Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

100 PROCENT - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
2830 pkt
punktów Virtualo

100 PROCENT - ebook

Mroczny kryminał jednego z najbardziej cenionych szwedzkich pisarzy, laureata CWA International Dagger Award oraz Glass Key Award.

Kolejna powieść z Ewertem Grensem, błyskotliwym detektywem zmagającym się z demonami przeszłości oraz Pietem Hoffmannem, facetem z przeszłością, który od czasu do czasu – nie zawsze z własnej woli – współpracuje ze sztokholmską policją, choć kiedyś stał po drugiej stronie prawa.

„Więc twierdzisz, że nagle znaleźliśmy się w czymś w rodzaju... cóż, powieści kryminalnej o seryjnych mordercach? Wiesz, że nie zajmuję się takimi sprawami, nigdy się tym nie zajmowałem – z tego prostego powodu, że w Szwecji nie ma seryjnych morderców, nigdy ich nie było”.

Ale skoro w Szwecji seryjni mordercy nie istnieją, to:

Dlaczego pierwsze znalezione ciało zostało całkowicie pozbawione krwi?

Dlaczego drugie zmiażdżono, nie oszczędzając ani jednej kości?

A w trzecie wstrzyknięto różne substancje?

Czy ktoś testuje granice ludzkiej wytrzymałości?

Na te pytania postanawia odpowiedzieć Ewert Grens, choć przełożeni próbują go przed tym powstrzymać.  Bo jak można zaufać inspektorowi, który włożył sobie pistolet do ust i strzelił. Czy komuś takiemu można powierzyć jedno z najtrudniejszych śledztw w historii sztokholmskiej policji?

Fabuła solidna jak skała i bezbłędnie skonstruowana, niesłabnące tempo akcji oraz gra psychologiczna – pomiędzy bohaterami i z czytelnikiem – sprawiają, że od tej książki po prostu nie można się oderwać!

Anders Roslund udowadnia, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych autorów kryminałów.

Ta pełna empatii proza, poruszająca palące problemy społeczne, jest fascynującą lekturą. Roslund idzie o krok dalej niż inni autorzy, zarówno w przedstawianiu pracy policji, jak i emocji bohaterów.
„Jyllands-Posten”, Dania

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8439-226-3
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DOKŁADNIE W TEJ CHWILI

Dla świni śmierć jest prosta.

Zwierzę wisi ze spętanymi sznurem racicami, czubek noża wbija się w tętnicę, z otwartej rany tryska fontanna krwi. To brudna, ale szybka śmierć. Natomiast do tego, żeby zręcznie spuścić krew z człowieka i zrobić to za jego życia – tak jak ja to robię – trzeba więcej czasu.

Najlepiej nadają się do tego żyły przy obojczyku, bo tego rodzaju naczynia krwionośne pozostają napięte. Nigdy nie pękają, więc można z nich wytoczyć całą krew. W innych okolicznościach muszę się przebijać przez brzuch, żeby dotrzeć do większych żył, które czasem trudno znaleźć. Druga opcja to wkłucie się w serce. W innych miejscach, na przykład w nogach albo rękach, naczynia krwionośne po chwili się zwężają i blokują krążenie krwi, nie za bardzo więc nadają się do mojego celu.

Ludzkie ciało zawiera od czterech do pięciu litrów krwi. W sumie to niewiele. Jeśli uda mi się wkłuć precyzyjnie, potrzebuję tylko jednej mocnej strzykawki, za pomocą której mogę pobrać z naczyń etapami całą krew. Dzięki temu nie muszę podłączać plastikowych cewników, które zwisają w czasie, kiedy krew spływa do pojemnika.

Czy moje rozumowanie jest słuszne?

Myślę, że tak.

My, ludzie, jesteśmy zdolni do wszystkiego. Mniej więcej tak jak aktorzy. Przypomina to sytuację, kiedy ktoś chce sprawdzić, co może zrobić ze swoim ciałem i jak daleko może się posunąć, a kiedy jest już po wszystkim, idzie do kawiarni, zamawia kawę i bułeczkę z kremem. Albo kiedy ktoś raz, drugi i trzeci odbiera życie temu samemu człowiekowi, przekracza pewną granicę i na zawsze coś w sobie gasi.

To dlatego obiekt musi być przez cały czas utrzymywany przy życiu, żeby wszystko przebiegało bez problemów. Jest też inny powód: kiedy bije serce, łatwiej jest ściągać krew.

Jestem zajęty ściąganiem krwi od prawie dwudziestu minut. Strzykawka mieści dwieście mililitrów tego cennego płynu. Cały proces wymaga dwudziestu, a czasem nawet dwudziestu pięciu takich cyklów. Pod koniec staje się to trochę trudniejsze, bo ściągnięcie krwi ze wszystkich naczyń krwionośnych jest bardziej złożone. Oceniam, że potrzeba na to pół godziny.

Jego twarz, z której znikły wszystkie różowe odcienie, stopniowo staje się szaroblada. Nie odczuwa bólu; czuje się tak, jakby ktoś mu podłączył wenflon. Przypomina to zwykłe pobranie krwi w przychodni. Kiedy nastąpi zgon? To pytanie natury filozoficznej. Prawdopodobnie w chwili, kiedy zabieg dobiegnie końca, albo krótko potem. Zależy, jak to zdefiniować.

Dopiero wtedy wykonuję cięcie.

Najpierw na udach, a potem na przedramionach. Z ran nie wypływa nawet jedna kropla.

Z głębokimi nacięciami biegnącymi od nadgarstków do łokcia ofiara powinna się dosłownie kąpać we krwi. Ten życiodajny płyn utworzyłby ściekający na betonowy próg strumyczek. Kiedy na miejscu zjawiłaby się policja, czyjś but odcisnąłby się w kałuży krwi na podłodze. Policjant natychmiast by się zatrzymał i spróbował powoli się wycofać, żeby nie zatrzeć reszty śladów.

Tymczasem na razie panuje tu idealny porządek i jest sterylnie czysto.

Kiedy ktoś coś naśladuje, niczego nie może zaniedbać.JEDENAŚCIE MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

Tego wieczoru inspektor policji kryminalnej Ewert Grens zamknął się na klucz w służbowym pokoju w wydziale dochodzeniowym. Nastawił muzykę na cały regulator, nie słyszał więc, że ktoś stoi w korytarzu i go woła. Ogarnięty strachem, nie czuł nieprzyjemnego zapachu, który wydzielało jego ciało. Nie czuł, że się poci i trzęsie, tak samo jak nie zauważył, że w pokoju jest ciemno, bo zgasił światło i zaciągnął żaluzje.

Nie zdawał sobie sprawy, że kiedy ktoś stopniowo odcina się od kontaktów z ludźmi, w pewnym momencie zostaje sam. Nie wiedział, że gdy zabraknie kogoś, na kim człowiek może się wesprzeć, dochodzi do upadku. A przecież jedynie próbował uniknąć wzroku młodej dziewczyny, która na niego patrzyła, uchylić się od dotyku, kiedy pewna kobieta położyła rękę na jego dłoni. Po raz pierwszy w życiu komuś zaufał, naraził się na ryzyko, że zostanie oszukany, i nawet nie przeczuwał, że może mu to sprawić tak wielki ból.

Na biurku leżał służbowy pistolet, którego rzadko używał.

Magazynek był naładowany głupimi ołowianymi kulami.

Grens przyciągnął broń i wziął ją w drżącą dłoń. Ze zdziwieniem stwierdził, że aby ze sobą skończyć, wystarczy naprawdę niewiele. Zrozumiał, że w rzeczywistości w życiu liczą się tylko dwie chwile: kiedy człowiek się rodzi i kiedy umiera.

Wiedział, że jeśli odbezpieczy pistolet, położy palec na spuście i go naciśnie, oczy dziewczyny natychmiast znikną, podobnie jak miękkie ciało kobiety i jej delikatny dotyk.

Ciszę przetnie ostry dźwięk strzału, po którym zapadnie głęboka ciemność.

Ten smród… drżenie… oddech… chłód… głosy…

Strach, kiedy będzie się zapadał w ciemność…

Pochylił się nad biurkiem i otworzył usta. Żeby odpowiednio wycelować, powinien lekko skręcić dłoń. Tylko w ten sposób będzie mógł skierować lufę w podniebienie.

Zanim jednak pociągnął za spust, postanowił ostatni raz to przemyśleć.

Człowiek całe życie czeka na śmierć, a kiedy w końcu przychodzi, ta chwila trwa naprawdę krótko.DZIEWIĘĆ MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

Naczelnik wydziału dochodzeniowego Erik Wilson w obecności inspektor Mariany Hermansson kazał wyłamać zamek w drzwiach służbowego pokoju Grensa, ale było już za późno. Przez chwilę wołali w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu, próbując przekrzyczeć głośną muzykę, a potem podbiegli do Grensa, który siedział nieruchomo przy biurku z roztrzaskaną głową leżącą na blacie.

W prawej dłoni nadal trzymał pistolet. Pocisk przebił zatokę szczękową, przeszedł przez lewe oko, wbił się w czaszkę, wyleciał po jej drugiej stronie i utkwił głęboko w suficie.

Dla Hermansson był to najpotworniejszy widok w całej jej karierze policjantki. Czuła się okropnie.

Kręciło jej się w głowie, była przerażona, opadła z sił i nieświadomie osunęła się na podłogę obok mężczyzny, który od dawna był jej bliski. Być może chciała go objąć albo pogłaskać po nieroztrzaskanym przez pocisk policzku, a może zamierzała pocieszyć człowieka, który nie tak dawno przegrał walkę z życiem i dlatego odszedł, a przy okazji pocieszyć samą siebie.

Nagle poczuła jego oddech.

Słaby, ale jednak.

Dwie doby później na oddziale intensywnej terapii mądra lekarka w białym fartuchu wyjaśniła jej, że decyzja Grensa o tym, by skierować lufę pistoletu w podniebienie, uratowała mu życie. Dodała, że ludzie, których próby samobójcze kończą się niepowodzeniem, właśnie tak się do nich zazwyczaj zabierają i za każdym razem od śmierci dzieli ich dosłownie kilka milimetrów. Ma to związek z ułożeniem wylotu lufy w pozycji skośnej, pod kątem dziesięciu, piętnastu stopni.

– Popatrzcie – powiedziała do Wilsona i Hermansson, którzy nie chcieli odejść od szpitalnego łóżka. – Włóżcie do ust dwa palce, środkowy i wskazujący, i spróbujcie je ustawić pod kątem prostym do podniebienia. Jest to znacznie trudniejsze, niż nam się wydaje. A teraz wyobraźcie sobie, że jesteście przerażeni i roztrzęsieni, przebywacie w ciemnym pomieszczeniu, w którym wszystkie kształty są niewyraźne i zamazane. Pomyślcie, że zamiast palców wkładacie do ust pistolet. To trochę trudniejsze, prawda? No właśnie. Gdyby jednak wasz przyjaciel wycelował prawidłowo… to znaczy tak, jak zamierzał to zrobić, na pewno by mu się udało… Albo i nie. Zależy, jak na to spojrzeć.

Grens przebywał na oddziale intensywnej terapii przez cały tydzień. W tym czasie usunięto mu z głowy potrzaskane przez pocisk odłamki kości, a ponieważ system krwionośny był w dużej mierze nienaruszony, przeniesiono go na oddział ogólnej opieki medycznej. Sześć tygodni później doszedł do siebie i lekarze wypisali go do domu. Połowa twarzy, przez którą przeszła kula, była zapadnięta, kość policzkowa mocno wgnieciona, a cała głowa wyglądała tak, jakby była skrzywiona. Czarną opaskę na pustym oczodole z czasem miała zastąpić szklana gałka oczna.

Pierwszą noc po powrocie do domu spędził bezsennie na drewnianym leżaku na balkonie. Każde inne rozwiązanie uznał za nie do przyjęcia, bo łóżko przypominało mu grób, w którym nie chciał się znaleźć. Kolejną noc spędził na posadzce na klatce schodowej, przed drzwiami swojego mieszkania, ale tu też nie mógł zasnąć. W szpitalu zajęto się wyłącznie jego stanem fizycznym, podczas gdy na naprawę nadal czekała jego psychika. Pocisk nie uszkodził mózgu, ale Grens trafił do rzeczywistości, której wciąż nie rozumiał.

Kiedy trzeciej nocy znowu nie mógł znaleźć sobie odpowiedniego miejsca, na którym mógłby rozłożyć materac i zasnąć, cały jego świat ponownie się zawalił, a on razem z nim.

Zaczął od porąbania na małe kawałki sześciu antycznych krzeseł, które stały w pokoju jadalnym. Potem przyniósł z kuchni kilka noży i pociął nimi kanapę, a następnie siedziska rzadko używanych foteli z salonu. Metodycznie przechodził z jednego pomieszczenia do drugiego i niszczył szafy, szafki, dywany, obrazy, łóżka i sprzęt kuchenny; telewizor rozbił na części. Z książek powyrywał kartki i podarł je na drobne strzępy. Najłatwiej mu poszło z ubraniami. Później na raty zwoził zniszczone rzeczy windą do piwnicy i wrzucał do pojemnika na duże gabaryty. Potem zabrał się za lampy, talerze, lustra i zastawę kuchenną. Oparł się plecami o betonową ścianę i po kolei rozbijał wszystko na drobne kawałki. Na koniec, kiedy usunął z mieszkania resztki tkanin, szkła i drewna, przeszedł do biblioteki, w której zostały dwie rzeczy: portret jego żony Anni i czerwona makatka z napisem _Wesołych Świąt Bożego Narodzenia_. Tego nie mógł podrzeć na kawałki, więc obie rzeczy cisnął do przepełnionego kosza na śmieci.

Nad ranem zasnął na podłodze w ogołoconym ze wszystkiego mieszkaniu.SIEDEM MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

Przez trzydzieści siedem dni, które Grens spędził na oddziale psychiatrii Szpitala Świętego Görana w Sztokholmie, jego stan ulegał stałemu pogorszeniu. Przywieziono go tam z ogołoconego ze sprzętów mieszkania, w którym leżał na podłodze we własnych cuchnących odchodach. Wyglądało to tak, jakby jeszcze bardziej zamknął się w sobie, a duszę zdemolował podobnie jak mieszkanie. Za każdym razem, kiedy Mariana Hermansson albo Piet Hoffmann składali mu wizytę, ubrany w zbyt luźną szpitalną piżamę, odwracał się na bok i gapił w ścianę. W takich chwilach nie było z nim żadnego kontaktu. Trudno było się dziwić, zważywszy na innych pacjentów: udręczony młody mężczyzna z sąsiedniego łóżka wykrzykiwał coś niezrozumiale; starsza kobieta wbiegała do pokoju, szeptała Grensowi do ucha, że wszystkich potnie na kawałki, po czym wybiegała; dwaj nastolatkowie cytowali bełkotliwie fragmenty z Biblii; długowłosy mężczyzna walił głową o ścianę. Wszyscy pacjenci przebywali w swoich własnych światach.

Grens przez prawie czterdzieści lat funkcjonował w sztokholmskiej komendzie policji jako nieformalny szef dochodzeniówki, którego wszyscy się trochę bali. Teraz leżał za zamkniętymi na klucz drzwiami w anonimowej sali z odpornymi na stłuczenia oknami, ubrany tak samo jak reszta pacjentów na oddziale.

Bierność oznaczała przeżycie.

Po pewnym czasie lekarze podjęli ostatnią próbę ratunku i przenieśli go do Kliniki Maltesholmsgården, do której trafiały osoby cierpiące na przewlekłe choroby psychiczne. Do znaczącej zmiany doszło już pierwszego dnia, gdy Grens się tam zjawił. Zaczął reagować, odbierać impulsy i je rejestrować. Stał się bardziej aktywny, a nocą wypowiedział pierwsze słowa od nieudanej próby samobójczej.

– Poproszę o filiżankę kawy.

Tylko tyle, lecz dla kogoś, kto znał inspektora Grensa, znaczyło to znacznie więcej.

Jego słowa były dowodem na to, że wraca do równowagi.

Do życia.TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

Klinika Maltesholmsgården mieściła się w pięknym budynku stojącym na równie pięknym terenie. Leczono w niej dolegliwości duszy. Tak przynajmniej było w przypadku inspektora Grensa. W przypadku Michéla – leżącego w pokoju naprzeciwko młodego mężczyzny, który z czasem stał się jego prawdziwym przyjacielem – wszystko wskazywało na to, że na odbycie takiej drogi będzie potrzebował znacznie więcej czasu. Michél kręcił się w kółko i za każdym razem wracał do punktu wyjścia, z którego próbował uciec.

Wyglądało więc na to, że niektórzy pacjenci mieli więcej dziur, w które mogli wpaść.

Grens wstał od stojącego w świetlicy okrągłego stolika nakrytego czerwonym obrusem. Z miejsca, w którym się znajdował, widział zazieleniony ogród i żwirową dróżkę prowadzącą do małej wioski, w której nigdy wcześniej nie był. Na popołudniowe spacery chodził zwykle wzdłuż wewnętrznej strony wysokiego muru okalającego klinikę. Dystans, jaki miał do pokonania, liczył osiemset trzydzieści siedem kroków. Grens zawsze pokonywał go trzykrotnie, robiąc dwa tysiące pięćset jedenaście kroków.

Zaciągnięte gęstymi, szarymi chmurami niebo zwiastowało deszcz. I rzeczywiście, po chwili zaczęło padać, ale Grensowi to nie przeszkadzało. Rzęsisty deszcz uderzał z trzaskiem o ziemię i ściany, zagłuszając ciszę, której inspektor nie był w stanie wytrzymać. Wsłuchiwał się w coraz głośniej spadające krople. Deszcz był tak intensywny, że niewiele przez niego widział. Ogrodzenie wydawało mu się zamazane, a kształt dachu budynku stracił ostrość. Grens zwinął dłoń w miseczkę, złapał do niej trochę wody, przyłożył ją do czoła i policzków, a potem przeciągnął ręką po włosach, żeby zaczesać na jedną stronę sterczące rzadkie kosmyki.

Czasem wracał myślami do kobiety, którą odważył się pokochać. Zostawiła go i wyrzuciła ze swojego życia, jakby był śmieciem. Znacznie częściej myślał o jej córce, którą bardzo lubił. Piętnastoletnia Astrid była jego chrześnicą. Ufała mu, widziała w nim opokę i w jego obecności czuła się bezpiecznie. Tak było do dnia, w którym musiał aresztować jej matkę. Astrid wpadła w złość, ale w końcu się uspokoiła. Grens nigdy nie zapomni jej wzroku, kiedy patrzyła na niego z tylnego siedzenia samochodu. W pewnym momencie podniosła rękę, złożyła kciuk i palec wskazujący na kształt pistoletu, wycelowała w niego i „strzeliła”. Poczuł się tak, jakby naprawdę został trafiony. Czasami zastanawiał się, gdzie Astrid jest teraz i co się z nią stało. Ojciec zostawił ją dawno temu, a matka została skazana za przestępstwo i trafiła do więzienia.

Przemoczony, wrócił do budynku i ruszył do pokoju, który od kilku miesięcy był miejscem jego pobytu. Drzwi do Michéla były zamknięte, co oznaczało, że znowu miał „ten dzień”. Pierwsze godziny terapii, na którą trafił Grens, były całkiem udane. Podobny skutek odniosły przepisane lekarstwa, ale otoczenie Grens zaczął znowu dostrzegać głównie dzięki temu smutnemu, młodemu człowiekowi o imieniu Michél.

Dziwiło go, że zaprzyjaźnił się z kimś takim. I to w klinice psychiatrycznej.

Spotkania z gośćmi z zewnątrz pokazywały, jak może wyglądać życie i kim Grens chciałby znowu być. Jego najbliższymi przyjaciółmi z normalnego świata byli Mariana Hermansson i Piet Hoffmann, którzy odwiedzali go co tydzień. Hoffmann przyprowadzał nieraz starszego syna, Emila. Chłopiec patrzył na inspektora oczami trzynastolatka i nazywał go „nibydziadkiem” – dobrze wiedział, co robi.

Grens już wcześniej doszedł do przekonania, a teraz coraz bardziej się w nim upewniał, że jeśli człowiek pogodzi się ze swoim życiem, zdoła się dźwignąć z upadku. Nie po to jednak, żeby żyć tak jak przedtem, tylko inaczej. Czasem okazywało się, że „żyć inaczej” jest jedynym sposobem.

Za każdym razem, kiedy o tym myślał, te słowa wydawały się mądre, słuszne i wspaniałe, ważne i dojrzałe, ale chyba dopiero teraz zrozumiał ich prawdziwy sens.

Tamtego dnia, kiedy ociekający deszczem i przemoczony Grens wrócił do swojego pokoju, ktoś siedział na łóżku i na niego czekał. Zaskoczony inspektor poczuł się niezręcznie, bo jedynym miejscem, na którym obaj mogli usiąść, było łóżko. Poza tym był zdumiony, że gość ma odwagę spojrzeć mu w oczy, że w ogóle chce z nim rozmawiać. Zjawił się jednak, bo Grens do niego zadzwonił i bardzo go o to prosił.

– Wyglądasz, jakbyś czuł się lepiej.

– Bo czuję się lepiej.

– Jesteś przemoknięty.

– Do suchej nitki. Uważam, drogi Eriku, że powinieneś częściej spacerować w deszczu. Cudownie się wtedy myśli.

Erik Wilson był jego bezpośrednim przełożonym. I to on pół roku wcześniej, kiedy w służbowym pokoju Grensa rozległ się strzał, razem z Hermansson wyważył drzwi i wparował do środka. To Wilson decydował o podziale obowiązków w wydziale dochodzeniowym Komendy Policji Miejskiej w Sztokholmie.

– A twoja rana postrzałowa? – Wskazał dłonią opaskę na oku Grensa i zapadnięty policzek.

– Oka nie udało się uratować, więc nadal będę musiał nosić opaskę. W pozostałych sprawach ufam chirurgom, bo znają się na swojej robocie. Mam na myśli chirurgię plastyczną. Sądzę, że operacja będzie za jakieś dwa miesiące, chociaż to bez znaczenia, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że przed tym, co się stało, byłem przystojnym facetem. Tak czy inaczej, gorzej już być nie może.

Grens się uśmiechnął. Chciał być uprzejmy i serdeczny, ale jego słowa zabrzmiały dość ponuro. Twarz miał tak pokiereszowaną i zniekształconą, że żadna jej część nie pasowała do pozostałych.

Zaczął zdejmować mokre od deszczu ubranie i wkładać suche. Wilson tymczasem poszedł do świetlicy, usiadł przy nakrytym czerwonym obrusem stoliku i czekał, aż inspektor skończy.

Grens przyniósł ze sobą dwie filiżanki świeżej kawy, którą zaparzył w aneksie kuchennym. Po chwili siedzieli naprzeciwko siebie wpatrzeni w czarny, gorący napój. Nic dziwnego, że przebywający w klinice pacjenci wracali do zdrowia i odnajdowali sens życia.

– Zaczynam się domyślać, po co mnie tu zaprosiłeś – odezwał się Wilson.

– To dobrze. Kiedy…

– I nie wiem, jak się przed tobą usprawiedliwić.

– …będę mógł wrócić do pracy?

Znowu ten grymas na twarzy, który miał być uśmiechem. Wilson wiedział, że przyzwyczai się do niego dopiero po długim czasie.

– Jesteś najgorszym, najtrudniejszym w kontaktach i najbardziej wkurzającym policjantem, z jakim kiedykolwiek przyszło mi współpracować. Na szczęście nigdy nie stanowiło to dla mnie problemu, bo z moich doświadczeń wynika, że to tacy jak ty są zazwyczaj najlepszymi funkcjonariuszami. Ponieważ nie zawsze robią to, co im się każe. A ty właśnie taki jesteś: nigdy nie wypełniasz moich poleceń, ale jesteś najzdolniejszym gliną, jakiego znałem.

– Pomyślałem, że wrócę do pracy za dwa tygodnie. Co ty na to?

– Znamy się od dawna i od pewnego czasu nawet się lubimy, ale uważam, że to nie jest najlepszy pomysł…

– Pomysł na co?

– Żebyś…

– Żebym co?

– Żebyś wrócił do swoich obowiązków jako policjant. – Wilson patrzył na Grensa, ale nie potrafił określić, co wyraża jego twarz: uśmiech czy bolesny grymas.

– Co ty wygadujesz?!

– Proponuję, żebyś przeszedł na emeryturę. Wprawdzie zgodnie z nowymi… bardziej liberalnymi… zasadami mógłbyś pracować w policji jeszcze trzy lata, do ukończenia sześćdziesiątego dziewiątego roku życia… pamiętam, że kiedyś to uzgodniliśmy… tylko że to było… przed tym.

– Ale ja się dobrze czuję! Naprawdę!

– Włożyłeś do ust lufę służbowego pistoletu i strzeliłeś sobie w głowę. To niewiarygodne, że żyjesz i czujesz się lepiej. Bardzo się z tego cieszę, naprawdę, to jednak za mało, żeby wrócić do czynnej służby i prowadzić śledztwa w sprawach zabójstw.

Grens wstał z krzesła, jakby chciał odejść.

– Nie rozumiem – rzucił.

Wilson wyciągnął rękę, żeby go powstrzymać, lecz zrobił to za późno i musiał podnieść głos, żeby Grens usłyszał jego słowa.

– Ewert, bardzo mi przykro i nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale nie odważę się zarekomendować naszemu kierownictwu, żeby cię przywrócono do czynnej służby.

Deszcz w końcu ustał. Bębnienie kropel o szyby zamieniło się w delikatne pukanie.

Po tym, jak Wilson wyszedł ze świetlicy, Grens na chwilę tam został. Siedział przy stoliku, wyglądał przez okno, liczył krople i wpatrywał się w drżące od deszczu kałuże. Usłyszał, że w pokoju Michéla otwierają się drzwi. Wyszedł z niego jakiś mężczyzna i powiedział:

– Niedługo znowu cię odwiedzę.

Kiedy ruszył do wyjścia, Michél podszedł do Grensa.

– Widziałeś, Ewert? – spytał. – Padał deszcz. To będzie przyjemny wieczór.

– Tak, a ty masz sympatycznego przyjaciela. Zauważyłem, że często cię odwiedza. Chyba dobrze się znacie?

– Myślę, że to coś więcej.

– Jak to więcej?

Grens spojrzał na mężczyznę, który mógłby być jego synem. Był od niego o połowę młodszy i w znacznie lepszej kondycji.

– Jest dla mnie kimś więcej niż przyjacielem – odparł Michél. – Nie mam rodzeństwa, ale Jon od dzieciństwa jest dla mnie jak brat.

Inspektor skinął głową. Domyślał się, o co chodzi. Jak zawsze dobrze się rozumieli.

– A ty, Ewert?

– Co ja?

– Masz kogoś, kto jest dla ciebie kimś więcej?

Grens rzadko odczuwał strach, zwłaszcza w towarzystwie Michéla. Mimo to czuł się niezręcznie, kiedy miał się przed kimś otworzyć.

– Nie mam nikogo takiego.

– Ale…

– W moim życiu były dwie takie osoby, ale obie nie żyją.

– A ta kobieta, która do ciebie przychodzi? Ma na imię Mariana, prawda? A Piet i Emil?

– Szczerze mówiąc, nie przeżyłbym bez nich. Jestem wdzięczny, że mnie tu przywieźli i że tak często mnie odwiedzają. Wątpię jednak, by ktoś mógł zostać moim najlepszym przyjacielem, bo nie chciałbym go stracić.

– Nawet ja? – spytał z uśmiechem Michél.

– Ciebie też nie chciałbym stracić. – Grens wstał, położył dłoń na jego ramieniu i odwrócił się, żeby iść do swojego pokoju.

Michél zdołał jednak zrobić coś, co nie udało się Wilsonowi: chwycił go za ramię i zatrzymał. Był od niego o połowę młodszy i o połowę mądrzejszy.

– Ewert, o co chodzi?

– O nic.

– Przecież widzę. Znam cię na tyle dobrze, że wiem. – Michél przysunął sobie krzesło i usiadł przy stoliku. – Często mi mówisz, że mam smutną minę, ale teraz to ty wyglądasz na rozżalonego.

Grens miał nadzieję, że kiedyś mu się odwdzięczy i pomoże mu tak, jak Michél pomagał jemu: rozmawiał z nim, dzielił się swoimi poglądami, zawsze chciał dobrze.

– Powiedz coś. Ewert!

Inspektor wzruszył ramionami, jakby chciał pokazać, że daje za wygraną.

– Twierdzisz, że wyglądam na rozżalonego?

– Tak uważam.

– Może dlatego, że wiedziałem, dokąd to wszystko zmierza.

– Wiedziałeś?

– Sam nie wiem…

– Z tego, co pamiętam, jeszcze wczoraj i dziś rano twierdziłeś, że w przeciwieństwie do mnie wkrótce stąd wyjdziesz.

– To prawda, ale straciłem tę pewność, bo ktoś mi ją odebrał.

Gdy tym razem Grens ruszył do swojego pokoju, Michél nie zdążył go zatrzymać.

– Sam nie wiem, dokąd mnie ta droga zaprowadzi i czy w ogóle istnieje.

Na ostatni spacer Grens zwykle wychodził przed snem. Na dworze było już ciemno, a on chodził wzdłuż wewnętrznej strony ogrodzenia. Dwa tysiące pięćset jedenaście kroków w słabym blasku lamp wiszących u góry na siatce.

Czy to możliwe, że nigdy więcej nie będzie policjantem?

Nigdy więcej nie będzie prowadził śledztw, rozwiązywał kolejnych zabójstw?

Nigdy więcej nie będzie koszmarem dla innych?

Nigdy więcej nie będzie dociekał konsekwencji przemocy, starał się zrozumieć, jak to możliwe, że trwające chwilę spotkanie dwóch osób na zawsze zmienia życie ofiary i zabójcy?

Tego wieczoru odniósł wrażenie, że trasa spaceru jest mu znana lepiej niż zwykle. Codziennie porusza się w tym samym kręgu, zatacza koła bez początku i końca.

Czy to naprawdę możliwe, że już nigdy nie będzie inspektorem policji kryminalnej Ewertem Grensem? A jeśli tak, to kim będzie?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij