Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

1953 - Cień Tunguski - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 maja 2026
12,99
1299 pkt
punktów Virtualo

1953 - Cień Tunguski - ebook

Są bitwy, które zdefiniowały nasz świat, ale nigdy nie trafiły na karty podręczników. Wojna w Korei dogasa, lecz zimna wojna wkracza w swoją najmroczniejszą fazę. Kapitan Jack Kostanov – as lotnictwa US Marines – zostaje wciągnięty przez CIA w operację wymazaną ze wszystkich oficjalnych raportów. Jego cel: stawić czoła zagrożeniu, które supermocarstwa solidarnie postanowiły zataić przed światem. Od amerykańskiej bazy na Okinawie, przez radziecką stację radiolokacyjną na Dalekim Wschodzie, po śmiertelne starcia w powietrzu i na morzu — każdy etap prowadzi go bezlitośnie w stronę syberyjskiej Tunguski. Tam, w sercu mroźnej tajgi, zakazana technologia i widmo broni o niewyobrażalnej mocy grożą zniszczeniem kruchego układu sił.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397609327
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

II Wojna Światowa naznaczona była hukiem bomb, trzaskiem karabinów i cichym jękiem tych, którzy przeżyli. W 1945 roku niebo należało jeszcze do śmigieł – do błyszczących Mustangów i Spitfire’ów, ciężkich Lancasterów i Latających Fortec, do groźnych Focke-Wulfów 190 i Messerschmittów Bf 109, do radzieckich Jaków-9, czy japońskich Zer. Na Pacyfiku dominowały nowoczesne B-29 Superfortress– zwiastuny nadchodzącej ery. Prędkość ponad 600 km/h wydawała się granicą, której nie należy zbyt długo przekraczać, a wysokość 10 tysięcy metrów – terytorium dla nielicznych.

Ale wojna nie zatrzymała postępu. Właściwie – była jego akceleratorem.

Już w ostatnich miesiącach konfliktu po niebie zaczęły przemykać pierwsze demony z silnikiem odrzutowym. Niemiecki Me 262 wstrząsnął aliantami, pokazując, że śmigło to przeszłość. Brytyjczycy odpowiedzieli Meteorami, Amerykanie eksperymentowali z Bell P-59 i nowym Shooting Starem. Skończyła się era lotnictwa romantycznego – rozpoczęła epoka wyścigu z czasem i fizyką.

W ciągu kilku lat stalowe potwory urosły, przybrały skos w skrzydłach, silniki przesiąkły kerozyną. Bombowce, które niegdyś ciągnęły się ospale nad Europą, teraz osiągały prędkości przelotowe bliskie tysiącu kilometrów na godzinę. Myśliwce były szybsze, bardziej zabójcze, wyposażone w radary i uzbrojenie zdolne strącać cele zanim te zdążyły je dostrzec.

W tym nowym świecie zrodził się jego król – MiG-15. Zbudowany według nowej logiki – nie piękna, lecz przewagi – z cienkimi, skośnymi skrzydłami, krótkim kadłubem i niespodziewaną zwrotnością. Uzbrojony w ciężkie działka i zdolny do walki na granicy dźwięku, stał się postrachem pilotów NATO w czasie wojny koreańskiej. Amerykańskie F-80 Shooting Stary nie miały z nim szans. Nawet nowoczesne Sabre’y musiały się mocno napocić, by wyjść z pojedynku bez szwanku.

MiG-15 nie tylko zdominował niebo – stał się symbolem. Manifestacją tego, że Związek Radziecki potrafił dogonić – a czasem i wyprzedzić – Zachód w najnowocześniejszej technologii militarnej. Był szybki, śmiertelny, prosty w produkcji. Nieprzypadkowo sprzedano go do dziesiątek krajów, od Albanii po Koreę Północną. Gdziekolwiek pojawiał się na radarze, zwiastował kłopoty.

Niebo należało do niego.

Jednak największa zmiana nie tkwiła tylko w maszynach.

Nastała era systemów.

Na kokpitach zaczęły pojawiać się systemy diagnostyczne, panele wskaźnikowe, transpondery. Sterowanie wspierały hydraulika, potem elektroserwa. Człowiek – dotąd samotny w walce z grawitacją – zyskał sprzymierzeńca. I rywala. Bo automatyzacja oznaczała również utratę pełnej kontroli. Samolot stawał się systemem, w którym pilot nie był już wyłącznym panem sytuacji – a jedynie jego częścią.

W 1953 roku niebo nie było już miejscem dla odważnych romantyków. Stało się polem gry wywiadów, eksperymentów technologicznych i testów, o których nie mówiono nawet w Pentagonie. Bazy powstawały na pustyniach, loty startowały bez śladu w rejestrach. Maszyny nosiły fikcyjne oznaczenia albo nie nosiły ich wcale. Samoloty nie wracały.

Tak właśnie kończyła się epoka człowieka w powietrzu. I zaczynała nowa – epoka systemów.Nad doliną Amuru

Chłód… przejmujące zimno, przeszywające całe ciało. Czuł je na twarzy, jakby smagał go przenikliwy, lodowaty wiatr. Ale przecież leżał w ciepłym łóżku, w przytulnej kajucie dla pilotów z VMF-311 Marine Attack Squadron na pokładzie USS Essex.

Dziwne…

I to pulsujące czerwone światło…

Coś jest bardzo nie tak z tym snem…

– Panie kapitanie, niechże się pan ocknie, do cholery! – usłyszał głos jakby z zaświatów.

Spróbował wyostrzyć wzrok na rozmówcy. Przed nim wyłoniła się postać sierżanta szarpiącego go za uprząż spadochronu desantowego w otwartych drzwiach transportowca Lisunow Li-2D, radzieckiej licencyjnej adaptacji sławnego Douglasa DC-3, sunącego nisko wzdłuż koryta rzeki, ponad spowitą mrokiem obcą ziemią.

Silniki Li-2D grzmiały przytłumionym pomrukiem starego traktora, gdy maszyna przemykała tuż nad zamarzniętą doliną Amuru, wijącą się jak blizna przez dziki pejzaż pogranicza. Lecieli tuż nad ziemią, wykorzystując naturalne ukształtowanie terenu jako osłonę przed wykryciem przez radary przeciwnika. W kabinie desantu panowała ciemność. Tylko lampa pulsująca czerwonym światłem przy bocznych drzwiach dla skoczków, obecnie wymontowanych, rzucała nikłe światło na twarze siedmiu ludzi.

Kapitan Jack Kostanov, pilot piechoty morskiej USA, poprawił klamrę uprzęży. Obok niego technik radarowy Ray Vasquez trzymał stalowy futerał z dekoderem sygnałowym i czujnikami kalibracyjnymi. Czterech komandosów jednostki zwiadowczej piechoty morskiej milczało ze wzrokiem utkwionym w podłodze, każdy pogrążony w swoim rytuale przed skokiem.

W słuchawkach Jacka zabrzmiał urywany głos pilota, wymieniającego komunikaty z chińską kontrolą przestrzeni powietrznej w ich ojczystym języku. Kilka kodów, współrzędne, potwierdzenia. Potem, z lekkim opóźnieniem, usłyszał przekaz skierowany do nich, wypowiedziany łamanym angielskim:

– Punkt zrzutu za trzydzieści sekund. Wznoszę się na trzysta metrów… Gotowość do skoku!

Po chwili czerwień wnętrza ładowni ustąpiła miejsca zielonej barwie.

Skok!

Jack wyskoczył jako trzeci. Powietrze uderzyło go z brutalną siłą, odbierając dech. Linka wyzwalająca, zaczepiona o stalową prowadnicę we wnętrzu samolotu, naprężyła się i automatycznie otworzyła czaszę spadochronu. Poniżej rysowały się kontury zamarzniętego koryta rzeki wijącego się wzdłuż doliny. Lądowanie na oblodzonym brzegu, w wąskim przesmyku między zaspami, było trudne, lecz wykonane z zadziwiającą dokładnością.

* * *

Stacja radiolokacyjna R-421 znajdowała się cztery kilometry na północny wschód od punktu zrzutu skoczków. Radar typu P-3A, umieszczony na wysokim maszcie, wznosił się nad łagodnym krajobrazem pogranicza. Jego fale metrowe omiatały okolicę szeroką wiązką, rozciągającą się wachlarzowo nad krajobrazem. To właśnie tu od dwóch tygodni gromadzono próbki echa radarowego nowego bombowca lotnictwa dalekiego zasięgu radzieckich strategicznych sił powietrznych o oznaczeniu Tu-16, dwusilnikowej odrzutowej maszyny wyposażonej w charakterystyczne cienkie skrzydła o dużym skosie – jakby powoli rzeźbiono jego widmo w eterze. Zebrane dane miały po zakończeniu serii testów zasilić algorytmy radzieckiej obrony powietrznej.

Wewnątrz bazy operator nocnej zmiany, sierżant Anatolij Kruczenko, parzył herbatę w przenośnym samowarze, gapiąc się na ekran radaru. Złapał na chwilę dziwny impuls z kierunku południowego wschodu. Przypominał sygnał powietrzny, ale był zbyt płytki i niestabilny.

– Zakłócenie z chińskiej strony… Pewnie znowu coś im się rozregulowało – mruknął i odnotował echo jako „Anomalia P”.USS Essex

Pięć dni wcześniej na dusznej, pozbawionej emocji odprawie na pokładzie lotniskowca USS Essex, dowódca dywizjonu VMF-311 Marine Attack Squadron przekazał Kostanovowi i jego skrzydłowemu, porucznikowi Dave’owi Hargrove’owi, krótki rozkaz: zlokalizować i zniszczyć transport uzbrojenia czerwonych, znajdujący się na północy Korei, w okolicach współrzędnych 39°55′N 127°32′E, niedaleko chińskiej granicy – w pobliżu strategicznego węzła kolejowego Hamhŭng.

Bez zbędnych słów, jakby każdy wiedział, że cisza była najbardziej wymownym komentarzem do zbliżającego się zadania, piloci ruszyli powoli w stronę pokładu startowego. Poranek rozlewał się różowym światłem nad spokojną taflą Morza Japońskiego. Sylwetka Essexa tonęła w złocistej poświacie, osłaniana przez eskadrę grupy bojowej: dwa niszczyciele – USS Eversole i USS William R. Rush, krążownik USS Helena oraz okręt podwodny USS Razorback, którego smukły kadłub patrolowca oceanicznego, będącego świadkiem kapitulacji Japonii w Zatoce Tokijskiej, pruł fale burta w burtę ze statkiem zaopatrzeniowym.

Gdy wychodzili na pokład startowy z przepastnego wnętrza lotniskowca, z dziobu poderwał się w łoskocie śmigieł ratowniczy Sikorsky HO3S-1, początkowo unosząc się powoli pionowo w górę, a następnie odsuwając się w prawo poza kadłub okrętu, zawisając w gotowości, by w razie awaryjnego wodowania samolotów natychmiast podjąć pilotów z wody. Chwilę później wystartowała para myśliwców Chance Vought F7U Cutlass, rozpoczynających powietrzny patrol osłonowy, pozostawiwszy za sobą smugę spalonej nafty lotniczej.

Kostanov i Hargrove doczłapali do swoich maszyn – szturmowców Grumman F9F Panther. Technicy już czekali przy lśniących kadłubach z listami kontrolnymi. Obie Panthery uzbrojone były w dwie 500-funtowe bomby podwieszone pod centropłatem – najmocniejszą częścią skrzydła, stanowiącą jego główny element nośny, łączącą skrzydła z kadłubem – oraz sześć rakiet HVAR z głowicami burzącymi pod skrzydłami. Jack Kostanov dokonał rutynowego obejścia samolotu, na którego ciemnoniebieskim kadłubie widniały białe cyfry „07”. Sprawdził luki techniczne, zajrzał do komór podwozia i skontrolował zawory paliwowe.

Wspinając się do kokpitu, jeszcze raz spojrzał na niebo, bezchmurne i spokojne – natura nie miała pojęcia, co wydarzy się tego dnia. Odpalił silnik. Westinghouse J34 zaskoczył od razu, z niskim warknięciem zamieniającym się w narastające, niskotonowe wycie gotowej do startu maszyny.

Po zakończeniu procedury kołowania piloci ustawili swoje szturmowce przy katapultach pokładowych, które USS Essex posiadał od niedawna – ich długie, stalowe szyny, połyskujące w porannym słońcu, skrywały siłę zdolną w ciągu kilku sekund wyrwać dziesięciotonową maszynę z absolutnego bezruchu i posłać ją na spotkanie bezkresu nieba. Oficer startowy zajął pozycję na bocznej platformie, z ręką uniesioną w charakterystycznym geście gotowości.

W kabinie Jack poczuł przyspieszone bicie serca. Ostatni raz rzucił okiem na migające wskaźniki systemów pokładowych. Przesunął energicznie drążek, obserwując przez owiewkę, jak lotki i stery ogonowe – z lekkim opóźnieniem, ale bezbłędnie – odpowiadają na jego ruchy. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Skupił wzrok na oficerze startowym. Po kilku sekundach ten przyklęknął na jedno kolano, uniósł prawą rękę i energicznie wycelował ją w kierunku krańca pokładu – sygnał dla obsługi katapulty.

Z hukiem przypominającym uderzenie młota w zbrojony beton, hak katapulty szarpnął szturmowcem. Dziewiętnaście tysięcy funtów paliwa, amunicji i aluminium wyrwało naprzód – ściśnięte między czasem a przestrzenią. Siódemka wystrzeliła z pokładu z ogłuszającym rykiem silnika, a opór powietrza niemal wyrwał Jackowi drążek z dłoni. Kadłub zadrżał, ale po kilku sekundach napięcia, jak przystało na weterana, ustabilizował lot. Podwozie i klapy zaczęły chować się powoli do wnęk kadłuba, gdy za jego plecami zagrzmiał kolejny start.

Maszyna Jack’a była już w powietrzu. Panele podwozia jeszcze się nie domknęły, gdy skrzydłowy wyłonił się z prawej, nieco poniżej, zajmując pozycję w szyku z wojskową precyzją. Dwa kadłuby sunęły teraz przez poranne niebo jak idealnie zgrany duet mechanicznego baletu – gotowe na misję znaną z podręczników, ale odczuwaną zupełnie inaczej, gdy przeciwnik znajdował się naprawdę po drugiej stronie celownika.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij