Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

(Nie)Dobre Kobiety – TOM 2: Nie tylko Twoja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 września 2026
29,00 zł
2900 pkt
punktów Virtualo

(Nie)Dobre Kobiety – TOM 2: Nie tylko Twoja - ebook

Trzy kobiety. Trzy epoki. Trzy decyzje, które zmieniają wszystko. Łączy je więcej, niż mogłyby przypuszczać – odwaga, by zawalczyć o własne życie, nawet jeśli cena jest wysoka. W Nie tylko Twoja poznajemy drugą z bohaterek trylogii – kobietę, która mierzy się z konsekwencjami wyborów, które nigdy nie powinny były należeć do niej. Zdrady, lojalność, namiętność i granice, których nie da się łatwo określić. To historia o tym, jak trudno pozostać sobą, gdy serce wplątuje się w cudze plany. Czy miłość zawsze jest tylko dla jednej osoby? Czy można być wierną sobie, jeśli wszystko wokół krzyczy, by milczeć? I czy każde uczucie ma swoją cenę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 718 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Maria wiedziała, że jej mąż kłamie, zanim jeszcze otworzył usta.

Nie dlatego, że źle kłamał. Właśnie przeciwnie. Aleksander miał talent do rzeczy, które wymagały spokoju, dobrego surduta i przekonania, że świat ostatecznie ułoży się po jego myśli. Kłamał tak samo, jak zamawiał wino, rozmawiał z urzędnikiem albo przekonywał teściową, że droga z Radomia była fatalna: bez pośpiechu, patrząc człowiekowi prosto w oczy.

Tego wieczoru stał przy umywalni w samej koszuli i nalewał wodę do miednicy.

— Jutro muszę wyjechać wcześniej — powiedział.

Maria siedziała przed lustrem i wyjmowała szpilki z włosów. Jedna po drugiej odkładała je na srebrną tackę. — Dokąd?

— Do Radomia.

— Po co?

— Interesy.

— Jakie?

W lustrze zobaczyła, że uśmiechnął się do własnego odbicia. Nie do niej.

— Marysiu.

— To nie jest odpowiedź.

— Wiem.

Odłożył dzbanek. Podszedł do niej i położył dłonie na jej ramionach. Miał ciepłe ręce i pachniał mydłem, tytoniem oraz winem wypitym do kolacji. Po dwunastu latach małżeństwa Maria nadal lubiła ten zapach. Było to irytujące, zwłaszcza kiedy miała ochotę być na niego zła.

— Nie zaczynajmy wieczoru od rachunków — powiedział.

— Nie zaczęłam od rachunków. Zapytałam, dokąd jedziesz.

— Do Radomia.

— A ja zapytałam po co.

Pochylił się i pocałował ją w szyję. Maria zamknęła oczy. Przez chwilę naprawdę rozważała, czy nie pozwolić mu wygrać w ten sposób. Z Aleksandrem łatwo było pomylić zgodę z przyjemnością.

— To nieuczciwe — mruknęła.

— Co?

— Wiesz co.

— Małżeństwo nie jest uczciwe. Gdyby było, przed ślubem dostawalibyśmy regulamin.

Parsknęła śmiechem, choć nie chciała. Aleksander wykorzystał moment, odsunął jej włosy i pocałował miejsce pod uchem. Znał ją dobrze. Może nawet zbyt dobrze. Wiedział, kiedy potrzebowała rozmowy, kiedy ciszy, a kiedy należało przestać mówić, zanim zdążyła przypomnieć sobie, o co była zła.

Odwróciła się na stołku.

— Pokaż kieszenie.

— Słucham?

— Kieszenie. Skoro nie chcesz powiedzieć, jakie interesy, zobaczę, czy przynajmniej masz przy sobie coś interesującego.

— Jesteś córką swojej matki.

— To miała być obelga?

— Ostrzeżenie dla mnie.

Nie cofnął się, kiedy wsunęła dłoń do kieszeni jego surduta przewieszonego przez krzesło. Znalazła scyzoryk, dwa bilety wizytowe, monetę, zmięty rachunek od krawca i złożoną kartkę.

Aleksander przestał się uśmiechać.

To wystarczyło.

Maria rozłożyła papier.

Nie był listem miłosnym. Przez sekundę poczuła ulgę tak gwałtowną, że aż się jej zawstydziła. Potem przeczytała pierwsze trzy linijki i ulga minęła.

„Upoważnienie do ustanowienia zabezpieczenia...”

Niżej widniało jej nazwisko.

Maria Aleksandra Rzewuska z domu Jastrzębska.

Jeszcze niżej: Jastrzębiec, część należna Marii z działu rodzinnego, wraz z dochodami przypadającymi na jej udział.

— Co to jest?

Aleksander wyciągnął rękę. Nie oddała mu kartki.

— Projekt pełnomocnictwa.

— Widzę. Pytam, dlaczego mój majątek ma być zabezpieczeniem.

— Nie twój majątek. Dochody z twojego udziału.

— To zdanie miało mnie uspokoić?

— Miało być precyzyjne.

Maria wstała. Włosy opadły jej na plecy, połowa jeszcze spięta, połowa luźna. Wyglądała pewnie absurdalnie. Nie miało to znaczenia.

— Na co potrzebujesz zabezpieczenia?

Aleksander westchnął i usiadł na brzegu łóżka.

— Na kredyt obrotowy.

— Dla czego?

— Dla młyna i składu.

— Mówiłeś, że młyn przynosi pieniądze.

— Przynosi.

— Więc dlaczego pożyczasz?

— Bo pieniądze, które przyniesie za trzy miesiące, nie zapłacą rachunków jutro.

To akurat rozumiała. W Jastrzębcu nauczyła się, że człowiek może posiadać las, gorzelnię, dwieście morgów dobrego żyta i nie mieć czym zapłacić kowalowi. Jej ojciec potrzebował wielu lat, żeby doprowadzić tę lekcję do katastrofy. Matka potrzebowała jednego lata, żeby Maria zapamiętała ją na całe życie.

— Ile?

— Marysiu...

— Ile?

— Osiem tysięcy rubli.

Patrzyła na niego.

— Osiem tysięcy nie jest kredytem obrotowym. Osiem tysięcy to kłopot w eleganckim ubraniu.

— Właśnie dlatego chciałem ci wszystko wyjaśnić.

— Kiedy? Po podpisaniu?

— Niczego jeszcze nie podpisałem za ciebie.

— Jak łaskawie.

Wstał. — Nie rób ze mnie Leona.

Trafił celnie i oboje o tym wiedzieli.

Maria złożyła kartkę na pół. Potem jeszcze raz, bardzo dokładnie.

— Nie używaj ojca, kiedy brakuje ci argumentów.

— Nie używam. Mówię tylko, że nie jestem nim.

— To mi pokaż.

Przez chwilę stali naprzeciwko siebie. Dwanaście lat małżeństwa mieściło się między nimi w rzeczach małych i dużych: dwójce dzieci śpiących dwa pokoje dalej, bliznie po porodzie, jego zwyczaju zostawiania książek otwartych grzbietem do góry, jej nienawiści do gotowanego mleka, czterech przeprowadzkach między dworem a miastem, dwóch pogrzebach, niezliczonych kolacjach i setkach nocy, podczas których potrafili się odnaleźć bez słów.

Kochała go. To było najgorsze, bo miłość nie rozwiązywała niczego. Jedynie sprawiała, że wszystko kosztowało więcej.

Aleksander wyciągnął dłoń.

— Oddaj mi papier.

— Nie.

— Maria.

— Jutro pojadę z tobą.

— Nie ma potrzeby.

— W takim razie tym bardziej pojadę.

Zacisnął szczękę. — Spotkanie jest z bankierem i wspólnikiem. To nie jest...

— Miejsce dla żony?

— Nie powiedziałem tego.

— Jeszcze.

Odwróciła się i położyła dokument na swoim stoliku, pod szkatułką z biżuterią.

Aleksander milczał chwilę. Potem zdjął koszulę.

Maria spojrzała na niego mimo woli. Po dwunastu latach nadal miał szerokie ramiona i tę samą niewielką bliznę pod lewym żebrem, którą dostał jako chłopak przy upadku z konia. Kiedyś, na początku, całowała ją z absurdalnym przekonaniem, że każda część jego ciała jest czymś, co odkryła pierwsza.

— Nie patrz tak — powiedział.

— Jak?

— Jakbyś jednocześnie chciała mnie uderzyć i rozebrać.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Uśmiechnął się. Tym razem krótko, bez zwykłej pewności siebie.

— Chodź do łóżka.

— To nadal nie jest odpowiedź.

— Wiem.

Nie poszła od razu. Zgasiła dwie świece, zamknęła okno i sprawdziła drzwi do pokoju dzieci, choć niania zrobiła to wcześniej. Kiedy wróciła, Aleksander leżał na boku i patrzył na nią.

— Jutro wszystko ci pokażę — powiedział.

— Wszystko?

— Wszystko, co dotyczy kredytu.

To „co dotyczy” było tak zręczne, że prawie ją rozbawiło.

Położyła się obok. Nie dotknęła go pierwsza. On też przez chwilę nie próbował. Dopiero kiedy odwróciła się plecami, przesunął dłonią po jej talii.

— Nadal jesteś zła?

— Tak.

— Bardzo?

— Wystarczająco.

— To niedobrze.

— Dla ciebie.

Pocałował ją w kark. Maria poczuła znajome ciepło, a wraz z nim złość na własne ciało, które nie interesowało się zasadami. Odwróciła się do niego.

— Jutro jadę.

— Jutro jedziesz.

— I nie podpiszę niczego, czego nie rozumiem.

— Dobrze.

— I nie będziesz odpowiadał za mnie.

— Dobrze.

— I...

Pocałował ją.

Tym razem mu pozwoliła.

Później, kiedy leżała z głową na jego ramieniu, pomyślała, że może przesadziła. Aleksander nie był Leonem. Nigdy nie zniknął na kilka dni bez słowa, nie wracał pijany, nie urządzał awantur przy służbie. Kochał dzieci. Kochał ją. Pracował. Ryzykował, owszem, ale ryzyko było częścią interesów.

Mogła to wszystko wyjaśnić rano.

Zasnęła z tą myślą.

O świcie obudził ją turkot kół na dziedzińcu.

Miejsce obok było puste.

Na stoliku nie było projektu pełnomocnictwa.2

Do Jastrzębca Maria przyjechała dwa dni później bez męża.

Matka zobaczyła ją przez okno salonu i wyszła na ganek, zanim powóz zdążył się zatrzymać. Miała pięćdziesiąt dziewięć lat, srebrne pasma przy skroniach i ten sam sposób patrzenia, przez który człowiek odruchowo przypominał sobie wszystkie rzeczy, których nie zamierzał opowiadać.

— Sama? — zapytała Konstancja.

— Dzieci zostały z Aleksandrem.

— Nie o dzieci pytałam.

Maria zeszła z powozu. — Wiem.

Konstancja objęła ją krótko, mocno. Nie pytała na ganku. To Maria w niej lubiła. Matka potrafiła być wścibska, ale nigdy przy służbie.

Jastrzębiec wyglądał inaczej niż w dzieciństwie i dokładnie tak samo. Stary dach nad oficyną wymieniono. Oranżeria miała nowe szyby. Lipy przy alei były większe, a kamienne stopnie ganku bardziej wytarte. Zapach domu pozostał niezmienny: wosk, drewno, suszone zioła z kredensu i coś chłodnego od grubych murów.

— Michał jest w kancelarii? — zapytała Maria.

— W Radomiu. Wróci jutro.

Michał Radecki od ponad dwudziestu lat pojawiał się w Jastrzębcu tak często, że nikt już nie zastanawiał się, czy jest gościem. Nie został mężem Konstancji. Ku rozpaczy połowy rodziny i satysfakcji drugiej połowy nie uznali tego za konieczne. Miał własny dom, własne sprawy i własnego dorosłego syna. Mimo to jego płaszcz wisiał czasem w sieni przez tydzień, a potem znikał na dwa.

— Potrzebujesz go? — spytała matka.

— Może.

Konstancja spojrzała na nią jeszcze raz. — W takim razie najpierw zjesz.

— Nie jestem głodna.

— To dobrze. Kuchnia nie lubi presji.

Przy późnym obiedzie siedziały we trzy, bo Helenka przyjechała z sąsiedniego majątku na kilka dni, a Zofia od dwóch lat mieszkała z mężem pod Kielcami i była w szóstej ciąży, co według jej listów było stanem „zupełnie nieprzeszkadzającym”, a według całej rodziny oczywistym kłamstwem.

Helenka miała trzydzieści jeden lat i nadal potrafiła zadać pytanie, którego nikt rozsądny nie zadawał przy zupie.

— Pokłóciłaś się z Olkiem?

— Nie.

— Czyli tak.

— Heleno — powiedziała Konstancja.

— Co? Gdyby się nie pokłócili, przyjechałaby z nim albo przynajmniej narzekała na niego od bramy.

Maria odłożyła łyżkę. — Aleksander pojechał do Radomia bez mnie, chociaż obiecał, że pojadę z nim.

— To jeszcze nie powód, żeby uciekać do matki — zauważyła Helenka.

— Nie uciekłam.

— Oczywiście. Przyjechałaś dwa dni po tym, jak mąż uciekł przed tobą.

Konstancja posłała młodszej córce spojrzenie.

— Jedz.

— Jem.

— Ciszej.

Maria prawie się uśmiechnęła. Prawie.

Po obiedzie poszły z matką do dawnego gabinetu Leona. Od lat należał właściwie do Konstancji. Biurko było inne, półki uporządkowane, na ścianie wisiała mapa dóbr z poprawionymi granicami. Maria pamiętała tę mapę z dzieciństwa. Wtedy czerwone linie wydawały jej się czymś stałym. Dopiero później zrozumiała, że linia na papierze potrafi kosztować rodzinę więcej niż dom.

— Osiem tysięcy — powiedziała.

Konstancja nie drgnęła. — Rubli?

— Tak.

— Na co?

— Podobno na młyn i skład. Chce zabezpieczyć kredyt dochodami z mojego udziału w Jastrzębcu.

— Chce czy zabezpieczył?

— Twierdzi, że niczego nie podpisał za mnie.

— To nie jest odpowiedź.

Maria popatrzyła na matkę. — Powiedziałam mu dokładnie to samo.

— To akurat nie dziwi.

Konstancja podeszła do szafy i wyjęła teczkę przewiązaną sznurkiem.

— Twój udział jest twój. Dochody z niego również. To, co wniosłaś do małżeństwa, zostało opisane. Michał dopilnował, żeby opisano to tak, jakby każdy przyszły zięć był potencjalnym idiotą.

— Aleksander nie jest idiotą.

— Tym gorzej. Z idiotą łatwiej.

Maria usiadła przy biurku. — Mamo, ja nie przyjechałam, żebyś mi powiedziała, że miałam rację.

— To po co?

— Żebyś mi powiedziała, czy przesadzam.

Konstancja oparła dłonie o blat.

— A chcesz, żebym powiedziała, że przesadzasz?

Maria milczała.

— Marysiu, jeśli pytasz mnie jako matkę, powiem ci, żebyś wróciła do domu i porozmawiała z mężem. Jeśli pytasz mnie jako kobietę, która kiedyś dowiedziała się po śmierci męża, ile rzeczy robił bez jej wiedzy, powiem ci coś mniej przyjemnego.

— Co?

— Nie czekaj na śmierć, żeby zacząć czytać papiery.

Maria odchyliła się na krześle.

— To nie jest to samo.

— Mam nadzieję.

— Kocham go.

— Ja też kochałam twojego ojca. Nie przez cały czas i nie zawsze mądrze, ale kochałam. To nie ma nic wspólnego z rachunkami.

— Dla ciebie wszystko kończy się rachunkami.

— Nie. Czasem zaczyna.

Przez okno wpadało popołudniowe światło. Maria widziała podwórze, stajnię i kawałek sadu. Kiedy miała czternaście lat, stała w tym samym pokoju i patrzyła, jak matka uczy się majątku po kawałku. Wtedy wydawało jej się, że dorosłość polega na tym, że człowiek wreszcie wie, co robi.

Teraz miała trzydzieści sześć lat i coraz częściej podejrzewała, że dorośli po prostu lepiej ukrywają momenty, w których nie wiedzą nic.

— Co było w kopercie? — zapytała nagle.

Konstancja znieruchomiała.

Maria nie musiała wyjaśniać. W rodzinie istniała tylko jedna koperta, o której mówiło się bez określenia. Ta z datą 1819, znaleziona po śmierci Leona.

— To stara sprawa.

— Wiem.

— I zamknięta.

— Nie do końca.

Konstancja spojrzała na nią uważnie. — Dlaczego pytasz?

— W projekcie pełnomocnictwa wymieniono nie tylko dochody z mojego udziału. Było tam coś o prawach do młyna i gruntów przy stawie.

Twarz matki zmieniła się ledwie zauważalnie.

— Jesteś pewna?

— Tak.

Konstancja usiadła.

— Tych praw nie powinno tam być.

— Dlaczego?

— Bo od dwudziestu lat są traktowane oddzielnie. Po ugodzie z Wolskimi nie wolno ich obciążać bez dodatkowej zgody.

— Czyjej?

— Wszystkich zainteresowanych stron.

— Aleksander o tym wie?

— Powinien. Dokumenty dostałaś przy ślubie.

Maria roześmiała się krótko. — Przy ślubie dostałam też sześć obrusów, srebra po babce i trzydzieści dwie osoby, które chciały mnie pocałować. Wybacz, że nie zapamiętałam klauzuli dotyczącej młyna.

Konstancja nie odpowiedziała uśmiechem.

— Jeśli bankier dostał opis zabezpieczenia z tymi gruntami, ktoś albo nie zna stanu prawnego, albo liczy, że nikt go nie sprawdzi.

— Aleksander?

— Nie wiem.

To „nie wiem” zabrzmiało gorzej niż oskarżenie.

Wieczorem Maria poszła do dawnego pokoju dziewcząt. Zofia i Helena miały teraz własne sypialnie dla gości, ale ten pokój zachowano prawie bez zmian. Na parapecie zostało nawet zadrapanie, które zrobiły nożem, mierząc, która z nich jest wyższa.

Maria dotknęła kreski z datą 1865.

Trzynaście lat. Rok, w którym po raz pierwszy zobaczyła Aleksandra Rzewuskiego na imieninach ciotki Ludwiki. Miał dwadzieścia jeden lat, mówił za dużo i tańczył lepiej, niż powinien mężczyzna, który uważał się za poważnego.

Pobrali się trzy lata później.

Matka pytała wtedy, czy jest pewna.

Maria była.

Nadal była.

Tylko coraz mniej wiedziała, czego właściwie jest pewna.

Ktoś zapukał.

Helenka weszła bez czekania na odpowiedź.

— Mama powiedziała, żebym cię nie męczyła.

— Więc przyszłaś?

— Oczywiście.

Usiadła na drugim łóżku.

— Kochasz go?

— Tak.

— On ciebie?

— Tak.

— To świetnie. Zostały tylko pieniądze, kłamstwa i męska głupota. Mogło być gorzej.

Maria rzuciła w nią poduszką.

Helenka złapała ją i roześmiała się.

Po chwili Maria też.

A potem przypomniała sobie pusty stolik przy łóżku i dokument, który zniknął przed świtem.

Śmiech minął pierwszy.3

Aleksander przyjechał do Jastrzębca następnego dnia przed południem.

Nie wyglądał jak mężczyzna, który przyjechał przepraszać. Wyglądał jak mężczyzna, który w drodze ułożył sobie rozsądne przemówienie i był z niego zadowolony.

Maria obserwowała go z okna biblioteki. Zeskoczył z bryczki, rzucił lejce stajennemu i zdjął kapelusz przed Konstancją, która akurat wychodziła z oficyny. Teściową pocałował w rękę. Konstancja pozwoliła mu na to z miną osoby, która rozważa, czy nie wykorzystać tej pozycji do uderzenia go w głowę.

Pięć minut później wszedł do biblioteki.

— Uciekłaś.

— Ty pierwszy.

Zamknął drzwi.

— Nie uciekłem. Musiałem być w Radomiu o ósmej.

— Miałeś mnie obudzić.

— Spałaś.

— To jest funkcja odwracalna.

Aleksander potarł twarz. Był zmęczony. Dopiero teraz to zobaczyła. Pod oczami miał ciemne cienie, kołnierzyk zapięty niedbale, a na prawym rękawie ślad błota.

— Spotkanie przesunięto — powiedział. — Dowiedziałem się późno. Nie chciałem budzić całego domu.

— Tylko żony.

— Marysiu.

— Gdzie jest dokument?

Wyjął go z wewnętrznej kieszeni i położył na stole.

Maria nie sięgnęła od razu.

— Podpisałeś coś?

— Tak.

Poczuła, jak napina jej się brzuch.

— Co?

— Wniosek o kredyt. Nie zabezpieczenie. Nie twoje pełnomocnictwo. Wniosek.

— Na osiem tysięcy?

— Na sześć.

— Wczoraj było osiem.

— Wynegocjowałem mniej.

— To chyba odwrotnie działa.

— Potrzebuję mniej, bo wspólnik pokryje część.

— Który wspólnik?

Aleksander zawahał się.

Maria zamknęła oczy. — Olek.

— Wiktor Domański.

Nazwisko znała. Nie lubiła go, choć samego Wiktora widziała może pięć razy. Był jednym z tych mężczyzn, którzy podczas rozmowy z kobietą stale zerkali w stronę jej męża, jakby sprawdzali, czy wolno im słuchać.

— Myślałam, że wycofał się ze składu.

— Wrócił.

— Za co?

— Za udział.

— Jaki?

Aleksander usiadł naprzeciwko. — Trzydzieści procent.

Maria poczuła, że musi mówić wolniej. — Oddałeś trzydzieści procent przedsiębiorstwa człowiekowi, o którym dwa miesiące temu mówiłeś, że nie powierzyłbyś mu własnego psa?

— Nie mamy psa.

— Olek.

— Sytuacja się zmieniła.

— Jaka sytuacja?

Przez chwilę patrzył na blat.

— Straciliśmy kontrakt wojskowy.

To było pierwsze zdanie tego dnia, które brzmiało jak prawda bez ozdobników.

— Kiedy?

— Sześć tygodni temu.

— Sześć tygodni.

— Tak.

— I nic mi nie powiedziałeś.

— Chciałem najpierw znaleźć rozwiązanie.

Maria wstała. Podeszła do okna, bo gdyby została przy stole, mogłaby zrobić coś dziecinnego, na przykład zrzucić na podłogę kałamarz.

— Ile straciliście?

— To nie jest takie proste.

— Zaczynam nienawidzić to zdanie.

— Kontrakt miał wartość prawie czternastu tysięcy rocznie, ale to nie znaczy, że tyle zarabialiśmy.

— Ile zarabialiście?

— Dwa, może dwa i pół tysiąca.

— I bez niego?

— Młyn nadal pracuje. Skład też. Tylko mamy za dużo towaru i za mało gotówki.

— Dlatego sześć tysięcy kredytu.

— Tak.

— I dlatego mój udział w Jastrzębcu.

— Jako dodatkowe zabezpieczenie. Bank nie chce oprzeć się wyłącznie na młynie.

Maria odwróciła się. — A grunty przy stawie?

Tym razem naprawdę go zaskoczyła.

— Co z nimi?

— W projekcie są wymienione.

— Bo należą do twojego udziału.

— Nie mogą być obciążone tak jak reszta.

Aleksander zmarszczył brwi. — Kto ci to powiedział?

— Matka.

— Oczywiście.

— Nie mów „oczywiście” takim tonem.

— Jakim?

— Jakby problemem było to, że zapytałam kogoś, kto wie więcej ode mnie.

— Problemem jest to, że twoja matka od dwudziestu lat uważa każdego mężczyznę w pobliżu swoich córek za potencjalnego defraudanta.

— Nie każdego.

— Mnie z pewnością.

— Dzisiaj trochę jej pomagasz.

Aleksander podszedł do niej.

— Maria, posłuchaj. Nie próbuję zabrać ci majątku. Próbuję uratować przedsiębiorstwo, które utrzymuje nasz dom.

— Nasz dom utrzymuje również mój dochód.

— Który odkładamy dla dzieci.

— Odkładamy?

— Tak ustaliliśmy.

— Ustaliliśmy, że część odkładamy. Nie całość.

— Nie wydajesz nawet połowy tego, co dostajesz.

— To nie znaczy, że możesz zdecydować, co zrobić z resztą.

— Nie zdecydowałem.

— Przywiozłeś mi dokument do podpisu.

— Właśnie. Tobie. Do podpisu.

To było logiczne. Tak logiczne, że Maria miała ochotę krzyczeć.

— Dlaczego więc zabrałeś go z mojego stolika?

Aleksander milczał.

— Bo bałeś się, że go przeczytam jeszcze raz?

— Bo musiałem mieć go w Radomiu.

— Bez mojego podpisu?

— Bankier chciał zobaczyć projekt.

— O piątej rano?

— Marysiu, do diabła.

Rzadko przeklinał przy niej. Jeszcze rzadziej podnosił głos. Teraz oboje stali zbyt blisko.

— Nie mam romansu — powiedział nagle.

Maria aż się cofnęła. — Co?

— Wiem, jak to wygląda. Wyjazdy, papiery, milczenie. Nie mam romansu.

— Nie pytałam.

— Ale pomyślałaś.

Nie odpowiedziała.

Aleksander odetchnął. — Kocham cię.

— Nie używaj tego jako argumentu finansowego.

— Nie używam.

— Właśnie użyłeś.

Przez sekundę wyglądał na bezradnego. To do niego nie pasowało.

— Nie wiem, jak z tobą rozmawiać, kiedy wszystko, co mówię, brzmi źle.

Maria poczuła ukłucie współczucia. Natychmiast się na nie rozzłościła.

— Spróbuj od początku. Bez poprawiania rzeczywistości.

Usiadł z powrotem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij