-
nowość
1991 - Wektor Uderzenia - ebook
1991 - Wektor Uderzenia - ebook
Okręt podwodny USS Scorpion znika na Atlantyku bez śladu. Dwie dekady później amerykański samolot szpiegowski odkrywa głęboko pod iracką pustynią anomalię – pierwszy zwiastun nadciągającego chaosu. Wybucha operacja Pustynna Burza. Reina Costanos, pilotka myśliwca, trafia w sam środek wojennego piekła. Konflikt szybko eskaluje. Gdy widmo uderzenia nuklearnego staje się realne, jedyną szansą na zapobieżenie katastrofie staje się desperacki atak w sercu terytorium wroga. W cieniu wielkiej wojny toczy się brutalna gra wywiadów. Wszystkie tropy wskazują na ostateczny cel ukryty w piaskach pustyni: „Zmartwychwstanie” – tajny projekt Saddama Husajna, który bezpowrotnie zburzy globalny układ sił. Starcie mocarstw to jednak zaledwie preludium. W mroźnej próżni kosmosu budzi się obca technologia, obserwująca ludzkość od eonów. Prawdziwa walka o przetrwanie dopiero się rozpoczyna.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397609358 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Wstęp
Prolog
CZĘŚĆ I
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
CZĘŚĆ II
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
CZĘŚĆ III
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
CZĘŚĆ IV
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
EPILOG
O autorze
Skrzydła CzasuWstęp
Od 1966 roku świat technologii wojskowej zmienił się nie do poznania. Trzy dekady wystarczyły, by z pola walki zniknęła romantyka, a zastąpiła ją precyzja algorytmu. Człowiek wciąż siedział w kokpicie, ale nie był już jedynym decydentem. Stał się elementem systemu – częścią składową układu czujników, komputerów i satelitów, które widziały, liczyły i reagowały szybciej niż on sam.
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych narodziła się nowa era aerodynamiki – era zmiennej geometrii skrzydeł.
Amerykańskie F-111 Aardvark i F-14 Tomcat oraz radzieckie Su-24 Fencer i MiG-23 Flogger mogły modyfikować kąt skosu skrzydeł, dopasowując powierzchnię nośną i czołowy profil aerodynamiczny do warunków lotu. Była to odpowiedź na potrzebę połączenia możliwości krótkiego startu i lądowania ze zdolnością do osiągania prędkości ponad Mach 2 – idealne rozwiązanie dla lotniskowców i baz o ograniczonej infrastrukturze.
Wkrótce pojawiły się symbole nowej ery: B-1 Lancer i Tu-160 Blackjack – dwa bombowce o zmiennej geometrii skrzydeł, stworzone po przeciwnych stronach żelaznej kurtyny.
Amerykański Lancer był klasycznym bombowcem uderzeniowym, następcą B-52, ale stworzonym do innej wojny. Nie miał unosić się ponad chmurami jak dawni giganci, lecz przecinać powietrze tuż nad ziemią. Lecąc na wysokości zaledwie kilkuset stóp, wykorzystywał ukształtowanie terenu jako naturalną tarczę przed radarami przeciwnika. Radar śledzenia rzeźby terenu (terrain-following radar) prowadził go przez doliny, zbocza i równiny, utrzymując stały dystans od powierzchni. W połączeniu z potężnym zestawem zakłócaczy elektronicznych czyniło to z niego broń do skrytego i szybkiego przełamania obrony – bombowiec, który miał dotrzeć do celu, zanim ktokolwiek zdołałby go dostrzec.
Radziecki Tu-160 był jego przeciwieństwem. Nie miał się ukrywać, lecz dominować. Największy i najszybszy bombowiec w historii, z czterema silnikami NK-32 o łącznym ciągu ponad 123 tysięcy funtów, osiągał prędkość przekraczającą Mach 2 i zasięg ponad 7500 mil. Jego zadaniem nie było zrzucanie bomb, lecz odpalanie pocisków manewrujących dalekiego zasięgu – Ch-55 i Ch-101 – zdolne nieść głowice jądrowe na tysiące mil. Blackjack miał uderzać, nie przekraczając nawet granicy systemów obrony przeciwnika.
Na niebie zapanowała czwarta generacja myśliwców. F-15 Eagle, F-16 Fighting Falcon, Su-27 Flanker i MiG-29 Fulcrum reprezentowały szczyt inżynierii aerodynamicznej.
Sterowanie „fly-by-wire” zastąpiło klasyczne układy hydrauliczne, a komputery pokładowe obliczały parametry lotu setki razy na sekundę.
Pokładowe radary – jak amerykański AN/APG-63 czy radziecki Zasłon z MiGa-31 – potrafiły wykrywać i śledzić wiele celów jednocześnie na dystansie ponad stu dwudziestu mil, przekazując systemom uzbrojenia dane potrzebne do ich zniszczenia.
Walka w powietrzu przestała zależeć od refleksu pilotów. Decydowały systemy.
Morza stały się przedłużeniem nieba, a amerykańskie lotniskowce, pływające miasta o napędzie atomowym – centrum światowej projekcji siły.
Każdy lotniskowiec niósł na pokładzie dziesiątki samolotów, operował w osłonie krążowników, niszczycieli i okrętów podwodnych, a jego zasięg był praktycznie nieograniczony.
Związek Radziecki odpowiedział inaczej: flotą podwodnych krążowników uzbrojonych w pociski przeciwokrętowe i zdolnych razić cele z setek mil. Jednym z ich potomków był K-141 Kursk– symbol potęgi i tragedii rosyjskiej floty podwodnej.
Pod koniec lat osiemdziesiątych pojawiła się nowa generacja „niewidzialnych” maszyn.
Amerykańskie F-117 Nighthawk i B-2 Spirit wprowadziły technologię stealth, która zmieniła sens słowa „obecność”. Radar przestał być gwarantem bezpieczeństwa, a niebo skrywało więcej, niż pozwalało dostrzec. Człowiek stał się obserwatorem własnej technologii, często nie wiedząc, co dokładnie kieruje jego maszyną.
W tym samym czasie trwał wyścig w przestrzeni kosmicznej.
Wahadłowce Columbia, Challenger, Discovery, Atlantis i Endeavour uczyniły z orbity nowy teatr działań. Stany Zjednoczone chciały, by promy stały się czymś więcej niż tylko środkiem transportu – miały być platformą strategiczną, zdolną do wynoszenia satelitów szpiegowskich, testów broni antysatelitarnej i potencjalnych operacji uderzeniowych spoza atmosfery. Orbita miała stać się nowym frontem zimnej wojny.
Związek Radziecki nie zamierzał pozostać w tyle. W odpowiedzi powstał program Energia-Buran – najbardziej ambitne przedsięwzięcie w historii radzieckiej kosmonautyki.
W listopadzie 1988 roku prom Buran wykonał swój pierwszy i jedyny lot, całkowicie autonomicznie: bez załogi, bez zewnetrznego sterowania, bez błędu. Wystartował z Bajkonuru na grzbiecie rakiety Energia, a po dwugodzinnym locie samodzielnie wszedł w atmosferę i wylądował na pasie jak maszyna z przyszłości.
Był to moment przełomowy – po raz pierwszy człowiek okazał się całkowicie zbędny.
W 1991 roku wojna znów wróciła – tym razem w postaci cyfrowego spektaklu.
Operacja Pustynna Burza połączyła satelity, drony zwiadowcze, precyzyjne bomby naprowadzane laserem i sieci taktyczne wymieniające dane w czasie rzeczywistym.
Nad pustynią Iraku spotkały się wszystkie epoki lotnictwa – od klasycznych myśliwców po systemy sztucznej percepcji.
To nie był już konflikt narodów, lecz demonstracja dominacji technologicznej.
A kiedy technologia osiąga doskonałość, pozostaje tylko jedno pytanie: czy człowiek jest jeszcze potrzebny?Rozdział I
Rok 1988
Baza RAF Mildenhall, England
Mgła wisiała nisko nad pasem startowym, ciężka i biała, rozświetlona pojedynczymi lampami nawigacyjnymi. W powietrzu unosił się zapach zimnego metalu, paliwa lotniczego i wilgoci betonu. W półmroku stał płatowiec, który oficjalnie nie istniał.
SR-72A Ghostblade.
Maszyna, o której nie mówiło się nawet w dokumencie „Top Secret”, tylko w teczkach z czerwonym paskiem i dopiskiem „Eyes Only”. W dokumentach kontraktowych Lockheed Skunk Works figurowała jako „platforma teledetekcyjna wysokiego pułapu, wariant testowy”. W praktyce był szczytem wyścigu prędkości, próbą dowiedzenia, że człowiek może patrzeć na cele strategiczne przeciwnika tak szybko, że tamten nawet nie zdąży podnieść głowy. W epoce, gdy satelity wciąż ograniczały orbity i okna obserwacyjne, pilot mógł pojawić się tam, gdzie nikt się go nie spodziewał – szybciej niż oko z kosmosu.
Na jego misję czekał Biały Dom, CIA i Pentagon. Oficjalne zadanie to ocena skażenia rejonu Czarnobyla do raportu UNSCEAR ’88. Nieoficjalne zwiad nad Bajkonurem oraz sprawdzenie, czy ZSRR szykuje orbitalną broń antysatelitarną i czy to, co stoi na wyrzutni w Kazachstanie, to tylko odpowiednik amerykańskiego wahadłowca, czy już nośnik broni energetycznej. Dalej trasa południowa, Iran, Zatoka Omańska. Rozpoznanie celów irańskich przed operacją „Praying Mantis”. I jeszcze jedno, o czym nie wiedział nikt poza dwiema osobami w Waszyngtonie. Przelot wszerz południowego Iraku, skąd wywiad donosił, że Saddam testuje coś, co nie powinno istnieć.
To nie był lot ćwiczebny.
W hangarze do misji szykowało się dwóch ludzi. Richard Kostanovsky, znany jako Viper. Pilot. Obok niego Tom Kazansky, ksywa Iceman. RSO. Oficer systemów rozpoznania i drugi mózg maszyny. Dwóch ludzi i jedna platforma strategiczna.
Byli już w komorze przygotowawczej. Stalowe ściany, podłoga wyłożona kratownicą, jarzeniówki w kolorze mlecznym. Dźwięk pomp tlenowych odbijał się głuchym echem od metalu. Technicy w białych kombinezonach zapinali element po elemencie. Skafandry ciśnieniowe nie przypominały miękkich kombinezonów pilotów NATO. Wyglądały raczej jak sprzęt astronautyczny. Wielowarstwowy laminat, uszczelniane segmenty na ramionach i pachwinach, pierścień szyjny zintegrowany z hełmem. Zatrzaski domykane kluczami dynamometrycznymi, żeby nie było luzu przy różnicy temperatur.
– Napięcie w systemie? – zapytał technik.
– Jest – odpowiedział Viper krótko. – Wszystko działa.
Przez wizjer hełmu Viper widział tylko refleksy lamp i fragment własnego odbicia. Słyszał swój miarowy oddech. Powietrze, które dostawał przez system podtrzymania życia, nie pachniało niczym. Było suche, zimne i sztuczne. Ani śladu wilgoci hangaru.
Technik podpiął przewód wysokociśnieniowy i przestawił zawór.
– Ciśnienie w kombinezonie w normie. Zasilanie wewnętrzne funkcjonuje. Możecie się poruszać.
Ruch w tych skafandrach nigdy nie był naturalny. Materiał pracował z oporem. Kolana zginały się z trudem. Hełm był cięższy niż wyglądał, bo mieścił nie tylko wizjer i mikrofony, ale także układy aktywnego chłodzenia twarzy, czujniki rytmu serca i szumów oddechowych. Wszystko, co potem trafiło do komputera pokładowego jako telemetria życiowa.
Viper i Iceman skinęli sobie głowami. Wszystko, co trzeba było powiedzieć, powiedziano wcześniej, w briefing room, przy mapie Europy Wschodniej i Morza Kaspijskiego.
Drzwi komory otworzyły się z sykiem, gdy ciśnienie wyrównało się między sekcjami i wypuściły ich do półmroku hangaru.
Ghostblade czekał.
Stał samotnie na końcu oświetlonej sekcji serwisowej. Nawet na ludziach, którzy mieli do niego dostęp, robił wrażenie obcego ciała. Kadłub długości blisko stu trzydziestu stóp. Skrzydła w układzie delta z ostrym kątem natarcia. Wloty powietrza przypominały dwa ostre kliny, brutalnie wbite w boki kadłuba. Z profilu wyglądał groźnie i pięknie zarazem. Pozbawiony anten, zewnętrznych zbiorników oraz jakichkolwiek wystających wypustek czy nitów. Tylko gładka nieprzenikniona geometria, bryła rygorystycznie uformowana przez wymogi ciśnienia i temperatury generowanych przy prędkościach powyżej Mach 4 w wysokiej atmosferze. SR-72A był cichym dzieckiem zimnej wojny, zaprojektowanym nie do walki, lecz do przetrwania na wysokości, gdzie nawet dźwięk nie doganiał rzeczywistości. Warstwowa, ceramiczno-metaliczna powłoka samolotu z domieszkami tytanu i wanadu, mieniła się matowo w świetle wschodzącego słońca. Takie poszycie samolotu wytrzymywało temperatury powyżej dwóch tysięcy stopni Fahrenheita. Chroniło również przed wiązkami radarowymi. Płyty poszycia nie stykały się ze sobą ściśle jak w normalnym samolocie. Były między nimi szczeliny dylatacyjne. W locie, przy Mach 5, kadłub puchł od temperatury i szczeliny znikały. Maszyna domykała się w jedną powierzchnię aerodynamiczną. Pod skrzydłami nie wisiało nic. Żadnych zbiorników zewnętrznych. Żadnych pocisków. Żadnych kapsuł sensorowych. Cały system rozpoznania był w kadłubie. Całą bronią tej maszyny były jej oczy.
Oczy i prędkość.
Technicy czekali na platformie serwisowej po prawej stronie maszyny. Viper i Iceman weszli na wąską rampę kratownicową. Ich kroki dudniły metalicznie. Hełmy odbijały promienie lamp jak lustra.
Owiewka kokpitu była otwarta, siłowniki hydrauliczne trzymały ją w górze. Była wykonana z wielowarstwowego kompozytu tytanowo-ceramicznego, połączonego z panelami z laminowanego, pancernego szkła z nanowarstwami absorpcyjnymi o łącznej grubości prawie pięciu cali, które tłumiły promieniowanie cieplne i chroniły przed ekstremalnymi różnicami temperatur w trakcie lotu hipersonicznego. Całość była zoptymalizowana tak, aby zachować maksymalną przezroczystość pola widzenia przy jednoczesnej wytrzymałości na przeciążenia przekraczające 10 g oraz odporność na mikroodłamki powstałe przy prędkości Mach 5 w wyniku erozji aerodynamicznej. Po zamknięciu cała kabina pilotów była hermetyczna niczym kapsuła orbitalna.
Wcisnęli się do środka.
Technicy rozpoczęli procedurę przełączenia zasilania elektrycznego i tlenowego z przenośnych źródeł na systemy pokładowe maszyny. Kolejne zaczepy pasów bezpieczeństwa zamykały się z wyraźnymi kliknięciami, podczas gdy przewody pneumatyczne i elektrotermiczne łączyły się z szybkozłączkami w ścianach kabiny. Wnętrze maszyny natychmiast wypełniło się cichym, kontrolowanym szumem przepływającego powietrza, chłodzonego przez system obiegu cieczy niskotemperaturowej.
Dźwięk hydrauliki. Owiewka opadła.
Ramiona mechanizmu domknęły ją z ciężkim, krótkim trzaskiem. Uszczelki kabiny napełniły się gazem i rozprężyły, aż pojawił się charakterystyczny syk, który zawsze oznaczał to samo: od tej chwili, aż do końca misji, są już odcięci od reszty świata.
Kokpit był ciasny, dwumiejscowy. Z przodu pilot, z tyłu RSO. Tablice przyrządów nie przypominały klasycznych zegarów. Dominował centralny wyświetlacz statusowy systemu N.O.V.A.
Neural Operations and Vector Assistant był czymś więcej niż komputerem pokładowym. Zbierał dane z każdego podsystemu maszyny: z napędu hybrydowego łączącego turbiny z ramjetem i scramjetem, z układu chłodzenia, w którym krążące pod ciśnieniem paliwo JP-9X pochłaniało ciepło z płatowca, zanim trafiło do spalania. Monitorował czujniki strukturalne kadłuba, sterował środowiskiem życia załogi, pilnował kalibracji nawigacji inercyjnej i szyfrowanej łączności UHF oraz SATCOM. Wreszcie integrował obraz z modułów rozpoznania optycznego i sensorów, tworząc w czasie rzeczywistym trójwymiarową mapę świata przesuwającego się pod nimi szybciej, niż mógłby to uchwycić ludzki wzrok. Dla pilota N.O.V.A. pełniła funkcję zaawansowanego inżyniera pokładowego. Korygowała lot. Przenosiła paliwo między zbiornikami skrzydłowymi i kadłubowymi, żeby utrzymać środek ciężkości tam, gdzie wymuszała to aerodynamika płatowca. Przestawiała stożki wlotów powietrza o dziesiąte części cala, żeby fala uderzeniowa trafiała w sprężarki pod idealnym kątem. Otwierała i zamykała kanały obejściowe ramjet. Włączała scramjet tylko wtedy, kiedy warunki były stabilne. Nie pozwalała człowiekowi przeciążyć własnego ciała ani zniszczyć samolotu błędną reakcją sterów. Na ekranie statusowym wyświetliła serię zielonych kontrolek. Iceman odczytał wszystko na głos, tak jak wymagała tego procedura, choć było to całkowicie zbędne.
– Kabina szczelna. Zasilanie tlenem wewnętrzne. Chłodzenie aktywne. Sterowanie aerodynamiczne nominalne. Nawigacja inercyjna w trakcie kalibracji. Łączność UHF zaszyfrowana. Pakiet rozpoznania uzbrojony, w trybie pasywnym.
Viper pochylił się lekko do przodu. Lewa ręka na przepustnicy. Prawa na sidesticku. Wszystko było w zasięgu palców. Technik naziemny dał znak ręką przez szkło kabiny. Pilot skinął. Nie musiał mówić. N.O.V.A. odczytała ruch ręki i weszła w procedurę rozruchu. Zanim jeszcze na pasie rozległ się pierwszy niski pomruk, na panelu „PROPULSION” pojawiła się sekwencja:
TURBO STAGE IGN – ARMED
AIR INTAKE GEOM CTRL – ACTIVE
FUEL FLOW JP-9X – STANDBY
RAMJET BYPASS – CLOSED
SCRAMJET INLET – LOCKED
Wloty powietrza po bokach kadłuba poruszyły się minimalnie. Stożki regulacyjne wsunęły się głębiej, formując rosnącą falę uderzeniową. Pierwszy stopień sprężarek osiowych dostał sygnał zasilania. Tytanowo-ceramiczne łopatki zaczęły się powoli obracać. Najpierw cicho, potem z charakterystycznym, rosnącym jękiem turbiny przy niskich obrotach. Powietrze zostało zassane. Wtrysk JP-9X podał pierwszą dawkę paliwa.
Zapłon.
Przez kadłub przeszło drżenie. Nie huk. Nie dudnienie. Raczej głęboki pomruk, który czuło się w kościach, nie w uszach. System scramjet pozostawał na razie uśpiony – wloty by-passów prowadzące do supersonicznej komory spalania były zamknięte przez zawory termiczne. Dopiero po przekroczeniu prędkości Mach 3 N.O.V.A. miała otworzyć je etapami i rozpocząć konwersję ciągu z konwencjonalnego na hipersoniczny. Komputer wyrównał ciąg i przeszedł na moc jałową.
– Ghostblade zero-jeden, tu Mildenhall Tower – odezwał się głos w systemie łączności wewnętrznej. – Zezwalam na kołowanie do pasa dwa-siedem. Wiatr zero-osiem-zero, siła jeden. Ostatnia kontrola naziemna pozytywna.
Viper odparł spokojnie:
– Mildenhall Tower, Ghostblade zero-jeden. Kołujemy na dwa-siedem. Wiatr zero-osiem-zero, przyjąłem.
Przez hermetyczną osłonę kabiny świat zewnętrzny był niemal bez dźwięku. Ale czuli ruch. Każde łączenie w betonie pasa przekładało się na krótkie, tępe uderzenie w strukturze fotela.
Kołowali.
Minęli hangary. Minęli punkt, gdzie normalnie stały tankowce KC-135. Minęli hangary RAF-u, które o tej godzinie były jeszcze całkowicie ciemne. Kiedy ustawili się na progu pasa dwa-siedem, zatrzymali się. N.O.V.A. ograniczyła ciąg silników do czterdziestu ośmiu procent i otworzyła dodatkowy obieg chłodzenia. Przeprowadziła autotest powierzchni sterowych. Sloty na krawędzi natarcia skrzydeł wysunęły się o kilka cali. Lotki poruszyły się w górę i w dół. Stateczniki pionowe skorygowały wychylenie na zero. Wszystko było gotowe.
Wieża nadała:
– Ghostblade zero-jeden, Mildenhall Tower. Zezwalam na start, pas dwa-siedem. Powodzenia.
Viper spojrzał na wskaźnik ciągu. Ciśnienie paliwa było stabilne. Temperatura turbiny w normie.
– Wieża, Ghostblade zero-jeden startuje.
Potem powiedział jedno słowo. Nie do wieży. Do maszyny.
– Naprzód.
N.O.V.A. otworzyła przepływ paliwa. Silniki weszły natychmiast na pełną moc. Powietrze wpadło do sprężarek. Wloty ustawiły się w pozycji maksymalnego skupienia fali uderzeniowej. Samolot ruszył do przodu. Przez pierwsze kilkaset jardów przyspieszenie rosło liniowo.
250 mil na godzinę…
300…
400…
Wskaźnik prędkości przesuwał się skokowo. N.O.V.A. zwiększyła kąt natarcia skrzydeł o kilka stopni, zwiększyła ciśnienie w zbiornikach paliwa w centropłacie, żeby wyrównać środek ciężkości i wykonała komendę separacji.
Oderwali się od pasa.
Podwozie schowało się natychmiast. Główne golenie weszły do wnęk skrzydłowych. Osłony zatrzasnęły się charakterystycznym głuchym tąpnięciem. Wnęki uszczelniły się automatycznie, żeby nie zostawić żadnej krawędzi, która mogłaby zająć się plazmą przy Mach 5. Ghostblade wszedł na kąt wznoszenia dwadzieścia dwa stopnie. Prędkość rosła nieprzerwanie. Kiedy przekroczyli trzydzieści tysięcy stóp, N.O.V.A. zaczęła uruchamiać kolejny poziom układu napędowego.
To nie były standardowe dopalacze.
To był pierwszy krok w stronę innego sposobu lotu.
Powietrze zasysane przez wloty przestało iść w całości przez sprężarki turboodrzutowe. Zawory obejściowe zaczęły się otwierać. Strumień powietrza kierował się do sekcji ramjet. Ten napęd nie ma wirników, nie potrzebuje sprężarki. Wykorzystuje prędkość samego samolotu jako sprężarkę. Powietrze jest ubijane falą uderzeniową we wlotach. Paliwo miesza się z nim i spala w przepływie naddźwiękowym. Daje ciąg, którego klasyczna turbina nie jest w stanie wygenerować. Po dłuższej chwili na panelach pojawiły się nowe dane: N.O.V.A. obliczała parametry aktywacji bypassów scramjet, wyznaczając krzywą przejścia na hipersoniczne przyspieszenie w zależności od rozkładu ciśnienia dynamicznego i gęstości atmosfery. Następnie skalibrowała geometrię kanałów powietrznych. Podała paliwo do komory hipersonicznej. W słuchawkach rozległ się syntetyczny głos:
– SCRAMJET ARMED. TRAJECTORY STABLE.
– SCRAMJET IGNITION CONFIRMED.
Przeciążenie wzrosło.
Viper poczuł, jak fotel wbija mu się w kręgosłup. Kombinezon zacisnął się na nogach i brzuchu. Niewielki ból za oczami. Standardowa procedura.
– Mach 3,1… 3,9… 4,4… – meldował Iceman. – Wysokość dziewięćdziesiąt tysięcy stóp. Ciąg stabilny.
– Utrzymuję – potwierdził Viper. – Koryguj INS co minutę.
– OK, INS skorygowany – odparł Iceman.
– Mach 5.
◆◆◆
Na wysokości dziewięćdziesięciu tysięcy stóp horyzont nie był już linią. Był łukiem. Niebieska warstwa atmosfery robiła się cienka, przechodząc w ciemny granat, prawie czerń. Ziemia pod nimi nie wygladała jak mapa usiana miastami. Była fakturą. Pasma rzek wyglądały jak srebrne nacięcia. Ciemne połacie lasów. Linie dróg tylko jako zmatowienia.
Temperatura zewnętrzna kadłuba wskazywała ponad tysiąc sto stopni Fahrenheita w miejscach największego tarcia, jednak zaawansowany system chłodzenia nadal utrzymywał stabilny poziom termiczny, chroniąc elektronikę i załogę. N.O.V.A. monitorowała parametry życiowe i parametry lotu, stale balansując między prędkością a bezpieczeństwem. W kabinie panowała napięta cisza, przerywana tylko krótkimi, rzeczowymi komunikatami pomiędzy załogą.
– Dziewięćdziesiąt sekund do granicy Układu Warszawskiego – powiedział Iceman. – Wchodzimy nad Polskę. Systemy w trybie nominalnym.
Viper milczał. Przez przezroczysty, złotem powlekany wizjer patrzył na ciemniejącą ziemię pod sobą – zarysowane kształty rzek, pasma świateł, głęboką czerń lasów. Linia horyzontu pozostała zakrzywiona. Niebieskawa otoczka atmosfery topniała ku granicy gwiazd.
– Patrzę na ziemię przodków… – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do Toma.
◆◆◆
Jednak przestrzeń powyżej Europy Wschodniej nie była pusta. Radary wczesnego ostrzegania ZSRR widziały Ghostblade’a. Przy tej prędkości nie miały pełnego śledzenia, ale miały echo. Wystarczyło, żeby ktoś w centrali obrony powietrznej ZSRR uznał, że to nie jest tylko „obiekt wysokiego pułapu”. Kiedy Ghostblade zbliżał się do korytarza prowadzącego nad terytorium Ukraińskiej SRR i dalej na południowy wschód, na ziemi w bazie lotniczej w Polsce włączono syreny.
◆◆◆
MiG-25 – maszyna zaprojektowana tylko w jednym celu: podejść wysoko i szybko do czegokolwiek, co naruszy granicę ZSRR. Beton bazy Mirosławiec był jeszcze mokry od rosy, ale para dyżurna znajdowała się w pełnej gotowości alarmowej. Tłoczone grubymi wężami paliwo T-1 pachniało ostrym, gryzącym aromatem kerosenu. Obok potężnych myśliwców z czerwonymi gwiazdami na kadłubach wibrowały ciężarówki z agregatami APA, a ich dieslowskie silniki wyły, wtłaczając prąd do trzewi maszyn. W kokpitach zapalały się po kolei lampki kontrolne. Czerwone światła na tablicach. Zielone na zasilaniu. Hydraulika budziła się do życia z charakterystycznym, głębokim jękiem.
– Rubież, ja Lis jeden – odezwał się głos pilota, głęboki, zduszony przez maskę tlenową. – Mam potwierdzony alarm. Rozkazy?
W słuchawkach odpowiedź wybrzmiała sucho:
– Lis jeden, ja Rubież. Cel niezidentyfikowany. Prędkość powyżej Mach 3. Wektor sto trzydzieści pięć. Pułap: dwadzieścia osiem kilometrów i rośnie. Rozkaz: start natychmiastowy. Przechwycić. Uzyskać twarde echo na Smerchu. Po zrównaniu prosić o zgodę na odpalenie R-40.
Pilot nie skomentował ostatniego zdania. Wiedział, że realnie zgody nie dostanie. Ale wiedział też, że ktoś w dowództwie właśnie ostro panikuje.
Silniki R-15B-300 zaczęły pożerać paliwo. Tłoczenie nafty T-1 pod ciśnieniem czterdziestu atmosfer, zapłon, gwałtowny skok temperatury w komorach spalania. Dysze wylotowe rozwarły się szeroko. Silniki przeszły w ogłuszający ryk, a potężne snopy ognia rozdarły noc, zamieniając powietrze za samolotami w drgający, gorący miraż.
Myśliwce ruszyły.
MiG-25 nie był zwinny. Nie był wdzięczny. Był brutalny. Pchnięty potężnym ciągiem dopalaczy, startował jak pocisk wyrzucany z katapulty, wgniatając pilotów w fotele przy niemal 4 g podczas gwałtownego wznoszenia. Zamiast finezji oferował czystą, surową moc, która zmuszała układ sterowania do nieustannej walki z potężnymi siłami aerodynamicznymi.
Para przechwytująca cięła czarne niebo nad Pomorzem Zachodnim. Ich stalowe kadłuby drżały pod naporem powietrza. Przy prędkości przelotowej przekraczającej Mach 2,2 na wysokości dziewiętnastu tysięcy metrów tarcie aerodynamiczne było tak ogromne, że poszycie nagrzewało się do kilkuset stopni, a wskaźniki temperatury w kokpicie zaczynały ostrzegawczo pulsować.
W kokpicie pierwszej maszyny kapitan Iwan Markow delikatnie ściągnął drążek na siebie. Jego głos był spokojny, chłodny, choć w pełni skupiony:
– Rubież, ja Lis jeden. Kontynuuję wznoszenie. Kierunek trzy-jeden-dwa. Wysokość dziewiętnaście kilometrów. Prędkość Mach 2,2. Nie mogę utrzymać celu w wiązce. Radar łapie echo na dwie sekundy, a potem gubi.
– Lis jeden, ja Rubież. Potwierdzam. Obiekt śledzony przez stację Duga-1 w rejonie Czernihowa. Trajektoria potwierdzona, średnia prędkość około Mach 5. Ślad radarowy niespójny. Emisja cieplna rozproszona. Rozkazy: kontynuuj próbę zbliżenia, wejdź na maksymalny pułap.
Pilot zacisnął zęby.
– Ja Lis jeden, rozumiem. Przechodzę na dwadzieścia jeden tysięcy metrów. Otwieram zawory chłodzenia awaryjnego.
Markow wcisnął przełącznik, wtłaczając litry mieszanki spirytusowej w rozgrzane do czerwoności kanały wokół elektroniki i sekcji ogonowej. Silniki jęknęły, a samolot zadrżał, walcząc z rzadkim powietrzem przy osiąganiu nowej wysokości. Za nim skrzydłowy, młody porucznik Baranow, utrzymywał szyk, lecz jego głos zdradzał rosnącą niepewność:
– Ja Lis dwa. Dowódco… radar mówi, że on się oddala. Przebija Mach 5. Nie dogonimy go…
W kokpicie zapaliły się kontrolki krytycznej temperatury. Przy Mach 2,5 krawędzie natarcia skrzydeł MiGa zaczynały świecić w podczerwieni.
– Wiem – powiedział sucho Lis Jeden. – Ale musimy pokazać, że tu jesteśmy…
Z ziemi przyszła ostateczna decyzja:
– Lis jeden, Lis dwa, ja Rubież. Obiekt poza strefą przechwycenia. Zmiana rozkazu. Powrót na Mirosławiec. Korytarz sto piętnaście stopni, wysokość dziesięć tysięcy metrów. Podejście według schematu lądowania numer trzy, ścieżka lewa. Zgłoś gotowość do zejścia.
Markow przymknął na moment oczy. Westchnął przez maskę tlenową.
– Rozkaz przyjęty. Wracamy.
Zaczął wytracać wysokość i prędkość, wyłączając dopalacz i przechodząc na tryb przelotowy. Kabina powoli się wychładzała. Kombinezon przeciążeniowy rozluźnił uścisk. Na panelu wskaźnik zużycia paliwa zasygnalizował potrzebę lądowania w ciągu trzydziestu minut – MiG-25 nie wybaczał długich lotów na pełnym ciągu.
Baranow odezwał się jeszcze raz, cicho, bardziej do siebie niż przez radio:
– Co to, do diabła, było…
Nad ich głowami świt dopiero przebijał się przez zasłonę chmur. Za plecami niebo było już puste – Ghostblade znajdował się daleko poza zasięgiem.
◆◆◆
W kabinie SR-72A ekran taktyczny pokazał w sektorze północno-zachodnim dwa krótkie piki radarowe. N.O.V.A. przypisała je jako „prawdopodobnie myśliwce naddźwiękowe, Mach<3, brak zdolności przechwycenia. Klasyfikacja: nieistotne.”
– Radziecka para na kursie przechwycenia – zameldował Iceman chłodno. – Nie dadzą rady. Brak próby rakietowej.
– Zignoruj – odpowiedział Viper. – Przed nami pierwszy cel.
Czarnobyl.
Elektrownia.
Reaktor numer cztery.
Miejsce, które oficjalnie już „opanowano”. W praktyce wciąż „świeciło”. N.O.V.A. skorygowała kurs bez pytania. Środek ciężkości znów przesunął się o kilka cali, by utrzymać idealne wyważenie aerodynamiczne. Cała maszyna pracowała jak jeden, perfekcyjny organizm.
– Rozpoczynamy fazę pierwszą – powiedział Iceman.
To był oficjalny powód misji. ONZ chciało twardych danych do raportu UNSCEAR ’88. Rzeczywistych map promieniowania, a nie radzieckich deklaracji. Pakiet sensorów rozpoznania w kadłubie budził się warstwami.
Wpierw konforemny system SAR nowej generacji. Żadnej klasycznej optyki, której szklane okna stopiłyby się przy tej prędkości. Anteny wtopione w poszycie emitowały impulsy o ultrawysokiej częstotliwości, przebijając się przez barierę plazmy otaczającą samolot. Mikrofale widziały przez dym, przez noc, przez mgłę i przez milczenie radzieckiej cenzury. Obraz trafiał prosto do modułów pamięci stałej w pancernej kasecie, zabezpieczonej przed promieniowaniem.
Następnie przyszedł czas na spektrometr jonizacyjny. Nie zbierał cząstek bezpośrednio – pył we wlotach silników byłby wyrokiem śmierci. Zamiast tego zliczał wtórne impulsy i rejestrował zjawisko fluorescencji atmosferycznej. Przy dwudziestu milach od celu potrafił przeanalizować zjonizowany słup promieniowania i odróżnić zwykłe tło od gorącego punktu wypełnionego strontem i cezem.
Dalej czujniki IRST, ukryte za chłodzonymi oknami z syntetycznego szafiru. Nie po to, żeby ścigać samoloty. Po to, żeby z krawędzi kosmosu łapać ślady termiczne stopionych rdzeni paliwowych i nagrzane plandeki ciężarówek wywożących wysokoaktywne odpady.
Na końcu – LIDAR mapujący objętościowo. Wielowiązkowy impuls uderzał przez turbulencje, tworząc mapę 3D całego kompleksu, warstwa po warstwie, gęstość po gęstości. Pamięć masowa pęczniała od danych, a wyselekcjonowane pakiety – w czasie rzeczywistym – były analizowane przez N.O.V.A.
– Kolejna korekta wektora – rzucił Iceman, obserwując ekrany.
Dziesiątki mil przed nimi, wiatry stratosferyczne wyniosły mikroskopijne cząstki radioaktywne niebezpiecznie wysoko. N.O.V.A. wyczuła tę anomalię ułamek sekundy wcześniej. Skorygowała kurs o zaledwie dwa stopnie, wchodząc w płynny, szeroki łuk. Przy prędkości bliskiej mili na sekundę, nawet tak delikatny manewr wcisnął ich w fotele. Algorytm nie pytał o pozwolenie. Nie zamierzał przepuścić izotopów przez wloty potężnych silników.
Ghostblade przemykał nad strefą ciszy, która miała na zawsze pozostać symbolem ludzkiej tragedii i zgubnej pychy systemu wymierzonej we własnych obywateli.
– Mamy dane dla ONZ – powiedział chłodno Iceman, czytając z wyświetlacza HUD. – Poziomy gamma na wschodnim składowisku są o rzędy wielkości wyższe, niż deklarowali. Zabójcze nawet dla ekip w ciężkich ołowianych fartuchach. Zapisane. Priorytet A.
Viper skinął głową, choć Iceman tego nie widział. Czarnobyl był zaledwie pierwszym punktem. Drugi cel czekał dalej na wschód.
Serce programu kosmicznego ZSRR – kompleks, w którym, według sygnałów HUMINT i analizy zdjęć satelitarnych KH-11, radziecki wahadłowiec był przygotowywany do startu. To nie był zwykły odpowiednik Space Shuttle. Wywiad USA podejrzewał, że misja testowa może obejmować wyniesienie systemu broni orbitalnej. Może lasera dużej mocy. Może generatora wiązki mikrofalowej. Czegoś, co miało niszczyć satelity zwiadowcze Stanów Zjednoczonych lub głowice ICBM w locie.
◆◆◆
Bajkonur, Kazachstan
Kompleks startowy
Rampa, na której stało coś, czego CIA nie widziała wcześniej poza zdjęciami satelitarnymi. Nieoficjalne określenie w Langley: „radziecki Shuttle”. Oficjalnie: OK-1K1 Buran. Wywiad podejrzewał, że ZSRR planuje uzbroić orbitę. Że w komorze ładunkowej jest miejsce na kierunkowy moduł energetyczny, broń antysatelitarną, a może coś więcej.
Na platformie startowej noc była gęsta od pyłu i światła reflektorów. Wokół zatankowanego po brzegi orbitera wciąż krążyli technicy – ostatnie weryfikacje, odczyty, procedury przedstartowe. Wszyscy czuli jednak, że coś jest nie tak. Z bunkra dowodzenia dobiegały krótkie, nerwowe komunikaty.
– Obiekt niezidentyfikowany, wektor północno-zachodni, wysokość trzydzieści kilometrów, prędkość rośnie.
Na platformie pojawiła się załoga Orzeł-jeden. Wchodzili po metalowych stopniach z hełmami pod pachą, by zająć miejsca w kokpicie, gdy z głośników rozległ się ostry rozkaz:
– Załoga Orzeł-jeden, wstrzymać wejście! Powtarzam – natychmiast ewakuować się do schronu!.
Kapitan zatrzymał się w pół kroku.
– Co do czorta?
W centrum dowodzenia słychać było tylko nerwowe rozmowy i szum potężnych wentylatorów. Oficerowie pochylali się nad mapami i ekranami. Operator łączności uniósł słuchawkę.
– Moskwa na linii. Żądają natychmiastowej decyzji, towarzyszu generale.
Dowódca bazy nie odrywał wzroku od obrazu radarowego. Jasny punkt zbliżał się do Bajkonuru z prędkością absolutnie niemożliwą dla jakiegokolwiek znanego samolotu.
– Jeśli to amerykański pocisk, nie będziemy ryzykować – powiedział cicho. – Nie pozwolę, żeby zniszczyli nasz najcenniejszy program na ziemi.
Złapał za mikrofon.
– Rakieta jest zatankowana. Przejść na odliczanie terminalne! Tryb alarmowy, bez załogi. Przełączyć Burana na komputer pokładowy Biser-4.
– Towarzyszu generale – inżynier lotu podniósł głos, blednąc – załoga i obsługa wciąż zjeżdża z wieży! Jesteśmy w T-minus siedem minut do startu, systemy bezpieczeństwa wymagają...
– Zdejmijcie blokady i omińcie procedury! – ryknął generał. – Odpalajcie, jak tylko zamkną się grodzie w schronie!
Zapanowała pełna napięcia cisza, po czym eter wypełniły gorączkowe komendy:
– Zasilanie pokładowe wewnętrzne, potwierdzone.
– Odprowadzenie ramion dostępowych.
– Ciśnienie w zbiornikach kriogenicznych w normie.
Wnętrze rakiety ożyło. Wewnętrzne turbopompy ruszyły z niskim, dudniącym pomrukiem, błyskawicznie wysysając ciekły tlen i wodór ze zbiorników i tłocząc je pod potężnym ciśnieniem w stronę komór spalania. Gdy potworne wibracje wstrząsnęły nośnikiem Energia, z jego poszycia zaczęły odrywać się całe płaty lodu, opadając w dół niczym biała zamieć. Na zewnątrz powietrze było gęste od ulatniającej się kriogenicznej pary, przecinanej obłędem wirujących, czerwonych lamp ostrzegawczych. Ostatni technicy i załoga wpadli do betonowych schronów u podnóża wyrzutni. Potężne rygle zatrzasnęły się z ciężkim stukiem.
– Dziesięć… dziewięć…
Zawory paliwowe otworzyły się z głuchym uderzeniem, wpuszczając mieszankę do silników RD-0120. Z dysz wyrwały się pierwsze oślepiające pióropusze ognia, topiąc beton rynny odprowadzającej. Metalowa konstrukcja wieży jęknęła, a ziemia zaczęła drżeć jak pod uderzeniem gromu z nieba.
– Trzy… dwa… jeden…
Potężna Energia oderwała się od platformy w morzu ognia i kłębach białej pary, unosząc Burana ku niebu. Wahadłowiec nie niósł ludzi ani broni – jego samotny lot w kosmos był jedynie aktem desperacji chylącego się ku upadkowi imperium.
◆◆◆
Ghostblade to zobaczył. Nie w paśmie widzialnym – bo nie zszedł tak nisko, żeby analizować szczegóły strukturalne jak zwykły samolot zwiadu taktycznego. Zobaczył to w podczerwieni. Nagle, ostro kontrastując z chłodnym otoczeniem, na ekranach rozkwitł silny, skupiony ślad termiczny. Sygnał gwałtownie rosnącej temperatury w jednym punkcie wielkiego, czarnego stepu.
– Mam to – powiedział Iceman. W jego głosie pojawiło się coś na granicy zawodowego zachwytu i trzeźwej, chłodnej oceny. – Wykryto potężną anomalię termiczną w kompleksie Bajkonur. Aktywacja systemu startowego.
– Deklaracja polityczna – szepnął Viper. – Chcą, żeby satelity to zobaczyły. Chcą udowodnić, że orbitalna platforma bojowa nie istnieje tylko na papierze.
N.O.V.A. zapisała cały pakiet danych: potężne sygnatury cieplne, natychmiastowe zmiany emisji radiowej w paśmie telemetrii, charakterystykę termiczną rampy i rozkład ciepła na poszyciu orbitera. Zbiór twardych sygnałów, które analitycy w Langley przekują później w chłodny raport:
„Zdolność wyprowadzenia ciężkiej platformy orbitalnej w trybie alarmowym. Brak załogi. Udowodniona zdolność utrzymania w pełni zatankowanego nośnika kriogenicznego w natychmiastowej gotowości startowej”.
Ghostblade nie zszedł niżej. Nie było takiej potrzeby. Ani czasu. Korytarz misji zakręcał na południe. Dalszy jej przebieg nie istniał oficjalnie nawet dla RAF-u. Plan obejmował długi łuk przez południe Morza Kaspijskiego, a potem zejście na zachód, nad Iran. Zadaniem była aktualizacja obrazu pola walki. Identyfikacja wyrzutni rakiet przeciwokrętowych, pozycji radarów brzegowych, rozkładu irańskich baterii przeciwlotniczych, rozmieszczenia okrętów. Miał dać Pentagonowi gotowy projekt mapy uderzeń.
Tor przelotu zahaczał również o Irak.
Reżim Saddama pracował wtedy nad dwoma powiązanymi projektami. Pierwszy: superdziało o kryptonimie „Project Babylon”. Gigantyczny układ lufowy zaprojektowany do wynoszenia ładunków na ogromne odległości płaską trajektorią balistyczną. Drugi: zmagazynowanie „specjalnej amunicji”, która według sygnałów wywiadowczych została przeniesiona z Europy i nielegalnie „wzmocniona”. W praktyce broń o sygnaturze neutronowej, która nie powinna znajdować się nigdzie na irackiej ziemi. N.O.V.A. nie rozumiała tego politycznie. Rozumiała tylko fizykę. Kiedy Ghostblade ciął powietrze nad Irakiem, jego radary z syntetyczną aperturą i sensory termiczne wysokiej rozdzielczości złapały nagłą anomalię. Nie szerokie skażenie. Nie rozlany ślad przemysłowy. Punktowy sygnał, mały o nienaturalnej charakterystyce.
– Widzisz to? – zapytał Iceman.
– Mhmm… – odparł Viper. – Nie wygląda na klasyczny reaktor.
– Bo to nie reaktor. Radar penetrujący widzi pod ziemią komory ekranowane nienaturalnie gęstym materiałem. Ołów albo wibrobeton. A z wentylacji bucha ciepło charakterystyczne dla układów chłodzenia ładunków rozszczepialnych. Dwa takie punkty, przesunięte o jakieś trzydzieści stóp w osi poprzecznej.
– Magazyn amunicji?
– Wykres chłodzenia absolutnie nie pasuje do amunicji konwencjonalnej.
– Czyli co?
Iceman milczał chwilę.
– Czyli Pentagon się zesra.
N.O.V.A. zapisała wszystko. Zaznaczyła współrzędne. Nadała priorytet A-ONE: „wymagana natychmiastowa analiza strategiczna”.
Viper spojrzał na mapę trajektorii. Linia lotu zawracała na północny zachód. Do punktu zbiorczego. Do wysuniętej bazy operacyjnej NRO, gdzie czekał zespół analityków z CIA i DIA. Dane miano zdjąć z maszyny natychmiast po lądowaniu. Transmisja radiowa tak ciężkich plików w locie była wykluczona. Żadnej szansy na przechwycenie.
– Ghostblade zero-jeden, status? – odezwało się amerykańskie dowództwo strategiczne przez szyfrowaną sieć satelitarną MILSTAR.
Viper odpowiedział chłodno, bez ozdobników.
– Ghostblade zero-jeden. Misja przebiega zgodnie z planem. UNSCEAR kompletny. Bajkonur kompletny. Trzeci pakiet w toku. Wracamy.
Po drugiej stronie radia panowała cisza. Potem odezwał się głos, w którym nie było już rutyny wieży. Tylko twarda kontrola.
– Ghostblade zero-jeden. Przyjąłem. Na ziemi czeka odbiór natychmiastowy. Po lądowaniu nie wyłączacie zasilania. Nie opuszczacie kabiny.
Viper spojrzał na wskaźnik temperatury poszycia. Na prędkościomierz. Na wysokość. Mach 5 zostawiał po nim tylko zniekształcony ślad termiczny w rzadkim powietrzu stratosfery. Nic więcej. Żadnego dymu. Żadnej smugi kondensacyjnej.
– Zrozumiałem – powiedział spokojnie. – Ghostblade zero-jeden w drodze.
◆◆◆
BAGDAD, IRAK
PAŁAC REPUBLIKI
Zaduch w sali sztabowej dławił. Wysłużona klimatyzacja rzęziła, nie radząc sobie z upałem, zapachem kwaśnego potu i ciężkim dymem cygar. Nad długim stołem wisiał monumentalny, oświetlony reflektorem portret Saddama. Po obu stronach blatu tkwili generałowie, szefowie służb i doradcy. Milczeli. Jedynym dźwiękiem był szum wentylatorów i odległe warczenie wojskowych ciężarówek na dziedzińcu.
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Do sali wpadł oficer lotnictwa. Miał zmięty, mokry pod pachami mundur, a do piersi kurczowo przyciskał teczkę. Zatrzymał się, miażdżony ciężarem utkwionych w nim spojrzeń. Saddam siedział w centrum, częściowo w cieniu lampy, głęboko oparty o zagłówek fotela. Nie musiał nic mówić. Wystarczyło nieznaczne skinienie głową.
– Wasza Ekscelencjo… – zaczął oficer łamiącym się głosem, kładąc dokumenty na blacie. – Naruszenie przestrzeni powietrznej. Nie zdołaliśmy przechwycić intruza. Systemy obrony zgubiły kontakt. Echo zniknęło z radarów po trzech minutach.
Saddam powoli poderwał się z fotela.
– Zgubiliście kontakt? – Jego głos był cichy, ale ciął jak brzytwa. – Szpieg lata po naszym niebie, a wy nic?!
Uderzył otwartą dłonią w blat. Kryształowa popielniczka podskoczyła, rozsypując wokół szary popiół z cygara.
– Jak to w ogóle możliwe? Nasze radary, MiG-i, baterie SAM… i nic?!
– Prędkość i pułap… on był poza zasięgiem rażenia – wydukał oficer, wpatrując się w czubki swoich butów.
– Chcę pełny raport w ciągu godziny! Przesłuchać wszystkich oficerów dyżurnych!
Sztab zamarł. Jedynie pułkownik Hadi al-Rashid, szef wywiadu, nie spuścił wzroku z twarzy wodza. Saddam zaczął krążyć wzdłuż stołu, a jego szczęka drżała z tłumionej wściekłości.
– I co mi z całego tego Babylonu, jeśli nie potrafimy strącić jednego, marnego samolotu?! – warknął w przestrzeń.
– Panie Prezydencie, Projekt Babylon jest ukończony – wtrącił pospiesznie szef przemysłu zbrojeniowego, desperacko próbując zmienić tory rozmowy. – Mamy dwa ładunki. Jeden strzał z super działa i rzucimy wszystkich na kolana.
– Zanim pocisk spadnie, oni zdążą nas zniszczyć – uciął zimno Saddam. – To samobójstwo. Nie pociągnę za spust bez gwarancji, że nie zostaniemy spaleni do fundamentów.
W sali zapanowała absolutna cisza. Ktoś nerwowo przesunął filiżankę z niedopitą kawą.