Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

(Nie) Urodzić się babą! - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 lutego 2026
3654 pkt
punktów Virtualo

(Nie) Urodzić się babą! - ebook

W jego ramionach miała być bezpieczna. Zamiast tego musiała nauczyć się, jak przetrwać.

Klara, młoda kobieta naznaczona bolesną przeszłością, podejmuje decyzję o wyjeździe na Santorini. Pragnie uciec od wspomnień i zacząć wszystko od nowa pod lazurowym niebem.

To właśnie tam poznaje Nikosa – przystojnego właściciela wytwórni fety, który szybko zdobywa jej serce. Grecki ślub, upojne noce i narodziny dziecka wydają się spełnieniem marzeń Klary…

Ale życie w raju ma swoją cenę.

Nieoczekiwanie mężczyzna, który ją oczarował, zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze – bezwzględnego manipulatora o brutalnych skłonnościach i niebezpiecznych koneksjach. Uwięziona w pięknej pułapce, Klara nie potrafi się od niego uwolnić.

Gdy jednak w jej sercu zaczyna kiełkować nowe uczucie, nadchodzi czas, by zawalczyć – o siebie, o wolność i o prawo do szczęścia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-251-4
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1.

Dziewczynka! Pięćdziesiąt pięć centymetrów, trzy i pół tysiąca gramów.

– Brawo, Klara! – krzyczy mój grecki lekarz, przystojny ginekolog o nieziemsko pięknych i ciemnych, wręcz czarnych oczach oraz idealnie przystrzyżonych włosach. Do tego te jego perfumy, uruchamiające we mnie dziwne, zarówno intelektualne, jak i fizyczne reakcje, które pomagają mi zapomnieć o bólu.

„Boże, to miał być chłopiec – pomyślałam w tym samym momencie. – Dziewczynki rodzą się po to, by mężczyźni je wykorzystywali i ich nie szanowali. Będą ją zapładniać i wysługiwać się nią. Będzie cierpieć co miesiąc jak każda z nas…”. Takie i milion innych rozważań miałam wtedy w głowie…

Zaraz jednak spojrzałam na tę maluśką śliczną buźkę i w ogóle nie mogłam uwierzyć, że wyszła właśnie ze mnie. Duże zielone oczka, pełne usta i czarne włosy. Tycia dziewczynka o imieniu Martynka. Tak właśnie będzie się nazywać moja córka.

Nagle do sali wpada mój mąż, zdyszany i Boże, jaki szczęśliwy! Chwyta małą i całuje, wołając: „Moja księżniczka!”. Ja tymczasem leżę obolała, ale szczęśliwa i spełniona. Mam swoje upragnione dziecko i kochającego męża.

Wszystko było w porządku, więc trzeciego dnia wyszliśmy do domu. Tam oddałam się w całości opiece nad moją córeczką – na ponad cztery lata. Równocześnie nie zauważyłam, jak mój mąż wracał coraz później z pracy do domu, a my zaczęliśmy się od siebie oddalać…

Wpierw jednak, zaraz po powrocie do domu ze szpitala, wziął małą na ręce i patrzył na jej buzię, jakby nie wierzył, że to jego córka. Oczy miał pełne miłości, radości i dumy.

– Dziękuję, kochanie – powiedział do mnie. – Jesteś moim aniołem, dałaś mi dziecko! Dziewczynkę, najcenniejszy skarb, jaki posiadam, bezcenny. Kocham cię. – Gdy Nikos mnie o tym zapewniał, leciały mu łzy szczęścia.

Dom, w którym mieszkaliśmy, był urządzony nowocześnie, tak jak lubię. Zamiast ścian miał mnóstwo okien od ziemi do sufitu, co od wewnątrz dawało efekt przyrodniczej fototapety. Mój kochany mąż dał mi wolną rękę w urządzaniu domu, bo wiedział, że mam gust, którego nie powstydziłby się nawet najlepszy projektant wnętrz. Dokładnie zaplanowałam parter w stylu modern – w kolorach szarości i bieli z dodatkiem mięty. Meble kuchenne z kolei w kolorze bieli, blat z również białego kamienia, lodówkę z czarnego szkła, piekarnik i mikrofalę tak samo. Wszystko oczywiście czyszczone było przynajmniej dwa razy dziennie, tak jak lubię. Bo uwielbiam też perfekcyjny porządek. Może dlatego, że w mojej głowie panuje zazwyczaj bałagan i potrzebuję wokół siebie idealnego wręcz ładu.

W kuchni stał też biały stół i krzesła, czarne z miętowymi poduszkami na siedziskach. Do tego piękny duży wazon na stole, w którym zawsze umieszczałam świeże kwiaty. W części wypoczynkowej zaś piękny szary narożnik, na którym leżały poduchy różnych rozmiarów, też w barwach brudnej bieli, mięty i szarości. Stolik z kamienia w kształcie ósemki idealnie wieńczył całość, a naprzeciwko niego wisiał ogromny telewizor. Na górze znajdowała się nasza sypialnia z wielgachnym łóżkiem w odcieniach złota, beżu i brązu, niczym w tureckim pałacu. Beżowe i brązowe poduchy wyszyto w złote kwiaty z turkusowym dodatkiem, a narzuta utrzymana była w podobnej kolorystyce. Pomieszczenie oświetlała lampa nocna z setkami złotych kryształów i ogromne lustro w złotej ramie typu Ludwik XVI.

Zaraz obok sypialni mieścił się dawno już zaplanowany pokój dziecięcy, który ozdobiłam pastelowymi wariantami bieli, szarości i miętowego turkusu. Do tego łóżeczko, komody, stoliczek – wszystko białe. I zabawki. Na razie pluszaki, bo do samego porodu nie było wiadomo, jakiej płci będzie dziecko. Liczyłam, że to będzie chłopiec, tak jak to tradycyjnie się przyjęło w wielu ludach na świecie… Mój mąż jednak marzył o córeczce i to jego marzenie się spełniło.

Dom stanowił moje królestwo, azyl, źródło bezpieczeństwa – wszystko, o czym marzy co druga kobieta na ziemi. Martynka rozwijała się prawidłowo. Gdy miała już pół roczku, jej twarz ozdobiły długie czarne loczki. Z kolei oczy zaczęła mieć niebieskie jak morze. Była szczuplutka jak na bobasa, lecz zdrowa, tak mówił lekarz. Każdy dzień mijał mi więc beztrosko na wychowaniu córki, dbaniu o dom i pielęgnowaniu miłości do męża. Dziękowałam Bogu każdego dnia za to, co mam.2.

Mój mąż to rodowity Grek urodzony na najpiękniejszej helleńskiej wyspie, Santorini. Poznałam się z nim, gdy pracowałam tam jako kelnerka w jednej z tawern. Obsługiwałam jego stolik, kiedy siedział z kolegami. Nikos z miejsca wpadł mi w oko, jednak nie śmiałam nawet marzyć, by taki przystojniak zwrócił na mnie uwagę.

– Klara! Klara! – zawołała mnie któregoś dnia Despina, moja szefowa. – Ktoś do ciebie!

Do mnie? – pomyślałam. – Ale kto? Nie znałam nikogo na wyspie oprócz Leokadii, koleżanki z pracy, z którą mieszkałam w budynku pracowniczym.

– Cześć – powiedział do mnie przystojny Grek, którego rozpoznałam z poprzedniego wieczoru.

– Cześć – odpowiedziałam po angielsku. To przecież drugi, zaraz po greckim, język, którym najłatwiej się tutaj porozumieć.

– Yyy… dzień dobry, mam na imię Nikos. Nie chciałem wczoraj zaczepiać cię przy kolegach z pracy, ale od tamtej chwili jakiś wewnętrzny głos nie daje mi spokoju… Pragnę zapytać, czy dasz się zaprosić na kawę – zagadnął lekko zakłopotany.

Ja chyba śnię! Klara, obudź się, to się nie dzieje! Stałam jak wryta, nie mogąc wypowiedzieć słowa. Pracowałam już na wyspie od trzech miesięcy, więc dobrze wiedziałam, kim był Nikos – z opowieści Leokadii. Bogaty Grek, właściciel pięknego domu na zboczu wyspy z widokiem na morze. Tajemniczy, zamknięty w sobie. Nikt od lat nie widział żadnej kobiety u jego boku. Posiadał wytwórnię greckiego sera podobnego do fety, który eksportował na cały świat.

I on… zaprosił mnie na kawę? Co on sobie wyobrażał! Że skoro ma pieniądze i zachciało mu się kelnereczki z Polski, to może ją sobie wziąć do lokalu, a potem na szybki numerek?

– Nie, dziękuję, kawy mam pod dostatkiem – odparłam. – Muszę wracać do pracy. Przepraszam i życzę miłego dnia. – Ominęłam go i poszłam na zaplecze. Dopiero tam zdałam sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiłam. Odmówiłam facetowi, o którym marzy co piąta dziewczyna na wyspie. No cóż, taki mam charakter, nawet jak czasami czegoś chcę, odtrącam to, a wręcz sprawia mi przyjemność ranienie czyichś uczuć, czego potem bardzo żałuję. Działam tak jakby bezwiednie, zupełnie jak gdyby ktoś szeptał mi do ucha: zrób to, zrób to.

Usłyszałam, jak wyszedł, i poczułam pustkę w środku. Do tego rozczarowanie i ssące pieczenie w żołądku, jakbym nie jadła tydzień. Przecież nawet nie znałam tego mężczyzny… Skąd więc taka reakcja? Zadawałam sobie to pytanie przez resztę dnia, obsługując klientów w tawernie i myśląc tylko o Nikosie.

Nigdy nie miałam powodzenia u mężczyzn, odkąd pamiętam. W szkole śmiano się ze mnie, że jestem chuda jak strach na wróble. Bardzo cierpiałam z tego powodu. Nie chciałam tam chodzić, bo nawet nauczycielka potrafiła się mnie spytać, czy mnie w ogóle karmią w domu.

Moja mama wychowywała mnie sama, z ogromną pomocą swojej mamy – babci Gosi. Pamiętałam tatę z dzieciństwa. Tęskniłam za nim wtedy, płakałam, pytając mamę, gdzie on jest. Nie rozumiałam jeszcze, jak bardzo ją wówczas krzywdził. Bywałam świadkiem ich kłótni, nie raz też mama nosiła okulary przeciwsłoneczne nawet w domu. Mimo to wtedy jeszcze się nie domyślałam, że ją bił. Tata miał dwa nałogi: alkohol i kobiety. Teraz, gdy jestem już dorosła, wiem, że te wszystkie miłe i piękne „ciocie”, które odwiedzały nas w domu, gdy mama była w pracy, to były jego kochanki. Zawsze wtedy dostawałam od taty jakiś prezent, mówił, żebym szła się pobawić do swojego pokoju, bo on ma z ciocią omówić sprawy dla dorosłych – i że to będzie moja i jego tajemnica przed mamą.

Tato prowadził firmę produkującą deski toaletowe. Często w żartach nazywano go „królem sedesu”. W domu pod względem materialnym niczego nam nie brakowało, ale nie pamiętam wspólnych posiłków i spacerów z rodzicami. Magda, moja mama, była wieczne w pracy, choć właściwie nie musiała pracować, ale kochała swój zawód – była kosmetyczką. W swoim malutkim salonie zajmowała się kobietami tak, jakby każda z nich była najważniejsza na świecie. Zarażała je pozytywnym nastawieniem do życia, wysłuchiwała ich problemów i radziła, gdy tego potrzebowały. Dlatego miała tak dużo klientek, które ją uwielbiały.

Niestety nie była świadoma, że niektóre z tych kobiet odwiedzały również mojego tatę… pod jej nieobecność. Mama sama potrzebowała wsparcia i wyżalenia się w chwili słabości, ale nigdy nie słyszałam, by się skarżyła czy narzekała, wręcz przeciwnie: była zawsze uśmiechnięta, piękna, perfekcyjnie ubrana i umalowana. Miała klasę, styl i ten osobisty urok, który przyciągał ludzi. Nie wiem, jak ona to robiła – po całym dniu pracy wracała równie piękna i świeża jak w momencie, gdy wychodziła z domu.

Tata nigdy nie doceniał jej urody, zaradności, pracowitości ani – co najważniejsze – bezgranicznej miłości, jaką go darzyła. Wykorzystywał ją bez skrupułów, dopuszczając się licznych wybryków. Pewien dzień jednak wszystko zmienił. Mama źle się poczuła i wcześniej wróciła do domu. Weszła do łazienki i zobaczyła tam swoją najlepszą przyjaciółkę Alicję w wannie razem z tatą. Pili szampana i śmiali się. Mama bez słowa zabrała mnie ze sobą. Wybiegłyśmy z mieszkania. I tyle mogłam zapamiętać o tacie.

Mama była już na tyle silna, by się rozwieść, choć ja dokładnie jej rozwodu z tatą nie pamiętam. Chroniła mnie przed dodatkowymi przykrymi sytuacjami, wystarczyło, że tamta jedna scena utkwiła mi w głowie do końca życia.

Później, gdy miałam siedemnaście lat, mama opowiedziała mi historię swojego małżeństwa. Mało tego – choć sądzono inaczej, ona o wszystkim zawsze wiedziała. Udawała, że nie nic wie, dla mojego dobra i z powodu wiary, że tata się zmieni. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam jej mówić, jak wiele pamiętam.

Mama i babcia, jej matka, wychowywały mnie z miłością i czułością, tak bym nigdy nie odczuła braku pełnej rodziny. Ta druga niestety zmarła, gdy miałam szesnaście lat. Do dziś odczuwam przez to ból w sercu, bo byłam z nią bardzo związana. Mogłam jej wszystko powiedzieć i nigdy mnie nie krytykowała.

Nigdy mi niczego nie brakowało, miałam lepsze ciuchy niż inne dzieciaki i zawsze pieniądze w portfelu. Rówieśnicy mnie przez to nie lubili. Miałam tylko stałe wąskie grono znajomych, może cztery czy pięć osób, i jedną prawdziwą przyjaciółkę – Kaśkę. Kaśka pochodziła z podobnego domu jak mój, choć jej rodzice się nie rozwiedli. Nie zazdrościłyśmy sobie nawzajem niczego, no, może była jedna rzecz, której zazdrościła mi Kaśka, mimo iż dla innych była powodem kpin – moja chudość. Nie szło tu nawet o zawiść, a bardziej o żal Kaśki, że ja jadłam co chciałam i nie przybierałam na wadze, a ona liczyła każdą kalorię i tyła, jak to się mówi, z powietrza. Marzyłyśmy z Kaśką, żeby wyjechać gdzieś w świat, wyrwać się. Nie chciałyśmy pracować za pięć lat w osiedlowym warzywniaku. I tak zrodził się pomysł wyjazdu do Grecji do pracy.

Mama zawsze opowiadała mi o Grecji, a w szczególności o Santorini i tam chciałam się udać. Kaśka jednak nie wyjechała ze mną, dlatego bardzo tu za nią tęsknię każdego dnia. Wiem natomiast, że jest szczęśliwa, urodziła synka i wyszła za mąż – w wieku dwudziestu czterech lat co prawda, ale to był jej wybór. Kochała swojego męża, zresztą naszego wspólnego kolegę Tomasza. Często dzwoniłyśmy do siebie, pisałyśmy wiadomości, byłyśmy na bieżąco i wiedziałyśmy o sobie wszystko.

Miałyśmy podobne charaktery – wybuchowe i ekscentryczne. Nie bałyśmy się być sobą, wyrażać swojego zdania i być asertywne. Czasami doprowadzało to do kłótni między nami, bo żadna nie chciała odpuścić, przekonana o swojej racji. Wiedziałyśmy jednak, że jedna bez drugiej nie może żyć, godziłyśmy się zawsze wcześniej czy później i wszystko było po staremu. Bardzo nam siebie brakowało, gdy wyjechałam i zrozumiałyśmy, jak ogromna jest nasza przyjaźń.

Mój tata Jan był prawie nieobecny w moim dzieciństwie. Wiecznie pracował, w weekendy grał w zespole muzycznym na weselach, zabawach, a potem nawet na pogrzebach. Dorabiał, ile się dało, aby niczego nam nie brakowało, jakby chciał odkupić swoje winy popełnione w małżeństwie. Często przychodził pijany do domu i zaraz szedł spać. Mama bardzo go kochała i jednocześnie nienawidziła, wiedziała bowiem, że jest niewierny. Jako dziecko pewnie byłam jeszcze za mała, by to pojąć, ale im się robiłam starsza, tym wyraźniej dostrzegałam jej cierpienie. Znosiła każde upokorzenie i zdradę, tłumacząc sobie, że to już ostatni raz i ojcu przejdzie. Nie przeszło przez kolejnych piętnaście lat… Nigdy nie mówiła o nim źle, pewnie dla mojego dobra. Jednak gdy już się rozwiodła, zaczęła zwierzać mi się z różnych sytuacji. Jak gdyby dawkowała mi porcjami wiedzę o kolejnych ekscesach mojego ojca. Chciała, bym zrozumiała, dlaczego podjęła taką, a nie inną decyzję o rozstaniu.

Tata nie miał sumienia i litości. Czasami się zastanawiam, czy ją w ogóle kochał. Wszak jeżeli się kogoś kocha, nie robi się takich rzeczy, tym bardziej przez naście lat.

Mama była bardzo młoda, gdy wyszła za tatę, miała raptem dziewiętnaście lat. Pochodziła z bardzo biednego domu na wsi. Ojciec był od niej dziesięć lat starszy, miał już bardzo dobrze płatną pracę i mieszkanie w mieście. Mimo to nadal mieszkał ze swoją matką, czyli moją babcią Kornelią. To ona chciała, żeby tata się już ożenił i założył rodzinę, ponieważ wiecznie imprezował i oczekiwał od Kornelii, która była coraz starsza, że będzie się nim zajmować. Ona z kolei nie znosiła, jak przyprowadzał kilka razy w tygodniu coraz to inną pannę. Więc gdy moja mama poznała tatę na zabawie, na której grał, on od razu pomyślał, że ta piękna, czarnowłosa, skromna i pokorna dziewczynka przypadnie do gustu jego matce. Ożeni się, Kornelia da mu spokój, a on będzie dalej żył, jak lubi. Zaprosił więc Magdę na obiad do miasta, by zapoznała się z jego mamą.

Oczywiście moja mama zakochała się w ojcu od pierwszego wejrzenia. Perkusista o niebieskich oczach i ciemnych kręconych włosach sięgających do ramion, śniadej karnacji i buźce gładkiej jak dziecko. Był obiektem westchnień wielu dziewczyn i mama czuła się wyróżniona, myśląc, że będzie tą jedyną. Babcia zaś była zachwycona przyszłą synową, wiedziała, że wychowa ją sobie, jak tylko będzie chciała. Mama, zaślepiona blaskiem ojca, nawet przez sekundę nie domyślała się, jakie piekło ją czeka.

Ślub wzięli w rodzinnej wsi mamy, wszystko przygotowywała ona sama z trzema siostrami. Udekorowały salę, ugotowały obiad i upiekły ciasta. Wesele według opowieści mamy było skromne, ale niczego na nim nie brakowało. Zjechała się rodzina obojga młodych: ciocie wujkowie, kuzynostwo – jak to na wesele. Jan, pan młody, już dobrze podpity, poszedł na górę się położyć i oczekiwać na nowo poślubioną małżonkę. Mama ogarnęła jeszcze salę (nie lubiła alkoholu, więc nie piła na własnym weselu, potem zresztą też nie widziałam jej nigdy pijanej) i szczęśliwa udała się do męża do pokoju. Szczęście nie trwało jednak długo – gdy stanęła w drzwiach, zobaczyła, jak mój tatuś posuwa właśnie żonę wujka Cześka. Ta, ujrzawszy mamę, szybko wyskoczyła z pościeli i powiedziała do mamy, żeby nie robiła zamieszania i nie psuła atmosfery – wszystko zostanie w rodzinie. A tak w ogóle ona tylko leżała koło ojca, bo jej się łóżka pomyliły. „Magda, przecież nic się nie stało, pijany jestem, nic nie było” – utrzymywał z kolei ojciec.

Mama zaczęła płakać i wtedy weszła babcia Kornelia. Powiedziała, żeby mama nie wymyślała – widocznie jej się coś przewidziało, jej syn to porządny mężczyzna. I niech idą spać, bo jej rodzina się obudzi, a to poważani ludzie z Warszawy, na stanowiskach. I tak oto moja mama, dziewucha ze wsi, uwierzyła tacie i przełknęła pierwsze z setek upokorzeń, jakie mieli jej w przyszłości zgotować mąż i teściowa.

Mama wprowadziła się do taty i babci. Była zadowolona, że będzie mieszkać w mieście. Na powitanie jednak babcia rozłożyła gazety po całym mieszkaniu. Tłumaczyła mojej mamie, że ta jest niegodna stąpania po jej dywanach, gdyż pochodzi ze wsi. Czasami się zastanawiam, czy babcia miała serce i odrobinę człowieczeństwa…

Kilka miesięcy po ślubie okazało się, że mama jest ze mną w ciąży. Bardzo się cieszyła, dobrze czuła i pracowała cały czas. Uwielbiała swoją pracę – była świetną kosmetyczką, a szef był z niej bardzo zadowolony. Niejednokrotnie gdy mama płakała lub widział jej smutek, mówił, że tata to mężczyzna nie dla niej, lecz ona nie brała tego pod uwagę, bo nie miała gdzie wracać. Rodzice powiedzieli jej: „Wyszłaś za mąż i twoje miejsce jest przy mężu, powrotu do domu nie ma, tym bardziej z małym dzieckiem”.

W końcu urodziłam się ja. Moja mama bardzo się cieszyła, w przeciwieństwie do babci Kornelii, która krótko skwitowała, że to niemożliwe, że na świat przyszła dziewczynka, jej syn jest zdolny tylko do płodzenia chłopaków. Można sobie wyobrazić, co w takim momencie poczuła Magda, młoda mama zdrowej dziewczynki. Na pół roku została ze mną w domu.

Tata nigdy jej nie pomagał, pracował i grał, nieustannie przygruchując sobie nowe kochanki. Gdy skończyłam pół roku, babcia kazała mamie iść do pracy, a mnie oddać do żłobka. Twierdziła, że mama dość się nasiedziała w domu. Poszłam więc do żłobka, czego oczywiście nie pamiętam, a mama wpadła w wir pracy. Tato z kolei otworzył firmę z deskami sedesowymi, która dobrze prosperowała. Pieniądze jeszcze bardziej pozwalały mu robić, co chciał.

Znikał z kolegami na kilka dni, a mama szukała go razem z żonami tych kolegów. Raz dowiedziały się, że panowie urzędują w jednym z hoteli w mieście. Mama miała dużo znajomości, bo była znaną kosmetyczką i w każdej branży w naszym mieście kogoś znała. Kobiety weszły do pokoju hotelowego, a tam jeden z kolegów taty leżał z prostytutką w łóżku, mój ojciec zaś siedział na drugiej prostytutce, która chodziła z nim na plecach po pokoju na czworaka i udawała świnkę, chrumkając, a ojciec uderzał ją bacikiem po tyłku. Mama stanęła jak wryta. Że też można takie rzeczy wyczyniać… A jednak można. I tak podobno trzy dni urzędowali. Kobiety wyszły, nie mówiąc ani słowa. Mama opisała sytuację babci, która oczywiście powiedziała, że jej synowa wymyśla niestworzone rzeczy. Ojciec wrócił do domu, odrobinę spokorniał i na jakieś trzy miesiące usiadł na dupie.

Gdy byłam dzieckiem, w domu wciąż się kłócono. Babcia i tata spierali się z mamą, zawsze oboje przeciwko niej. Tato słuchał swojej mamusi jak zaczarowany, nigdy za to nie bronił swojej niewinnej żony, która była traktowana jak śmieć. W nie swoim mieszkaniu, co dobitnie jej wypomniano setki razy. Mama często nie odzywała się do babci i taty i tygodniami przesiadywała we własnym pokoju, bo ci nie dawali jej nawet prawa chodzić po mieszkaniu. Wychodziła od siebie tylko do toalety i kuchni. A gdy babcia zadecydowała, że mama może już wyjść z pokoju, kazała jej posprzątać całe mieszkanie na błysk, mówiąc, że wystarczająco się nasiedziała i odpoczęła.

Pracując jako kosmetyczka, mama w końcu zaczęła dobrze zarabiać, co Kornelia oczywiście zauważyła. Kazała swojemu synkowi zarządzić, że zarobione pieniądze mama ma oddawać teściowej, a ona będzie nimi gospodarować. I uwierzycie, że mama się zgodziła? Lecz nie na długo. Z wiekiem zaczęła dojrzewać i nabrała odwagi, by mieć swoje zdanie. Mimo wszystko wprowadzony przez męża i teściową reżim oraz przemoc psychiczna trwająca przez lata wywołały nieodwracalne zmiany w zachowaniu mamy. Czuła wieczny strach, usiłowała bezustannie działać bez zarzutu, by się nie narazić swoim oprawcom. Miała poczucie winy, nawet gdy chciała dłużej pospać, więc nigdy sobie na to nie pozwalała, uznając, że nie ma prawa. Pracowała po dziesięć godzin dziennie, a potem wszystko robiła w domu. I tak cały czas.

Mama trafiła w ręce złych ludzi, co tu dużo mówić. I przez lata musiała stawiać im czoła. Zakochana kobieta wszystko udźwignie i przetrwa, nie myśląc o swoim szczęściu. Pewnie robiła to przede wszystkim dla mnie i z pewnością z powodu braku możliwości powrotu do rodzinnego domu. Nie miała wyjścia awaryjnego, była w potrzasku. Jednak z każdym kolejnym rokiem przeżywania piekła i doznawania wiecznych upokorzeń stawała się mądrzejsza i silniejsza. Praca i zarobione ciężko pieniądze umożliwiły jej niezależność. Małymi krokami mama stawała się odważną kobietą. Wychowała mnie najlepiej, jak potrafiła, nie brakowało mi niczego oprócz pełnej rodziny. Jednak ja wszystko zrozumiałam – jej decyzja o odejściu od taty była słuszna i bardzo odważna.3.

Drzwi trzasnęły z hukiem, jakby uderzyło tornado. Co ona sobie wyobraża? Jak mogła mi odmówić! Teraz, po tylu latach, gdy w końcu zapragnąłem spędzić dzień z kobietą, a może nawet noc. Ona mówi nie!

Ostatni raz byłem z kobietą sześć lat temu, kochałem ją do szaleństwa. Moja żona Klarisa była piękna jak anioł. Miała długie, ciemne, kręcone włosy, wielkie niebieskie oczy, pełne usta i nogi jak u modelki, choć była średniego wzrostu. Było nam razem wspaniale. Pożądanie między nami wciąż nie ustawało.

Klarisa jednak zmarła sześć lat temu, los – potwór zabrał mi wszystko, co miałem. Pierdolony złodziej życia, pierdolony rak! Nie pomogły terapie, leczenie, metody niekonwencjonalne, nic. Po co się rodzimy, po co zakochujemy, skoro w jednej chwili, tak nagle możemy to wszystko stracić? To nieludzkie okrucieństwo. To wręcz niemoralne, skazywać nas na patrzenie, jak przerażający stwór zżera od środka najbardziej ukochaną na świecie osobę. Pretensje, żal, nienawiść do całego świata… tym moim uczuciom nie było końca.

Klarisa przed ostatnim tchnieniem błagała mnie, bym nie trwał w nienawiści, lecz żył z całych sił, póki Bóg mnie nie zabierze. I żebym jej obiecał, że pokocham kogoś tak bardzo jak ją. „Bądź szczęśliwy, mój kochany tak jak ja byłam szczęśliwa z tobą. Szkoda, że los nie był łaskawy i dano nam czas tak krótki. Ale na pewne decyzje nie mamy wpływu. Kocham cię na wieki”. Mówiąc ostatnie zdanie, bardzo cicho zamknęła oczy i z jej lewego oka popłynęła łza, gdy wydawała ostatni oddech.

Moja kochana spoczywa teraz wśród bugenwilli, swych ukochanych kwiatów w kolorze różowym. Takie kwiaty porastały też ścianę naszego domu. Umarłem razem z nią, moje życie nie miało sensu. Na całe lata rzuciłem się w wir pracy, nie zwracając uwagi na świat wokół mnie. Aż do wczoraj.

Gdy tylko ją ujrzałem, myślałem, że śnię. Tak bardzo przypominała mi Klarisę. Włosy miękkie i kręcone, w kolorze ciepłego, ciemnego brązu z gdzieniegdzie jaśniejszymi kosmykami, oczy duże i niebieskie, usta pełne, nogi smukłe jak u gazeli i średniej wielkości biust. Jej ruchy, gesty… To niemożliwe, by była aż tak podobna do mojego anioła. Im dłużej jednak na nią patrzyłem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że właśnie tak było.

Nie słuchałem swoich kolegów, choć mówili o ważnych sprawach biznesowych, tylko zastanawiałem się, jak zagadnąć tę piękną kobietę, w jaki sposób się dowiedzieć, jak ma na imię. Boże, ona musiała być moja! Mieszkam na Santorini i byłem w tej tawernie milion razy, a nigdy jej nie widziałem. Zapewne przyleciała tu do pracy, ale skąd? Kto to jest? Jak ma na imię? Co dalej mam robić? Przecież jej nie powiem: „Słuchaj, przypominasz mi moją zmarłą żonę, bądź ze mną…”. Pomyśli, że jestem wariatem. Tym bardziej nie rozkażę jej zakochać się we mnie ot tak, po prostu.

– Nikos? Słuchasz nas, co o tym myślisz? – zapytał nagle Kosma.

– Tak, tak… Zamyśliłem się – odpowiedziałem szybko, by nie spostrzegli, że kelnerka stała się obiektem moich westchnień. Wiedzą, że od sześciu lat nie popatrzyłem na żadną kobietę. Nawet się więc nie zorientowali, co we mnie zaszło. Ja jednak miałem już w głowie ułożony plan.

– Uważasz, że na początek transport trzydziestu tirów z serem do Polski to dobry pomysł? – zapytał Aleksandros, moja prawa ręka w firmie.

– Do Polski? – odparłem zdumiony. – Nigdy tam nie wysyłaliśmy towaru. Skąd taki pomysł? – zniecierpliwiony ponowiłem pytanie, poprawiając się na krześle.

– Rynek polski walczy o dobrą jakość fety, Polacy doceniają walory kuchni śródziemnomorskiej coraz bardziej, odbiegając od tradycyjnej, bazującej na niezdrowych tłuszczach. Coraz więcej ludzi uczulonych jest na białko krowie, więc kozia feta jest idealną alternatywą. Mamy już trzy poważne zamówienia na początek, więc dlaczego nie spróbować? – wyjaśnił mi Aleksandros merytorycznie i gładko, jak przystało na kompetentnego biznesmena.

– Dobrze więc, spróbujmy, w sumie nic nie tracimy, a możemy zyskać kolejnych klientów – odrzekłem bez namysłu, tak naprawdę myśląc o niej. Potem, gdy siedziałem już sam w moim gabinecie, zastanawiałem się, dlaczego po tylu latach, gdy moje cierpienie zostało uśpione, a ból zelżał, ujrzałem ją w tej cholernej tawernie. Kobietę, której zupełnie nie znałem, a jedynie jej wygląd sprawił, że schowane tak głęboko uczucia ożyły na nowo. Myślałem tylko o niej i szukałem sposobu, jak ją poznać i co zrobić, by zechciała ze mną porozmawiać, poznać mnie, pokochać…

Uruchomiłem moje znajomości na wyspie, by zdobyć wiadomości na jej temat. Znałem większość ludzi na Santorini, u mnie w zakładzie pracowało już drugie pokolenie. Pomysł na wytwórnię sera już od najmłodszych lat chodził mi po głowie. Mając dwadzieścia lat i korzystając z oszczędności po zmarłym ojcu, uruchomiłem mały lokal, w którym produkowano ser feta z koziego mleka. Z czasem zyskałem coraz więcej odbiorców na całym świecie. Tak powstała ogromna wytwórnia zatrudniająca dwustu pracowników. Konsumenci z naszej pięknej greckiej wyspy są bardzo zadowoleni z niepowtarzalnego smaku mojego produktu. A w każdym w innym zakątu świata ludzie mogą poczuć smak Grecji w swoich domach.

– Dzień dobry, panie Nikos – usłyszałem nagle głos. Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna, trzymający w ręku jakieś papiery i zdjęcia. Był to Hektor, prywatny detektyw, którego wynająłem.

– Dzień dobry, co ma pan dla mnie? – zapytałem, nie mogąc się doczekać.

– A więc tak: to Polka, ma prawie dwadzieścia pięć, lat jest jedynaczką, przyjechała tu do pracy trzy miesiące temu, niemal nikt jej tu nie zna poza jej szefową Despiną i koleżanką z pracy Leokadią. Nie chodzi na żadne imprezy, a po pracy wraca do swojego mieszkania pracowniczego. To tyle, panie Nikosie, żadnych sensacji ani niesmacznych informacji na jej temat nie ma, jest, jak bym to ujął, czysta jak łza.

– Dziękuję bardzo! Oto pana zapłata. – Wstając, podałem mu kopertę z wcześniej ustaloną kwotą.

– Dziękuję, proszę pana. Praca dla pana to sama przyjemność, polecam się na przyszłość – powiedział usłużnie Hektor, wychodząc z gabinetu.

Usiadłem i spojrzałem przez okno na wzburzone morze. A więc wszystko się zgadza, to ona. Domyślałem się, kim jest, ale chciałem potwierdzenia. Polka po dwudziestce, bardzo młoda, nie imprezuje, jaka jest naprawdę, tego nikt nie wie, ale wygląda jak moja zmarła żona i tylko to jest dla mnie ważne. Wiąże się z tym wszak tajemnica skrywana w moim rodzinnym domu od lat…

Ubrałem się całkiem na luzie, w jasne jeansy i białą koszulkę, a brodę przystrzygłem tak, jak lubię: na długość dwudniowego zarostu. Włosy zaczesałem na lewy bok. Ulubiony zapach perfum niczym bryza przeniknął moją koszulkę. Byłem gotowy na konfrontację z nieznajomą, która jednak przypomniała mi, że żyję, i uświadomiła mi, jak bardzo się myliłem, sądząc, że nigdy już nie poczuję żądzy do żadnej kobiety na tej ziemi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij