Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja
  • Empik Go W empik go

Złoty pociąg. Krótka historia szaleństwa - ebook

Data wydania:
22 stycznia 2025
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Złoty pociąg. Krótka historia szaleństwa - ebook

10. rocznica gorączki złotego pociągu.

Z Wrocławia w kierunku Wałbrzycha wyrusza pociąg III Rzeszy. Nikt nie wie, jaki ładunek znajduje się w jego wagonach. Złoto? Platyna? Tajne dokumenty? Niebezpieczne chemikalia? A może dzieła sztuki zrabowane przez nazistów podczas II wojny światowej? Transport znika jednak w tajemniczych okolicznościach i nigdy nie dociera do stacji docelowej. Związana z nim historia obrasta coraz bardziej fantastycznymi legendami…

W 2015 roku dwóch poszukiwaczy skarbów wskazuje potencjalne miejsce ukrycia pancernego składu. Na dobre rozpoczyna się „gorączka złotego pociągu”. Do Wałbrzycha zjeżdżają wszyscy: przedstawiciele mediów, zawodowi eksploratorzy, przypadkowi turyści… Każdy chce dokonać wielkiego odkrycia, lecz do dziś sprawa ta owiana jest aurą nieprzeniknionej tajemnicy.

Właśnie mija dziesięć lat, odkąd niemal cała Polska wzięła udział w szaleńczych poszukiwaniach wojennych kosztowności. Temat ten wciąż rozpala wyobraźnię całego narodu. I nadal pozostaje nierozstrzygnięty.

Joanna Lamparska w swoim reportażu tropi i weryfikuje mity, które na przestrzeni lat narastały wokół tych wydarzeń.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8076-603-6
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

WIO­SENNA LE­GENDA

Czy to jest praw­dziwe, nie wiem, pi­szę tylko, co się opo­wiada.

He­ro­dot

Po­nura ko­lumna ucie­ki­nie­rów opusz­czała Wro­cław, zna­cząc drogę ty­sią­cami tru­pów. Zima 1945 roku była wy­jąt­kowo ciężka. W ni­skiej tem­pe­ra­tu­rze lu­dzie za­ma­rzali nie­mal w mar­szu, ich ciała zo­sta­wały na środku drogi. Inni nie zwra­cali na nie uwagi. Front zbli­żał się w za­wrot­nym tem­pie. Nad­cho­dzili So­wieci. Niemcy w po­pło­chu pa­ko­wali swoje skarby, każdy za­bie­rał ze sobą naj­cen­niej­sze rze­czy. Ale i duże in­sty­tu­cje mu­siały za­bez­pie­czyć waż­niej­sze przed­mioty, ar­chiwa, do­ku­menty. Od­działy SS wy­wo­ziły w nie­zna­nym kie­runku ja­kieś skrzy­nie, Gün­ther Grund­mann, kon­ser­wa­tor za­byt­ków pro­win­cji dol­no­ślą­skiej, eks­pe­dio­wał poza mia­sto ostat­nie za­bytki.

Dnia 12 kwiet­nia Hi­tler roz­ka­zał bro­nić Wro­cła­wia do końca. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie z mia­sta od­je­chał spe­cjalny opan­ce­rzony po­ciąg. Nie wia­domo, co wiózł, być może ja­kieś de­po­zyty, może do­ku­menty, broń, gazy bo­jowe albo wro­cław­skie złoto. Ce­lem po­dróży był Wał­brzych, ale skład ni­gdy nie po­ja­wił się w tej miej­sco­wo­ści. Prze­je­chał przez Świe­bo­dzice i prze­padł przed ko­lejną, od­da­loną za­le­d­wie o osiem ki­lo­me­trów, sta­cją Wał­brzych-Szcza­wienko. Z ca­łym ła­dun­kiem roz­pły­nął się w po­wie­trzu gdzieś po­mię­dzy dwoma punk­tami ozna­czo­nymi jako 61. i 65. Ki­lo­metr trasy Wro­cław–Wał­brzych.

Jest po­szu­ki­wany do dziś.2

JAK UKRYĆ PO­CIĄG?

– Pani wie, dla­czego nie mogą zna­leźć tego Zło­tego Po­ciągu? Bo go czymś przy­kryli, żeby nie wi­działy go urzą­dze­nia.

– Skąd pani to wie?

– Bo jak kie­dyś prze­my­cali z Ro­sji złoto, to wi­dzia­łam, jak owi­jali je w kalkę, i po­tem ża­den wy­kry­wacz ich nie zna­lazł. Ja z córką też prze­my­ca­łam, ale ja – pro­szę pani – mia­łam kalkę. Owi­nę­łam w nią pier­ścionki i u wszyst­kich w po­ciągu zna­leźli złoto, tylko nie u mo­jej córki. Pod kalką złota nie czuć.

Frag­ment roz­mowy pod­czas spo­tka­nia z czy­tel­ni­kami

25 sierp­nia 2015

Tajny In­for­ma­tor znowu na­daje. W świe­cie szpie­gów ama­to­rów ozna­cza to, że prze­ka­zuje in­for­ma­cję SMS-em.

„W War­sza­wie od­była się tajna na­rada do­ty­cząca składu za­ko­pa­nego koło Wał­brzy­cha. Po­ciąg jest pan­cerny i cho­dzi tu o bez­pie­czeń­stwo na­ro­dowe. Jest po­dej­rze­nie, że skład może być obiek­tem, który Niemcy ukryli, aby nie do­stał się w ręce So­wie­tów. To nie zna­czy, że ni­czego tam nie ma. Jest opcja, że może to być osprzęt z fa­bryki z Wro­cła­wia, gdzie na­zi­ści pra­co­wali nad la­ta­ją­cym spodkiem Hau­nebu z na­pę­dem an­ty­gra­wi­ta­cyj­nym. Rów­nie do­brze może tam być kil­ka­set ton złota albo gazy bo­jowe z Brzegu Dol­nego. Nie do pu­bli­ka­cji. Tajne”.

Ro­zu­miem, że tajne. W końcu in­for­ma­tor jest tajny. Na­rada była tajna. Od pew­nego czasu wszystko jest tajne ła­mane przez po­ufne. Mija do­kład­nie ty­dzień od mo­mentu, kiedy jak grom z ja­snego nieba po­ja­wiła się wia­do­mość, że w trze­wiach Wał­brzy­cha – ni­czym mi­tyczny po­twór – drze­mie po­ciąg z cza­sów II wojny świa­to­wej. Świat osza­lał.

Za­częło się 18 sierp­nia 2015. Le­niwy po­ra­nek nie obie­cy­wał ni­czego po­nad nie­zno­śny upał, a jed­nak nie­mal o świ­cie ode­zwał się pierw­szy te­le­fon. Dzwo­niła Syl­wia Jur­giel z Pol­skiego Ra­dia Wro­cław.

– Dwóch go­ści z Wał­brzy­cha wła­śnie zgło­siło, że wie­dzą, gdzie jest za­ko­pany nie­miecki po­ciąg pe­łen złota. Sko­men­tu­jesz?

– Syl­wia, wiesz, ilu Zło­tych Po­cią­gów szuka się na Dol­nym Ślą­sku? To ja­kaś wa­ka­cyjna bzdura – ro­ze­śmia­łam się.

– OK, po­wtó­rzę w re­dak­cji. Może rze­czy­wi­ście damy so­bie z tym spo­kój.

Po pię­ciu mi­nu­tach re­por­terka ode­zwała się po­now­nie.

– Ra­dio Eska już to robi, Ze­tka też. To my też mu­simy. Sko­men­tu­jesz?

O „za­gi­nio­nym po­ciągu” sły­sza­łam od dziecka. Ileż to osób było już na jego tro­pie? Sama na­wet bra­łam udział w jego po­szu­ki­wa­niach. Ale to prze­cież le­genda. Nie­mal każdy w niego wie­rzy, choć nikt go ni­gdy nie wi­dział. Jest jak po­twór z Loch Ness, Wał­brzych bez tego składu to jak Bursz­ty­nowa Kom­nata bez bursz­tynu, co jed­nak nie zna­czy, że można go so­bie tak po pro­stu „zgło­sić”. „Za­gi­niony po­ciąg” na­leży prze­cież do wszyst­kich, chyba że… Chyba że… ktoś rze­czy­wi­ście w końcu go od­na­lazł. Tylko jak ten cho­lerny far­ciarz to zro­bił? I, przede wszyst­kim, kiedy?

Syl­wia za­częła tłu­ma­czyć. Wał­brzy­ski por­tal da­minfo.pl do­tarł do zło­żo­nego pięć dni wcze­śniej w Sta­ro­stwie Po­wia­to­wym w Wał­brzy­chu za­wia­do­mie­nia o „zna­le­zie­niu (…) po­ciągu pan­cer­nego z cza­sów II wojny świa­to­wej”. Od razu po­wiało sen­sa­cją, tym bar­dziej że zna­lazcy do­ma­gali się na­grody. To nie była już fan­ta­styczna po­gło­ska o ja­kimś tam skar­bie, tu wszystko było czarno na bia­łym. Pi­smo w imie­niu dwóch ano­ni­mo­wych zna­laz­ców zło­żył radca prawny Ja­ro­sław Chmie­lew­ski, były se­na­tor Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści.

Praw­nik po­da­wał in­try­gu­jące szcze­góły: „Po­ciąg ten za­wiera praw­do­po­dob­nie do­dat­kowe urzą­dze­nia w po­staci dział sa­mo­bież­nych, usta­wio­nych na plat­for­mach. Po­ciąg mie­ści w so­bie także przed­mioty war­to­ściowe, cenne ma­te­riały prze­my­słowe oraz kruszce szla­chetne”.

Ta­kie in­for­ma­cje mogą po­cho­dzić je­dy­nie od na­ocz­nego świadka bądź z do­brej do­ku­men­ta­cji. Nie po­wiem, po­czu­łam ukłu­cie za­zdro­ści. Po­czuł je każdy, kto kie­dy­kol­wiek in­te­re­so­wał się ta­jem­ni­cami prze­szło­ści. Niech pierw­szy rzuci ka­mie­niem ten, kto ni­gdy nie ma­rzył o zna­le­zie­niu skarbu. I to jesz­cze ta­kiego.

– Mogę ci je­dy­nie prze­ka­zać le­gendę o po­ciągu za­gi­nio­nym koło Wał­brzy­cha, bo w zgło­sze­niu cho­dzi pew­nie o ten skład – po­wie­dzia­łam Syl­wii. Opo­wie­dzia­łam więc o po­ciągu, który w kwiet­niu 1945 roku miał za­paść się pod zie­mię gdzieś koło Wał­brzy­cha. Po­dobno – w ta­kich hi­sto­riach wszystko jest moż­liwe – zo­stał ukryty w tu­nelu, do któ­rego wej­ście Niemcy po­tem za­ma­sko­wali. W wa­go­nach znaj­do­wało się m.in. po­nad 300 ton złota. Skąd to wiem? To prze­cież je­den z dol­no­ślą­skich mi­tów, wszy­scy wie­dzą, że było tam 300 ton złota i że po­ciąg opu­ścił Wro­cław w 1945 roku. Tak samo, jak wszy­scy su­ge­rują, że po­ciąg zo­stał ukryty na wy­so­ko­ści 61. ki­lo­me­tra trasy ko­le­jo­wej z Wro­cła­wia do Wał­brzy­cha. To oko­lice wiel­kiego fol­warku, który kie­dyś na­le­żał do po­bli­skiego zamku Książ.

W me­diach i w śro­do­wi­sku po­szu­ki­wa­czy za­wrzało. Tyle bo­gac­twa za­ko­pa­nego pod zie­mią! Trzy­sta ton złota! Ga­ze­towe na­główki krzy­czały od pierw­szego dnia: Pod­ziemny skar­biec w Pol­sce!, Na­zi­stow­skie sztaby cze­kają na od­kryw­ców, Złoto dla wy­trwa­łych!

Naj­wię­cej szcze­gó­łów po­da­wała „Ga­zeta Wy­bor­cza”, po­sił­ku­jąc się zna­nymi każ­demu po­szu­ki­wa­czowi skar­bów opo­wie­ściami: „We­dług róż­nych źró­deł w wa­go­nach Zło­tego Po­ciągu znaj­do­wały się złoto Wro­cła­wia, Bursz­ty­nowa Kom­nata, część de­po­zy­tów Cen­tral­nego Banku Rze­szy, dzieła sztuki zra­bo­wane w Pol­sce i Ro­sji, ewen­tu­al­nie tajne ar­chiwa III Rze­szy. Cho­ciaż brzmi to nie­praw­do­po­dob­nie, to pierw­sza z opcji jest cał­kiem moż­liwa.

Złoto Wro­cła­wia to skrzy­nie z de­po­zy­tami miej­skich ban­ków. W 1944 roku mi­ni­ster­stwo fi­nan­sów III Rze­szy wy­dało za­rzą­dze­nie, aby cała lud­ność Dol­nego Ślą­ska »za­bez­pie­czyła« swoje oszczęd­no­ści. (…) Na li­ście od­no­to­wano 56 me­ta­lo­wych skrzyń o wa­dze od 50 do 200 ki­lo­gra­mów, z wie­kami uszczel­nia­nymi gumą. I wiele mniej­szych, drew­nia­nych. Było ich tak dużo, że stały rów­nież na ko­ry­ta­rzach wyż­szych pię­ter. (…) Niemcy za­pa­ko­wali skarb do po­ciągu. Ich składy po­sia­dały działa prze­ciw­lot­ni­cze, a zbom­bar­do­wane tory ła­two można było na­pra­wić. W każ­dym wa­go­nie mo­głoby się zmie­ścić na­wet 20 ton kosz­tow­no­ści”¹.

W ciągu kilku dni dzien­ni­ka­rze wy­peł­nili po brzegi wa­gony wał­brzy­skiego po­ciągu wszel­kimi moż­li­wymi do wy­obra­że­nia skar­bami. De­po­zyty z końca II wojny świa­to­wej! Sztabki ozna­czone swa­styką! Może sama Bursz­ty­nowa Kom­nata!

– Zna­lazcy mu­szą COŚ wie­dzieć – tłu­ma­czyły me­dia – skoro ich radca prawny wnio­skuje o przy­zna­nie dzie­się­ciu pro­cent war­to­ści ewen­tu­al­nego zna­le­zi­ska.

W eks­pre­sowo krót­kim cza­sie, nie­mal z mi­nuty na mi­nutę, za­gi­niony po­ciąg stał się Zło­tym Po­cią­giem. I tak mu zo­stało do końca tej sprawy. Za­gra­niczna prasa po­szła na­wet o krok da­lej: to „nazi gold train” – skład ze zło­tem na­zi­stów. Le­genda stała się me­dial­nym fak­tem.

Kim są od­krywcy? Dla­czego nie chcą się ujaw­nić? Na tym eta­pie rów­nież na­zwi­sko Ja­ro­sława Chmie­lew­skiego, ich radcy praw­nego, nie­wiele pod­po­wia­dało. Były se­na­tor Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści, czło­wiek z sze­ro­kimi ko­nek­sjami, ni­gdy do­tąd nie po­ja­wiał się na „skar­bo­wej gieł­dzie”. On wła­śnie za po­śred­nic­twem por­talu onet.pl po­in­for­mo­wał, że jego klienci to dwaj męż­czyźni – Po­lak i Nie­miec.

„To nie są osoby młode, ja­kieś przy­pad­kowe, ani ty­powi »łowcy skar­bów«. Są bar­dzo kom­pe­tentni, wy­kształ­ceni. Za­rę­czam, że to są po­ważni lu­dzie. Pra­cują w Pol­sce, płacą tu po­datki. Dys­po­nują dużą wie­dzą hi­sto­ryczną, fa­chową (...). Mogę po­wie­dzieć, że moi klienci są bar­dzo scep­tyczni, że to jest wła­śnie ten słynny po­ciąg, na któ­rym zo­stało zde­po­no­wane złoto, inne cenne przed­mioty. Z całą jed­nak pew­no­ścią in­for­ma­cja o od­na­le­zie­niu pan­cer­nego składu mie­rzą­cego około 120–150 me­trów jest wia­ry­godna, to wy­nika z da­nych tech­nicz­nych. (…) To może być pu­sty skład, po­ciąg pan­cerny ma­jący po pro­stu war­tość hi­sto­ryczną”².

Za­raz, o co tu cho­dzi? W pi­śmie radca prawny in­for­muje o cen­nych krusz­cach, te­raz mówi, że po­ciąg może być pu­sty. Skąd wie, że skład ma po­nad 100 me­trów dłu­go­ści? I w końcu – do dia­bła! – jak można ukryć po­ciąg, który ma 150 me­trów dłu­go­ści?! Scho­wać go tak, jak dzieci cho­wają za­bawki? Prze­cież po­ciąg to nie igła w stogu siana, to wielka ma­szyna, która zaj­muje mnó­stwo miej­sca.

Po ty­go­dniu od wy­bu­chu tej po­cią­go­wej bomby Tajny In­for­ma­tor nie ustaje w prze­ka­zy­wa­niu in­for­ma­cji. W pod­nie­ce­niu szep­cze w słu­chawkę:

– Ci dwaj go­ście, co to zgło­sili, mają prze­chla­pane. In­te­re­suje się nimi wy­wiad i kontr­wy­wiad. Ten po­ciąg to ty­ka­jąca bomba. Ich praw­nik nie ma le­piej. Musi się strzec.

Od rana do wie­czora ury­wają się te­le­fony. Zna­jomi, przy­ja­ciele, ko­le­dzy, któ­rych nie wi­dzia­łam od pod­sta­wówki. Głów­nie ci, któ­rzy ni­gdy, prze­nigdy nie uwie­rzy­liby, że gdzieś pod zie­mią może znaj­do­wać się wy­peł­niony zło­tem po­ciąg.

Dzwoni ko­le­żanka z Opola.

– Mój tato wi­dział cię w te­le­wi­zji. Gra­tu­la­cje! Na­le­żało ci się!

– Ale co? – py­tam nieco oszo­ło­miona.

– No jak to, co?! Po­dobno zna­la­złaś Złoty Po­ciąg!

Po­woli, nie­po­strze­że­nie nad­cho­dzi pol­ska go­rączka złota. Tro­chę nie­sforna, tro­chę nie­bez­pieczna, a na pewno zu­peł­nie nie­prze­wi­dy­walna. Czas na atak i za­in­fe­ko­wa­nie ofiar wy­brała do­sko­nale. Na świe­cie nic się nie dzieje, do­piero za chwilę wy­buch­nie kry­zys zwią­zany z uchodź­cami. Do tego nad­cho­dzą wy­bory par­la­men­tarne. Przy bla­sku złota naj­ła­twiej można się ogrzać.

------------------------------------------------------------------------

1 – J. Dzi­kow­ska, Złoty po­ciąg spod Wał­brzy­cha. Co w nim jest?, wy­bor­cza.pl, Wro­cław 23.08.2015.

2 – Kim są „łowcy skar­bów”, któ­rzy wpa­dli na trop za­gi­nio­nego po­ciągu na Dol­nym Ślą­sku? Czy szy­kuje się sen­sa­cja na mię­dzy­na­ro­dową skalę?, onet.pl, 18.08.2015, wy­wiad udzie­lony Mag­da­le­nie Za­gale.3

SKĄD SIĘ BIORĄ ZŁOTE PO­CIĄGI

Otto Sko­rzeny, Hans Kloss i Her­mann Brun­ner ra­zem so­bie ten po­ciąg za­ko­pali.

Fo­rum onet.pl

Wie­kowe miesz­ka­nie w po­bliżu Ko­mendy Miej­skiej Po­li­cji w Wał­brzy­chu mie­ści się na par­te­rze sza­rej ka­mie­nicy. Cztery po­koje z kuch­nią i wą­ską ła­zienką. W środku wszystko przy­pró­szył kurz czasu. Te­le­fon w ciem­nym ko­ry­ta­rzu pa­mięta jesz­cze lata 80. W naj­więk­szym po­koju wisi por­tret Pił­sud­skiego i zdję­cia Jana Pawła II. Na błysz­czą­cych re­ga­łach stoją fo­to­gra­fie go­spo­da­rzy od­bie­ra­ją­cych od pre­zy­denta Wał­brzy­cha me­dale z oka­zji pięć­dzie­się­cio­le­cia po­ży­cia mał­żeń­skiego. Pani w nie­bie­skiej sukni i ze sta­ran­nie ucze­sa­nymi si­wymi wło­sami to Le­oka­dia Sło­wi­kow­ska. Ele­gancki dżen­tel­men obok to pan Ta­de­usz, jej mąż. Pa­cjent Zero. To on jako je­den z pierw­szych do­stał skar­bo­wej go­rączki i za­czął nią za­ra­żać oto­cze­nie. Bez jego za­pału i de­ter­mi­na­cji nie by­łoby te­raz Zło­tego Po­ciągu, ta­jem­ni­czych zna­laz­ców, a pani Le­oka­dia nie mia­łaby komu po­ka­zy­wać kó­łek na czole, gdy jej mąż opo­wiada o ko­lej­nej ta­jem­nicy. Te kółka to taki ro­dzaj de­spe­ra­cji, oka­zy­wa­nej na ogół przez ko­biety, któ­rym przy­pa­dło wieść ży­cie u boku pa­sjo­nata.

Jo­wialny star­szy pan, nie­mal za­wsze w ma­łym ka­pe­lu­siku, mimo kło­po­tów ze zdro­wiem bez prze­rwy jest w ru­chu. Mówi szybko, cha­otycz­nie, cią­gle wstaje i siada. Na­gle roz­sy­puje przede mną sterty do­ku­men­tów. Od chwili gdy wy­bu­chła afera ze Zło­tym Po­cią­giem, drzwi jego domu pra­wie się nie za­my­kają. To prze­cież Ta­dziu – jak mó­wią do niego przy­ja­ciele – pierw­szy wpadł na trop po­ciągu.

– Nie mia­łem dziś do­brej nocy, pani Asiu – oświad­cza, krzą­ta­jąc się po po­koju. – Ka­szankę zja­dłem wczo­raj i ja­koś tak źle się czuję. Ogo­li­łem się dla pani. Wie pani, ten za­wia­dowca to mi po­wie­dział, że te po­ciągi, co je­chały do Wał­brzy­cha, a po­tem zni­kały, to on, pro­szę pani…

Pan Ta­dziu z szyb­ko­ścią ka­ra­binu ma­szy­no­wego za­raz za­cznie opo­wia­dać o ta­jem­nicy, którą tropi od lat. Tak na­prawdę setki dzien­ni­ka­rzy na­pi­sało już o niej setki ar­ty­ku­łów. Każdy jest taki sam, a jed­no­cze­śnie inny. Róż­nią się szcze­góły – tak jakby re­por­te­rzy ule­piali wła­sne hi­sto­rie z tej, którą przed­sta­wia pan Sło­wi­kow­ski. Nie dzi­wię się, Dzia­dek Ta­dziu – jak mówi o nim pani Le­oka­dia, krę­cąc dło­nią kółko (tym ra­zem gdzieś koło ucha) – opo­wiada głów­nie to, co chce. Cza­sem nie słu­cha na­wet py­tań. Dla­tego pro­szę go, żeby opo­wie­dział mi całe ży­cie, ka­wa­łek po ka­wałku, w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści, to po­może mi upo­rząd­ko­wać fakty.

Pan Ta­dziu jest za­sko­czony. Ma mó­wić nie tylko o po­ciągu? Na­gle wszystko się zmie­nia. Chaos za­stę­puje spo­kój, ury­wane wątki, z któ­rych mój roz­mówca jest znany, za­czy­nają się skle­jać w opo­wieść. Lata, któ­rych nie mogę pa­mię­tać, prze­su­wają się jak ob­razy w sta­rym ki­nie. Chory star­szy pan wkłada ze­psute dru­ciane oku­lary.

– Wi­dzi pani, urwały mi się. Nie ma kiedy pójść na­pra­wić, tyle się dzieje, tyle się dzieje...

Dziad­ko­wie Ta­de­usza Sło­wi­kow­skiego zgi­nęli pod­czas I wojny świa­to­wej, prze­żył ją na­to­miast brat babci ze strony mamy, ar­cy­bi­skup Alek­san­der Ka­kow­ski. Znany z od­wagi i kon­ser­wa­tyw­nych po­glą­dów du­chowny, syn po­wstańca stycz­nio­wego, za­sły­nął tym, że jako je­den z za­le­d­wie trzech dy­plo­ma­tów nie opu­ścił za­gro­żo­nej sto­licy przed bi­twą war­szaw­ską w 1920 roku.

W 1931 roku oj­ciec Ta­de­usza Sło­wi­kow­skiego wy­je­chał do Fran­cji do pracy w ko­palni. Po czte­rech mie­sią­cach ścią­gnął do sie­bie żonę w ciąży i star­sze dzieci. Tam przy­szedł na świat Ta­de­usz.

We Fran­cji Sło­wi­kow­scy zo­stali po­nad sześć lat. Byli dużą ro­dziną – Ste­fa­nia Sło­wi­kow­ska uro­dziła dwie córki i czte­rech sy­nów. Po po­wro­cie z Fran­cji oj­ciec ku­pił „broszkę”, czyli do­rożkę, i dzięki niej utrzy­my­wał bli­skich. Za­miesz­kali w Mła­wie. W 1939 roku oj­ciec po­szedł na front, po­tem tra­fił do obozu je­niec­kiego, ale udało mu się szczę­śli­wie wró­cić do ro­dziny.

1 stycz­nia 1943 nie było go w domu. Kiedy roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, w miesz­ka­niu znaj­do­wała się tylko mama Ta­de­usza i jego naj­star­szy brat. To na­tar­czywe pu­ka­nie nie zo­sta­wiało miej­sca na wąt­pli­wo­ści. Ste­fa­nia Sło­wi­kow­ska otwo­rzyła, w progu stali funk­cjo­na­riu­sze ge­stapo. Po pię­ciu mie­sią­cach z obozu w Oświę­ci­miu przy­szło za­wia­do­mie­nie, że zmarła tam na serce. Ro­dzi­nie ka­zali za­pła­cić 5 ma­rek za prze­sła­nie pro­chów.

– Pew­nie szu­kali ojca, ale że go nie było w domu, to prze­żył. Z tego sa­mego po­wodu i ja oca­la­łem. – Twarz pana Ta­dzia nie zdra­dza żad­nych emo­cji. – Resztę wojny spę­dzi­li­śmy z bra­tem w Pru­sach, ja u Alek­san­dra Ba­ra­basa, nie­miec­kiego ofi­cera z cza­sów I wojny świa­to­wej, brat w in­nym go­spo­dar­stwie. Ba­ra­bas nie cier­piał Hi­tlera, był jesz­cze na ty z Hin­den­bur­giem, a po­tem był do­wódcą straży przy jego mau­zo­leum koło Olsz­tyna³. Chciał, żeby straż­nicy mieli mun­dury z I wojny świa­to­wej, ale Hi­tler ka­zał im dać swa­styki. Ten mój ofi­cer to był do­bry czło­wiek, mimo że Nie­miec. Wi­dzi pani, to czło­wiek i to czło­wiek, ni­gdy nie wia­domo, co się zda­rzy. Ale ja przez mamę Niem­ców nie­na­wi­dzi­łem.

Jesz­cze ni­gdy nie roz­ma­wia­łam z pa­nem Ta­de­uszem w ten spo­sób. W jego domu pa­nuje taka ci­sza. Cza­sem sły­chać tylko me­lo­dyjny dźwięk ze­gara, który przy­po­mina o rów­nej go­dzi­nie. W tej ci­szy sta­rego miesz­ka­nia jesz­cze moc­niej brzmi hi­sto­ria, którą te­raz opo­wiada.

– Po woj­nie po­sze­dłem ter­mi­no­wać do rzeź­nika w Olsz­tynku i wtedy do­wie­dzia­łem się, że matka… po­ja­wiła się w Mła­wie. Ale jak to moż­liwe? Prze­żyła i nie od­wie­dziła nas – swo­ich dzieci? Tego zu­peł­nie nie mo­głem zro­zu­mieć. Po­je­cha­łem do Oświę­ci­mia. Tam w biu­rze spo­tka­łem pa­nią, która z mamą sie­działa w jed­nym ba­raku. Po­wie­działa, że mama uro­dziła dziecko w czerwcu 1943 roku. To dziecko za­brali, a mama po­szła do pieca. Ale ta pani miała ko­le­żankę, która też pa­mię­tała moją mamę z obozu. Ona z ko­lei mi po­wie­działa, że Ste­fa­nię z jej ma­lusz­kiem za­brali i zaj­mo­wała się tymi dziećmi, co Men­gele ro­bił na nich eks­pe­ry­menty.

Jaka prze­ra­ża­jąca hi­sto­ria stoi za tą opo­wie­ścią? Wy­obra­żam so­bie cię­żarną Ste­fa­nię Sło­wi­kow­ską wśród okro­pieństw obozu kon­cen­tra­cyj­nego. I tę nie­pew­ność jej ro­dziny. Nie­pew­ność tym strasz­niej­szą, że do­ty­czącą nie tylko jej ostat­nich dni, ale i dziecka, któ­remu dała ży­cie w Au­schwitz. Pan Ta­de­usz nie zmie­nia się jed­nak na twa­rzy. Po pro­stu opo­wiada.

– Kiedy po­go­dzi­łem się już ze śmier­cią mamy, oka­zało się, że w Niem­czech mieszka… Ste­fa­nia Sło­wi­kow­ska! Zna­la­złem jej ad­res i pod ko­niec lat 90. po­je­cha­łem tam z krew­nym. Pod­cho­dzimy pod wy­soką bramę, jest tam taki ładny dom, wy­cho­dzi ja­kaś pani. Nie po­znaję jej. Py­tam o Ste­fa­nię Sło­wi­kow­ską. A ta pani mówi, że Ste­fa­nia zmarła trzy lata temu i nie ży­czyła so­bie, żeby mieć grób. Wy­obraża so­bie pani? Trzy lata się spóź­ni­łem. Nie mo­głem tylko zro­zu­mieć jed­nego: czemu mama nie chciała nas zo­ba­czyć? „Ile lat miała Ste­fa­nia, jak zmarła?” – za­py­ta­łem tę pa­nią. „Osiem­dzie­siąt trzy” – od­po­wie­działa. Ka­mień spadł mi z serca, moja mama uro­dziła się w 1902 roku, by­łaby te­raz znacz­nie star­sza. Może ja­kaś es­es­manka pod­szyła się pod jej toż­sa­mość? Do dziś tego nie wiem…

W 1948 roku Ta­de­usz Sło­wi­kow­ski przy­je­chał do Wał­brzy­cha. Jego star­szy brat pra­co­wał już tu w ko­palni. I o ile tuż po I woj­nie świa­to­wej Po­lacy emi­gro­wali do ko­palni we Fran­cji, o tyle te­raz na tzw. Zie­miach Od­zy­ska­nych bra­ko­wało gór­ni­ków. W tej sy­tu­acji do­sko­na­łymi kan­dy­da­tami oka­zali się... Po­lacy z Fran­cji. Nie dość, że byli wy­kwa­li­fi­ko­wa­nymi spe­cja­li­stami, to jesz­cze wielu z nich na­le­żało do le­wi­co­wych or­ga­ni­za­cji, co pol­skim wła­dzom było na rękę. I tak w po­wie­cie wał­brzy­skim osia­dło około 20 ty­sięcy re­emi­gran­tów z Fran­cji.

„Fran­cuzi – jak ich prze­zy­wano – byli jed­nym z ele­men­tów ko­lo­ro­wej mo­zaiki kul­tu­ro­wej; na­dal miesz­kali tu Niemcy, krę­cili się so­wieccy żoł­nie­rze i przy­jeż­dżali re­pa­trianci ze Wschodu. Na uli­cach sły­chać było ro­syj­ski, nie­miecki, różne od­cie­nie pol­skiego i fran­cu­skiego. Wszy­scy pa­trzyli na sie­bie wil­kiem, ale naj­bar­dziej nie lu­biano wła­śnie Fran­cu­zów. Za­zdrosz­czono im sta­no­wisk, które za­wdzię­czali przy­na­leż­no­ści do par­tii, zna­jo­mo­ściom albo za­rad­no­ści, i fran­cu­skich eme­ry­tur. Śmie­szyły ich wy­fio­ko­wane ubra­nia, de­ner­wo­wała ła­mana pol­sz­czy­zna i fran­cu­skie pa­pla­nie. Ci, któ­rzy we Fran­cji byli wy­rob­ni­kami, w oj­czyź­nie, na tle przy­by­łych ze Wschodu, po­czuli się lepsi – ele­ganccy, świa­towi” – pi­sze Agnieszka Krze­miń­ska⁴. Ale Sło­wi­kow­ski, mimo wy­fio­ko­wa­nych ubrań, chciał do Fran­cji. Źle się czuł w rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej nowa wła­dza za­częła li­kwi­do­wać pry­watne ini­cja­tywy. Nie po­do­bały mu się spół­dziel­nie. Miał sie­dem­na­ście lat, za sobą ter­mi­no­wa­nie u rzeź­nika, a te­raz nie było pracy. Fran­cuzi, któ­rych po­znał, opo­wia­dali mu o pięk­nym kraju, w któ­rym prze­cież się uro­dził.

Trzy razy pró­bo­wał ucie­kać. Za pierw­szym ra­zem zła­pali go jesz­cze w Cze­chach – do­stał za to trzy mie­siące wię­zie­nia; za dru­gim za­trzy­mano go w Gó­rach Ha­rzu. Za trze­cim, kiedy po­wie­dział, że ma bli­skich – brata i ojca – zo­stał osa­dzony w za­kła­dzie po­praw­czym w Stu­dzieńcu koło Ży­rar­dowa. W tej in­sty­tu­cji sie­działy „chło­paki z po­wsta­nia”, tam po­znał m.in. młod­szego od sie­bie Jacka Ku­ro­nia.

– Ja­cek gębę miał taką py­zatą. On nie miał zni­kąd po­mocy i pod­kra­dał chło­pa­kom z szafki je­dze­nie, więc ka­zali mi go wziąć pod opiekę. Ja po­ma­ga­łem w kuchni i jak od­sze­dłem z po­praw­czaka, to on do­stał moje miej­sce – opo­wiada pan Ta­dziu.

Te trzy ucieczki za­częły jego po­szu­ki­waw­czą pa­sję. Za dru­gim ra­zem, zła­pany w Niem­czech po nie­uda­nej „wy­cieczce” do Fran­cji, cze­kał na trans­port do Pol­ski w Dreź­nie. Tam po­znał star­szego męż­czy­znę z Gór­nego Ślą­ska, który w cza­sie wojny pra­co­wał w Wał­brzy­chu.

– Tam dużo mo­ich kam­ra­tów zgi­nęło – po­wie­dział Sło­wi­kow­skiemu.

– Prze­cież w Wał­brzy­chu nie było żad­nej wojny – zdzi­wił się pan Ta­dziu. Ale tam­ten za­czął tłu­ma­czyć:

– Wi­dzisz, nie mam ręki. Z tego po­wodu by­łem w cza­sie wojny w szpi­talu, ale nie pu­ścili mnie po­tem do domu, tylko wy­słali do Wał­brzy­cha, do obozu, i by­łem tam do­wódcą warty. Jak przy­jeż­dżali es­es­mani, to brali więź­niów i war­tow­ni­ków, i oni nie wra­cali. Więź­niów to nie ża­łuję, ale ko­le­gów żoł­nie­rzy, in­wa­li­dów – to tak. Nie­miec Niemca wy­kań­czał.

Sło­wi­kow­ski do dziś za­sta­na­wia się, co to było za miej­sce i po co SS za­bie­rało stam­tąd lu­dzi. Tamta roz­mowa roz­bu­dziła w nim cie­ka­wość świata, w któ­rym te­raz przy­szło mu żyć. To nie była pol­ska Mława, tylko Wał­brzych – jesz­cze przed chwilą nie­miecki. Z jed­nej strony wciąż za­miesz­kany przez wroga, z dru­giej – po­cią­ga­jący nie­znaną hi­sto­rią. Po hi­tle­row­skich cza­sach nad mia­stem zo­stało m.in. po­tężne mau­zo­leum na­zy­wane ostat­nią świą­ty­nią Hi­tlera. Mau­zo­leum, wznie­sione w la­tach 1936–1938 z ini­cja­tywy Lu­do­wego Związku Opieki nad Nie­miec­kimi Gro­bami Wo­jen­nymi (Volks­bund Deut­sche Kriegs­gräber­für­sorge) jako mo­nu­men­talny po­mnik „dumy, chwały i siły”, miało upa­mięt­niać śmierć 23 pio­nie­rów ru­chu na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego na Ślą­sku oraz po­nad 170 ty­sięcy miesz­kań­ców Ślą­ska po­le­głych na fron­tach I wojny świa­to­wej. Z da­leka przy­po­mi­nało bu­dowle sta­ro­żyt­nego Su­meru i Me­zo­po­ta­mii. Za­raz po woj­nie wciąż pu­szyło się rzeź­bami lwów i ko­lo­ro­wymi mo­zai­kami na dzie­dzińcu. Do dziś jego ru­iny wzbu­dzają mie­szankę od­razy i fa­scy­na­cji.

Kiedy w 1955 roku Sło­wi­kow­ski za­trud­nił się w ko­palni „Tho­rez”, za­czął pra­co­wać ze star­szymi Niem­cami. Ko­mu­ni­ści zo­sta­wili ich na Dol­nym Ślą­sku, bo po­trze­bo­wali ich fa­cho­wej wie­dzy.

– Co mnie pani pyta o ich imiona, my­śmy wszyst­kich Fritz na­zy­wali, a na Ru­skich mó­wi­li­śmy Iwan – śmieje się Sło­wi­kow­ski. – Kie­dyś we­zwał mnie szty­gar i mówi: „Pój­dziesz na nocną zmianę, bo znasz nie­miecki”. Na noc­nych zmia­nach tylko Niemcy pra­co­wali. I ja mia­łem nockę z ta­kim pa­nem po sześć­dzie­siątce. Opo­wia­dał mi, jak jego sy­no­wie na woj­nie zgi­nęli i jak kie­dyś było w Wał­brzy­chu bied­nie. Do­piero jak Hi­tler do­szedł do wła­dzy, to gór­ni­kom za­czął domki bu­do­wać. Raz wra­ca­li­śmy z szychty i przy wej­ściu do klatki, która wo­ziła nas na po­wierzch­nię, sie­działo kilku ta­kich pi­jacz­ków i je­den z nich kop­nął tego mo­jego Niemca w ko­lano. To ja wsze­dłem za ba­rierkę i pod­bi­łem temu pi­jacz­kowi oko. – Na drugi dzień dy­rek­tor wzywa mnie. Ba­łem się, że bę­dzie chryja. „Sło­wi­kow­ski, po­wiedz szcze­rze, jak to było” – mówi. A ja na to: „Pa­nie dy­rek­to­rze, z tym Niem­cem się do­brze pra­cuje, to sta­ną­łem w obro­nie”. I wie pani co? Do­sta­łem za to 500 zło­tych pre­mii, a wtedy za­ra­bia­łem dwa sie­dem­set. Niemcy za­częli mi ufać, opo­wia­dali różne rze­czy. Jak w 1972 roku po­sze­dłem na rentę, to już dużo od nich wie­dzia­łem o tym, co się tu działo w cza­sie wojny. I wtedy za­czą­łem szu­kać tego po­ciągu.

I tu za­czyna się mój kło­pot. Bo opo­wieść o Zło­tym Po­ciągu nie­mal każ­dego dnia wy­gląda nieco ina­czej. Mu­szę to ja­koś ogar­nąć, ze­brać w ca­łość.

Po­mię­dzy Wał­brzy­chem a Świe­bo­dzi­cami bie­gną tory ko­le­jowe. W cza­sie II wojny świa­to­wej dróż­nicy ob­słu­gu­jący li­nię na tym od­cinku zo­stali prze­sie­dleni, a ich miej­sce za­jęli woj­skowi in­wa­li­dzi. Wy­brano ich, po­nie­waż nie po­cho­dzili z tych oko­lic i po woj­nie za­mie­rzali wró­cić do do­mów. Te­ren do­okoła zo­stał za­gro­dzony, cy­wi­lom zaś za­bro­niono zbli­żać się do to­rów.

Je­den z Niem­ców z ko­palni, z któ­rymi roz­ma­wiał pan Ta­dziu, był w cza­sie wojny po­moc­ni­kiem ma­szy­ni­sty. Po­mię­dzy Świe­bo­dzi­cami a Wał­brzy­chem-Szcza­wienko po­ciąg po­ko­nuje róż­nicę po­zio­mów 107 me­trów, czę­ściowo ja­dąc wą­wo­zem. To wła­śnie tam, gdzieś po­mię­dzy 61. a 65. ki­lo­me­trem trasy z Wro­cła­wia do Wał­brzy­cha, młody ko­le­jarz za­uwa­żył mur od­dzie­la­jący tory od zbo­cza wą­wozu.

Pew­nego dnia po­sta­no­wił wejść na lo­ko­mo­tywę i zo­ba­czył z góry, że za ogro­dze­niem znaj­duje się coś w ro­dzaju bramy, w któ­rej stoją dwa wa­gony – je­den obok dru­giego – tak, jakby przez tę „bramę” w zbo­cze wcho­dziły dwa tory. Jed­nak po woj­nie nikt nie wi­dział w tym miej­scu żad­nych zmian w te­re­nie.

Zda­niem pana Ta­de­usza musi to ozna­czać, że być może po­moc­nik ma­szy­ni­sty wi­dział w zbo­czu wjazd do tu­nelu. W nim miał zo­stać ukryty po­ciąg.

– No ale jaki po­ciąg? Po co? – py­tam Sło­wi­kow­skiego.

– A ja nie wiem, niech pani mi to po­wie.

I znowu po­ja­wia się to samo py­ta­nie. Po co ukry­wać po­ciąg? Od­po­wiedź wy­daje się pro­sta. Chyba po to, żeby znik­nął jego ła­du­nek. Tylko jak od­na­leźć to miej­sce na dłu­go­ści czte­rech ki­lo­me­trów... Szcze­gól­nie po­dej­rzane wy­dają się jed­nak dwa punkty: 61. i 65. ki­lo­metr.

W 1945 roku z Po­zna­nia do Wro­cła­wia przy­je­chał nie­jaki Schulz. Pan Ta­dziu nie pa­mięta już dziś jego imie­nia. Od­na­lazł go w la­tach 70. dzięki ar­ty­ku­łowi w ga­ze­cie po­świę­co­nemu wał­brzy­skim ko­le­ja­rzom. Schulz był naj­star­szy z nich i Sło­wi­kow­ski słusz­nie przy­pusz­czał, że może coś pa­mięta z pierw­szych po­wo­jen­nych lat. Oka­zało się, że po­zna­niak do­stał pracę jako dróż­nik przy 61. Ki­lo­me­trze trasy z Wro­cła­wia do Wał­brzy­cha. Za­miesz­kał u star­szego Niemca, który wcze­śniej był tu za­wia­dowcą sta­cji. To on opo­wie­dział Schul­zowi, że nie­które po­ciągi wy­jeż­dżały ze Świe­bo­dzic, ale nie do­jeż­dżały do Wał­brzy­cha. Nikt ich po­tem nie wi­dział. Nie wia­domo jed­nak, jak czę­sto się to zda­rzało.

Je­dyni świad­ko­wie, któ­rzy być może wi­dzieli ta­jem­ni­czy wjazd, miesz­kali przy wia­duk­cie koło 65. ki­lo­me­tra. Była to nie­miecka ro­dzina z ma­łymi dziećmi. W nocy z 4 na 5 maja 1945 żoł­nie­rze 31. Ochot­ni­czej Dy­wi­zji Gre­na­die­rów SS „Böh­men und Mäh­ren” za­ło­żyli ła­dunki wy­bu­chowe pod wia­duk­tem ko­le­jo­wym. Do domu miesz­ka­ją­cej obok ro­dziny wrzu­cili od­bez­pie­czone gra­naty.

– Wie pani, dla­czego ich za­mor­do­wali? – pyta pan Ta­dziu. – Oni tak mieli po­sta­wiony dom, że z gór­nego okna mo­gli wi­dzieć wjazd do tego tu­nelu, gdzie scho­wali po­ciąg.

– Ale kiedy ten tu­nel zdą­żyli zbu­do­wać, tak po ci­chu?

– Oni wcale go nie bu­do­wali, wy­ko­rzy­sty­wali wcze­śniej­szy tu­nel, któ­rym po­ciągi miały do­jeż­dżać do wzno­szo­nej przed wojną strefy prze­my­sło­wej. Tam go ukryli.

------------------------------------------------------------------------

3 – Cho­dzi o Tan­nen­berg-Denk­mal.

4 – A. Krze­miń­ska, Bule re­emi­granta, „Po­li­tyka” (31/2767) z 31.07.2010.4

W PO­GONI ZA PO­CIĄ­GIEM

Pie­nią­dze i złoto lu­bią ci­szę.

Szwaj­car­skie po­wie­dze­nie

28 sierp­nia 2015

To miał być do­bry dzień, ale coś nie wy­szło. Kiedy rano Piotr Żu­chow­ski, ów­cze­sny Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków, se­kre­tarz stanu w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego, przy­go­to­wy­wał się do kon­fe­ren­cji pra­so­wej, nie mógł przy­pusz­czać, że to, co dzi­siaj po­wie, roz­pęta na ca­łym świe­cie praw­dziwe sza­leń­stwo. Nikt też nie zda­wał so­bie jesz­cze sprawy, że pan wi­ce­mi­ni­ster jest już chyba za­in­fe­ko­wany.

Piotr Żu­chow­ski to młod­szy o dwa­dzie­ścia lat ko­lega par­tyjny Sta­ni­sława Że­li­chow­skiego, li­dera Pol­skiego Stron­nic­twa Lu­do­wego, nie­gdyś mi­ni­stra śro­do­wi­ska. Ze Sta­ni­sła­wem Że­li­chow­skim spo­tkamy się w ko­lej­nym roz­dziale, na ra­zie wspo­mnę tylko, że i ten pań­stwowy urzęd­nik rów­nież szu­kał kie­dyś skar­bów. Jako re­gio­nalny szef PSL sta­wiał na Żu­chow­skiego i wspie­rał jego ka­rierę.

Za­czyna się dzie­siąty dzień zło­tej epi­de­mii. Jej główne ob­jawy to: nie­ustę­pu­jące na­pię­cie, dzi­waczne do­my­sły i – w moim wy­padku – cią­gle te same te­le­fony. Te­le­fony su­ge­rują, że po­sia­dam wie­dzę wyż­szą, zu­peł­nie jak Tajny In­for­ma­tor.

„Słu­chaj, po­wiedz no, jest ten po­ciąg, czy nie?”

„A co wła­ści­wie w nim jest?”

„Dla­czego nie przy­zna­łaś się, że zna­la­złaś ja­kiś po­ciąg?”

Są oczy­wi­ście i dow­cip­ni­sie. Ko­lega z Cen­tral­nego Biura Śled­czego: „Służby spe­cjal­nie pro­szą o po­zo­sta­wie­nie po­ciągu w spo­koju. Stop. Zo­stał już zna­le­ziony w 1980 roku. Stop. Ca­łuję. Stop”.

Nie ma stop. Dzien­ni­ka­rze dzwo­nią od rana do wie­czora. Pod na­szym do­mem po­ja­wiają się ekipy z ca­łego świata. Nie li­cząc się z kosz­tami, re­dak­cje wy­sy­łają na Dolny Śląsk naj­lep­szych pra­cow­ni­ków. Nie ża­łują na mię­dzy­kon­ty­nen­talne loty, tłu­ma­czy, wy­na­jem sa­mo­cho­dów i do­dat­ko­wego sprzętu.

Po­goda jest śliczna, więc roz­ma­wiamy w na­szym ogro­dzie mię­dzy brzo­skwi­nią a orze­chem, bo gę­sta zie­lona kur­tyna sta­nowi do­bre tło dla wy­wia­dów. Nikt nie ma wąt­pli­wo­ści. Pod Wał­brzy­chem znaj­duje się ukryty po­ciąg. To już na­wet nie jest zwy­kły po­ciąg. To po­ciąg na miarę na­szych moż­li­wo­ści. Pan­cerny i prze­klęty po­ciąg ze zło­tem na­zi­stów. Zu­peł­nie jak na fil­mach o In­dia­nie Jo­ne­sie.

– Wi­dzi pani, jak raz ktoś po­wie­dział „złoty po­ciąg”, to już nie można było tego od­krę­cić – tłu­ma­czy mi Ar­ka­diusz Gru­dzień, asy­stent pre­zy­denta Wał­brzy­cha i jego rzecz­nik pra­sowy. On rów­nież pra­cuje dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę. Wszystko to­czy się zgod­nie z cy­ta­tem z Ka­zika Sta­szew­skiego: „Ten po­ciąg nie po­je­dzie, je­śli Ty w nim nie bę­dziesz”.

Do tego jesz­cze ci dwaj zna­lazcy ukry­wa­jący się za ple­cami praw­nika. Kim są?

– Pani to wie, prawda? – bar­dziej stwier­dzają, niż py­tają ko­lejni dzien­ni­ka­rze. Nie wiem, ale i tak nikt mi nie uwie­rzy. W skar­bach „ro­bię” już kil­ka­na­ście lat, jak mo­gła­bym nie wie­dzieć? W su­mie wku­rza mnie ta nie­wie­dza. Czyżby na eks­plo­ra­cyj­nym rynku po­ja­wił się ktoś nowy? Ktoś, kogo nie znamy? Uśmie­cham się więc ta­jem­ni­czo, co wszy­scy in­ter­pre­tują w ten sam spo­sób. To oczy­wi­ste, że wie, ale wia­domo, że nie po­wie…

Pra­wie nikt nie pyta o fakty. Wciąż nie ma żad­nego do­wodu na to, że le­gen­darny po­ciąg rze­czy­wi­ście ist­nieje. Tym­cza­sem wiele się dzieje. Za­le­d­wie kilka dni po tym, jak re­pre­zen­tu­jący zna­laz­ców Ja­ro­sław Chmie­lew­ski zgło­sił zna­le­zi­sko w Sta­ro­stwie Po­wia­to­wym w Wał­brzy­chu, pi­smo zo­stało wy­co­fane. Dla­czego? Chmie­lew­ski oświad­czył, że pi­smo błęd­nie za­adre­so­wano.

Dziwna sy­tu­acja. Ktoś wal­czy o dzie­sięć pro­cent war­to­ści Zło­tego Po­ciągu, ale nie wie, do kogo skie­ro­wać pi­smo? Łyżkę dzieg­ciu na­tych­miast wrzuca Piotr Le­wan­dow­ski, pre­zes Fun­da­cji The­sau­rus i praw­nik spe­cja­li­zu­jący się w kwe­stiach eks­plo­ra­cyj­nych. Śro­do­wi­sko po­szu­ki­wa­czy szepce, że Le­wan­dow­ski szuka dziury w ca­łym, czę­sto mie­sza­jąc szyki róż­nym in­sty­tu­cjom i lu­dziom, któ­rzy chęt­nie by się utrzy­my­wali np. z nie­le­gal­nych po­szu­ki­wań. I tym ra­zem Le­wan­dow­ski idzie na ostro.

– Ciężko jest mi zro­zu­mieć tych praw­ni­ków. Przede wszyst­kim mam wąt­pli­wo­ści co do ich pro­fe­sjo­na­li­zmu i etyki za­wo­do­wej. Sy­tu­acja ze zgło­sze­niem do­mnie­ma­nego od­kry­cia do Sta­ro­stwa Po­wia­to­wego w Wał­brzy­chu, a po­tem jego wy­co­fy­wa­nie i po­nowne zgło­sze­nie do urzędu mia­sta nie świad­czy do­brze o rad­cach. A już tłu­ma­cze­nia pani me­ce­nas Mał­go­rzaty So­snow­skiej, współ­pra­cow­nicy pana Chmie­lew­skiego, że to ich klienci się po­my­lili, bu­dzą za­że­no­wa­nie. Po to klienci ich wy­na­jęli, aby nie było ta­kich po­my­łek. Za to im płacą, by uni­kać ta­kich sy­tu­acji. Dla­tego są wła­śnie praw­ni­kami, pro­fe­sjo­nal­nymi peł­no­moc­ni­kami. Nie ro­zu­miem, jak praw­nicy mogą do­pusz­czać do tego, aby ich klienci byli na­ra­żeni na ry­zyko prawne. A tak się wła­śnie dzieje, gdy brak jest we­ry­fi­ka­cji zna­le­zi­ska. Jak na ra­zie nie ma do­wo­dów na jego ist­nie­nie, a już się je zgła­sza...

No wła­śnie. Cią­gle po­ru­szamy się w sfe­rze do­my­słów. Ale te­raz, pięt­na­stego dnia od zło­że­nia za­wia­do­mie­nia przez od­kryw­ców, wi­ce­mi­ni­ster Piotr Żu­chow­ski przy­go­to­wuje się do spo­tka­nia z dzien­ni­ka­rzami. Wczo­raj, za­po­wia­da­jąc kon­fe­ren­cję pra­sową, za­ape­lo­wał, aby „za­prze­stać wszel­kich jego po­szu­ki­wań, do chwili za­koń­cze­nia ofi­cjal­nej urzę­do­wej pro­ce­dury, pro­wa­dzą­cej do za­bez­pie­cze­nia zna­le­zi­ska. W ukry­tym po­ciągu – co do któ­rego ist­nie­nia je­stem prze­ko­nany – znaj­do­wać się mogą nie­bez­pieczne ma­te­riały z cza­sów II wojny świa­to­wej. Ist­nieje ogromne praw­do­po­do­bień­stwo, że po­ciąg jest za­mi­no­wany”.

Na­wet je­śli ktoś nie wie­rzy w skarby, po ta­kim dra­ma­tycz­nym oświad­cze­niu musi za­cząć się wa­hać.

Dzień jest piękny, sło­neczny. Po­ja­wiają się wszy­scy – ekipy te­le­wi­zyjne, prasa, po­szu­ki­wa­cze skar­bów, au­to­rzy ksią­żek oraz ga­pie. To dość nie­co­dzienna kon­fe­ren­cja, nie w mi­ni­ster­stwie, ale na jego dzie­dzińcu. Mi­kro­fon stoi na tra­wie, zu­peł­nie jak przed Bia­łym Do­mem. Pra­cow­nicy re­sortu mó­wią, że jesz­cze nie wi­dzieli tu­taj tylu ka­mer. Naj­waż­niej­sze te­maty nie gro­ma­dziły ta­kich tłu­mów. Na wielu twa­rzach wi­dać iro­nię, wielu śmieje się z po­ciągu od sa­mego po­czątku. Ale te­raz sy­tu­acja zmie­nia się dia­me­tral­nie. Kon­fe­ren­cję na te­mat zna­le­zi­ska zwo­łuje prze­cież przed­sta­wi­ciel pol­skiego rządu. Sprawa jest po­ważna. Ten sam mi­ni­ster, który w 2011 roku pi­sał do Pio­tra Le­wan­dow­skiego, że „or­gany pań­stwa nie mogą brać udziału w po­szu­ki­wa­niu skar­bów, po­nie­waż będą się ośmie­szać, a jed­no­cze­śnie bę­dzie to mar­no­tra­wie­nie pu­blicz­nych pie­nię­dzy”, te­raz za­mie­rza za­brać głos w spra­wie skarbu! Nie­do­wiarki mogą za­raz do­stać prztyczka w nos.

Na­pię­cie sięga ze­nitu.

Na wy­stą­pie­nie Ge­ne­ral­nego Kon­ser­wa­tora Za­byt­ków cze­kają m.in. Ro­bert Ku­del­ski, współ­au­tor ksią­żek o gra­bieży dzieł sztuki w cza­sie II wojny świa­to­wej, Lech Zwi­rełło, czło­wiek or­kie­stra od lat ar­chi­wi­zu­jący in­for­ma­cje o za­gi­nio­nych do­brach kul­tury, i Piotr Le­wan­dow­ski. Trzej pa­no­wie – jakże różni od sie­bie – na te­mat po­ciągu mają jed­nak po­dobne zda­nie. Ku­del­ski i Le­wan­dow­ski są prze­ko­nani na 200 pro­cent, że nie ist­nieje. Zwi­rełło, który od po­nad dwóch de­kad szuka śla­dów za­gi­nio­nych za­byt­ków i de­po­zy­tów, uważa, że – co prawda – coś mo­gło zo­stać w Wał­brzy­chu ukryte, ale ra­czej w in­nym miej­scu. Zresztą do tego wątku jesz­cze wró­cimy. Na ra­zie wi­ce­mi­ni­ster Żu­chow­ski, ele­gancki jak zwy­kle, pod­cho­dzi do mi­kro­fonu. Wy­gła­sza kilka okrą­głych zdań i oświad­cza:

– W prze­szło­ści były zgła­szane po­dobne zna­le­zi­ska, ale za­wsze działo się to po­przez zgło­sze­nie ustne, ewen­tu­al­nie spo­tka­nie z pra­cow­ni­kiem De­par­ta­mentu Ochrony Za­byt­ków. Dzi­siaj mamy sy­tu­ację taką, że upraw­niona do tego kan­ce­la­ria prawna zgła­sza ofi­cjal­nie zna­le­zie­nie owego po­ciągu. Do­tych­czas naj­więk­szymi przed­mio­tami, które były wska­zy­wane jako zna­le­zione, były po­zo­sta­wione w trak­cie wojny czołgi czy działa. Tu­taj mó­wimy o po­ciągu, który ma mieć dłu­gość po­nad 100 me­trów, więc mó­wimy o zna­le­zi­sku wy­jąt­ko­wym. Wy­jąt­kowa jest też ta­jem­nica, w jaki spo­sób ten po­ciąg jest za­bez­pie­czony.

A więc jest! Jed­nak jest! Złoty Po­ciąg ist­nieje! Kto ma być le­piej po­in­for­mo­wany niż Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków?

Piotr Żu­chow­ski tłu­ma­czy:

– Rzecz, która wy­wo­łuje naj­wię­cej emo­cji, to ta­jem­ni­cza za­war­tość tego po­ciągu. Po­ciągi pan­cerne z cza­sów II wojny i te, które funk­cjo­no­wały w cza­sie dzia­łań wo­jen­nych, szcze­gól­nie te w ob­sza­rze obec­nego Dol­nego Ślą­ska, były tak na­prawdę wiel­kimi fur­go­nami na to­rach, prze­wo­żą­cymi cenne rze­czy. Po­jaz­dami, w któ­rych prze­wo­ziło się coś nie­zwy­kle cen­nego. Sama in­for­ma­cja, że jest to po­ciąg pan­cerny, jest wska­zówką, że w tym po­ciągu mogą znaj­do­wać się bar­dzo istotne i ważne rze­czy. Nie­za­leż­nie od emo­cji, py­tań, nie­za­leż­nie od ca­łej tem­pe­ra­tury zwią­za­nej z po­szu­ki­wa­niami i tym, co chcie­li­by­śmy jak naj­szyb­ciej wie­dzieć, to jest sprawa, która wy­maga szcze­gól­nie pie­czo­ło­wi­cie prze­strze­ga­nej pro­ce­dury. Sprawa zo­stała zgło­szona do mi­ni­stra kul­tury i dzie­dzic­twa na­ro­do­wego ze względu na to, że mają się tam znaj­do­wać za­bytki (…). Do­piero, kiedy do­trzemy do tego po­ciągu, bę­dziemy mo­gli stwier­dzić, jaka jest jego za­war­tość. Ten po­ciąg może za­wie­rać za­równo kosz­tow­no­ści, które zo­stały wska­zane przez zna­laz­ców, ale rów­nie do­brze może za­wie­rać nie­bez­pieczne ma­te­riały z cza­sów II wojny. Mogą to być rów­nież ar­chiwa, o któ­rych ist­nie­niu wie­dzie­li­śmy, a ni­gdy nie zo­stały od­na­le­zione (…).

Z tyłu tłumu ktoś ci­cho pry­cha.

– Prze­cież to nie­moż­liwe! Skąd mi­ni­ster wie to wszystko?

Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków z pew­no­ścią nie sły­szy tego prych­nię­cia, ale nie­mal w tej sa­mej chwili od­po­wiada na te wąt­pli­wo­ści. Wy­ja­śnia, że przed ofi­cjal­nym zgło­sze­niem w jego ga­bi­ne­cie dwu­krot­nie po­ja­wiły się osoby, „które ucho­dziły jako upeł­no­moc­nione w tym za­kre­sie”. Mówi, że wi­dział do­brej ja­ko­ści zdję­cie geo­ra­da­rowe po­ka­zu­jące, jak wy­gląda po­ciąg.

Te ostat­nie słowa są jak grom z ja­snego nieba. Piotr Le­wan­dow­ski i Ro­bert Ku­del­ski wy­mie­niają po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Zdję­cie geo­ra­da­rowe? Czy to zna­czy, że ktoś ro­bił w tam­tym miej­scu ba­da­nia? Do­wód rze­czy­wi­ście ist­nieje? Ku­del­ski przy­znaje, że choć w po­ciąg nie wie­rzył od po­czątku, to i on na kon­fe­ren­cję przy­szedł pe­łen wąt­pli­wo­ści.

– Z jed­nej strony lo­gika prze­czyła ist­nie­niu ta­kiego trans­portu. Z dru­giej strony uzna­łem, że skoro wy­po­wiada się tak wy­soki rangą urzęd­nik pań­stwowy – w do­datku ktoś od­po­wie­dzialny za ochronę dóbr kul­tury, a więc i za to, co za­gi­nione – to może jed­nak wie o czymś, co prze­czy mo­jej zna­jo­mo­ści te­matu i ma­te­ria­łom ar­chi­wal­nym. Więc po­sze­dłem na tę kon­fe­ren­cję i ocze­ki­wa­łem z na­pię­ciem na słowa se­kre­ta­rza stanu.

Piotr Żu­chow­ski, wy­soko po­sta­wiony urzęd­nik pań­stwowy, wy­daje się wie­dzieć wię­cej niż my wszy­scy. Mówi spo­koj­nie, bez emo­cji. To tylko utwier­dza słu­cha­ją­cych w prze­ko­na­niu, że jest coś na rze­czy.

– Moja wie­dza jest taka, że tam jesz­cze nikt nie do­tarł po woj­nie i in­for­ma­cja o tym, gdzie ten po­ciąg się znaj­duje, była in­for­ma­cją prze­ka­zaną ust­nie przez osobę, która brała udział w scho­wa­niu tego po­ciągu, i ta osoba na łożu śmierci prze­ka­zała taką in­for­ma­cję ze szki­cem, gdzie to ewen­tu­al­nie jest. Taka jest na­sza wie­dza i brzmi to bar­dzo praw­do­po­dob­nie. (…) Je­żeli ist­nieje bar­dzo duże praw­do­po­do­bień­stwo, a w moim przy­padku jest to prze­ko­na­nie w po­nad 99 pro­cen­tach, że ist­nieje taki po­ciąg i że ten po­ciąg jest za­bez­pie­czony, ma­jąc na uwa­dze nie­bez­pie­czeń­stwo zwią­zane z tym, że bę­dzie on po­szu­ki­wany przez pewne osoby na wła­sną rękę, wy­da­łem taki, a nie inny apel. Po­nie­waż jest dzi­siaj go­rączka, by ten po­ciąg zna­leźć. (…) My­ślę, że in­for­ma­cja ustna prze­ka­zana przez osoby, które skry­wały po­ciąg, jest taka, że po­ciąg jest tak za­bez­pie­czony, że tylko spe­cja­li­ści, sa­pe­rzy czy inne służby mogą wejść tam z pewną dozą bez­pie­czeń­stwa. (…) Ja wi­dzia­łem plat­formy i wi­dzia­łem działa, jest to jed­no­znacz­nie po­ciąg pan­cerny.

Ups… Umie­ra­jący es­es­man – no bo kto mógł prze­żyć ukry­wa­nie ta­kiego po­ciągu? – na łożu śmierci prze­ka­zuje bez­cenną in­for­ma­cję. Zu­peł­nie jak na fil­mie. Sta­rzec leży w luk­su­so­wym przy­ciem­nio­nym wnę­trzu. Drżącą ręką wska­zuje jedną z osób sto­ją­cych wo­kół łoża. Ktoś z ro­dziny – a może praw­nik albo le­karz – po­chyla się nad ko­na­ją­cym i wraz z jego ostat­nim od­de­chem przej­muje wielką ta­jem­nicę. No tak, taki ob­ra­zek musi za­dzia­łać na wy­obraź­nię. To trzeba bę­dzie zgłę­bić. Ale prze­cież Piotr Żu­chow­ski wspo­mina także o zdję­ciu geo­ra­da­ro­wym, które wska­zało mnó­stwo szcze­gó­łów. Tyle że nikt ni­gdy nie sły­szał o ta­kim cu­dow­nym urzą­dze­niu, na ob­ra­zie z któ­rego wi­dać lufy! La­ikowi skan geo­ra­da­rowy przy­po­mina dzieło im­pre­sjo­ni­sty z mi­ni­ma­li­stycz­nymi za­pę­dami. To ob­raz zło­żony z warstw, które do­piero in­ter­pre­tuje pro­fe­sjo­na­li­sta. Ale tak na zdrowy ro­zum przed­sta­wi­ciele rządu mają prze­cież wcze­śniej przy­go­to­wane wy­stą­pie­nia na tak ważne kon­fe­ren­cje. Se­kre­tarz stanu w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego z pew­no­ścią wie, co mówi.

– Słowa o pew­no­ści „na 99 pro­cent” i o tym, że kon­ser­wa­tor wi­dział zdję­cia z geo­ra­daru, na któ­rych było wi­dać skład, wa­gony i działa, które sam po­li­czył, upew­niły mnie, że lo­gika i wie­dza wyjdą z tej po­tyczki górą – kon­klu­duje Ku­del­ski.

Ostrzej pa­trzy na sprawę To­masz Bo­nek, au­tor ksią­żek hi­sto­rycz­nych, w któ­rych ob­naża dzia­ła­nia wła­dzy i mu­ze­al­ni­ków w kwe­stiach za­byt­ków.

– Tego po­ciągu nie ma – mówi po pro­stu.

W In­ter­ne­cie Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków otrzy­muje ksywkę: ge­ne­ralny po­szu­ki­wacz Zło­tego Po­ciągu.

Jesz­cze tego sa­mego dnia wie­czo­rem me­dia na ca­łym świe­cie prze­ka­zują in­for­ma­cję: „Pol­ski rząd po­twier­dza. Zo­stał zna­le­ziony po­ciąg ze zło­tem na­zi­stów”.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: