Facebook - konwersja
Najlepsze lata naszego życia. Wydanie krytyczne - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Najlepsze lata naszego życia. Wydanie krytyczne - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-0465-0
Język:
Polski
Data wydania:
28 września 2016
Rozmiar pliku:
961 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
34,90
Cena w punktach Virtualo:
3490 pkt.

Najlepsze lata naszego życia. Wydanie krytyczne - opis ebooka

Opowiadania zgromadzone w niniejszym tomie powstały w latach 1951–1956. Należą więc do juweniliów Marka Hłaski. Na ich podstawie wytyczyć można drogę, jaką przebył początkujący pisarz: od zafascynowanego socrealizmem szofera po prowokującego władzę autora Pierwszego kroku w chmurach.
Utwory stanowią podróż sentymentalną do czasów Polski stalinowskiej i jej często zniekształcanego przez literaturę obrazu.
Najlepsze lata naszego życia zawierają teksty wcześniej niepublikowane, zachowane w archiwaliach Marka Hłaski, dopełniające jego spuściznę literacką.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pamięci

Andrzeja Czyżewskiego,

kuzyna i biografa, znawcy

i wieloletniego badacza życia

i twórczości Marka Hłaski.

Wstęp

Szofer i pisarz

Juwenilia to młodzieńcze próby literackie, które z różnych powodów nie zostały przez autora uznane za warte druku. Cezurę dzielącą literackie początki pisarza i świadomą, w pewnym przynajmniej stopniu dojrzałą twórczość, stanowi zazwyczaj debiut wydawniczy. Nawet jeśli autor drukował swoje teksty w prasie czy antologiach, to – o ile nie były one później częścią książkowego wydania – debiutem nazywa się autonomiczny, samodzielnie stworzony tom podpisany nazwiskiem (bądź pseudonimem) jednego pisarza^().

Juwenilia często publikowane są post mortem, wydobyte z szuflady przez spadkobierców, wydawców czy edytorów. Nabierają wtedy wartości sentymentalnej, pojawiają się w atmosferze sensacyjnej ciekawostki, nierzadko rzucają nowe światło na utrwalony w świadomości czytelniczej obraz autora. Tak jest również w przypadku Marka Hłaski. Zamieszczone w niniejszym tomie utwory w przeważającej części powstały w klimacie fascynacji i zauroczenia pisarza socrealizmem. Co więcej, pisząc je, wypełniał Hłasko legendarną, sprowokowaną przez siebie i podjętą później przez popkulturę, rolę szofera, który tworzy w chwilach wolnych od prowadzenia wozu. A więc mistyfikacja, jakiej dopuszczał się wobec Bohdana Czeszki, Igora Newerlego, a później całego środowiska literackiego Warszawy, nie była całkowicie zmyślona, lecz zawierała w sobie sporą dozę prawdy (choć zmanipulowanej)^().

Do juweniliów Marka Hłaski, zgodnie z podaną powyżej definicją, zaliczyć należy dwie powieści (Sonata marymoncka i Wilk) oraz sześć opowiadań (Pamiętasz, Wanda, Trudna wiosna, Baza sokołowska, Gawęda staromiejska, Targ niewolników), a także nowele zawarte w niniejszym tomie. Dorobek to dość poważny, zważywszy na fakt, iż teksty te powstały na przestrzeni zaledwie czterech–pięciu lat^(). Mając w pamięci tę okoliczność, warto zwrócić uwagę, jak zdumiewająco różne warsztatowo są młodzieńcze utwory Hłaski. Od wczesnych prób do prawdopodobnie najpóźniejszej Mokrej po deszczu ulicy zaobserwować można ewolucję stylu wypowiedzi pisarza, zgodną – zdawać by się mogło –z procesem afirmacji, interpretacji, a potem negacji norm socrealistycznych.

Utwory zamieszczone w niniejszym tomie powstawały w okresie 1951–1956. Ich przybliżoną chronologię ustalić można na podstawie biografii Hłaski, tematyki, warsztatu pisarskiego oraz związków z innymi opowiadaniami. Niestety autor nie miał w zwyczaju odnotowywania daty ukończenia poszczególnych utworów^(), w związku z czym rozważania przyjąć muszą formułę założeń opartych na silnych przesłankach. Fakt, że chronologia pięcioletniego okresu twórczości juwenilnej nie ma większego znaczenia w kontekście późniejszego życia i legendy Marka Hłaski, okaże się – mam nadzieję – wystarczającą okolicznością łagodzącą, nawet dla najbardziej wnikliwego i wymagającego czytelnika.

We wrześniu 1949 roku Marek Hłasko rozpoczyna naukę w Liceum Techniczno-Teatralnym w Warszawie. Zamieszkuje w internacie na ulicy Tarczyńskiej i jest to jego drugi dłuższy pobyt poza rodzinnym domem we Wrocławiu. Wcześniej, od marca do czerwca, przebywał w internacie Szkoły RTPD w Legnicy, gdzie został odesłany przez matkę za złe sprawowanie. Nauka w stolicy nie trwa zbyt długo, w połowie grudnia Hłasko wraca do Wrocławia na święta Bożego Narodzenia, oficjalnie relegowany ze szkoły w styczniu. Przygoda w Liceum Techniczno-Teatralnym jest jego ostatnią stycznością z państwowym systemem edukacji, gdyż po jej zakończeniu postanawia rzucić szkołę i oddać się pracy, a raczej – jak można domniemywać na podstawie wczesnych opowiadań, prób felietonów i archiwalnych szkiców – aktywnie przyczynić się do budowy nowego kraju i nowego człowieka. 6 czerwca zdobywa prawo jazdy i wkrótce rozpoczyna pracę w przedsiębiorstwie transportowym jako pomocnik szofera. Po miesiącu dostaje własny wóz i za świeżo zarobione pieniądze kupuje motocykl. Z pierwszą firmą rozstaje się z końcem października, a już 15 listopada wyjeżdża do Bystrzycy Kłodzkiej, by w PAGED-zie pełnić funkcję pełnoprawnego kierowcy. Doświadczenia z pracy przy zwózce drewna posłużą później za inspirację mikropowieści Następny do raju. Z końcem roku wraca do Wrocławia, jednak w przeciągu miesiąca przychodzi mu pożegnać się ze znanym od 1946 roku domem. W styczniu 1950, wraz z matką i ojczymem, przeprowadza się do Warszawy, na Żoliborz, gdzie zajmują małe mieszkanie w kamienicy przy Mickiewicza 17. Od 26 lutego do 15 kwietnia 1951 roku pracuje w Bazie Sprzętu Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego, która mieściła się na ulicy Dzielnej 12, niedaleko słynnego Pawiaka. 27 kwietnia zostaje zatrudniony w Metrobudowie, gdzie przyjdzie mu „tworzyć socjalizm” aż do czerwca następnego roku. Łączy wówczas pracę szofera z narzuconą mu funkcją korespondenta terenowego „Trybuny Ludu”. Od 4 sierpnia do 1 grudnia 1952 roku pracuje w Spółdzielni Przewozowej Warszawskiej Spółdzielni Spożywców, a następnie, od 15 grudnia 1952 do 30 marca 1953, w Stołecznym Przedsiębiorstwie Handlu Detalicznego. Wraz z rozwiązaniem umowy z SPHD kończy Hłasko pracę zawodową i rozpoczyna literacką. Dzięki przychylności Igora Newerlego, ówczesnego szefa młodzieżowego pionu ZLP, otrzymuje stypendium twórcze i wyjeżdża do Wrocławia do wujostwa Czyżewskich, aby poświęcić się pracy pisarskiej. W domu, znajdującym się kilka numerów obok rodzinnego gniazda przy Borelowskiego 44, tworzy m.in. kolejne wersje Sonaty marymonckiej i Wilka. Podczas pobytu u wujostwa dużo podróżuje, często nie wraca na noc lub wraca późno, co stanowi źródło wielu kłótni z ciotką, Teresą Czyżewską. We wrześniu wynajmuje Hłasko pokój na ulicy Smoluchowskiego przy Politechnice Wrocławskiej. Z początkiem 1954 roku wraca do Warszawy, jednak już nie na ulicę Mickiewicza. W tym czasie zaczyna swoją kilkuletnią, owianą siecią legend i mitów podróż po ulicach i mieszkaniach stolicy. W kwietniu „Sztandar Młodych” drukuje w odcinkach Bazę sokołowską. 28–29 kwietnia Hłasko uczestniczy w naradzie młodych pisarzy w Domu Pracy Twórczej w Oborach, a już w maju wychodzi „Almanach Literacki”, w którym Baza jest najdłuższym opowiadaniem. We wrześniu rozpoczyna współpracę z czasopismem „Po prostu” (felietonem Podróż w krainę nieporozumień), by z początkiem 1955 roku udać się do Dębna Królewskiego, gdzie u krewnych próbuje szukać spokoju i inspiracji. 20 marca „Nowa Kultura” drukuje Robotników i Okno. Z kolei w numerze 14 „Po prostu” z 1955 roku znaleźć można opowiadania List i Żołnierz. Pod koniec maja ten sam periodyk zamieszcza na swoich łamach Dwóch mężczyzn na drodze, a w czerwcu „Nowa Kultura” publikuje Dom mojej matki. Jedenaście miesięcy później, w czerwcu 1956 roku, ukazuje się książkowe wydanie Pierwszego kroku w chmurach^().

To lakoniczne przedstawienie wybranych faktów z życia Marka Hłaski z lat 1949–1956 pozwala na zarysowanie pewnego tła społeczno-osobistego, które towarzyszyło powstaniu juweniliów. Na wczesną twórczość pisarza wpływ miało w tym okresie – niezwykle ważnym dla rozwoju młodego człowieka – wiele czynników: miejsce zamieszkania, pracy, środowisko, w którym się obracał, ludzie, z którymi rozmawiał, miejsca, w których bywał. Pracując jako kierowca, chłonął język i zwyczaje swoich kolegów po fachu, obserwował realia pracy zakładowej i mógł osobiście zweryfikować, na ile prawdziwy obraz rzeczywistości przekazuje stalinowska propaganda. To wówczas tworzyły się podwaliny tak charakterystycznej dla Hłaski mitologii bazy transportowej, która zapewniła mu trwałe miejsce w historii literatury. Dość częste, jak na tak krótki okres, zmiany miejsca pracy pozwoliły pisarzowi na wnikliwą obserwację nie jednego, ale wielu środowisk przedsiębiorstw transportowych funkcjonujących w Polsce pierwszej połowy lat 50. i trzeba przyznać, że ta różnorodność jest zauważalna w jego opowiadaniach. Częste i czytelne inspiracje własnymi doświadczeniami pozwalają na umieszczenie konkretnych utworów nie tylko w czasie, ale nawet w przestrzeni. Można wobec tego zaryzykować postawienie kilku hipotez odnoszących się do genezy młodzieńczych opowiadań Marka Hłaski.

Burzliwa pogoda to prawdopodobnie pierwszy dłuższy utwór napisany przez Hłaskę. Stormy weather to tytuł piosenki skomponowanej w 1933 roku przez Harolda Arlena i Teda Koehlera oraz musicalu nakręconego dziesięć lat później (reż. Andrew L. Stone), w którym tytułowy standard wykonuje Lena Horne. Trudno stwierdzić, czy Hłasko oglądał film Stone’a. Z pewnością ów temat muzyczny znany był polskiemu odbiorcy. Świadczy o tym wypis z utworu, zanotowany w dzienniku zrzez Agnieszkę Osiecką^(). Może pisarz usłyszał Stormy weather w radiu? Nie sposób tego dziś już z całą pewnością dowieść.

Skąd hipoteza, że jest to pierwsza dłuższa nowela Hłaski? Otóż wstęp-streszczenie, poprzedzający tekst główny, pojawia się jeszcze tylko w jednym utworze, Najlepszych latach naszego życia, będącym zresztą odmienną wersją Burzliwej pogody. Nigdy później nie stosuje pisarz takiej formy uzasadnienia, usprawiedliwienia czy uprawomocnienia swojej prozy. Ów wstęp stworzony został zapewne na potrzeby ewentualnego wydawcy czy pierwszego krytycznego czytelnika, być może Stefana Łosia, Bohdana Czeszki lub Igora Newerlego, i służyć miał wprowadzeniu odbiorcy w tematykę opowiadania, pełnił zatem funkcję dzisiejszego abstraktu (lub dawnego agrumentu)^(). Burzliwa pogoda rozpoczyna cykl nowel o Wandzie – tekstów, w których bohaterka, partnerka protagonisty, nosi właśnie takie imię. Do grupy tych utworów należą również Najlepsze lata naszego życia oraz Pamiętasz, Wanda. Pierwowzorem kobiecej postaci jest prawdopodobnie dziewczyna, którą poznał Hłasko we Wrocławiu w lipcu 1949 roku. Młodzi przeżyli wówczas piękne wakacje wypełnione wzajemnym zauroczeniem. Zachowało się zdjęcie z dedykacją, które przyszły pisarz podarował swojej sympatii. Ponownie spotkali się na przełomie 1951/1952 roku w Warszawie i – pomimo tego, że Wanda była mężatką i miała dziecko – ich związek trwał ponad pół roku. Nie sposób ustalić, czy relacje z kobietą tak bardzo poruszyły Hłaskę, że nosił je w sobie i opracował literacko po czterech latach, czy też tylko wykorzystał imię dziewczyny i na tym kończyła się inspiracja. Andrzej Czyżewski przypuszcza, że opowiadanie Pamiętasz, Wanda powstało w połowie 1952 roku, przed zakończeniem dłuższego romansu^(). Sądzę jednak, że było inaczej. Po pierwsze, główny bohater pracuje w WSS, gdzie Hłasko był zatrudniony od sierpnia do grudnia 1952 roku. Po drugie, w opowiadaniu pojawia się postać znanego z Wilka Henka Pękały, a drugą powieść marymoncką zaczął pisać Hłasko dopiero w połowie 1953 roku^(). Sytuowałbym więc okres pracy nad tym opowiadaniem w pierwszej połowie 1953 roku. Oznaczałoby to, że cykl opowiadań o Wandzie powstawał na przestrzeni dwóch lat, a pierwsze utwory dzielił od ostatniego tekstu rok. Poza faktami biograficznymi świadczy o tym także wyraźnie wyższy literacki poziom Pamiętasz, Wanda (choćby brak wtrąceń narratorskich i potknięć stylistycznych) oraz zachowany zapis procesu tworzenia tekstu (w archiwum pozostaje pięć redakcji tego opowiadania).

Jeśli Burzliwa pogoda i Najlepsze lata naszego życia są pierwszymi zachowanymi próbami literackimi Hłaski, to powstać mogły nie wcześniej niż w 1951 roku. Realia bazy transportowej poznał pisarz dopiero w drugiej połowie roku 1950, nie podejrzewałbym go jednak o natychmiastowe rozpoczęcie pracy twórczej. Wydaje się po prostu, że szesnastolatek wrzucony w nieznane sobie środowisko, nieprzyzwyczajony do brutalnego języka i „dorosłej” rzeczywistości, nie mógłby od razu zacząć przetwarzać ową rzeczywistość na materiał literacki. Autor po podjęciu pracy w jednym z wrocławskich przedsiębiorstw wyjechał do Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie z pewnością nie było warunków do pisania. Wobec tego tworzyć rozpoczął Hłasko prawdopodobnie dopiero w Warszawie, w mieszkaniu przy ulicy Mickiewicza, gdzie, według legendy, „poprosił matkę, aby posprzątała kuchnię, i w trzy noce napisał dwustustronicową powieść”^(). Zanim jednak napisał Sonatę marymoncką (nie w trzy noce, gdyż istnieją trzy redakcje powieści, która powstawała prawdopodobnie od wiosny roku 1952 do co najmniej lipca roku następnego)^(), stworzył wyraźnie gorsze warsztatowo i bardziej wtłoczone w socrealistyczny schemat Burzliwą pogodę i Najlepsze lata naszego życia. Pierwsze opowiadanie, choć silnie osadzone w topografii Wrocławia, nie mogło powstać na Ziemiach Odzyskanych, gdyż wymieniony w epilogu plac Dzierżyńskiego (plac Bankowy) nosił tę nazwę dopiero od maja 1951 roku. Ponadto wzmiankowany w utworze proces Burmajstra i Wysockiego odbył się 6 listopada tego samego roku. Drugie natomiast opowiadanie, będąc odmienną wersją Burzliwej pogody, napisane zostało później – trudno jednak określić kiedy.

Podsumowując, pierwsze opowiadania Marka Hłaski – Burzliwa pogoda oraz Najlepsze lata naszego życia – powstały najpewniej w drugiej połowie 1951 roku. Nie wykluczam możliwości jednoczesnej pracy pisarza nad innymi tekstami, fakty jednak pozwalają na wyznaczenie czasu ukończenia pierwszych prób literackich właśnie w tym okresie.

Chronologicznie następnym utworem Hłaski byłoby opowiadanie Siódmy człowiek, po raz kolejny podejmujące temat bazy transportowej i nawiązujące stylem raczej do pierwszych prób niż nowel zebranych później w debiutanckim tomie pisarza. Nieliczne nazwy własne (wiadukt na ulicy Bema, Rembertów) pozwalają umiejscowić akcję opowiadania w Warszawie, co z kolei wyznacza okres pracy nad tekstem na lata po przeprowadzce pisarza do stolicy. Wspomniany wiadukt znajdował się zaledwie kilometr od Spółdzielni Przewozowej Warszawskiej Spółdzielni Spożywców (ulica Sokołowska), w której Hłasko pracował od sierpnia do grudnia 1952 roku, co pozwala na wysunięcie hipotezy o bezpośredniej inspiracji autora topografią tego miejsca^(). Nietrudno przypuszczać, że pisarz dobrze znał relacje pomiędzy pracownikami autentycznej WSS, jak również miał okazję przebywać na „rekreacyjnych” łączkach w najbliższym sąsiedztwie zakładu. W świetle powyższych argumentów Siódmy człowiek nie mógł powstać wcześniej niż w drugiej połowie 1952 roku. Z drugiej strony nie wydaje się jednak, żeby powstał później niż w lipcu 1953 roku. Tę granicę wyznacza bowiem początek pracy nad Wilkiem i chwilowe odejście od tematyki bazy transportowej. A więc przyjmując, że opowiadanie Siódmy człowiek powstało pod bezpośrednim wrażeniem pracy w zaułku ulicy Sokołowskiej, to z pewnością musiało to się stać pomiędzy jesienią 1952 a wiosną 1953 roku – i taki wniosek, choć może zbyt mało precyzyjny, wydaje się najpewniejszy.

Warszawa, stolica radości oraz Ten, który nigdy nie odejdzie stanowią publicystyczne wyjątki w niniejszym tomie. Są to teksty bardzo typowe dla czasów socrealizmu. Pierwszy – jeśli wierzyć autorowi – powstał w 1952 roku, co, biorąc pod uwagę jego pełen entuzjazmu wydźwięk wobec odbudowy stolicy, jest jak najbardziej możliwe. Z całą pewnością pisarz nie podjął się jednak nad nim pracy wcześniej niż przed rozpoczęciem budowy Pałacu Kultury, w przeciwnym razie w tekście na pewno znalazłyby się odniesienia do tego monumentalnego przedsięwzięcia^(). Reportaż o Warszawie, poprzedzony notatką adresowaną do anonimowego Redaktora, nie pozostawia wątpliwości, że stworzony został po to, aby zaistnieć słowem drukowanym. Jego sztampowa, typowa, socrealistyczna forma łączy go z pierwszymi próbami literackimi uwiedzionego populistycznymi hasłami Hłaski. Warszawa, stolica radości powstała z pewnością przed 1953 rokiem, a więc w czasach, w których początkujący pisarz próbował tworzyć zgodnie z linią Partii.

Nota edytorska

Wszystkie zamieszczone w tym tomie teksty (poza opowiadaniem Całe niebo będzie dla mnie) nie były dotąd publikowane. Ich rękopisy i maszynopisy znajdują się w Dziale Rękopisów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu w teczkach o następujących numerach katalogowych: 18270/II. Marek Hłasko: Opowiadania; 18271/II. Marek Hłasko: Opowiadania różne; 18274/II. Marek Hłasko: Scenariusz filmowy; 18275/II. Marek Hłasko: Artykuły, felietony, recenzje; 18261/II. Marek Hłasko: Sonata marymoncka. Wersja I. Redakcja 3. Z powyższych zbiorów wybrano wszystkie teksty, które uznać można za skończone i autonomiczne, stanowiące osobną jednostkę lekturową. Celem niniejszej edycji jest dopełnienie spuścizny literackiej Marka Hłaski. Proces, który zaczął się ubiegłoroczną publikacją Wilka, miał poszerzyć literacki kanon pisarza i – co chyba się udało – przywrócić pamięć o nim. Autor Cmentarzy stał się w ostatnim dziesięcioleciu przede wszystkim figurą mitogenną, co spowodowało zmarginalizowanie samej twórczości. Niniejszy tom dostarcza nie tylko nowych tekstów, ale także mnóstwo informacji o samym Hłasce: jego przypuszczalnym toku myślenia, postawie wobec władzy i doktryny socrealizmu. Stanowi także dopełnienie krajowej twórczości pisarza. W Ossolineum nie ma już żadnych innych zapisków, które uznać by można za pełnoprawne utwory literackie. Pominięto szkice niedokończone i wprawki warsztatowe, które pozostają poza marginesem zainteresowań badań literackich. Ich wartości nie można poddać żadnej merytorycznej ocenie, wobec czego wydać się mogą atrakcyjne jedynie z punktu widzenia kolekcjonerskiego czy bibliofilskiego. A zatem: niniejszy tom wyczerpuje zachowaną w archiwaliach młodzieńczą twórczość Marka Hłaski.

Utwory podano na podstawie następujących materiałów:

Burzliwa pogoda

137 stron rękopisu spisanego na kartkach notesowych i zeszytowych czystych, prawdopodobnie ołówkiem. Pomiędzy słowem wstępnym a tekstem opowiadania taka notatka:

„Stormy whater”

S. W

I. Deszczowa pogoda

II. Szeroka droga

III. Najlepsze lata naszego życia.

Najlepsze lata naszego życia

52 strony rękopisu spisanego na kartkach zeszytowych czystych, prawdopodobnie ołówkiem. Opowiadanie poprzedza następujące streszczenie:

Opowieść ta jest opowieścią o losach trojga ludzi. Jerzy Scherman jest inżynierem powracającym do kraju. Jest przyzwyczajony do wygodnego, ustabilizowanego życia. Doskonale zarabiający przed wojną, mogący pozwolić sobie na każdą przyjemność, nie może zrozumieć sensu obecnej rzeczywistości, która wydaje mu się makabrą. Nie jest człowiekiem złym – chce tylko jednego – spokojnego życia. Przeraża go wysiłek i praca, jakiej od niego żądają. Chce tylko wygodnie żyć, chce mieć pieniądze, a nie chce głębiej wnikać w sens nowej rzeczywistości, jest apolityczny, zniechęcony wojną. W rezultacie załamuje się.

Zygmunt Kujawski to młody chłopak – wykolejony przez przebywanie w otoczeniu takich ludzi jak Scherman, którzy zaszczepili w nim tą nienawiść do obecnego ustroju. W rezultacie...

Stefan Kamiński, syn adwokata, kolega Kujawskiego, tak samo jak on wychowany, w pewnym momencie zrozumie swój błąd, zacznie pracować właśnie jako robotnik i tam, dzięki środowisku i opiece Partii zostanie człowiekiem.

Starałem się ukazać jego ewolucję duchową i zmiany, jakie w nim zachodzą – od maminsynka, rozwydrzonego bikiniarza, do człowieka oddanego obecnej rzeczywistości.

Tytuł pochodzi od wydawcy. Zdecydowałem się na jego nadanie, gdyż fraza „najlepsze lata naszego życia” wielokrotnie pojawia się tak w Burzliwej pogodzie, jak i w powyższym utworze, ponadto tak nazwana miała zostać jedna z części Burzliwej pogody, jak wynika z zachowanego w zapiskach planu początkowego. Poza tym tak brzmiał pierwotny tytuł opowiadania Wielki strach, co oznacza, że termin ten miał jakieś znaczenie dla Hłaski.

Siódmy człowiek

9 stron rękopisu spisanego na kartkach zeszytowych czystych, długopisem.

Warszawa, stolica radości

6 stron rękopisu i adnotacja do redakcji na dołączonej karteczce, spisane na kartkach zeszytowych czystych, długopisem.

Ten, który nigdy nie odejdzie

1 strona rękopisu papieru przebitkowego spisana piórem i 2 strony maszynopisu z przepisaną dokładnie treścią rękopisu.

Całe niebo będzie dla mnie

16 stron maszynopisu z odręcznymi adnotacjami naniesionymi prawdopodobnie piórem. Ponieważ tekst pochodzi z trzeciej redakcji Wilka, znajdującej się w teczce o błędnej nazwie „Sonata marymoncka”, zestawiłem maszynopis powieści z maszynopisem przepisanego opowiadania, by uwydatnić zmiany, jakie wprowadził Hłasko. Maszynopis opowiadania oznaczyłem jako A, powieści zaś jako B. Nawiasy kwadratowe zawierają odręczne dopiski autora:

s. 1, w. 1 A: wieczora, B: wieczoru, w. 4 A: ; B: brak, w. 11 A: smutny bandzior Loluszka, B: Loluszka smutny bandzior, w. 12–14 A: gnić będzie za życia, oszaleje lub spodli się: myśl ta ciągle powracała do niego niby głodny pies do ręki, marnie przytłaczając do ziemi, B: zgnić będzie musiał za żywota, oszaleć lub spodlić się; ta myśl ciągle powracała jak wariacka piosenka Zieleńszczaka, wyszczerzała się mordą zza każdego opłotka, na nic do ziemi przytłaczając., w. 15 A: brnąc ślepą nocą; B: ślepą brnąc nocką, w. 16 A: jakaś droga, B: ta droga, w. 18 A: był to bowiem już koniec grudnia, mróz, B: był to już koniec grudnia, coraz zimniej i głodniej, w. 19–20 A: za smutną radą Stolarczyka, B: przypadkiem, w. 24 A: który co , B: co i raz, w. 26 A: dobrze pijany – w mętnej twarzy radośnie świeciły bure oczka, B: Był już dobrze pijany, z twarzą całkiem mętną., w. 27–29 A: Nie jest zły (...) kradł i dźgał nożem, B: brak, w. 30–31 A: Pusto już było, wigilja, Lewandowskiemu przypomniało się, że ludzie, B: Pusto już, wigilja przecież, ludzie, w. 32 A: Lewandowski liczył , B: Rysiek liczył najwięcej, w. 33–34 A: udawał, że pilnie czyta, niepewnie zerkając na policjanta, B: niby to pilnie czytając, i niepewnie zerkał na policjanta, w. 34–35 A: Nabierał otuchy, ponieważ krok tamtego stawał się coraz bardziej wesoły, B: brak,

Najlepsze lata naszego życia

Burzliwa pogoda

(Nazwałem tę opowieść Burzliwa pogoda, dlatego iż akcja jej rozgrywa się w tych najtrudniejszych dniach dla naszej młodzieży, w początkach planu sześcioletniego^(). Kiedy to jeszcze obce wpływy, lansujące bikiniarstwo, lenistwo, alkohol, przenikały do kół naszej młodzieży. Nie wszyscy umieli odsunąć się na czas i znaleźć inną drogę. Ci, którzy wybrali tę drogę z mgły, maszerują dziś ku lepszej, jasnej przyszłości, budują nowe domy, fabryki, uczą się, pracują^(). Znają radość życia i wierzą w lepsze jutro. Ci, którzy zostali we mgle, poza nawiasem, czują dziś gorycz porażki. Takie były losy grupy bohaterów, którzy tutaj występują. Wszystkie postacie są autentyczne, tylko imiona zostały zmienione. Prawdziwe imiona mają tylko główni bohaterowie. Konflikt psychologiczny Marka może się wydać śmieszny i nieżyciowy. Ale najlepiej tu widać walkę dwóch ścierających się wpływów: dobrego i złego, dlatego iż bohater jest człowiekiem słabej woli i bez charakteru. Droga, którą wybrał, prowadzi go do szczęśliwego życia. Jednak opowieść ta ma ukazać, jaką walkę człowiek musi stoczyć, jeśli naprawdę chce stać się godnym członkiem społeczeństwa socjalistycznego. Druga postać, Wanda, pomimo pozornego spokoju i ustabilizowania się, jednocześnie ze wzlotem sama bezustannie stacza się w dół. Oboje bohaterowie wywodzą się ze środowiska inteligencji. Ważne jest tutaj ukazanie, w jaki sposób środowisko zmienia człowieka: jego charakter, dążenia i ideały. Marek, tak samo wyrosły ze środowiska drobnomieszczańskiego, dzięki pomocy kolegów i organizacji zrozumiał swoje błędy i stał się człowiekiem. Inne drugoplanowe postacie przechodzą tę samą ewolucję i mając do wyboru dwie drogi, wybierają jedną lub drugą. Jednak Marek i Wanda są najplastyczniejszymi postaciami i dlatego losy ich są ukazane na pierwszym planie).

I

Zdjął z wieszaka wytartą kanadyjkę. Odbicie własnej sylwetki w lustrze nie sprawiło mu przyjemności. Krępa postać w podniszczonej kanadyjce, pogniecionych spodniach i powykrzywianych butach patrzała na niego z pogardą. Podniósł kołnierz i wyszedł na ulicę.

„Przeklęty deszcz”– mruknął. „Ani gdzieś wyjść, ani nic – diabli wiedzą, co robić”.

Bo, prawdę powiedziawszy, Zygmunt Kujawski nie robił kompletnie nic. Szkołę rzucił, mając czternaście lat. Próbował potem pracować, uczyć się. Przez jakiś czas znowu chodził do szkoły, ale jego bezprzykładne lenistwo i tu wzięło górę. Od tego czasu mieszkał u swego wuja, który go utrzymywał. Całe dnie spędzał, leżąc na tapczanie, słuchając radia albo włócząc się za dziewczętami po parkach. Z tymi też nie wiodło mu się dobrze. Zdawał sobie sprawę z tego, że żadna uczciwa dziewczyna nie będzie chciała gadać z takim leniem i wałkoniem. Gorzkie doświadczenie z Zosią potwierdziło to w zupełności, co reprezentował sobą, pomimo swych dziewiętnastu lat – bo wolał o tym nie myśleć. Jakoś to będzie. Wierzył ciągle w swoją szczęśliwą gwiazdę. Otulił się szczelniej. Deszcz zawiał i smagał po twarzy ostrymi zimnymi kroplami. Cała ulica Paderewskiego była zasnuta mgłą^(). Przeszedł na prawą stronę i nagle zderzył się z jakąś drugą postacią, która tak samo jak on szła z głową wtuloną w ramiona i wzrokiem wbitym w ziemię. Odskoczyli od siebie.

– Przepraszam – warknął Zygmunt.

– Nie szkodzi. – Światło latarni oświetliło na chwilę twarz mówiącego.

– Marek!

– Zygmunt!

– Co robisz, przyjechałeś z Warszawy?

– Tak – powiedział Marek. – Szedłem właśnie do ciebie. Co słychać?

Zygmunt wykonał pełen zrezygnowania ruch ręką.

– To co zawsze. Stara bida.

Marek roześmiał się, ukazując rząd równych, białych zębów.

–U mnie trochę gorzej. Wywalili mnie ze szkoły.

– Nie wygłupiaj się.

– Naprawdę.

„Przynajmniej nie ja sam” – pomyślał ze złośliwą satysfakcją Zygmunt.

– Ale chodźmy, co będziemy tu stać. Kupimy tylko fajek.

Doszli do kiosku. Zygmunt wysupłał z kieszeni drobniaki.

– Paczkę mocnych.

– No, to wracamy – powiedział Zygmunt.

Szli teraz w milczeniu obok siebie. Zygmunt kątem oka obserwował Marka.

Marek był rówieśnikiem Zygmunta. Był to wysoki szczupły blondynek o okrągłej, dziecinnej twarzy. Był ładny, ale jakąś dziewczęcą urodą. Z Zygmuntem znali się od dzieci. Prawie w jednym czasie przyjechali do Wrocławia. Obaj byli warszawiakami. Poznali się gdzieś na jakichś uroczystych imieninach u któregoś ze wspólnych znajomych. Nudna rozmowa przy stole zbliżyła ich do siebie. Wujek literat, który był opiekunem Zygmunta, zapoznał ich ze sobą. Znajomość zadzierzgnęła się szybko. Zygmunt, bardziej wyrobiony życiowo, pewny siebie, zawsze imponował Markowi.

Przyjaźń ta ^() dawała jednak dobrych plonów. Wspólne wycieczki do kina i na wagary, których inicjatorem był Zygmunt, wzięły górę.

Zygmunt był miłośnikiem piłki nożnej i całe dnie spędzał na Stadionie Olimpijskim, trenując zawzięcie. Marek urządzał długie samotne wycieczki za miasto na rowerze. To wszystko się smutno skończyło dla obu. Zygmunt rzucił zupełnie szkołę, a Marek wyleciał ze szkoły. Doszło do tego, że opiekunowie obu zaczęli patrzeć krzywym okiem na tę przyjaźń. Wtedy Marek wyjechał do Warszawy, gdzie miał się dalej uczyć.

Doszli do domu. Zygmunt wyjął klucz.

– Wchodź.

Marek rozejrzał się po mieszkaniu.

– U ciebie nic się nie zmieniło. Tak jak dawniej, wszystko po staremu, co?

Zdjął mokrą jesionkę i powiesił na wieszaku. Z impetem usiadł na wygodnym fotelu. Zygmunt zasiadł z drugiej strony. Położył paczkę mocnych na stole.

– Uf – odsapnął. – Opowiadaj teraz.

Marek roześmiał się.

– Co tu jest do opowiadania – wywalili mnie na zbity łeb i koniec.

– Za co?

– A, rozumiesz, to były imieniny. Tadka, 28 października. Tadków jest jak psów. Ja sam mam na drugie imię Tadeusz. Chłopaki podostawali jak raz stypendium, no i wiesz. W cug. Popiliśmy strasznie, pół bursy pijane jak drobiazgi. Chłopaki zaczęli rozrabiać. Pobudzili całe kierownictwo. Na drugi dzień wszystko się wydało. No i koniec. Wywalili ze szkoły i z bursy. Cholera wie, co teraz będzie.

– No i co myślisz teraz robić? – spytał Zygmunt.

– No przecież nie powieszę się, jak Boga kocham. Trudno. Nastaw radio.

Zygmunt przekręcił włącznik. Warszawa nadawała koncert chopinowski. Marek skrzywił się niechętnie.

– Nastaw na coś konkretnego.

Zygmunt przekręcił skalę. Z gamy świstów i trzasków wypłynęła słodka i rytmiczna melodia jazzu. Obojgu rozjaśniły się twarze. Płytki i zdarty jak podeszwa głos śpiewał starego slow-foksa Stormy weather^().

– Ci to mają życie – powiedział Zygmunt. – Nie to, co my.

– Ee – tak myślisz. Jazz to jeszcze nie wszystko.

– Wszystko, nie wszystko, ale w ogóle tamten styl życia. Kobiety. To wszystko się wiąże. No, powiedz sam, jakie ja mam życie. Ja po prostu nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Chciałbym czegoś lepszego, pobawić się, popodróżować, a tu co. Tylko rób i rób.

Marek nic nie odpowiedział, tylko wyszedł do przedpokoju i wrócił za chwilę, trzymając półlitrówkę wódki.

– Nie martw się, Zygmunt. Wszystko będzie dobrze. Nie zginiemy. Daj kieliszki.

Zygmunt przyniósł kieliszki. Marek rozlał.

– No, aby nam się – powiedział.

Wypili.

– No, a co u ciebie słychać, Zygmuś?

– No co, miałem pracować. Wujek mi wyszukał robotę, ale jakoś to się wszystko rozpłynęło po kościach. Do budy też nie chodzę.

– A co stary na to? – zapytał Marek.

Starym nazywany był wujek Zygmunta. Zygmunt napsuł mu wiele krwi. Stary i schorowany człowiek, jakim był pan Stanisław, ciągle łudził się, iż wykieruje Zygmunta na ludzi. Bezustanne kawały, jakie robił mu Zygmunt, nie martwiły go.

„Młody chłopak – mawiał – musi się wyszumieć. Ale będą z niego ludzie”.

Z czasem jednak ta wiara załamała się. Zygmunt ciągle obiecywał, podejmował nowe próby, które zawsze kończyły się fiaskiem.

– No co stary – szuka dla mnie nowej szkoły. Ja już też nie wiem, co mam robić.

–A co słychać z Zosią?

Marek pamiętał dobrze miłą, jasnowłosą dziewczynę, z którą chodził Zygmunt. Była to dobra dziewczyna, która myślała, że będzie umiała zachęcić Zygmunta do dalszej nauki. Zygmunt wtedy przecierpiał swoją pierwszą wielką miłość.

–A co tam Zosia – powiedział niechętnie. – Lepiej mi wcale nie wspominaj. Teraz mam kobitę. Cudowna dziewczyna.

Wyjął portfel, pogrzebał wśród zdjęć, wyjął jedno i podał Markowi. Ze zdjęcia spoglądała młoda dziewczyna o jasnych zburzonych włosach, prostym nosku lekko zadartym do góry i ślicznych ustach i zębach. W policzkach miała dwa czarujące dołeczki. Cała wyglądała jak okaz radości i siły. Dziwny typ takiej promiennej urody. Marek pomyślał, nie wiadomo dlaczego, że tak musi wyglądać wiosna. Taka szczęśliwa, radosna, pachnąca wiosna.

„Wiosenka” – powiedział w duchu.

– Jak się nazywa? – zapytał.

Zygmunt przez cały czas obserwował Marka. Ciekaw był, jakie wrażenie wywrze na Marku zdjęcie. Marek nie był bynajmniej znawcą kobiet, a nawet koledzy podśmiewali się z jego dziewiczości, ale to właśnie mogło być miarodajne.

– Wanda – powiedział.

– Wanda – powtórzył Marek. – Ładne imię. Ale co to – procenty uciekają. – Ujął butelkę w rękę i nalał w kieliszki. – No – powiedział, wykrzywiając usta w grymas mający oznaczać ironię. – Za twoje szlachetne uczucie.

Zygmunt poczuł się dotknięty.

– Nie wierzysz mi?

– Dlaczego ci mam nie wierzyć? To bardzo ładna dziewczyna. Nawet śliczna. Nie wiem, jaka jest naprawdę, ale na zdjęciu taka. – Tu zgiął rękę w łokciu gestem oznaczającym, że w dechę.

Zygmuntowi rozjaśniła się twarz.

– Zobaczysz, pokażę ci ją. Na medal.

Wypili.

Po paru kieliszkach Zygmuntowi poczerwieniała twarz i oczy zaczęły się szklić nienaturalnym blaskiem.

– Żebyś wiedział, jaka to jest dziewczyna – mówił. – Boże kochany. Mówię ci, wystarczy tylko spojrzeć na nią. Wesoła, koleżeńska, śliczna – no sam nie wiem, jak mam ci powiedzieć. Zresztą zapoznam cię, to sam zobaczysz. Jakie cudowne usta. Mówię ci, za jedną noc z tą dziewczyną oddałbym, nie wiem ile. Milion, dwa.

Markowi nagle zrobiło się przykro. „Czego ten bydlak zaraz mi mówi o nocy” – pomyślał. „Co on sobie wyobraża? Że nie można inaczej?” Zaraz sobie wyobraził, jak by to było cudownie mieć taką dziewczynę, razem się uczyć, pracować, jeździć na wycieczki, dzielić z nią każde swoje zmartwienie i radość. A tu masz, zaraz noc.

A Zygmunt gadał i gadał. Rozwodził się nad szczegółami urody swej ukochanej, z detalami. Marek wyczuł w jego głosie jakąś fałszywą nutę, ale sam nie wiedział dlaczego. Przerwał mu nagle.

– Słuchaj, Zygmunt, a co z chłopakami słychać?

Zygmunt wyrwany nagle ze świata swych marzeń spojrzał niechętnie na Marka.

– No co. Janek się uczy. Rysiek też. Rysiek oprócz tego pracuje. No i tak jakoś leci.

Marek pomyślał sobie, że i on nie może się tak wałęsać bez celu. Przypomniał sobie zapłakane oczy matki i gniewnie ściśnięte usta ojca. Chociaż mu nie robili żadnych wymówek, to jednak Marek wiedział, że to milczenie jest dużo gorsze od awantur. Tyle razy obiecywał, że będzie się solidnie uczył, i też nigdy nie umiał dotrzymać słowa. „Nie – pomyślał – teraz to trzeba się solidnie wziąć”.

Zygmunt drzemał na fotelu. Marek spojrzał na jego śniadą twarz i wpółotwarte usta. Pomyślał sobie, że on pewnie teraz myśli o tamtej dziewczynie. I nagle zapragnął walnąć go w twarz. Tak z całej siły, z rozmachem. „Łobuz” – pomyślał.

– Zygmunt, śpisz? – Zygmunt poderwał się.

– Nie, nie, tylko tak usnąłem.

Speaker zapowiadał teraz po angielsku boogie-woogie. Marek nie raz widział ten taniec i wydawał mu się kretyński: czerwone i spocone twarze tańczących w zadymionej sali wydały mu się wstrętne. „Kiss my little hooney, baby” – ryczał teraz ochrypły głos w odbiorniku. „I love you. I blet shocking carring”^(). Marek wyłączył radio. Zygmunt spojrzał zdziwiony.

– Co się stało?

– Nic, idę już. Jutro wpadnę do ciebie. Będziesz w domu?

– Tak.

– No, to cześć.

Będąc już na schodach, Marek usłyszał znowu ryk saksofonu. Wzruszył ramionami. Na ulicy odetchnął świeżym powietrzem. „Cholera z tym całym Zygmuntem” – myślał. „I ta wódka też była potrzebna!” Nie lubił wódki. Pili czasami z innymi kolegami, ale raczej tak dla fantazji. Marek wiedział, że źle robi, ale przecież powiedzieć im to, to było nie do pomyślenia. Koledzy mają przecież swoje argumenty. „Co, łamiesz się?” O nie, Marek się nigdy nie łamał. Wszystko, tylko nie to. Wsiadł do dziewiątki. Wjeżdżając na most Grunwaldzki, spojrzał na światła odbijające się w Odrze i poczuł jakiś dziwny przypływ radości^(). Przecież życie jest piękne. Tylko trzeba umieć żyć. Ci ludzie, którzy budowali ten most w 1945 roku, też musieli wierzyć, że robią to dla kogoś^(). Przypomniał sobie Warszawę. Jak tam teraz robota leci. Muranów, Mirów, Młynów, Trasa W-Z^(). Ni stąd, ni zowąd zaśmiał się radośnie, aż pasażerowie spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Starszy gość o twarzy śledziennika wzruszył ramionami i puknął w czoło znaczącym ruchem^().

– Wariat czy co?

Marek spojrzał na niego z pogardą i wyskoczył. Spojrzał na zegarek: „Jedenasta – późno już, co w domu powiedzą”.

II

Praca w dużym przedsiębiorstwie budowlanym, w którym pracowała Wanda Drzewiecka, rozpoczynała się o siódmej. Ale Wanda lubiła przychodzić zawsze trochę wcześniej. Szoferzy i ładowacze zaczynali pracować wcześniej. Przyjemnie było postać na podwórku i popatrzeć na pracę tych silnych ludzi. Szoferzy krzątali się koło swoich wozów. Tu pomocnik nalewał wiadro wody do chłodnicy; tu znowu z zawziętością kręcił korbą wozu, który nie chciał zapalić ze startem. Zniecierpliwiona twarz szofera wyglądająca z kabiny mówiła, iż trzeba spieszyć. Wszędzie ruch i praca. Niedaleko od Wandy stał wysoki ciemny mężczyzna w samodziałowej marynarce. Jego opalona twarz z bruzdami biegnącymi od nosa do kącików ust, o wyrazistych rysach i ostrym spojrzeniu oczu, przyciągała uwagę. Ciemne, gładkie włosy tworzyły jakby hełm. Wanda wiedziała, iż nieznajomy nazywa się inżynier Davidson i że jest nowym dyrektorem technicznym. Nieznajomy pociągał jej wyobraźnię. „Tak chyba musi wyglądać jakiś książę lub hrabia” – pomyślała. „Jeszcze to dziwne nazwisko – Davidson. Amerykanin jakiś czy co?”

W tej chwili kierowca jakiegoś studebakera, którego silnik nie chciał zaskoczyć, zaklął. Davidson krzyknął ostro:

– Nie widzicie, że tu jest kobieta, czy co? Spokój! – „Hołota” – mruknął pod nosem. – Przepraszam panią za nich – powiedział, podchodząc do Wandy – ale sama pani rozumie, że to hołota. Ale my się jeszcze nie znamy – powiedział, wyciągając do niej rękę. – Davidson.

Wanda podała mu rękę. Przetrzymał tę rękę nieco dłużej w swej mocnej, opalonej dłoni, dotąd, dopóki twarz dziewczyny nie pokryła się lekkim rumieńcem.

„Ładna jest ta mała” – pomyślał.

A Davidson był doświadczonym człowiekiem. Długie lata spędził za granicą. Wrócił, myśląc, iż będzie mógł robić kokosy. Jego zawód inżyniera budowlanego, jak mu się zdawało, zapewniał mu to. Oczyma wyobraźni widział siebie siedzącego w warszawskiej Adrii i ubijającego grube interesy^(). Rzeczywistość okazała się inna. Jako architekt mógł sobie zarabiać, ale państwo żądało solidnej pracy. A to się w pojęciu Davidsona nie opłacało. Bo po co. I tak, i tak się zmieni. Co prawda nawet wiadomości, które podawało BBC, nie były pocieszające, ale Jerzy wierzył, że tak dalej być nie może.

Wanda obserwowała go w milczeniu. Bardzo jej się podobał ten wysoki, silny mężczyzna. Jego ogorzała twarz i mocne brązowe dłonie. W myśli porównywała go z Władkiem.

Władek był młodym technikiem, pracował razem z nią. Wysoki, szczupły blondyn, zawsze wesoły, tracił humor, gdy tylko byli razem i stawał się jakiś milczący i zamyślony. Władek koniecznie chciał się z nią ożenić, ale Wanda nawet nie myślała o nim. Uważała, że dzięki swojej urodzie znajdzie sobie innego męża. Patrząc na Davidsona, myślała, iż to porównanie wypadło stanowczo na jego korzyść.

Do Jerzego też już doszły wieści o przystojnej telefonistce. Postanowił się nią zainteresować. Był sam, z żoną rozszedł się kilka lat temu, a Wrocław wydawał mu się diabelnie nudnym miastem. Teraz nadarzała się okazja. Wiedział, że podoba się kobietom. To, że Wanda miała osiemnaście lat, a on prawie czterdzieści, nie stanowiło w jego pojęciu żadnej przeszkody.

– Pani pracuje tutaj? – powiedział, chociaż wiedział doskonale, co robi. – O, pani wybaczy –powiedział, dostrzegłszy na jej twarzy wyraz zakłopotania – ale pracuję dopiero kilka dni i nie znam jeszcze wszystkich. Nigdy nie przypuszczałem – dodał z uśmiechem – że pracują tutaj takie piękne niewiasty jak pani.

Wanda zaczerwieniła się.

– Przepraszam, ale już naprawdę muszę iść, bo zaraz zaczną dzwonić.

– To nic, jeszcze się spotkamy – powiedział Davidson. – No, na razie.

Wanda weszła do swojej centralki. Z rozpaczą pomyślała o tym, że znów musi siedzieć tu osiem godzin wśród bezustannych dzwonków i terkotania. Zbrzydła jej już ta praca telefonistki. Bezustanne pretensje, jakie mieli zgłaszający się rozmówcy, doprowadziły ją do rozpaczy. A teraz jeszcze ten Władek, który nawet nie dawał jej z nikim porozmawiać. Wanda była w gruncie rzeczy dobrą dziewczyną. Bardzo ładna i miła, psuta przez rodziców i otoczenie, doszła jednak do tego, iż wytworzył się u niej ten lekceważący stosunek do życia, którego hasłem jest: „jakoś to będzie”. Wierzyła, iż dzięki swej urodzie zrobi karierę. Mężczyźni, których znała, wmawiali to ciągle w nią. „Na przykład taki Davidson” – myślała. „Przystojny, zamożny, to był dopiero mąż. Nie to co Władek”. Wydał się jej w tej chwili śmieszny, ze swoimi wykresami i harmonogramami. Praca sprawiała mu największą przyjemność. Aż mienił się na twarzy, jak mówił o swej pracy, która według niego była najciekawsza i najważniejsza. Właśnie w tej chwili siedział nad harmonogramem robót budowy dwudziestej drugiej i myślał, czy brygada ciesielska Maczkowskiego zdąży wykonać na czas swój plan. Władek był poważnym chłopakiem i myślał o przyszłości. Wyobrażał sobie, jak by to było cudownie razem z Wandą uczyć się i pracować. Widział w myśli małe mieszkanko gdzieś w Warszawie, takie pełne słońca i zieleni, a w nim Wandę i siebie. Razem wychodzić do pracy, razem się uczyć. Ach, ta nauka – Władek koniecznie chciał uczyć się dalej. Był synem stolarza i pamiętał dobrze lata głodu i walki. Pamiętał wychudzoną twarz ojca, który nie mógł znaleźć pracy, i niemo pytającą twarz matki, gdy ojciec wracał do domu po bezowocnej włóczędze po pośredniakach^(). Teraz było inaczej. Władek pracował i uczył się. Tylko znowu Wanda. Ona to wszystko traktowała tak lekko. Niby chodziła do szkoły, ale Władek wiedział, że robi to tylko dlatego, aby zabić czas po pracy.

Tak było naprawdę. Władek miał dwadzieścia dwa lata i chciał dla niej jak najlepiej. Mężczyzna w jego pojęciu musiał być opiekunem kobiety, jej podporą, i powinien umieć nią pokierować. A Wandą nie można było pokierować. Nie znała i nie rozumiała istotnych wartości ludzkich. W jej pojęciu mężczyzna musiał być taki, jak na przykład ten amant z filmu Cygańska miłość, zaraz, jak on się nazywał. Takie dziwne imię. O, Stewart Graine^(). To był jej typ stuprocentowego mężczyzny. Ale ten nowy inżynier to też był przystojny. Nawet bardzo. Na pewno musiał świetnie tańczyć. Wanda myślała, jak by to było przyjemnie pójść z nim do Polonii albo do Monopolu^(). Sala pełna przyćmionych świateł, orkiestra, oboje wytwornie ubrani, tańczą jakieś cudowne tango.

Świat jej marzeń był prosty i skrystalizowany. Chciała mieć tylko bogatego męża i musiał być oczywiście przystojny, mieć ładne mieszkanie, elegancko się ubierać, bawić się i nic nie robić. Nie rozumiała, jak można być szczęśliwym, mając na przykład skromne ubranie i przeciętny zarobek. Jak Władek. Już taki Zygmunt to co innego. Ten chociaż nic nie robił, ale umiał stworzyć pozory nieprzeciętnego chłopaka. Stanął jej przed oczami, smagły, z pretensjonalnie uczesaną czupryną, śpiewający angielskie przeboje. To już było coś. Z pojęciem Ameryki kojarzyła luksusowe toalety, dansingi i wspaniałe samochody. W to, co pisały gazety, nie wierzyła. Bezrobocie w Ameryce. To niemożliwe. Uważała to wszystko za propagandę.

Rozmyślanie jej przerwał dzwonek telefonu. Zanim zdążyła powiedzieć sakramentalne „Zjednoczenie Budowlane”, głos w słuchawce przerwał jej.

– Tu Zygmunt, Wanda, masz dzisiaj chwileczkę?

–O której?

–O piątej, koło PDT-u^(), dobrze?

Wanda zastanowiła się chwilkę.

– No dobrze, tylko żebyś się nie spóźnił.

– Na pewno.

– No, pa.

mniej..

BESTSELLERY