11 zanim 12. Tom 1 - ebook
11 zanim 12. Tom 1 - ebook
Za T-MINUS 29 DNI (ODLICZANIE TRWA) DOTYCHCZASOWE ŻYCIE KAYLAN ZMIENI SIĘ NA ZAWSZE.
Koniec z tańcem na basenie i ze ściganiem furgonetki z lodami.
Od teraz wszystko może mieć wpływ na reputację. Powstaną nowe grupy przyjaciół. A przypałowe fryzury zostaną zapamiętane do końca życia. Niedługo zaczyna się gimnazjum.
Na szczęście Kaylan i jej mega wyluzowana najlepsza kumpela, Arianna, mają plan:
1. Stworzyć listę jedenastu rzeczy, które muszą zrobić, żeby stać się odlotowe, zanim skończą dwanaście lat.
2. Olśnić wszystkich swoją metamorfozą w czasie najlepszej podwójnej imprezy urodzinowej w historii szkoły West Brookside.
Ale w trakcie zawierania znajomości z chłopakami, dostawania się do szkolnego aresztu, przeprowadzania szczerych rozmów ze swoimi mamami i pomagania ludzkości Kaylan i Ari tracą z oczu jeden cel, który zapomniały umieścić na liście – dbanie o swoją przyjaźń.
Czy zanim nadejdzie dzień przyjęcia, realizacja zaplanowanych wspólnie celów rozdzieli je na zawsze?
| Kategoria: | Dla dzieci |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-280-7060-8 |
| Rozmiar pliku: | 3,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kaylan! – Ryan tłucze w moje drzwi. – Zaspałaś! Dziś pierwszy dzień szkoły! Jesteś już spóźniona!
Podbiegam, by walnąć go w głowę poduszką, ale jestem zbyt wolna.
– Ryan! – wrzeszczę za nim. – Jesteś dupkiem. Karma jeszcze cię dopadnie. Spotka cię coś złego, jak nie będziesz dla mnie miły.
Po pięciu głębokich oddechach dzwonię do Ari.
– Chcesz iść na basen? – pytam ją od razu, gdy odbiera telefon.
Odpowiada zaspanym głosem:
– Kay, spójrz na zegarek.
Przewracam się na bok i zerkam na nocny stolik.
8:37.
– Dobra – odpowiadam. – Przyznaję, myślałam, że jest później. Przynajmniej dziewiąta. – Milknę na chwilę. – Przepraszam. Obudziłam cię?
Ari wzdycha.
– Wciąż leżę w łóżku, ale nie obudziłaś mnie.
– Dzień Paniki – rzucam. – Pierwszy sierpnia, alarm najwyższego poziomu paniki. Już zaczynam się niepokoić.
Pierwszy sierpnia zapowiada już koniec lata, mimo że został jeszcze miesiąc wakacji. Pierwszy sierpnia oznacza, że rozpoczęcie szkoły jest tuż-tuż, choć zostało jeszcze dwadzieścia dziewięć dni.
– Och, Kaylan. – Śmieje się. – Weź kilka głębokich oddechów. Włożę tylko strój kąpielowy i będę u ciebie za godzinę. Już spakowałam torbę na basen, bo miałam przeczucie, że będziesz się stresować.
– Doskonale. – Wzdycham z ulgą. – Przyjdź jak najszybciej! Ale na pewno przed dziewiątą trzydzieści, okej? Powiedziałaś, że za godzinę.
– W porządku, już wstałam. I nie uwierzysz – mówi rozkojarzona – ale naprzeciwko wprowadzają się nowi sąsiedzi.
– Naprawdę? – Wstaję w końcu z łóżka i wyciągam z komody z ciuchami swój jednoczęściowy fioletowy strój. – Opisz.
Milknie na sekundę i nie mam całkowitej pewności, czy mnie słyszała.
– Właśnie wnoszą kanapę – wyjaśnia. – Nie wiem, ile jest dzieci, ale jedno wygląda jak chłopak w naszym wieku.
– Chłopak? – piszczę.
– No, teraz gra w kosza. – Przestaje mówić. – Przed chwilą uderzył kogoś z ekipy przeprowadzkowej piłką w głowę.
– Powiedz coś więcej – mówię, delikatnie nakładając kropki kremu przeciwsłonecznego na całą twarz. Podobno musi minąć przynajmniej pół godziny, zanim krem wchłonie się w skórę, a moja jasna irlandzka karnacja potrzebuje wszelkiej możliwej ochrony.
Sądzę, że po moich włoskich przodkach odziedziczyłam jedynie zdolności do panikowania.
– Wszedł do środka – wyjaśnia Ari. – Wydaje mi się, że dostanie opieprz. Widziałam kobietę, pewnie jego matkę, załamującą nad nim ręce.
– Ups. – Wkładam strój kąpielowy, przytrzymując telefon brodą w zagłębieniu szyi.
– O, poczekaj, są z powrotem na zewnątrz. Robią zdjęcie naprzeciwko domu. – Przerywa. – Chłopak ma małą siostrę. Wydaje mi się, że matka jest biała. Ojciec czarny.
– Interesujące – mówię. – Może jego siostra jest w wieku Gemmy.
– Może… – Jestem w stanie stwierdzić, że wciąż się na nich gapi przez okno, słuchając mnie jedynie połowicznie.
– A tak w ogóle Ryan utrzymuje, że sprawa czerwonego X to prawda. Nie słyszałaś o tym, co? – pytam.
– Kaylan! – Pstryka żartobliwie palcami. – Nie! Nabija się z ciebie. Dobra, idź wziąć torbę na basen, zjedz śniadanie, a ja będę na miejscu jak najszybciej.
Chwytam plecak, żeby wrzucić do niego krem przeciwsłoneczny, ubrania na zmianę i książkę na lato, której nie skończyłam jeszcze czytać. Trudno mi się wciągnąć w lekturę Mój brat Sam nie żyje¹, ale to, co dotąd przeczytałam, sprawia, że moje życie wydaje mi się całkiem proste.
Słyszę wytyczne Ari w swojej głowie, gdy się szykuję, i od razu czuję się spokojniejsza. Ma kojący głos osoby, która nigdy niczym się nie stresuje.
Gapię się znowu na zegarek. 9:35. Czekam na Ari przy schodach frontowych. Staram się trzymać najdalej, jak to możliwe, od mojego brata. Ari wciąż ma dwie minuty, ale marzę, by już przyszła.
Wstaję i szukam jej wzrokiem, ale nigdzie jej nie widać. Spóźni się. W Dniu Paniki.
Poznałam słowo panika dzięki mojej mamie. Jest pół-Włoszką i sama nauczyła się go od swojej babki, która była stuprocentową Włoszką i używała go bez przerwy. To słowo oznacza niepokój, stres, zdenerwowanie – i tym podobne rzeczy.
Nie wiem, co powodowało stres prababci, ale jest oczywiste, co powoduje mój.
Rozpoczęcie szkoły średniej².
Kilka minut później dostrzegam Ari na końcu ulicy i idę do niej po podjeździe. Zmierza w moją stronę, ma włosy upięte w kok i założyła ulubione okulary przeciwsłoneczne w kształcie serc. Różowo-biała torba zwisa lekko z jej ramienia, jakby była najlżejsza na świecie.
– Kupiłam ci dodatkową gumkę do włosów – mówi Ari, pokazując mi nadgarstek. – Bo zawsze o nich zapominasz.
– Dzięki – mówię. – Wejdźmy do środka, żebym mogła zabrać swoje rzeczy. Miałam straszny poranek.
– Co się stało? – pyta Ari po tym, jak upijam łyk wody z jej butelki.
Rozglądam się, szukając wzrokiem brata.
– Nawet nie mogę o tym mówić. Ryan i ja wdaliśmy się w okropną sprzeczkę wczoraj wieczorem. Rozbiłam mu na głowie miskę z płatkami, tak było źle. I zrobiłam to dokładnie w chwili, kiedy wszedł jego przyjaciel Tyler.
– Wow – komentuje Ari.
Kiedy wchodzimy do środka, Ari od razu kieruje się do pokoju i siada na brązowym rozkładanym fotelu. To było ulubione miejsce mojego taty, zanim się wyprowadził. Zawsze o nim myślę, gdy spoglądam na ten fotel. Powinnam się już z tego otrząsnąć.
On nie tęskni za fotelem. Za nami też nie. Prawie w ogóle nie dzwoni.
– Zastanawiałam się nad czymś – wyznaje Ari, zdejmując japonki i kładąc nogi na podnóżku. – Będę używać imienia Arianna, kiedy zacznie się szkoła.
Serce mi wali jak młotem, kiedy to mówi, jakby zaraz miało nadejść więcej komunikatów i wyznań, jakby miała mi powiedzieć rzeczy, których nie chcę usłyszeć. Rozdrapuję ślad po ukąszeniu komara i staram się słuchać.
Przyjaciółka patrzy na mnie krzywo i siada obok mnie na kanapie. Ari, powinnam mówić Arianna, siedzi ze skrzyżowanymi nogami naprzeciwko mnie.
– No wiesz, to w końcu nowa szkoła. Powinnam mieć nowe imię. Brzmi dojrzalej. Wyrafinowanie. Coś w tym stylu.
Potakuję, ale jedyne, o czym mogę myśleć, to to, że sama potrzebuję czegoś podobnego. Muszę zrobić coś wielkiego, co mnie odmieni przed rozpoczęciem szkoły średniej. Ale nie mam przezwiska, którego inni mogliby używać, i nie mogę sprawić sobie całkowicie nowej garderoby. Może powinnam zdecydować się na radykalną zmianę fryzury albo coś takiego? Nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy.
– Po prostu chciałam się upewnić, że nie masz z tym problemu – dorzuca Ari. – Znam twoje podejście do zmian.
Prycham lekceważąco, ale jakoś mi lżej, bo to rozumie, bo wie, że sobie nie radzę z takimi sytuacjami.
– Ale przecież ty już jesteś wyrafinowana – przypominam jej. – Co rok chodzisz na balet ze swoją mamą.
Śmieje się.
– Hmm, no tak, to dlatego, że moja mama kupuje bilety.
– Dobra, cóż, jesteś dojrzała. Opiekujesz się cały czas Gemmą, a twoi rodzice nigdy się nie martwią, że wy dwie jesteście same w domu i go spalicie.
– Kay. – Ari kładzie dłonie na moich kolanach. – Rozumiem, o co ci chodzi, jestem już prawie gotowa na liceum. Potrzebuję więc imienia, które to odzwierciedla, pokazuje moje prawdziwe ja.
– Dobra, Arianno. Cóż, jeśli wymyślisz coś podobnego, co ja mogłabym zrobić, po prostu daj mi znać. – Wyciągam z kieszeni mojego wdzianka balsam do ust z filtrem i rozsmarowuję go na ustach. – Ja też mam na ciebie mówić Arianna? Czy mogę pozostać przy Ari? W końcu kto jak kto, ale ja doskonale wiem, że jesteś dojrzała i wyrafinowana.
Najlepsze przyjaciółki powinny móc używać jednych, niezmiennych ksywek do końca życia. To pewnego rodzaju reguła przyjaźni, którą powinien znać i akceptować każdy.
– No tak, kiedy zacznie się szkoła, przy innych osobach mów do mnie Arianna, dobrze? Inaczej to będzie mylące, wiesz? – Wyciąga dłoń, więc daję jej błyszczyk. – Po prostu spróbuj kilka razy, żebyś mogła się przyzwyczaić.
– Dobra, Arianno. – Śmieję się. – Gotowa na basen?
– Zawsze jestem gotowa na basen – odpowiada, biorąc do ręki swoją doskonale spakowaną torbę. Pamiętała nawet o dwóch butelkach wody i sprayu przeciwsłonecznym.
Chwytam wiszący na drzwiach łazienki ręcznik, wciąż mokry od wczoraj, i przerzucam go sobie przez ramię.
– Ryan, wychodzimy! – krzyczę, gdy wbiegam na górę po schodach po torbę, próbując przebić się przez dźwięki gry wideo. – Oczy ci się wykrwawią, jeśli będziesz się gapił w ekran przez cały dzień!
Nie odpowiada.
– Myślisz, że mój brat zrobił sobie przeszczep osobowości i zapomniał mi o tym wspomnieć? – pytam Ari w drodze na basen, poluzowując szelki plecaka. Nie umiem nigdy ich dopasować, by dobrze mi leżały na ramionach; cały czas wpijają mi się w ciało. Muszę koniecznie kupić nowy plecak, zanim rozpocznie się szkoła.
Ari się śmieje, opuszczając okulary na czubek nosa i spoglądając na mnie podejrzliwie.
– Czy to w ogóle możliwe? Byłoby świetnie, gdyby tak było.
Trzymam szelki plecaka.
– Żartowałam. Jasne, że to by było świetne. Już od kilku tygodni dziwnie się zachowuje, ale przez większość czasu to ignorowałam, bo chciałam, żeby przestał sam z siebie.
– Magiczna umiejętność sprawiania, by rzeczy znikały ot tak, to by dopiero było ekstra – sugeruje Ari.
– Jasne! – Myślę o tym przez chwilę, zastanawiając się, czy istnieje jakiś sposób, by to zrobić, by naprawdę kontrolować nasze myśli i je opanowywać. – Przyjaźniliśmy się z Ryanem, wiesz? A teraz albo zachowuje się w stosunku do mnie jak dupek, albo mnie ignoruje.
– Myślę, że bracia tacy po prostu są – wyjaśnia Arianna. – A im bardziej się nakręcasz, tym bardziej cię to męczy.
Patrzę na nią, ale ona nie nawiązuje ze mną kontaktu wzrokowego.
– Mówisz tak o każdym problemie.
Śmieje się.
– Bo to prawda. – Zatrzymuje się, by wyciągnąć kamyczek z japonki. Kiedy mnie dogania, łapie mnie za ramię.
– Kay, za bardzo się stresujesz. Wiesz o tym, prawda?
– Chyba tak – mamroczę.
– No i… – kontynuuje Ari – nie znam się zupełnie na braciach. Więc mogę się tylko domyślać, jak to jest. Gemma nadal myśli, że jestem najwspanialsza. Ale to dlatego, że ma osiem lat. Jestem pewna, że w końcu zacznę ją irytować.
– Prawdopodobnie.
Docieramy na basen i rzucamy ręczniki na nasze ulubione leżaki. Oczywiście nie są naprawdę nasze, ale nazywam je naszymi, bo zawsze siedzimy w tym samym miejscu, przy schodach, przy najpłytszej części basenu, częściowo w słońcu, a częściowo w cieniu. To najlepsza miejscówa.
Ari idzie do łazienki, a ja smaruję się kremem przeciwsłonecznym. Już mam wskoczyć do wody, kiedy kątem oka dostrzegam Tylera siedzącego na krzesełku ratownika. Odwracam wzrok i staram się upewnić, że każda smuga kremu przeciwsłonecznego się wchłonęła. Sprawdzam malutkie kropki opalenizny na nogach i przyglądam się odpryskującemu lakierowi na paznokciach u stóp.
– Cześć, Kaylan! – woła Tyler.
– A, cześć. – Udaję, że dopiero teraz go dostrzegłam. – Nie wiedziałam, że tu pracujesz. Jestem tu latem prawie codziennie i nigdy cię nie widziałam.
– Pracuję tylko na zastępstwie w sierpniu – mówi. – Tak naprawdę to nadal się szkolę. Chcę pracować jako ratownik, gdy pójdę do szkoły średniej.
Nie jestem pewna, czy dzieciak tylko rok starszy ode mnie, który „nadal się szkoli” na ratownika, powinien pilnować ludzi na basenie, ale kimże jestem, żeby to oceniać?
– Nie bądź taka nerwowa. – Chłopak się śmieje, podciągając koszulkę, by wytrzeć pot z twarzy.
Próbuję patrzeć na jego twarz, gdy mówi, ale widzę jedynie jego brzuch. Brzuch Tylera. Jest opalony na złocistobrązowo i znajduje się dokładnie na wprost mojej twarzy. Chyba nie jestem w stanie skupić wzroku na niczym innym.
– Joey ma na mnie oko.
Joey to dyrektor naszego basenu, również pracujący jako ratownik.
– No dobra, w porządku, postaram się nie utopić – mówię, śmiejąc się i nie mając pewności, czy to faktycznie było zabawne, czy nie.
– Dobry plan. – Tyler unosi kciuk.
Chwilę później gwiżdże na jakieś dzieci walczące ze sobą w płytszej części basenu. Wygląda tak poważnie, kiedy siedzi, opierając się o krzesło ratownika, jak gdyby miał wszystko pod kontrolą. Włosy odrobinę mu sterczą. Na nosie i policzkach odznaczają się smugi białego kremu przeciwsłonecznego, które jakimś cudem nie wyglądają na nim idiotycznie. Sprawia wrażenie, jakby był urodzonym ratownikiem.
Zaczyna mi drgać lewa powieka i swędzą mnie ręce. Bardzo, bardzo swędzą. Czy to wysypka spowodowana nowym kremem z filtrem? Nie mogę przestać się drapać w łokieć.
Wydaje mi się, że dostałam pokrzywki. Przecież to tylko Tyler, najlepszy przyjaciel Ryana od prawie zawsze. Ale teraz, ni stąd, ni zowąd, nie jestem w stanie spokojnie na niego patrzeć. Muszę skupić wzrok na czymś innym.
Nagle po rozmowie z nim czuję się, jakbym miała zemdleć.
Ari w końcu wraca, po spędzeniu jakichś trzystu lat w łazience.
– Ari… – przyciągam ją blisko do siebie i szepczę: – czy myślisz, że Tyler jest fajny?
Rozgląda się, jakby nie mogła go dostrzec, a ja wskazuję głową w górę, w kierunku wieży ratownika.
– Hmm, może? – Wzrusza ramionami, siedząc w dolnej części mojego leżaka. – Nigdy o tym nie myślałam… Poczekaj, przyjrzę mu się bliżej.
– Nie! Nie! – Uderzam ją w ramię.
– Ała! Kaylan! – Spogląda na mnie krzywo.
– Przepraszam. – W jakiś dziwaczny sposób odczuwam jego obecność. Ciągle jestem świadoma, że jest blisko. To coś jak swędzenie, które bardzo dokucza, ale nie mogę się podrapać.
Ari wskazuje głową w moją stronę i mówi cicho:
– Przepraszam, że ci to mówię, bo dziś Dzień Paniki i w ogóle, ale Brooke i Lilly tu są.
– Co? Naprawdę? – Jestem całkowicie rozkojarzona myśleniem o Tylerze. Lustruję basen, żeby je znaleźć.
– No, wygląda na to, że wróciły z obozu. – Ari patrzy w kierunku głębszej części basenu. – Są tam, z tą grupą chłopców od Chase’a Selnowitza, znam kilku z nich ze szkółki żydowskiej.
Lily, Brooke i Kaylan. Nazwałyśmy się Lubik od liter LBK (głupia nazwa, teraz kiedy o tym myślę) i przepadałyśmy za sobą. Poznałyśmy się na zajęciach muzycznych dla maluchów i nasze mamy się zaprzyjaźniły, a potem my się zaprzyjaźniłyśmy, więc sądziłam, że tak będzie już zawsze. Ale potem, w mgnieniu oka, wszystko się zmieniło. Brooke i Lily zostały przyjęte do paczki przez Komórkowe Dziewczyny (nazywam je tak, bo jako pierwsze miały telefony komórkowe), ale ja nie zostałam przez nie przygarnięta. Byłam jak niechciane przemrożone pudełko lodów, pozostawione na ladzie, żeby trochę stopniało. Do czasu, gdy Ari przyszła do naszej szkoły w czwartej klasie.
– Czy Tamar też tu jest? – pytam. – W tym roku też będzie w sosie Tamari?
Tamar to najlepsza przyjaciółka Ari ze szkółki żydowskiej. Ari żartuje czasem, że Tamar jest mną ze szkółki żydowskiej, bo nie chodzi z nami do zwykłej szkoły. Ludzie potrzebują najlepszych przyjaciół gdziekolwiek trafiają, to prosta prawda życiowa.
– Myślę, że skończyłyśmy z sosem Tamari. – Śmieje się z połączenia imion, które wymyśliłyśmy. – Nadal jesteś o to zazdrosna, Kay? – Przygląda mi się uważnie.
– Nie – mruczę i odwracam wzrok. – Boże, czemu Brooke i Lily już wróciły? Czy któraś z nich chodzi z Chase’em?
W zeszłym roku Brooke i Lily pojechały na ten sam obóz co Komórkowe Dziewczyny i po prostu mega im się podobało. Usłyszałam je przypadkiem, mówiły o tym cały czas, jakby to była najlepsza rzecz, jaka im się kiedykolwiek zdarzyła, jakby co najmniej spędzały tam czas z celebrytami lub coś podobnego.
Ari pochyla się i kładzie ręce na moich ramionach.
– Daj spokój, chodźmy popływać, to ci oczyści umysł.
Bierze moją dłoń i prowadzi mnie w kierunku basenu. Wskakujemy razem, wciąż trzymając się za ręce, tak jak mamy w zwyczaju. To pewnie dziecinne i zastanawiam się, czy powiedzieć jej, że powinnyśmy od teraz wskakiwać do wody osobno lub nawet używać schodków jak zwyczajni ludzie.
– Mają dzisiaj w barze paluszki z mozzarelli – mówi Ari, płynąc w miejscu i całkowicie zmieniając temat.
– Co jeszcze dziś polecają? – pytam, mimo że jedzenie to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę. Mój brzuch jest bardziej zaciśnięty niż węzły na linie, na którą musiałyśmy się wspinać na WF-ie w zeszłym roku. Nie mogę nawet myśleć o Brooke i Lily. Nie jestem w stanie z nimi rozmawiać, pytać je o obóz lub cokolwiek innego, nie odczuwając przy tym totalnego zażenowania. Prościej jest udawać, że nie istnieją.
Chyba są sprawy, których nigdy nie przeboleję. Na przykład koniec przyjaźni i odejście taty. Kto wie, co jeszcze dołączy do nich w przyszłości. Może powinnam sporządzić w głowie listę rzeczy, których nigdy nie przeboleję, i po prostu zaakceptować fakt, że nie uda mi się wykreślić z niej wszystkich punktów.
– Aaaa, kanapka z indykiem i borówkowe smoothie! – zachwyca się Ari. – Kay, chodź, pościgamy się, co? Dobrze ci to zrobi. Kraulem?
Przytakuję. To nasz ulubiony styl pływacki. Zajmujemy miejsca przy ścianie w płytszym końcu basenu i pytamy Rebekę, jedną z ratowniczek, czy da nam znak, by rozpocząć wyścig.
Pływanie pozwala mi całkowicie zapomnieć o wszystkich zmartwieniach. Przez kilka minut staram się płynąć tak szybko, jak tylko potrafię, i nie myślę o Brooke i Lily. Nie myślę o Ryanie i o tym, jakim jest głupkiem. Nie myślę nawet o pierwszym sierpnia ani o panice, ani o pójściu do szkoły średniej.
Moje ręce szybko poruszają się w przód i w tył, jakbym była pływaczką olimpijską walczącą o złoty medal. Nogi raz po raz przecinają lustro wody. Czuję się odświeżona i orzeźwiona. Obracam głowę, by zaczerpnąć powietrza, i słyszę stłumione głosy dopingujących nas dzieci. Woda wokół mnie się rozpryskuje. Gdy ponownie obracam głowę, słyszę dobiegający z głośnika komunikat, że jedzenie czeka już na nas w barze szybkiej obsługi.
– Gratki – komentuje zdyszana Ari, gdy dopływa do krawędzi basenu. – Myślę, że to był nasz najszybszy wyścig.
– Też tak myślę – stwierdzam, uśmiechając się i łapiąc oddech. – Czuję się, jakbym mogła zjeść po tym wysiłku dwie duże porcje pałeczek z mozzarelli.
Ari opiera się o krawędź basenu i mówi:
– Zastanawiam się, czy te dzieciaki stojące przy stanowisku do nurkowania będą z nami w klasie. Wyglądają, jakby były w naszym wieku, co?
– Hmm, nie sądzę. Wydają się starsi od nas.
– Myślisz? – pyta. – Tylko dlatego że noszą tyci, tyci bikini?
Zerkam w tamtą stronę i wybucham śmiechem, a potem spoglądam na Ari.
– No, moja mama nigdy by mi nie pozwoliła czegoś takiego nosić. Widzisz, jak mało zakrywa?
Ari śmieje się tak mocno, że musi na sekundę zanurkować pod wodę, żeby ochłonąć.
– Właściwie to sama mam takie bikini. Moja kuzynka dała mi je na urodziny. Ale nigdy go nie założyłam.
Gapię się na Dziewczyny w Skąpych Bikini i staram się zrozumieć ten układ. Chłopcy i dziewczyny razem, jakby to było zupełnie normalne, i wszyscy są świetnymi kumplami, i ciągle spędzają czas razem.
Ari wciąż pokłada się ze śmiechu.
– Prawie widać im cycusie! Czy jest w ogóle takie słowo – cycusie?
Wzruszam ramionami.
– Nie mam pojęcia. Ale powinno być, co nie? Jak będziemy go często używać, stanie się modne.
– Cycusie – szepczę do niej.
– Cycusie – powtarza szeptem.
– Nie damy rady tego powtórzyć, nie śmiejąc się!
– Wiem! – piszczy.
Ochlapujemy się wodą, a potem zaczynamy ćwiczyć stanie na jednej ręce.
Co z tego, że to dziecinne? Mimo to świetnie się bawimy.
A nasze kostiumy kąpielowe przynajmniej zakrywają nasze, hmm, cycusie.
Gdyby to zależało ode mnie, dałybyśmy sobie spokój ze szkołą i zamieszkałybyśmy na zawsze na basenie.Rozdział drugi
Idziemy do baru szybkiej obsługi, żeby kupić lunch, kiedy słyszymy, jak ktoś woła:
– Ari! Hej! Tutaj.
Rozglądamy się, nie wiedząc, skąd dobiega głos, aż w końcu lokalizujemy wołającą osobę. Jest wysoka i ma najdłuższe nogi, jakie kiedykolwiek widziałam. Nawet nie związała włosów, po prostu rozwiewa je wiatr, ale w jakiś magiczny sposób nie opadają jej na twarz. I w ogóle nie wygląda na spoconą! Idziemy w kierunku leżaków znajdujących się w słońcu, niemal przy samym końcu basenu.
– O mój Boże, cześć! – wita nieznajomą Ari, pochylając się, by ją przytulić.
– Ari, jesteś taaaaaka opalona – komentuje z podziwem dziewczyna. – BTW, Tamar mówiła, że przyjdzie później.
BTW? Uuuuu.
– Och, to świetnie. – Ari się uśmiecha. – Nie rozmawiałam z nią od końca szkółki, od kiedy pojechała na obóz. Jak spędziłaś lato?
Głos Ari zawsze staje się superpiskliwy, kiedy jest czymś podekscytowana, ale teraz brzmi normalnie. Mam poczucie, że oznacza to koniec sosu Tamari.
Świetnie.
– Było cudownie – odpowiada dziewczyna. – Byłam na tej wycieczce dla nastolatków z Phoebe, znasz ją, co nie? Bawiłyśmy się wspaniale.
Stoję tam, czując się naprawdę głupio, ponieważ nie znam tej dziewczyny, a Ari mnie nie przedstawiła. Kiwam się, przenosząc ciężar ciała z lewej nogi na prawą, a potem z powrotem. Czy powinnam iść do baru i tam poczekać? Nie chcę im przeszkadzać, ale nie chcę też dalej tu stać, jakby wisząc z boku i nie uczestnicząc w ich rozmowie.
– To ekstra – komentuje Ari. – Och, znasz Kaylan? – Zwraca się do mnie: – Czy wy się w ogóle znacie? Nie pamiętam. Jules przeprowadziła się tutaj w zeszłym roku, chodzimy razem do szkółki żydowskiej.
– Nie wydaje mi się – zwracam się do tej całej Jules. – Mam na imię Kaylan, ale to już wiesz od Ari.
– Jestem Jules, co też już powiedziała Ari. – Dziewczyna się śmieje. – Chodzicie razem do szkoły?
Ari przytakuje.
– A czy ty będziesz chodzić do West Brookside? Mówiłaś, ale zapomniałam. Wydaje mi się, że koniec szkółki był tak dawno temu, prawda?
Jules bawi się koralikami przy ramiączkach kostiumu kąpielowego.
– Też mam takie wrażenie. Nie wybieram się do West Brookside, idę do East, ale ktoś z moich przyjaciół będzie tam chodzić. – Patrzy w ich stronę. – Przedstawię was.
– Przedstaw nas po lunchu, okej? – proszę. – Umierrrrram z głodu. Próbuję naśladować kwestię, którą kiedyś słyszałam w filmie, ale żadna z nich nie łapie dowcipu.
– Och, no jasne! – Jules podskakuje na palcach. – Do zobaczenia później, dziewczyny.
Wraca do swojej grupy, a Ari i ja w milczeniu idziemy do baru z kanapkami.
Słyszymy, jak Jules mówi:
– Och, to Ari, jest świetna! Tylko dzięki niej szkółka żydowska jest znośna.
Ari i ja patrzymy na siebie i unosimy brwi.
– To chyba duży komplement – stwierdzam, próbując imitować śpiewny głos Jules.
– Prawda?! – piszczy Ari.
Dziwnie jest mieć świadomość, że całe twoje życie niebawem się zmieni, ale nie mieć pojęcia, w jaki sposób wpłynie na ciebie ta zmiana. Chodziłam do klasy z prawie tą samą grupką dzieciaków od przedszkola, a za kilka tygodni będę w nowej olbrzymiej szkole z miliardem osób, których nie znam. Dobra, może nie miliardem, ale mnóstwem. Na pewno będę mieć poczucie, że to miliard. A może nawet miliard plus jeden.
– Hej, basenowicze z Brookside! – Słyszymy, jak Joey krzyczy przez głośnik. – Powiedziałem: „Hej, basenowicze z Brookside!”.
Kilka rozentuzjazmowanych osób krzyczy do niego w odpowiedzi:
– Cześć, Joey!
– Nie słyszę was!
Wszyscy wrzeszczymy:
– Cześć, Joey!
Ari i ja śmiejemy się z siebie i z innych, że tak poważnie traktujemy rytuały basenu Brookside.
– Kto jest gotowy na taaaaaaniec freeeeeeze? – pyta.
– Och, nie. Tylko nie taniec freeze. Nie teraz. Nie kiedy jesteśmy w tak widocznym miejscu między ratownikami a barem. Po prostu kupimy lunch, zjemy go na leżakach i przemyślimy to całe spotkanie z Jules.
– Ari! – cedzę przez zaciśnięte zęby. – Nasze pałeczki z mozzarelli robią się gumowe. Dalej, biegnij!
– Nigdy nie opuszczamy tańca freeze Joeya – mówi, obejmując mnie ramieniem. – Przestań. Jesteś w tym świetna. Byłyśmy mistrzyniami dwa razy z rzędu!
Joey pogłaśnia muzykę.
Because I’m happy, clap along if you feel.
Ari i ja tańczymy, dając się pochłonąć zabawie, wykonując na chodniku z płytek przy basenie twista w dół i w górę. Klaszcząc przy tym w dłonie i skacząc po jego całej przestrzeni.
Muzyka przestaje grać i od razu zastygamy w bezruchu.
Jesteśmy gwiazdami tańca freeze i mamy tego świadomość. Grupka ludzi odpada, ale my nadal jesteśmy w grze. Dojdziemy do finałowej rundy, wiem, że tak.
Clap along if you feel like happiness is the truth.
Łapiemy się za ręce i tańczymy w kółku przez kolejną rundę. Wydaje się, że wszystko jest w porządku, jakby spowijała mnie zasłona spokoju. I wszystko, co liczy się w tej chwili, to Ari i ja, i basen, i konkursy tańca freeze Joeya.
– Because I’m happy – nucę słowa piosenki.
– O mój Boże! – Słyszę kogoś, kto nas mija. – Co one robią?
– Są już chyba za stare na to, żeby się tak jarać freeze’em – komentuje inna osoba.
Moje policzki płoną. Żołądek robi się ciężki. Zamieram, i to nie dlatego, że muzyka przestała grać. Rozglądam się wokół. Mówiły o nas.
Spoglądam w ich stronę. Dziewczyny w Skąpych Bikini szepczą między sobą, zasłaniając usta.
Z całą pewnością rozmawiają o nas.
– No dalej! Co robisz?! – krzyczy Ari. – Wciąż jesteśmy w grze! Możemy wygrać!
Zastanawiam się, czy słyszała, co powiedziały.
Dalej tańczę z Ari, ale nie mam już do tego serca. Dziewczyny patrzą na nas, opierając się o ścianę łazienek, głowa przy głowie, szepcząc i śmiejąc się z nas.
– Dobra, Kaylan Terrel, przykro mi to mówić, ale odpadasz – mówi Joey do mikrofonu. – Nieźle się spisałaś. Całkiem nieźle.
Podchodzę do leżaka i udaję, że nie słyszałam, co te dziewczyny mówiły. Udaję, że wcale nie przegrałam właśnie w tańcu freeze.
– Sorry, Kay – rzuca zdyszana Ari. – Te ośmiolatki są groźne. Następnym razem je pokonamy. Chodź, zjemy lunch.
– Słyszałaś, co powiedziały Dziewczyny w Skąpych Bikini? – szepczę. – Totalnie się z nas naśmiewały.
– Tak? – Ari marszczy nos, szukając ich wzrokiem. – Nie słyszałam tego.
– Śmiały się z naszego tańca – wyjaśniam. – Mówiły, że jesteśmy za stare, żeby tak się wkręcać we freeze. Coś w tym stylu.
Ari spogląda na miejsce, gdzie siedzą te dziewczyny, i wygładza poły swojego koca.
– Cóż, to niegrzeczne. Jesteśmy dobre w tym tańcu. Poza tym nie ma górnej granicy wieku uczestników.
Waha się, nadal się na nie gapiąc. W końcu ciągnie mnie za rękę, nakłaniając, żebym wstała.
– Chodź, nie chcę iść sama do sklepiku, a jestem już naprawdę głodna.
Idziemy w milczeniu, starając się unikać kontaktu wzrokowego z Cycusiami i ich kolegami, gdy ich mijamy.
– Ari, aaaaa, to znaczy Arianna – mówię cicho. – Nie możemy gnać do wyjścia, gdy usłyszymy samochód z lodami, okej?
Patrzy na mnie krzywo.
– Co?
– Jeśli Eddiemu skończą się rożki w czekoladzie, będziemy musiały to przełknąć.
– Ech, no dobra. – Nie wiem, dlaczego zrozumienie, o co mi chodzi, zabiera Ari tyle czasu.
– Nie możemy znowu wyjść na idiotki – wyjaśniam i czekam, aż to do niej dotrze. – Musimy być normalne. Spróbuj być normalna, dobra?
Ari obejmuje mnie ramieniem.
– Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Ale też powinnyśmy być sobą. No wiesz – ludzie, którzy biegną tak szybko, jak potrafią, dostają najlepsze lody. To znak determinacji i poświęcenia, i sportowej sprawności.
– Dobra! – Śmieję się. – Kapuję. Kapuję. – Odsuwam się od niej. Jestem zbyt spocona, żeby być tak blisko innej osoby, nawet jeśli jest moją najlepszą przyjaciółką.