- promocja
Oblany test - ebook
Oblany test - ebook
Piąta książka z popularnej serii o Sebastianie Bergmanie.
Tym razem Sebastian i jego koledzy z Krajowej Policji Kryminalnej będą musieli rozwiązać skomplikowany przypadek seryjnego mordercy.
Zwłoki celebryty z telewizyjnego reality show zostają odnalezione w opuszczonej szkole. Mężczyzna siedzi przywiązany do szkolnej ławki ze wzrokiem skierowanym w róg sali. Do głowy przyczepione ma ośle uszy, a do pleców przytwierdzone zszywaczem znaki zapytania. Zgninął od kuli. Szybko pojawiają się kolejne ofiary. Wszystkie łączy jedno – były gwiazdami telewizji.
Kategoria: | Kryminał |
Zabezpieczenie: |
Watermark
|
ISBN: | 978-83-8252-455-0 |
Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
od wielu lat czytuję Pańską gazetę. Z początku w formie papierowej, a od kilku lat w internecie. Nie zawsze się zgadzam z Waszymi poglądami i zdarzało się, że miałem zastrzeżenia zarówno do wyboru tematów, jak i do tendencyjności reportaży, ale z reguły byłem mniej lub bardziej zadowolony z lektury.
Tym razem jednak czuję się w obowiązku zapytać Pana jako redaktora naczelnego: dlaczego Wasz tytuł promuje głupotę?
Kiedy zadecydowano, że czysta głupota ma nie tylko zostać podniesiona do rangi normy, ale wręcz uznana za coś godnego podziwu; coś, do czego warto dążyć?
Dlaczego poświęcacie miejsce w gazecie ludziom, którzy nawet nie znają daty wybuchu drugiej wojny światowej, nie mają choćby podstawowej wiedzy matematycznej i tylko w wyjątkowych wypadkach potrafią się wypowiedzieć pełnym zdaniem? Ludziom, których jedynym talentem jest robienie dzióbka na tak zwanych selfies, a jedyną zasługą to, że się publicznie ośmieszyli, uprawiając seks w jednym z tych reality show, od których co wieczór aż się roi na rozmaitych kanałach krajowej telewizji?
W mojej pracy spotykam wielu młodych ludzi. Poukładanych, inteligentnych, ambitnych i zaangażowanych. Młodzież zorientowaną w bieżących wydarzeniach, która przyswaja wiedzę, myśli krytycznie i zdobywa wykształcenie, żeby potem znaleźć ciekawą i wymagającą pracę i przysłużyć się społeczeństwu. Która czegoś chce. I coś potrafi.
To takim ludziom powinniście użyczyć miejsca. To ich powinniście stawiać za wzór. Nie te pozbawione empatii, egoistyczne, zafiksowane na punkcie wyglądu stworzenia z metalowym złomem w językach i wulgarnymi tatuażami na ciele, szczycące się niskim IQ i brakiem wykształcenia.
Powtarzam pytanie i czekam na odpowiedź w gazecie: kiedy zadecydowano, że czysta głupota ma nie tylko zostać podniesiona do rangi normy, ale wręcz uznana za coś godnego podziwu; coś, do czego warto dążyć?
Łączę pozdrowienia
Cato StarszyTrzydzieści sekund. Czas start.
Mirre nie rejestrował już metalicznego kliknięcia włączanego stopera. Jak długo to potrwa? Co mówił ten człowiek?
Miał zadać sześćdziesiąt pytań.
Które z kolei padło przed chwilą? Nie miał pojęcia. Czuł się tak, jakby robili to całą wieczność. Cały czas próbował zrozumieć, co się stało.
– Chce pan jeszcze raz usłyszeć pytanie?
Mężczyzna siedział blisko.
Po drugiej stronie stołu.
Jego głos był niski i spokojny.
Mirre usłyszał go po raz pierwszy nieco ponad dwa tygodnie wcześniej, kiedy rozmawiali przez telefon. Mężczyzna zadzwonił i przedstawił się jako Sven Cato, dziennikarz freelancer. Chciał przeprowadzić z nim wywiad. A raczej napisać sylwetkę. Mirre wprawdzie nie wygrał, ale był jednym z tych uczestników, którzy zdobyli największą popularność w mediach społecznościowych. Ludzie wyrobili sobie zdanie o nim na podstawie tego, co zobaczyli. Sven chciał nieco pogłębić ten obraz. Pokazać jego inne strony, dokopać się do człowieka. Spytał, czy mogliby się spotkać.
Spotkali się. W hotelu Kur. Sven postawił mu lunch. Zamówili też po piwie, mimo że był wtorek, kilka minut po wpół do dwunastej. Ale było lato. Mieli wolne. Sven położył między nimi na stole mały dyktafon i zaczął zadawać pytania. Mirre odpowiadał.
Teraz ten człowiek najwyraźniej uznał jego milczenie za odpowiedź twierdzącą.
– Do jakiej grupy zalicza się wyrazy, które określają relacje między osobami, przedmiotami lub miejscami, na przykład: na, do, przed i w?
– Nie wiem – odparł Mirre.
Sam słyszał, jak zmęczony jest jego głos.
– Ma pan jeszcze dziesięć sekund.
– Nie wiem! Nie znam odpowiedzi na pańskie cholerne pytania!
Zapadła kilkusekundowa cisza. Potem rozległo się kliknięcie zatrzymywanego stopera i jeszcze jedno, kiedy mężczyzna go wyzerował.
– Kolejne pytanie: jaką nazwę nosił okręt flagowy, który wziął udział w wyprawie z 1492 roku, podczas której Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę? Trzydzieści sekund, czas start.
Klik.
Stoper znów zaczął odliczać czas.
Wywiad się udał. Sven był wprawdzie w wieku jego ojca albo jeszcze starszy i nie za bardzo ogarniał, ale wydawał się autentycznie zainteresowany. Mirre z przyjemnością z nim rozmawiał. Kiedy wrócił z toalety, okazało się, że Sven zamówił im jeszcze po piwie.
To musiało być to. Drugie piwo. Na pewno coś do niego dodał, bo wkrótce zaczęło mu być niedobrze. Stracił koncentrację. Był osłabiony.
Sven zaproponował, że odwiezie go do domu.
Wyszli z restauracji. Ruszyli w stronę parkingu.
A potem obudził się tutaj.
Z głową na twardym blacie stołu.
Podniósł się do pozycji siedzącej i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nic nie widzi. Chciał zdjąć to coś, co zakrywało mu oczy, ale odkrył, że może poruszyć rękoma najwyżej o centymetr. Kiedy to zrobił, rozległ się metaliczny dźwięk.
Łańcuch. Kajdanki.
Zaczął krzyczeć i szarpać kajdankami, ale przestał, kiedy usłyszał znajomy głos.
– Nikt cię nie słyszy i nie dasz rady się uwolnić.
Znów zaczął krzyczeć. Co tu się działo, do cholery? Co, do cholery, wyprawiał ten człowiek?
Mirre na przemian groził i błagał. Głównie groził.
– Uspokój się – powiedział Sven. – Możesz stąd wyjść za pół godziny z hakiem. Oczywiście pod warunkiem, że zdasz.
– Jak to: zdam? – zapytał Mirre. – Co mam zdać?
Sześćdziesiąt pytań. Trzydzieści sekund na odpowiedź na każde z nich.
Jedna trzecia odpowiedzi musi być poprawnych.
– A w przeciwnym razie? – zapytał Mirre.
– No to zaczynamy – odparł mężczyzna, który pewnie wcale nie nazywał się Sven Cato. – Pierwsze pytanie: jak brzmi rozwinięcie skrótu NATO? Trzydzieści sekund, czas start.
Rozległo się kliknięcie, a potem cichsze, szybkie tykanie, kiedy stoper odliczał sekundy.
Mirre w zasadzie nie skupiał się na pierwszych dziesięciu, piętnastu pytaniach. Nadal szarpał kajdankami, pytał mężczyznę, co on, do cholery, wyprawia, czego chce, na przemian odgrażał się, że go załatwi, i obiecywał, że da mu to, czego chce, jeśli tylko go wypuści.
Groźby i błagania.
Na tym człowieku nie robiło to wrażenia. Zadawał pytania wciąż tym samym spokojnym tonem, potem włączał stoper, pytał, czy ma powtórzyć pytanie, i czekał na odpowiedź. Po jakimś czasie stwierdził rzeczowo, że szanse na zaliczenie testu drastycznie zmalały i że najlepiej będzie, jeśli spróbuje trochę mniej mu grozić, a bardziej się skoncentruje.
Mirre zaczął słuchać.
– Czym jest liczba pierwsza?
– Jakie gatunki zwierząt wchodzą w skład Wielkiej Piątki Afryki?
– W której dekadzie uformowała się wyspa Surtsey u wybrzeży Islandii?
– Jaką nazwę nosi jednostka światłości w układzie SI?
Mniej więcej na półmetku Mirre zdał sobie sprawę, że przy każdym jego ruchu coś szeleści. Folia. Siedział na folii. Na miękkiej, zafoliowanej poduszce. Mirre potrafił sobie wyobrazić tylko dwa powody, dla których mogła być tak zabezpieczona.
Była nowa.
Albo ten człowiek chciał ją ochronić.
Przed plamami. Przed zachlapaniem krwią.
Poczuł gwałtowny przypływ adrenaliny i postanowił, że zda test. Pokaże temu skurwysynowi. Postara się słuchać, postara się myśleć. Musiał zaliczyć ten cholerny sprawdzian.
– W którym amerykańskim stanie leży Chicago?
– Jaki jest symbol chemiczny fosforu?
– Kto był następcą Oskara I na szwedzkim tronie?
Pytanie za pytaniem, a potem kolejne. Wszystkie zadawane tym samym spokojnym, głębokim głosem. Mirre nie potrafił odpowiedzieć na ani jedno…
– Ostatnie pytanie: do jakiej rodziny zaliczany jest rosomak?
Klik.
Do jakiej rodziny? Jak to: do rodziny? Mirre wiedział, jak jest po angielsku rosomak. Wolverine. Oglądał każdy film na podstawie komiksów Marvela, jaki nakręcono. Ale rodzina?
– Mam powtórzyć pytanie?
– Nie.
Cisza. Ciche, szybkie tykanie. Klik.
– Czas się skończył. No to zobaczmy…
Mirre westchnął i oparł czoło o stół. Nie było szans, żeby miał dwadzieścia punktów. Na wiele pytań nie odpowiedział w ogóle.
Słyszał, jak mężczyzna po drugiej stronie wstaje. Powoli podniósł głowę i starał się usłyszeć, co się dzieje. Odniósł wrażenie, że mężczyzna podszedł blisko. Nagle poczuł na czole coś zimnego, metalicznego.
– Oblałeś – powiedział człowiek, który w rzeczywistości nie nazywał się Sven Cato.
Mirre nie zdążył nawet odsunąć głowy. Z pistoletu do uboju bydła pod wpływem sprężonego powietrza wystrzelił mały bolec. Przebił kość czołową i dotarł do mózgu.Przez całe życie otaczały ją kłamstwa. Niewidzialne kłamstwa. Przez ponad trzydzieści lat otaczały ją cienie, choć nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Aż do teraz. Teraz widziała je wszędzie. Gdziekolwiek się obróciła.
Kłamstwa i zdrada.
Nikt nie mówił prawdy.
Nikt.
Ani Anna, ani Valdemar, ani Sebastian.
Mama, tata i tata.
Choć teraz wzbraniała się przed myśleniem o nich jak o rodzinie. To słowo miało w sobie zbyt dużo miłości. Nie zamierzała im tego dawać. Teraz byli tylko imionami, niczym więcej.
Anna. Valdemar. Sebastian.
Krok po kroku jej życie zaczęło pękać. Valdemar został oskarżony o przestępstwa finansowe i aresztowany. Od początku zakładała, że jest niewinny, że padł ofiarą pechowych okoliczności. W końcu był jej ojcem. Ale on się przyznał. Cały jej świat zachwiał się w posadach.
Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Przepaść otwarła się jej pod stopami, kiedy się dowiedziała, że Valdemar nie jest jej biologicznym ojcem. To odkrycie zwaliło ją z nóg. Gorączkowo próbowała się nauczyć poruszania po nowym życiu i poznać prawdę. Doprowadziła do konfrontacji z Anną. Nie przypuszczała, że okaże się tak zakłamana.
Wymyśliła jej nowego tatę.
Miałby nim być człowiek, który już nie żył.
Kolejne kłamstwo.
Mogła zrozumieć, dlaczego Anna nie powiedziała jej prawdy o Valdemarze. Zrozumieć i może nawet docenić. W zasadzie przez całe życie był jej ojcem. Najlepszym, jakiego mogła sobie wymarzyć. Po co jej go odbierać? Po co niepotrzebnie niszczyć to, co między nimi było?
Ale teraz? Kiedy wiedziała już, kim jest, a raczej kim nie jest? Po co dalej brnąć w kłamstwa? Po co w tej sytuacji ukrywać przed nią prawdę? Nie dało się tego wyjaśnić, obronić ani zrozumieć i w efekcie zapanował między nimi lodowaty chłód. Emocjonalna wieczna zmarzlina. Nie czuła potrzeby roztopienia jej.
To nie ona kłamała.
Ona była niewinna.
A potem, kiedy wszystko dookoła już się chwiało, z cienia wynurzył się nagle Sebastian Bergman.
To on był jej ojcem.
Dlatego znów zaczął pracę w Krajowej Policji Kryminalnej.
Jego motywacja była jasna jak słońce. Wszystko, co robił, miało tylko jeden cel: zbliżyć się do niej, zostać jej przyjacielem.
Obudził ją nocą po ślubie Billy’ego. Nadal była na wpół przytomna, kiedy powiedział, że musi jej coś powiedzieć i że to nie może czekać. Nie bardzo wiedziała, czego się spodziewać, kiedy usiadła koło niego na niepościelonym łóżku, ale na pewno nie oczekiwała tego, co usłyszała.
– Jestem twoim ojcem, Vanju – powiedział i chwycił ją za ręce.
Przynajmniej zdobył się na pewną delikatność. Mówił o tym tak łagodnie, jak tylko mógł. Wyjaśnił, w jaki sposób się o tym dowiedział, tłumaczył, że nie chciał psuć tego, co było między nią a Valdemarem, że Anna mu zabroniła, ale mimo wszystko przez cały czas miał na uwadze jej dobro.
Wydawał się szczery.
Choć jego szczerość w zasadzie nic nie zmieniała. Zdrada to zdrada.
Bawili się jej życiem.
Tak jak w filmie _Truman Show_ z Jimem Carreyem.
To był tylko teatr, wszyscy oprócz niej byli aktorami.
Zawsze szczyciła się tym, że jest racjonalna i logiczna, a teraz straciła grunt pod nogami. Jakby znajdowała się w domu, w którym wszystkie drzwi prowadzą do ślepej uliczki. Szukała ze wszystkich sił, ale nie mogła znaleźć wyjścia.
Wzięła dwutygodniowe zwolnienie lekarskie. Siedziała w mieszkaniu i próbowała zapanować nad uczuciami. To nie pomogło, jedynie uświadomiło jej, jak bardzo była samotna.
Przez całe dorosłe życie skupiała energię tylko na dwóch sprawach – na pracy i na rodzinie.
Chciała być dobrą policjantką.
Chciała być dobrą córką.
Teraz, kiedy nie miała już rodziny, została jej tylko praca.
No i był jeszcze człowiek, który nagle okazał się jej ojcem. Jej dwa światy zderzyły się ze sobą. Nigdzie nie była już wolna od prześladujących ją myśli. A właśnie tego potrzebowała.
Musiała ułożyć sobie życie z dala od cieni.
Własne życie. Swoje życie.
Nie miała tylko pojęcia, jak to zrobić.Zazwyczaj poziom natężenia dźwięku był tu zupełnie inny – koło szafek ustawionych wzdłuż ścian zbierało się prawie dwustu uczniów. Ale w czwartek zaczęły się wakacje i Lise-Lotte González była sama w pustej szkole. Zostało jej trochę administracyjnej roboty z ostatnich tygodni przed zakończeniem roku i postanowiła, że poświęci tyle czasu, ile potrzeba, żeby wszystko nadrobić, dzięki czemu będzie mogła pójść na urlop z czystym sumieniem. Poprzedniego dnia spędziła w gabinecie tylko kilka godzin, bo wyciągnęła ją stamtąd piękna pogoda, ale teraz miała zamiar zostać przynajmniej do czwartej.
Nie przeszkadzało jej, że urlop opóźni się o tydzień lub dwa. Przyjemnie było pracować w skupieniu bez dzwoniących telefonów, kolegów zaglądających do jej gabinetu i szybko zapełniającej się skrzynki mailowej.
Koło drugiej uznała, że czas na zasłużoną przerwę. Poszła do pustego pokoju nauczycielskiego i włączyła czajnik. Zrobiła sobie filiżankę nescafé. W jednej z szuflad pod blatem znalazła puszkę starych migdałowych sucharków. Tyle musiało jej wystarczyć.
Po małej przerwie na kawę postanowiła trochę się przejść. Lubiła chodzić po świeżo odnowionych salach swojej szkoły.
Tak właśnie o niej myślała. Moja szkoła.
Oczywiście wcale tak nie było. Niepubliczna szkoła podstawowa Hilding dla klas 6–9 była najnowszą placówką koncernu Donnergruppen.
Dobrze sobie radzili.
Stały napływ uczniów, dobra opinia, kadra złożona wyłącznie z wykwalifikowanych nauczycieli i wyniki znacznie powyżej przeciętnej w ogólnokrajowych egzaminach. Lise-Lotte nie sądziła, by koncern choć przez chwilę żałował, że powierzył jej stanowisko dyrektora.
Wyszła zza rogu i znalazła się w korytarzu prowadzącym do sal, gdzie odbywały się zajęcia z przedmiotów ścisłych. Jedne z pociągniętych białą bejcą drzwi, których przez cały semestr jakimś cudem nikt nie zabazgrał, były uchylone. Powinny być zamknięte – w pracowniach znajdowały się chemikalia, kwasy, butle gazowe i inne rzeczy, zarówno cenne, jak i niebezpieczne.
Już miała je zamknąć i przekręcić klucz, ale zajrzała do środka.
Co to było?
Otworzyła drzwi szeroko. Tak, nie przywidziało jej się. Po lewej stronie interaktywnej tablicy siedział mężczyzna, rozebrany do pasa i zwrócony plecami do sali.
– Halo!
Żadnej reakcji. Weszła do pomieszczenia.
– Halo, wszystko w porządku?
Nadal nie było żadnej odpowiedzi. Nic nie wskazywało nawet na to, że ten człowiek ją słyszał. Czyżby był pod wpływem jakiejś substancji? Siedział na krześle w taki sposób, jakby był nieprzytomny albo pogrążony w głębokim śnie.
Lise-Lotte ruszyła przejściem między ławkami. Krzesła, poustawiane do góry nogami na blatach, czekały na semestr zimowy, który miał się rozpocząć za osiem tygodni.
– Wszystko w porządku? Słyszy mnie pan?
Kiedy podeszła bliżej, zobaczyła, że mężczyzna jest młody. Wysportowany. Wytatuowany. Miał coś na głowie… Co to było? Spiczasta czapka, jaką noszą chłopcy w Dniu Świętej Łucji? No i co takiego miał na plecach? Jeżeli był nieprzytomny albo odurzony, miała nadzieję, że nie stało się to pod wpływem jakiejś substancji, którą zabrał z sali chemicznej. Nie wyglądałoby to dobrze, gdyby ktoś z okolicznej młodzieży włamał się do jej szkoły i czymś się tu naćpał albo zatruł.
Znów przystanęła i zdziwiona zmarszczyła czoło. Teraz już wiedziała, co ten człowiek ma na plecach.
Dwie kartki.
Formatu A4.
Był na nich jakiś napis. I plamy krwi w miejscach, w których przypięto je dużymi zszywkami do gołej skóry. Przeczuwała najgorsze, kiedy pokonała ostatni odcinek i nachyliła się, żeby zobaczyć jego twarz.
Gdyby wytrzeszczone oczy nie dały jej do zrozumienia, że patrzy na zwłoki, mała okrągła dziura w czole nie pozostawiłaby żadnych wątpliwości.Vanja siedziała na kanapie w pokoju Torkela i czekała.
Przyszła za wcześnie albo on się spóźniał.
Prawdopodobnie to pierwsze. Torkel był znany z punktualności.
Poczuła, że się denerwuje, choć sama nie wiedziała dlaczego.
Torkel znał już prawdę o Sebastianie. Powiedziała mu wszystko, kiedy zadzwonił zapytać, jak się czuje. Nie wiedział, dlaczego wzięła zwolnienie. Pewnie myślał, że zachorowała na grypę albo coś innego, co minie. Był oczywiście zdziwiony, ale jednocześnie rozumiał. Powiedział, że da jej tyle czasu, ile trzeba, i że jeśli będzie chciała z kimś porozmawiać, to wie, gdzie go szukać.
Teraz czuła taką potrzebę.
Nie miała nikogo innego i doszła do wniosku, że w pojedynkę nic nie zdziała.
Zobaczyła przez szybę, że zbliża się Torkel. Wstała, żeby trochę dojść do siebie. Skarciła się w myślach za ten odruch. Miała przecież rozmawiać z Torkelem. Swoim przyjacielem i mentorem – ostatnie wydarzenia nic między nimi nie zmieniły.
Będzie dobrze.
Torkel stał po jej stronie.
Dlaczego więc zachowywała się jak zdenerwowana pierwszoklasistka wezwana do dyrektora?
Kiedy od pokoju dzieliło go tylko kilka metrów, zauważył ją, uśmiechnął się przyjaźnie i uniósł rękę na powitanie, ale odniosła wrażenie, że dostrzega w jego oczach niepokój. Pomyślała, że być może jest tak samo zdenerwowany przed spotkaniem jak ona.
Nie wiedział, dlaczego tu przyszła.
Czyżby myślał, że niedługo ją straci?
Czy rzeczywiście ją tracił? Dlaczego właściwie tu była?
Sama nie potrafiła odpowiedzieć. Straciła kontrolę nad sytuacją. To było do niej niepodobne. Dlatego się denerwowała.
– Witaj, Vanju. Fajnie cię znowu widzieć – powiedział i ją przytulił. – Jak się trzymasz?
– Kiepsko. – Vanja poczuła nagle, jak miło usłyszeć to pytanie od kogoś, kogo interesuje odpowiedź. Od kogoś, kto się o nią martwi. – Nie bardzo umiem sobie to wszystko poukładać.
– Rozumiem – odparł spokojnie Torkel. Wyprostował ręce i złapał ją za ramiona. – Wiele przeszłaś.
– Tak, można tak powiedzieć…
Torkel uśmiechnął się do niej słabo i jeszcze raz ścisnął jej ramiona, po czym usiadł w jednym z foteli dla gości. Skinął jej głową, żeby usiadła na sofie naprzeciwko.
– Wczoraj na krótko spotkałem się z Sebastianem – powiedział, kiedy usiadła. – On też nie zaglądał tu za często.
– Powiedziałeś mu, że wiesz? – zapytała Vanja.
Torkel pokręcił głową. Za kogo go uważała? Przecież prosiła, żeby tego nie robił. Chyba wiedziała, że nigdy nie zawiódłby w ten sposób niczyjego zaufania.
– Co wobec tego robimy? – spytał i się nachylił. Oparł łokcie na kolanach i złączył palce. – Jak chcesz to rozwiązać? Ty decydujesz.
Popatrzyła w jego szczere, przyjazne oczy i pożałowała, że nie ma lepszej odpowiedzi.
– Nawet nie jest tu zatrudniony, podpisał tylko umowę konsultingową. Jeszcze dziś mogę ją podrzeć, jeśli chcesz.
To ją zaskoczyło. Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Taki wariant nawet nie przyszedł jej do głowy. Sebastian, tak samo jak ona, był częścią drużyny i tak go odbierała. Teraz nagle Torkel pozwolił jej to zmienić. Mogła go wyrzucić.
To nie było łatwe.
Z jednej strony nie chciała go nigdy więcej widzieć. Z drugiej była jeszcze bardziej niepewna. Miała jeszcze większy mętlik w głowie.
– Nie wiem – wykrztusiła w końcu.
Coraz częściej posługiwała się tą nic niemówiącą odpowiedzią, która pozwalała zrzucić decyzję na innych.
– Mogę go wywalić w jednej chwili. To zależy od ciebie – powtórzył Torkel.
Z wdzięcznością pokiwała głową, ale niepewność była równie silna co wdzięczność. O ile nie silniejsza.
Nie nienawidziła Sebastiana Bergmana. Nie była na niego tak zła jak na Annę i Valdemara. W żadnym wypadku. Właściwie nie życzyła mu źle. Nie mogła zaprzeczyć, że się do siebie zbliżyli. W pewnym sensie nawet go lubiła.
– Muszę pomyśleć. Może to by było zbyt proste? – powiedziała.
– Czasami proste rozwiązania są najlepsze – odparł Torkel.
To prawda, pomyślała Vanja, ale to byłoby jak próba ucieczki przed trudnościami. Zamiatanie ich pod dywan. Nie miała tego w zwyczaju. Nie chciała unikać problemów. Chciała je rozwiązywać. Od razu. A przynajmniej próbować, zanim się podda.
Wolno pokręciła głową.
– Zatrzymaj go. Dam znać, jeśli zmienię zdanie.
Torkel pokiwał głową. Nie dało się odczytać z jego twarzy, co myśli o jej decyzji. Już miał coś powiedzieć, kiedy zadzwonił telefon. Tym razem nie można było źle zinterpretować wyrazu jego twarzy. Był zirytowany. Wstał, okrążył biurko i podniósł słuchawkę.
– Nie chcę, żeby ktokolwiek mi przeszkadzał – powiedział krótko. Przez chwilę słuchał, potem przysunął do siebie notatnik, który leżał na biurku, i chwycił długopis. – Skąd dzwoniła?
Torkel zaczął pisać. Vanja podniosła się z kanapy. Nie wiedziała, kto dzwoni i skąd, ale zrozumiała, że właśnie dostali kolejną sprawę.Sebastian nie bardzo rozumiał, jak znalazł się na wyspie Adelsö. A raczej miał do siebie pretensje, że na to pozwolił. Fakt, zawsze grał na wyjeździe, ale zwykle był na tyle rozsądny, żeby się upewnić, że łatwo będzie mógł wrócić, kiedy przyjdzie mu na to ochota. Najczęściej zanim kobieta, z którą spędził noc, zdąży się obudzić. To, że tym razem nie był wystarczająco przewidujący, zrzucał na karb faktu, że jego uzależnienie w ostatnim czasie przybrało na sile. Przymus zdobywania wręcz zawładnął całym jego życiem.
Po tym, co się zdarzyło w Värmlandii.
Po historii z Marią i jej córką Nicole.
Dziewczynka była świadkiem tego, jak jej kuzyni, ciotka i wujek zostali zamordowani, a kiedy policja ją znalazła, nie chciała mówić. Sebastian postanowił, że pomoże jej poradzić sobie z traumą. Z czasem przywiązał się do dziewczynki i do jej matki. Za bardzo. Wprowadziły się do niego. Stworzyli małą rodzinę. Nicole miała wypełnić pustkę po jego zmarłej córce.
To nie było zdrowe.
Nie mogło się udać.
I się nie udało.
Skończyło się tym, że Maria dała mu jasno do zrozumienia, że nie chce go nigdy więcej widzieć.
On jednak chciał się z nimi zobaczyć.
Przez jakiś czas próbował je znaleźć. Nie było to takie trudne. Przeprowadziły się z mieszkania w Enskede do małego domku szeregowego w Åkersberdze. Pojechał tam, ale kiedy był już pod drzwiami, zaczął się wahać.
Co powinien zrobić?
Co mógł zrobić?
Chciał im wszystko wyjaśnić. Powiedzieć, jak wiele dla niego znaczą. Jak bardzo chce znowu być blisko nich. Że dzięki nim czuł się tak kompletny, jak nigdy od czasu drugiego dnia świąt w 2004 roku.
Ale przecież je okłamał. I samego siebie. Może Vanja miała rację, może rzeczywiście wykorzystał je, kiedy były najsłabsze. Maria też tak uważała. Co mógł zyskać, gdyby znów się pojawił w ich życiu? Nic. Dlatego odpuścił. Zostawił osiedle willowe za sobą.
Zostawił Marię i Nicole.
Powrócił do przypadkowych, nic nieznaczących przygód seksualnych.
Ta na Adelsö była jedną z nich.
Sen obudził go tuż przed szóstą. Prawą dłoń jak zwykle miał mocno zaciśniętą. Rozprostował palce i już po chwili doszedł do wniosku, że nie będzie to dobry pomysł, jeśli wstanie teraz z łóżka i po cichu się wymknie. Nawet gdyby znał drogę (a tak nie było), nie miał ochoty pokonywać na piechotę siedmiokilometrowego odcinka do promu samochodowego, a potem spędzać całej wieczności w autobusie do Sztokholmu. Tak więc leżał i patrzył w sufit, dopóki kobieta u jego boku, Kristina… czy jak jej tam, nie zaczęła się budzić. W tej samej sekundzie, kiedy otworzyła oczy, uśmiechnął się do niej i szybko pogłaskał ją po policzku.
– Dzień dobry.
Przeciągnęła się i już miała wsunąć mu rękę pod kołdrę, ale się odkrył i wstał.
– Wezmę prysznic. Mogę pożyczyć ręcznik?
Miał wrażenie, że Kristina jest trochę rozczarowana tą szybką rejteradą. Ale naprawdę nie chciał już więcej seksu. Napięcie, wyzwanie, jakim było sterowanie biegiem wydarzeń podczas uwodzenia, cała ta gra, pozwalały mu zapomnieć o bólu i poczuciu winy, które go powoli zatruwały. Tego właśnie potrzebował. Inaczej seks byłby tylko męczarnią.
Po wyjściu spod prysznica zobaczył, że Kristina przygotowała mu śniadanie. Nie był głodny. Zwykle za wszelką cenę próbował unikać takich sytuacji. Fałszywe poczucie wspólnoty, iluzja, że coś ich łączy – choć jeśli to będzie zależało od niego, nigdy więcej się nie spotkają – przyprawiały go o dreszcz.
– Chcesz iść na spacer po śniadaniu? – zapytała Kristina, smarując masłem domowego bajgla, którego podgrzała w mikrofalówce.
– Nie. Chcę, żebyś odwiozła mnie na prom – odpowiedział zgodnie z prawdą. – A najlepiej aż do miasta.
Kristina odłożyła nóż do masła i posłała mu trochę zdziwiony uśmiech, jakby to, co właśnie usłyszała, kompletnie nie pasowało do jej planów.
– W nocy mówiłeś, że rano nie będzie ci się aż tak spieszyło.
– W nocy mówiłem wszystko, byle tylko się z tobą przespać.
To też była prawda, ale jeśli powiedział coś takiego w tej sytuacji, musiał się liczyć z konsekwencjami.
Pozytywne były takie, że niechciane śniadanie natychmiast dobiegło końca.
Negatywne zaś takie, że Kristina nie zamierzała go zawieźć nawet metr dalej.
Szedł więc przed siebie ulicą Adelsö Ringväg i liczył na to, że doprowadzi go do przystani promowej.
Zadzwonił jego telefon.
Złapał się na tym, że ma nadzieję, iż to Vanja.
Mniej więcej miesiąc wcześniej, nocą po ślubie Billy’ego, był zmuszony zdradzić jej to, co wiedział już od jakiegoś czasu.
Powiedzieć, że jest jej ojcem.
Oczywiście była w szoku. Początkowo nie chciała mu wierzyć, a później, kiedy mimo wszystko dała się przekonać, że to prawda, kazała mu odejść. Nie tak, jakby nie chciała go już nigdy więcej widzieć, ale raczej jak ktoś, kto chce pobyć sam.
Potrzebowała czasu, żeby to przetrawić.
Miała się odezwać.
Nie odezwała się.
Sebastian znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że jeśli łącząca ich więź, która już wcześniej bywała krucha, ma mieć szansę na przetrwanie, od teraz wszystko musi się odbywać na jej warunkach. To ona miała wyznaczać tempo. Wystarczył najdrobniejszy sygnał, że zamierza jej cokolwiek narzucić, a odwróciłaby się od niego na dobre.
Był sam.
Samotność kiepsko mu wychodziła.
Dlatego szedł teraz piechotą po Adelsö.
To nie Vanja dzwoniła. Tylko Torkel.
Nadszedł czas, by wrócić do pracy.Ursula zdziwiła się na widok młodszej koleżanki, która weszła do terminalu. Torkel nie był pewien, czy Vanja powinna w tym uczestniczyć, ale najwyraźniej udało mu się ją przekonać. Nie zdziwiłabym się, gdyby jednak postanowiła się wycofać, pomyślała. Sama nie była pewna, czy chce nadal pracować z Sebastianem. Nie tylko dlatego, że był uzależnionym od seksu notorycznym kłamcą, który do tego okazał się ojcem Vanji.
Miała też własne powody.
Przez to, że była z nim blisko, straciła prawe oko.
Byli w jego mieszkaniu, tylko we dwoje.
W powietrzu wyczuwało się seks.
Może nawet coś więcej, przynajmniej z jej strony, ale teraz za nic by się do tego nie przyznała. Wszystko przerwała jego była dziewczyna z pistoletem przytkniętym do wizjera w drzwiach. Potem nawet nie odwiedził jej w szpitalu. Bez przekonania prosił o wybaczenie i chciał, żeby to kontynuowali. Jak gdyby nigdy nic.
Odwróciła się do Torkela, który stał krok dalej.
– Sebastian też będzie?
– Mówił, że tak.
– Vanja nie ma nic przeciwko temu?
– Nie.
– Nie moglibyśmy tego przegłosować? – zapytała i pomachała Vanji, która stanęła przed szklanymi drzwiami i zaczęła się rozglądać.
Odmachała i zaczęła iść w ich stronę. Ciągnęła za sobą czarną walizkę na kółkach i wydawała się zaskakująco opanowana. Może tylko trochę bledsza. I chyba zgubiła kilka kilogramów.
– Jego obecność to problem? – zapytał Torkel, a Ursula poczuła, że przygląda jej się badawczo.
W jego głosie było coś… Sądziła, że już się pogodził z tym, że kiedy ją postrzelono, była w mieszkaniu Sebastiana. Że początkowa zazdrość to już zamknięty rozdział. Ale mogła się mylić. Mimo że zarówno ona, jak i Sebastian tłumaczyli, że absolutnie do niczego nie doszło. Zjedli tylko miłą kolację. To wszystko.
– Obecność Sebastiana zawsze jest problemem – powiedziała i delikatnie wzruszyła ramionami, żeby rozładować atmosferę.
– Dla ciebie?
Tak, ten rozdział z całą pewnością nie był zamknięty. Westchnęła.
– Nie. Nie bardziej niż zwykle – dodała po chwili.
Vanja podeszła do nich, a Ursula – ku jej i swojemu zdziwieniu – przytuliła ją. Nigdy nikogo nie przytulała. Nawet własnej córki.
– Hej, skarbie, jak się czujesz? – zapytała.
Vanja spojrzała z czułością na Ursulę. Była wdzięczna za tę niespodziewaną troskę.
– W porządku. Cieszę się z powrotu do pracy.
Odwróciła się do Torkela, żeby skierować rozmowę na inne tory niż jej życie prywatne.
– Zdążyłam tylko przejrzeć pierwszy raport w taksówce – powiedziała jakby przepraszająco. – Wiemy coś więcej?
– Niezbyt wiele – odpowiedział Torkel. – Dwa morderstwa. Efektowne. Identyczne. Obaj zamordowani zginęli od strzału w czoło i znaleziono ich w klasie. Na głowie mieli spiczaste czapki, a do pleców przyczepiono im coś w rodzaju… testu. Pierwsze morderstwo miało miejsce w zeszłym tygodniu w Helsingborgu, a drugie przedwczoraj w Ulricehamn.
– Czyli morderca się przemieszcza?
– Na to wygląda – odparł Torkel. – Niestety pierwszy raport policji z Helsingborga pozostawia trochę do życzenia.
Ursula pokręciła głową.
– Czyli jak zwykle będziemy musieli zacząć od początku w jednym i drugim miejscu – stwierdziła kwaśno.
– Tego jeszcze nie wiemy. Poza wydziałem zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej też są dobrzy funkcjonariusze – powiedział Torkel.
– Szkoda, że nigdy ich nie spotykam – odparła Ursula z uśmiechem. – Wiem, że chcesz bronić policjantów z prowincji, ale nawet ty musisz przyznać, że raport z Helsingborga był poniżej wszelkiej krytyki.
Spojrzała na Vanję, licząc na to, że się z nią zgodzi, ale jej uwagę zaprzątało co innego. Ursula się odwróciła i spojrzała w tę samą stronę. Przez wahadłowe drzwi wolnym krokiem wszedł Sebastian, jakby nie miał żadnych problemów pod słońcem. Za jego plecami dostrzegła Billy’ego – wysiadł z taksówki i podbiegł do drzwi.
Cała ekipa w komplecie…
Na widok Vanji Sebastian przystanął, a jego beztroska zniknęła jak ręką odjął.
– Pójdę z nim porozmawiać – powiedziała cicho Vanja i puściła walizkę.
– Mam iść z tobą? – zapytał Torkel niemal ojcowskim tonem.
– Nie trzeba.
Ruszyła w stronę Sebastiana, który postawił walizkę na ziemi i najwyraźniej na nią czekał. Billy minął go, szybko skinął mu głową i nie zatrzymując się, poszedł dalej do Ursuli i Torkela. Sebastian znał mroczne tajemnice kryjące się za neutralną fasadą. Wiedział, co ukrywa. Teraz jednak był zadowolony, że Billy zachowuje się jak gdyby nigdy nic. Musiał się skoncentrować na córce.
– Cześć – powiedział spokojnie, kiedy dzieliło ich już tylko kilka metrów. – Nie byłem pewien, czy przyjdziesz.
– Ale przyszłam.
– Powiedziałaś, że się odezwiesz…
Vanja pokonała ostatnie metry i stanęła tak blisko, że czuł zapach jej szamponu do włosów. Wyglądało to tak, jakby próbowała stworzyć odrobinę prywatności w otaczającym ich tłumie.
– Byłam dzisiaj na Grev Magnigatan – zaczęła cicho, żeby nikt z przechodniów nie usłyszał. – Ale nie było cię w domu.
– Zgadza się, byłem u… kolegi.
Po raz kolejny zaczął sobie wyrzucać, że znalazł się na Adelsö. Gdyby został w mieście, pewnie nie przegapiłby spotkania z córką.
– Ty nie masz żadnych kolegów – powiedziała Vanja z niepotrzebną surowością. – Pewnie się z kimś pieprzyłeś – dodała, czym po raz kolejny udowodniła, że zna go aż za dobrze.
Sebastian pomyślał, że można wybrać lepszy lub gorszy moment na kłamstwo. Ten był jednym z najgorszych. Postawił na szczerość.
– Przepraszam – powiedział. – Nie wiedziałem, że przyjdziesz. Mogłaś najpierw zadzwonić.
– To był nagły impuls – odparła Vanja i wzruszyła ramionami. – Byłam u Torkela i chciałam cię powiadomić, że powiedziałam wszystkim w grupie o naszym… pokrewieństwie.
– O tym, że jestem twoim ojcem.
Patrzyła na niego, a w jej spojrzeniu krył się chłód. Jemu było tak łatwo, a jej tak trudno. To niesprawiedliwe.
– Lubisz tak o sobie mówić, prawda?
– Owszem, lubię. Jestem z ciebie dumny. Ale jeśli ci to przeszkadza, to przestanę.
Sebastian rozejrzał się po terminalu. Kawałek dalej zobaczył Torkela, Ursulę i Billy’ego. Stali w rzędzie i patrzyli na niego i Vanję. Sebastian poczuł, że przynajmniej dwoje z nich, a może i wszyscy chcieliby zobaczyć, jak się odwraca i wychodzi. Znika raz na zawsze. Nie obchodziło go, co o nim myślą. Tak naprawdę obchodziła go tylko kobieta, która stała teraz przed nim.
– Zrobię, co zechcesz, byle tylko cię nie stracić – powiedział i niewiele myśląc, chwycił ją za rękę. Ku jego zdziwieniu nie wyrwała się. – Nie byłaś na to przygotowana – mówił dalej, wciąż z jednakową czułością. Wiedział, że ta rozmowa może się okazać najważniejsza, może nawet w całym jego życiu. Nie zamierzał ryzykować i dystansować się uczuciowo. – Rozumiem, że jesteś na mnie zła. Że jesteś zła na wszystkich. Zdaję sobie z tego sprawę…
Umilkł. Ważył słowa. Balansował teraz na mało wytrzymałym moście. Po obu stronach ziała przepaść, a jego córka w każdej chwili mogła go tam zrzucić.
– Odkąd się dowiedziałem, kim jesteś, najbardziej bałem się tego, że będziemy tak stali, a potem ty pójdziesz w swoją stronę. I nigdy więcej mnie do siebie nie dopuścisz. Byłem tym przerażony. Nadal jestem.
Urwał i wziął głęboki oddech. Nie miał pojęcia, czy jego słowa do niej trafiają. Jej wyraz twarzy nie pozwalał się zorientować, co myśli. Choć w dalszym ciągu trzymała go za rękę.
– Ale to twoje życie. I to ty musisz dokonać wyboru.
Umilkł. Chciał powiedzieć więcej, ale tych spraw było za dużo i były zbyt poważne, żeby o nich wspominał na hałaśliwym, tętniącym życiem lotnisku. Więc czekał. Miał wrażenie, że w nieskończoność.
– Możesz być moim kolegą – powiedziała w końcu. Spokojnym i opanowanym głosem. – A jeśli chodzi o to drugie… – urwała. Ona też ostrożnie dobierała słowa. Wpatrywała się w niego pięknymi, intensywnie niebieskimi oczyma. – Nie jesteś moim tatą. Nie w taki sposób, o jakim myślisz. Żadnych wspólnie spędzanych świąt Bożego Narodzenia i kwiatów na Dzień Ojca.
Sebastian pokiwał głową. Poszło lepiej, niż mógłby to sobie wymarzyć.
– Teraz nie potrafię się z tym uporać – mówiła dalej, jakby się spodziewała, że zaraz zaprotestuje. – I może nigdy się nie uporam. Możemy być tylko kolegami. Odpowiada ci to?
Odetchnął z ulgą. Przynajmniej akceptowała jego małą cząstkę, a to lepsze niż nic.
– Dam z siebie wszystko – powiedział z powagą.
– Daj więcej – odparła Vanja i zdobyła się na uśmiech. – Widziałam już twoje „wszystko”.
Po tych słowach poszła do pozostałych.
Rozległ się komunikat z głośnika – pasażerowie lecący do Göteborga mieli się udać do bramki numer 37. Sebastian podniósł walizkę i ruszył za swoją koleżanką.„Eskilstuna-Kuriren
Dział kontaktu z czytelnikami
Box 120
631 02 Eskilstuna
Mają być wszędzie.
Choć niczego nie potrafią.
Ci wszyscy ludzie z reality show i z blogów. Fizycznie niemal identyczni – wytatuowane ciała (u mężczyzn i kobiet), wypełnione silikonem usta i piersi (u kobiet). Każdy z nich o intelekcie dwulatka.
Krajowe stacje telewizyjne każdego dnia wtłaczają w nas, że powierzchowność, niekompetencja i czysta głupota to przymioty, które w dzisiejszym świecie są najpewniejszą drogą do sukcesu.
Czy ktokolwiek dba o tych, którzy naprawdę coś potrafią? Czy pokazuje się ich razem? Nie. Zarówno młodzi, jak i starzy inteligentni ludzie z porządnym kapitałem umiejętności są cynicznie odstawiani na bok.
Z nich nie stworzy się „dobrej telewizji”.
Oni nie generują „klików”.
Nie produkują „gorących newsów”.
To ludzie, którzy niczego nie potrafią i się tym szczycą. Dzisiejsze czasy wynoszą ich do rangi idoli, wzorów do naśladowania.
Jak to mówi utalentowany Kristian Luuk w programie, który, dzięki Bogu, wciąż się nie przyłączył do wychwalania kompletnej ignorancji: dokąd zmierzamy?
Cato Starszy
Z hotelem wszystko było w porządku. Z pokojem również.
A jednak Billy chciał po prostu wyjść i znaleźć się jak najdalej stąd.
Miał zamiar zacząć pracę z komputerem Petrovica. Był to acer aspire z ekranem 17,3 cala, 4 gigabajtami RAM-u i twardym dyskiem 500 gigabajtów. Chciał się ogólnie zorientować w sytuacji. Ustalić, ile pracy go czeka, kiedy zacznie szukać na poważnie. Znalazł już Mirrego na Instagramie i Twitterze, ale czy był na Facebooku? Czy prowadził bloga? Może miał konto na Flickrze, nawet jeśli nie jest to często spotykane?
Nie mógł się jednak skoncentrować. Uwielbiał taką robotę. Był w niej dobry. Koledzy z ekipy oczekiwali, że wykona ją, jak należy, a bycie przez nich docenionym wiele dla niego znaczyło. Mimo to ledwo zaczynał szukać, a już odpływał myślami.
Myślał o Jennifer. Był wściekły na siebie, że myśli o niej zamiast o swojej żonie. Więc zaczynał myśleć o My. Przypominał sobie miesiąc miodowy, dziesięć naprawdę udanych dni w Turcji, a potem ślub.
Noc poślubną.
Poranek następnego dnia.
A potem było już pozamiatane.
Zamknął laptopa i z westchnieniem wstał z krzesła. Podszedł do okna i popatrzył na jezioro. Nie wiedział, co robić. Kiedy się meldowali, recepcjonistka poinformowała ich, że w hotelu jest małe centrum fitness. Może powinien poćwiczyć? Po zastanowieniu uznał, że nie ma na to ochoty. Zresztą, gdyby już miał ćwiczyć, wolałby pobiegać na świeżym powietrzu. Może powinien do kogoś zadzwonić? W głowie znów pojawiło mu się imię Jennifer. Nie wiedział dlaczego. Całowali się, jakiś miesiąc przed jego ślubem. To było wszystko. Oboje chyba chcieli pociągnąć to dalej, ale on powiedział stop. Miał się przecież ożenić z My – i rzeczywiście się ożenił. Kochał ją, więc jeżeli chciał z kimś porozmawiać, powinna to być ona. Ale z Jennifer wszystko było prostsze. Byli do siebie bardziej podobni. Mieli więcej wspólnego. Ona rozumiała go w zupełnie inny sposób.
Choć oczywiście nie wiedziała nic o nocy poślubnej. Ani o poranku następnego dnia. Tego nikt by nie zrozumiał.
On sam nie potrafił tego zrozumieć.
Ale oddawanie się rozmyślaniom w nieco zbyt ciepłym hotelowym pokoju w niczym mu nie pomagało. Chwycił kurtkę i wyszedł.
Zszedł po schodach do holu. Rozejrzał się i zobaczył Sebastiana, który siedział w jednym z brązowych foteli za recepcją i czytał. Miał nadzieję, że uda mu się przemknąć niepostrzeżenie, ale w tej samej chwili Sebastian podniósł wzrok znad gazety i spojrzał mu w oczy. Billy zaklął cicho. Dlaczego Sebastian tu był? Dlaczego nie siedział w swoim pokoju albo nie szukał jakiejś mieszkanki Ulricehamn, z którą mógłby pójść do łóżka? Przecież to zwykle robił. Czyżby go pilnował?
– Dokąd idziesz?! – krzyknął Sebastian, podniósł się z fotela i ruszył w jego stronę, jednocześnie wkładając kurtkę.
– Wychodzę.
– No to idę z tobą.
Nie było to pytanie, tylko stwierdzenie. Najwyraźniej Billy nie miał nic do gadania.
– Nie potrzebuję niańki.
– Potraktuj mnie jak… przyjaciela zwierząt.
Billy nie był nawet w stanie odpowiedzieć. Otworzył drzwi i wyszedł na okrągły wybrukowany plac przed hotelem. Zapiął cienką kurtkę, choć na dworze nadal było ciepło, i bez słowa ruszył przed siebie. Skręcił w prawo na mały trawnik, a potem znów w prawo.
Sebastian poszedł za nim, dogonił go i razem przecięli większą drogę. Zaczęli schodzić w kierunku jeziora. Kiedy tam doszli, Billy postanowił pójść w lewo, z wiatrem. Sebastian szedł obok. Milczał.
To, że przez ostatni miesiąc tak wiele się wydarzyło, było jego winą.
To on odkrył, że Vanja i Sebastian są spokrewnieni. Stara dobra policyjna robota z gromadzeniem DNA potwierdziła przypuszczenie, które żywił już od jakiegoś czasu.
Zagroził, że powie Vanji o swoim odkryciu, jeśli Sebastian nie zapomni o tym, co zobaczył.
O tym, że podczas swojej nocy poślubnej udusił kota.
I że dało mu to satysfakcję.
Seksualną.
Nawet jeśli Sebastian najchętniej by o tym zapomniał, nie było to możliwe. Od razu powiedział Vanji, że jest jej ojcem, żeby pozbawić Billy’ego jego małej przewagi. Potem musiał się zastanowić. Podjąć decyzję, czy powiedzieć Torkelowi.
O Edwardzie Hindem.
I o Charlesie Cederkviście.
Ludziach, których Billy był zmuszony zabić na służbie. Sebastian był zdziwiony jego brakiem reakcji, ale w najśmielszych snach nie mógłby sobie wyobrazić, że Billy połączył w głowie zabijanie z przyjemnością i że to połączenie pchnęło go na niebezpieczne tory.
Naturalne hamulce, które zazwyczaj sprawiają, iż człowiek nie realizuje swoich fantazji, zostały usunięte. Billy powinien zbudować je na nowo. Fantazje pozostaną w jego głowie już na zawsze, ale chodziło o to, żeby się nauczył, gdzie jest ich miejsce. Żeby zrozumiał, że to tylko fantazje, których nie musi realizować.
Nalegał, żeby Billy coś z tym zrobił. Poszukał pomocy. Ale o ile wiedział, nic takiego jeszcze nie nastąpiło.
Jakiś czas szli brzegiem jeziora, kiedy przerwał ciszę.
– Dlaczego wyszedłeś?
– Cholera, chyba wolno mi opuszczać pokój? – odparł Billy.
– Jesteś niespokojny?
Billy nie odpowiedział. Sebastian odczytał to jako potwierdzenie.
– Jak tam z My?
Billy nadal milczał. Teraz też nie musiał odpowiadać. Nie ulegało wątpliwości, że z My było trudno. Tajemnice ciążą, a ta była jedną z największych, jakie tylko można sobie wyobrazić. Billy przechodził właśnie fazę przewartościowywania niemal wszystkiego, co wiedział na swój temat, a oprócz tego musiał jeszcze pracować i dbać o związek.
– Rozmawiałeś już z kimś? – zapytał Sebastian i poczuł, że zaczyna mu brakować tchu. Billy szedł szybkim krokiem, a on nie miał kondycji do dziarskich spacerów. Zbliżali się do kolejnego kempingu. Ile mogło ich być w takiej dziurze jak ta? – Wiesz, że jeśli nie będziesz się do mnie odzywał, porozmawiam z Torkelem – dodał.
Wydawało mu się, że Billy odrobinę zwolnił.
– Dlaczego po prostu tego nie zrobisz?
Było to całkiem rozsądne pytanie. Sam się nad tym zastanawiał. Dlaczego milczał? Billy był mu w zasadzie obojętny, ale Vanja go lubiła. Nie wiedział, jak zareaguje, jeśli to on podzieli się wiadomością, która rozbije ich grupę. Nie mógł ryzykować, że przyjdzie jej do głowy obwinić posłańca. Poza tym musiał przyznać, że przyjemnie było mieć nad nim taką przewagę. Wiedza o tym, co zrobił Billy, mogła mu się przydać, kiedy pewnego dnia będzie potrzebował przysługi albo sojusznika. Billy z pewnością się tego domyślał, ale nie było potrzeby potwierdzać jego przypuszczeń.
– No więc jak tam z My? – powtórzył Sebastian.
Przez chwilę myślał, że tym razem też nie otrzyma odpowiedzi, ale Billy wziął głęboki oddech, ciężko westchnął i odparł:
– Jest u swoich rodziców i cieszę się, że nie muszę jej codziennie widywać.
Sebastian pokiwał głową.
– Odwlekam telefon do niej – kontynuował Billy. – Jestem świeżo upieczonym mężem, a nie chcę rozmawiać z własną żoną. Czy to wystarczająca odpowiedź na pytanie o My?
– Tak.
– To dobrze.
Szli dalej.