Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

#gorącaplaża - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
30 lipca 2026
32,90
3290 pkt
punktów Virtualo

#gorącaplaża - ebook

Trzy kierunki świata, trzy kobiety, trzy wakacyjne historie miłosne. Kierunek Tajlandia. Zośka postanawia wyleczyć się z pracoholizmu, wyjeżdżając z przyjacielem na… jego miesiąc miodowy. Początkowy problem z oderwaniem się od służbowej skrzynki rozwiązuje z pomocą tajemniczego ducha dżungli. Sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, a atmosfera staje się gorętsza od piasku na tajskiej plaży. Kierunek Polska. Rozalia wyjeżdża nad jezioro, aby odpocząć od zgiełku miasta i napisać książkę. Kłopot w tym, że opuszczony ośrodek wczasowy okazuje się nie do końca opuszczony, a wakacyjny sąsiad pisarki ma swój plan. Nocami zaczytuje się w jej romansach, by zostać najlepszym książkowym mężem w realu. Kierunek Włochy. Anna zmienia swoje życie i wyjeżdża do uroczego miasteczka, Giovinazzo, z silnym postanowieniem, że nie wda się żaden romans z gorącym Włochem. A co jeśli ten mężczyzna jest tylko w połowie Włochem, a jego nonna bawi się w swatkę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398111553
Rozmiar pliku: 579 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Duch dżungli – Edyta Kene

Rozdział 1. Psychiatra prawdę ci powie, ale za odpowiednią cenę!

Rozdział 2. Tak miało być

Rozdział 3. Oczywiście, że lecimy!

Rozdział 4. Welcome to Koh Phangan

Rozdział 5. Prawda jest bolesna

Rozdział 6. Nauka pływania

Rozdział 7. Skończ z tym fochem, mała!

Rozdział 8. Wypad na zgodę i rozluźnienie

Rozdział 9. A macie w menu…

Rozdział 10. Zatrzymaj mnie!

Rozdział 11. Wyznania

Rozdział 12. Napięcie

Rozdział 13. Joga time

Rozdział 14. Idź na całość!

Rozdział 15. Pierwsze zbliżenie

Rozdział 16. Brutalna rzeczywistość

Rozdział 17. Mój świat w płomieniach

Rozdział 18. Ale jak to nie?!

Rozdział 19. Inwazja kurierska

Epilog

Kto się czubi – Magda Kukawska

1 Rozalia

2 Adam

3 Adam

4 Rozalia

5 Adam

6 Rozalia

7 Adam

8 Rozalia

9 Adam

10 Rozalia

11 Adam

12 Rozalia

13 Adam

14 Rozalia

15 Adam

16 Rozalia

17 Adam

18 Rozalia

19 Adam

20 Adam

21 Rozalia

Epilog

Czy już mogę zaszaleć – Helen Parker

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

EpilogDUCH DŻUNGLI – EDYTA KENE

ROZDZIAŁ 1. PSYCHIATRA PRAWDĘ CI POWIE, ALE ZA ODPOWIEDNIĄ CENĘ!

Zosia

Zamrugałam kilkakrotnie, wciąż nie mogąc domknąć ust. Wow, no naprawdę wow, byłam pod cholernym wrażeniem. Doktorka znała się na rzeczy. Odkryła, że jestem pracoholiczką. Szok!

– Nic nowego – mruknęłam, potwierdzając jej jakże przełomowe odkrycie.

– Zalecam odpoczynek – wspomniała łagodnie, lecz słysząc moje sapnięcie z irytacji, lekko się uśmiechnęła. – Zosia, dalsze zaprzeczanie temu, że masz problem…

– Ale jaki problem?! – krzyknęłam ekspresyjnie, po czym zerwałam się z kanapy. – Kocham pracę, a robota kocha mnie. To normalne, że oddaję się pasji, jeśli jest nią robienie czegoś dobrego dla firmy.

Lekkie zaprzeczenie poprzez ruch jej głowy nieco mnie zirytowało.

– Mało tego, robię coś dobrego dla społeczeństwa, pilnuję, aby firma, w której pracuję, nie spadła w rankingach rentowności! – zastrzegłam, unosząc palec. – Jestem pracownikiem, dokarmiam mózg, realizując się w pasjach i ratuję ludziom stanowiska pracy – wyliczałam, przy okazji wskazując to na palcach.

– Nie – zaprzeczyła tak chłodno, aż mnie zmroziło. – Wmawiasz sobie, że praca jest wszystkim, co masz, bo czujesz, że w innych kwestiach nie podołasz. Bo przecież w innych aspektach sobie nie radzisz. Od kiedy uciekasz w pracę? – powtórzyła pytanie z poprzedniego spotkania. – Rozstałaś się z chłopakiem, uciekłaś w projekty. To wyzwala endorfiny, ale już za chwilę twój organizm się podda. Masz dwadzieścia dziewięć lat, jesteś przemęczona, przebodźcowana, a przez to nieuważna.

– Daj mi po prostu prochy na skupienie, tyle. – Wzruszyłam ramionami.

– Nie – odmówiła gładko.

– To co mam zrobić? – warknęłam, przykładając palce do skroni. To był trzeci dzień ucisku w głowie, a ten robił się już nieznośny.

– Masz odpocząć – wyartykułowała. – Zwolnij tempo, weź urlop…

– Zapomnij o tym – prychnęłam z niesmakiem. – Wezmę urlop, a wrócę do roboty, gdzie połowa ekipy zostanie wymieniona, bo sobie nie radzili – sparodiowałam głos dyrektora generalnego.

– Pracujesz zdalnie, prawda? – zapytała, chociaż wiedziała. Pokiwałam więc głową. – Weź tylko jeden dzień urlopu na podróż i poleć do Chorwacji, Turcji lub do miejsca, z którego będziesz mogła nadal pracować. Ale zmień otoczenie, staraj się ograniczać liczbę projektów, a wieczorami pozwól, by twój umysł zalała swoboda. A kiedy wrócisz, porozmawiamy, czy faktycznie praca to wszystko, czego potrzebujesz od życia.

– Nie dasz mi leków? – Jeszcze miałam nadzieję, ale ponownie pokręciła głową.

Niech ją szlag! Albo nie! Niech żaden szlag jej nie trafia, tak długo szukałam dobrego lekarza. Po tych kilku spotkaniach jeszcze nie mogłam stwierdzić, czy Iwona Kuś okaże się skuteczna i w moim przypadku, ale wolałam nie mieć jej na sumieniu, gdy na środku pustyni spadłby jej na nogę fortepian. Wierzyłam w złorzeczenia.

Cóż miałam robić? Podziękowałam jej za dobrą radę, którą w głębi duszy nazywałam taką od czapy, aby się mnie pozbyć i opuściłam gabinet.

W recepcji wyjęłam telefon i ze zgrozą spojrzałam na liczbę powiadomień. Nie było mnie raptem pół godziny, a wszyscy mnie szturchali. „Zosia, oznaczam cię w wątku, wyjaśnij sprawę z dostawcą”, „Zosia, za godzinę jest meet w sprawie wykorzystania sztucznej inteligencji w kwestii sortowania skrzynek”, „Zosia, masz chwilę? Bo nie wiem, co mu odpisać”, „Jesteś?”, „Hej, jesteś?”, „Nie proszę, a błagam…!”.

Przewróciłam oczami, bo ostatnia wiadomość była od takiego pajaca, który widział mnie raptem raz w życiu na wigilii pracowniczej i od tamtej pory twierdził, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Chyba był zwolennikiem zdalnego związku, bo niby jak miałam się z nim spotykać, mając do niego prawie pięćset kilometrów?

Olałam wszystkich, jedynie włączyłam dźwięki w telefonie, a te umilały mi drogę na parking, jakby tworzyły melodię. Iwona miała trochę racji, bo uciekałam w pracę, by nie czuć. Z tym że jako kierownik dosyć dużego działu, zajmującego się obsługą pozakupową, byłam na pierwszej linii ognia. I to z każdym pionem. Od błędów przedzakupowych, po grożenie nam sądem i terrorystami. Raz nawet klient życzył nam czkawki i wszawicy łonowej.

W sumie to drugie życzenie było na tyle zabawne, że do dziś mój team o nim wspominał.

Weszłam do auta i zamiast od razu ruszyć do domu, westchnęłam głośno. Byłam zmęczona, potrzebowałam snu, a mimo to wciąż nie potrafiłam odpuścić. Czasami miałam wrażenie, że świat się zawali podczas dłuższego relaksu. Niby jak ja miałam wyjechać na jakieś wakacje?

Kolejny dźwięk telefonu wyrwał mnie z rozmyślań. Przekonana, iż dzwoni ktoś z pracy, szybko wyjęłam aparat, a po ujrzeniu imienia przyjaciela, zmarszczyłam brwi.

– A ten czego? – bąknęłam sama do siebie, po czym uśmiechnęłam się nastrajająco na rozmowę. – Siema – przywitałam się radośnie.

– Siema – szepnął przytłoczony. – Dzwonię tylko po to, by powiedzieć, że ślubu nie będzie.

– Jak to nie będzie? – zdziwiłam się. – Filip, ślub za trzy dni, ja kieckę kupiłam!

– A ja muszę zadzwonić jeszcze do ponad czterdziestu rodzin – warknął i się rozłączył. O nie! No tak to my rozmawiać nie będziemy!ROZDZIAŁ 2. TAK MIAŁO BYĆ

Filip

Wpatrywałem się tępo w ekran telefonu i skrolowałem kontakty. Stryjek Andrzej z żoną i córkami, ciotka Aniela z mężem. O! I jeszcze Marcina trzeba odwołać, co słusznie zauważyłem. Powinienem zadzwonić do Gośki, by mi dała listę, ale od wczoraj nie miałem z nią kontaktu i szczerze – nie zamierzałem.

Trudno – westchnąłem w myślach. Jeśli o kimś zapomnę i go nie powiadomię, to pojawi się pod pustym kościołem, no pech!

Moje użalanie się nad własnym ja przerwało mocne walenie do drzwi. Zbliżała się osiemnasta, nie zalałem sąsiadów, nie urządziłem dzikiej imprezy, a kurier przynoszący paczki miał mniej krzepy. I chyba chęci.

– Filip, otwieraj! – warknęła Zosia, moja przyjaciółka. Któż więcej mógł zareagować na odwołany ślub, jak nie ona? – Otwieraj, nicponiu! Wiem, że tam jesteś! – Dobijała się ciągiem.

– A może umarłem? – sarknąłem z krzywym uśmiechem na ustach.

– To otwieraj, bo trzeba zabrać twoje truchło do prosektorium, a po co straż pożarna ma wyważać drzwi?

Zanim wstałem z kanapy, by jej otworzyć, ryknąłem tak gromkim śmiechem, aż sąsiad z góry uderzył laską w kaloryfer, by rura weszła w membranę, dając mi znak, że swoim głośnym zachowaniem zagłuszam wieczorne wiadomości.

– Nie śmiej się, tylko otwieraj! – fuknęła zdegustowana.

Otworzyłem, bo za dużo kosztowały mnie drzwi, poza tym nie należały tylko do mnie. Zosia stała ze splecionymi dłońmi na piersiach, a jej dekolt seksownie odsłaniał rowek między tymi idealnymi kulami. Potrząsnąłem głową, bo skąd we mnie taka myśl o tym skrzacie?

– Jak to ślub odwołany? – zapytała z niebywałym spokojem, co oznaczało, że wybuch był w planach, ale z opóźnionym zapłonem.

– Tak normalnie – odparłem bez emocji i otworzyłem szerzej drzwi.

Ruszyłem w kierunku salonu, przysłuchując się poczynaniom Zosi. Zamknęła za sobą, zdjęła buty i szła za mną.

– Napijesz się może kawy? – zaproponowałem, wskazując na nowiutki ekspres.

– Wódki mi może nalej – wymarudziła i już miała siadać w fotelu.

– Tam nie! – krzyknąłem. Zbaraniała, co wyglądało dosyć zabawnie. Podrapałem się po tyle głowy, śląc jej przepraszające spojrzenie. – Przepraszam – szepnąłem i uciekłem wzrokiem w kierunku okna. – Kiedy wróciłem do domu, to właśnie w tym fotelu Gośka i jej… kolega – wysyczałem ostatnie słowo, po czym pokręciłęm głową. – Nie chcę o tym gadać.

– Spoko – odparła luzacko, w ogóle nie przejmując się wyznaniem. Usiadła na kanapie i zarzuciła nogę na nogę.

– Nie będziesz mnie pocieszała? – zdziwiłem się.

– Och, przepraszam – jęknęła i zrobiła usta w podkówkę. – A potrzebujesz tego? – Podbiegła do mnie i zaplotła dłonie wokół mojego pasa. – Fifi, tak bardzo mi przykro – załkała sztucznie. – Obiecuję, pomogę ci zabić najpierw tego gościa, a potem twoją byłą albo ty ogarnij ekipę od zabójstw, a ja wam dam alibi? – Wyszczerzyła się, zadzierając głowę.

– Nie gadam z tobą – udałem obrażonego.

To ją jedynie rozbawiło, bo gdy chciałem wyswobodzić się z jej przytulasa na pandę, ona zacisnęła mocniej dłonie i uczepiła się mnie niczym małpka. Zosia należała do filigranowych dziewczyn, co przez różnicę wieku między nami i przestrzał wzrostu, zawsze sprawiało, że kojarzyłem ją sobie z dzieckiem. W sumie, jako odpowiedzialny starszy sąsiad po trochu miałem ją za dziecko.

– Okej, no to opowiadaj – oznajmiła już normalnie i wreszcie mnie puściła. – Kawy może nie chcę, wódki tym bardziej, ale wodą z miętą nie pogardzę. Tylko mów, co się stało.

– To będzie krótka historia – wyznałem, zmierzając do lodówki po gotowy napój.

– W sensie że… szybko mu poszło, jak ją chędożył na tym fotelu? – Z wielkim trudem próbowała opanować uśmiech.

– Finiszu nie zobaczyłem – odparłem z niesmakiem. – Wróciłem z delegacji, wszedłem do mieszkania, odgłosy wydały mi się… wiesz jakie. Zakradłem się i później…

– Wyszedłeś z domu? – drążyła.

– Poszedłem do sypialni, a jej napisałem wiadomość, by wyszła z brunetem, którego tak ochoczo ujeżdżała – wyjaśniłem zawstydzony.

– Ciekawe jak długo…

– Serio, tylko to cię ciekawi? – naskoczyłem na nią.

– A czemu nie? – odpyskowała. – Byliście ze sobą piętnaście lat, może robiła to od zawsze, a może tak tylko szukała jednorazowego sprawdzenia swoich umiejętności na innym konarze.

– Konarze? – Poczułem niesmak na takie porównanie. – Skąd takie określenie? Wyczytałaś w jakimś romansie i stwierdziłaś, że to fajna nazwa dla męskiego przyrodzenia?

– Wy nazywacie swoje… – zakręciła palcem, robiąc kółko – swoje kijki normalnymi imionami, to co się dziwisz, że my, kobiety, szukamy alternatywy?

– Rozbawiłaś mnie – zaśmiałem się, wyobrażając sobie kij bejsbolowy w spodniach.

– Cieszę się. – Ponownie się wyszczerzyła.

– Ale twoje próby rozbawienia nie sprawią, że problemy znikną – sapnąłem. – Mamy wzięty wspólny kredyt, kasa za wesele wpłacona. Nie sądzę, bym cokolwiek odzyskał, no i pozostaje problem z mieszkaniem, które po części jest jej.

– Kasy za wesele to raczej na pewno nie odzyskacie. Co do mieszkania, to musi któreś z was spłacić drugie…

– No i jeszcze podróż poślubna – mruknąłem, po czym uśmiechnąłem się drwiąco. – Może Gośka poleci tam ze swoim nowym fagasem, przynajmniej tę kasę odzyskam.

– Albo niech obejdzie się smakiem, bo z tego, co pamiętam, dostałeś sporą zniżkę od siebie z pracy – odparła chytrze.

– Nie opłaca mi się samemu – prychnąłem. – Poza tym sam nie mam ochoty.

– Sam może nie… – przeciągnęła zabawnie słowa. – Ale może masz ochotę ze mną?ROZDZIAŁ 3. OCZYWIŚCIE, ŻE LECIMY!

Zosia

Z przystawionym do ucha telefonem wzięłam kolejne spodenki do ręki i zmarszczyłam nos, zaś usta wygięłam w grymasie. Były piękne, dżinsowe i za małe. Pasowały jakieś siedem kilogramów temu. Ech, ja, pracoholizm i siedzący tryb życia.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – mruknął Filip do słuchawki.

– Lepszego nie mam – odparłam nieco zdenerwowana jego niezdecydowaniem. – A co na to… – odchrząknęłam – Gośka?

– Jej pasuje – westchnął ciężko. – I sytuacja, bym to ja ją spłacił w kwestii wspólnego mieszkania, też jej odpowiada.

– Yhy – potwierdziłam jałowo i cisnęłam cudowne spodenki do worka „kiedyś do nich schudnę”. – Czyli kwestiami podziału majątku zajmiemy się po powrocie z Tajlandii – zadecydowałam, nakierowując przyjaciela na właściwą rozmowę.

– Naprawdę nie możesz wziąć ze sobą kogoś innego? – stęknął. W jego głosie czułam pierwsze oznaki depresji z porzucenia.

– Nie mam przyjaciół, psychiatra nie chce przepisać mi leków, kazano mi odpocząć, więc przestań narzekać i pakuj tyłek! – nakazałam stanowczo.

– Zosia…

– Pakuj tyłek! – weszłam mu w słowo. – I nie bądź chamem, przyjedź po mnie Uberem albo czymś, masz po drodze – przypomniałam mu, bo oczywiście, że o mnie by nie pomyślał. – Lot jest o piątej trzydzieści, mamy być dwie godziny przed, a więc zostały nam… – Wzięłam do ręki telefon i z trudem opanowałam stęknięcie. – Zostały nam cztery godziny na sen. Filip! Koniec wykrętów, walizka spakowana?

– Zawsze to Gośka pakowała nasze rzeczy… – smęcił, a jego brak organizacji i ogólne załamanie działały na mnie niczym zapalnik.

– Gdzie są twoje jaja i czemu dyndają na sznurku? – sarknęłam. – Przyjechać i…

– I co? – prychnął. – Spakujesz mnie?

– Nakopię ci do… – Zamilkłam, bo przyjaciel roześmiał się w najlepsze.

– Masz rację, koniec użalania się! – oznajmił z entuzjazmem. Chyba wstąpił w niego nowy duch. – Jeszcze chwila, a będę prosił o kontakt do twojego psychiatry, tak że nie! Koniec smętów, bądź gotowa o trzeciej, podjadę po ciebie, tylko wyjdź przed ogrodzenie tego swojego osiedla.

Zanim zdążyłam mu odpowiedzieć, że nie wstydzę się sesji u psychiatry, Filip się rozłączył. _Co za palant_ – pomyślałam, chcąc wybrać jego numer i mu odpowiedzieć, że jest chamem i bucem. Powstrzymałam się, bo nie zrobił tego, by mnie zranić, a zmobilizować. Taka właśnie była nasza przyjaźń. Szczera, czasami bezczelna, ale krystaliczna. Kłóciliśmy się często, a ufaliśmy sobie bezgranicznie. I co najważniejsze, zawsze mogliśmy na sobie polegać.

Nasza przyjaźń przetrwała już wszystko: różnicę wieku, bo Filip był starszy ode mnie o sześć lat, jego wyjazd na studia do Warszawy z rodzinnej wsi, moją pierwszą miłość, utopienie auta w rzece, pijacki pocałunek, a nawet jego związek z Gośką.

Kto by pomyślał…

Przez chęć pomocy Filipowi, rozdarcie czy zabierać ze sobą laptopa czy też nie i wyrzuty sumienia związane z odkładającym się tłuszczem w okolicy brzucha i ud, nie mogłam zasnąć. Walizka stała spakowana, dokumenty przygotowane, budzik z trzema powtórzeniami ustawiony.

Nie zmrużyłam oka, przez co podniosłam się z łóżka po północy i wzięłam prysznic. Później zrobiłam makijaż, ubrałam się odpowiednio do pogody – marzec w Polsce był bezlitosny. A na końcu usiadłam z parującym kubkiem kawy i otworzyłam laptopa.

Złapałam się za głowę! Według statystyk z mojego działu nie było wczoraj dwóch osób, a na ich miejsce przekierowano kogoś na zastępstwo. To, co się działo na skrzynkach mailowych, przeraziło mnie do tego stopnia, że już wyrywałam się, by sama zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Zerknęłam na godzinę, nie było jeszcze pierwszej, a w dwie godziny mogłam naprawić kilka sytuacji, które były już zaognione. Najgorsze, że pojawiły się wyrzuty sumienia, bo przez obecny stan emocjonalny Filipa, postanowiłam wziąć prawdziwy urlop, a nie tylko jednodniowy na wylot.

I chociaż gdzieś z tyłu głowy słyszałam upomnienia psychiatry, że moja pomoc grupie jest tak naprawdę niańczeniem dorosłych ludzi, to nie potrafiłam się powstrzymać. W głowie miałam jeden wielki napis – ERROR! W sercu panikę, że zachciało mi się wyjazdów, podczas gdy firma może spłonąć. A w duszy ciężar decyzji o urlopie odebrał mi możliwość oddychania. Panika przez fakt, że już za chwilę przez moje widzimisię, pracę może stracić ponad dwieście osób, nie była pomocna.

Palce same zaczęły klikać odpowiedzi na maile, a ja z każdą wiadomością czułam, że mój puls się stabilizuje. Ilość nieobrobionej roboty spadała, co napawało mnie optymizmem, ale koncentrowało na tyle uwagę, aż przestałam odbierać bodźce i dźwięki. Dopiero mocne walenie w drzwi i dzwonek sprawiły, aż spojrzałam spanikowana na zegarek.

Trzecia pięć? Jak, do cholery?!

Z rozmachem otworzyłam drzwi i skuliłam się w sobie na widok wściekłości w oczach Filipa.

– Nie zabierasz laptopa – warknął, doskonale wiedząc, co sprawiło, że się wyłączyłam.

– Tylko tak kontrolnie – jęknęłam, pakując urządzenie do torby. – Obiecuję ci…

– Sobie to obiecaj – odparł sucho. – Mnie możesz okłamywać, ale samą siebie? – Uniósł brew. – Wzięłaś normalny urlop – wyartykułował.

– Tylko kontrolnie – zapewniłam, czując zawstydzenie przez swój cholerny nałóg. – Obiecuję.

– Weź – zadecydował zrezygnowany. – Zaraz się spóźnimy!

– Zaraz to taka większa bakteria – zażartowałam, czego nie skomentował. Zajął się moimi walizkami.

Na lotnisku pojawiliśmy się o czasie, a Filip nie skomentował, kiedy w oczekiwaniu na lot przerobiłam połowę skrzynki mailowej z zapytaniami o jakieś pierdoły od klientów. Za to uśmiechnął się wrednie, kiedy kazano nam już na pokładzie samolotu wyłączyć urządzenia.

Wystartowaliśmy, a gdy Filip otworzył usta, by najwidoczniej pogadać, w tle usłyszeliśmy komunikat po angielsku:

– Drodzy pasażerowie, nasze Wi-Fi jest już dostępne. Wystarczy włączyć tryb samolotowy, połączyć się z siecią i postępować zgodnie z instrukcjami na ekranie.

Na moich ustach pojawił się uśmiech zwycięstwa.

– Nawet o tym nie myśl – mruknął Filip i zrobił tę swoją groźną minę. Chyba miał nadzieję, że mnie wystraszy.

Już miałam wstać i wyciągnąć urządzenie ze schowka bagażowego, ale przyjaciel złapał mnie za rękę, przystawił sobie do ust i spojrzał z takim bólem, że już poczułam się winna, chociaż jeszcze nic złego nie zrobiłam.

– Obiecałaś mi pomóc, a nie zostawiać z własnymi myślami.

I jak ja miałam walczyć z taką argumentacją?ROZDZIAŁ 4. WELCOME TO KOH PHANGAN

Filip

Nie wiem, co mi odbiło! Dlaczego ja chciałem zwiedzać ten kraj i to jeszcze w miesiąc miodowy? Sama podróż była tak męcząca, że nawet nie miałem sił upominać Zośkę. A przecież prosiłem, by odłożyła laptopa i przestała koordynować pracę swojego zespołu. By dała szansę im się wykazać, a przede wszystkim zależało mi, aby odpoczęła.

Przyjaźniliśmy się od czasów, kiedy jako starszy sąsiad odprowadzałem ją do szkoły i czasami czekałem na nią, by móc bezpiecznie dostarczyć do domu. Dziewczyna była ambitna i zawzięta. Wzorowa uczennica, obowiązkowa, ale i taka, która chętnie pomagała innym. I właśnie to wykorzystywało jej szefostwo. Zosia przez ostatnie dwa lata, zamiast wypalić się zawodowo, jeszcze głębiej weszła w swoje obowiązki i chwilami wykonywała robotę za podwładnych. Jej godziny pracy? Od świtu do nocy to niedopowiedzenie. Rzekłbym – na każde wezwanie!

I niby wyjazd miał być z uwagi na mnie i moje rozstanie ze zdradziecką Gośką, ale tak naprawdę zależało mi na odzyskaniu dawnej przyjaciółki, która w końcu nauczyłaby się odpuszczać.

Ale nie teraz. Teraz marzyłem jedynie o prysznicu. Polska – Bangkok – Koh Samui – Koh Phangan. Samolot, drugi samolot, prom i autobus. Dwadzieścia dwie godziny w trasie. Miałem dosyć!

– Mnie zabije ten upał i wilgoć – wymarudziłem, polewając się wodą. – Czy to fatamorgana, czy widzę tu plażę? – Wskazałem dłonią przed mężczyzną z obsługi, który prowadził nas i innych turystów w kierunku ośrodka.

– To plaża – potwierdziła mocno skupiona Zosia.

Uniosłem na nią spojrzenie i stęknąłem. Przyjaciółka trzymała w ręku telefon i bardzo szybko stukała palcami w jego krystaliczną powierzchnię.

– Co robisz? – bąknąłem, modląc się, by ośrodek był już za tymi najbliższymi drzewami.

– Piszę wiadomość – mruknęła wymijająco.

– Domyśliłem się, że nie szydełkujesz – zakpiłem.

Zosia nawet się nie uśmiechnęła, a do tego nie skomentowała. Pracowała, tego byłem pewny.

– Zobaczysz, cała wypłata pójdzie na rachunek za internet. – Próbowałem ją zachęcić do porzucenia pracy drogą wizualizacji przyszłości i utraty pieniędzy.

– Piszę swoim ludziom instrukcję postępowania, bo chyba nie zrozumieli tego na szkoleniu – zakomunikowała, wciąż skupiona na czynności. – Wyślę im, kiedy będę miała już internet z domku.

Przestałem z nią dyskutować. Za drzewami majaczył obraz parterowych domków, a gdy mężczyzna prowadzący nas od autobusu oznajmił, że to nasze bungalow, odetchnąłem z ulgą.

– Ładnie tu – oznajmiłem, zerkając na gustownie wykończone wnętrze. – Ale jest jedna sypialnia i jedno łóżko – dodałem z niesmakiem.

– Prześpimy się na jednym – mruknęła, w ogóle nie zwracając na mnie uwagi. – Muszę to skończyć i wysłać im…

– W Polsce dochodzi trzecia w nocy. – Spojrzałem na nią z pobłażaniem. – Ósma jest tutaj. – Wskazałem palcem na ziemię. – Jesteś głodna? – zagaiłem, ale nie usłyszałem odpowiedzi. Zosia klikała zacięcie. – To ja wezmę prysznic, a później skoczę do restauracji z naszego resortu – oznajmiłem, ale chyba samemu sobie. Ona miała to gdzieś.

Po wzięciu kąpieli poczułem nowy napływ energii. Kilka godzin zdrzemnąłem się w samolocie, nie czułem wielkiego zmęczenia przez brak snu, raczej przez znużenie podróżą i zmianę pogody. W Polsce panował przyjemny chłód wczesnej wiosny, tu trafiliśmy w sam środek lata. Wilgotnego, upalnego i z ogromną liczbą komarów.

Dlatego zamiast do restauracji udałem się najpierw do pobliskiego sklepu, który polecał nam przewodnik. Zwinąłem kilka akcesoriów zapominalskiego turysty: maść na komary, spray przeciwko komarom, plastry, krem chłodzący po oparzeniu skóry słońcem i kilka innych takich.

Z restauracji wziąłem dwa pojemniki ze śniadaniem, aby móc zjeść posiłek w towarzystwie przyjaciółki. Lecz po przekroczeniu progu mieszkania pożałowałem decyzji. Zosia siedziała teraz nie z telefonem w dłoni, a przy laptopie. Wzięła prysznic. Mokre włosy rozpuściła luźno, nałożyła jedynie luźną koszulkę i majtki, a jej zgrabne uda były odsłonięte i… seksowne?

Od kiedy to patrzyłem na Zosię jak na kobietę?

A może inaczej! Od kiedy znów patrzyłem na Zosię jak na kobietę?

Prawda była niewygodna. Dawno, dawno temu, kiedy moja mała sąsiadka wciąż była dziewczyną, zdarzyło mi się zerknąć i zauważyć jak pięknie zmienia się w kobietę. Była młoda, miała prawie siedemnaście lat, a my nie widywaliśmy się już regularnie. Ona kończyła liceum w pobliskim miasteczku, ja studiowałem w stolicy. Podobała mi się, nawet bardzo. Lecz stłamsiłem te uczucia w zarodku, wiedząc doskonale, że jest za młoda. A później… a później wypadłem z obiegu i pozostałem w związku z kobietą, która finalnie wystrychnęła mnie na dudka na niespełna tydzień przed ślubem.

– Przyniosłem śniadanie – mruknąłem, po czym ciężko przełknąłem ślinę.

– Już kończę – szepnęła mocno zamyślona.

Kłamała, co szybko zweryfikował czas. Po śniadaniu zrobiłem sobie drzemkę, a kiedy wstałem, przyjaciółka wciąż siedziała w pracy. Jej urlop był jakąś fikcją, a ona sama miała problem, który powinienem spróbować rozwiązać, tylko nie do końca wiedziałem jak. Cierpiałem po zdradzie, potrzebowałem rozmowy, może nawet przytulenia i wódki. I to niekoniecznie w tej kolejności.

– Zbliża się szesnasta, idę do baru na plaży – zakomunikowałem z nadzieją, że to ją ruszy.

– To idź – potwierdziła, dalej klikając. – Nie ma dziewczyny z jednego rynku, muszę im szybko pomóc, bo zaraz otrzymamy ostrzeżenia i…

I dalej, to ja już nie słuchałem. Założyłem japonki i opuściłem nasz domek. Z początku chodziłem wzdłuż plaży. Słońce przyjemnie grzało, a wilgoć była całkiem znośna. Stopy co raz obmywała mi woda, a ja czułem taki jakiś dziwny spokój.

Zbliżał się zmierzch, kiedy usłyszałem sensualną muzykę, która dochodziła z plażowego baru. Kilka osób tańczyło, inni zamawiali drinki, jeszcze inni zajęli już stoliki i raczyli się chłodnymi napojami.

Zajrzałem do kieszeni i uśmiechnąłem się na widok bahtów tajskich. Tak, tuż po wyjściu z autobusu sam przewodnik nas zachęcał, by trochę ich wypłacić, bo korzystanie z kart płatniczych było możliwe, ale obciążone sporą prowizją.

Podszedłem do baru w momencie, kiedy jeszcze nie był oblegany.

– Co dla ciebie, przyjacielu? – Barman zagaił wesoło łamanym angielskim.

– Chcę… – Zamiast dokończyć, spojrzałem na kobietę, która stanęła obok mnie.

O, cholera! Jako niebieskooki blondyn lubiłem kontrast, a ta kobieta nim była. Czarne włosy, lśniące, proste, do pasa. Czarne jak noc oczy, piękna opalenizna. Do tego szczupła, średniego wzrostu, a jakie nogi!

Chyba miałem fetysz na punkcie tej części ciała.

– Chcę to samo, co ta piękna pani – oznajmiłem, patrząc zachęcająco na kobietę. – Mam nadzieję, że znasz angielski? – zapytałem z nadzieją.

– Znam. – Posłała mi niewinny uśmiech, zakładając włosy za ucho. – Mam na imię Dao.

– A ja Filip – odparłem, chociaż powinienem dodać, że na drugie mam „Zainteresowany”.ROZDZIAŁ 5. PRAWDA JEST BOLESNA

Zosia

_Kolejny pożar ugaszony._ – Z tą myślą zamknęłam laptopa i rozejrzałam się po wnętrzu domku. Był mały, przytulny, urządzony meblami w dobrej jakości, kolorowo, ale z gracją. Sypialnia w jasnych barwach dawała możliwość odpoczynku, uspokajała. A przy okazji stała się inspiracją do małego remontu, kiedy tylko wrócę do Polski.

Wrócimy.

Właśnie w tym momencie przypomniałam sobie o Filipie. Dochodziła dwudziesta druga, moje kiszki grały marsza, a przyjaciel wyparował.

– Przecież mówił, że wychodzi – mruknęłam do siebie i poczułam żal, że nie zaproponował mi wspólnej kolacji.

Minęło kilka chwil, kiedy dotarłam do kuchni. W niej odkryłam resztki z niedojedzonego śniadania, którymi postanowiłam się zadowolić. Chociaż na chwilę, aby nie zajść do restauracji czy baru z brzuchem wydającym z siebie ciężkie brzmienie muzyki heavy-metalowej.

Próbowałam sobie przypomnieć, co mówił do nas przewodnik, kiedy zmierzaliśmy do kurortu od stacji autobusowej, ale za groma nie mogłam nic odtworzyć z pamięci. Byłam tak pochłonięta tworzeniem instrukcji, a później zastępowaniem kolegi z pracy, który potrzebował wolnego dnia, że całkowicie straciłam poczucie czasu.

I znów zostałam sama, nawet przyjaciel się mną znudził.

W restauracji samotnie zjedzona kolacja nie napawała mnie optymizmem, późniejszy drink przy barze nie sprawił, że się rozluźniłam. Czułam zawstydzenie tym, że sama zaproponowałam wyjazd, by pomóc Filipowi otrząsnąć się po zdradzie, a jednocześnie nie dałam z siebie zupełnie nic.

Wypiłam trzy drinki i upiłam się na smutno, miałam słabą głowę i krótkie kiszki. Ale kiedy już miałam otworzyć domek kluczem, a zamek nie drgnął, zaś drzwi były otwarte, wytrzeźwiałam w jednej chwili.

Skradając się niczym złodziej, wślizgnęłam się do pomieszczenia. Wszędzie było ciemno, dopiero w korytarzu dało się zauważyć niewielką poświatę. Zbliżyłam się i zmarszczyłam czoło.

Filip… płakał?

Zasłoniłam dłonią usta, aby tylko nie wydać dźwięku. Myliłam się, bo mój przyjaciel nie do końca płakał, a mamrotał płaczliwie.

– Jak mogłem się pomylić? – Chyba właśnie to mamrotał.

Wycofałam się i skryłam w sypialni. Wtedy wyrzuty sumienia ogarnęły całą moją duszę. Filip wciąż cierpiał po zdradzie Gośki, a ja zamiast mu pomóc, przepadłam w swoim uzależnieniu. Bo praca była moją miłością, ale równocześnie uzależnieniem.

– Nie chcę o tym gadać – oznajmił, wchodząc do sypialni. – Wiem, że słyszałaś i nie chcę o tym gadać – zaznaczył z mocą.

– Okeeej – potwierdziłam ostrożnie. – To może pójdziemy jeszcze wzdłuż zatoki? – zaproponowałam.

Filip spojrzał na mnie ze złością, ale z każdą sekundą jego twarz się rozchmurzała. W końcu potaknął. I nie minęło nawet dziesięć minut, a my już wychodziliśmy z domku. Dochodziła pierwsza w nocy, upał nie był już tak męczący, a komary trzymały się od nas z daleka, bo przyjaciel tuż przed wyjście spryskał nas sprayem.

Gdyby nie fakt, że znamy się od zawsze, on był moim starszym przyjacielem, a ja zakochaną w przystojnym sąsiedzie małolatą, o czym nie wiedział, to nasz spacer mogłabym nazwać romantycznym. Ach, zapomniałabym, doszły do tego jeszcze nasze doświadczenia życiowe, które skutecznie psuły ten klimat.

– Wiem, że cierpisz po tej pindzie – weszłam na ciężki temat. – I że nie chcesz o niej rozmawiać.

– Wbrew pozorom – prychnął rozbawiony – to jakoś nie mam żałoby po zakończeniu związku z byłą.

– Nie? – zdziwiłam się i zatrzymałam, a przyjemna, morska woda, polizała moje stopy. Cudowne uczucie.

– Nie. – Zaprzeczył z uśmiechem na ustach i również się zatrzymał. – Nie układało nam się od dawna i w sumie nie wiem, dlaczego w ogóle się oświadczyłem – oznajmił chyba sam zaskoczony własnymi słowami. – Dałem pierścionek z myślą, że może on uratuje związek. – Wzruszył ramionami.

– Ale nie uratował – mruknęłam pod nosem.

– Było mi wygodnie. – Westchnął ciężko i ponownie ruszył wzdłuż brzegu. – Pracowałem, ona też. Oboje zarabialiśmy na spłatę kredytu, mieszkanie było duże. Czasami gotowała, czasami robiłem to ja. Mniej obowiązków, więcej czasu, no i było z kim pójść na wesele, imprezę albo wyjechać na urlop.

– Brzmisz jak robot – parsknęłam nieco rozbawiona jego technicznym przekazem o relacji, która trwała od tylu lat.

– Bo to był taki trochę mechaniczny związek – rzekł bez bólu. – Oczywiście na początku był pełen spontan, ale z czasem coś się wypaliło. To nie jest tylko wina Gośki, jej winą jest to, że ciągnęła nas do ślubu, mając innego.

– Ty byś tego nie zrobił – wymamrotałam z przekonaniem.

Był taki czas, kiedy Filip zaczął spotykać się z Gośką. Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że szybko się z nią rozstanie i w końcu mnie zauważy. Ale lata mijały, a oni uchodzili za bardzo wzorową parę. Nie kłócili się, byli dla siebie uprzejmi. A on mnie nie widział. Podobałam mu się jako kobieta, byłam przecież w jego typie, lecz pozostawałam niezauważalna.

– Dzisiaj miałem ochotę się zabawić – wyznał z lekko tlącym się uśmiechem. Nie potrafiłam go odwzajemnić, bo myśl, że Filip byłby z kolejną kobietą, sprawiała ból w klatce piersiowej. – No i poznałem. – Uśmiechnął się krzywo.

– Poznałeś – wymsknęło mi się, niestety żal w moim głosie był słyszalny.

– To znaczy wiesz… – westchnął ciężko. – Czarne włosy, czarne oczy niczym z anime, piękna twarz bez jakiejkolwiek skazy, kremowa, obcisła sukienka, sandałki na szpilce – wymieniał chyba rozmarzony. – No i te cholerne, proste, jedwabiste włosy do pasa – rzekł z pasją.

Już nie chciałam mu wspominać, że to przez niego od dziesięciu lat farbowałam się na czarno, chociaż mój naturalny brąz też był całkiem całkiem, ale czego nie robi się dla atencji mężczyzny, do którego się wzdycha?

– Dao – wymówił, próbując skopiować akcent. – Tak mi się przedstawiła. Wypiliśmy po dwa drinki, zatańczyłem z nią kilka wolnych piosenek, a kiedy zaproponowała ustronne miejsce, to poszedłem. – Ponownie westchnął, ale jakoś tak ciężko.

– Okradła cię? – Chciałam nieco przyspieszyć opowieść, aby nie raczył mnie opowieściami o pocałunku, lodziku i co on tam jeszcze zdążył zrobić.

– Z godności na pewno – prychnął i pokręcił głową. – Ja pierdolę, nawet jak wspomnę jego usta na moich, to mnie wzbiera na mdłości.

Stanęłam jak wryta. Przez chwilę myślałam, że się zwyczajnie przesłyszałam, ale Filip potwierdził to ruchem głowy.

– Ładny był – sarknął, po czym skrzywił usta. – Ja pierdolę, całowałem się z facetem – jęknął z obrzydzeniem, a ja zaśmiałam się głośno z parodii sytuacji.ROZDZIAŁ 6. NAUKA PŁYWANIA

Filip

Pierwsze dwa dni to była mordęga. Przeżywałem bliski kontakt wymiany płynów ustrojowych z innym osobnikiem tej samej płci niczym mrówka okres. Wzbierały we mnie mdłości. Plus taki – nie miałem nawet chwili czasu, by pomyśleć o Gośce, a ochota na wyrwanie jakiejś laski, z którą mógłbym zaszaleć, przeszła mi niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Wiesz, że ten Dao chciał mi najpierw… no… wiesz – zagaiłem do Zosi podczas kolacji, kiedy po raz kolejny pisała coś na telefonie. – Słuchasz?

– Weszło jakieś pismo przedsądowe. Muszę pomóc dziewczynie to szybko ogarnąć – oznajmiła pospiesznie i wróciła do pisania.

Miałem już tego po dziurki w nosie! A jej tłumaczenie głęboko w dupie. Znałem tę gówniarę od zawsze, przyjaźniliśmy się i wiedziałem, że darzyła mnie nieco głębszym uczuciem. Przynajmniej kiedyś byłem tego pewny, bo kiedy była młodsza, nie potrafiła panować nad emocjami, a jej zawstydzenie i maślane oczy ją zdradzały. Miałem cichą nadzieję, że skoro zaproponowała wspólny wyjazd, to podniesie mnie na duchu i zrobi to naprawdę, a nie rzuci tylko pustą obietnicę.

Niestety, ale o uczucia i atencję Zosi toczyłem obecnie bój z jej największą miłością. Pracą.

Z nutą irytacji powróciłem do pałaszowania makaronu tajskiego z warzywami i mięsem, co raz rzucając okiem na stygnącą zupę towarzyszki. Zosia nie odrywała wzroku od telefonu, a jej palce wystukiwały słowa, jakby brały udział w maratonie na czas.

– Myślę o tym, by zwiedzić wyspę skuterem – zaproponowałem, ale nie zareagowała. – Zosia, słyszysz mnie?

– To odpowiedz mu wtedy, że przedstawił dowód… – mamrotała pochłonięta tym, co widziała na ekranie telefonu.

– Mówiłaś coś o piśmie przedsądowym – oznajmiłem chłodno, bo dyktowana treść brzmiała jak kolejny skrypt dla niedouczonego pracownika.

– Co? – Uniosła na mnie spojrzenie i w końcu się zawstydziła. – Tak, pismo… tak, a to już ogarnięte. Dziewczyna z drugiego działu powiedziała, że pomoże, teraz ogarniam szybko decyzję z uszkodzeniami w transporcie.

I jakby nigdy nic wróciła do pisania i mamrotania.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij