Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Nasza część nocy - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
19 maja 2021
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
44,99

Nasza część nocy - ebook

Uzbrojeni po zęby żołnierze, strzeżone drogi i unoszące się w powietrzu napięcie – to Argentyna pod rządami wojskowej junty. Ojciec z synem zamierzają przeprawić się z Buenos Aires do północnej granicy kraju z Brazylią. Matka Gaspara, bo tak ma na imię chłopiec, zginęła w tajemniczych okolicznościach.

Ojciec jest zdeterminowany, by uratować chłopca przed jego przeznaczeniem. Gaspar ma bowiem zostać medium na usługach Bractwa – tajnego stowarzyszenia, które przy pomocy zakazanych i niebezpiecznych rytuałów kontaktuje się z Ciemnością. By zyskać nieśmiertelność, członkowie Bractwa, rządzonego przez krewnych matki Gaspara, nie cofną się przed niczym. Ich starania sięgają setki lat wstecz, odkąd wieść o Ciemności przewędrowała z Afryki, przez Anglię, do Argentyny.

Enriquez czerpie garściami z historii swojego kraju i dawno zapomnianych wierzeń, tworząc niepokojącą, lecz olśniewającą powieść. Nasza część nocy to kolejny dowód na to, że autorka jest jednym z najważniejszych głosów w literaturze latynoamerykańskiej.

  • Premio de la Crítica 2019
  • Zdobywczyni Premio Herralde 2019

Utalentowana pisarka. W jej dziełach skażone rzeki, zepsute ulice, zgniłe mięso i zabite dzieci dogłębnie oddają horror znanych motywów. Swoje opowiadania osadza w atmosferze prawdy, nadając im mrocznego i poetycko opisowego tonu.

Patti Smith

Czytanie Enriquez to trudne, ekscytujące doświadczenie. Jej historie nie są kojące. Jest mistrzynią makabry, która nie odwołuje się do tanich emocji, ale każdy najmniejszy szczegół mroku ma swój powód, a każda jej opowieść zawiera ładunek polityczny.

Anne Meadows „Granta”

Horror, który rygorystycznie, wprost i z ogromnym entuzjazmem trzyma się zasad gatunku.

„El Cutural”

Najambitniejsza powieść autorki łączy opowieść grozy, w której pojawia się okrutne bóstwo, z krytyką argentyńskiej dyktatury i jej miejsc kaźni. Na długo zostaje z czytelnikiem.

„El Imparcial”

Ta powieść to saga, podróż przez krajobrazy z najgorszych koszmarach. Kontynuuje tradycję „wielkich latynoamerykańskich powieści” – utworów bardzo różnych, ale tak samo ambitnych i równie oszałamiających, jak Gra w klasy (…), Sto lat samotności czy 2666.

Juan Pablo Villalobos

Mariana Enriquez – argentyńska pisarka i dziennikarka. Urodzona w Buenos Aires w 1973 roku uznawana jest za jedną z najważniejszych latynoamerykańskich autorek. Debiutowała jako nastolatka w 1995 roku. Jej opowiadania ukazywały się w antologiach i czasopismach na całym świecie. Wydany w 2016 roku tom opowiadań To, co znaleźliśmy w ogniu wdarł się na listy bestsellerów w Argentynie i Hiszpanii. Od tamtej pory został przetłumaczony na trzydzieści języków. Nasza część nocy to najbardziej wyczekiwana powieść pisarki.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-937-4
Rozmiar pliku: 3,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SZPONY ŻYWEGO BOGA

sty­czeń 1981

_Uwa­żam, że nie­śmier­tel­ność tra­cimy dla­tego, iż instynkt samo­za­cho­waw­czy nie postą­pił w swej ewo­lu­cji; roz­wój badań wska­zy­wałby na pierw­szą zasad­ni­czą myśl: utrzy­mać całe ciało przy życiu. Nale­ża­łoby tylko szu­kać spo­sobu utrwa­le­nia wszyst­kiego, co wiąże się z zacho­wa­niem świa­do­mo­ści._

Adolfo Bioy Casa­res, _Wyna­la­zek Morela_ (przeł. Andrzej Nowak)

_I cried, ‘Come out of the sha­dow, king of the nails of gold!’_

W.B. Yeats, _The Wan­de­rings of Oisin_Brad­ford klę­czy w ocze­ki­wa­niu, ponie­waż wie, że to nastąpi tej nocy, myśli, że wszystko przy­po­mina te durne histo­rie o minu­tach poprze­dza­ją­cych śmierć; nawet jego pacjenci, ci inte­li­gentni i ci mniej – gdyż wszy­scy w obli­czu śmierci głu­pieją – nie­raz mu opo­wia­dali: obrazy prze­su­wają mi się przed oczami, widzę całe swoje życie. Cho­ciaż ono nie jest wła­ści­wie moje, myśli Brad­ford, to moje życie z nim, bo to, co było przed­tem, mimo że nie jest pozba­wione sensu, nie ma już zna­cze­nia. Wie, że to nastąpi tej nocy, czuje to w miej­scu, gdzie bra­kuje mu pal­ców, palce nie­obecne, które Ciem­ność pożarła dawno temu, wzy­wają te obecne i tej nocy Ciem­ność jaśnieje; jak to wytłu­ma­czyć komuś, kto ni­gdy nie widział takiej jaśnie­ją­cej ciem­no­ści, ema­nu­ją­cej z owego chłopca, który teraz jest męż­czy­zną, i jest ogromny i blady, i ze spusz­czoną głową otwiera ramiona; niech­by w ostat­niej chwili ją pod­niósł. Zanim wnik­nie w Ciem­ność, Brad­ford chce spoj­rzeć w jego żółte oczy, a teraz palą go bli­zny, które zosta­wił mu na brzu­chu; kiedy zbli­żyły się do niego te pazury, szpony, paznok­cie, uwie­rzył. Potem ni­gdy nie jest łatwo ich sobie przy­po­mnieć, czarne i zaostrzone palce nie wyglą­dają jak ludz­kie ani zwie­rzęce, raczej jak jakieś narzę­dzie mecha­niczne, pro­teza, ele­ment prze­bra­nia; jego ręce roz­szar­pały mu brzuch, a on spo­dzie­wał się widoku sza­rych wnętrz­no­ści roz­wle­czo­nych po łące w upalną noc, ale nie, rany pul­so­wały i nie eks­plo­do­wały, i nie otwie­rały się, i nie otwo­rzyły, a kiedy chło­piec, który już był męż­czy­zną, zaskle­pił je, zro­bił to czy­stym zim­nem. I cho­ciaż teraz Brad­ford jest nagi, nie widzi swo­ich blizn, ale je czuje, zimne i pło­nące, lód, który pali, wszystko to przy­wo­łuje Ciem­ność, to nastąpi tej nocy, obyś mi pozwo­lił spoj­rzeć ci w oczy, Juanie, ten ostatni raz.

Pierw­szy raz oczy chłopca były pod­krą­żone, jak teraz, jak zawsze. Brad­ford skoń­czył wła­śnie spe­cja­li­za­cję z chi­rur­gii naczy­nio­wej i dołą­czył do naj­bar­dziej pre­sti­żo­wego zespołu w kraju, w Szpi­talu Wło­skim. Był rok 1957, kiedy przy­wie­ziono mu tego chłopca, pacjenta innego szpi­tala, który nie mógł już dłu­żej zaj­mo­wać się jego lecze­niem. Miał pięć lat i Brad­ford posta­no­wił nie cze­kać z ope­ra­cją. To miał być jego pierw­szy zabieg wro­dzo­nej wady serca – tetra­lo­gii Fal­lota. Od początku dzie­ciak nie dawał o sobie zapo­mnieć: umie­rał, a mimo to patrzył na niego wyzy­wa­jąco i wynio­śle, cho­ciaż jego rodzice – para tępych emi­gran­tów z Europy Pół­noc­nej, któ­rzy gdyby nie ich przy­gar­bie­nie i słu­żal­czość, wyglą­da­liby jak wcie­le­nie Thora i Frei, płacz­li­wie powta­rza­jący, że bie­dac­two, że ich nie stać, że umrze, dok­to­rze, że moja sio­stra też cho­ro­wała na serce (o, jakże Brad­ford nie­na­wi­dził takiego pro­stac­twa) – byli parą wie­śnia­ków zasłu­gu­ją­cych na upo­ko­rze­nie. A ich syn nie. Miał nie­bie­skawą skórę, wargi barwy fio­letu, już nie mógł cho­dzić. Nawet nie dostrze­gał uni­że­nia rodzi­ców i wyda­wał się kon­cen­tro­wać na oddy­cha­niu, na życiu, z mocą, którą Brad­ford uznał za mon­stru­alną i która dodała mu odwagi, aby zope­ro­wać chłopca z wyko­rzy­sta­niem naj­bar­dziej – dla pacjen­tów i leka­rzy – zaawan­so­wa­nych metod tam­tych cza­sów. Powta­rza je teraz na klęcz­kach, a tym­cza­sem Ciem­ność roz­ciąga się nad jego głową, ostat­nim razem też tak było, Ciem­ność, która ogar­niała niebo, a podobno jej wła­dza jest coraz mniej­sza? Nie czuje się tego tej nocy, w tym nie­zno­śnym upale. Brad­ford wspo­mina i czeka: cię­cie poziome od mostka pod pachę do trze­ciej prze­strzeni mię­dzy­że­bro­wej, roz­dzie­le­nie dru­giej i trze­ciej chrząstki, wej­ście do jamy opłuc­nej, lewe płuco wyglą­da­jące nor­mal­nie, i nagle Brad­ford prze­rwał swoje wspo­mnie­nie, obo­jętny na to, co działo się wokół niego, jęki i skry­bów, któ­rzy gorącz­kowo noto­wali – on sam ni­gdy nie sły­szał głosu Ciem­no­ści – i powie­dział do sie­bie, że to nie­prawda, tam­ten chło­piec od wewnątrz ni­gdy nie wyglą­dał nor­mal­nie, od wewnątrz był piękny. Jego ciało w dotyku było zimne; w owych cza­sach pod­czas ope­ra­cji tem­pe­ra­turę ciała obni­żano tak bar­dzo, że zabieg przy­po­mi­nał raczej sek­cję zwłok albo lek­cję ana­to­mii, chyba że organy się poru­szały, oddy­chały, krwa­wiły albo tęt­niły. Chło­piec nie był nor­malny nie tylko ze względu na swoją wadę serca, która – kiedy już otwarto mu bok – oka­zała się jesz­cze bar­dziej zło­żona, niż to zakła­dali kar­dio­lo­dzy, gdyż do zespołu Fal­lota docho­dziło jesz­cze wiele innych wad: uby­tek w prze­gro­dzie mię­dzy­ko­mo­ro­wej dłu­go­ści dzie­się­ciu mili­me­trów i bar­dzo poważna ano­ma­lia pra­wej tęt­nicy wień­co­wej, która miała znacz­nie utrud­nić chi­rur­giczną korek­cję zwę­że­nia zastawki płuc­nej; jak on zdo­łał dotrzeć żywy na tam­ten stół ope­ra­cyjny? Nie był nor­malny, ponie­waż od wewnątrz był piękny, dotyk jego spra­co­wa­nego i prze­ro­śnię­tego serca wydał się Brad­fordowi doświad­cze­niem na miarę spo­tka­nia z nimfą w jakimś świę­tym lesie, zło­tego poranka, zasko­cze­nia na widok kwiatu, który otwie­rał się w nocy. Kolory wnę­trza tego chłopca były bar­dziej inten­sywne, jego krew pach­niała jakimś nie­zna­nym sło­nym meta­lem, arte­rie przy­po­mi­nały szare i nie­bie­skie, i czer­wone maź­nię­cia pędz­lem. Prawa tęt­nica płucna ziden­ty­fi­ko­wana i prze­cięta. Górna żyła płucna zbyt mała, ziden­ty­fi­ko­wana, prze­cięta lewa tęt­nica pod­oboj­czy­kowa, trans­po­zy­cja tęt­nicy krę­go­wej do pnia tar­czowo-szyj­nego. Klips na tęt­nicy pod­oboj­czy­ko­wej w punk­cie dystal­nym od jej odej­ścia od aorty. Dwa klipsy na lewej tęt­nicy płuc­nej, pierw­szy w miej­scu odej­ścia, drugi przy wej­ściu do płuc. Nacię­cie poprzeczne ściany tęt­nicy płuc­nej. Zespo­le­nie za pomocą nici jedwab­nej mię­dzy zakoń­cze­niem lewej tęt­nicy pod­oboj­czy­ko­wej a bokiem lewej tęt­nicy płuc­nej. Po usu­nię­ciu klip­sów pra­wie nie stwier­dza się krwa­wie­nia.

To ciało ma w środku jedwab, pomy­ślał Brad­ford i przy­po­mniał sobie, jak szybko chło­piec doszedł do sie­bie, nie upły­nął jesz­cze dzień, a on już się zaró­żo­wił i usiadł w łóżku, jed­nak pie­lę­gniarki, które w każ­dym innym przy­padku byłyby wzru­szone, o dziwo, nie prze­ja­wiały wobec „cho­rut­kiego” praw­dzi­wej ser­decz­no­ści. Mówiły o nim „cho­rutki”, co za drań­stwo, do pacjen­tów należy się zwra­cać po imie­niu, a one uda­wały, że go lubią, ale przy­cho­dziło im to z tru­dem i nic dziw­nego, skoro była to mała bestia wście­ka­jąca się na swoje ciało, na wszyst­kich, któ­rzy chcieli jej pomóc, i na rodzi­ców, a łagod­niała, fizycz­nie się roz­luź­niała, jedy­nie przy swoim bra­cie, jesz­cze jed­nym z tych dum­nych chło­pa­ków, za któ­rych, zda­niem Brad­forda, nale­ża­łoby podzię­ko­wać Pero­nowi; a jego powi­nien nie­na­wi­dzić, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści był mu obo­jętny i nawet tro­chę go podzi­wiał, nie uwa­żał, aby sta­no­wił zagro­że­nie dla jego klasy ani nie odczu­wał żad­nych skut­ków eko­no­micz­nych jego rzą­dów, ponie­waż wyznawcy Kul­tów Cie­nia zawsze trzy­mają się bli­sko wła­dzy i w związku z tym nie pod­le­gają wah­nię­ciom dzie­jów. Tak więc Brad­forda nie obcho­dził Perón ani jego żona – owa fascy­nu­jąca, śmier­tel­nie chora kobieta – i w duchu był mu wdzięczny za owych peł­nych aro­gan­cji chłop­ców, któ­rzy nie spusz­czali głowy; taki był Juan i taki był jego brat Luis, w owym cza­sie nie­mal nasto­la­tek z oczami koloru akwa­ma­ryny, brat prze­sia­du­jący z chłop­cem dłu­żej niż rodzice, któ­rzy stale się spie­szyli, stale z wymówką, że muszą pra­co­wać, że auto­busy, że tram­waje, że muszą zaro­bić na chleb; Brad­ford ich nie zno­sił, cuch­nęli cia­snotą i dymem, czę­ściowo dla­tego, wła­śnie dla­tego, że wie­dział, że się gnież­dżą w jakimś domku na pery­fe­riach, popro­sił o spo­tka­nie z kie­row­ni­kiem zespołu, dyrek­to­rem kli­niki i ordy­na­to­rem oddziału kar­dio­lo­gii i wystą­pił do nich o pozwo­le­nie na zatrzy­ma­nie chłopca w szpi­talu na stałe. Mówił o warun­kach higie­nicz­nych w rodzin­nym domu dziecka, ale także o pio­nier­skich meto­dach, które miały zapew­nić szpi­ta­lowi miej­sce w awan­gar­dzie chi­rur­gii już nie regio­nal­nej, ale świa­to­wej, a wspo­mi­na­jąc o dobrych roko­wa­niach chłopca, wcale nie prze­sa­dził: w odróż­nie­niu od więk­szo­ści pacjen­tów z wro­dzoną kar­dio­mio­pa­tią ten nie był nie­do­ży­wiony, miał nor­malny wzrost, odpo­wiedni do wieku – było to nie­zwy­kłe: zawsze był taki, cho­ciaż cza­sami tra­cił na wadze – i dosko­nale zniósł pierw­szą ope­ra­cję palia­tywną. Za kilka mie­sięcy Brad­ford chciał prze­pro­wa­dzić drugą, roz­le­glej­szą, korek­cyjną. Zgo­dzili się. Wice­dy­rek­tor kli­niki, rów­nież czło­nek Brac­twa, cho­ciaż niskiego szcze­bla, był bli­skim przy­ja­cie­lem rodziny. Gon­zalo Biedma. Jego zna­ko­mita córka miała w przy­szło­ści zostać prawą ręką Brad­forda; ręką, któ­rej teraz mu bra­ko­wało.

Tak wła­śnie dzia­łały wpływy: żeby dostać to, czego chciał, musiał tylko popro­sić. Przez długi czas Brad­ford myślał, że to było tylko to: wpływy, brac­twa, towa­rzy­skie spo­tka­nia, maso­ne­ria pod inną nazwą, gdzie się piło i cza­sami śpie­wało przy for­te­pia­nie, zebra­nia kobiet, obno­szą­cych się ze swymi cięż­kimi klej­no­tami, i męż­czyzn połą­czo­nych sekre­tami polo­wań i zami­ło­wa­niem do sta­rych ksią­żek, spo­tka­nia, na któ­rych w pew­nym momen­cie zaczy­nało się mówić o róż­ni­cach mię­dzy wyznaw­cami Wisznu a zwo­len­ni­kami Śiwy i dys­ku­to­wało się o set­kach odmian tan­try­zmu. Przez długi czas fakt, iż jego rodzina sta­no­wiła część Kultu Cie­nia, Brac­twa, zna­czył tylko tyle, że poru­szała się w mię­dzynarodowym kręgu pie­nię­dzy, przy­wi­le­jów i sto­sun­ków.

To, że Brac­two to coś innego, zro­zu­miał jako osiem­na­sto­la­tek, tuż przed wstą­pie­niem na uni­wer­sy­tet, kiedy ojciec zabrał go na jakiś rytuał na wieś, nie do wła­snego majątku, tylko nale­żą­cego do Flo­rence Mathers, Angielki, jak ją nazy­wano w rodzi­nie; dziwne, że nazy­wali ją Angielką, jakby oni sami też nie byli Angli­kami, ale Brad­ford czuł, że nie, że już nimi nie są, on uro­dził się w Buenos Aires, jego ojciec rów­nież. Mówili po angiel­sku, cho­dzili do angiel­skich szkół, ale już nie byli Angli­kami. Ojciec zwykł mawiać z dumą: jestem Kre­olem całą gębą. Brad­ford nie przy­wią­zy­wał do tego żad­nej wagi. Był chi­rur­giem i kar­dio­lo­giem: jego ojczy­zną były chore ciała.

Po rytu­ale ojciec opo­wie­dział mu o mediach. O braku mediów. O ist­nie­niu wielu Kul­tów Cie­nia, róż­nią­cych się mię­dzy sobą inter­pre­ta­cjami i prak­ty­kami; nie­które z nich były sobie wro­gie, inne łączyły więzy bra­ter­stwa. Tam­tego wie­czoru na wsi, pod­czas gdy kil­koro męż­czyzn i kobiet snuło się jesz­cze po majątku i polach niczym luna­tycy, macha­jąc rękami w powie­trzu i pła­cząc, stra­sząc psy i konie, zro­zu­miał, że to nie klub. Że Flo­rence jest kapłanką. Jorge Brad­ford zoba­czył rze­czy, któ­rych nie potra­fił wyja­śnić. Rze­czy, które na wiele nocy ode­brały mu sen i kazały wró­cić do ksią­żek ojca; ni­gdy nimi nie gar­dził, ale prze­stu­dio­wał je dość pobież­nie. Teraz stały się rów­nie ważne co jego semi­na­ria, książki medyczne, wyczer­pu­jąca rezy­den­tura. Posta­no­wił spę­dzić kilka mie­sięcy w Lon­dy­nie, żeby udo­sko­na­lić się jako chi­rurg i odwie­dzić wielką biblio­tekę Brac­twa, znaj­du­jącą się w tym mie­ście. Flo­rence, Angielka, która mię­dzy jedną podróżą a drugą spę­dzała jakiś czas w Anglii, pozwo­liła mu prze­czytać Księgę z wła­snymi notat­kami oraz inter­pre­ta­cjami doda­nymi przez eks­per­tów. Brad­ford uwie­rzył. Miał swoje wąt­pli­wo­ści, które jed­nak szybko miały się roz­wiać.

Teraz, kiedy klę­czy, sły­chać jęk i Ciem­ność zabiera Ini­cjo­wa­nego wyso­kiego wzro­stu. Jesz­cze jest daleko, o jakieś trzy­dzie­ści metrów. Tej nocy ma przyjść po niego, ale zostało mu tro­chę czasu. Przy­po­mniał sobie swoje pierw­sze spo­tka­nie z Ciem­no­ścią. Było nie­ocze­ki­wane i przy­kre, zupeł­nie jakby nie­chcący wdep­nął do rynsz­toka.

Druga ope­ra­cja małego Juana Peter­sona została prze­pro­wa­dzona w pięć mie­sięcy po korek­cji palia­tyw­nej. Hipo­ter­mia, wspo­mi­nał Brad­ford: błę­kitny chło­piec znowu zanu­rzony w lodzie, piękny jak nie­bosz­czyk. Przy­po­mniał sobie przy­jem­ność, z jaką prze­ci­nał piłą mostek, tępy i nie­szczę­śliwy wyraz twa­rzy instru­men­ta­riuszki, musiał jej powie­dzieć, ratu­jemy mu życie, pro­szę się ogar­nąć, to nie jest żadne łzawe słu­cho­wi­sko, a ona wymam­ro­tała coś o współ­czu­ciu, od czego pra­wie zadrżały mu ręce, a to już naj­gor­sze, co może spo­tkać chi­rurga. Była to ope­ra­cja nie­znana dotych­czas w kraju, zapla­no­wana na trzy pro­ce­dury: zamknię­cie ubytku prze­grody mię­dzy­ko­mo­ro­wej łatą, otwar­cie zastawki płuc­nej i usu­nię­cie prze­ro­śnię­tego mię­śnia, a następ­nie umiesz­cze­nie łaty w pra­wej komo­rze i w pniu płuc­nym w celu poprawy krą­że­nia płuc­nego. Jeśli star­czy czasu, zamknię­cie ubytku w prze­gro­dzie mię­dzy­przed­sion­ko­wej. Star­czyło: Brad­fordowi udało się doko­nać tego wszyst­kiego w ciągu sze­ściu godzin, pod­czas któ­rych odpo­czy­wał zale­d­wie przez kilka minut; nie chciał, aby kto­kol­wiek inny zakła­dał szwy, nawet na naj­prost­szych odcin­kach.

Chwile poprze­dza­jące obja­wie­nie pamię­tał z nie­zno­śną pre­cy­zją. Kiedy już miał ogło­sić, że skoń­czył, że przy­stę­puje do zamy­ka­nia, serce, które wytrzy­mało tak długo, przy­spie­sza­jąc tylko nie­znacz­nie w nie­któ­rych momen­tach, nagle zaczęło gwał­tow­nie bić, wpa­dło w aryt­mię i Brad­ford roz­po­znał migo­ta­nie komór, nie­kon­tro­lo­wane drże­nie mię­śnia, nie­chybny objaw śmierci. Ostroż­nie przy­stą­pił do ręcz­nej reani­ma­cji, wyma­gało to zde­cy­do­wa­nia i deli­kat­no­ści, i kazał przy­go­to­wać defi­bry­la­tor, nowo­cze­sny sprzęt, w razie potrzeby z powo­dze­niem sto­so­wany przez zespół kar­dio­chi­rur­gii naczy­nio­wej.

Zanim zdą­żyli go użyć, zga­sło świa­tło. Była to wil­gotna prze­rwa w dosta­wie prądu, tak to Brad­ford zapa­mię­tał, jako zimną wil­goć. Chło­piec od kilku minut był reani­mo­wany ręcz­nie, ale potrzebna mu była defi­bry­la­cja. Lampa gazowa, latarki, świece, gene­ra­tor, cokol­wiek, krzyk­nął i nagle prze­raź­li­wie nama­cal­nie poczuł, że inna ręka wyciąga go z ciała chłopca. Brad­ford wrza­snął do zespołu chi­rur­gów, co wy robi­cie, i w ciem­no­ści – dopiero świ­tało – usły­szał, nic, dok­to­rze, nic nie robimy, reszta szpi­tala ma prąd, prze­rwa w dosta­wie jest tylko tutaj, na chi­rur­gii, i kiedy ktoś zbli­żył lampę gazową do stołu ope­ra­cyj­nego, wszy­scy zoba­czyli jasno i wyraź­nie, że nad otwartą klatką pier­siową chłopca, nad spo­koj­nym ser­cem unosi się to, co można było opi­sać jedy­nie jako skra­wek nocy, ale przej­rzy­sty, może sadzę, gęsty dym, a kiedy chi­rurg asy­stu­jący chciał tego dotknąć, prze­szyć na wylot, szep­cząc, co tu się dzieje, dobry Boże, ledwo jego palce musnęły czarny pył, krzyk­nął i wycią­gnął dłoń, i to już nie była jego dłoń, teraz bra­ko­wało w niej połowy trzech naj­dłuż­szych pal­ców, środ­ko­wego, ser­decz­nego i wska­zu­ją­cego, a on krzy­czał i krzy­czał, i prądu cią­gle nie było, a Brad­ford nie zamie­rzał ryzy­ko­wać jak jego asy­stent, bo cho­ciaż nie rozu­miał, co się dzieje, i nie mógł w to uwie­rzyć, wie­dział, że ta ciem­ność, która powoli się cofała, jest nie­bez­pieczna. Wię­cej niż nie­bez­pieczna. Ciem­ność, o któ­rej opowie­dział mu ojciec, ta, którą przy­wo­ły­wały media Brac­twa, ta, któ­rej roz­pacz­li­wie szu­kała Angielka. Chło­piec od pięt­na­stu minut miał zatrzy­ma­nie akcji serca, a pie­lę­gniarki wykrzy­ki­wały jakieś nie­do­rzecz­no­ści, opa­try­wały asy­stenta, ktoś mówił, że to wypa­dek, że asy­stent nie­chcący wziął do ręki skal­pel, to nie­moż­liwe, ale ludzie, kiedy muszą uwie­rzyć, wolą uspra­wie­dli­wiać, zmy­ślać, zaprze­czać i nie widzieć. Brad­ford prze­cze­kał popłoch pie­lę­gnia­rek, ane­ste­zjo­lożki i instru­men­ta­riuszki, które mówiły, że widziały, jak ciem­ność oto­czyła chłopca niczym kokon, odcze­kał, aż ta się cof­nęła, i ponow­nie się­gnął do nie­ru­cho­mego serca chłopca, i wyszep­tał do niego, no, jesteś tu z jakie­goś powodu, jeśli jesteś gło­sem bogów, bij, i serce zabiło mu w dłoni, jakby ni­gdy się nie zatrzy­my­wało. Brad­ford zamknął klatkę pier­siową sam i w mil­cze­niu, nie słu­cha­jąc wyja­śnień, narze­kań i skarg pozo­sta­łych, nawet nie wie­dział, kim są, czy innymi leka­rzami, czy dyrek­cją, czy jesz­cze kimś innym. Kiedy skoń­czył szyć, przy­pad­kiem odsu­nął zie­lone prze­ście­ra­dło zakry­wa­jące ramiona chłopca i wtedy zoba­czył dowód. Znak. Rękę na ramie­niu chłopca, odcisk ręki, niczym bli­zna po opa­rze­niu. Nic dziw­nego, powie­dział sobie nawet jesz­cze wtedy: cza­sami zimno lodu sto­so­wa­nego dla osią­gnię­cia hipo­ter­mii pod­czas ope­ra­cji zosta­wiało opa­rze­liny; tym bar­dziej nie było w tym nic dziw­nego po tym nie­szczę­śli­wym zda­rze­niu, do jakiego doszło na sali ope­ra­cyj­nej. Jakaś pie­lę­gniarka mogła oprzeć tam dłoń, a lód zosta­wił ślad. Obej­rzał go dokład­nie. Był głę­boki. Wyglą­dał na zadaw­niony. To była bli­zna. Lewa ręka na lewym ramie­niu, Lewa Ręka Ciem­no­ści. Czy­tał już o tym znaku. Rozu­miał, co ozna­cza.

Zacze­kał, aż chło­piec się wybu­dzi w sali inten­syw­nej tera­pii. Dzie­sięć godzin. Był prze­ko­nany o uszko­dze­niach mózgu – wyja­śnił je rodzi­com, któ­rzy zda­wali się nic z tego nie rozu­mieć, tak jak zresztą niczego – a jed­nak star­szy brat, ow­szem, zro­zu­miał, skąd się brała ta inte­li­gen­cja u tych małych _grin­gos_, spo­dzie­wał się śpiączki, spo­dzie­wał się nowej aryt­mii, która osta­tecz­nie by go zabiła. Zamiast tego około połu­dnia chło­piec obu­dził się i ence­fa­lo­gram wyglą­dał nor­mal­nie; Brad­ford zarzą­dził, aby nie pozwo­lono mu cier­pieć nawet przez sekundę, a ponie­waż nie mógł spać, ale musiał z kimś poroz­ma­wiać, w dro­dze do domu omal nie roz­bił samo­chodu i w takim nastroju zastu­kał do drzwi sio­stry, swo­jej ponu­rej sio­stry, która zaj­mo­wała dwa pię­tra w tym samym budynku co on, w jed­nej z sie­dzib rodo­wych w Buenos Aires, naj­oka­zal­szej, naj­pięk­niej­szej. Mer­ce­des miesz­kała w apar­ta­men­cie, w któ­rym pra­wie zawsze mał­żo­nek zosta­wiał ją samą; wyszła za mąż za męż­czy­znę boga­tego, zabaw­nego i nie­wier­nego. A jej córka Rosa­rio więk­szość czasu spę­dzała w szkole, a następ­nie w swoim pokoju albo z kole­żan­kami. Brad­ford kochał swoją sio­strze­nicę: pod jej pozorną weso­ło­ścią kryła się praw­dziwa inte­li­gen­cja. Brad­ford mówił, a Mer­ce­des słu­chała w ciszy prze­ry­wa­nej dźwię­kiem łyżeczki do her­baty i zegara, sto­ją­cego w salo­nie na pocze­snym miej­scu. Nie spiesz się, stwier­dziła. Dla­tego zwró­cił się do Mer­ce­des: bo była zimna. Jeśli to, co zaszło, jest prawdą, musi być twój. Musi być nasz. Ale nie wolno nam budzić podej­rzeń. Nie mogę go zosta­wić w rękach tej ciem­noty, Mer­ce­des, tych wie­śnia­ków. Oczy­wi­ście, że nie, ale musimy być ostrożni.

Ach, ten plan, myśli Brad­ford na klęcz­kach, sły­sząc coraz wię­cej zdu­szo­nych jęków i czu­jąc, że pło­nie mu brzuch, że nie zostało mu już dużo czasu. Pozwo­li­łem twoim rodzi­com cię zabrać. Zatrud­ni­łem ludzi, żeby mi dono­sili, a oni opo­wia­dali o two­jej pła­czą­cej matce, pija­nym ojcu, bra­cie, porząd­nym jak zawsze, jedy­nym porząd­nym w tym żało­snym bla­sza­nym domu. O nędz­nej szkółce, do któ­rej cię posłali i którą tak szum­nie nazy­wali szkołą, pod­czas gdy ty zasłu­gi­wa­łeś na coś znacz­nie lep­szego. Kar­dio­lo­dzy twier­dzili, że twój stan się popra­wia, ale nie potra­fili opa­no­wać aryt­mii, a ja domy­śli­łem się, ach, domy­śli­łem się, jesz­cze zanim nade­szła noc, która połą­czyła nas na zawsze, że to był strach, że to, z czym nie mogłeś sobie pora­dzić, to panika, tak nazy­wało się to zbio­rowe prze­ra­że­nie nimf, kiedy poja­wiał się wielki bóg Pan, panika, i to wła­śnie czu­łeś, tamto prze­ra­że­nie. Znowu przy­wie­ziono cię do kli­niki, byłeś szczu­pły, ale jesz­cze silny, twój ojciec plótł jakieś głu­poty, że nie może się tobą zaj­mo­wać, moja radość w obli­czu jego alko­ho­li­zmu i nędzy oraz chro­ma­nia two­jej matki; i tej pierw­szej nocy, kiedy wszystko się potwier­dziło, bo wszystko widzia­łeś, w szpi­talu było gorzej, oczy­wi­ście, pozwo­li­łem ci cier­pieć, musia­łem się upew­nić, to była próba, którą tak czy ina­czej musia­łeś przejść, pozwo­li­łem ci dojść do kresu, a potem cię reani­mo­wa­łem – ileż to razy, Juanie; już jako doro­sły żar­tem nazy­wa­łeś mnie swoim oso­bi­stym resu­scy­ta­to­rem – i tam­tej nocy, kiedy wie­dzia­łem i ja, i wszy­scy, że nie prze­ży­jesz, jeśli aryt­mie komo­rowe na­dal będą się powta­rzać, odby­li­śmy roz­mowę. Co się dzieje, spy­ta­łem, a ty opo­wie­dzia­łeś mi o męż­czy­znach i kobie­tach, któ­rych nikt inny poza tobą nie widzi, i że do cie­bie mówią, ale też o jakimś lesie za oknem i o sto­pach uno­szą­cych się w powie­trzu, i o kimś, kto wgry­zał się w kark jakiejś kobie­cie, i powie­dzia­łeś, że nie wiesz, kim oni są, ale że nie zni­kają. Tutaj jest ich wię­cej, powie­dzia­łeś, tutaj krzy­czą. Oczy już ci nie błysz­czały. I nauczy­łem cię naj­prost­szej metody blo­ko­wa­nia tego, co się z tobą działo, takiej, któ­rej ja sam ni­gdy nie potrze­bo­wa­łem, ale któ­rej Angielka uczyła wszyst­kich człon­ków Brac­twa. Poło­ży­łem ci dłoń powy­żej żołądka, tak jak sły­sza­łem, że ona im tłu­ma­czyła, a ty cof­ną­łeś się lekko, twoje ciało miało już dość obma­cy­wa­nia i ran. Jed­nak wytrzy­ma­łeś i w kilka sekund opa­no­wa­łeś tę tech­nikę. To nie było oszu­stwo ani suge­stia, byłeś tym, na kogo cze­ka­li­śmy, byłeś medium; kiedy prze­sta­łeś widzieć to, co widzia­łeś, opa­dłeś na poduszkę i stop­niowo twoje oddy­cha­nie i serce się uspo­ko­iły, i spy­ta­łeś, co mam zro­bić, jeśli wrócą, a ja odpowie­dzia­łem, tym­cza­sem powtó­rzyć to ćwi­cze­nie. Ach, Juanie, ta ufność tam­tego pierw­szego razu. Obym mógł spoj­rzeć ci w oczy ostatni raz, zanim wniknę w Ciem­ność.

Kiedy wyzdro­wia­łeś, zabra­łem cię do domu. Od tej pory się nie roz­sta­wa­li­śmy. Kiedy Ciem­ność, którą otwo­rzy­łeś, ode­brała mi palce, już ni­gdy nie mogłem się zna­leźć wewnątrz cie­bie. Mogłem tylko patrzeć. Jesz­cze dwu­krot­nie. I to było wszystko. A teraz Ciem­ność mnie zabiera: naj­pierw wyjada wnętrz­no­ści i to nie boli, mam czas, żeby myśleć i pró­bo­wać patrzeć ci w oczy, ale są już daleko, ty już jesteś daleko, i pro­szę Ciem­ność o litość, bo teraz sły­szę ją pierw­szy raz.

Lito­ści. A kiedy Ciem­ność znowu gry­zie i czuję zapach jej rado­ści zmie­szany z zapa­chem mojej krwi, pod­czas gdy widzę, jak zjada moje ręce, ramiona, jak rzuca się na mój bok, przy­po­mi­nam sobie, że kie­dyś mi powie­dzia­łeś, że Ciem­ność nie rozu­mie, że nie zna żad­nego języka, że to bóg dziki albo zbyt daleki. Czy będę zapa­mię­tany jako czło­wiek, który zna­lazł i nie­je­den raz oca­lił medium? Czy będą o mnie pisać, czy moje imię będzie wyma­wiane z podzi­wem? Nie powi­nie­nem myśleć o swo­jej chwale. Niech pozo­sta­nie tajem­nicą, jeżeli tak musi być. Już nie pro­szę o litość. Nie ma na tym świe­cie słów na opi­sa­nie wni­ka­nia w Ciem­ność, na ten ostatni kęs.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: