Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • nowość
  • promocja
  • Empik Go W empik go

Kroniki Jednorożca. Polowanie - ebook

Data wydania:
26 marca 2025
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Kroniki Jednorożca. Polowanie - ebook

Oto powieść, w której przepowiedziano przyszłość, i to z przyprawiającą o dreszcz grozy precyzją!

Jak byś postąpił, gdybyś posiadał nadnaturalne moce? Gdybyś umiał czytać w myślach lub narzucać innym swoją wolę? Czy stałbyś się bohaterem, czy raczej złoczyńcą? A może wybrałbyś inne, spokojniejsze życie, udając jasnowidza oferującego swoje usługi każdemu, kto jest gotowy dobrze

zapłacić: policji, zdesperowanym rodzinom osób zaginionych, chciwym korporacjom i bezwzględnym politykom.

Przyjmując ofertę służb specjalnych, telepata Edmund Lis trafia w sam środek toczonej od dekad bezlitosnej wojny, w której o wiele potężniejsi od niego esperzy walczą o dominację nie tylko nad Polską, ale też całą ludzkością.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788383297941
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD WY­DAWCY

Ten tekst po­wstał kilka lat przed ro­kiem 2010, a mimo to zna­la­zło się w nim wiele wy­jąt­kowo traf­nych prze­wi­dy­wań do­ty­czą­cych przy­szło­ści (wy­gląd wie­żowca Sky To­wer, póź­niej­sza o osiem lat pre­zy­den­tura Bro­ni­sława Ko­mo­row­skiego, ka­ta­strofa/za­mach, w któ­rej gi­nie więk­szość pro­mi­nent­nych człon­ków par­tii rzą­dzą­cej, trick Pu­tina po­le­ga­jący na wy­mia­nie sta­no­wisk i po­wro­cie w 2012 roku na fo­tel pre­zy­denta Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej, a na­wet przy­zna­nie Pol­sce or­ga­ni­za­cji Eu­ro­2012, które na­stą­piło do­piero pięć lat po po­wsta­niu tego tek­stu!). Oka­zały się one tak celne, że po­sta­no­wi­li­śmy nie wpro­wa­dzać ko­rekt pro­stu­ją­cych kilka drob­nych nie­ści­sło­ści, byś mógł ob­co­wać z pier­wotną wi­zją au­tora sły­ną­cego z prze­po­wia­da­nia w swo­ich książ­kach wy­da­rzeń z przy­szło­ści.

Przy­jem­nej lek­tury... i czuj się ostrze­żony!Bazy­likę Świę­tego Pio­tra prze­bu­do­wy­wano wiele razy. Da­leka była droga od wi­zji Bra­man­tego, przez pro­jekty Ra­fa­ela, aż do Mi­chała Anioła, który na szki­cach tego pierw­szego oparł osta­teczną wer­sję świą­tyni. Tę znaną nam dzi­siaj. Gó­ru­jącą nad Wiecz­nym Mia­stem. Nie tylko gło­szącą wśród piel­grzy­mów chwałę Naj­wyż­szego, ale także po­wa­la­jącą na ko­lana nie­zwy­kłym pięk­nem i ma­je­sta­tem tych, któ­rym wy­daje się, że w Boga ni­gdy nie uwie­rzą.

Po­dobne wra­że­nie od­nosi piel­grzym spo­glą­da­jący na sym­bo­li­zu­jące czte­rech ewan­ge­li­stów strze­li­ste, acz wciąż nie­ukoń­czone wieże bar­ce­loń­skiej Sa­grada Fa­mília. Ba­zy­lika ta jest tak od­mienna od wy­obra­że­nia kla­sycz­nego ko­ścioła, że czło­wiek, wkra­cza­jąc w jej mury, czuje się, jakby wstę­po­wał do zu­peł­nie in­nego świata. Pa­trząc na nie­sa­mo­wite, obce wręcz kształty bu­dowli, na­wet ktoś do­brze obe­znany ze sztuką ar­chi­tek­tury musi przy­znać, że jego wie­dza jest ni­czym w po­rów­na­niu z ge­niu­szem Gau­diego.

Nie brak na świe­cie mi­stycz­nych bu­dowli sa­kral­nych od wie­ków urze­ka­ją­cych pięk­nem, i nic w tym dziw­nego: ich twórcy czy­nili wszystko co w ludz­kiej mocy, by dzieło było godne Boga. Ma­jąc w pa­mięci te cuda, trudno zro­zu­mieć, czym kie­ro­wali się pro­jek­tanci domu Bo­żego sto­ją­cego w sa­mym sercu Bia­łe­go­stoku. Be­to­nowa bryła, przy­po­mi­na­jąca ra­czej halę hi­per­mar­ketu ani­żeli ko­ściół, nie­wiele miała w so­bie go­tyc­kiej wy­nio­sło­ści. Nie była też wzo­rem stylu mo­der­ni­stycz­nego, a już z pew­no­ścią nie wy­wie­rała na­le­ży­tego wra­że­nia na wier­nych, któ­rzy cał­kiem nie­da­leko mo­gli zna­leźć za­ci­sze do mo­dłów w jed­nej z pe­reł eu­ro­pej­skiej ar­chi­tek­tury sa­kral­nej. Tyle że tam­ten bu­dy­nek zdo­biły pra­wo­sławne krzyże.

Wnę­trze be­to­no­wej świą­tyni też było su­rowe, białe jak ob­li­cze śmierci, chłodne jak jej od­dech, mimo że na dwo­rze pa­no­wał wła­śnie trudny do znie­sie­nia upał. Ma­sywne drzwi za­mknęły się za wcho­dzą­cym z głu­chym ło­mo­tem, lecz nikt z obec­nych nie od­wró­cił głowy. Prze­brzmiały już akordy or­ga­nów, za chwilę miało roz­po­cząć się ka­za­nie; ka­płan wspi­nał się wła­śnie po stop­niach nie­wy­so­kiej am­bony.

– Jedno jest kró­le­stwo w nie­bie­siech... – po­wie­dział ubrany na biało męż­czy­zna o dłu­gich si­wych wło­sach i prze­raź­li­wie szczu­płej twa­rzy, wcho­dząc mię­dzy ostat­nie rzędy pu­stych ła­wek. – Czyż nie tak mówi Bi­blia?

Wierni jak na ko­mendę od­wró­cili głowy ku idą­cemu środ­kiem nawy przy­by­szowi. Otwie­ra­jący Pi­smo Święte ka­płan za­marł z unie­sioną do bło­go­sła­wień­stwa ręką, pa­trząc z nie­skry­wa­nym za­sko­cze­niem na zbli­ża­jącą się do am­bony po­stać. W ab­so­lut­nej ci­szy każde ze­tknię­cie pod­ku­tych ob­ca­sów z imi­ta­cją mar­muru na po­sadzce brzmiało w uszach zgro­ma­dzo­nych ni­czym ude­rze­nie ko­wal­skiego młota.

– Dla­czego więc, miast wspól­nie gło­sić chwałę Zba­wi­ciela, roz­łu­pu­je­cie wciąż Kró­le­stwo Chry­stu­sowe na ko­lejne, nie­wiele róż­niące się od sie­bie odłamki? – za­py­tał przy­bysz, a głos miał mocny, do­no­śny, choć za­ra­zem bar­dzo spo­kojny.

Zgro­ma­dzeni w świą­tyni wi­dzieli go te­raz le­piej. Orli, wy­datny nos. Zrytą zmarszcz­kami wy­chu­dłą twarz. Po­kryte dwu­dnio­wym, ale rzad­kim za­ro­stem za­pa­dłe po­liczki. I oczy... Nie­sa­mo­wite, lśniące i tak nie­bie­skie jak kró­le­stwo, o któ­rym mó­wił. Męż­czy­zna za­trzy­mał się przy pierw­szych ław­kach. Przy­klęk­nął ostroż­nie na jedno ko­lano i prze­że­gnał się za­ma­szy­ście, po­chy­la­jąc głę­boko głowę.

– Dla srebr­ni­ków to czy­ni­cie, jak Ju­dasz? – za­dał ko­lejne py­ta­nie, po­wsta­jąc z iro­nicz­nym uśmie­chem na sze­ro­kich ustach. – A może dla chwili złud­nej wła­dzy?

– O kim... mowa? – wy­ją­kał za­sko­czony pro­boszcz. W jego gło­sie dało się wy­czuć nie­pew­ność i zbyt twardy jak na te strony ak­cent.

– O lu­dziach, któ­rzy przy­bi­jają do wrót świą­tyń kar­te­luszki ze swo­imi pra­wami – od­parł nie­zna­jomy. – O prze­peł­nio­nych grze­chem py­chy słu­gach Bo­żych bun­tu­ją­cych się prze­ciw wła­dzy in­nych, nie mniej god­nych po­gardy ka­pła­nów. O chci­wych wy­znaw­cach bożka ma­mony opły­wa­ją­cych w luk­susy po­środku mo­rza biedy. O fał­szy­wych au­to­ry­te­tach mo­ral­nych wy­pro­wa­dza­ją­cych swo­imi po­stęp­kami wier­nych ze świą­tyń. O tych wszyst­kich, któ­rzy zwą sie­bie pro­te­stan­tami, pra­wo­sław­nymi, ka­to­li­kami, choć tak na­prawdę, jako dzieci tego sa­mego Boga, zwać się po­winni je­dy­nie chrze­ści­ja­nami.

Mó­wiąc te słowa, nie pa­trzył na am­bonę, przy­glą­dał się za to uważ­nie sie­dzą­cym wo­kół niego lu­dziom. Wierni bali się spoj­rzeć mu pro­sto w twarz, ale gdy od­wra­cał wzrok, śle­dziły go dzie­siątki par oczu. Czuł te spoj­rze­nia na ple­cach. Pa­lące, pełne lęku, ale jesz­cze nie nie­na­wistne.

– Synu, dla­czego prze­szka­dzasz w od­pra­wia­niu na­bo­żeń­stwa?! – Tym ra­zem py­ta­nie z am­bony pa­dło ostrzej­szym to­nem. – Za kogo się uwa­żasz...?

Ktoś za­ka­słał w jed­nej z ostat­nich ła­wek po pra­wej. Ktoś inny na­tych­miast uci­szył go prze­cią­głym syk­nię­ciem.

– Wiesz, kim je­stem. Jako i wy... – Męż­czy­zna za­to­czył koło, roz­ło­żo­nymi rę­kami wska­zu­jąc na ławy. – Choć nie chce­cie w to jesz­cze uwie­rzyć.

– Bluź­nisz! – krzyk­nął ksiądz, opie­ra­jąc się dłońmi o rzeź­bioną ba­lu­stradę. Otwarta Bi­blia, po­pchnięta jego wy­dat­nym brzu­chem, zsu­nęła się z pod­pory i sze­lesz­cząc kar­tami, po­le­ciała wprost w wy­cią­gnięte dło­nie męż­czy­zny w bieli.

– Ja bluź­nię? – Przy­bysz ro­ze­śmiał się i de­li­kat­nie wy­pro­sto­wał za­gięte stro­nice.

– Nie masz prawa... – za­czął pro­boszcz, lecz nie do­koń­czył.

Za­trza­śnięta z hu­kiem Święta Księga nie tyle za­głu­szyła jego słowa, ile wci­snęła mu je z po­wro­tem do krtani. Głos przy­by­sza wy­da­wał się te­raz nie­mal szep­tem, ale nie było w ko­ściele osoby, która by nie drgnęła, gdy roz­le­gły się wy­po­wie­dziane z wy­raźną po­gardą słowa:

– A ja­kie ty masz prawo do by­cia pa­ste­rzem tej trzody po tym, co stało się w Krzy­dli­cach, Mo­rągu, Pia­secz­nie, Sta­lo­wej Woli? Czy twoje owieczki wie­dzą, dla­czego opusz­cza­łeś tamte pa­ra­fie nocą, po kry­jomu, nie­rzadko w asy­ście ochrony...?

Na­lana twarz du­chow­nego spur­pu­ro­wiała, zsi­niała nie­mal, oczy przez chwilę wy­ra­żały bez­gra­niczne prze­ra­że­nie, ale za­raz górę wzięła nie­na­wiść, ką­ciki ust za­drgały ner­wowo. Mie­rzyli się wzro­kiem. Ka­płan i nie­zna­jomy.

– Ty urba­nowa, ko­mu­ni­styczna gnido... – wy­sy­czał wresz­cie ksiądz, a jego twarz po­ja­śniała. – Tak, już wszystko ro­zu­miem. On cię tu na­słał! Naj­pierw kłam­li­wie opi­sał, a te­raz...

– Ten, który mnie przy­syła – od­po­wie­dział spo­koj­nie męż­czy­zna w bieli, przy­ci­ska­jąc Bi­blię do piersi – nie ma nic wspól­nego z wy­mie­nio­nym przez cie­bie czło­wie­kiem.

– Już ja do­sko­nale wiem, skąd przy­cho­dzisz i kto ci płaci! – Pro­boszcz wy­ce­lo­wał pa­lec w smutno się uśmie­cha­ją­cego męż­czy­znę. – Ale mnie tak ła­two nie prze­stra­szysz, ko­mu­chu! Solą w oku wam je­ste­śmy, bo lu­dzi nie da­jemy ogłu­piać i ogra­biać w biały dzień!

– À pro­pos ogra­bia­nia... – prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie czło­wiek w bieli. – Ta sta­ro­winka, którą na­ma­ści­łeś przed­wczo­raj, miała cał­kiem sporo oszczęd­no­ści w sza­fie. Chyba jesz­cze nie zdą­ży­łeś ich wpła­cić na to konto w Arce, z któ­rego fi­nan­su­jesz...

– Kłamca! Oszczerca! – wy­darł się ka­płan. Spoj­rzał bła­gal­nie na swo­ich pa­ra­fian, roz­kła­da­jąc ręce w pa­pie­skim ge­ście. – A wy co tak sie­dzi­cie i pa­trzy­cie, kiedy wa­szego pro­bosz­cza pro­wo­ka­to­rzy po­nie­wie­rają?

Przy­bysz spoj­rzał z roz­ba­wie­niem na ławki, w któ­rych paru męż­czyzn za­częło się ner­wowo krę­cić. Trzech wła­śnie wsta­wało, za­chę­ca­nych ko­lej­nymi we­zwa­niami ka­płana. Siwy wska­zał pal­cem naj­bliż­szego z nich. Ubrany w wy­świech­tany śliw­kowy gar­ni­tur, pa­mię­ta­jący za­pewne wcze­snego Gierka, był niż­szy od niego o głowę i znacz­nie grub­szy.

– A kto jest bez winy, niech pierw­szy rzuci ka­mie­niem... – po­wie­dział, pa­trząc pro­sto w zmru­żone, zimne oczy w ko­lo­rze stali. Na wy­so­kim czole wska­za­nego męż­czy­zny, mimo chłodu pa­nu­ją­cego w świą­tyni, po­ja­wiły się kro­ple potu. Spły­wały szybko, nik­nąc w krza­cza­stych brwiach. – Po­bi­jesz mnie, Wło­dziu, jak tę ko­bie­cinę w ze­szły pią­tek, która nie mo­gła od­dać po­ży­czo­nych na leki pie­nię­dzy? Ska­tu­jesz mnie jak ją za marne dwie­ście zło­tych? A może po­gro­zisz mi ko­zi­kiem, który wciąż no­sisz w kie­szeni? Tym sa­mym, któ­rym po­cią­łeś twarz Jadźki od So­bo­la­ków. Pa­mię­tasz ją na pewno. Może i mi­nęło trzy­dzie­ści lat od tam­tej chwili, ale prze­cież to była twoja pierw­sza po­ważna ro­bota, pa­nie... Wsiowy Gang­ster. Nie lu­bisz, kiedy chłopcy Ro­gala tak na cie­bie mó­wią... Nie lu­bisz, ale mu­sisz słu­chać za każ­dym ra­zem, kiedy idziesz po swoje srebr­niki...

Męż­czy­zna w śliw­ko­wym gar­ni­tu­rze za­drżał, sły­sząc te słowa, po­tem spoj­rzał nie­pew­nie na twarz sie­dzą­cej obok niego ko­biety. Wy­ma­lo­wane wszyst­kimi od­cie­niami fio­letu, okrą­głe z prze­ra­że­nia oczy mó­wiły same za sie­bie. Do tej pory Wło­dzi­mierz Pra­szka był dla ich wła­ści­cielki ko­cha­ją­cym, może tylko nieco zbyt su­ro­wym mę­żem. Tak­sów­ka­rzem z za­mi­ło­wa­nia i za­wodu. Nie wie­działa o do­dat­ko­wych za­ję­ciach ani o wielu in­nych spra­wach do­mo­ro­słego eg­ze­ku­tora dłu­gów po­bli­skiego lom­bardu, jed­nakże o sta­rym nożu no­szo­nym po­dobno dla sa­mo­obrony mu­siała wie­dzieć. Po­cią­gnęła osłu­pia­łego męża za rę­kaw, a on, z otwar­tymi ustami i wy­ba­łu­szo­nymi oczami, klap­nął ocię­żale na ty­łek, sku­pia­jąc na so­bie spoj­rze­nia naj­bli­żej sie­dzą­cych.

– I ty, Bru­tu­sie, prze­ciwko mnie? – Pa­lec przy­by­sza po­wę­dro­wał ku na­stęp­nemu obrońcy księ­dza.

Wska­zany pod­cho­dził lekko po­chy­lony z rę­kami wy­cią­gnię­tymi jak do walki.

– My­ślisz, Paw­lik – siwy spo­koj­nie pa­trzył mu pro­sto w oczy – że pój­dzie ci ze mną tak ła­two jak z czło­wie­kiem, któ­rego po­trą­ci­łeś tam­tej syl­we­stro­wej nocy na dro­dze za Pa­ty­kami? On nie mógł się bro­nić, kiedy ścią­ga­łeś go na po­bo­cze. Miał zła­many krę­go­słup, był cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wany, ale mógł mó­wić... I mó­wił, cią­gle mó­wił, prawda? Bła­gał, że­byś się uli­to­wał, że­byś we­zwał po­moc, że­byś nie po­zwo­lił mu umrzeć... Wiesz, jak długo jesz­cze ko­nał po tym, jak od­je­cha­łeś, ze­pchnąw­szy go do wy­peł­nio­nego śnie­giem rowu? Wiesz, co się po­tem stało z jego ro­dziną?

Paw­lik, a wła­ści­wie Pa­weł, bo zdrob­nie­niem na­zy­wała go tylko żona i paru ko­le­gów, szedł na­dal w kie­runku męż­czy­zny w bieli, ale w jego po­sta­wie nie było już śladu agre­sji. Szedł jak au­to­mat, ręce opu­ścił, szczęka drgała mu spa­zma­tycz­nie, oczy za­szły mgłą. Nie miał po­ję­cia, co stało się z ofiarą wy­padku, nie chciał też wie­dzieć, co spo­tkało ro­dzinę tego czło­wieka. Pra­gnął za­po­mnieć, lecz na­wet lata pi­cia na umór nie uwol­niły go od tych wspo­mnień.

– Wma­wia­łeś so­bie, kiedy do­pa­dały cię kosz­mary, że ten czło­wiek prze­żył – sce­niczny szept si­wego do­tarł do naj­dal­szych rzę­dów – choć w głębi du­szy do­brze wie­dzia­łeś, że nie miał naj­mniej­szych szans. Utrata ta­kiej ilo­ści krwi, hi­po­ter­mia. To był śro­dek na­prawdę mroź­nej zimy... Ty też nie bę­dziesz miał szans, Paw­lik, kiedy sta­niesz przed ob­li­czem Naj­wyż­szego Sę­dziego. Może gdy­byś nie za­brał wtedy port­fela, gdy­byś nie ścią­gnął ob­rączki... Gdy­byś choć prze­stał jeź­dzić po pi­jaku...

Męż­czy­zna zwany Paw­li­kiem upadł na ko­lana o krok od swo­jej nie­do­szłej ofiary. Pła­kał, beł­ko­tał coś nie­zro­zu­miale, po­tem, nie wsta­jąc z ko­lan, rzu­cił się w stronę ła­wek. Usi­ło­wał chwy­tać sie­dzą­cych naj­bli­żej lu­dzi za nogi, ale oni od­su­wali się od niego, sy­cząc z obrzy­dze­nia, jakby roz­no­sił naj­gor­szą za­razę.

Trzeci obrońca księ­dza sam grzecz­nie usiadł na miej­scu, za­nim przy­bysz zwró­cił się w jego stronę, wsze­lako szmer w ko­ściele nie ustał. Aku­styka w nie­grze­szą­cej urodą bu­dowli była na­prawdę zna­ko­mita. Każde, naj­ci­szej na­wet wy­po­wie­dziane słowo było sły­szalne rów­nie do­brze w ostat­nim rzę­dzie jak i tu­taj, tuż pod am­boną.

– Znam każdy wasz grzech i każde prze­wi­nie­nie – cią­gnął si­wo­włosy, prze­cha­dza­jąc się z wolna przed pierw­szą ławką. – Mam ad­res two­jej no­wej ko­chanki, Ju­reczku... To już druga za­li­czona se­kre­tarka w tym roku, nie­praw­daż? – Wy­mie­niony z imie­nia no­wo­bo­gacki za­śmiał się ner­wowo i umilkł, do­strze­gł­szy nie­na­wistne spoj­rze­nie ele­ganc­kiej żony. – O fa­ga­sie z nie­bie­skim fo­cu­sem, któ­remu już dwa razy roz­ora­łaś ob­ca­sami pod­su­fitkę, też wiem. – Nie­na­wiść w oczach by­łej miej­sco­wej miss pięk­no­ści ustą­piła czy­stemu prze­ra­że­niu. – Sie­dem ty­sięcy dwie­ście osiem­dzie­siąt. – Szczu­pły chło­pak w przy­du­żej ma­ry­narce prze­łknął ner­wowo ślinę, aż mu jabłko Adama za­tań­czyło na ła­bę­dziej szyi. – Tyle już ukra­dłeś z kasy osie­dlo­wego sklepu, w któ­rym pra­cu­jesz. A wła­ści­ciel na­dal my­śli, że to on cie­bie wy­ko­rzy­stuje, nie pła­cąc za nad­go­dziny. A pan li­sto­nosz ma może na­dzieję, że nikt nie wie, kto zle­cał w lipcu wła­ma­nia do miesz­kań urlo­po­wi­czów z An­to­niu­kow­skiej?

I znów tylko kilka kro­ków dzie­liło mó­wią­cego od am­bony. Pro­boszcz stał jak ska­mie­niały, przy­po­mi­na­jąc jedną z na­tu­ra­li­stycz­nych rzeźb zdo­bią­cych za­zwy­czaj stare ko­ścioły. Za­pewne wie­dział już, że prze­grał tę walkę, ale wciąż za­sta­na­wiał się, kim jest męż­czy­zna ubrany na biało. W prze­ci­wień­stwie do pa­ra­fian nie wie­rzył, że wie­dza, jaką dys­po­nuje ta­jem­ni­czy przy­bysz, po­cho­dzi z za­świa­tów.

– A wra­ca­jąc do na­szego pa­ste­rza... – Szmery roz­mów umil­kły na­gle jak jęki umie­ra­ją­cego, który wła­śnie do­ko­nał ży­wota. – Pani Wie­czor­kowa, pro­szę za­py­tać syna po po­wro­cie do domu, gdzie to wy­jeż­dżał z księ­dzem do­bro­dzie­jem w so­boty. A je­śli nie bę­dzie chciał po­wie­dzieć, to może ka­sety wi­deo, które znaj­dują się na ple­ba­nii, w skrzyni z drew­nem na opał do ko­minka, tej dę­bo­wej, za­mknię­tej na kłódkę, wy­ja­śnią sprawę...

– Za­milcz... pro­szę, za­milcz... – Zda­wało się, że ksiądz zu­peł­nie bez­gło­śnie po­ru­sza ustami, a mimo to wszy­scy sły­szeli, co mówi. Cud praw­dziwy, a może tylko efekt wy­jąt­ko­wego kunsztu po­zba­wio­nego gu­stu ar­chi­tekta?

Si­wo­włosy za­milkł, od­wró­cił się ku am­bo­nie i wzniósł ra­mię w oskar­ża­ją­cym ge­ście, lecz za­nim się ode­zwał, inny głos prze­rwał ci­szę. O wiele wyż­szy w to­na­cji i znacz­nie bar­dziej sta­now­czy.

Do­bie­gał od wej­ścia.

– Przed­sta­wie­nie skoń­czone, pa­nie Lis!

Obej­rzeli się pra­wie wszy­scy, prócz męż­czy­zny w bieli i księ­dza, który pa­trzył w tamtą stronę cały czas. Sta­rzec opu­ścił po­woli wy­cią­gniętą rękę i zmełł w ustach ci­che prze­kleń­stwo, tak ci­che, że ni­komu nie udało się go usły­szeć.

Przy wej­ściu stało trzech męż­czyzn w czar­nych gar­ni­tu­rach. Dwaj po­tęż­nie zbu­do­wani, o by­czych kar­kach i nie­mal iden­tycz­nych twa­rzach, trzy­mali się za ple­cami trze­ciego, znacz­nie szczu­plej­szego i niż­szego od nich. Już na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że jest on o wiele star­szy od swo­ich to­wa­rzy­szy. Miał wy­so­kie, blade czoło, przy­pró­szone si­wi­zną włosy, wod­ni­ste oczy, wą­ską szcze­linę ust nie­mal cał­ko­wi­cie po­zba­wioną warg i orli nos, na któ­rym opie­rały się grube oku­lary o lekko przy­ciem­nio­nych szkłach. Ci, któ­rzy sie­dzieli naj­bli­żej, gdyby mieli do­bry zmysł ob­ser­wa­cji, mo­gliby zo­ba­czyć jesz­cze je­den szcze­gół: cie­niutką ko­li­stą bli­znę na skroni.

– Urząd Ochrony Pań­stwa – oznaj­mił ni­ski męż­czy­zna, po­ka­zu­jąc nie­wielką od­znakę, któ­rej kształtu z tej od­le­gło­ści nie da­łoby się roz­po­znać, nie mó­wiąc już o od­szy­fro­wa­niu zdo­bią­cych ją na­pi­sów. – Pro­szę wszyst­kich o za­cho­wa­nie spo­koju i po­zo­sta­nie na miej­scach – do­dał, wi­dząc po­ru­sze­nie, ja­kie wy­wo­łały jego słowa wśród za­sko­czo­nych lu­dzi.

Ro­śli blon­dyni, naj­praw­do­po­dob­niej bliź­niacy, sta­nęli tym­cza­sem za ple­cami męż­czy­zny w bieli. Ich prze­ło­żony pod­szedł z prze­ciw­nej strony, przy­klęk­nął przed oł­ta­rzem i nie­dbale się prze­że­gnał. Po­tem spoj­rzał pro­sto w oczy si­wo­wło­sego.

– Ed­mun­dzie Li­sie, synu Sta­ni­sława i We­ro­niki – po­wie­dział bez­na­mięt­nie, jakby cy­to­wał dane z rocz­nika sta­ty­stycz­nego – w imie­niu Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej aresz­tuję pana za uczest­nic­two w zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie prze­stęp­czej, któ­rej ce­lem była próba wy­mu­sza­nia oku­pów przez za­stra­sze­nie i szan­taż osób du­chow­nych.

Oskar­żony mil­czał. Jedno ski­nie­nie oku­lar­nika wy­star­czyło, by fa­chowo za­ło­żono mu kaj­danki i po­cią­gnięto mię­dzy ławki. Nie bro­nił się, gdy bliź­niacy go wy­pro­wa­dzali, nie szar­pał na­wet. Szedł po­tul­nie, nie­mal bez­wol­nie po­mię­dzy funk­cjo­na­riu­szami służb spe­cjal­nych, wpa­tru­jąc się w pod­łogę. Mil­czał, ale z jego twa­rzy nie znik­nął iro­niczny uśmie­szek.

– Pro­szę o wy­ba­cze­nie. – Ofi­cer omiótł wzro­kiem sie­dzą­cych w ław­kach. – Przede wszyst­kim za to, że tak długo nie re­ago­wa­li­śmy. Jak pań­stwo ro­zu­mieją, mu­sie­li­śmy po­cze­kać, aż po­dej­rzany za­brnie tak da­leko w swoim przed­sta­wie­niu, by pod­czas pro­cesu nie mógł się wy­łgać byle wy­mówką. Za­rę­czam jed­no­cze­śnie, że Ed­mund Lis już ni­gdy nie bę­dzie się wam na­rzu­cał. Dzię­kuję za za­cho­wa­nie spo­koju i współ­pracę... Szczęść Boże!

Zdez­o­rien­to­wany na­głym zwro­tem wy­da­rzeń pro­boszcz, na­dal tkwiący na am­bo­nie, prze­że­gnał się ner­wowo i pa­trząc za od­cho­dzą­cymi, wy­ją­kał trzę­są­cym się gło­sem:

– Bra­cia moi... i sio­stry! Oto by­li­ście świad­kami... okrop­nych po­mó­wień... ja­kie ten oszczerca wy­po­wie­dział... nie tylko prze­ciw wam... ale i... mnie, wa­szemu pa­ste­rzowi... A jed­nak... spra­wie­dli­wość bo­ska, jak wi­dzi­cie... ist­nieje!

Zmie­rza­jący do wyj­ścia ofi­cer, sły­sząc te słowa, za­trzy­mał się w po­ło­wie nawy i po­woli od­wró­cił.

– Pan Lis żyje wpraw­dzie z szan­ta­żo­wa­nia lu­dzi – po­wie­dział bez­na­mięt­nym to­nem – ale ni­gdy nie na­zwał­bym go kłamcą albo oszczercą. Pod­stawą dzia­łal­no­ści kie­ro­wa­nej przez niego grupy prze­stęp­czej jest do­sko­nały wy­wiad śro­do­wi­skowy. Oba­wiam się, że ża­den z po­sta­wio­nych tu­taj przez niego za­rzu­tów nie był kłam­liwy. Ale tym zajmą się w swoim cza­sie wła­ściwe or­gana ści­ga­nia.

Wy­pro­wa­dzany mu­siał do­sły­szeć te słowa, do uszu ze­bra­nych w ko­ściele do­szedł bo­wiem jego gło­śny śmiech. Na tyle gło­śny, że za­głu­szył na­wet kroki za­my­ka­ją­cego po­chód męż­czy­zny w czerni.

* * *

------------------------------------------------------------------------

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

------------------------------------------------------------------------WOJNA

ko­lejny tom KRO­NIK JED­NO­ROŻCA
już wkrótce w księ­gar­niach

Tyły szpi­tala róż­niły się znacz­nie od jego frontu. Czte­ro­pię­trowy, pa­mię­ta­jący czasy Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej gmach od­no­wiono tylko od strony ulicy, jak kie­dyś bu­dynki na tra­sach prze­jazdu pa­pieża. Wy­star­czyło przejść przez bramę jed­nej z przy­le­głych, prze­zna­czo­nych do roz­biórki ka­mie­nic, by tra­fić do zu­peł­nie in­nego świata.

Zde­wa­sto­wane po­dwó­rze mo­gło słu­żyć za plan filmu wo­jen­nego, a na­wet po­sta­po­ka­lip­tycz­nego, szcze­gól­nie ta jego część, która znaj­do­wała się za mu­rem od­dzie­la­ją­cym nie­wielki ogród lecz­nicy od wy­sy­pi­ska śmieci i gruzu, w ja­kie ekipy bu­dow­lane za­mie­niły te­ren po­mię­dzy rzę­dem zruj­no­wa­nych ka­mie­nic i na wpół ro­ze­bra­nych ofi­cyn.

W ta­kim miej­scu nie po­winno być ży­wej du­szy, zwłasz­cza o tej po­rze w nie­dzielę, lecz Mun­dek do­sko­nale wie­dział, że nie jest sam. Miał przed sobą pięć osób, któ­rych nie zo­ba­czy jesz­cze przez co naj­mniej mi­nutę, do­póki nie mi­nie za­łomu ogro­dze­nia przy po­kry­tej li­sza­jami po­czer­nia­łego tynku ścia­nie naj­bliż­szego z roz­bie­ra­nych bu­dyn­ków. Nie zwol­nił jed­nak, uśmiech­nął się tylko pod no­sem.

Tego mu było trzeba.

* * *

Po­ja­wie­nie się star­szego męż­czy­zny w ide­al­nie skro­jo­nym bia­łym gar­ni­tu­rze, ani tro­chę nie­pa­su­ją­cego do tej sce­ne­rii, za­sko­czyło czte­rech mło­dych męż­czyzn ota­cza­ją­cych pół­ko­lem klę­czącą na be­to­nie za­pła­kaną dziew­czynę, przed którą le­żał za­krwa­wiony pies.

– Pa­no­wie! – Przy­bysz po­wi­tał miej­scową żu­lię sze­ro­kim, choć nie­zbyt przy­ja­znym uśmie­chem.

Czwórka dre­sia­rzy zmie­rzyła go po­gar­dli­wym wzro­kiem. Stary, chudy jak szczapa, od­strze­lony le­piej niż stróż w Boże Ciało nie mógł sta­no­wić za­gro­że­nia, zwłasz­cza że na pewno nie miał przy so­bie broni. Zdej­mu­jąc ma­ry­narkę i prze­wie­sza­jąc ją przez ra­mię, od­sło­nił ści­śle przy­le­ga­jącą do ciała ka­mi­zelkę, a do tego ob­ró­cił się, gdy ka­wał tynku od­padł od na wpół zbu­rzo­nej ściany, dzięki czemu prze­ko­nali się, że nie ukrył pi­sto­letu za pa­skiem z tyłu.

– Wy­pad! – wark­nął Byku, naj­po­staw­niej­szy z czwórki opry­chów, dwu­dzie­sto­letni nie­for­malny przy­wódca za­lążka blo­ker­skiego gangu. Wska­zał przy tym naj­bliż­szą bramę za­krwa­wio­nym prę­tem zbro­je­nio­wym.

– Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie. – Lis zi­gno­ro­wał po­le­ce­nie, roz­glą­da­jąc się za miej­scem, gdzie mógłby usiąść.

Miał do wy­boru uło­żone w stos belki stro­powe z roz­bie­ra­nej przed­wo­jen­nej ofi­cyny i prze­wró­coną na bok po­rdze­wiałą skrzy­nię. Zde­cy­do­wał się na drewno, choć nie było o wiele czyst­sze od me­talu. Po­nie­waż wszystko, czego by tu­taj do­tknął, mu­siało po­zo­sta­wić ślad na jego no­wym gar­ni­tu­rze, przy­siadł naj­ostroż­niej jak umiał na wy­cią­gnię­tej z kie­szeni spo­rej lnia­nej chu­s­teczce.

– Spier­da­laj, i to już! – Oprych po­czuł się do­tknięty tak jaw­nym lek­ce­wa­że­niem.

Po­zo­wał na twar­dziela – dwa lata po­praw­czaka, po­tem od­siadka pół­rocz­nego wy­roku za kra­dzież z wła­ma­niem sta­wiały go wy­soko w hie­rar­chii lo­kal­nego dre­siar­stwa – nie mógł więc so­bie po­zwo­lić na po­dobne trak­to­wa­nie. Zwłasz­cza w obec­no­ści lesz­czy, któ­rych ura­biał od mie­sięcy.

– Wy­palę jed­nego i zni­kam, ma­cie moje słowo – za­pew­nił obo­jęt­nym to­nem Mun­dek.

– Ty ja­kiś nie­do­ro­zwój je­steś? – Roz­ju­szony Byku ru­szył w jego kie­runku, ale po dwóch kro­kach do­tarło do niego, że nie tak to po­wi­nien ro­ze­grać. – Zyga! – Spoj­rzał przez ra­mię na skoł­tu­nio­nego ru­dzielca, który nie się­gał mu na­wet do pa­chy. – Po­chla­staj zgreda, je­śli nie ru­szy dupy.

Lis za­pa­lił w tym cza­sie pa­pie­rosa i za­cią­gnął się głę­boko, mru­żąc po­wieki z roz­ko­szy, jakby sie­dział nie na tym za­sy­fio­nym pra­skim po­dwó­rzu, ale na ławce po­środku Ła­zie­nek.

Tego mu było trzeba. Do­kład­nie tego.

Wy­wo­łany dre­siarz wy­jął z kie­szeni brzy­twę, starą fry­zjer­ską mojkę, jak na­zy­wano to za­bój­cze na­rzę­dzie w cza­sach mło­do­ści Mundka. Roz­ło­żył ją wpraw­nym ru­chem, szcze­rząc po­żół­kłe zęby, i mach­nął kil­ka­krot­nie, jakby ciął wy­ima­gi­no­wa­nego prze­ciw­nika. Szybki był, zwinny, mógł spra­wić pro­blemy każ­demu prze­ciw­ni­kowi, na­wet uzbro­jo­nemu. Na ubra­nym w biały gar­ni­tur star­szym męż­czyź­nie nie zro­bił jed­nak wra­że­nia, co roz­ju­szyło go bar­dziej niż zlek­ce­wa­żo­nego wcze­śniej Byka.

Lu­dzie za­zwy­czaj po­kor­nieli na wi­dok tego ostrza. Rzadko mu­siał ta­plać je we krwi, ale ro­bił to z ochotą, na­wet gdy nie było ta­kiej ko­niecz­no­ści. Krę­ciło go za­da­wa­nie bólu, uwiel­biał wsłu­chi­wać się w bła­ga­nia ofiar i na­pa­wał się ich stra­chem, ale dzi­siaj ten dzia­dyga od­bie­rał mu całą przy­jem­ność. Za­płaci za to kil­koma na­prawdę pa­skud­nymi bli­znami.

Zyga ru­szył w kie­runku Mundka, nie prze­sta­jąc wy­ma­chi­wać brzy­twą. Wy­ko­ny­wał co­raz bar­dziej skom­pli­ko­wane ewo­lu­cje, jakby chciał udo­wod­nić, że może zro­bić z nią wszystko, co ze­chce. Za­nim po­sta­wił piąty z dwu­dzie­stu kro­ków, ja­kie dzie­liły go od celu, Lis wy­dmuch­nął siny dym po ko­lej­nym głę­bo­kim sztach­nię­ciu i prze­krzy­wiw­szy lekko głowę, ode­zwał się kon­wer­sa­cyj­nym to­nem:

– Uwa­żaj, przy­ja­cielu, bo jesz­cze się po­tkniesz i sam so­bie...

Za­milkł, kiedy Zyga za­ha­czył czub­kiem buta o wy­sta­jącą kra­wędź spę­ka­nego be­tonu, któ­rym dzie­siątki lat wcze­śniej wy­lano całe po­dwó­rze.

W tym wła­śnie mo­men­cie uzbro­jona w brzy­twę ręka dre­sia­rza wy­ko­ny­wała ruch imi­tu­jący pod­ci­na­nie gar­dła. To wy­star­czyło, by próba na­śla­dow­nic­twa cia­łem się stała. Srebrne ostrze prze­cięło skórę na po­kry­tej rzad­kim ru­dym za­ro­stem szyi mniej wię­cej od tcha­wicy po na­sadę ucha, przy oka­zji prze­po­ła­wia­jąc do­brze wi­doczną tęt­nicę. Zdzi­wiony Zyga przy­sta­nął, broń wy­pa­dła mu z ręki na kilka se­kund przed tym, nim sam osu­nął się na ko­lana, bro­cząc krwią jak – nie przy­mie­rza­jąc – za­rzy­nana świ­nia. Co cie­kawe, nie pró­bo­wał się ra­to­wać, zu­peł­nie jakby za­sko­cze­nie ode­brało mu wła­dzę we wszyst­kich człon­kach. Parę chwil póź­niej stra­cił przy­tom­ność i zwa­lił się bez­wład­nie na twarz. Nie znie­ru­cho­miał jed­nak od razu – jego ciało wciąż po­dry­gi­wało, a nogi wierz­gały, jakby chciał biec na le­żąco.

Po­zo­stali dre­sia­rze stali w mil­cze­niu jak słupy, tylko klę­cząca za nimi dziew­czyna za­pisz­czała prze­raź­li­wie, ku­ląc się od­ru­chowo, jakby to ją do­się­gnęło ostrze brzy­twy.

– Co jest, kurwa? – wy­mam­ro­tał Dzi­dek, może o pół głowy niż­szy od Byka, ale za to dwa razy szczu­plej­szy. Był naj­bar­dziej roz­gar­nięty z ca­łej czwórki, grał rolę pra­wej ręki sa­mo­zwań­czego szefa.

Mun­dek jesz­cze przez chwilę przy­glą­dał się do­go­ry­wa­ją­cemu brzy­twia­rzowi, a gdy ten w końcu znie­ru­cho­miał, pod­niósł spoj­rze­nie.

– A uprze­dza­łem... – rzu­cił bez­na­mięt­nie, za­nim pa­pie­ros tra­fił po­now­nie mię­dzy jego wargi.

– Kim ty, kurwa, je­steś? – za­py­tał Byku, opusz­cza­jąc pręt, któ­rym kilka mi­nut wcze­śniej za­bił psa.

– Zga­duj­cie – od­parł roz­ba­wiony Lis.

Dre­sia­rze po­pa­trzyli po so­bie. Nie mieli zbyt tę­gich min. Je­den z nich wła­śnie sko­nał, wy­krwa­wia­jąc się na śmierć, a temu dziw­nemu wap­nia­kowi na­wet nie drgnęła po­wieka.

Nie­zręczne mil­cze­nie prze­cią­gało się, więc Mun­dek do­dał:

– Do­bra, pa­no­wie, mała pod­po­wiedź. Słowo na trzy li­tery... – Urwał, po czym za­śmiał się szcze­rze uba­wiony, choć nie pa­dła żadna od­po­wiedź. – Nie, nie, nie. Nie to słowo. Wiem, że mo­że­cie mieć trud­no­ści z ogar­nię­ciem... tak się chyba te­raz mówi... te­matu, ale słowo, o któ­rym po­my­ślał je­den z was, pi­szemy przez „ch”, żeby unik­nąć ru­sy­cy­zmu. Zresztą nie­ważne, pró­buj­cie da­lej.

Znów za­cią­gnął się dy­mem, a oni po­ble­dli. Szcze­gól­nie Siwy, ostatni z czwórki, który na końcu ję­zyka miał wy­raz wspo­mniany przez fa­ceta w bia­łym gar­ni­tu­rze.

– To... to... – stę­kał sko­ło­wany Dzi­dek.

– Do­brze kom­bi­nu­jesz – po­chwa­lił go Mun­dek.

– Bóg? – wy­bą­kał chło­pak gra­jący rolę pra­wej ręki Byka.

– Mocne słowo, przy­znaję, acz­kol­wiek bar­dzo prze­sa­dzone. Choć z wa­szego punktu wi­dze­nia...

Lis za­wie­sił głos, sku­pia­jąc wzrok na klę­czą­cej dziew­czy­nie. Skóra wo­kół jej pra­wego oka była mocno opuch­nięta i za­czy­nała już na­bie­rać si­nej barwy. Spoj­rze­nie na Dzidka ujaw­niło jesz­cze je­den szcze­gół. Roz­pięty roz­po­rek dry­blasa, tak samo jak tok jego my­śli, wska­zy­wał do­bit­nie, w czym tak na­prawdę prze­szko­dził in­truz w bia­łym gar­ni­tu­rze.

– Ty je­bana ka­na­lio... – wy­sy­czał Byku, za­ci­ska­jąc palce na ka­wałku po­rdze­wia­łego że­laza, które przy­naj­mniej jego zda­niem miało po raz wtóry za­kosz­to­wać krwi.

Jego to­wa­rzy­sze się­gnęli po noże. Nie za­częli jed­nak nimi wy­ma­chi­wać jak ich do­piero co zmarły kum­pel – czyli nie byli aż tak głupi, na ja­kich wy­glą­dali.

Mun­dek już otwie­rał usta, by od­po­wie­dzieć na in­wek­tywę, gdy krę­pu­jącą ci­szę prze­rwały dźwięczne tony ma­zurka Cho­pina.

– Chwi­leczkę... – rzu­cił, po czym wło­żył na wpół wy­pa­lo­nego pa­pie­rosa do ust, by się­gnąć do kie­szeni spodni po ko­mórkę. Ku zdzi­wie­niu ob­ser­wu­ją­cej tę scenę dziew­czyny dre­sia­rze za­sty­gli w pół ru­chu, jakby po­słu­chali prośby męż­czy­zny. – Tak? – ode­zwał się zwięźle Lis. – Je­stem na ty­łach szpi­tala, a gdzie mam być. – Znów za­milkł na kilka se­kund, by wy­słu­chać tego, co ma do po­wie­dze­nia roz­mówca. – Po­trze­buję jesz­cze paru mi­nut – od­po­wie­dział nieco znie­cier­pli­wiony. – Tak, wiem, że nie mamy dużo czasu, ale tra­fi­łem tu­taj na... drobny pro­blem. – Prze­rwał, by się za­cią­gnąć. – Nie pa­ni­kuj, Młody, to nie oni. Daj mi jesz­cze pięć, mak­sy­mal­nie dzie­sięć mi­nut. Jak tylko spraw­dzę, czy te­ren jest czy­sty, dam wam znać. Tak, wiem. Będę się śpie­szył, masz moje słowo.

Ko­mórka znik­nęła w kie­szeni, lecz fa­cet w bia­łym gar­ni­tu­rze sie­dział jesz­cze przez mo­ment z przy­mknię­tymi oczyma, jakby się nad czymś za­sta­na­wiał. Kiedy roz­warł w końcu po­wieki, wszystko wró­ciło do normy.

A ra­czej pra­wie wszystko.

Dre­sia­rze się po­ru­szyli, ale nie po­szli da­lej, sta­nęli tylko w bar­dziej na­tu­ral­nych po­zach. Ich twa­rze po­bla­dły, czego nie­do­szła ofiara gwałtu nie mo­gła zo­ba­czyć.

– Ech... – Sztach­nąw­szy się raz jesz­cze, Mun­dek po­słał nie­do­pa­łek za ogro­dze­nie moc­nym pstryk­nię­ciem. – Wiesz, Byku, jest coś, co nas łą­czy. I to­bie, i mnie wy­daje się, że mamy wszystko pod kon­trolą, ale tak nie jest. Se­rio. Weźmy Si­wego. Niby taki po­słuszny, ci­chutki, usłużny, ale... ci­cha woda brzegi rwie. – Za­śmiał się, wie­dząc, że na­wią­za­nie do pio­senki z jego mło­do­ści bę­dzie zu­peł­nie nie­czy­telne dla bandy pry­mi­ty­wów słu­cha­ją­cych wy­łącz­nie czę­sto­chow­skich ry­mów, zwa­nych nie wie­dzieć czemu ra­pem, w któ­rych po­dobni im kre­tyni sła­wili pi­cie bro­wa­rów na ław­kach, rżnię­cie la­cho­nów i obi­ja­nie so­bie mord. Sto­jący na­prze­ciw niego lu­dzie, o ile można było ich okre­ślić tym mia­nem, byli tak obcy, że rów­nie do­brze mógł prze­ma­wiać do go­łębi gru­cha­ją­cych w ru­inach ofi­cyn wy­soko nad ich gło­wami. – Za­py­taj go na przy­kład, co ro­bił wczo­raj wie­czo­rem – do­koń­czył, wsta­jąc.

Byku spoj­rzał na kum­pla, który – biały jak kreda – po­ru­szał ryt­micz­nie ustami.

– Ty mi tu nie od­pier­da­laj świą­tecz­nego kar­pia, tylko na­wi­jaj! – Ostre wark­nię­cie otrzeź­wiło Si­wego.

– No wiesz... Ja tylko... Ona...

– Ona? – Drą­gal w pa­sia­stych spodniach od dresu i spra­nej ko­szulce ozdo­bio­nej wiel­kim logo Adi­dasa ob­ró­cił się w stronę kom­pana. – Jaka ona?

– Ja... no... – Spo­cony nie­ludzko Siwy po­now­nie się za­ciął.

– Pa­no­wie, na­prawdę nie mam czasu na te cyrki – wtrą­cił Mun­dek po tym, gdy już strzep­nął kil­ka­krot­nie chu­s­teczkę, by ją zło­żyć i scho­wać do kie­szeni. – Mó­wiąc w skró­cie, blon­das po­suwa twoją naj­młod­szą sio­strę, i to od paru mie­sięcy. A gdy­byś nie wie­dział, po co był jej ten hajs, który wy­że­brała od cie­bie dwa ty­go­dnie temu, to sprawdź ceny skro­ba­nek u Wi­sia­ko­wej, może to ci bar­dziej roz­ja­śni ob­raz.

Byku spur­pu­ro­wiał nie tylko na twa­rzy, ale i na karku. Żyły wy­stą­piły mu na skro­niach, grube, pul­su­jące.

– Dżesi... – wy­char­czał. – Śmia­łeś tknąć moją siorę?!

Siwy roz­glą­dał się w pa­nice. Drgnął raz i drugi, jakby chciał od­wró­cić się i uciec, ale jego stopy nie wy­ko­nały naj­mniej­szego ru­chu. Miał wra­że­nie, że wro­sły w be­ton, co do­dat­kowo po­tę­go­wało strach. Nie ro­zu­miał, co się dzieje. Fa­cet w bia­łym gar­ni­tu­rze wci­skał kit. Nie tknął Dże­siki, nie śmiałby tego zro­bić, na­wet gdyby ta durna pinda ra­czyła go za­uwa­żyć, jed­nakże za­miast za­prze­czeń z jego ust wy­do­by­wał się nie­ar­ty­ku­ło­wany beł­kot, któ­rym ku swemu szcze­remu prze­ra­że­niu po­twier­dzał słowa sta­rego. Zu­peł­nie jakby ktoś prze­jął kon­trolę nad jego ję­zy­kiem.

– Gdyby nu­me­ro­wali tych, któ­rym da­wała dupy, pew­nie nie zmie­ścił­bym się w pierw­szej setce – wy­pa­lił, także wbrew wła­snej woli uno­sząc głowę.

– Ty chuju zła­many!

Byku do­sko­czył do niego, wy­ko­nu­jąc za­mach prę­tem. Nie od góry, tylko z dołu. Ma­jący pra­wie cen­ty­metr śred­nicy kar­bo­wany wa­lec wbił się w brzuch za­sko­czo­nego Si­wego tuż pod most­kiem, prze­szy­wa­jąc pod ostrym ką­tem wy­peł­niony pi­wem żo­łą­dek i się­ga­jąc serca. Choć blon­dyn sko­nał na miej­scu, roz­ju­szony pro­wo­dyr da­lej okła­dał go prę­tem i ko­pał, nim zdo­łał w końcu ochło­nąć.

– Ten biedny zjeb nie kła­mał – rzu­cił roz­ba­wio­nym to­nem Mun­dek, na­dal nie ru­sza­jąc się spod stosu be­lek. – Za­py­taj Dzidka.

– Co? – Byku po­trzą­snął głową, jakby wy­rwał się z głę­bo­kiego snu.

– Jak my­ślisz, kto ją na­raił temu siur­kowi, żeby po­zbyć się kło­potu?

– Co?! – po­wtó­rzył siny na twa­rzy dre­siarz, któ­remu na­prawdę nie­wiele bra­ko­wało do apo­plek­sji.

Dzi­dek nie od­po­wie­dział, uśmiech­nął się tylko, prze­rzu­ca­jąc nóż z ręki do ręki. Jesz­cze przed chwilą był nie mniej za­sko­czony niż Siwy, któ­rego prze­cież do­brze znał, ale te­raz, gdy usły­szał ko­lejne słowa pie­przo­nego szkie­le­tora w bia­łym gar­ni­tu­rze, po­czuł na­gle ochotę, by za­dźgać Byka. Wszystko inne prze­stało mieć zna­cze­nie, na­wet fakt, że ni­gdy nie tknął tej chu­dej dziwki, choć miał na nią ochotę, bo krę­ciła dupą jak żadna inna szmata na dzielni, a i cyc miała cudny, nic tylko mią­chać i rżnąć taką, aż dym pój­dzie uszami.

Obaj byli rów­nie szybcy i za­pra­wieni w walce, dla­tego pierw­sze ciosy i pchnię­cia nie się­gnęły celu. To mógłby być na­prawdę pa­sjo­nu­jący po­je­dy­nek, ale Lis nie miał czasu. Po­zwo­lił im więc tylko na mi­nutę swo­bod­nego star­cia, a gdy za­uwa­żył, że nie przy­nie­sie ono spo­dzie­wa­nego re­zul­tatu, po­sta­no­wił za­in­ge­ro­wać.

Byku skoń­czył z no­żem w pod­bródku. Dwu­dzie­sto­cen­ty­me­trowe ostrze prze­biło skórę i ję­zyk, a po­tem przez pod­nie­bie­nie do­tarło do mó­zgu. Jego prze­ciw­nik miał mniej szczę­ścia, gdyż to on był po­my­sło­dawcą zbio­ro­wego gwałtu na Ewe­li­nie, dziew­czy­nie, która nie­ostroż­nie za­pę­dziła się na to za­po­mniane przez Boga i lu­dzi po­dwórko za nie­mło­dym już, ale wciąż nie­sfor­nym psem, naj­więk­szą mi­ło­ścią jej ży­cia.

Lis omi­nął sze­ro­kim łu­kiem wy­ją­cego z bólu ran­nego, który słab­ną­cymi rę­koma pró­bo­wał wy­cią­gnąć za­rdze­wiałe że­la­stwo z głę­bo­kiej rany. Zi­gno­ro­wał jego prośby, do­sko­nale wie­dząc, że mógłby za­koń­czyć cier­pie­nia ofiary jed­nym ru­chem, jedną my­ślą na­wet. Ani my­ślał skra­cać mąk ta­kiej świni. Gdyby dano mu wolną rękę, wy­lud­niłby tę dziel­nicę jak dżuma, ro­biąc przy­sługę nie tylko mia­stu, ale i światu.

Nie­stety nie miał na to czasu. Nie po to tu przy­szedł.

Zbli­żył się do roz­trzę­sio­nej dziew­czyny. Jej na ra­zie nie ty­kał – chciał, by zo­ba­czyła na wła­sne oczy, co zro­bił z opraw­cami. By choć przez mo­ment wie­działa, że zo­stali uka­rani tak, jak na to za­słu­gi­wali.

– Nie bój się, dziecko – po­wie­dział, sta­jąc nad nią nieco z boku, po­nie­waż po­chy­lała się wciąż nad mar­twym spa­nie­lem, a on nie chciał wdep­nąć w ka­łużę krwi.

– Kim pan jest? – za­py­tała, nie pod­no­sząc głowy.

Bała się go bar­dziej na­wet niż te chwa­sty, które mu­siał po­wy­ry­wać.

– Czy to ważne? – od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie. – Li­czy się tylko to, że mogę ci po­móc.

– Jak?

– Mogę spo­wo­do­wać, że o wszyst­kim za­po­mnisz. – Wska­zał dło­nią na mar­twych dre­sia­rzy, ko­na­ją­cego wciąż Dzidka i psa.

– To pan spra­wił, że zwró­cili się prze­ciw so­bie, że się po­za­bi­jali... – Mó­wiąc, gła­dziła za­krwa­wioną sierść mar­twego pu­pila.

– Tak.

Choć mil­czała, Mun­dek sły­szał jej my­śli, skłę­bione, ury­wane. Były mało czy­telne, w jej gło­wie sza­lał wir wi­zji, słów i ob­ra­zów. Pró­bo­wała ogar­nąć to, co nie­moż­liwe do zro­zu­mie­nia, ucze­piła się na­dziei, że...

– Tego nie je­stem w sta­nie zro­bić – po­wie­dział ze smut­kiem, za­nim zdą­żyła otwo­rzyć usta.

– Prze­cież dys­po­nuje pan mocą. Bo­ską mocą...

Mun­dek przy­kuc­nął.

– Nie, Ewe­lino. Moja moc nie ma nic wspól­nego z bo­sko­ścią. Je­stem ta­kim sa­mym czło­wie­kiem jak ty, tylko... – mu­siał po­szu­kać wła­ści­wego okre­śle­nia – bar­dziej uzdol­nio­nym. Po­tra­fię spra­wić, że inni lu­dzie zro­bią to, co chcę, że zo­ba­czą to, czego nie ma. Mogę także spo­wo­do­wać, że za­po­mną o tym, co prze­żyli i co wi­dzieli. Ale nie ma na tym świe­cie siły, która przy­wró­ci­łaby ży­cie mar­twej isto­cie. Uwierz mi.

Gdy skoń­czył mó­wić, pod­nio­sła głowę i po­pa­trzyła mu w oczy. Do­strzegłby w jej spoj­rze­niu nie­wy­sło­wiony ból, na­wet gdyby nie miał zdol­no­ści te­le­pa­tycz­nych.

– Jak więc może mi pan po­móc...? – wy­szep­tała.

– Po­wiedz tylko słowo, a za­po­mnisz o tym wszyst­kim: o nich, o tym, co miało cię spo­tkać, na­wet o Ferdku. – Wska­zał spa­niela, na­zy­wa­jąc go piesz­czo­tli­wie jak Ewe­lina, choć ofi­cjal­nie był Fer­dy­nan­dem Wspa­nia­łym.

Nie na­ci­skał. Cze­kał cier­pli­wie, aż z wiru w jej gło­wie wy­rwie się od­po­wiedź. Zi­gno­ro­wał na­wet po­nowne na­trętne dzwo­nie­nie ko­mórki. Po­zwo­lił Zi­mer­ma­nowi wy­sza­leć się na kla­wia­tu­rze. Ak­cja nie za­jąc, do­dat­kowa mi­nuta zwłoki nie zni­we­czy ich pla­nów, a tej dziew­czy­nie może oca­lić ży­cie.

– Nie.

Wie­dział, że Ewe­lina się nie zgo­dzi, za­nim usły­szał jej szept.

– Prze­myśl to jesz­cze raz, pro­szę. Chyba zda­jesz so­bie sprawę, ile bólu cię czeka? Ile cier­pie­nia? Czy to wszystko jest warte... – Za­milkł, po­nie­waż na­gle zro­zu­miał.

Czy­tał w niej jak w otwar­tej księ­dze. To, co zo­ba­czył, wy­star­czyło, by zre­zy­gno­wał z dal­szego jej na­ma­wia­nia, ona jed­nak o tym nie wie­działa, spu­ściła więc po­now­nie głowę i od­parła:

– O nich mogę za­po­mnieć, o panu też, ale pro­szę nie od­bie­rać mi Ferdka. Był dla mnie wszyst­kim przez tak wiele lat.

– Znaj­dziesz so­bie no­wego... – Znów umilkł uci­szony jej gniewną my­ślą.

– Nie. Pan nic nie ro­zu­mie. – Spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

My­liła się. Ro­zu­miał. Wszystko ro­zu­miał. Dla­tego nie wy­ma­zał jej wspo­mnień.

* * *

Pięć mi­nut póź­niej się­gnął po ko­mórkę.

– Gdzie się po­dzie­wa­łeś, w dupę ko­pany te­le­pie?! – Młody nie cze­kał, aż się ode­zwie.

– Za­bez­pie­cza­łem te­ren – od­parł spo­koj­nie, za­pa­la­jąc ko­lej­nego pa­pie­rosa.

– Są tu­taj? – Pio­trek na­tych­miast spo­kor­niał.

– Tak. Zo­sta­wili dwie czujki.

– Za­ją­łeś się nimi?

– Można tak po­wie­dzieć.

– Tak czy nie? – w tle roz­legł się głos Kar­skiego.

– Jed­nego ru­ska już wy­eli­mi­no­wa­łem, te­raz ura­biam dru­giego – wy­ja­śnił.

W cza­sie roz­mowy syn­chro­ni­zo­wał się z agen­tem, któ­rego za­da­niem była zdalna ob­ser­wa­cja funk­cji ży­cio­wych ran­nego funk­cjo­na­riu­sza. Tom­kowi po­zwo­lono żyć tylko dla­tego, by mógł być wa­bi­kiem. Spryt­nie to so­bie So­wieci wy­my­ślili, mu­siał im to przy­znać. Je­den te­le­pata, sie­dzący w po­bli­skiej re­stau­ra­cji, miał na oku wej­ście do szpi­tala. Lśnił przy tym tak mocno, ska­nu­jąc każ­dego, kto zbli­żał się do bramy, że wy­kry­cie go nie na­strę­czało żad­nych pro­ble­mów. To jed­nak także był tylko wa­bik, przy tym ła­twy do omi­nię­cia. Praw­dziwą pu­łapkę za­sta­wiono gdzie in­dziej. Tu­taj, w bocz­nej uliczce za szpi­ta­lem.

Ten Ro­sja­nin był na­prawdę do­bry. Czy­hał jak pa­jąk na skraju mi­ster­nie uple­cio­nej sieci, nie­wi­doczny, ci­chy, za­bój­czy. Jego za­da­niem było mo­ni­to­ro­wa­nie fal mó­zgo­wych ran­nego, od­czu­wa­nie tego wszyst­kiego, co tam­ten prze­żywa. Nad­zorca nie mu­siał więc lśnić, mógł wto­pić się w oto­cze­nie i po­zo­stać nie­zau­wa­żony, co uda­łoby mu się, gdyby nie je­den drobny szcze­gół – jego twarz. Mun­dek dys­po­no­wał wszyst­kimi wspo­mnie­niami Sa­biny, prze­stu­dio­wał je po wie­lo­kroć nie­zwy­kle uważ­nie, zwłasz­cza te frag­menty, które do­ty­czyły jej współ­pra­cow­ni­ków. Dość po­wie­dzieć, że ten agent na­le­żał – nie bez przy­czyny – do grona jej fa­wo­ry­tów. Wy­star­czyło za­tem, że zna­lazł się w polu wi­dze­nia Lisa...

– I co?

Głos Mło­dego nie zde­kon­cen­tro­wał Mundka. Umysł te­le­paty dzia­łał ina­czej niż u zwy­kłego czło­wieka. Zdol­ność kon­tro­lo­wa­nia wielu ce­lów na­raz po­zwa­lała na swo­bodne pro­wa­dze­nie roz­mowy, na­wet je­śli roz­pra­co­wy­wany rów­no­cze­śnie prze­ciw­nik był tak do­świad­czo­nym espe­rem.

– Daj mi jesz­cze chwilę. Od­dzwo­nię.

To, co za­mie­rzał zro­bić Lis, nie było pro­ste. Se­men, bo tak miał na imię czło­wiek Tro­fima Je­go­ry­cza, mu­siał się zde­kon­cen­tro­wać choćby na mo­ment. W grę nie wcho­dziła jed­nak naj­mniej­sza na­wet in­ge­ren­cja te­le­pa­tyczna, gdyż tej klasy agent wy­kryłby ją bły­ska­wicz­nie. To mu­siało być coś, co bę­dzie wy­glą­dać na przy­pad­kowe i cał­ko­wi­cie na­tu­ralne wy­da­rze­nie. Zwłasz­cza że Ro­sja­nin po­zo­sta­wał w cią­głym kon­tak­cie z in­nymi, roz­sia­nymi po oko­licy espe­rami, któ­rzy mieli za­re­ago­wać w ra­zie alarmu. Na przy­kład po zdję­ciu wa­bika z re­stau­ra­cji albo pró­bie uniesz­ko­dli­wie­nia jego przy­cza­jo­nego part­nera.

Mun­dek zda­wał so­bie sprawę, że nie ma naj­mniej­szych szans na wy­eli­mi­no­wa­nie wszyst­kich prze­ciw­ni­ków, wie­dział rów­nież, że prze­rwa­nie jed­nego z po­łą­czeń w ich sieci na­tych­miast uru­chomi alarm i po­stawi na nogi całą siatkę Tro­fima Je­go­ry­cza. Zda­wać się więc mo­gło, że stoi przed nie­wy­ko­nal­nym za­da­niem. Tym­cza­sem w jego gło­wie kieł­ko­wał już nowy plan.

Ge­nialny plan.

Ciąg dal­szy na­stąpi.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: