-
nowość
(Nie)Dobre Kobiety – TOM 3: Za późno na wstyd - ebook
(Nie)Dobre Kobiety – TOM 3: Za późno na wstyd - ebook
Trzy kobiety. Trzy epoki. Trzy decyzje, które zmieniają wszystko. Łączy je więcej, niż mogłyby przypuszczać – odwaga, by zawalczyć o własne życie, nawet jeśli cena jest wysoka. W trzecim tomie trylogii prawda wychodzi na jaw. Sekrety, które przez lata były starannie ukrywane, przestają chronić, a stają się ciężarem. To, co kiedyś wydawało się ratunkiem, dziś może wszystko zniszczyć. Czy można żyć dalej, gdy już wszystko wiesz? Czy wybaczenie jest możliwe, gdy rany są zbyt głębokie? Czy warto mówić prawdę, nawet jeśli jest za późno? I czy na miłość naprawdę nigdy nie jest za późno?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 769 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kości znaleziono we wtorek, tuż przed obiadem.
Antonina Różycka dowiedziała się o tym, ponieważ jeden z robotników wbiegł do jadalni w czapce.
Nie dlatego, że krzyczał. Nie krzyczał. Stał przy drzwiach, blady pod warstwą pyłu, i przez kilka sekund najwyraźniej nie potrafił zdecydować, czy większym wykroczeniem jest wejście do domu w nakryciu głowy, czy zostawienie ludzkiej czaszki na łopacie kolegi.
— Pani Antonino — powiedział w końcu. — Tam jest człowiek.
Antonina odłożyła nóż.
— Żywy?
Robotnik spojrzał na nią z wyrzutem.
— Nie.
— To dobrze.
Przy stole zapadła cisza.
Maria, jej ciotka, uniosła brwi. Miała pięćdziesiąt dziewięć lat, wciąż piękną szyję i ten rodzaj spojrzenia, który sprawiał, że ludzie po trzydziestu sekundach zaczynali tłumaczyć się z rzeczy, o które nikt ich nie pytał.
— Nina.
— Gdyby był żywy pod murem od osiemdziesięciu lat, mielibyśmy większy problem.
— Nie o to mi chodziło.
— Wiem.
Antonina wstała. Miała czterdzieści lat i od dawna przestała przepraszać za to, że w sytuacjach wymagających paniki najpierw robiła się praktyczna. Matka twierdziła, że odziedziczyła to po babce Konstancji. Ciotka Maria uważała, że po prostu jest nieznośna.
Obie mogły mieć rację.
— Gdzie? — zapytała robotnika.
— W starej piwnicy. Za tym zamurowanym wejściem.
Tym razem Maria nie powiedziała nic.
Antonina spojrzała na nią.
— Tym zamurowanym wejściem?
— Nie patrz tak na mnie.
— Jak?
— Jakbyś właśnie odkryła, że rodzina wiedziała coś przed tobą.
— Rodzina wiedziała coś przede mną?
Maria dopiła wodę.
— W 1879 roku znaleźliśmy wzmiankę o cieśli, którego wezwano nocą do domu Wolskich. Chodziło o zamurowanie części piwnicy.
— I przez dwadzieścia dwa lata nikt nie pomyślał, żeby sprawdzić, co zamurował?
— Pomyśleliśmy.
— To uspokajające.
— Potem urodziła się Zosia, twoja babka zachorowała, Michał miał sprawy w Warszawie, była ugoda z Wolskimi, remont młyna, pożar stodoły i życie. Znasz je. Ma paskudny zwyczaj wchodzenia człowiekowi w drogę.
Antonina znała. Od sześciu lat zarządzała Jastrzębcem niemal samodzielnie i wiedziała, że majątek potrafi wyprodukować trzy kryzysy przed śniadaniem. Pęknięty wał, chory koń, brak gotówki, pokłócone służby, źle policzone zboże. Zmarli zwykle byli mniej kłopotliwi.
Do starego domu szły szybko.
Nie był właściwie domem. Po budynku Wolskich zostały fundamenty, fragment piwnic i dwa odcinki muru porośniętego bluszczem. W latach osiemdziesiątych teren uporządkowano, ale nie zabudowano. Obok stał nowszy, niewielki dom, w którym Helena Wolska spędzała ostatnie lata życia. Po jej śmierci przeszedł na siostrzeńca, Antoniego. Teraz jego syn przyjeżdżał tu latem z rodziną.
Antonina planowała urządzić w ruinach magazyn na owoce i lodownię. Nic romantycznego. Nic, co powinno wymagać obecności policji.
Robotnicy stali przy wykopie. Jeden palił papierosa. Drugi przeżegnał się, gdy kobiety podeszły.
— Kto dotykał? — zapytała Antonina.
— Nikt więcej. Jak zobaczyliśmy czaszkę, przestaliśmy.
— Dobrze.
Maria stanęła obok niej.
W świetle wpadającym przez odsłonięte sklepienie widać było fragment kości ramienia, żebra i jasny łuk czaszki. Szkielet leżał bokiem, w przestrzeni tak wąskiej, że człowiek musiał zostać tam włożony przed zamurowaniem albo wejść sam i pozwolić, by ktoś zamknął go od zewnątrz.
Antonina poczuła chłód na karku.
— To kobieta? — zapytała.
— Po kościach nie powiem — odparł starszy robotnik. — Ale jest coś jeszcze.
Wskazał grudę ziemi przy dłoni szkieletu. Wystawał z niej ciemny metal.
Maria przykucnęła, lecz Antonina złapała ją za ramię.
— Nie.
— Chciałam tylko zobaczyć.
— Zobaczysz, kiedy przyjedzie lekarz albo ktoś z urzędu.
Maria spojrzała na jej rękę.
— Masz dokładnie ten sam ton co twoja babka.
— Dziękuję.
— To nie był komplement.
Antonina puściła ją.
Kazała przerwać prace, zamknąć teren i wysłać człowieka do Opatowa. Potem poprosiła zarządcę o księgę robót, nazwiska wszystkich obecnych i godzinę odkrycia. Robotnicy patrzyli na nią z mieszaniną ulgi i rozczarowania. Najwyraźniej liczyli na więcej grozy.
Groza przyszła później.
Po południu przyjechał lekarz powiatowy, człowiek o dużych dłoniach i nieproporcjonalnie delikatnym głosie. Z nim urzędnik, który natychmiast zapytał, czy Antonina jest właścicielką gruntu.
— Jedną ze współwłaścicielek — odpowiedziała.
— Mąż?
— Nie posiadam.
Urzędnik zawahał się, jakby nie był pewien, czy chodzi o męża, czy grunt.
— Kto w takim razie prowadzi majątek?
— Ja.
— Rozumiem.
Nie rozumiał, ale Antonina nie miała czasu go kształcić.
Kości wydobywano do zmroku. Przy szkielecie znaleziono mosiężny medalik, dwa guziki, resztkę sprzączki i pierścień. Pierścień był prosty, srebrny, z niewielkim niebieskim kamieniem.
Maria zobaczyła go pierwsza.
Usiadła na kamieniu.
— Co?
— Widziałam taki.
Antonina przykucnęła obok.
— Gdzie?
— Na rysunku. W dokumentach Heleny Wolskiej. Jej ciotka Anna miała pierścień z niebieskim szkłem. Rodzinny drobiazg. Helena wspominała o nim raz, kiedy rozmawialiśmy o spisie z 1821 roku.
Antonina patrzyła na pierścień w dłoni lekarza.
Anna Wolska. Dziewiętnaście lat w spisie mieszkańców starego domu. Dwa lata później zgłoszona jako zmarła, bez miejsca śmierci i pochówku. To właśnie jej nazwisko sprawiło, że dwadzieścia dwa lata wcześniej rodzina po raz pierwszy zaczęła pytać o zamurowaną piwnicę.
— Czyli ją znaleźliśmy — powiedziała.
Maria nie odpowiedziała.
Lekarz podniósł wzrok.
— Tego jeszcze nie wiemy.
— Oczywiście.
Antonina wstała. Nie lubiła zdań, które niczego nie zmieniały.
Wieczorem, gdy urzędnicy odjechali, usiadły z Marią w bibliotece. Na stole leżała kopia spisu z 1821 roku, którą Maria kazała przywieźć z rodzinnego archiwum. Obok list Heleny Wolskiej z 1879, kilka notatek Michała i stary szkic granic.
Michał nie żył od dziewięciu lat. Konstancja od czterech. Antonina pamiętała ich oboje dobrze. Babkę jako kobietę, która w wieku siedemdziesięciu kilku lat potrafiła przejść przez podwórze szybciej niż parobek, jeśli uważała, że ktoś źle liczy worki z żytem. Michała jako człowieka, który zawsze miał ołówek i nigdy nie udawał, że prawo jest sprawiedliwe tylko dlatego, że zostało zapisane.
— Babka wiedziała o Annie? — zapytała.
— O nazwisku. Nie o tym, co się stało.
— A Leon?
Maria oparła łokcie o stół.
— Twój dziadek wiedział więcej, niż powiedział. To akurat rodzinna tradycja.
— Nie mój dziadek. Mój pradziadek.
— Widzisz? Jestem już na etapie życia, na którym gubię pokolenia.
— To przez troje dzieci.
— Przez rodzinę w ogóle.
Antonina uśmiechnęła się krótko.
Jej matka, Zofia, była najstarszą córką Konstancji. Wyszła za mąż pod Kielce, urodziła sześcioro dzieci i przez większość życia twierdziła, że wszystko jest w porządku, nawet gdy leżała z gorączką albo dach przeciekał nad łóżkiem. Antonina była druga z rodzeństwa i pierwsza, która odmówiła małżeństwa przygotowanego z rozsądku. Potem odmówiła drugiego. Przy trzecim nikt już nie używał słowa „propozycja”.
W wieku czterdziestu lat nie była panną czekającą na życie. Miała dochody, udziały w Jastrzębcu, własny pokój, własne konie, ludzi, którzy przychodzili do niej po decyzje, i przeszłość, której rodzina znała tylko część.
To ostatnie miało się właśnie skomplikować.
Lokaj wszedł z tacą.
— Telegram dla pani Antoniny.
Rozerwała kopertę.
Przeczytała raz. Potem drugi.
Maria obserwowała jej twarz.
— Kto umarł?
— Nikt.
— Wyglądasz gorzej niż przy szkielecie.
Antonina podała jej kartkę.
Telegram był krótki.
„Przyjadę w czwartek. Proszę nie rozpoczynać prac przy północnym skrzydle do mojego przyjazdu. Adam Rudzki.”
Maria przeczytała nazwisko i bardzo powoli odłożyła papier.
— O.
Antonina wstała.
— Nie mów tego w ten sposób.
— W jaki?
— Jakbyś właśnie dostała deser.
— Nie dostałam. Ale przyznaję, że po dzisiejszym dniu nie spodziewałam się czegoś ciekawszego niż trup.
Antonina wyszła z biblioteki.
Po dwudziestu latach Adam Rudzki wracał do Jastrzębca.
I nagle martwa kobieta w ścianie przestała być najbardziej niewygodną rzeczą, jaką ten dom postanowił jej oddać.2
Adam przyjechał w czwartek o jedenastej, spóźniony o siedemnaście lat i dwadzieścia minut.
Antonina nie zamierzała liczyć żadnej z tych rzeczy. Dwudziestu minut dlatego, że pociągi miały własne pojęcie czasu. Siedemnastu lat dlatego, że byłoby to żałosne.
Stała na podjeździe z zarządcą i omawiała dostawę cegły, kiedy powóz zatrzymał się przed gankiem.
Najpierw wysiadła dziewczyna.
Miała może siedemnaście lat, ciemne włosy upięte niedbale pod kapeluszem i długie nogi, z którymi najwyraźniej jeszcze nie zawarła pełnego porozumienia. Rozejrzała się po dworze bez zachwytu, ale z zainteresowaniem. Potem odwróciła się i powiedziała do środka:
— Ojcze, jeśli to jest ten słynny Jastrzębiec, to dach naprawdę wygląda źle.
— Dziękuję, Heleno — odezwał się męski głos. — Właśnie po to cię zabrałem.
Adam wysiadł.
Antonina miała przygotowane kilka wersji tego spotkania. W żadnej nie był starszy.
To było głupie. Ona też była starsza. W lustrze widziała srebrne włosy przy skroni, drobne linie wokół oczu, ciało, które znało już swoją wagę i nie zamierzało przepraszać za miękkość tam, gdzie dwudziestoletnia dziewczyna miała kości. Mimo to jakaś część jej pamięci oczekiwała mężczyzny z czarnymi włosami, zbyt szybkiego uśmiechu i płaszcza, który zawsze nosił rozpięty.
Adam miał teraz czterdzieści cztery lata. Włosy nadal ciemne, ale z siwizną nad uszami. Twarz szczuplejszą. Jedną pionową zmarszczkę między brwiami. Poruszał się spokojniej. Tylko sposób patrzenia pozostał ten sam: bez pośpiechu, jakby człowiek był problemem, którego nie należy rozwiązywać przed przeczytaniem całej treści.
Spojrzał na Antoninę.
Nie uśmiechnął się od razu.
To pomogło.
— Nina.
— Nikt mnie tak nie nazywa.
— Ja nazywałem.
— To było dawno.
— Zauważyłem.
Zarządca odchrząknął.
Antonina przypomniała sobie, że istnieją inni ludzie.
— Panie Rudzki. Pan Kwiecień, zarządca Jastrzębca. A to zapewne pańska córka.
— Helena.
Dziewczyna podała rękę.
— Ojciec mówił, że pani prowadzi majątek.
— To prawda.
— Sama?
Adam zamknął oczy na sekundę.
— Heleno.
— Co? To było pytanie.
Antonina polubiła ją natychmiast, co było niewygodne.
— Nie sama. Z ludźmi, którym płacę za to, żeby się ze mną kłócili, zanim popełnię błąd.
Helena uśmiechnęła się.
— Ojciec robi to za darmo.
— Tylko rodzinie — powiedział Adam.
— To bardzo hojnie.
Maria pojawiła się w drzwiach ganku dokładnie w chwili, w której Antonina miała nadzieję, że nie pojawi się jeszcze przez godzinę.
— Adam.
Tym razem się uśmiechnął.
— Mario.
Objęli się. Bez niezręczności. Oczywiście. Maria miała irytujący talent do zachowywania się normalnie w sytuacjach, w których inni ludzie chcieli wyjść przez okno.
— Aleksander nie przyjechał? — zapytał Adam.
— Został w Warszawie. Dołączy za tydzień. Zosia jest z nim.
— Ma już dwadzieścia dwa lata, a ty nadal mówisz o niej tak, jakby miała zgubić bucik.
— Gubi rękawiczki. Buciki ma pod kontrolą.
Antonina słuchała tej rozmowy z rosnącą irytacją. Adam znał Marię. Wiedziała o tym. Przez lata obracali się w podobnych kręgach, spotykali przy sprawach hipotecznych i kolejowych. To nie powinno boleć. Nie bolało. Było po prostu irytujące.
— Pan Rudzki przyjechał obejrzeć północne skrzydło — powiedziała.
Adam spojrzał na nią.
— Przyjechałem również dlatego, że znaleźliście szkielet.
— Nie zatrudniałam pana do szkieletu.
— Nie. Ale jeśli część starej piwnicy biegnie pod murem, na którym chcecie oprzeć nowe fundamenty, to szkielet właśnie zatrudnił mnie sam.
Maria zakryła usta dłonią.
Antonina popatrzyła na nią ostrzegawczo.
— Nie śmiej się.
— Nie śmieję.
— Śmiejesz się oczami.
— Mam po matce.
Adam zabrał rzeczy do pokoju, Helena poszła z Marią obejrzeć ogród, a Antonina miała dwadzieścia minut, by przypomnieć sobie, dlaczego uznała jego przyjazd za dobry pomysł.
Powód był prosty: Adam był jednym z najlepszych inżynierów budowlanych, jakich znała. Pracował przy przebudowach dworów, cukrowni i budynków miejskich, rozumiał stare mury i nowe instalacje, nie bał się żelaza ani kanalizacji, a przede wszystkim nie uważał, że modernizacja polega na przyklejeniu modnej fasady do gnijącego wnętrza.
To, że dwadzieścia lat wcześniej spała z nim w nieogrzewanym pokoju hotelowym w Krakowie i przez trzy miesiące była pewna, że za niego wyjdzie, nie miało znaczenia zawodowego.
Prawie żadnego.
Spotkali się przy północnym skrzydle.
Adam zdjął marynarkę, podwinął rękawy i przez godzinę robił rzeczy, które Antonina zawsze uważała u mężczyzn za niebezpiecznie atrakcyjne: słuchał ludzi znających swoją pracę, zadawał krótkie pytania i nie udawał, że wie coś, czego nie wiedział.
— Belka jest do wymiany — powiedział w końcu.
— Wiem.
— Mur przy oknie pracuje.
— Wiem.
— Fundament siada od strony ogrodu.
— Też wiem.
Spojrzał na nią.
— To po co mnie sprowadziłaś?
— Żebyś powiedział, co zrobić, a nie co widzisz.
Kącik jego ust drgnął.
— Dobrze. Tę część rozbieramy do wysokości parapetów, wzmacniamy fundament, stawiamy nową więźbę. Jeśli chcesz łazienki na piętrze, trzeba poprowadzić pion tędy, nie przez dawną garderobę.
— Chcę trzy.
— Trzy piony?
— Trzy łazienki.
— Po co?
— Żeby ludzie nie musieli chodzić z miską przez korytarz.
— Rewolucja.
— Staram się.
Pochylił się nad planem. Jego dłoń znalazła się blisko jej dłoni. Antonina przesunęła swoją o kilka centymetrów.
Zauważył.
Oczywiście, że zauważył.
— Co z piwnicą? — zapytał.
— Urząd pozwolił kontynuować oględziny po zabraniu szczątków. Lekarz uważa, że należały do młodej kobiety. Więcej będzie wiedział za kilka dni.
— Pierścień?
— Pasuje do opisu Anny Wolskiej.
Adam wyprostował się.
— Czyli to może być ona.
— Może.
— A jeśli jest?
— Dowiemy się, kto ją zamurował.
— Po osiemdziesięciu latach?
— Jeśli trzeba.
— Nadal tak robisz.
— Co?
— Mówisz „jeśli trzeba” tonem, po którym wszyscy powinni uciekać.
Antonina zwinęła plan.
— Ty nie uciekłeś.
Cisza trwała odrobinę za długo.
Adam oparł dłonie o stół roboczy.
— Uciekłem.
— Nie zaczynajmy tego przy murarzach.
— To ty zaczęłaś.
— Jednym zdaniem.
— Z tobą jedno zdanie zawsze było wystarczające.
Odwróciła się do robotników.
— Panie Kwiecień, proszę jutro sprowadzić cieślę z Ostrowca. I niech nikt nie rozbiera ściany przy dawnej piwnicy bez pana Rudzkiego.
Adam patrzył na nią jeszcze chwilę.
— Tak jest, pani Antonino — powiedział spokojnie.
Nienawidziła, kiedy był posłuszny dla żartu.
Wieczorem przy kolacji Helena opowiedziała, że zamierza studiować medycynę.
— W Krakowie? — zapytała Maria.
— Jeśli mnie przyjmą. Albo w Szwajcarii.
Adam westchnął.
— Widzisz, co robią nowoczesne kobiety? Najpierw chcą łazienek, potem uniwersytetów.
— Straszne — powiedziała Antonina.
Helena spojrzała od jednego do drugiego.
— Wy się nie lubicie?
Maria zakrztusiła się winem.
Adam odpowiedział pierwszy.
— Lubimy się od bardzo dawna.
Antonina kopnęła go pod stołem.
Nie cofnął nogi.
Helena uniosła brwi.
— Rozumiem.
— Nie rozumiesz — powiedzieli jednocześnie.
Maria odłożyła kieliszek.
— Och, to będzie długi remont.
Po kolacji Antonina wyszła na taras. Potrzebowała powietrza. Czerwcowa noc była ciepła, pachniała jaśminem i mokrą ziemią po krótkim deszczu.
Adam wyszedł kilka minut później.
Nie stanął obok. Oparł się o balustradę dwa kroki dalej.
— Helena cię polubiła.
— Ja ją też.
— To źle.
Antonina spojrzała na niego.
— Dlaczego?
— Bo teraz będzie chciała tu zostać.
— Może zostać.
— Nina.
— Antonina.
— Dobrze. Antonino. Nie wiem, jak długo potrwa remont.
— Dwa miesiące, jeśli jesteś tak dobry, jak mówią.
— Trzy, jeśli ma być zrobiony dobrze.
— Dwa i pół.
— Nic się nie zmieniłaś.
— To nieprawda.
Spojrzał na nią uważniej.
— Wiem.
Tym razem nie było w jego głosie żartu.
Antonina poczuła znajome, bardzo stare napięcie nisko w brzuchu. I niemal się roześmiała. Czterdzieści lat, tysiące rachunków, pogrzeby, narodziny, dwóch kochanków po nim, jeden nieudany romans, którego rodzina nigdy nie poznała, i wystarczyło, że Adam Rudzki powiedział dwa zwykłe słowa, żeby ciało przypomniało sobie coś szybciej niż rozum.
To było obraźliwe.
— Dobranoc — powiedziała.
— Dobranoc.
W drzwiach zatrzymała się.
— Adam.
— Tak?
— Twoja żona. Przykro mi.
Jego twarz zmieniła się ledwie zauważalnie.
— Dziękuję.
— Maria mówiła, że minęły trzy lata.
— Trzy i pół.
Antonina skinęła głową.
Nie zapytała, czy ją kochał. Oczywiście, że kochał. Nie chciała wiedzieć, jak bardzo.
Poszła na górę.
Dopiero w sypialni zorientowała się, że przez cały wieczór miała w kieszeni telegram, który przyniósł go z powrotem.3
Pierwszy dokument znaleźli nie w piwnicy, lecz w kredensie.
To zirytowało Antoninę bardziej, niż powinno.
Od trzech dni kazała ostrożnie zdejmować cegły z zamurowanego przejścia, katalogować przedmioty i przesiewać ziemię. Tymczasem kartka, która mogła mieć znaczenie, leżała przez osiemdziesiąt lat w meblu stojącym w nowym domu Wolskich, wsunięta za tylną ściankę szuflady.
Przyniósł ją Antoni Wolski junior.
— Żona chciała wyrzucić kredens — powiedział. — Zacięła się szuflada. Jak ją wyjęliśmy, to wypadło.
Antonina rozłożyła papier na stole w bibliotece.
Był to list. Bez koperty, bez daty, urwany na końcu. Atrament wyblakł, ale pismo pozostawało czytelne.
„Anno, nie przychodź dziś do Karskiego. Ojciec wie. H. mówi, że dokument jest bezpieczny, lecz nie wierzę już nikomu. Jeśli Seweryn dowie się o dziecku...”
Dalej brakowało rogu kartki.
Maria przeczytała tekst dwa razy.
— Dziecku.
— Widzę — powiedziała Antonina.
Adam stał przy oknie. Helena siedziała na dywanie z księgą parafialną i robiła notatki, choć Antonina nie prosiła jej o pomoc. Dziewczyna uznała najwyraźniej, że skoro znaleziono zwłoki, wakacje nabrały sensu.
— H. — powiedział Adam. — Henryk Wolski?
— Ojciec Anny — odparła Maria. — Albo ktoś inny.
— Karski to Seweryn Karski? Ten od pieniędzy?
Antonina skinęła głową.
Nazwisko Seweryna pojawiało się w dokumentach od czasów Leona. Pośredniczył w transakcjach gruntowych, przyjmował pieniądze, podpisywał pokwitowania. W rodzinnej wersji historii był człowiekiem, który pomógł doprowadzić do wadliwego przejęcia części ziemi Wolskich, a później zacierał ślady. Leon odkrył to kilkadziesiąt lat później i próbował po cichu naprawić krzywdę, nie niszcząc przy okazji własnego majątku.