-
nowość
1945 - Anioł Zagłady - ebook
1945 - Anioł Zagłady - ebook
Trzecia Rzesza upada, ale w najgłębszych laboratoriach i odciętych od świata bazach wojna właśnie wkracza w swoją najbardziej ekstremalną fazę. Major Einar Koestian, as lotnictwa i pilot doświadczalny Głównej Stacji Doświadczalnej Luftwaffe, rzuca wyzwanie chaosowi ostatnich dni konfliktu, by przesunąć granice lotnictwa poza to, co możliwe. Od brutalnych starć nad polami Ukrainy, przez ukrytą w sercu Alp bazę prototypowych maszyn Me 264, aż po niebo nad Nowym Jorkiem i lodowe pustkowia Antarktydy – jego szlak prowadzi do tajnej instalacji SS, w której drzemie moc, jakiej świat nigdy nie powinien poznać. „1945: Anioł Zagłady” to bezlitosny thriller z gatunku historii alternatywnej. To technothriller, w którym walki powietrzne, projekt Amerika Bomber i najmroczniejsze sekrety SS splatają się, by ukazać, co mogło się stać, gdyby przeszłość obrała inny kurs.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397609310 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W dwudziestoleciu międzywojennym niebo było jeszcze puste. Dźwięk silnika lotniczego wciąż wywoływał u przechodniów odruch uniesienia głowy. Piloci, odziani w skórzane kurtki i gogle, przypominali pionierów nowych światów – pół-mitologicznych herosów unoszących się ponad granicami państw i czasów.
Ale to był dopiero początek.
W 1920 roku samolot był wciąż drewnianą maszyną z płóciennymi skrzydłami, napędzaną tłokowym silnikiem o mocy stu koni mechanicznych. Loty wymagały nie tylko odwagi, lecz także wiary – w maszynę, w człowieka, w to, że niebo nie okaże się ostatnim błędem.
Dziesięć lat później niebo już nie milczało. Srebrne sylwetki Junkersów i Douglasów przecinały kontynenty, przenosząc pocztę, pasażerów i wojskowych obserwatorów. Lotnictwo przestało być ekstrawagancją – stało się narzędziem. A zaraz potem… bronią.
Wraz z wybuchem II wojny światowej przyszła eksplozja technologii. W ciągu zaledwie sześciu lat świat przeszedł drogę od samolotów z otwartym kokpitem do potężnych bombowców strategicznych, silników odrzutowych, radarów i pierwszych eksperymentów z maszynami bezzałogowymi.
Do 1945 roku w powietrzu pojawiły się rzeczy, które dekadę wcześniej uchodziły za fantazję.
Heinkel He 280 – pierwszy myśliwiec odrzutowy, platforma testowa nowych rozwiązań z zakresu dużych prędkości.
Messerschmitt Me 262 Schwalbe – pierwszy myśliwiec odrzutowy użyty w boju – osiągał prędkości ponad 850 km/h.
Messerschmitt Me 163 Komet, napędzany silnikiem rakietowym, wspinał się niemal pionowo, z szybkością zbliżoną do 1000 km/h.
A bracia Hortenowie zaprojektowali latające skrzydła, które bardziej przypominały przyszłość niż teraźniejszość początku lat 40-tych.
Równolegle rozwijała się technika walki nocnej.
Radary – jeszcze niedawno ciekawostka – stały się oczami w ciemności.
Brytyjskie Mosquito z radarami AI Mk. IV i amerykańskie P-61 Black Widow patrolowały nocne niebo. Niemcy mieli własne odpowiedzi: stacjonarne systemy Freya i Würzburg, a także pokładowe zestawy FuG 202, 212 i 220 Lichtenstein, montowane w myśliwcach nocnych, takich jak Heinkel He 219 Uhu i Ju 88 G.
Noc przestała być bezpieczna.
Zamiast mroku – anteny, wykrywacze, działka systemu Schräge Musik strzelające pod kątem wprost w brzuch lecącego bombowca.
Precyzja rosła. Czas reakcji malał.
A na wysokim pułapie latał już Boeing B-29 Superfortress – zdolny wznieść się na dziesięć tysięcy metrów i przelecieć ponad pięć tysięcy kilometrów w jedną stronę zrzucając ładunki, które mogły zniszczyć całe miasta.
I mimo tego wszystkiego…
Gdzieś za kulisami toczył się inny wyścig. Cichszy.
Oparty na fizyce, która balansowała na granicy magii.
O broń, której nie dało się zatrzymać.
O napęd, który nie potrzebował skrzydeł.
O energię, która nie pochodziła z ropy.
To tam, poza wiedzą opinii publicznej i poza oficjalnymi rejestrami, narodził się Haunebu III.
I z nim – pytania, na które do dziś nie ma odpowiedzi.Ukraina
Cienie nad Buczaczem
Wibracje…
Wibracje na całym ciele…
I ten dźwięk… dziwnie znajomy.
Coś zmusiło go do otwarcia oczu. Ból głowy był nie do zniesienia. Spod przymrużonych powiek dostrzegł… wirujący świat za szybą… błękit… zieleń… błękit… w pętli.
Co się ze mną dzieje? – przemknęło mu przez myśl.
I ten dźwięk…
Ostry…
Nieustępliwy…
Niczym syrena alarmowa…
Syrena?
Alarm!
Alarm wysokościowy!
W jednej chwili ocknął się z letargu. Za oknem kokpitu błękit nieba powoli zlewał się z zielenią pól w jedną rozmazaną plamę. Kątem oka uchwycił wysokościomierz, którego wskazówki tańczyły razem ze światem za szybami.
Siedem tysięcy…
Sześć tysięcy…
Pięć tysięcy…
Przeciążenie wbijało go w fotel, nie miał siły nawet oddychać. Jakimś nadludzkim wręcz wysiłkiem woli pchnął drążek sterowy od siebie i w lewo. Do oporu. Kopnął orczyk lewą nogą i przytrzymał go, mimo że ważył teraz chyba z tonę. Powoli zaczynał odzyskiwać wzrok i kontrolę nad maszyną. Jego „Dora” – jak pieszczotliwie nazywał Focke-Wulfa FW-190 D9 – szła płaskim korkociągiem ku zielonym przedpolom Buczacza. Po dłuższej chwili mocowania się z maszyną w końcu udało mu się odzyskać panowanie i wyrównać lot na niespełna siedmiuset metrach. Zlany zimnym potem rozejrzał się nerwowo w poszukiwaniu oprawców.
Są!
Powyżej, na wysokości około dwóch kilometrów, krążyły dwa Jaki-9. Jak przez mgłę przypominał sobie wydarzenia ostatnich minut.
* * *
Lecieli na wymiatanie całą ósmą eskadrą z 54. pułku myśliwskiego, operującego w osłonie Grupy Armii Południe, feldmarszałka Ericha von Mansteina. Wystartowali rano, jeszcze przed ósmą, ze swojego bazowego lotniska Fliegerhorst Lemberg-Skniłów, zlokalizowanego niecałe pięć kilometrów na zachód od centrum Lwowa. Wyposażone w długi, ponad kilometrowy betonowy pas, było idealne jako baza i zaplecze techniczne zarówno dla 54. pułku myśliwskiego, jak również 2. i 77. pułku szturmowego latającego na Focke-Wulfach FW-190 i Junkersach Ju-87 oraz trzech pułków bombowych: 4., 55. i 57., latających na Dornierach Do 217, Heinklach He 111 i Junkersach Ju 88.
To właśnie tam został przydzielony major Einar Koestian, przeniesiony tymczasowo z Erprobungsstelle Rechlin, Głównej Stacji Doświadczalnej Luftwaffe, czyli głównego niemieckiego ośrodka testów samolotów i uzbrojenia lotniczego pod Rechlinem w Meklemburgii. Miał za zadanie przetestować w warunkach bojowych nowinkę techniczną zakładów Focke-Wulfa, maszynę wczesnej serii przedprodukcyjnej – Fw-190 D-9. Raporty słał bezpośrednio do Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy i zakładów Focke-Wulfa, z pominięciem wojskowej drogi służbowej, co nie do końca podobało się pilotom jednostki frontowej, z którymi przyszło mu latać. Nie mieli do niego zaufania, toteż w razie kontaktu bojowego z wrogiem mógł liczyć tylko i wyłącznie na samego siebie.
I maszynę.
* * *
Pierwsze dwa tygodnie minęły względnie spokojnie. Na początku były to loty wokół bazy, weryfikujące zachowanie maszyny przy pełnym obciążeniu w paliwo i uzbrojenie. Nudne loty sprawdzające działanie dwunastocylindrowego, rzędowego, chłodzonego cieczą silnika Junkers Jumo 213A w warunkach polowych, weryfikujące temperaturę pracy, jakość i skład mieszanki paliwowej optymalnej dla osiągnięcia maksymalnych prędkości, mechanikę obsługi płatowca, zarówno na ziemi, jak i w powietrzu.
Te wszystkie dane były kluczowe dla dalszego rozwoju konstrukcji i znacznie istotniejsze niż liczba zestrzelonych przez niego maszyn.
Jednakże latanie „wokół komina”, jak to w żargonie opisywali piloci, to jedno, a test konstrukcji podczas walki na śmierć i życie to zupełnie coś innego. Dlatego też wyprosił u dowództwa udział w działaniach bojowych w ograniczonym zakresie, by mógł w pełni ocenić nową maszynę i przetestować główne uzbrojenie: dwa skrzydłowe działka MG 151/20 i dwa szybkostrzelne wkmy MG 131 zamontowane w nosie Dory nad silnikiem.
I dzisiaj rano nadszedł ten dzień – z rana zabrał się na „wymiatanie” razem z resztą pilotów ósmej eskadry.
Po starcie wzbili się na cztery tysiące metrów, utworzyli szyk schodkowy i weszli na kurs sto stopni, prawie idealnie na wschód. Zadanie było proste – osłona własnych kolumn pancernych, przechwytywanie samolotów szturmowych i zwiadowczych wroga. Widoczność była doskonała, praktycznie żadnej chmurki. Po stu pięćdziesięciu kilometrach, które pokonali w niecałe osiemnaście minut, dotarli w rejon akcji. Pod nimi widniało skrzyżowanie kluczowych dróg i linii kolejowych Lwów – Tarnopol – Czortków.
Niestety, słońce biło prosto w pancerne przednie szyby kokpitów, oślepiając pilotów. Ten na szpicy, młody porucznik, przegapił ruskich, którzy umiejętnie manewrowali swoimi kluczami myśliwskimi tak, aby znaleźć się dokładnie pomiędzy słońcem a nimi.
Rzucili się na niczego niespodziewających pilotów 8. Eskadry bez pardonu, wręcz ze zwierzęcą dzikością. Furia ataku była niesamowita. Po pierwszym przelocie z dwunastu maszyn w płomieniach poszybowało ku ziemi czterech pilotów. Einar nie zauważył ani jednego spadochronu. Jego grupa poszła w rozsypkę, a tymczasem czerwoni zamienili sprawnie energię kinetyczną na potencjalną, nabierając raptownie wysokości i półpętlą zaatakowali znowu. Kolejnych trzech kamratów szybowało ku ziemi w płomieniach, ciągnąc za sobą warkocze czarnego dymu. Po tym ataku jeden z Jaków przemknął koło Dory tak blisko, że strugi zaśmigłowe pchnęły ją w płaski korkociąg…
* * *
Teraz jednak to on zaczynał zyskiwać przewagę. Co prawda nadal znajdował się w położeniu taktycznym nie do pozazdroszczenia, ale tamci zdawali się go nie widzieć na tle zielonych pól. Pchnął manetkę gazu do oporu, a maszyna wyrwała do przodu.
Całe szczęście, silnik nieuszkodzony – pomyślał i zaczął się wspinać ku słońcu. Dwunastocylindrowy motor Dory o mocy bagatela dwóch tysięcy dwustu czterdziestu koni mechanicznych ryczał wniebogłosy, ciągnąc w górę prawie pięć ton stali, aluminium, paliwa i amunicji, nic sobie z tego nie robiąc, jakby to była lekka awionetka.
W niecałe dziewięćdziesiąt sekund był już na pułapie wrogich myśliwców i pędził ku nim z lekkim przewyższeniem. Wskazówka na prędkościomierzu minęła sześćset kilometrów na godzinę i nadal pięła się w górę. W odległości niespełna kilometra dwie ciemne sylwetki Jaków-9 sunęły w łagodnym kręgu nad miejscem upadku jednej z niemieckich maszyn. Nie widziały go jeszcze.
Idealnie – pomyślał.
Einar wciągnął powietrze, lewa ręka na manetce gazu, palce prawej delikatnie muskające elektrospust na drążku sterowym. Wyświetlacz celownika kolimatorowego migotał jasno w słonecznym świetle. Tylko nieco ponad siedem sekund – i będzie przy nich. Dystans topniał błyskawicznie. Silnik grzmiał na wysokich obrotach, prędkość zbliżania niemal sto metrów na sekundę. Jakby przecinał powietrze rozżarzonym do czerwoności ostrzem miecza.
* * *
W kabinie Jaka starszy lejtnant Masłow jeszcze czuł adrenalinę wcześniejszego ataku. Kilkanaście minut temu jego para wraz z resztą 18. Gwardyjskiego Pułku Myśliwskiego wspięła się ponad niemieckie zgrupowanie, uderzając z góry i z zaskoczenia. Masłow wiedział, że Niemcy latali jak szachiści – szybko, czysto, z wyczuciem przestrzeni.
Ale tego dnia szachownica należała do nich, do ludzi, którzy nie kalkulowali manewrów, tylko lecieli naprzód, skrzydło w skrzydło.
– Ich jest dwunastu – meldował dowódca w radiu – nas dwa razy więcej. Atakujemy od słońca!