­dzi­by kró­lów Fran­cji, z tego pa­ła­cu star­sze­go od Luw­ru, z pa­ła­cu tak sta­re­go już za pa­no­wa­nia Fi­li­pa Pięk­ne­go, że szu­ka­no wów­czas w jego mu­rach śla­dów wspa­nia­łych bu­dow­li, wznie­sio­nych przez kró­la Ro­ber­ta a opi­sa­nych przez Hel­gal­du­sa. Pra­wie wszyst­ko zni­kło. Co się sta­ło z kom­na­tą, w któ­rej świę­ty Lu­dwik "do­peł­nił mał­żeń­stwa swe­go"? Z ogro­dem, w któ­rym "przy­odzia­ny w kam­lo­to­we spodnie, su­kien­ny ka­ftan bez rę­ka­wów i płaszcz się­ga­ją­cy aż do czar­nych san­da­łów" spra­wo­wał sądy, spo­czy­wa­jąc z Jo­invil­le'em na ko­bier­cach? Gdzież jest kom­na­ta ce­sa­rza Zyg­mun­ta? Ka­ro­la IV? Jana bez Zie­mi? Gdzie scho­dy, z któ­rych Ka­rol VI ogło­sił swój edykt mi­ło­sier­dzia? Gdzie pły­ta ka­mien­na, na któ­rej Mar­cel w obec­no­ści del­fi­na za­mor­do­wał Ro­ber­ta z Cler­mont i mar­szał­ka Szam­pa­nii? Gdzie fur­ta, u któ­rej przedar­te zo­sta­ły bul­le an­ty­pa­pie­ża Be­ne­dyk­ta, od któ­rej ci, co je przy­nie­śli, ubra­ni na po­śmie­wi­sko w kapy i mi­try bi­sku­pie, ode­szli czy­niąc po­ku­tę przez cały Pa­ryż? Gdzie wiel­ka sala z jej zło­ce­nia­mi, błę­ki­tem, ostro­łu­ka­mi, po­są­ga­mi, fi­la­ra­mi, jej ogrom­nym rzeź­bio­nym skle­pie­niem? I zło­ta izba? I ka­mien­ny lew, któ­ry stał u drzwi ze spusz­czo­nym łbem, z pod­wi­nię­tym ogo­nem, jak lwy z tro­nu Sa­lo­mo­na, w po­sta­wie po­kor­nej, ta­kiej wła­śnie, jaką przy­brać po­win­na siła w ob­li­czu spra­wie­dli­wo­ści? I pięk­ne drzwi? I pięk­ne wi­tra­że? I cy­ze­lo­wa­ne zam­ki, któ­re znie­chę­ca­ły Bi­scor­net­ta? Gdzie de­li­kat­na sto­lar­ka Du Han­cy?… Co zro­bił czas, co zro­bi­li lu­dzie z tymi cu­da­mi? Co dano nam w za­mian za to wszyst­ko, za tę ga­lij­ską hi­sto­rię, za tę go­tyc­ką sztu­kę? Cięż­kie ob­ni­żo­ne łuki pana de Bros­se, nie­zdar­ne­go bu­dow­ni­cze­go por­ta­lu Św. Ger­wa­ze­go, tyle je­śli cho­dzi o sztu­kę; je­że­li zaś cho­dzi o hi­sto­rię to mamy jesz­cze ga­da­tli­we wspo­mnie­nia wiel­kie­go fi­la­ra, w któ­rym do tej pory dźwię­czy echo mów róż­nych pa­nów Pa­tru. Nie­wie­le więc jest tego! Po­wróć­my do praw­dzi­wej wiel­kiej sali praw­dzi­we­go sta­re­go Pa­ła­cu. Na jed­nym krań­cu tego ol­brzy­mie­go rów­no­le­gło­bo­ku stał słyn­ny stół z jed­ne­go mar­mu­ro­we­go blo­ku, tak dłu­gi, tak sze­ro­ki i tak gru­by, że – jak wspo­mi­na­ją sta­re księ­gi grun­to­we, któ­rych spo­sób wy­ra­ża­nia się mógł­by obu­dzić ape­tyt Gar­gan­tui – "po­dob­ne­go pła­ta mar­mu­ru nikt jesz­cze nie wi­dział na świe­cie"; na dru­gim krań­cu znaj­do­wa­ła się ka­pli­ca, w któ­rej Lu­dwik XI na klęcz­kach przed Mat­ką Bo­ską wy­rzeź­bić się ka­zał i do któ­rej po­le­cił prze­nieść – nie trosz­cząc się zgo­ła o to, że opu­sto­sze­ją dwie ni­sze w rzę­dzie kró­lew­skich po­są­gów – fi­gu­ry Ka­ro­la Wiel­kie­go i świę­te­go Lu­dwi­ka; obaj ci świę­ci, we­dług jego mnie­ma­nia, jako kró­lo­wie Fran­cji cie­szyć się mu­sie­li wiel­ki­mi wzglę­da­mi w nie­bie. Ka­pli­ca ta, jesz­cze nowa, bo za­le­d­wie sześć lat temu ufun­do­wa­na, zbu­do­wa­na była w uro­czym sty­lu, wy­róż­nia­ją­cym się de­li­kat­ną ar­chi­tek­tu­rą, cu­dow­ną rzeź­bą, mi­ster­ną i głę­bo­ką za­ra­zem cy­ze­ler­ką, któ­re zna­mio­no­wa­ły koń­co­wy okres fran­cu­skie­go go­ty­ku i prze­trwa­ły aż do po­ło­wy wie­ku szes­na­ste­go w fe­erycz­nym bo­gac­twie ka­pry­sów re­ne­san­su. Nade wszyst­ko zaś ażu­ro­wa ro­ze­ta nad por­ta­lem była ist­nym maj­stersz­ty­kiem sub­tel­no­ści i wdzię­ku – rzekł­byś, że to gwiaz­da z ko­ron­ki. Na środ­ku sali, na­prze­ciw­ko głów­nych drzwi, wznie­sio­no obi­te zło­ci­stym bro­ka­tem pod­wyż­sze­nie dla fla­mandz­kich po­słów i in­nych do­stoj­nych osób za­pro­szo­nych na przed­sta­wie­nie mi­ste­rium; pod­wyż­sze­nie to znaj­do­wa­ło się przy ścia­nie, a wcho­dzi­ło się na nie od­dziel­nym wej­ściem przez okno ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą­ce­go do zło­tej izby. We­dług zwy­cza­ju mi­ste­rium mia­ło być ode­gra­ne na mar­mu­ro­wym sto­le. Przy­go­to­wa­no go też do tego od rana; na wspa­nia­łym bla­cie z mar­mu­ru, po­ry­so­wa­nym ob­ca­sa­mi pa­le­stry, usta­wio­no dość wy­so­kie drew­nia­ne rusz­to­wa­nie któ­re­go gór­na po­wierzch­nia, wi­docz­na dla ca­łej sali, two­rzy­ła sce­nę, za­sło­nię­te zaś ko­bier­ca­mi wnę­trze słu­żyć mia­ło za gar­de­ro­bę dla wy­stę­pu­ją­cych w sztu­ce osób. Dra­bi­na po pro­stu usta­wio­na na ze­wnątrz uła­twia­ła ko­mu­ni­ka­cję po­mię­dzy gar­de­ro­bą a sce­ną, wcho­dzo­no na sce­nę i scho­dzo­no ze sce­ny po jej stro­mych szcze­blach. I każ­da po­stać, choć­by naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­na, każ­de zda­rze­nie, każ­dy efekt te­atral­ny wdra­py­wać się mu­siał na górę po tej wła­śnie dra­bi­nie. Nie­win­ne a czci­god­ne dzie­ciń­stwo sztu­ki i me­cha­ni­ki! U czte­rech ro­gów mar­mu­ro­we­go sto­łu sta­ło czte­rech pa­choł­ków baj­li­wa Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści, urzę­do­wych stró­ży wsze­la­kich uciech ludu w dni świąt i w dni stra­ceń. Przed­sta­wie­nie roz­po­cząć się mia­ło do­pie­ro z ostat­nim ude­rze­niem go­dzi­ny dwu­na­stej na wiel­kim ze­ga­rze Pa­ła­cu. Bar­dzo to była oczy­wi­ście spóź­nio­na pora na roz­po­czę­cie przed­sta­wie­nia; na­le­ża­ło jed­nak za­sto­so­wać się do cu­dzo­ziem­skich po­słów. Lecz tłum cze­kał już od rana. Wie­lu z tej rze­szy cie­ka­wych już od sa­me­go świ­tu dy­go­ta­ło z zim­na przed wiel­ki­mi scho­da­mi Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści; nie­któ­rzy twier­dzi­li na­wet, że spę­dzi­li całą noc pod głów­ną bra­mą po to, żeby za­pew­nić so­bie pierw­szeń­stwo przy wej­ściu. Tłum gęst­niał z mi­nu­ty na mi­nu­tę i ni­czym wy­stę­pu­ją­ca z brze­gów woda wzno­sił się co­raz wy­żej na ścia­ny i na fi­la­ry, wy­le­wał się na bel­ko­wa­nia, na gzym­sy, na pa­ra­pe­ty okien, ob­le­piał wszyst­kie wy­stę­py mu­rów, wszyst­kie rzeź­by bar­dziej wy­sta­ją­ce ze ścian. To­też nie­wy­go­da, znie­cier­pli­wie­nie, nuda, roz­luź­nie­nie wszel­kich ry­go­rów w tym dniu, kie­dy to do­pusz­czal­ne było każ­de szy­der­stwo i każ­de sza­leń­stwo, kłót­nie, wy­bu­cha­ją­ce z lada przy­czy­ny, o spi­cza­sty ło­kieć czy o pod­ku­ty but – i znu­że­nie wy­wo­ła­ne dłu­gim cze­ka­niem już te­raz, na dłu­go przed przy­by­ciem po­słów do­da­ły do wrza­wy tej ciż­by, za­mknię­tej, stło­czo­nej, zdu­szo­nej, ci­sną­cej się i dep­czą­cej po so­bie, przy­miesz­kę kwa­su i go­ry­czy. Ze­wsząd sły­chać było na­rze­ka­nia, prze­kli­na­no Fla­mand­czy­ków, star­sze­go gil­dii kup­ców, kar­dy­na­ła de Bo­ur­bon, baj­li­wa Pa­ła­cu, Mał­go­rza­tę Au­striac­ką, pa­choł­ków z ró­zga­mi, zim­no, upał, bi­sku­pa Pa­ry­ża i pa­pie­ża bła­znów, fi­la­ry i po­są­gi, ja­kieś za­mknię­te drzwi i ja­kieś otwar­te okno; na­rze­ka­nia te spra­wia­ły ogrom­ną ucie­chę roz­pro­szo­nym wśród tłu­mu ża­kom i słu­gom, któ­rzy do nie­za­do­wo­le­nia cze­ka­ją­cych do­rzu­ca­li jesz­cze swo­je zło­śli­we żar­ty i, rzec by moż­na, pod­nie­ca­li ukłu­cia­mi szpi­lek po­wszech­ne roz­draż­nie­nie.Ce­lo­wa­ła w tym szcze­gól­nie garst­ka ist­nych we­so­łych dia­bli­ków, któ­rzy, wy­biw­szy wi­traż w jed­nym z okien, śmia­ło roz­sie­dli się na gzym­sach i ci­ska­li stam­tąd spoj­rze­nia i żar­ty raz do we­wnątrz, raz na ze­wnątrz gma­chu – to w tłum tło­czą­cy się na sali, to znów w tłum tło­czą­cy się na pla­cu. Ich mał­pie prze­drzeź­nia­ją­ce ge­sty, wy­bu­chy śmie­chu, szy­der­cze na­wo­ły­wa­nia się z jed­ne­go na dru­gi ko­niec sali po­zwa­la­ły przy­pusz­czać, że ci mło­dzi żacy nie dzie­lą by­najm­niej znu­że­nia i nie­wy­gód resz­ty pu­blicz­no­ści, że po­tra­fi­li zna­ko­mi­cie – już z tego, co w tej chwi­li mie­li przed ocza­mi – urzą­dzić so­bie wi­do­wi­sko, dzię­ki któ­re­mu spo­koj­nie mo­gli cze­kać na roz­po­czę­cie wła­ści­we­go przed­sta­wie­nia.- Na mą du­szę, to ty, Jo­an­nes Frol­lo de Mo­len­di­no! – za­wo­łał je­den z nich do nie­wiel­kie­go ja­sno­wło­se­go chło­pa­ka o ład­nej i spryt­nej twa­rzy, ucze­pio­ne­go li­ści akan­tu w ka­pi­te­lu ko­lum­ny. – Słusz­nie na­zwa­no cię Ja­nem z Mły­na, two­je ręce i nogi wy­glą­da­ją rze­czy­wi­ście jak ob­ra­ca­ją­ce się na wie­trze czte­ry skrzy­dła wia­tra­ka. Jak dłu­go już je­steś tu­taj?

– Na mi­ło­sier­dzie dia­bła! – od­rzekł Jan Frol­lo – bli­sko czte­ry go­dzi­ny i spo­dzie­wam się, że od­li­czo­ne mi zo­sta­ną w czyść­cu. Sły­sza­łem, jak ośmiu kan­to­rów kró­la Sy­cy­lii in­to­no­wa­ło pierw­szy wer­set mszy od­pra­wia­nej o siód­mej rano w Ka­pli­cy Kró­lew­skiej.- Nie byle jacy to kan­to­rzy – ode­zwał się zno­wu tam­ten. – Gło­sy mają cien­kie, cień­sze niż szpi­ce na ich bi­re­tach. A król, nim ufun­do­wał mszę imć świę­te­mu Ja­no­wi, po­wi­nien był do­wie­dzieć się, czy imć świę­ty Jan lubi, żeby sło­wa ła­ciń­skie wy­śpie­wy­wa­no z ak­cen­tem pro­wan­sal­skim.

– Po to tak zro­bił, żeby dać za­ro­bek tym prze­klę­tym śpie­wa­kom kró­la Sy­cy­lii! – za­wo­ła­ła zgryź­li­wie ja­kaś sta­ru­cha sto­ją­ca pod oknem w tłu­mie. – Bo po­wiedz­cie sami! Ty­siąc pa­ry­skich grzy­wien za jed­ną mszę! i to jesz­cze z opła­ty za pra­wo sprze­da­ży mor­skich ryb na pa­ry­skim tar­gu. – Ci­cho, sta­ra! – ode­zwał się po­waż­ny gru­by je­go­mość, któ­ry, nos so­bie za­ty­ka­jąc, stał tuż obok han­dlar­ki ryb. – Mszę trze­ba było ufun­do­wać. Nie chcesz chy­ba, żeby król za­cho­ro­wał zno­wu?- Spra­wie­dli­we sło­wa, imć pa­nie Idzi Ro­ga­lu, na­dwor­ny ku­śnie­rzu kró­la je­go­mo­ści! – wy­krzyk­nął mały ża­czek ucze­pio­ny u ka­pi­te­la.

Fa­tal­ne na­zwi­sko nie­szczę­sne­go ku­śnie­rza kró­lew­skiej szat­ni wy­wo­ła­ło gło­śny śmiech wszyst­kich ża­ków.

– Ro­gal! Idzi Ro­gal! – wo­ła­li.

– Cor­nu­tus et hir­su­tus.

– A tak! – cią­gnął swo­je mały urwis z ka­pi­te­lu. – A ci tam cze­mu się zno­wu śmie­ją? Sła­wet­ny Idzi Ro­gal, brat mi­strza Jana Ro­ga­la, bur­gra­bie­go kró­lew­skie­go pa­ła­cu, syn mi­strza Ma­te­usza Ro­ga­la, pierw­sze­go odźwier­ne­go bra­my w la­sku Vin­cen­nes, za­cnych miesz­czan pa­ry­skich, żo­na­tych z ojca na syna.

We­so­łość wzmo­gła się jesz­cze bar­dziej. Gru­by ku­śnierz nie od­po­wia­da­jąc ani sło­wem usi­ło­wał umknąć przed spoj­rze­nia­mi zwra­ca­ją­cy­mi się ku nie­mu ze wszyst­kich stron, ale da­rem­nie po­cił się i sa­pał: cały jego wy­si­łek tyle tyl­ko mógł spra­wić, że – ni­czym klin wbi­ja­ny w drze­wo – sze­ro­ka, apo­plek­tycz­na, pur­pu­ro­wa ze zło­ści i ura­zy twarz jego grzę­zła co­raz bar­dziej po­mię­dzy ple­ca­mi są­sia­dów.Wresz­cie je­den z nich, rów­nie jak on gru­by, ni­ski i po­waż­ny, przy­szedł mu z od­sie­czą.- Zgro­za praw­dzi­wa, żeby żacy tak się od­zy­wa­li do czci­god­ne­go oby­wa­te­la mia­sta! Za mo­ich cza­sów wy­chło­sta­no by ich i spa­lo­no na sto­sie z zu­ży­tych ró­zeg.

Od­po­wie­dział mu wrzask ca­łej gro­ma­dy.

– Hola! A któż to tam tak gada? Co to za pusz­czyk zło­wiesz­czy?

– Po­zna­ję go! – za­wo­łał je­den z ża­ków – to mistrz An­drzej Mu­snier.

– Tak, zna­my go, jest prze­cie jed­nym z czte­rech przy­się­głych księ­ga­rzy Uni­wer­sy­te­tu – ode­zwał się dru­gi żak.

– Wszyst­ko jest w tej bu­dzie po­czwór­ne – po­wie­dział trze­ci – Czte­ry na­cje, czte­ry fa­kul­te­ty, czte­ry świę­ta, czte­rech pro­ku­ra­to­rów, czte­rech elek­to­rów, czte­rech księ­ga­rzy.

– A więc – rzekł Jan Frol­lo – trze­ba mu czte­ry razy za­lać sa­dła za skó­rę!

– Spa­li­my two­je książ­ki, Mu­snier!

– Obi­je­my two­je­go słu­gę, Mu­snier!

– Do­bie­rze­my się do two­jej żony, Mu­snier!

– Do do­brej, tłu­stej jej­mo­ścian­ki Udar­dy!

– Co aż try­ska zdro­wiem i jest we­so­ła, jak­by już wdo­wą była!

– Niech was czart po­rwie! – wark­nął mistrz An­drzej Mu­snier.

– Mi­strzu An­drze­ju – za­wo­łał Jan zwie­sza­jąc się ze swe­go ka­pi­te­lu – milcz albo spad­nę ci na gło­wę!

Mistrz An­drzej pod­niósł oczy, wy­glą­da­ło na to, że wy­mie­rzał przez chwi­lę wy­so­kość fi­la­ra i oce­niał wagę urwi­sa, po czym po­mno­żył za­pew­ne tę wagę przez kwa­drat przy­śpie­sze­nia i za­milkł.

A Jan, zwy­cięz­ca na tym pla­cu boju, za­wo­łał trium­fu­ją­co:

– Ej, bo zro­bił­bym to, choć je­stem bra­tem ar­chi­dia­ko­na!

– Pięk­nie się spi­su­ją nasi uni­wer­sy­tec­cy prze­ło­że­ni! Żeby na­wet w ta­kim dniu jak dzi­siej­szy nie re­spek­to­wać na­szych przy­wi­le­jów! Spójrz­cie tyl­ko – w No­wym Mie­ście drzew­ko ma­jo­we i za­ba­wa przy ogniach; w Cité – mi­ste­rium, pa­pież bła­znów i fla­mandz­cy po­sło­wie, a w Uni­wer­sy­te­cie – nic.

– A prze­cie plac Mau­bert dość jest chy­ba ob­szer­ny – do­rzu­cił ja­kiś żak kwa­te­ru­ją­cy na pa­ra­pe­cie okna.

– Precz z rek­to­rem, z elek­to­ra­mi i pro­ku­ra­to­ra­mi! – krzyk­nął Jan.

– Trze­ba bę­dzie dziś wie­czór na polu Ga­il­lard roz­pa­lić ogni­ska z ksią­żek mi­strza An­drze­ja! – za­wo­łał znów żak z okna.

– I z pul­pi­tów skry­bów! – darł się jego są­siad.

– I z ró­zeg pe­dlów!

– I ze splu­wa­czek dzie­ka­nów!

– I z ław pro­ku­ra­to­rów!

– I z urn elek­to­rów!

– I ze stoł­ków rek­to­ra!

– Precz! – za­skrze­czał fal­se­tem mały Jan. – Precz z mi­strzem An­drze­jem, z pe­dla­mi, ze skry­ba­mi, precz z teo­lo­ga­mi, z me­dy­ka­mi, z ju­ry­sta­mi, precz z pro­ku­ra­to­ra­mi, z elek­to­ra­mi i z rek­to­rem!

– To prze­cie ko­niec świa­ta! – mruk­nął mistrz An­drzej za­ty­ka­jąc so­bie uszy.

– Wła­śnie jest rek­tor! Otóż i on! We wła­snej oso­bie, idzie przez plac! – za­wo­łał je­den z sie­dzą­cych na oknie.

Kto mógł, od­wra­cał się w stro­nę pla­cu.

– Czyż­by to był na­praw­dę nasz czci­god­ny rek­tor, mistrz Thi­baut? – za­py­tał Jan Frol­lo z Mły­na. Ucze­pio­ny fi­la­ra nie mógł wi­dzieć tego, co się dzia­ło na ze­wnątrz.

– A jak­że, a jak­że! – od­krzyk­nę­li mu ko­le­dzy. – To wła­śnie on, mistrz Thi­baut, nasz rek­tor!

Był to rze­czy­wi­ście rek­tor. Wraz z nim wszy­scy uni­wer­sy­tec­cy dy­gni­ta­rze w uro­czy­stym or­sza­ku prze­cho­dzi­li przez plac Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści uda­jąc się na spo­tka­nie po­sel­stwa. Stło­cze­ni u okien żacy po­wi­ta­li ich iro­nicz­ny­mi okla­ska­mi i szy­der­czym wrza­skiem. Pierw­sza sal­wa tra­fi­ła w rek­to­ra, któ­ry szedł na prze­dzie; a sro­ga to była sal­wa.

– Dzień do­bry, pa­nie rek­to­rze! Hola, hej, dzień do­bry. No!

– Jak­że się zna­lazł tu­taj ten sta­ry gracz? Od­szedł od swo­ich ko­ści?

– Jak się trzę­sie na swo­im mule, któ­ry ma krót­sze uszy niż on!

– Hola, hej! dzień do­bry, pa­nie rek­to­rze Thi­baut! Ty­bal­de ale­ator! Sta­ry dur­niu! Sta­ry gra­czu!

– Niech cię Bóg ma w swo­jej opie­ce! Czyś miał dużo po­dwój­nych szó­stek tej nocy?

– Ka­ducz­na gęba, sza­ra jak ołów, ścią­gnię­ta, oczy pod­si­nia­łe… a wszyst­ko z mi­ło­ści do gry w ko­ści.

– A gdzież to je­dziesz, Ty­bal­de ad da­dos, żeś się do Uni­wer­sy­te­tu ty­łem ob­ró­cił i drep­czesz do No­we­go Mia­sta?

– Ano je­dzie pew­nie po­szu­kać so­bie kwa­te­ry na uli­cy Thi­bau­to­dé! – krzyk­nął Jan z Mły­na.

I cała zgra­ja po­wtó­rzy­ła żart z ogłu­sza­ją­cym wrza­skiem i wście­kłym kla­ska­niem rąk.

– Je­dziesz po­szu­kać so­bie kwa­te­ry przy uli­cy Thi­bau­to­dé, praw­da, pa­nie rek­to­rze? Twój part­ner, dia­beł, ci się kła­nia!

Po czym przy­szła ko­lej na in­nych dy­gni­ta­rzy Uni­wer­sy­te­tu.

– Precz z pe­dla­mi! Precz z woź­ny­mi!

– Słu­chaj no, Ro­bi­nie Ko­ciub­ko, a tam­ten, kto to zacz?

– To Gil­bert de Su­il­ly, Gil­ber­tus de So­lia­co, kanc­lerz ko­le­gium Au­tun.

– Bierz mój trze­wik, z two­je­go miej­sca ła­twiej tra­fisz go nim w gębę.

– Sa­tur­na­li­tias mit­ti­mus ecce nu­ces.

– Precz z sze­ścio­ma teo­lo­ga­mi w bia­łych ko­meż­kach!

– To teo­lo­go­wie? A ja my­śla­łem, że to sześć bia­łych gęsi ofia­ro­wa­nych mia­stu przez świę­tą Ge­no­we­fę w za­mian za len­no Ro­ogny.

– Precz z me­dy­ka­mi!

– Precz z dys­pu­ta­mi kar­dy­nal­ny­mi i qu­odli­be­tal­ny­mi!

– Łap moją czap­kę, kanc­le­rzu Świę­tej Ge­no­we­fy! Po­mi­ną­łeś mnie, skrzyw­dzi­łeś. Praw­dę mó­wię; moje miej­sce w na­cji nor­mandz­kiej od­dał ma­łe­mu Asca­nio Fal­za­spa­da, któ­ry na­le­ży do pro­win­cji Bo­ur­ges, po­nie­waż jest Wło­chem.

– Nie­spra­wie­dli­wość! – za­wo­ła­li spo­łem żacy. – Precz z kanc­le­rzem Świę­tej Ge­no­we­fy!

– Hej­że-hola, mi­strzu Jo­achi­mie de La­de­hors! Hej­że, Lu­dwi­ku Da­hu­ile! Hej­że, Lam­ber­cie Hoc­te­ment!

– Niech czart udła­wi pro­ku­ra­to­ra na­cji nie­miec­kiej!

– I ka­pe­la­nów Ka­pli­cy Kró­lew­skiej w sza­rych pe­le­ryn­kach, cum tu­ni­cis gri­sis.

– Seu de pel­li­bus gri­sis fo­ur­ra­tis.

– Hola, hej, mi­strzo­wie sztuk wy­zwo­lo­nych! Hej, pięk­ne czar­ne płasz­cze, hej, pięk­ne czer­wo­ne płasz­cze!

– Ale rek­tor ma wspa­nia­ły ogon!

– Ni­czym ksią­żę we­nec­ki idą­cy na za­ślu­bi­ny z mo­rzem.

– Spójrz no, Ja­nie, ka­no­ni­cy od Świę­tej Ge­no­we­fy!

– Do dia­bła z ka­no­ni­ka­mi!

– Ksią­żę Klau­diu­szu Cho­art, dok­to­rze Klau­diu­szu Cho­art, czyż­byś szu­kał Ma­rii Gif­fard?

– Miesz­ka na uli­cy Gla­ti­gny.

– Ście­le łóż­ko nad­zor­cy za­mtu­zów.

– Pła­ci swo­je czte­ry de­na­ry, qu­ar­ru­or de­na­rios.

– Aut unum bom­bum.

– Chciał­byś może, żeby ci od nsa pła­ci­ła?

– Ko­le­dzy, oto mistrz Szy­mon San­gu­in, elek­tor Pi­kar­dii; za nim w sio­dle sie­dzi żona.

– Post equ­item se­det atra cura.

– Śmia­ło, mi­strzu Szy­mo­nie!

– Dzień do­bry, pa­nie elek­to­rze!

– Do­brej nocy, pani elek­to­ro­wo!

– Szczę­śli­wi, oni wi­dzą to wszyst­ko! – po­wta­rzał z wes­tchnie­niem Jan de Mo­len­di­no, uwię­zio­ny wśród li­ści swe­go ka­pi­te­lu.

Przy­się­gły księ­garz Uni­wer­sy­te­tu, mistrz An­drzej Mu­snier, szep­tał tym­cza­sem do ucha mi­strza Idzie­go Ro­ga­la, na­dwor­ne­go ku­śnie­rza kró­lew­skiej szat­ni:

– Po­wia­dam wam, pa­nie, że to ko­niec świa­ta. Nig­dy jesz­cze nie wi­dzia­no ta­kie­go roz­pa­sa­nia wśród ża­ków. To te prze­klę­te dzi­siej­sze wy­na­laz­ki gu­bią ludz­kie du­sze. Ar­ma­ty, ser­pen­ty­ny, bom­bar­dy, a nade wszyst­ko – druk, naj­gor­sza za­ra­za z Nie­miec idą­ca. Nie ma już ma­nu­skryp­tów, nie ma już ksiąg. Druk za­bi­ja księ­gar­stwo. Zbli­ża się ko­niec świa­ta.

– Też tak my­ślę wi­dząc, jak roz­po­wszech­nia się moda na ak­sa­mi­ty – od­po­wie­dział mu przed­sta­wi­ciel ce­chu ku­śnie­rzy.

Lecz oto ze­gar za­czął wy­dzwa­niać go­dzi­nę dwu­na­stą.

– Aaa!… – wy­do­był się zgod­ny okrzyk ze wszyst­kich pier­si.

Żacy umil­kli. Na­stą­pi­ła chwi­la ogrom­ne­go za­mie­sza­nia; po­ru­szy­ły się wszyst­kie nogi, wszyst­kie gło­wy; utar­to nosy i od­chrząk­nię­to jed­ną po­wszech­ną sal­wą; każ­dy sta­rał się sta­nąć jak naj­wy­god­niej i wspiąć się jak naj­wy­żej, po­tem wiel­ka ci­sza za­pa­no­wa­ła na sali; wy­cią­gnę­ły się wszyst­kie szy­je, otwar­ły wszyst­kie gęby, wszyst­kie oczy ob­ró­ci­ły się w stro­nę mar­mu­ro­we­go sto­łu… Lecz nic się na nim nie po­ja­wia­ło. Czte­rej pa­choł­ko­wie baj­li­wa sta­li na swych miej­scach, sztyw­ni i nie­ru­cho­mi, jak czte­ry ma­lo­wa­ne po­są­gi. Wszyst­kie oczy ob­ró­ci­ły się więc w kie­run­ku try­bu­ny przy­go­to­wa­nej dla fla­mandz­kich po­słów. Drzwi były za­mknię­te, try­bu­na pu­sta. Ciż­ba cze­ka­ła od sa­me­go rana na trzy rze­czy: na po­łu­dnie, na po­słów z Flan­drii i na mi­ste­rium. Tyl­ko po­łu­dnie na­de­szło na czas.

Tego już było za wie­le.

Cze­ka­no jesz­cze mi­nu­tę, dwie, trzy, pięć, kwa­drans; nic się nie zja­wi­ło. Try­bu­na była pu­sta, te­atr nie­my. Znie­cier­pli­wie­nie prze­obra­zi­ło się wresz­cie w gniew. Za­czę­ły krą­żyć złe sło­wa, wpraw­dzie wy­ma­wia­ne jesz­cze po ci­chu. Roz­legł się głu­chy szmer: "Mi­ste­rium! mi­ste­rium!" Wrze­nie wzra­sta­ło. Bu­rza uta­jo­na w po­mru­ku wy­do­by­wa­ła się już na po­wierzch­nię tłu­mu.

Pierw­szą iskrę wy­krze­sał z nie­go Jan z Mły­na.

– Mi­ste­rium! A Fla­man­dów niech dia­bli we­zmą! – wrza­snął z ca­łej siły swych płuc owi­nąw­szy się ni­czym waz do­oko­ła ka­pi­te­la.

Tłum za­czął kla­skać.

– Mi­ste­rium! – po­wtó­rzo­no. – A Flan­drię niech wszy­scy dia­bli po­rwą!

– Żą­da­my mi­ste­rium! Za­czy­nać! Na­tych­miast! – wo­lał żak. – Albo coś mi się wy­da­je, że za­miast ko­me­dii i mo­ra­li­te­tu po­wie­si­my imć baj­li­wa Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści.

– Do­brze ra­dzi! – krzy­cza­no w tłu­mie. – Za­czy­naj­my wie­sza­nie od pa­choł­ków!

Sło­wa te zna­la­zły ogól­ny po­klask. Czte­rej nie­szczę­śni pa­choł­ko­wie zble­dli i nie­pew­nie spo­glą­da­li po so­bie. Tłum po­ru­szył się w ich kie­run­ku, wą­tła drew­nia­na ba­lu­stra­da, któ­ra ich od nie­go od­dzie­la­ła, za­czy­na­ła już chwiać się i wy­brzu­szać pod na­po­rem ciż­by.

Mo­ment był kry­tycz­ny.

– Na hak ich! Na hak! – roz­le­gło się ze wszyst­kich stron. Lecz w tej wła­śnie chwi­li pod­nio­sła się tka­ni­na za­sła­nia­ją­ca już opi­sa­ną wy­żej gar­de­ro­bę i wy­ło­ni­ła się z jej wnę­trza po­stać, któ­rej sam wi­dok po­wstrzy­mał na­gle tłum i - niby ja­kąś cza­ro­dziej­ską silą – prze­mie­nił gniew jego w cie­ka­wość.

– Ci­sza! Ci­cho!

Po­stać ta, drżąc na ca­łym cie­le i kła­nia­jąc się bez­u­stan­nie, po­de­szła bar­dzo nie­pew­nym kro­kiem aż do kra­wę­dzi mar­mu­ro­we­go sto­łu, im zaś bli­żej pod­cho­dzi­ła, tym bar­dziej ukło­ny jej sta­wa­ły się po­dob­ne do przy­klę­ków.

Tym­cza­sem ciż­ba uspo­ka­ja­ła się po­wo­li. W po­wie­trzu drgał tyl­ko ów lek­ki zgiełk, któ­ry za­wsze wy­do­by­wa się z ci­szy tłu­mu.

– Cni miesz­cza­nie – rzekł ak­tor – i cne mieszcz­ki, już za chwi­lę bę­dzie­my mie­li ho­nor grać i de­kla­mo­wać w ob­li­czu jego emi­nen­cji księ­dza kar­dy­na­ła bar­dzo pięk­ną sztu­kę, któ­ra na­zy­wa się Spra­wie­dli­wy Sąd Naj­święt­szej Pan­ny. Ja będę Jo­wi­szem. Jego emi­nen­cja to­wa­rzy­szy te­raz wiel­ce czci­god­ne­mu po­sel­stwu księ­cia Au­strii, któ­re za­trzy­ma­ło się w tej chwi­li wła­śnie u bra­my Bau­dets dla wy­słu­cha­nia prze­mo­wy imć pana rek­to­ra Uni­wer­sy­te­tu. Sko­ro tyl­ko naj­prze­wie­leb­niej­szy kar­dy­nał przy­bę­dzie, roz­pocz­nie­my przed­sta­wie­nie. Za­iste, tyl­ko in­ter­wen­cja Jo­wi­sza ura­to­wać mo­gła czte­rech nie­szczę­snych pa­choł­ków baj­li­wa Pa­ła­cu Spra­wie­dli­wo­ści. Gdy­by­śmy na­wet szczę­śli­wym tra­fem sami wy­my­śli­li całą tę bar­dzo wia­ry­god­ną hi­sto­rię, a więc w kon­se­kwen­cji mu­sie­li po­no­sić za nią od­po­wie­dzial­ność przed kry­ty­ką – pa­nią na­szą – to nikt nie mógł­by prze­ciw­ko nam po­wo­ły­wać się w tej chwi­li na sta­ro­żyt­ną za­sa­dę: Nec deus in­ter­sit. Zresz­tą ko­stium imć Jo­wi­sza był bar­dzo pięk­ny i nie­ma­ło się przy­czy­nił do uspo­ko­je­nia ciż­by ścią­ga­jąc na sie­bie całą jej uwa­gę. Jo­wisz odzia­ny był w kol­czu­gę przy­kry­tą czar­nym ak­sa­mi­tem na­bi­ja­nym po­zła­ca­ny­mi gu­za­mi; na gło­wie miał czap­kę dwu­gra­nia­stą przy­bra­ną gu­zi­ka­mi ze zło­co­ne­go sre­bra; gdy­by nie czer­wo­na szmin­ka i wiel­ka bro­da, któ­re – pierw­sza gór­ną, dru­ga – dol­ną po­ło­wę jego twa­rzy za­kry­wa­ły, gdy­by nie zwój po­zła­ca­nej tek­tu­ry usia­ny ce­ki­na­mi i na­je­żo­ny pa­sem­ka­mi szy­chu, któ­ry trzy­mał w ręce, a w któ­rym wpraw­ne oko bez tru­du mo­gło roz­po­znać pio­run, gdy­by wresz­cie nie nogi, gołe i z grec­ka ob­wią­za­ne wstę­ga­mi – su­ro­wa bo­jo­wość jego stro­ju wy­trzy­mać by mo­gła po­rów­na­nie z ubio­rem bre­toń­skie­go łucz­ni­ka z od­dzia­łu pana de Ber­ry.ESME­RAL­DA

Z praw­dzi­wą sa­tys­fak­cją oznaj­mić mo­że­my czy­tel­ni­kom, że Grin­go­ire i jego sztu­ka nie­wzru­sze­nie trwa­li na sta­no­wi­sku pod­czas ca­łej tej sce­ny. Ak­to­rzy po­na­gla­ni przez au­to­ra, nie prze­sta­li ani na chwi­lę grać jego mo­ra­li­te­tu, au­tor zaś ani na chwi­lę nie prze­stał go słu­chać. Po­go­dził się z ha­ła­sem i po­sta­no­wił wy­trwać aż do koń­ca, nie tra­cąc na­dziei na od­zy­ska­nie uwa­gi pu­blicz­no­ści. Kie­dy zo­ba­czył, że Qu­asi­mo­do, Ko­pe­nol i roz­wrzesz­cza­ny or­szak pa­pie­ża bła­znów z wiel­kim ha­ła­sem opusz­cza­ją salę – ów pło­myk na­dziei za­świe­cił mu jesz­cze ja­śniej. Tłum rzu­cił się skwa­pli­wie w ślad za or­sza­kiem. "Do­brze – rzekł sam do sie­bie – wy­nio­są się wszyst­kie mą­ci­wo­dy". Na nie­szczę­ście "wszyst­kie mą­ci­wo­dy" – była to cała pu­blicz­ność. Wiel­ka sala opu­sto­sza­ła w mgnie­niu oka.

Co praw­da, po­zo­sta­li w niej jesz­cze nie­licz­ni wi­dzo­wie, jed­ni sa­mot­ni, inni sku­pie­ni w nie­wiel­kich gro­mad­kach przy fi­la­rach. Były to ko­bie­ty, dzie­ci i star­cy, któ­rzy dość już mie­li za­mie­sza­nia i ha­ła­su. Po­nie­któ­rzy żacy też sie­dzie­li jesz­cze okra­kiem na pa­ra­pe­tach okien i wy­glą­da­li na plac.

"Cóż – po­my­ślał so­bie Grin­go­ire – jest ich dość do wy­słu­cha­nia koń­ca mo­je­go mi­ste­rium.

Nie­wie­lu ich, lecz to pu­blicz­ność wy­bra­na, pu­blicz­ność oświe­co­na."

W chwi­lę póź­niej roz­brzmia­ła mu­zy­ka, któ­ra mia­ła być efek­tem naj­po­tęż­niej­szym pod­czas po­ja­wie­nia się Prze­naj­święt­szej Dzie­wi­cy. Grin­go­ire spo­strzegł, że jego ka­pe­la po­rwa­na zo­sta­ła przez or­szak pa­pie­ża bła­znów.

– Mniej­sza o to, graj­cie da­lej! – rzekł po sto­ic­ku.

Zbli­żył się do gru­py miesz­czan, któ­rzy jak mu się wy­da­ło roz­ma­wia­li o jego sztu­ce. A oto i strzęp­ki ich roz­mów, któ­re uda­ło mu się usły­szeć:

– Wie­cie, mi­strzu Krat­ko, pa­łac ksią­żąt Na­war­ry, ten, co na­le­żał do pana de Ne­mo­urs.

– Tak wiem, na­prze­ciw­ko ka­pli­cy Bra­que.

– Ten sam wła­śnie. Otóż Skarb wy­na­jął go Wil­hel­mo­wi Ali­xan­dre, ilu­mi­na­to­ro­wi, za sześć grzy­wien i osiem so­li­dów pa­ry­skich rocz­nie.

– Jak te czyn­sze dro­że­ją!

"Pójdź­my da­lej! – po­wie­dział so­bie Grin­go­ire wzdy­cha­jąc. – Inni słu­cha­ją."

– Ko­le­dzy! – krzyk­nął na­gle je­den "z ło­bu­zia­ków sie­dzą­cych na pa­ra­pe­cie. – Esme­ral­da, Esme­ral­da na pla­cu!

Sło­wo to wy­wo­ła­ło ma­gicz­ny sku­tek. Wszyst­ko, co jesz­cze po­zo­sta­ło na sali, rzu­ci­ło się ku oknom i wdra­py­wa­ło na ścia­ny, aby zo­ba­czyć. Po­wta­rza­no: "Esme­ral­da! Esme­ral­da!"

Z pla­cu sły­chać było rzę­si­ste okla­ski.

– Cóż to zno­wu zna­czy: Esme­ral­da? – rzekł Grin­go­ire, w roz­pa­czy za­ła­mu­jąc dło­nie. – Ach, mój Boże, zda­je się, że te­raz na­de­szła ko­lej na okna!
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: