-
nowość
(Nie)Dobre Kobiety – TOM 1: W końcu wolna - ebook
(Nie)Dobre Kobiety – TOM 1: W końcu wolna - ebook
Trzy kobiety. Trzy epoki. Trzy decyzje, które zmieniają wszystko. Łączy je więcej, niż mogłyby przypuszczać – odwaga, by zawalczyć o własne życie, nawet jeśli cena jest wysoka. W końcu wolna to pierwszy tom poruszającej trylogii o kobietach, które nie chcą już milczeć. O tajemnicach, które wracają. O wyborach, które mają konsekwencje. I o sile, która rodzi się wtedy, gdy przestajesz żyć według cudzych zasad. Czy można zostawić za sobą to, co było? Czy wolność zawsze przychodzi w dobrym momencie? I czy warto zapłacić za nią każdą cenę?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 861 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Boże, mam nadzieję, że naprawdę nie żyje.
Konstancja pomyślała to dokładnie w chwili, w której ksiądz Teodor oznajmił, że Leon odszedł do lepszego świata. Nie miała pojęcia, czy świat bez niej rzeczywiście był dla niego lepszy, ale zawsze miał wysokie wymagania, więc pozostawało mieć nadzieję, że nie będzie rozczarowany. Opuściła głowę. Z boku mogło to wyglądać jak rozpacz i nie miała nic przeciwko temu. Od rana wszyscy na nią patrzyli, więc równie dobrze mogła im dać to, czego oczekiwali.
Wdowa po Leonie Jastrzębskim, trzydzieści siedem lat, trzy córki, czarna suknia i ani jednej łzy. Ta ostatnia rzecz zaczynała być kłopotliwa. Konstancja spróbowała pomyśleć o Zosi, która od trzech dni prawie się nie odzywała, o Marysi siedzącej poprzedniego wieczoru na podłodze w gabinecie ojca i o Helence pytającej, czy tata będzie wiedział, że w niedzielę kończy dziewięć lat. To pomogło. Poczuła pieczenie pod powiekami i przez chwilę była niemal wdzięczna, że nie musi myśleć o samym Leonie.
— ...który w swoim ziemskim życiu był mężem, ojcem i gospodarzem tego domu — mówił ksiądz.
Mężem był na pewno. Z pozostałymi określeniami Konstancja wolała dzisiaj nie dyskutować.
Zosia zaszlochała. Konstancja bez namysłu wsunęła dłoń pod jej ramię, a córka oparła się o nią mocniej, niż zwykle pozwalała sobie siedemnastoletnia panna. Jeszcze tydzień wcześniej oznajmiła przy śniadaniu, że nie pojedzie latem z Dobrzyńskimi do Warszawy, jeśli matka każe jej zabrać tę okropną zieloną suknię. Teraz Warszawa i zielona suknia przestały istnieć.
Leon mawiał, że Zofia przyszła na świat niezadowolona i dopiero później nauczyła się mówić. Wspomnienie przyszło bez zaproszenia i prawie wywołało u Konstancji uśmiech. Zacisnęła usta. Nie potrzebowała dzisiaj dobrych wspomnień o mężu.
Po drugiej stronie dziewczynek stała Antonina, matka Leona. Prosta jak kij, cała w czerni, z ustami zaciśniętymi tak mocno, że właściwie zniknęły. Ona również nie płakała, ale Antoninie nikt nie miał tego za złe. Od dawna posiadała ten rodzaj twarzy, przy którym ludzie zakładali, że jeśli nie okazuje emocji, to emocje musiały zrobić coś niewłaściwego.
Marysia wpatrywała się w grób. Helenka, przeciwnie, interesowała się wszystkim dookoła.
— Mamo — szepnęła.
Konstancja ścisnęła jej dłoń. — Cicho.
— Ale ciotka Ludwika śpiewa inaczej niż ksiądz.
— Helenko.
— Bardzo inaczej.
Antonina odwróciła głowę. Przez jedną niebezpieczną sekundę Konstancja zobaczyła, że teściowej drgnęły usta.
— Myślisz, że tata słyszy? — dopytała Helenka.
— Mam nadzieję, że nie.
Dziewczynka skinęła głową i wróciła do obserwowania ciotki Ludwiki, która rzeczywiście prowadziła własne nabożeństwo w zupełnie innej tonacji niż reszta parafii.
Leon by się śmiał. Konstancja usłyszała go niemal wyraźnie: Nie patrz na Ludwikę. Jak spojrzysz, już po tobie. Powiedział jej to może dziesięć lat wcześniej, na pogrzebie starego Karskiego. Stali wtedy obok siebie, znacznie młodsi i znacznie bardziej małżeńscy. Przez pół nabożeństwa patrzyła w ziemię, żeby nie parsknąć śmiechem, a po powrocie do domu kochali się w środku dnia. Pamiętała nawet spinkę do włosów, którą znalazła wieczorem pod jego poduszką.
To też było prawdziwe. Właśnie dlatego tak trudno było zdecydować, co właściwie powinna czuć nad jego grobem.
Ksiądz zakończył modlitwę. Pierwsza grudka ziemi uderzyła o wieko trumny. Zosia drgnęła, Marysia wreszcie podniosła głowę, a Helenka patrzyła z dziecięcym zainteresowaniem. Konstancja odwróciła wzrok. Tego dźwięku nie chciała zapamiętać.
Wtedy zobaczyła Bielskiego. Rządca stał trochę dalej, razem z ludźmi z folwarku, w swoim najlepszym surducie, nadal odrobinę za ciasnym. Leon od lat powtarzał mu, że powinien albo kupić większy, albo mniej jeść, a Bielski konsekwentnie nie robił żadnej z tych rzeczy. Teraz patrzył na Konstancję. Kiedy ich oczy się spotkały, natychmiast spuścił wzrok.
To było dziwne. Wojciech Bielski pracował w Jastrzębcu od dwudziestu trzech lat i nie spuszczał wzroku nawet wtedy, gdy Leon rzucił kiedyś w niego kałamarzem. Konstancja przyjrzała mu się uważniej. Rządca przestąpił z nogi na nogę i poprawił czapkę, chociaż nie było w niej nic do poprawiania.
Bał się. Tego była prawie pewna. Nie miała tylko pojęcia czego.
Do dworu wracali pieszo. Cmentarz nie był daleko, ale po kilku dniach sierpniowego deszczu ziemia przyklejała się do butów, a czarna suknia, którą Antonina uznała za jedyną odpowiednią na pogrzeb, ważyła chyba tyle co Helenka. Konstancja zaczynała podejrzewać, że żałoba ma również wymiar praktyczny: wdowa powinna być zbyt zmęczona strojem, żeby robić coś nierozsądnego.
— Konstancjo.
Poznała głos kuzyna Leona i nie zwolniła. Stanisław zrównał się z nią po kilku krokach, podał ramię i wyglądał na człowieka, który jest przekonany, że właśnie rozwiązał jakiś problem.
— Dziękuję, poradzę sobie.
— Oczywiście. Chciałem tylko...
Doświadczenie nauczyło ją, że kiedy mężczyzna zaczynał zdanie od „chciałem tylko”, można było spokojnie stracić zainteresowanie resztą. Stanisław mimo to został obok.
— Będziemy musieli porozmawiać.
Leon leżał w ziemi od mniej więcej siedmiu minut. Konstancja była pod wrażeniem rodzinnej powściągliwości.
— Dzisiaj?
— Nie, skądże.
— Jutro?
Stanisław zawahał się. — Może pojutrze.
— To rzeczywiście zmienia postać rzeczy.
— Chodzi mi o sprawy majątku. Nie musisz się wszystkim zajmować sama.
Przed nimi Antonina zatrzymała się tak nagle, że Marysia prawie na nią wpadła. Odwróciła się do bratanka.
— Stasiu. Leon jeszcze nie ostygł.
— Ciociu, został pochowany.
— Wiem, gdzie został pochowany. Byłam tam.
Marysia spuściła głowę, ale Konstancja zauważyła ruch jej ramion. Dziewczyna próbowała się nie roześmiać.
— Chodzi mi tylko o dobro rodziny — powiedział Stanisław.
— Właśnie dlatego radzę ci wrócić do tej rozmowy pojutrze.
Antonina ruszyła dalej. Stanisław został kilka kroków z tyłu, a Konstancja po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła wobec teściowej coś bliskiego wdzięczności.
W domu czekało jedzenie. Dużo jedzenia. Konstancja nie wiedziała, kto ustalił, że najlepszą odpowiedzią na śmierć człowieka jest sześć półmisków mięsa, ale zwyczaj miał swoich zwolenników. Po godzinie jadalnia była pełna ludzi, którzy jeszcze niedawno płakali nad grobem Leona, a teraz z godnym podziwu zaangażowaniem jedli pasztet przygotowany na jego stypę.
Przyjmowała kondolencje, aż zaczęła rozpoznawać ich porządek. Kobiety mówiły o córkach, mężczyźni o majątku, starsze panie o Bogu, a młodsze o tym, jaka jest dzielna. Nikt nie pytał, jak się czuje. Było to nawet wygodne, bo sama nie potrafiłaby odpowiedzieć jednym słowem.
Sięgnęła po chleb.
— Pani nie powinna — powiedziała stojąca za nią Apolonia.
Konstancja spojrzała na gospodynię. — Nie powinnam jeść?
— Nie tego.
Apolonia zabrała jej kromkę i podała inną.
— Czym się różnią?
— Ten jest świeższy.
— Apolonio, mój mąż umarł. Nie zęby.
— Jedno nieszczęście wystarczy.
Gospodyni odeszła, a Konstancja posłusznie zjadła świeższy chleb.
Przy drugim końcu stołu Stanisław rozmawiał z Bielskim. Rządca znowu wyglądał źle. Nie jak człowiek pogrążony w żałobie, raczej jak ktoś, kto od kilku godzin czeka na bardzo nieprzyjemną rozmowę. Stanisław coś powiedział, Bielski pokręcił głową, po czym zauważył Konstancję i urwał w pół zdania.
— Mamo? — Marysia nachyliła się do niej. — Wuj Stanisław chce zabrać srebra?
— Skąd ten pomysł?
— Powiedział ciotce Ludwice, że wartościowe rzeczy powinny zostać zabezpieczone.
Konstancja popatrzyła na Stanisława, który właśnie nalewał sobie wina. — Rozumiem.
— To znaczy, że jesteśmy biedne?
— Nie.
Odpowiedziała zbyt szybko. Marysia też to zauważyła.
— Na pewno?
— Marysiu.
— Bo jeśli jesteśmy, mogę nie jechać latem do Warszawy.
Zosia odwróciła głowę. — Ty nie miałaś jechać do Warszawy.
— Mogłam zacząć.
— Dziewczęta.
Obie zamilkły. Konstancja spojrzała na córki. Zosia miała oczy Leona, Marysia jego usta, a Helenka siedziała obok babki i karmiła pod stołem psa kawałkiem pieczeni, więc na szczęście w tej chwili nie przypominała nikogo.
— Nie jesteśmy biedne — powiedziała jeszcze raz.
Tym razem zabrzmiało lepiej. Nadal nie wiedziała, czy to prawda.
Goście zaczęli wyjeżdżać późnym popołudniem. Kiedy ostatni powóz zniknął za bramą, Konstancja zdjęła rękawiczki i usiadła na chwilę w salonie. Antonina zajęła fotel przy oknie.
— Boże — westchnęła Konstancja.
— Nie wzywaj Go. Mieliśmy Go dzisiaj wystarczająco dużo.
Konstancja spojrzała na teściową i parsknęła cicho. Antonina nie odpowiedziała uśmiechem, ale jej twarz trochę złagodniała.
— Idź do siebie. Wyglądasz okropnie.
— Dziękuję.
— Nie był to komplement. Dziewczynami zajmę się ja.
— Poradzę sobie.
— Wiem. Właśnie dlatego mówię, żebyś poszła.
W sypialni było cicho. Konstancja zamknęła drzwi, zdjęła czepek i zaczęła wyciągać szpilki z włosów. Jedna spadła na podłogę. Kiedy po nią sięgała, wróciło wspomnienie spinki znalezionej pod poduszką Leona. Tym razem nie próbowała go odpędzać.
Na toaletce leżała jego szczotka do włosów. Nie powinna była tutaj być, bo od miesięcy spał głównie w swoim pokoju. Nie zawsze, ale przeważnie. Konstancja wzięła szczotkę do ręki i przesunęła kciukiem po wyrytych inicjałach.
Ostatnim razem przyszedł do niej dwanaście dni temu. Poprzedniego ranka pokłócili się o pieniądze. Powiedziała, że Bielski od dwóch tygodni czeka na wypłatę dla ludzi. Leon odpowiedział, że Bielski przesadza. Ona na to, że rachunki nie mają zwyczaju przesadzać. Wieczorem wszedł do jej pokoju bez pukania.
— Nie — powiedziała wtedy.
— Jeszcze nic nie zrobiłem.
— Właśnie dlatego mówię wcześniej.
Roześmiał się. Pół godziny później leżał obok niej, a ona nadal była na niego zła. Pamiętała również, że było jej dobrze. Następnego ranka nie wrócili do rozmowy o pieniądzach. Jak zwykle.
Konstancja odstawiła szczotkę. — Idiota.
Łzy przyszły same, kilka, bez wielkiego szlochu. Wytarła je dłonią, a wtedy ktoś zapukał.
— Nie teraz.
Po chwili odezwał się Bielski. — Pani Konstancjo. Muszę z panią porozmawiać.
— Jutro.
— Nie mogę jutro.
Coś w jego głosie sprawiło, że podeszła do drzwi. Rządca stał na korytarzu i ściskał czapkę w obu rękach.
— Co się stało?
Rozejrzał się. — Możemy wejść?
— To moja sypialnia.
— Wiem.
— Więc nie. Proszę mówić.
Bielski przełknął ślinę. — Pan Leon zostawił coś w gabinecie. Kopertę dla pani. Kazał mi ją oddać dopiero po pogrzebie.
— Kiedy ją zostawił?
— Dwa dni przed śmiercią.
Konstancja przyjrzała mu się. — Gdzie jest?
— W gabinecie. Tylko... ktoś tam był.
— Dzisiaj?
— Nie wiem. Być może wcześniej. Koperta nadal jest zamknięta, ale ktoś ruszał rzeczy na biurku.
— Czego szukał?
— Nie wiem.
— Zadziwiająco dużo pan dzisiaj nie wie.
Przyjął to bez protestu. Konstancja poczuła pierwsze prawdziwe ukłucie niepokoju.
— Co jest na tej kopercie?
Bielski milczał chwilę za długo.
— Wojciechu.
Bardzo rzadko zwracała się do niego po imieniu. Podziałało.
— Pan Leon napisał na odwrocie: „Jeżeli Bielski mówi, że to był wypadek, nie wierz mu od razu”.
Przez kilka sekund Konstancja słyszała tylko odległe kroki służby i trzask drewna w kominku na dole.
— A był? — zapytała.
— Co?
— Wypadek.
Bielski otworzył usta, ale nic nie powiedział. Konstancji to wystarczyło. Wróciła do pokoju po czarny szal i zarzuciła go na ramiona.
— Idziemy do gabinetu.
— Pani Konstancjo, może jednak rano...
— Właśnie pochowałam męża, Wojciechu. Jeśli mam go jutro odkopać, wolałabym wiedzieć o tym dzisiaj.2
Gabinet Leona pachniał nim bardziej niż sypialnia. Tytoniem, skórą, atramentem i tym korzennym mydłem, które kupował w Warszawie, choć Konstancja od lat twierdziła, że kosztuje dwa razy tyle tylko dlatego, że sprzedawca mówi po francusku.
Bielski zapalił drugą lampę. Konstancja zamknęła za nimi drzwi i przez chwilę po prostu patrzyła. Na biurku leżały papiery, w popielniczce zostało trochę popiołu, przy fotelu stały zabłocone buty. Nikt nie zdążył jeszcze zamienić tego pokoju w miejsce po zmarłym człowieku. Wyglądał tak, jakby Leon wyszedł na godzinę i zaraz miał wrócić, narzekając, że ktoś przesunął jego dokumenty.
— Gdzie koperta?
Bielski wskazał dolną szufladę biurka. — Tam ją schował.
— Pan był przy tym?
— Tak.
Konstancja usiadła w fotelu Leona. Nigdy tego nie robiła, kiedy żył. Nie dlatego, że zabraniał. Po prostu był to jego fotel, tak samo jak prawa strona łóżka, miejsce przy stole i przekonanie, że zawsze wie więcej o pieniądzach niż ona.
Szuflada nie była zamknięta. W środku leżała gruba kremowa koperta z jej imieniem napisanym ręką Leona. Odwróciła ją. Zdanie, które przed chwilą powtórzył Bielski, rzeczywiście tam było.
Jeżeli Bielski mówi, że to był wypadek, nie wierz mu od razu.
Konstancja przeczytała je jeszcze raz, po czym spojrzała na rządcę.
— Nie wygląda pan na człowieka, który zamierza mnie zamordować.
— Dziękuję.
— To nie był komplement. Proszę usiąść.
— Wolę postać.
— Ja wolałabym, żeby mój mąż nie zostawiał mi po pogrzebie zagadek. Oboje musimy się dziś rozczarować.
Bielski usiadł na skraju krzesła.
Konstancja złamała pieczęć. W kopercie była jedna kartka. Spodziewała się listu, może wyjaśnienia, może któregoś z tych spóźnionych przeprosin, na które Leon miał talent dopiero wtedy, gdy szkoda została już zrobiona. Zamiast tego zobaczyła cztery krótkie linijki.
Konstancjo, znajdź księgę oznaczoną H. Nie oddawaj jej Stanisławowi. Nie pozwól sprzedać lasu, dopóki nie dowiesz się, do kogo należy. Bielski powie Ci resztę.
Pod spodem Leon dopisał tylko swoje inicjały.
Konstancja odłożyła kartkę. — To jest reszta?
Bielski patrzył na własne dłonie. — Nie.
— Doskonale. W takim razie zaczynamy od początku. Co wydarzyło się w noc jego śmierci?
Rządca milczał.
— Wersję oficjalną znam. Leon pojechał konno do młyna, koń się spłoszył, mąż spadł i złamał kark. Powtórzył mi pan to trzy razy. Lekarz powiedział, że uraz mógł powstać przy upadku. Ksiądz powiedział, że Bóg tak chciał, choć jego akurat nikt o szczegóły nie pytał. Czego w tej historii brakuje?
— Pan Leon nie jechał do młyna.
Konstancja oparła dłonie na biurku. — Dokąd jechał?
— Nie powiedział.
— Oczywiście.
— Wyszedł po dziewiątej. Sam osiodłał Karysa, choć stajenny chciał mu pomóc. Przed północą znaleźliśmy go na starej drodze.
— Żywy?
Bielski spojrzał na nią zaskoczony. — Tak.
Konstancja poczuła, jak coś zimnego przesuwa jej się po plecach. Od dnia śmierci Leona była przekonana, że znaleziono go przy drodze. Tak powiedział Bielski. Tak zrozumiała. Być może nikt nigdy nie użył dokładnie tych słów, ale właśnie taką historię dostała.
— Znaleźliście go?
— Był przytomny. Miał krew we włosach i ledwo stał. Przywieźliśmy go wozem. Koń był niedaleko, spłoszony i spocony.
— Kto?
— Ja i Józek ze stajni.
— I zamiast obudzić mnie, zanieśliście go tutaj?
Bielski poruszył się niespokojnie. — Pan Leon zabronił.
Konstancja roześmiała się krótko, bez cienia rozbawienia. — Był ranny, półprzytomny i nadal wydawał rozkazy. To akurat brzmi wiarygodnie.
— Powiedział, że pani nie może go tak zobaczyć.
To ją zatrzymało. Nie wiedziała, czy poczuła wzruszenie, czy złość. Z Leonem te dwie rzeczy zbyt często chodziły razem.
— Co było dalej?
— Posłałem po doktora. Pan Leon kazał mi wcześniej przynieść coś z kaplicy.
— Z kaplicy grobowej?
— Tak.
— Co?
— Dokument. Mówił, że jest schowany za epitafium jego dziadka.
Konstancja wstała. — I pan poszedł?
— Tak.
— Zostawiając ciężko rannego człowieka samego?
— Nie był sam. Józek został na dole, a ja wyszedłem może na kwadrans.
— Na kwadrans można umrzeć.
Bielski pobladł. — Wiem.
Konstancja chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zrezygnowała. Człowiek wyglądał, jakby od czterech dni mówił to sobie bez jej pomocy.
— Znalazł pan dokument?
— Nie. Kamień był na miejscu, ale za nim niczego nie było. Kiedy wróciłem, drzwi do gabinetu były zamknięte. Zapukałem. Pan Leon nie odpowiedział.
— A Józek?
— W stajni. Ktoś powiedział mu, że koń ma rozcięty bok i trzeba się nim zająć.
— Kto?
Bielski pokręcił głową. — Nie wie. Było ciemno, ludzie się kręcili. Myślał, że jeden z parobków.
Konstancja poczuła narastającą irytację. — Czy w tym domu ktokolwiek tej nocy wiedział, co robi?
— Pan Leon chyba wiedział.
— To wielka szkoda, że nie może nam teraz powiedzieć.
Podniosła list i przeczytała go jeszcze raz. Księga H. Stanisław. Las. Cztery rzeczy, z których żadna nic jej nie mówiła.
— Dlaczego nie powiedział mi pan tego od razu po jego śmierci?
Bielski spuścił wzrok. — Bo kiedy otworzyłem drzwi, pan Leon już nie żył. Doktor przyjechał później i powiedział, że po takim urazie mógł umrzeć w każdej chwili. Uznałem, że... że nie ma sensu robić zamieszania.
— Zamieszania.
— Pani była z córkami. Zosia dostała gorączki. Helenka pytała, czy ojciec wróci na śniadanie. Pomyślałem...
— Wszyscy ostatnio bardzo dużo myślą za mnie.
Bielski zacisnął szczękę. — Tak, proszę pani.
Konstancja przeszła do okna. Za szybą było już prawie ciemno. Na dziedzińcu chłopak ze stajni prowadził dwa konie do budynku, w kuchni zapalano kolejne światło. Zwykły wieczór. Jeszcze kilka dni temu o tej porze Leon mógł siedzieć przy tym biurku, a ona mogła być na niego zła o pieniądze, o późny powrót albo o to, że znowu obiecał Helence jazdę konną bez pytania kogokolwiek o zdanie.
Teraz dowiadywała się, że umarł w domu, kilkadziesiąt kroków od jej sypialni, a ona przespała noc.
— Czy ktoś był tutaj, kiedy pan wrócił z kaplicy?
— Nie widziałem nikogo.
— To nie jest odpowiedź.
Bielski westchnął. — Drzwi od strony korytarza były zamknięte, ale okno było uchylone.
Konstancja odwróciła się. — To okno?
— Tak.
Podeszła. Gabinet znajdował się na parterze. Pod oknem ciągnął się wąski pas trawy, dalej zaczynał się żwirowy podjazd. W pogodną noc człowiek mógł wyjść tędy bez większego problemu. Leon robił to nieraz, kiedy nie chciało mu się obchodzić domu po klucz.
— I tego również nie uznał pan za warte wspomnienia?
— Padało. Myślałem, że pan Leon sam je otworzył.
— Człowiek z rozbitą głową otworzył okno, żeby przewietrzyć gabinet przed śmiercią?
— Kiedy pani tak mówi...
— Właśnie dlatego mówię.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Konstancja wróciła do biurka i zaczęła przeglądać jego powierzchnię. Kalendarz, nóż do papieru, pudełko z tytoniem, rachunki. Znała ten bałagan. Leon zawsze twierdził, że dokładnie wie, gdzie wszystko leży, co było prawdą mniej więcej w połowie przypadków.
— Księga H — powiedziała. — Wie pan, co to jest?
— Nie.
— Stanisław?
— Nie wiem, dlaczego pan Leon go wymienił.
— Las?
Bielski zawahał się.
Konstancja spojrzała na niego. — Tym razem proszę dobrze wybrać odpowiedź.
— Pan Leon chciał sprzedać część lasu.
— Jaką część?
— Za młynem. Do starej granicy Wolskich.
— Jakich Wolskich?
Bielski wstał. — Nie wiem dokładnie. To stara nazwa. Nikt tak tych gruntów nie nazywa od lat.
Konstancja wyjęła z szuflady pierwszą księgę rachunkową. Potem drugą. Na grzbietach były daty i oznaczenia, ale żadnego H.
— Ile chciał za ten las?
— Nie wiem.
— Komu chciał go sprzedać?
— Pani Konstancjo...
— Wojciechu, naprawdę nie mam dziś siły na kolejne „nie wiem”.
— Rozmowy prowadził przez Stanisława.
To wyjaśniało pośpiech kuzyna na drodze z cmentarza. Konstancja zamknęła szufladę mocniej, niż było trzeba.
— Jutro rano przyniesie mi pan wszystkie księgi gospodarstwa z ostatnich trzech lat. Rachunki, umowy, korespondencję z dzierżawcami, wszystko.
— Oczywiście.
— I proszę nikomu nie mówić o liście.
— Nawet pani Antoninie?
Konstancja pomyślała o teściowej. — Zwłaszcza jej na razie nie. Jeśli wie coś ważnego, wolę najpierw zobaczyć, czy powie sama.
Bielski skinął głową i ruszył do drzwi.
— Jeszcze jedno.
Odwrócił się.
— Kiedy znalazł pan Leona, drzwi były zamknięte od środka?
— Nie.
— Przed chwilą powiedział pan, że były zamknięte.
— Zamknięte, ale nie na klucz.
Konstancja przyglądała mu się przez chwilę. Bielski wyraźnie chciał już wyjść.
— Dobrze. Dobranoc.
Kiedy została sama, usiadła z powrotem w fotelu Leona. Przez kilka minut nie robiła nic. Potem otworzyła najniższą szufladę po lewej, tę, w której mąż trzymał rzeczy niewarte zamykania na klucz: stare rachunki, sznurek, zapasowe stalówki, kilka monet.
Na samym dnie leżała kartka złożona na cztery.
Nie była napisana ręką Leona.
Konstancja rozprostowała papier. Wiadomość była krótka i bez podpisu.
Nie sprzedawaj tego, co nigdy nie należało do twojej rodziny.
Przeczytała ją dwa razy. Potem trzeci.
Na dole, pod tekstem, ktoś dopisał jedno nazwisko.
Wolska.3
Konstancja obudziła się przed świtem i przez kilka sekund nie pamiętała, że Leon nie żyje. Leżała nieruchomo, słuchając deszczu uderzającego o parapet, i zastanawiała się, dlaczego w domu jest tak cicho. Potem zobaczyła czarną suknię przewieszoną przez oparcie krzesła.
Nie spała dobrze. List z nazwiskiem Wolska leżał zamknięty w szufladzie przy łóżku, razem z kartką Leona. Dwa razy w nocy wstawała, żeby sprawdzić, czy nadal tam są, co za drugim razem wydało jej się już zupełnie idiotyczne. Papier nie miał nóg. Ludzie natomiast mieli, a ktoś wszedł wcześniej do gabinetu Leona i najwyraźniej czegoś szukał.
Przed siódmą była ubrana. Nie w tę samą ciężką suknię co na pogrzeb; na widok przygotowanego przez pokojówkę stroju powiedziała, że jeżeli żałoba wymaga codziennego noszenia tylu warstw, to będzie musiała zostać mniej żałobna. Wybrała prostszą czarną suknię i zeszła na dół.
W jadalni zastała Antoninę przy kawie. Teściowa miała przed sobą talerz z jajkiem, kawałek chleba i gazetę sprzed tygodnia. Czytała ją z uwagą, jakby przez ostatnie dni świat mógł zmienić się na tyle, że należało nadrobić zaległości.
— Nie śpisz — powiedziała Antonina, nie podnosząc wzroku.
— Ty też nie.
— Ja mam sześćdziesiąt cztery lata. W moim wieku człowiek nie śpi, tylko czeka na śniadanie.
Konstancja nalała sobie kawy. Apolonia postawiła przed nią talerz, ale nie usiadła od razu. Przez chwilę patrzyła na Antoninę i zastanawiała się, czy powiedzieć jej o liście. Jeszcze poprzedniego dnia odpowiedź wydawała się oczywista: nie. Dziś była mniej pewna. Antonina mieszkała w Jastrzębcu dłużej niż ktokolwiek poza Bielskim i znała rodzinne sprawy z czasów, kiedy Konstancja była jeszcze dzieckiem.
— Znasz nazwisko Wolska? — zapytała w końcu.
Gazeta opadła o centymetr.
To wystarczyło.
— Znam wiele nazwisk.
— To konkretne?
Antonina złożyła gazetę bardzo starannie. — Dlaczego pytasz?
— Bo znalazłam je w papierach Leona.
— W jakich papierach?
— Jego.
— Konstancjo.
— Antonino.
Przez chwilę patrzyły na siebie ponad stołem. Apolonia weszła z dzbankiem gorącej wody, oceniła sytuację jednym spojrzeniem i wyszła bez słowa. Miała doskonały instynkt do rozmów, których później chciała znać każdy szczegół, ale niekoniecznie zamierzała zostać przyłapana na słuchaniu.
— W Jastrzębcu byli kiedyś Wolscy — powiedziała wreszcie Antonina. — Dawno temu. Mieli ziemię za młynem.
— Tę, którą Leon chciał sprzedać?
Teściowa zesztywniała. — Kto ci to powiedział?
— Bielski.
— Bielski za dużo mówi.
— Wczoraj powiedział mi zdecydowanie za mało.
Antonina sięgnęła po filiżankę. — Nie wiem nic o sprzedaży.
Konstancja jej nie uwierzyła. Jeszcze kilka dni temu prawdopodobnie odpuściłaby. Antonina miała talent do kończenia rozmów samym sposobem, w jaki podnosiła filiżankę. Dziś ten talent działał słabiej.
— Kim była Helena Wolska?
Filiżanka zatrzymała się w połowie drogi.
— Nie wiem.
— Tego imienia nie podałam.
Antonina odstawiła kawę.
Konstancja poczuła satysfakcję, ale tylko przez chwilę. Wolałaby nie przyłapywać matki zmarłego męża na kłamstwie przy śniadaniu. Ostatnie dwa dni przyniosły już wystarczająco dużo rodzinnych atrakcji.
— Powiesz mi teraz czy po obiedzie?
— Nie podoba mi się twój ton.
— Mnie nie podoba się to, że Leon umarł, Bielski kłamie, Stanisław chce sprzedawać las, a ty znasz kobietę, której nazwisko znalazłam w gabinecie męża. O tonie możemy porozmawiać później.
Antonina patrzyła na nią długo. — Helena Wolska jest córką człowieka, który kiedyś miał sprawę z rodziną Leona. Tyle wiem.
— Jaką sprawę?
— O ziemię.
— Jaką ziemię?
— Powiedziałam ci wszystko, co wiem.
Konstancja nie skomentowała. Antonina kłamała drugi raz i tym razem robiła to gorzej.
Do jadalni weszła Zosia. Miała zaczerwienione oczy, włosy upięte niedbale i minę człowieka gotowego pokłócić się z całym światem, jeśli świat odezwie się pierwszy.
— Dzień dobry — powiedziała Konstancja.
— Nie jest dobry.
— To prawda. Mimo to tak się mówi.
Zosia usiadła. Antonina natychmiast przesunęła w jej stronę koszyk z pieczywem, czym skutecznie zakończyła rozmowę o Wolskich.