Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

1000 lat wkurzania Francuzów - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
22 sierpnia 2012
Czytaj fragment
Pobierz fragment
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

1000 lat wkurzania Francuzów - ebook

„Francuzi nienawidzili nas, nienawidzą i już zawsze będą nienawidzić." - powiedział Arthur Wellesley, pierwszy książę Wellington. Te słowa stały się mottem książki 1000 lat wkurzania Francuzów Stephena Clarke'a, autora serii bestsellerów Merde!
Clarke obala powszechne przekonania i mity, na których ufundowana została tożsamość narodowa Francuzów. Czy Francuzi zdobyli Anglię w 1066 roku? Nie, to byli Normanowie! Czy gilotynę wynalazł doktor Guillotin? Ależ nie, wymyślono ją w Yorkshire! A czy bąbelki w szampanie to dzieło słynnego Doma Pérignon? W żadnym wypadku, szampan francuską ma jedynie nazwę, a w rzeczywistości jest dziełem Anglików! To może bagietka jest francuska? Albo croissant? Stek? Nie, nie, nie!
Clarke opisuje tysiąc lat skomplikowanych i trudnych stosunków potężnych sąsiadów, których dzieli dwadzieścia mil kanału La Manche i wiele nierozwiązanych spraw...


Niesamowicie zabawne.

„The Sunday Times"

Każdy, kto kiedykolwiek spotkał zarozumiałego kelnera w Paryżu albo pokonywał Boulevard Périphérique w sierpniu, pokocha tę książkę.
„Daily Mail"

Clarke niestrudzenie i z werwą obraża niemal każdy aspekt francuskiej historii i kultury.
„Mail on Sunday"

Stephenowi Clarke'owi udało się dokonać czegoś, co uważałem za niemożliwe: zacząłem żałować Nicholasa Sarcozy'ego!
„The Spectator"

Choć dzieli nas jedynie dwadzieścia mil, przepaść pomiędzy Anglią a Francją jest znacznie szersza. Clarke dokładnie przygląda się kanałowi (prowokacyjnie zwanemu „angielskim"), dekonstruując dziesięć wieków faktów i fikcji.
„The Guardian"

 


Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7747-414-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Gdy­by tak za­sta­no­wić się nad sy­no­ni­ma­mi cza­sow­ni­ka „wku­rzać”...

De­ner­wo­wać, wner­wiać, draż­nić, iry­to­wać, zło­ścić, pro­wo­ko­wać, drę­czyć, nę­kać, do­ku­czać, dzia­łać na ner­wy i grać na ner­wach, za­tru­wać ży­cie, ro­bić na złość, ją­trzyć, wy­pro­wa­dzać z rów­no­wa­gi, gnie­wać, roz­sier­dzać, roz­ju­szać, ob­ra­żać, lżyć, znie­wa­żać, obu­rzać, krzyw­dzić, ra­nić, do­ty­kać do ży­we­go, wpra­wiać w roz­go­ry­cze­nie, do­pro­wa­dzać do roz­pa­czy, do­pro­wa­dzać do fu­rii/wście­kło­ści/szew­skiej pa­sji/sza­leń­stwa, za­cho­dzić/za­ła­zić za skó­rę, wła­zić na na­gnio­tek, sta­wać ko­ścią w gar­dle... oraz wpie­niać i po pro­stu (par­don) wkur­wiać.

Tego wła­śnie i jesz­cze wię­cej do­świad­czy­li Fran­cu­zi ze stro­ny An­gli­ków.Wstęp

Oto jed­no z naj­czę­ściej za­da­wa­nych py­tań, ja­kie sły­szę, gdy wy­gła­szam wy­kła­dy oraz po­ga­dan­ki: dla­cze­go tak skom­pli­ko­wa­ne, mi­ło­sno-nie­na­wist­ne sto­sun­ki pa­nu­ją mię­dzy Fran­cu­za­mi a kim­kol­wiek, kto ośmie­la się mó­wić ję­zy­kiem an­giel­skim jako swo­im oj­czy­stym?

Co do mi­ło­ści, nie trud­no ją wy­ja­śnić. Wbrew temu, co zda­rza nam się pu­blicz­nie wy­po­wia­dać, uwa­ża­my się wza­jem­nie za nie­zwy­kle sek­sow­ne na­cje. Go­rzej z nie­na­wi­ścią. Przede wszyst­kim idzie tu ra­czej o nie­uf­ność niż nie­na­wiść. Lecz – tak czy in­a­czej – skąd bie­rze się coś ta­kie­go w po­ko­jo­wych cza­sach świa­ta Za­cho­du?

Jak każ­dy, wiem od za­wsze, że nie­uf­ność owa ma coś wspól­ne­go z in­wa­zją nor­mań­ską, Agin­co­urt, Wa­ter­loo i tak da­lej, na­to­miast za­sta­na­wia­łem się, cze­mu prze­trwa­ła do dziś. Bądź co bądź, więk­szość tych bi­tew ro­ze­gra­ła się w na­der od­le­głej prze­szło­ści i nie może mieć chy­ba wpły­wu na te­raź­niej­szość, praw­da? Po­sta­no­wi­łem więc dać nura w cza­sy mi­nio­ne i wy­ło­wić tam do­kład­niej­szą od­po­wiedź.

Otóż, na­pi­saw­szy tę książ­kę, po­ją­łem wresz­cie, jaki jest ro­do­wód cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność spo­rów. Rzecz spro­wa­dza się do tego, że na­sza hi­sto­ria wca­le hi­sto­rią nie jest. Hi­sto­ria roz­gry­wa się tu i te­raz.

Mó­wiąc o po­łu­dnio­wej czę­ści USA, Wil­liam Faulk­ner stwier­dził, że „prze­szłość nig­dy nie umie­ra. Wła­ści­wie na­wet nie jest prze­szło­ścią”. To samo moż­na rzec o Fran­cu­zach i An­glo­sa­sach; choć­by­śmy się sta­ra­li żyć te­raź­niej­szo­ścią, prze­szłość za­wsze skądś wy­le­zie, żeby dać nam w pysk.

Oto naj­prost­szy przy­kład: gdy Fran­cu­zi od­mó­wi­li wzię­cia udzia­łu w in­wa­zji na Irak w 2003 roku, Ame­ry­ka­nie po­pa­dli w sza­leń­stwo hi­sto­rio­zo­ficz­nej fran­ko­fo­bii: „Co za nie­wdzięcz­ność, a prze­cież my ich wy­zwo­li­li­śmy w 1944 roku!”, itd., itd. Przy­łą­czy­li się do tego Bry­tyj­czy­cy, do­rzu­ca­jąc kil­ka żar­ci­ków na te­mat mi­ło­stek Na­po­le­ona. Tym­cza­sem Fran­cu­zi oka­za­li się cał­kiem nie­skłon­ni do skru­chy: „Ci Ame­ry­ka­nie wciąż pro­wa­dzą agre­syw­ną po­li­ty­kę! Na przy­kład wy­na­leź­li Hol­ly­wo­od tyl­ko po to, aby uni­ce­stwić na­szą pra­sta­rą fran­cu­ską kul­tu­rę. A poza tym, czy oni przy­pad­kiem nie za­po­mi­na­ją, że to my do­po­mo­gli­śmy im pod­czas ich wła­snej re­wo­lu­cji w roku 1776?”. Nie cho­dzi­ło tu już wy­łącz­nie o po­zby­cie się bli­skow­schod­nie­go dyk­ta­to­ra – hi­sto­rycz­ne bom­by ze­ga­ro­we eks­plo­do­wa­ły we wszyst­kich moż­li­wych kie­run­kach.

Pod­czas zbie­ra­nia ma­te­ria­łu do tej książ­ki naj­bar­dziej za­fa­scy­no­wał mnie fakt, że na­sze wer­sje tych sa­mych wy­da­rzeń przed­sta­wia­ją się cał­ko­wi­cie od­mien­nie. Fran­cu­zi po­strze­ga­ją hi­sto­rię przez trój­ko­lo­ro­we szkła, przy­pi­su­jąc Bry­tyj­czy­kom, a mniej wię­cej po 1800 roku tak­że Ame­ry­ka­nom, winę za wszel­kie nie­mi­łe wy­da­rze­nia, ja­kie ich oj­czyź­nie się przy­tra­fi­ły. Nie­kie­dy cał­kiem słusz­nie – bo w prze­szło­ści zro­bi­li­śmy Fran­cu­zom nie­jed­no świń­stwo – jed­nak na­der czę­sto mylą się w prze­za­baw­ny spo­sób, dla­te­go też pod­ją­łem pró­bę zre­kon­stru­owa­nia rze­czy­wi­ste­go prze­bie­gu wy­pad­ków.

Zda­ję so­bie spra­wę, że ja­kie­kol­wiek opra­co­wa­nie przed­sta­wia­ją­ce zrów­no­wa­żo­ny ob­raz hi­sto­rii wpra­wi przed­sta­wi­cie­li na­ro­du fran­cu­skie­go w wiel­ką iry­ta­cję. Cóż, przy­kro mi, Fran­cjo. Naj­wy­raź­niej ty­siąc­le­cie wku­rza­nia Fran­cu­zów przez An­glo­sa­sów jesz­cze się nie za­koń­czy­ło...

Ste­phen Clar­ke, Pa­ryż2 Nękanie Francuzów u zarania dziejów

W cią­gu dwu­stu pięć­dzie­się­ciu lat, ja­kie upły­nę­ły od śmier­ci Wil­hel­ma Zdo­byw­cy aż do wy­bu­chu woj­ny stu­let­niej, do­szło do nie­jed­ne­go hi­sto­rycz­ne­go wy­da­rze­nia. Nic dziw­ne­go, bądź co bądź wła­śnie dwa i pół wie­ku dzie­li wy­na­le­zie­nie ro­we­ru od skon­stru­owa­nia bom­by ato­mo­wej (otóż to, roz­wój nie­ko­niecz­nie musi ozna­czać po­stęp).

Na przy­kład spi­sa­no wów­czas i pod­pi­sa­no Ma­gna Char­ta, za­mor­do­wa­no To­ma­sza Bec­ke­ta, he­ro­icz­nych czy­nów do­ko­ny­wa­li le­gen­dar­ni bo­ha­te­ro­wie tacy jak: Ry­szard Lwie Ser­ce, Ro­bert Bru­ce oraz Ro­bin Hood (ten ostat­ni, rzecz ja­sna, to po­stać wy­łącz­nie le­gen­dar­na).

Przede wszyst­kim jed­nak był to czas, ja­kie­go po­trze­bo­wa­ła An­glia, by z nor­mań­skiej ko­lo­nii prze­ro­dzić się w pań­stwo na tyle po­tęż­ne i zwar­te w po­czu­ciu toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej, by od­wró­ci­ły się role i mo­gła przy­pu­ścić atak nie tyl­ko na swo­ich daw­nych ko­lo­nial­nych wład­ców, lecz na­wet po­ku­sić się o pod­bój ca­łej Fran­cji.

Był to pro­ces cza­so­chłon­ny, po­nie­waż w więk­szo­ści an­giel­scy kró­lo­wie nor­mań­skie­go po­cho­dze­nia nadal uwa­ża­li sie­bie sa­mych za wład­ców Nor­man­dii dys­po­nu­ją­cych dru­gą sie­dzi­bą w Lon­dy­nie i nie­mal wszy­scy z nich po­strze­ga­li An­glię oraz jej miesz­kań­ców jako źró­dło fun­du­szy umoż­li­wia­ją­cych re­ali­za­cję roz­ma­itych hob­by. Nie­kie­dy cho­dzi­ło o coś rów­nie po­spo­li­te­go i nud­ne­go, jak po­lo­wa­nia, cza­sem jed­nak spra­wa do­ty­czy­ła znacz­nie bar­dziej wy­szu­ka­nych roz­ry­wek, ta­kich jak wy­pra­wy krzy­żo­we w ba­se­nie Mo­rza Śród­ziem­ne­go (Ry­szard Lwie Ser­ce), wy­bry­ki ar­chi­tek­to­nicz­ne (Hen­ryk III) lub kry­cie do­mów strze­cha­mi (Edward II).

Jed­nak wszy­scy kró­lo­wie⁸ rzą­dzą­cy w la­tach 1087–1327 przy­czy­ni­li się, każ­dy na swój spo­sób, do mar­szu An­glii ku woj­nie stu­let­niej, choć cza­sem czy­ni­li to zu­peł­nie przy­pad­ko­wo...

Wal­ka o pra­wo do im­pre­zo­wa­nia

Zra­zu spra­wy roz­krę­ca­ły się po­wo­li, bo na­stęp­ca Wil­hel­ma I oka­zał się kom­plet­nym nie­po­ro­zu­mie­niem.

Po śmier­ci Zdo­byw­cy Nor­man­dię odzie­dzi­czył jego naj­star­szy syn, Ro­bert. An­glia tym­cza­sem do­sta­ła się w spad­ku dru­gie­mu pod wzglę­dem star­szeń­stwa z po­zo­sta­łych przy ży­ciu jego sy­nów, czy­li Wil­hel­mo­wi II, zwa­ne­go też Ru­dym. Tak, An­glia sta­no­wi­ła za­le­d­wie nędz­ną dru­gą na­gro­dę w ro­dzin­nej lo­te­rii.

Wil­helm cier­piał na chro­nicz­ny syn­drom ze­psu­te­go dzie­cia­ka ze słyn­nej ro­dzi­ny, sta­no­wił coś w ro­dza­ju śre­dnio­wiecz­nej Pa­ris Hil­ton, bo po­dzie­lał po­noć jej upodo­ba­nie do ma­ki­ja­żu, stro­jów tu­dzież dziam­go­tli­wych ma­łych pie­sków. Więk­szą część swo­je­go krót­kie­go pa­no­wa­nia (1087–1100) prze­pę­dził na im­pre­zach wy­pra­wia­nych w roz­ma­itych an­giel­skich zam­kach; poza tym od­zna­czył się na­kła­da­niem na swo­ich pod­da­nych wy­jąt­ko­wo wy­so­kich po­dat­ków ma­ją­cych sfi­nan­so­wać jego kosz­tow­ne fa­na­be­rie. Cie­szył się tak małą po­pu­lar­no­ścią, że kie­dy „przy­pad­ko­wo” tra­fi­ła go strza­ła, prze­szy­wa­jąc płu­co, po czym wy­krwa­wił się na śmierć w tym sa­mym miej­scu, gdzie upadł, nikt nie za­mie­rzał kło­po­tać się prze­pro­wa­dza­niem do­cho­dze­nia. Tak się zło­ży­ło, że Rudy do­ko­nał ży­wo­ta w cza­sie po­lo­wa­nia na te­re­nie New Fo­rest, ob­sza­ru „oczysz­czo­ne­go” z An­glo­sa­sów na roz­kaz jego ojca.

Jak gło­si­ły po­gło­ski, śmier­cio­no­śna dla Ru­de­go strza­ła zo­sta­ła wy­strze­lo­na na roz­kaz jego młod­sze­go bra­ta, Hen­ry­ka, któ­ry w spad­ku po Wil­hel­mie Zdo­byw­cy otrzy­mał tyl­ko tro­chę pie­nię­dzy na za­kup zie­mi. Hen­ryk uczest­ni­czył w nie­for­tun­nej wy­pra­wie ło­wiec­kiej, a wkrót­ce po „wy­pad­ku” od­da­lił się w po­śpie­chu i bez żad­nej ra­cjo­nal­nej przy­czy­ny.

Zwol­nił się tron; star­szy bra­ci­szek, Ro­bert, prze­by­wał na da­le­kiej kru­cja­cie, to­też Hen­ryk czym prę­dzej ob­jął rzą­dy jako król Hen­ryk I. Oka­zał się zu­peł­nie in­nym wład­cą niż jego po­przed­nik. Jed­nak po­dob­nie jak Rudy prze­pa­dał za im­pre­za­mi i, jak wieść gło­si, dał ży­cie oko­ło dwu­dzie­stu pię­cior­gu dzie­ciom z nie­ślub­ne­go łoża, lecz przy tym ce­cho­wał się by­strym umy­słem i po­li­tycz­nym wy­czu­ciem – dzię­ki cze­mu zy­skał przy­do­mek Be­auc­lerc. Nie miał wąt­pli­wo­ści, jak istot­na może oka­zać się kwe­stia po­łą­cze­nia dwóch naj­waż­niej­szych lu­dów za­miesz­ku­ją­cych An­glię, to­też po­jął za żonę wy­wo­dzą­cą się z An­glo­sa­sów Ead­gyth (któ­rą dziś naj­czę­ściej zwie się dla uprosz­cze­nia Edith, Edy­ta), po­tom­ki­nię Al­fre­da Wiel­kie­go. War­to od­no­to­wać, że ślub miał miej­sce 11 li­sto­pa­da 1100 roku, bez wąt­pie­nia datę wy­bra­no z roz­my­słem, aby przy­dać zna­cze­nia nu­me­ro­lo­gicz­ne­go temu wy­da­rze­niu – rzecz istot­na w owej hoł­du­ją­cej roz­ma­itym prze­są­dom epo­ce.

W od­po­wie­dzi na skar­gi prze­by­wa­ją­cej w An­glii nor­mań­skiej szlach­ty, że imię Ead­gyth tak trud­no wy­mó­wić, Hen­ryk I po pro­stu zmie­nił je, na­da­jąc mał­żon­ce imię swo­jej mat­ki, Ma­tyl­da.⁹

Hen­ryk obie­cał, że po­ło­ży kres nie­go­dzi­wo­ściom, do ja­kich do­szło za rzą­dów jego bra­ta, mię­dzy in­ny­mi uwię­ził pierw­sze­go mi­ni­stra Wil­hel­ma II, nor­mań­skie­go bi­sku­pa zwa­ne­go Ra­nul­fem Flam­bar­dem („Ra­nul­fem Go­rą­cą Gło­wą”), któ­re­go za­da­niem było gro­ma­dze­nie środ­ków pie­nięż­nych dla kró­la. Wy­wią­zy­wał się z tego za­da­nia zna­ko­mi­cie, sprze­da­jąc wy­so­kie urzę­dy ko­ściel­ne. Jed­nak Flam­bard jako pierw­szy wię­zień w hi­sto­rii zdo­łał umknąć z nowo wy­bu­do­wa­nej To­wer, a na­stęp­nie schro­nił się w Nor­man­dii u Ro­ber­ta, któ­ry wła­śnie wró­cił z kru­cja­ty i roz­my­ślał, jak by tu prze­chwy­cić an­giel­ski tron i po­zbyć się nie­zno­śne­go bra­cisz­ka, Hen­ry­ka.

Ro­bert, któ­ry z po­wo­du klo­co­wa­tych nóg no­sił przy­do­mek „Cur­tho­se” („Krót­kie Spodnie”), ce­cho­wał się rów­nie go­rą­cą gło­wą, jak Flam­bard, a więk­szość swo­je­go do­ro­słe­go ży­cia spę­dził na woj­nach pro­wa­dzo­nych z oj­cem, Wil­hel­mem Zdo­byw­cą. Zda­rzy­ło im się na­wet sta­nąć twa­rzą w twarz pod­czas bi­twy, a wów­czas syn po­wa­lił sta­rze­ją­ce­go się już ojca, lecz w ostat­niej chwi­li oszczę­dził ży­cie po­ko­na­ne­go. Pod­pusz­czo­ny przez Flam­bar­da, w 1101 roku Ro­bert do­ko­nał ko­lej­nej nor­mań­skiej in­wa­zji na An­glię. Wy­lą­do­wał z nie­wiel­ką ar­mią w Por­ts­mouth. Jed­nak an­giel­scy ba­ro­no­wie, któ­rzy obie­ca­li się doń przy­łą­czyć, nie sta­wi­li się, a to dla­te­go, że Hen­ryk I zy­ski­wał so­bie co­raz więk­szą po­pu­lar­ność jako król. Jed­na z naj­spryt­niej­szych jego re­form po­le­ga­ła na za­gwa­ran­to­wa­niu ba­ro­nom, że nie bę­dzie ich nad­mier­nie ob­cią­żał po­dat­ka­mi. W koń­cu do­szło do po­ko­jo­wych ro­ko­wań mię­dzy brać­mi; w za­mian za sta­ły do­chód oraz zie­mie na­le­żą­ce do Hen­ry­ka w Nor­man­dii Ro­bert zgo­dził się zre­zy­gno­wać ze swo­ich pre­ten­sji do tro­nu.

Jed­nak Hen­ryk nie ufał star­sze­mu bra­tu, nie li­czył, że Ro­bert do­trzy­ma ukła­du. Udo­wod­nił więc, że An­glia jest już dość sil­na, by de­cy­do­wać o wła­snym lo­sie i do­ko­nał in­wa­zji na Nor­man­dię. Na­paść prze­bie­gła zdu­mie­wa­ją­co po­myśl­nie. Hen­ryk zdo­był Bay­eux i Caen w 1105 roku, po­wró­cił na krót­ko do An­glii, by wziąć udział w dys­ku­sjach co do tego, czy to on, czy może pa­pież po­wi­nien mia­no­wać an­giel­skich bi­sku­pów, po czym na­stęp­ne­go roku pod­jął kam­pa­nię. Do osta­tecz­ne­go star­cia do­szło 28 wrze­śnia 1106 roku nie­opo­dal zam­ku Tin­che­bray pod Caen. Hen­ryk po­ko­nał Nor­ma­nów w cią­gu go­dzi­ny, Ro­bert do­stał się do nie­wo­li.

An­glia do­ko­na­ła sku­tecz­ne­go pod­bo­ju Nor­man­dii do­kład­nie czter­dzie­ści lat po tym, jak Wil­helm Zdo­byw­ca wy­lą­do­wał na an­giel­skiej zie­mi – ko­lej­ny nu­me­ro­lo­gicz­ny omen.

Hen­ryk I stał się te­raz rów­nie po­tęż­ny, jak jego oj­ciec. Aby utrzy­mać ten stan rze­czy, na do­bre wy­klu­czył z gry star­sze­go bra­ta. Ro­bert zo­stał uwię­zio­ny – iro­nia losu – w nor­mań­skim zam­ku w Car­diff. Po nie­uda­nej pró­bie uciecz­ki Hen­ryk ka­zał wy­pa­lić bra­tu oczy i trzy­mał go w nie­wo­li aż do koń­ca jego dni. Naj­wy­raź­niej An­glo­nor­ma­no­wie nie mie­li w ge­nach czu­ło­ści dla bli­skich krew­nych.

Ryba psu­je się od gło­wy, a w Nor­man­dii ko­ro­no­wa­ne gło­wy psu­ją się od ryb

W 1135 roku król Hen­ryk I był już star­cem, miał prze­cież po­nad sześć­dzie­siąt lat, to­też nad­szedł czas, by po­my­śleć o na­stęp­cy tro­nu. Je­sie­nią tego roku udał się do Nor­man­dii, żeby od­wie­dzić swo­ją cór­kę Ma­tyl­dę, któ­ra za­war­ła stra­te­gicz­ny zwią­zek mał­żeń­ski z Fran­cu­zem Got­fry­dem, hra­bią An­de­ga­we­nii, spra­wu­ją­cym rzą­dy nad te­re­na­mi roz­cią­ga­ją­cy­mi się bez­po­śred­nio na po­łu­dnio­wy za­chód od nor­mandz­kiej do­me­ny Hen­ry­ka. Po­mi­mo nie­daw­nych na­ro­dzin dwoj­ga wnu­cząt sto­sun­ki mię­dzy oj­cem, cór­ką i zię­ciem były dość na­pię­te. Być może dla­te­go, że król bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał wy­ja­śnić cór­ce, że choć jest je­dy­ną pra­wo­moc­ną spad­ko­bier­czy­nią tro­nu An­glii, odzie­dzi­czyć go nie może. W tam­tych bo­wiem cza­sach, żeby zo­stać wład­cą An­glii, trze­ba było móc wy­le­gi­ty­mo­wać się pe­ni­sem.

Tak czy in­a­czej, po in­ten­syw­nym, ca­ło­dzien­nym po­lo­wa­niu Hen­ryk po­wró­cił do sie­dzi­by Ma­tyl­dy i Got­fry­da, czy­li nor­mandz­kie­go zam­ku Lyons (nie my­lić z mia­stem Lyon w środ­ko­wej Fran­cji), gdzie za­siadł do uczty, by ra­czyć się jed­ną ze swo­ich ulu­bio­nych po­traw, sma­żo­ny­mi mi­no­ga­mi. Te wstręt­ne, przy­po­mi­na­ją­ce wę­go­rze stwo­rze­nia smocz­ko­uste, o zę­bach jak szpil­ki, roz­gry­za­ją brzu­chy swo­ich ofiar, by wy­ssać ich wnętrz­no­ści. Obec­nie to ga­tu­nek nie­mal wy­mar­ły ze wzglę­du na upodo­ba­nie do nie­za­nie­czysz­czo­nych wód rzecz­nych, jed­nak w śre­dnio­wie­czu sta­no­wi­ły ist­ny przy­smak. Na przy­kład na każ­de Boże Na­ro­dze­nie mia­sto Glo­uce­ster skła­da­ło mo­nar­sze w po­da­run­ku pasz­tet z mi­no­gów. Hen­ryk uwiel­biał to obrzy­dli­stwo. Jak wieść gło­si, 1 grud­nia 1135 roku ob­jadł się mi­no­ga­mi „w ta­kim nad­mia­rze”, że zmarł z prze­je­dze­nia.

Jed­nak, co cie­ka­we, ofi­cjal­na fran­cu­ska wer­sja tej hi­sto­rii gło­si, że zjadł lam­pro­ies ava­ri­ées – czy­li ze­psu­te mi­no­gi. Fran­cuz nie po­tra­fi do­pu­ścić moż­li­wo­ści, by przy­czy­ną nie­szczę­ścia mógł stać się nad­miar ja­kie­go­kol­wiek przy­sma­ku. Co praw­da, bio­rąc pod uwa­gę spe­cy­fi­kę owej nie­spo­koj­nej epo­ki, nie spo­sób wy­klu­czyć, że ulu­bio­ną po­tra­wę Hen­ry­ka wzbo­ga­co­no o ja­kiś do­dat­ko­wy skład­nik – na przy­kład sto­sow­ną daw­kę tru­ci­zny.

Gdy tyl­ko zmarł jej oj­ciec, Ma­tyl­da zwró­ci­ła się do an­giel­skich ba­ro­nów z py­ta­niem, czy po­mi­mo gen­de­ro­wych prze­szkód może ob­jąć tron – we wła­snej oso­bie lub jako re­gent­ka swo­je­go syna. Nie­któ­rzy z ba­ro­nów zło­ży­li jej na­wet wa­sal­ną przy­się­gę. Jed­nak w koń­cu mał­żeń­stwo z An­de­ga­weń­czy­kiem, po­strze­ga­nym przez wie­lu Nor­ma­nów jako ry­wal, ob­ró­ci­ło się prze­ciw­ko niej. Tron do­stał się jed­ne­mu z sio­strzeń­ców Hen­ry­ka, fran­cu­skie­mu wnu­ko­wi Wil­hel­ma Zdo­byw­cy, Ste­fa­no­wi – hra­bie­mu Blo­is i Bo­ulo­gne.

Trud­no na­zwać Ste­fa­na wy­bit­nym wład­cą. Praw­dę mó­wiąc, zdo­łał nie tyl­ko utra­cić Nor­man­dię, lecz tak­że wła­sny, an­giel­ski tron. Wy­glą­da na to, że w jego ży­łach pły­nę­ło jed­nak nie dość krwi Zdo­byw­cy. Za to wro­dził się pew­nie w ojca – Ste­fa­na Hen­ry­ka, któ­ry sły­nął z tchó­rzo­stwa. Pod­czas ob­lę­że­nia An­tio­chii w 1098 roku zde­zer­te­ro­wał, po­rzu­cił ar­mię krzy­żow­ców, czym do­pro­wa­dził żonę do ta­kiej zło­ści, że po­sła­ła go na­tych­miast z po­wro­tem na Bli­ski Wschód, gdzie zgi­nął w 1102 roku. Trud­no go uznać za wzo­rzec śre­dnio­wiecz­ne­go kró­la.

Pe­cho­wo dla Ste­fa­na Ma­tyl­da oraz jej mał­żo­nek, Got­fryd An­de­ga­weń­ski, nie za­mie­rza­li pod­dać się bez wal­ki. W 1139 roku Got­fryd roz­po­czął sys­te­ma­tycz­ną kam­pa­nię wy­nisz­cza­ją­cą skie­ro­wa­ną prze­ciw­ko Nor­man­dii, tym­cza­sem Ma­tyl­da zgro­ma­dzi­ła ar­mię An­de­ga­weń­czy­ków, przy­go­to­wu­jąc się do pod­bo­ju An­glii. Za swo­ją bazę ob­ra­ła Glo­uce­ster, sto­li­cę mi­no­ga.

Na bry­tyj­skiej zie­mi roz­pę­ta­ła się strasz­li­wa woj­na mię­dzy pa­nią z An­de­ga­we­nii i pa­nem z Blo­is. Woj­na Ma­tyl­dy i Ste­fa­na zo­sta­ła okre­ślo­na po pro­stu jako anar­chia, a przy tej oka­zji Kro­ni­ka an­glo­sa­ska znów mo­gła rzec to i owo o cu­dzo­ziem­cach; był to zresz­tą ła­bę­dzi śpiew, bo wkrót­ce za­prze­sta­no jej spi­sy­wa­nia. W 1139 roku Kro­ni­ka od­no­to­wu­je z ubo­le­wa­niem, że zwo­len­ni­cy obu fran­cu­skich frak­cji po­ry­wa­ją an­giel­skich „chło­pów i chłop­ki, aby ich wię­zić dla uzy­ska­nia sre­bra oraz zło­ta i za­da­jąc im nie­wy­po­wie­dzia­ne tor­tu­ry”. Choć kro­ni­karz twier­dzi, że były to nie­wy­po­wie­dzia­ne ka­tu­sze, jed­nak co nie­co wy­po­wie­dzieć zdo­łał:

Wie­sza­li ich za kciu­ki albo za gło­wę i roz­pa­la­li ognie pod sto­pa­mi; ob­wią­zy­wa­li węź­la­sty­mi sznu­ra­mi ich gło­wy, a po­tem za­ci­ska­li je, że aż wrzy­na­ły się w mózg... Nie­któ­rych wkła­da­li do skrzy­ni, któ­ra była krót­ka, wą­ska i płyt­ka, do któ­rej wrzu­ca­li ostre ka­mie­nie, a po­tem wpy­cha­li ich, że aż ła­ma­li im wszyst­kie człon­ki... Ani nie mogę, ani nie po­tra­fię opi­sać wszyst­kich ran i wszyst­kich tor­tur, ja­kie za­da­li nie­szczę­snym miesz­kań­com tej kra­iny.

Zma­ga­nia sta­ły się tak krwa­we, że w koń­cu obie frak­cje zo­sta­ły zmu­szo­ne do ugo­dy: Ste­fan po­zo­stał przy wła­dzy, a po jego śmier­ci tron miał ob­jąć Hen­ryk, syn Ma­tyl­dy (i wnuk Hen­ry­ka I). Z punk­tu wi­dze­nia wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych roz­wią­za­nie po­zo­sta­wa­ło nie­za­do­wa­la­ją­ce; jak stwier­dza G.M. Tre­ve­ly­an w swo­im dzie­le Shor­te­ned Hi­sto­ry of En­gland, „na wiel­kie szczę­ście dla An­glii, zmarł on na­stęp­ne­go roku”.

Od­bić żonę kró­lo­wi Fran­cji – po­stę­pek nie­sprzy­ja­ją­cy sto­sun­kom mię­dzy­na­ro­do­wym

Przy­szły Hen­ryk II z uro­dze­nia był już spad­ko­bier­cą po­tęż­ne­go księ­stwa An­de­ga­we­nii we Fran­cji, po swo­im ojcu, Got­fry­dzie, a tak­że księ­stwa Nor­man­dii oraz ko­ro­ny an­giel­skiej. W wie­ku dzie­więt­na­stu lat do swo­ich ak­ty­wów do­dał jesz­cze wię­cej ziem, poj­mu­jąc za żonę Ele­ono­rę Akwi­tań­ską. Zgod­nie ze wspo­mnia­ną wy­żej i po­wszech­nie obo­wią­zu­ją­cą za­sa­dą „co masz w ga­ciach” stał się tym sa­mym wład­cą roz­le­głe­go i bar­dzo bo­ga­te­go fran­cu­skie­go te­ry­to­rium Akwi­ta­nii oraz Ga­sko­nii, ob­sza­ru roz­cią­ga­ją­ce­go się od Bor­de­aux po hisz­pań­ską gra­ni­cę.

Zwią­zek ten był nie tyl­ko ko­rzyst­ny – sta­no­wił rów­nież cios dla Fran­cji. Za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni wcze­śniej Ele­ono­ra była jesz­cze kró­lo­wą Fran­cji i mał­żon­ką Lu­dwi­ka VII. Do­pro­wa­dzi­ła do roz­wią­za­nia mał­żeń­stwa, po­nie­waż Lu­dwik nie spło­dził mę­skie­go po­tom­ka i wca­le się nie za­no­si­ło, by miał to uczy­nić, gdyż, jak to sub­tel­nie sfor­mu­ło­wa­ła, był „ra­czej mni­chem niż mał­żon­kiem”. Gdy tyl­ko do­szło do roz­wo­du, trzy­dzie­sto­ośmio­let­nia Ele­ono­ra za­pro­po­no­wa­ła mał­żeń­stwo na­sto­let­nie­mu Hen­ry­ko­wi, słusz­nie uzna­jąc, że mło­dzień­ca cze­ka wspa­nia­ła przy­szłość. Jak po­wia­da­ją, była pięk­ną, wy­so­ką, zna­ko­mi­cie wy­kształ­co­ną ko­bie­tą, któ­ra wie­dzia­ła, cze­go chce i jak to zdo­być. Prze­ko­na­ła się już zresz­tą o za­le­tach rodu Hen­ry­ka, bo sy­pia­ła z jego oj­cem.

W re­zul­ta­cie w 1154 roku, kie­dy zmarł król Ste­fan, Hen­ryk (ma­ją­cy wów­czas dwa­dzie­ścia je­den lat) mógł za­mie­ścić na swo­jej i tak już im­po­nu­ją­cej wi­zy­tów­ce ko­lej­ny ty­tuł – kró­la An­glii i rzą­dził więk­szym „fran­cu­skim” te­ry­to­rium niż Lu­dwik VII. Je­śli spoj­rzy­my na ów­cze­sną mapę Fran­cji, zie­mie znaj­du­ją­ce się pod pa­no­wa­niem Hen­ry­ka i Ele­ono­ry two­rzą ogrom­ną, roz­le­głą po­łać po­kry­wa­ją­cą całą za­chod­nią część kra­ju, nie­mal w ca­ło­ści jego pół­noc­ne wy­brze­że, się­ga­ją­ce aż po cen­trum Fran­cji, nie­mal po Pa­ryż. Na­to­miast te­ry­to­ria Lu­dwi­ka VII zwie­sza­ją się na ma­pie ni­czym chu­da ża­bia noga, od ob­sza­ru po­ło­żo­ne­go na za­chód w sto­sun­ku do Ca­la­is, po­tem przez Pa­ryż i da­lej, aż do Mo­rza Śród­ziem­ne­go. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, kto wów­czas kró­lo­wał we Fran­cji; z pew­no­ścią nie król fran­cu­ski.

Hen­ryk II był pierw­szym an­giel­skim wład­cą z li­nii Plan­ta­ge­ne­tów, zwa­nych tak od kwia­tów żar­now­ca (po fran­cu­sku ge­nêt), któ­re z upodo­ba­niem no­sił na swo­im na­kry­ciu gło­wy jego oj­ciec, God­fryd An­de­ga­weń­ski. Tym sa­mym Hen­ryk stał się za­ło­ży­cie­lem dy­na­stii, któ­ra mia­ła rzą­dzić An­glią przez na­stęp­ne trzy­sta trzy­dzie­ści lat. Tego, rzecz ja­sna, wie­dzieć nie mógł, lecz i tak spra­wo­wał rzą­dy, jak przy­sta­ło na męża kła­dą­ce­go pod­wa­li­ny pod nie byle ja­kie przed­się­wzię­cie.

Przy­chyl­ność ka­pry­śnych ba­ro­nów za­rów­no w An­glii, jak i na te­ry­to­riach fran­cu­skich zy­skał dzię­ki po­bie­ra­niu od nich pie­nię­dzy w za­mian za uchy­le­nie obo­wiąz­ku służ­by woj­sko­wej; przy oka­zji zdo­był w ten spo­sób środ­ki, za któ­re mógł so­bie po­zwo­lić na utrzy­ma­nie znacz­nie bar­dziej god­nych za­ufa­nia wojsk na­jem­nych. Wpro­wa­dził in­sty­tu­cję ławy przy­się­głych, co w prak­ty­ce ozna­cza­ło, że przy­najm­niej nie­któ­re zbrod­nie są­dzo­no na pod­sta­wie ma­te­ria­łu do­wo­do­we­go, nie zaś na pod­sta­wie bą­bli, któ­re tyl­ko win­nym mia­ły po­ja­wiać się na sto­pach wsku­tek przy­mu­so­wej prze­chadz­ki po roz­pa­lo­nych do czer­wo­no­ści le­mie­szach płu­gów. Pa­mię­ta­jąc, być może, co przy­da­rzy­ło się jego dziad­ko­wi znaj­du­ją­ce­mu nad­mier­ne upodo­ba­nie w mi­no­gach, Hen­ryk zy­skał też so­bie re­pu­ta­cję wład­cy szczo­dre­go, bo po­le­cił roz­da­wać głod­nym jed­ną dzie­sią­tą wszyst­kiej żyw­no­ści do­star­czo­nej do jego zam­ków.

Szko­da więc, że Fran­cu­zi od­nie­śli jed­no ze swo­ich więk­szych zwy­cięstw – choć i naj­mniej zna­nych – okry­wa­jąc hań­bą do­bre imię kró­la Hen­ry­ka.

Mord w ka­te­drze

Na do­ko­na­niach Hen­ry­ka II po­nu­rym cie­niem kła­dzie się za­mor­do­wa­nie To­ma­sza Bec­ke­ta, ar­cy­bi­sku­pa Can­ter­bu­ry. Jed­nak na obro­nę Hen­ry­ka na­le­ży do­dać, że do za­bój­stwa nie do­szło wy­łącz­nie z jego winy. Nie dość czę­sto pa­mię­ta się o tym, że przy­najm­niej czę­ścio­wa od­po­wie­dzial­ność le­ża­ła po stro­nie Fran­cji.

Oko­licz­no­ści mor­der­stwa są po­wszech­nie zna­ne. W roku 1170 Hen­ryk uskar­żał się gło­śno na Bec­ke­ta, któ­ry sprze­ci­wiał się wła­dzy kró­lew­skiej. Czte­rej dwo­rza­nie uzna­li te na­rze­ka­nia za su­ge­stię, to­też wy­bra­li się do Can­ter­bu­ry, gdzie ścię­li gór­ną część czasz­ki To­ma­sza, mózg ko­ściel­ne­go do­stoj­ni­ka zbru­kał po­sadz­kę ka­te­dry.

Jed­nak mało kto zda­je so­bie spra­wę, że To­masz Bec­ket spę­dził dwa lata po­prze­dza­ją­ce to wy­da­rze­nie na wy­gna­niu we Fran­cji, An­glię zaś opu­ścił, by unik­nąć pod­pi­sa­nia do­ku­men­tu, na mocy któ­re­go do­szło­by do osła­bie­nia wpły­wów Ko­ścio­ła. Prze­by­wa­jąc we Fran­cji, To­masz go­ścił u Lu­dwi­ka VII, kiep­skie­go ko­chan­ka od­rzu­co­ne­go przez Ele­ono­rę, żonę Hen­ry­ka. Nie­trud­no so­bie wy­obra­zić Lu­dwi­ka, jak pod­czas dłu­gich, śre­dnio­wiecz­nych wie­czo­rów przy ko­min­ku za­pew­nia Bec­ke­ta, że du­chow­ny po­stę­pu­je słusz­nie, opie­ra­jąc się wła­dzy bez­boż­ne­go An­gli­ka, któ­ry roz­bił jego mał­żeń­stwo. Tłu­ma­czy to po­nie­kąd, dla­cze­go ar­cy­bi­skup po po­wro­cie do An­glii śmiał nadal peł­nić rolę po­li­tycz­ne­go opo­nen­ta wo­bec Hen­ry­ka.

To­masz czuł się tak pew­nie, że sam spro­wo­ko­wał swo­ich za­bój­ców. Po­cząt­ko­wo ry­ce­rze Hen­ry­ka we­szli do ka­te­dry nie­uzbro­je­ni, po pro­stu chcie­li skło­nić Bec­ke­ta, by udał się ra­zem z nimi i wy­tłu­ma­czył się przed kró­lem. Do­pie­ro gdy To­masz ich spła­wił, wy­szli – lecz wró­ci­li już z mie­cza­mi.

Krót­ko mó­wiąc, gdy­by To­masz Bec­ket nie spę­dził dwóch lat na zgłę­bia­niu sztu­ki fran­cu­skich hu­mo­rów, miał­by szan­sę umrzeć we wła­snym łóż­ku – bądź co bądź, kie­dy go za­mor­do­wa­no, miał już pięć­dzie­siąt­kę z ha­kiem – a kró­la Hen­ry­ka II pa­mię­ta­no by tyl­ko jako jed­ne­go z naj­wy­bit­niej­szych wład­ców An­glii, nie księ­żo­bój­cę.

Tym­cza­sem mor­der­stwo mia­ło kosz­to­wać Hen­ry­ka znacz­nie wię­cej niż tyl­ko utra­tę do­bre­go imie­nia – sta­ło się jed­ną z przy­czyn jego upad­ku.

Ra­zem z Ele­ono­rą do­cho­wa­li się ośmior­ga dzie­ci, w tym pię­ciu sy­nów. Jak jed­nak po­wszech­nie wia­do­mo, mał­żon­ko­wie po­zo­sta­wa­li w na­pię­tych sto­sun­kach i wciąż pro­wa­dzi­li zma­ga­nia o do­mi­na­cję w ło­nie wspól­ne­go im­pe­rium. Za spra­wą Ele­ono­ry jej ro­dzin­na Akwi­ta­nia po­zo­sta­wa­ła nie­za­leż­na od wła­dzy kró­la Hen­ry­ka, on zaś re­wan­żo­wał się, na­pa­da­jąc na mia­sta, na przy­kład Tu­lu­zę, któ­re na­le­ża­ły do człon­ków ro­dzi­ny Ele­ono­ry. Na do­miar złe­go i ku iry­ta­cji żony Hen­ryk sta­now­czo nie przy­wo­dził swo­im za­cho­wa­niem na myśl mni­cha, cze­go jed­nym z do­wo­dów był ro­mans z na­rze­czo­ną wła­sne­go syna, Ry­szar­da. Choć kró­lo­wa za­zwy­czaj przy­my­ka­ła oko na wy­bry­ki męża, nie za­mie­rza­ła jed­nak pu­ścić pła­zem związ­ku z Ro­za­mun­dą Clif­ford, po­wab­ną i mło­dą damą, któ­rą Hen­ryk na­zy­wał „Rosa Mun­di” („Róża Świa­ta”). Gdy tyl­ko ta pięk­ność wkro­czy­ła na sce­nę, Ele­ono­ra za­czę­ła pod­pusz­czać ro­dzo­nych sy­nów Hen­ry­ka, by od­cię­li się ksią­żę­cy­mi mie­cza­mi od oj­cow­skie­go kró­le­stwa. Wład­ca przy­po­mi­nał sta­rze­ją­ce­go się lwa – ką­sa­ły go mło­de lwię­ta, wy­pa­tru­jąc ja­kiej­kol­wiek ozna­ki sła­bo­ści; nie da­wa­ła mu spo­ko­ju lwi­ca, Ele­ono­ra.

Tak więc się sta­ło, że król An­glii mu­siał od­pie­rać atak ze stro­ny Fran­cji – bro­niąc się przed ro­dzo­ny­mi sy­na­mi. Naj­wię­cej za­mie­sza­nia czy­nił naj­star­szy po śmier­ci pier­wo­rod­ne­go, no­szą­cy rów­nież imię Hen­ryk. Mło­dy Hen­ryk ży­wił w ser­cu za­pie­kłą ura­zę. Spę­dził mia­no­wi­cie więk­szość dzie­ciń­stwa jako wy­cho­wa­nek, nie­mal przy­bra­ny syn To­ma­sza Bec­ke­ta. Po­dob­no stwier­dził kie­dyś, że ar­cy­bi­skup oka­zy­wał mu wię­cej oj­cow­skich uczuć w cią­gu jed­ne­go dnia niż król Hen­ryk przez całe swo­je ży­cie, to­też nie po­tra­fił wy­ba­czyć ojcu za­bój­stwa do­stoj­ni­ka.

Rów­nież Ry­szard od­zna­czał się wy­bu­ja­łą am­bi­cją, wciąż do­ma­gał się no­wych ziem, po­twier­dza­jąc te żą­da­nia cią­gły­mi na­jaz­da­mi. Nie­szczę­sny król Hen­ryk II mógł tyl­ko bez­sil­nie ob­ser­wo­wać roz­pad wła­snej ro­dzi­ny.

Mło­dy Hen­ryk zmarł na czer­won­kę po nie­uda­nej pró­bie zdo­by­cia jed­ne­go z miast na­le­żą­cych do ojca, Li­mo­ges w cen­tral­nej Fran­cji. Wkrót­ce po­tem jego brat, Got­fryd, któ­ry schro­nił się na sta­łe w Pa­ry­żu po za­koń­czo­nym nie­po­wo­dze­niem bun­cie, zgi­nął pod­czas ry­cer­skie­go tur­nie­ju na ko­pie.

U boku ojca po­zo­stał tyl­ko wier­ny Jan, choć mar­na to po­cie­cha – w rze­czy­wi­sto­ści to wła­śnie on osta­tecz­nie przy­czy­nił się do zgu­by ojca.

La­tem 1189 roku Ry­szard do­wie­dział się, że jego oj­ciec za­mie­rza po­da­ro­wać Ja­no­wi Akwi­ta­nię. Roz­wście­czo­ny my­ślą o utra­cie tak do­cho­do­we­go i przy­na­leż­ne­go mu z ra­cji star­szeń­stwa ka­wał­ka sche­dy, roz­pę­tał w An­de­ga­we­nii ko­lej­ną skie­ro­wa­ną prze­ciw­ko ojcu re­be­lię. Tym ra­zem uda­ło mu się zna­leźć je­dy­ny sła­by punkt w zbroi Hen­ry­ka – zdo­łał prze­ko­nać mło­de­go Jana do zdra­dy.

Ka­pe­lan Hen­ry­ka II, wa­lij­sko-nor­mań­ski kro­ni­karz zwa­ny Ge­ral­dem z Wa­lii, opi­su­je ma­lo­wi­dło znaj­du­ją­ce się w jed­nej z kom­nat kró­lew­skie­go zam­ku Win­che­ster. Przed­sta­wia­ło orła dzio­ba­ne­go przez trzy kur­cza­ki, cze­mu przy­glą­dał się czwar­ty, mniej­szy od po­zo­sta­łych. Kie­dy spy­ta­no Hen­ry­ka o zna­cze­nie tej dzi­wacz­nej sce­ny, król po­noć wy­ja­śnił, że kur­cza­ka­mi są jego czte­rej sy­no­wie, a o tym naj­młod­szym mó­wił po­noć: „któ­re­go da­rzę naj­więk­szym afek­tem, dnia pew­ne­go wię­cej spra­wi mi zgry­zo­ty i śmier­tel­nej tro­ski niż tam­ci”. Praw­da to czy też hi­sto­ryj­ka wy­my­ślo­na post fac­tum, stwier­dze­nie jest nad­zwy­czaj traf­ne.

Hen­ryk udał się do An­de­ga­we­nii, by wal­czyć z sy­na­mi, lecz Ry­szard oraz jego so­jusz­ni­cy (w tym syn Lu­dwi­ka VII, Fi­lip Au­gust) nie da­wa­li za wy­gra­ną, aż Hen­ryk w koń­cu po­sta­no­wił ustą­pić wo­bec ich żą­dań. Zdra­da, ja­kiej do­pu­ścił się Jan, nie­mal do­słow­nie zła­ma­ła ser­ce sta­re­go kró­la.

Za­le­d­wie kil­ka dni po­tem, 6 lip­ca 1189 roku, Hen­ryk II od­szedł z tego świa­ta w zam­ku Chi­non (w któ­rym on­giś wię­ził swo­ją mał­żon­kę Ele­ono­rę). Po­wia­da się, że zmarł ze zgry­zo­ty, kie­dy zaś hi­po­kry­ta Ry­szard zja­wił się, aby od­dać zwło­kom ostat­ni hołd, z nosa Hen­ry­ka po­pły­nę­ła krew, uka­zu­jąc wszem i wo­bec, o ja­kie cier­pie­nia wy­rod­ny syn przy­pra­wił swo­je­go ojca.

Ry­szard nie­zbyt się tym prze­jął – zdą­żył się już ko­ro­no­wać na księ­cia Nor­man­dii, a na­stęp­nie wy­brał się pro­sto do Lon­dy­nu, żeby ob­jąć an­giel­ski tron.

Na sprze­daż: sto­li­ca, ume­blo­wa­na

Ry­szard I (zwa­ny Ry­szar­dem Lwie Ser­ce) utrwa­lił się w pa­mię­ci po­tom­nych jako wiel­ki król An­glii, lecz w rze­czy­wi­sto­ści spę­dził za­le­d­wie sie­dem mie­się­cy swo­je­go dzie­się­cio­let­nie­go pa­no­wa­nia w kra­ju, któ­rym po­noć miał rzą­dzić. Wo­lał bu­szo­wać za gra­ni­cą; za­zwy­czaj wi­dy­wa­no go, jak bro­nił miesz­kań­ców ziem po­ło­żo­nych nad wschod­nią czę­ścią Mo­rza Śród­ziem­ne­go przed wszel­ki­mi for­ma­mi wol­no­ści wy­zna­nia, ja­kie mo­gły­by im się za­ma­rzyć, albo prze­ga­niał roz­ma­itych uzur­pa­to­rów usi­łu­ją­cych do­brać się do jego roz­le­głych fran­cu­skich te­ry­to­riów odzie­dzi­czo­nych po ro­dzi­cach – wszak Ry­szard był nie tyl­ko kró­lem An­glii, lecz rów­nież księ­ciem Nor­man­dii, Akwi­ta­nii i Ga­sko­nii, hra­bią An­de­ga­we­nii i Nan­tes oraz wład­cą Bre­ta­nii.

Za An­glią nie prze­pa­dał, rzekł na­wet kie­dyś, że chęt­nie „sprze­dał­by Lon­dyn, je­że­li znaj­dzie się ku­piec”, aby sfi­nan­so­wać swo­je kru­cja­ty.

Wła­śnie kie­dy Ry­szard wy­ru­szył na wy­pra­wę krzy­żo­wą, jego młod­szy brat po­sta­no­wił kon­ty­nu­ować ro­dzin­ną tra­dy­cję knu­cia prze­ciw­ko naj­bliż­szej ro­dzi­nie. Stał się tym sa­mym czar­nym cha­rak­te­rem z nie­zli­czo­nych fil­mów o Ro­bin Ho­odzie, wraz z rów­nie ob­mier­z­łym sze­ry­fem z Not­tin­gham. Co praw­da, mimo gło­szo­nych od Wału Ha­dria­na po Wilt­shi­re nie­zli­czo­nych za­pew­nień prze­wod­ni­ków tu­ry­stycz­nych Ro­bin Hood naj­praw­do­po­dob­niej nig­dy nie ist­niał. A w każ­dym ra­zie nig­dy nie ist­niał je­den je­dy­ny i nie­po­wta­rzal­ny Ro­bin Hood, ja­kie­go zna­my. Imię Ro­bin było bar­dzo po­pu­lar­ne w śre­dnio­wie­czu, jako zdrob­nie­nie od imie­nia Ro­bert, na­to­miast Hood sta­no­wi­ło od­mia­nę sło­wa Wood (las). Nie­wy­klu­czo­ne tak­że, że Ro­bin Hood to okre­śle­nie zbio­ro­we ozna­cza­ją­ce osob­ni­ków wy­ję­tych spod pra­wa, być może wy­wo­dzą­ce się od praw­dzi­we­go imie­nia, tak samo jak sło­wo „chu­li­gan” bie­rze się od na­zwi­ska Ho­uli­han, cie­szą­ce­go się złą sła­wą w dzie­więt­na­sto­wiecz­nym Lon­dy­nie.

Lu­do­we bal­la­dy opi­su­ją­ce he­ro­icz­ne wy­czy­ny Ro­bin Ho­oda wy­wo­dzą się z XIII wie­ku. Naj­czę­ściej do­ty­czą sprze­ci­wu wo­bec wła­dzy – mo­tyw zro­zu­mia­ły, je­śli uświa­do­mić so­bie, że w tam­tych cza­sach bo­ga­ci wła­ści­cie­le ziem­scy trak­to­wa­li swo­ich pod­da­nych go­rzej niż by­dło ro­bo­cze, bez­li­to­śnie ich wy­zy­sku­jąc; mie­li przy tym pra­wo po­wie­sić któ­re­go­kol­wiek z nich, je­śli aku­rat taka przy­szła im fan­ta­zja. W bal­la­dzie za­ty­tu­ło­wa­nej Gest of Ro­byn Hood, spi­sa­nej pod ko­niec pięt­na­ste­go wie­ku, lecz praw­do­po­dob­nie znacz­nie star­szej, „Ro­byn” na­stę­pu­ją­co wy­kła­da Ma­łe­mu Joh­no­wi swo­je po­glą­dy:

Bi­sku­pi i ar­cy­bi­sku­pi

tych się ra­bu­je i łupi;

wiel­kie­go sze­ry­fa z No­tyn­gham

ta­koż w pa­mię­ci mam.

Bi­sku­pi, ar­cy­bi­sku­pi i sze­ryf: fi­la­ry śre­dnio­wiecz­nej wła­dzy, któ­re tak miło by­ło­by oba­lić.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: