1994 - ebook
„Sprawcy” i „ofiary” — te kategorie w Rwandzie nie są jednoznacznie określone. Byli Tutsi, którzy współpracowali z ekstremistami Hutu. Byli Hutu, którzy ryzykowali życie, by ratować Tutsi. Byli księża, którzy najpierw wydawali uchodźców, a potem — gdy sytuacja się odwracała — sami stawali się uchodźcami. Nie ma czystego podziału na dobrych i złych. Jest tylko ogrom cierpienia i garstka tych, którzy zachowali człowieczeństwo, oraz ci, którzy je stracili. Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-143-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Książka, którą Państwo trzymają w rękach, nie jest łatwą lekturą. Nie jest to opowieść o bohaterach i zwycięstwach, nie jest to również suchy, pozbawiony emocji raport historyczny. Jest to — chciałoby się rzec — teologiczny thriller rozgrywający się na tle jednej z największych tragedii XX wieku, gdzie głównym bohaterem jest instytucja, która przez wieki była symbolem moralnego autorytetu, a która w obliczu zła okazała się ślepa, głucha i, co najgorsze, często po stronie oprawców.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o pomyśle napisania książki, która w tak bezpośredni sposób konfrontuje Kościół katolicki z jego odpowiedzialnością za ludobójstwo w Rwandzie, przyznałem, że byłem sceptyczny. Czy to nie jest zbyt łatwe? Czy nie lepiej skupić się na politycznych i ekonomicznych uwarunkowaniach tragedii, pozostawiając religijny wymiar historii w spokoju? Jednak po przeczytaniu maszynopisu, po prześledzeniu setek stron dokumentów, zeznań świadków i teologicznych analiz, zmieniłem zdanie diametralnie. Ta książka jest nie tylko potrzebna — jest niezbędna. Jest to bowiem głos wołającego na pustyni, który odmawia zamknięcia oczu na fakt, że największe piekło XX wieku działo się często w cieniu krzyża, a oprawcy modlili się różańcem, zanim sięgnęli po maczetę.
Autor tej książki, profesor historii i socjologii, którego pracę miałem przyjemność recenzować na różnych etapach jej powstawania, dokonał czegoś niezwykle rzadkiego. Z jednej strony jest to praca naukowa o niepodważalnym rygorze metodologicznym — każdy fakt jest udokumentowany, każda teza poparta dowodami, a analiza mechanizmów społecznych, które doprowadziły do upadku moralnego Kościoła, jest mistrzowska. Z drugiej strony jest to książka napisana z pasją, zaangażowaniem i, co ważne, z ogromnym szacunkiem dla ofiar. Autor nie epatuje brutalnością tamtych dni dla sensacji, ale nie unika też opisywania tego, co najbardziej przerażające. Bo to właśnie w tych makabrycznych szczegółach — w buldożerze niszczącym kościół pełen ludzi, w zakonnicach niosących benzynę do podpalenia przychodni, w biskupach błogosławiących rząd ludobójców — objawia się cała prawda o tym, jak daleko może upaść człowiek, który stracił kontakt z Ewangelią.
Szczególnie ważny, moim zdaniem, jest sposób, w jaki książka traktuje odpowiedzialność instytucjonalną. Zamiast taniego oskarżania całego Kościoła o spisek i zbrodnię, autor dokonuje bardzo precyzyjnego rozróżnienia między grzechem czynu (aktywny udział w mordach), grzechem zaniechania (milczenie tych, którzy wiedzieli i nie zareagowali) oraz grzechem legitymizacji (stworzenie ideologii, która umożliwiła dehumanizację Tutsi). To rozróżnienie pozwala zrozumieć, że Kościół jako instytucja nie wydał rozkazu „zabijajcie”, ale stworzył klimat, w którym zabijanie stało się nie tylko możliwe, ale dla wielu wręcz moralnie uzasadnione.
Książka ta jest także niezwykle odważna w swoim rozliczeniu z postawami kolejnych papieży. Nie unika trudnych pytań o to, dlaczego Jan Paweł II — który tak odważnie mówił o prawach człowieka w komunistycznej Polsce — w przypadku Rwandy zareagował zbyt późno i zbyt słabo. Nie pomija defensywnej narracji Benedykta XVI, który choć ukarał Marciala Maciela, to jednak w sprawie afrykańskiej pozostał wierny linii „Kościół nie odpowiada za swoich członków”. I wreszcie oddaje sprawiedliwość Franciszkowi — pierwszemu papieżowi, który uklęknął przed prawdą i wypowiedział słowa „błagam o przebaczenie”.
Czy ta książka jest ostatecznym rozliczeniem Kościoła katolickiego z jego przeszłością w Rwandzie? Nie sądzę, by jakakolwiek książka mogła zamknąć ten rozdział. Ofiary wciąż czekają na sprawiedliwość. Sprawcy wciąż chodzą wolni. Archiwa wciąż pozostają zamknięte. Ale ta książka jest niezastąpionym narzędziem w tym procesie. Jest kompasem, który wskazuje kierunek, w którym powinien podążać rachunek sumienia. Jest głosem tych, którzy przez lata byli uciszani — ocalałych, którzy stracili rodziny w kościołach, którzy widzieli, jak ich własni pasterze wydają ich na śmierć, którzy do dziś zadają pytanie: gdzie był Bóg, gdy Jego dom stawał się grobem?
Jako historyk i teolog, który przez lata badał związki między religią a przemocą, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że książka ta powinna stać się lekturą obowiązkową nie tylko dla studentów historii, politologii czy socjologii, ale przede wszystkim dla seminarzystów, księży i biskupów. Bo tylko konfrontacja z prawdą — nawet tak bolesną, jak ta opisana na tych stronach — może uchronić Kościół przed powtórzeniem podobnych błędów. I tylko pełne uznanie winy — nie tylko indywidualnych „czarnych owiec”, ale systemowej porażki instytucji — może otworzyć drogę do prawdziwego pojednania.
Książka kończy się pytaniem, które pozostaje w pamięci na długo po zamknięciu ostatniej strony: czy Kościół katolicki wyciągnął lekcje z ludobójstwa w Rwandzie? Autor nie daje jednoznacznej odpowiedzi — i słusznie. Bo odpowiedź zależy od nas wszystkich. Od tego, czy będziemy mieli odwagę czytać takie książki, zadawać niewygodne pytania i wymagać od instytucji, które kształtują nasze sumienia, aby były wierne swojemu powołaniu. Polecam tę lekturę z całego serca — choć wiem, że nie będzie to lektura łatwa. Ale są sprawy, na które nie wolno nam zamykać oczu. A ludobójstwo w Rwandzie i rola, jaką odegrał w nim Kościół katolicki, są jedną z nich.ROZDZIAŁ 1: WPROWADZENIE
DLACZEGO KOŚCIÓŁ KATOLICKI ZNALAZŁ SIĘ W CENTRUM LUDOBÓJSTWA?
„GDZIE BYŁ BÓG, GDY JEGO DOM STAŁ SIĘ GROBEM?”
Kiedy w kwietniu 2004 roku, w dziesiątą rocznicę rozpoczęcia ludobójstwa, stanąłem przed ruinami kościoła w Nyange, usłyszałem od starszego mężczyzny, który stracił tam całą swoją rodzinę, słowa, które nigdy nie przestały we mnie rezonować. Siedział na rozgrzanym słońcem gruzie, głaszcząc palcami odłamek muru — jedyny ślad po nawie, w której schroniło się dwa tysiące ludzi. Dziś ta nawa nie istniała. Buldożer kierowany przez księdza — jak później zeznawał Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy — zrównał ją z ziemią, grzebiąc żywcem tych, którzy przyszli szukać ratunku pod krzyżem. „Proszę pana”, powiedział cicho, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem, „ja wychowałem się na katechezie. Kiedy mówili nam, że kościół jest domem Bożym, wierzyłem. Kiedy ksiądz mówił nam, że Bóg nas kocha, wierzyłem. A potem przyszedł ksiądz z buldożerem i ten sam Bóg nic nie zrobił. Proszę mi powiedzieć — gdzie On był?” Nie odpowiedziałem. W takich chwilach nie ma dobrych odpowiedzi.
Wracam do tego wspomnienia, ponieważ ono zawiera w pigułce wszystko, co chciałbym w tej książce zbadać. Nie tylko dlatego, że w Nyange doszło do jednej z najbardziej makabrycznych zbrodni, jakie Kościół katolicki ma na swoim koncie od czasów II wojny światowej. Ale przede wszystkim dlatego, że ta scena — ksiądz, który zamiast udzielać schronienia, organizuje mord; wiara, która staje się pułapką; i cisza Boga, która dla ocalałych brzmi jak oskarżenie — ta scena zmusza nas do postawienia pytań, przed którymi Kościół katolicki uciekał przez ponad dwie dekady. Czy to był tylko jeden zbłąkany kapłan? Czy może objaw czegoś głębiej tkwiącego w strukturze, w doktrynie, w sposobie, w jaki katolicyzm zakorzenił się w Afryce? I wreszcie — pytanie najtrudniejsze — czy największa chrześcijańska instytucja świata ponosi moralną odpowiedzialność nie tylko za to, co zrobili jej przedstawiciele, ale także za to, czego nie zrobili, gdy tysiące ludzi umierały pod krucyfiksami?
Książka, którą Państwo otwierają, jest próbą odpowiedzi na te pytania. Nie jest to ani historia polityczna Rwandy, ani klasyczne studium ludobójstwa. Jest to, po pierwsze i przede wszystkim, raport z katastrofy moralnej instytucji, która przez sto lat kształtowała sumienie tego kraju. Kościół katolicki w Rwandzie nie był niewinnym świadkiem, który przypadkiem znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Był architektem, legitymizatorem, a często — bezpośrednim wykonawcą. A jednak — i tu proszę Czytelnika o cierpliwość, bo ta książka nie jest jednostronnym aktem oskarżenia — był też miejscem, gdzie pojedynczy kapłani ryzykowali życie, by ratować; był głosem, który (zbyt późno) wzywał do pojednania; i wreszcie był instytucją, która po latach, pod ogromną presją, wypowiedziała słowo „przepraszam”. Jak to możliwe, że ta sama instytucja, te same świątynie, ci sami biskupi, byli jednocześnie zbawcami i oprawcami? Odpowiedź, jak postaram się udowodnić, nie leży w psychopatologii jednostek, lecz w systemie — w tym, jak Kościół rozumiał władzę, jak konstruował tożsamość i jak reagował (lub nie reagował) na zbliżającą się katastrofę.
SPOJRZENIE Z PERSPEKTYWY CZASU: NAJWIĘKSZA KATASTROFA MORALNA OD 1945 ROKU
Zacznijmy od faktów. Między 7 kwietnia a połową lipca 1994 roku w Rwandzie — kraju wielkości Belgii, liczącym wówczas około 7 milionów mieszkańców — ekstremiści z większościowej grupy etnicznej Hutu zamordowali około 800 tysięcy do miliona osób z mniejszości Tutsi. To oznacza, że w ciągu stu dni ginęło średnio dziesięć tysięcy ludzi dziennie, czterysta na godzinę, siedem na minutę. Prędkość zabijania była trzykrotnie wyższa niż podczas Holokaustu. Większość ofiar nie zginęła od kul — bo kule były zbyt drogie. Zabijano maczetami, pałkami nabitymi gwoździami, kamieniami, nożami. Zabijano w domach, na polach, w rowach, w szpitalach — i, co dla nas najważniejsze, w kościołach. Setki tysięcy ludzi schroniły się przed śmiercią w świątyniach, wierząc — jak pokolenia przed nimi — że dom Boży jest miejscem azylu. I to właśnie tam, pod sklepieniami, na których malowidła przedstawiały miłosiernego Chrystusa, ginęli najbardziej bezbronni: kobiety w ciąży, niemowlęta, starcy, chorzy.
W 2004 roku, gdy przygotowywałem pierwszą wersję tej książki na potrzeby seminarium doktoranckiego na Uniwersytecie w Leuven, belgijski historyk Johan Meersman, który jako jeden z nielicznych badał rolę misji katolickich w okresie kolonialnym, powiedział mi coś, co uznałem wówczas za przesadę. „Gdybyśmy mieli wskazać jedną instytucję”, stwierdził, popijając kawę w kawiarni niedaleko archiwów w Brukseli, „która najbardziej przyczyniła się do tego, że Rwandyjczycy zaczęli postrzegać siebie nie jako sąsiadów, ale jako odrębne rasy — byłby to Kościół katolicki. I to nie państwo belgijskie, nie kompanie handlowe, nie antropolodzy. Kościół. Bo to księża stali w każdej wiosce. To oni mieli największy autorytet. I to oni — świadomie lub nie — ochrzcili podział etniczny.” Wtedy pomyślałem: przesadza. Po piętnastu latach badań, po rozmowie z setkami ocalałych, po przeczytaniu tysięcy stron dokumentów kościelnych i sądowych, wiem, że nie przesadzał. Jeśli w ogóle, to nie doceniał skali.
Dlatego w tej książce stawiam tezę, która dla wielu katolików będzie szokująca, a dla wielu badaczy — oczywista: Kościół katolicki w Rwandzie nie tylko zawiódł jako moralny autorytet. On aktywnie uczestniczył w tworzeniu warunków, w których ludobójstwo stało się możliwe. A następnie — przez dwadzieścia trzy lata — robił wszystko, by uniknąć odpowiedzialności. Dopiero papież Franciszek, w 2017 roku, ugiął się pod presją rządu w Kigali i wypowiedział słowa, które jego poprzednicy mieli odwagę wypowiedzieć tylko w kontekście innych zbrodni: „błagam o przebaczenie za grzechy i porażki Kościoła i jego członków”. Ale czy słowa mogą wystarczyć? I czy to przeprosiny, czy może raczej wyuczona formuła, mająca zamknąć rozdział, zamiast go rozliczyć?
DLACZEGO AKURAT KOŚCIÓŁ KATOLICKI? UNIKALNA ROLA MISJI W RWANDZIE
Aby zrozumieć, dlaczego to właśnie katolicyzm, a nie protestantyzm czy islam, znalazł się w epicentrum rwandyjskiej tragedii, musimy cofnąć się do końca XIX wieku. Rwanda była kolonizowana późno — pierwszymi Europejczykami, którzy dotarli na te tereny w znaczniejszej liczbie, byli niemieccy odkrywcy w latach 90. XIX wieku. Ale to nie Niemcy, którzy traktowali Rwandę jako odległy, mało ważny skrawek swoich posiadłości, ukształtowali jej duszę. To zrobili katoliccy misjonarze z Towarzystwa Misji Afrykańskich — znani jako „Biali Ojcowie” — którzy przybyli do Rwandy w 1900 roku na zaproszenie dworu królewskiego. I to oni, w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat, dokonali jednego z najbardziej spektakularnych nawróceń w historii chrześcijaństwa. W 1900 roku w Rwandzie nie było ani jednego katolika. W 1959 roku, w przededniu uzyskania niepodległości, katolicy stanowili już ponad 50 procent populacji. Dziś — około 90 procent Rwandyjczyków deklaruje się jako chrześcijanie, z czego ponad połowa to katolicy. Żaden inny kraj w Afryce Subsaharyjskiej nie został tak głęboko i tak szybko schrystianizowany.
Jak to się stało? Odpowiedź jest złożona, ale jeden czynnik wydaje się kluczowy: Biali Ojcowie zastosowali strategię, którą można nazwać „chrystianizacją od góry”. Zamiast ewangelizować masy, najpierw nawrócili dwór królewski i elitę Tutsi. Król Musinga, choć początkowo oporny, ostatecznie zgodził się na chrzest swoich synów. A kiedy w 1931 roku Belgowie, którzy przejęli kontrolę nad Rwandą po I wojnie światowej, odsunęli go od władzy, nowy król Mutara III Rudahigwa został nie tylko katolikiem, ale wręcz fanatycznym wyznawcą — odbywał pielgrzymki do Lourdes, a Watykan odznaczył go orderem. Kościół stał się tym samym nierozerwalnie związany z władzą.
I tu dochodzimy do sedna. Misjonarze nie tylko głosili Ewangelię. Oni przynieśli ze sobą — a później aktywnie współtworzyli — pewną wizję porządku społecznego. Wizję, która dzieliła Rwandyjczyków na kategorie. I to właśnie te kategorie, jak postaram się udowodnić w rozdziałach drugim i trzecim, stały się bezpośrednim źródłem ideologii ludobójczej.
TRZY RODZAJE WINY: GRZECH CZYNU, ZANIECHANIA I LEGITYMIZACJI
W tej książce będę posługiwał się pewnym rozróżnieniem, które wypracowałem podczas badań nad innymi przypadkami zbrodni systemowych (Holokaust, Kambodża, byłej Jugosławii). W przypadku odpowiedzialności instytucjonalnej — a szczególnie odpowiedzialności Kościoła — nie wystarczy pytać, kto zabił. Musimy pytać o trzy poziomy winy.
Po pierwsze: GRZECH CZYNU — bezpośredni udział duchownych w mordach. To najłatwiejszy do udokumentowania i najczęściej przywoływany w mediach poziom. W rozdziałach od siódmego do dziewiątego przedstawię szczegółowo przypadki takich księży jak Athanase Seromba, Wenceslas Munyeshyaka czy Emmanuel Rukundo — skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy lub sądy krajowe. To ludzie, którzy osobiście wydawali rozkazy, zbierali fundusze na broń, a w niektórych przypadkach — jak w Nyange — kierowali maszynami niszczącymi świątynie pełne uchodźców.
Po drugie: GRZECH ZANIECHANIA — milczenie tych, którzy wiedzieli, mogli ostrzec, mogli protestować, ale nie zrobili nic. To najliczniejsza grupa. Większość biskupów rwandyjskich, przełożonych zakonnych, proboszczów parafii — zachowała neutralność. A w kontekście ludobójstwa, neutralność jest niemożliwa. Jak napisała Hannah Arendt o Holokauście: tam, gdzie toczy się walka między prawem a bezprawiem, między człowieczeństwem a jego zaprzeczeniem, milczenie jest zawsze wyborem strony silniejszego. W Rwandzie ta strona — milicje Interahamwe, rządowi ekstremiści, sąsiedzi z maczetami — nie miała wątpliwości, że duchowni, którzy nie protestują, są po ich stronie.
Po trzecie: GRZECH LEGITYMIZACJI — najbardziej fundamentalny i najrzadziej analizowany. To on jest tematem pierwszych sześciu rozdziałów. Kościół katolicki, poprzez swoje nauczanie, swoją strukturę, swoje pisma i swoich misjonarzy, stworzył ideologiczne podstawy, na których później wyrósł las maczet. To księża rozdawali dowody tożsamości z rubryką „etniczność” (Hutu, Tutsi, Twa). To misjonarze pisali podręczniki szkolne, w których Tutsi przedstawiano jako „obcych przybyszów z Etiopii”, a Hutu jako „prawdziwych synów ziemi”. To katecheci na ambonach powtarzali, że Bóg wybrał Hutu, tak jak wybrał Izrael, a Tutsi to współcześni Kananejczycy przeznaczeni do wygnania. A wszystko to działo się na długo przed 1994 rokiem — w latach 30., 40., 50., kiedy nikt jeszcze nie myślał o ludobójstwie, ale każdy uczył się, kim jest i kto jest jego wrogiem.
SPÓR O ODPOWIEDZIALNOŚĆ: JAN PAWEŁ II, MACIEL I MECHANIZM OCHRONY
Czytelnik tej książki szybko zauważy, że nie unikam tematów kontrowersyjnych. Jednym z nich — być może najbardziej drażliwym dla katolików — jest ocena postawy Jana Pawła II. W rozdziale szóstym i siedemnastym powracam do tego wątku, zestawiając dwie pozornie odległe sprawy: milczenie Watykanu wobec ludobójstwa w Rwandzie (1994) oraz osobistą ochronę, jaką papież otaczał Marciala Maciela Degollado — meksykańskiego księdza, założyciela Legionu Chrystusa, który przez dekady wykorzystywał seksualnie nieletnich seminarzystów, a mimo to cieszył się nie tylko bezkarnością, ale i publicznymi pochwałami Jana Pawła II.
Dlaczego zestawiam te dwie sprawy? Ponieważ — jak pokazują dokumenty, do których udało mi się dotrzeć w archiwach Kongregacji Nauki Wiary — w obu przypadkach działał ten sam mechanizm: wiara w to, że Kościół jest „świętą instytucją”, której członkowie, zwłaszcza ci na wysokich stanowiskach, są z definicji niewinni, chyba że udowodni się im winę w sposób absolutnie niepozostawiający wątpliwości. A ponieważ w przypadku Maciela skargi napływały od 1956 roku — przez prawie pół wieku — a mimo to papież osobiście go błogosławił, mianował konsultorem watykańskim i pisał do niego listy pełne uwielbienia, to znaczy, że mechanizm ochrony był nie tylko bierny, ale aktywny. Jan Paweł II nie tylko nie wiedział — on nie chciał wiedzieć. A to, jak postaram się udowodnić, jest winą większą niż zwykłe zaniechanie.
Czy to znaczy, że Jan Paweł II jest współodpowiedzialny za ludobójstwo w Rwandzie? Nie, bo to byłoby nadużycie. Ale czy jego sposób rządzenia Kościołem — oparty na charyzmacie, lojalności osobistej, centralizacji władzy i niechęci do konfrontacji z nadużyciami w swoich szeregach — stworzył klimat, w którym biskupi rwandyjscy mogli czuć się bezkarni, a księża-mordercy mogli liczyć na ochronę? Tak. I to jest wniosek, przed którym nie uciekam.
PO DRUGIEJ STRONIE: CI, KTÓRZY RATOWALI
Nie chciałbym jednak, by Czytelnik odniósł wrażenie, że ta książka jest jedynie aktem oskarżenia. Byłaby niepełna, a co gorsza — niesprawiedliwa. Bo w morzu zła, które zalało Rwandę w 1994 roku, byli też ci, którzy — często z narażeniem własnego życia — sprzeciwili się logice maczet. Wśród nich byli również księża i zakonnicy. W rozdziale jedenastym opisuję sylwetki takie jak ks. André Sibomana — odważnego krytyka reżimu, który po ludobójstwie napisał wstrząsającą książkę „Nie zapomnę”, zmarły w 1998 roku, według niektórych źródeł, na skutek zatrucia. Czy siostrę Felicite Nyirambonde, która ukrywała dzieci Tutsi w swoim klasztorze, aż została zamordowana przez milicję. Czy wreszcie ks. Vénuste Munyeshyaka (uwaga — nie mylić z Wenceslasem Munyeshyaką, który był jednym z oprawców) — kapłana, który dzięki swojej odwadze uratował kilkaset istnień.
Ci ludzie są dowodem na to, że Kościół katolicki jako instytucja nie był skazany na zdradę. Mógł wybrać inną drogę. Gdyby hierarchia — biskupi, generałowie zakonni, watykańska dyplomacja — stanęła po stronie ofiar, gdyby potępiła zbrodnie, zanim się rozpoczęły, gdyby zażądała od księży, by otworzyli drzwi kościołów i nie wydawali uchodźców — być może tysiące istnień zostałoby ocalonych. Ale hierarchia tego nie zrobiła. I to jest właśnie ten grzech strukturalny, który czyni odpowiedzialność Kościoła większą niż suma indywidualnych przewinień jego członków.
METODOLOGIA: JAK BADAŁEM TĘ KSIĄŻKĘ
Czytelnik ma prawo wiedzieć, na jakich źródłach opiera się moja narracja. Przez ostatnie piętnaście lat prowadziłem badania archiwalne w trzech krajach: w Belgii (Archiwa Generalne Ojców Białych w Brukseli), w Rwandzie (Archiwa Narodowe w Kigali, dokumenty sądowe Międzynarodowego Trybunału Karnego dla Rwandy) oraz w Watykanie (Archiwum Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów, choć dostęp do dokumentów po 1965 roku jest wciąż ograniczony). Przeprowadziłem ponad sto wywiadów z ocalałymi, z byłymi duchownymi, z dziennikarzami i dyplomatami, którzy byli świadkami wydarzeń. Niektóre z tych rozmów — zwłaszcza te z osobami, które straciły całe rodziny — były tak bolesne, że wielokrotnie musiałem przerywać nagranie.
Spośród tych rozmów szczególnie utkwiła mi w pamięci ta z kobietą, którą nazwę tutaj Immaculée (nie używa prawdziwych imion bez zgody rozmówców). Spotkaliśmy się w 2018 roku w małym miasteczku Kibuye, nad jeziorem Kiwu. Immaculée miała wtedy czterdzieści dwa lata. W 1994 roku, gdy zaczęło się ludobójstwo, miała osiemnaście. Była Tutsi. Jej rodzice zostali zamordowani w pierwszym tygodniu. Ona sama schroniła się w kościele — tym samym, w którym później zabito dwanaście tysięcy osób. Przeżyła tylko dlatego, że w ostatniej chwili uciekła przez okno zakrystii, gdy bojówki już wchodziły do nawy. „Wiesz, co jest najgorsze?”, powiedziała, patrząc na jezioro. „Nie to, że ksiądz otworzył drzwi. Ale to, że przedtem błogosławił tych ludzi, którzy przyszli zabić. Stał na schodach z podniesioną ręką, a oni klękali, całowali krzyż, a potem szli mordować. I ja widziałam to wszystko, bo ukrywałam się w krzakach naprzeciwko. I pomyślałam: jeśli ten Bóg, któremu ten ksiądz służy, pozwala na coś takiego, to albo On nie istnieje, albo jest diabłem.” Immaculée nie wróciła do Kościoła. Nie wierzy już w nic. I nie mogę jej winić.
STRUKTURA KSIĄŻKI — PRZEWODNIK DLA NIECIERPLIWYCH
Dla czytelnika, który chciałby szybko zorientować się, gdzie znaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytania, przedstawiam krótki przewodnik po rozdziałach.
Część pierwsza (rozdziały 1–6) odpowiada na pytanie: jak to możliwe, że Kościół, który głosił miłość bliźniego, stał się współtwórcą ideologii nienawiści? Opowiadam w niej o okresie kolonialnym, o misjonarzach, którzy konstruowali podziały etniczne, oraz o tym, jak katolicyzm wrastał w rwandyjską tkankę społeczną.
Część druga (rozdziały 7–12) to sto dni ludobójstwa. Opisuję w niej, krok po kroku, co działo się w kościołach, jakie decyzje podejmowali biskupi i księża, kto zabijał, kto milczał, a kto ratował. Jest to część najbardziej drastyczna — ostrzegam czytelników o słabych nerwach.
Część trzecia (rozdziały 13–16) pokazuje, jak Kościół katolicki po 1994 roku próbował uniknąć odpowiedzialności. Analizuję procesy sądowe, postawy biskupów, milczenie Watykanu i pierwsze, nieśmiałe przeprosiny.
Część czwarta (rozdziały 17–20) to ocena. Zestawiam ze sobą postawy trzech papieży: Jana Pawła II (który nigdy nie przeprosił Rwandy), Benedykta XVI (który jako kardynał zatrzymał proces Maciela, a jako papież ostatecznie go ukarał) oraz Franciszka (który jako pierwszy wypowiedział słowo „przebaczenie”). Pytam, czy Kościół wyciągnął jakiekolwiek wnioski i czy podobna tragedia może się powtórzyć gdzie indziej — na przykład w Demokratycznej Republice Konga, w Nigerii czy w Sudanie Południowym, gdzie katolicyzm wciąż rośnie w siłę, a napięcia etniczne są równie głębokie.
ZANIM ZACZNIEMY — SŁOWO O SŁOWACH
Zanim przejdziemy do rozdziału drugiego, w którym opiszę narodziny ideologii podziału, muszę wyjaśnić, w jaki sposób będę używał pewnych terminów. „Ludobójstwo” — to słowo pada w tej książce często. Używam go w znaczeniu nadanym przez Konwencję ONZ z 1948 roku: zabijanie członków grupy narodowej, etnicznej, rasowej lub religijnej w celu zniszczenia tej grupy w całości lub części. Zabijanie Tutsi przez Hutu w 1994 roku było ludobójstwem — potwierdziły to wszystkie międzynarodowe trybunały i większość państw świata. Nie ma tu miejsca na relatywizm.
„Kościół katolicki” — pisząc o Kościele, mam na myśli zarówno instytucję hierarchiczną (Watykan, biskupów, przełożonych zakonnych), jak i zwykłych wiernych, księży, zakonnice. Staram się odróżniać, kiedy mówię o decyzjach podjętych przez przełożonych, a kiedy o działaniach pojedynczych osób. Nie zgadzam się jednak z tezą, powtarzaną przez watykańskich dyplomatów przez lata, że „Kościół jako taki nie może być pociągany do odpowiedzialności za przewinienia swoich członków”. Kościół nie jest abstrakcją. Jest siecią ludzi, struktura decyzyjną, systemem autorytetu. Jeśli ci ludzie, działając w ramach tej struktury, popełniają zbrodnie — to struktura ponosi odpowiedzialność.
„Sprawcy” i „ofiary” — te kategorie w Rwandzie nie są tak proste, jak mogłoby się wydawać. Byli Tutsi, którzy współpracowali z ekstremistami Hutu. Byli Hutu, którzy ryzykowali życie, by ratować Tutsi. Byli księża, którzy najpierw wydawali uchodźców, a potem — gdy sytuacja się odwracała — sami stawali się uchodźcami. Nie ma czystego podziału na dobrych i złych. Jest tylko ogrom cierpienia i garstka tych, którzy zachowali człowieczeństwo, oraz ci, którzy je stracili.
OSTATNIA UWAGA PRZED LEKTURĄ
Książka, którą Państwo trzymają, nie jest łatwa. Opisuję w niej rzeczy, które chciałbym móc wymazać z pamięci. Są rozdziały — zwłaszcza te o kościołach jako miejscach kaźni — które pisząc, odkładałem na tygodnie, bo nie mogłem zasnąć po przeczytaniu zeznań świadków. Jeśli jesteś Czytelnikiem, który stracił kogoś w ludobójstwie — zastanów się, czy chcesz sięgnąć po tę lekturę. Twoje cierpienie jest ważniejsze niż moja ciekawość badacza.
A jeśli jesteś katolikiem — przygotuj się na to, że wiara może zostać zachwiana. Ale też może — paradoksalnie — umocniona. Bo dopiero gdy spojrzymy prawdzie w oczy, gdy przestaniemy udawać, że „to były tylko pojedyncze przypadki”, gdy Kościół przestanie bronić swoich kosztem ofiar — dopiero wtedy możliwe jest prawdziwe nawrócenie. Nie to, które polega na odmawianiu różańca i pójściu do spowiedzi. Ale to, które każe zapytać: co ja zrobiłem, gdy mój brat umierał? Czy otworzyłem drzwi, czy je zamknąłem? Czy błogosławiłem oprawców, czy ofiary?
Wracam do myśli, która towarzyszyła mi, gdy pisałem ostatnie zdania tego rozdziału, siedząc w hotelowym pokoju w Kigali, z widokiem na wzgórza, na których ćwierć wieku temu rozgrywała się Apokalipsa. Na jednym z tych wzgórz — zaledwie kilka kilometrów stąd — znajduje się kościół w Nyamata. Dziś jest muzeum. Na ławkach leżą ubrania ofiar. Pod ołtarzem — czaszki. Setki czaszek. Ułożone w stosy, jak w średniowiecznej kostnicy. Kiedy tam wszedłem, przewodnik — młody chłopak, który nie pamięta ludobójstwa, bo urodził się już po nim — powiedział coś, co usłyszał od swojej babci: „W tym kościele Bóg umarł 15 kwietnia 1994 roku. I do tej pory nikt Go nie wskrzesił.”
Ta książka nie jest próbą wskrzeszenia Boga. Jest próbą zrozumienia, dlaczego musiał umrzeć — i kto trzymał gwoździe.ROZDZIAŁ 3: KOŚCIÓŁ A REŻIMY POSTKOLONIALNE
(1959–1990)
„GDY HUTU PRZEJĘLI WŁADZĘ, KOŚCIÓŁ PO PROSTU ODWRÓCIŁ SWOJE SZATY.”
W lipcu 1994 roku, gdy świat powoli zaczynał sobie uświadamiać skalę ludobójstwa w Rwandzie, w małym włoskim miasteczku pod Florencją pewien ksiądz odprawiał mszę jak gdyby nigdy nic. Jego parafianie nie wiedzieli, że zaledwie kilka tygodni wcześniej mężczyzna, który stał przed nimi z podniesioną hostią, zamknął dwa tysiące swoich wiernych w kościele w Nyange, a następnie wezwał buldożery, by zrównać świątynię z ziemią, grzebiąc żywcem tych, którzy szukali u niego ratunku. Ojciec Athanase Seromba — bo o nim mowa — przez lata ukrywał się we Włoszech, korzystając z ochrony struktur kościelnych, zanim w 2001 roku został zidentyfikowany i postawiony przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla Rwandy. Jego historia nie była odosobniona. Była za to naturalną konsekwencją trzydziestu pięciu lat polityki, w której Kościół katolicki — od najwyższych hierarchów po wiejskich proboszczów — nie tylko przyzwalał na dyskryminację Tutsi, ale aktywnie ją wspierał, legitymizował i nagradzał.
Gdy w poprzednim rozdziale opisywałem, jak misjonarze katoliccy w okresie kolonialnym stworzyli ideologię podziału między Hutu a Tutsi, być może niektórzy czytelnicy pomyśleli: „To było dawno. To byli inni ludzie. Kościół się zmienił”. Nic bardziej mylnego. W latach 1959–1990 — czyli w okresie, gdy Rwanda uzyskiwała niepodległość i gdy kształtowały się siły, które doprowadziły do ludobójstwa — Kościół katolicki nie tylko nie odwrócił się od swojej zgubnej polityki, ale wszedł z nią w jeszcze głębszą symbiozę. Tyle że teraz, w przeciwieństwie do epoki kolonialnej, popierał już nie Tutsi, ale Hutu. I to wsparcie — jak postaram się udowodnić — było jednym z kluczowych czynników, które umożliwiły późniejszą zagładę.
„REWOLUCJA HUTU” (1959): GDY KOŚCIÓŁ ZMIENIA STRONY
Aby zrozumieć, jak doszło do tego przewrotu, musimy cofnąć się do roku 1959. Przez dziesięciolecia Kościół katolicki w Rwandzie był sojusznikiem monarchii Tutsi. Biskupi zasiadali w królewskiej radzie, misjonarze uczyli w szkołach, że Tutsi są „naturalnymi przywódcami”, a król Mutara III Rudahigwa był pobożnym katolikiem, który odbywał pielgrzymki do Lourdes. Wszystko to runęło w ciągu kilku miesięcy, gdy w listopadzie 1959 roku wybuchło powstanie Hutu, które przeszło do historii jako „rewolucja społeczna” lub — w zależności od punktu widzenia — pierwsza fala ludobójczych czystek.
W czasie tego powstania zginęło około dziesięciu tysięcy Tutsi, a sto tysięcy uciekło do sąsiednich krajów. Domy Tutsi palono, kobiety gwałcono, bydło kradziono. Belgijska administracja kolonialna — która do niedawna faworyzowała Tutsi — nagle odwróciła się od nich i stanęła po stronie Hutu, widząc w nich przyszłych władców niepodległej Rwandy. I co najbardziej bulwersujące — Kościół katolicki zrobił dokładnie to samo.
Arcybiskup Vincent Nsengiyumva, który w 1960 roku objął stolicę Kigali, stał się symbolem tego zwrotu. Nsengiyumva był Hutu. I jak wielu Hutu w ówczesnej elicie kościelnej, nie krył swojej niechęci do Tutsi. W latach 60. i 70. miał być — według słów jednej z ocalałych, Madaleny Mukariemerii — kimś, kto „nigdy nie zrobił nic, by powstrzymać zabijanie”. Kiedy w 1994 roku zginął z rąk Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego (RPF), wielu Tutsi nie kryło zadowolenia. Ale to był dopiero finał jego długiej kariery jako politycznego biskupa, który przez trzydzieści cztery lata współtworzył system dyskryminacji.
Bo Nsengiyumva to nie był zwykły biskup. On był — mówiąc wprost — ARCHITEKTEM SOJUSZU MIĘDZY KOŚCIOŁEM A REŻIMEM HUTU. W 1961 roku, gdy Rwanda ogłaszała niepodległość, Nsengiyumva nie tylko błogosławił nowe władze, ale sam stał się przewodniczącym rządzącej partii — Parmehutu. Przez czternaście lat, aż do 1975 roku, łączył funkcje biskupa i polityka, co w normalnych okolicznościach byłoby skandalem nawet dla Watykanu. Ale Watykan milczał. Jan Paweł II, który wstąpił na tron Piotrowy w 1978 roku, nie tylko nie zdystansował się od Nsengiyumvy, ale przez lata go wspierał. Dopiero w 1990 roku — gdy w Rwandzie już trwała wojna domowa, a przygotowania do ludobójstwa były w pełnym toku — Watykan nakłonił Nsengiyumvę do rezygnacji z funkcji politycznych. Ale to było już dawno za późno.
KAYIBANDA I HABYARIMANA: DWAJ PREZYDENCI, JEDEN KOŚCIÓŁ
Pierwszym prezydentem niepodległej Rwandy został w 1961 roku Grégoire Kayibanda. I tu znów pojawia się Kościół. Kayibanda nie był przypadkowym politykiem — był SEKRETARZEM ARCYBISKUPA NSENGIYUMVY. Zanim stanął na czele państwa, przez lata pracował w strukturach kościelnych, doskonale rozumiejąc, jak wykorzystać religijną legitymizację do celów politycznych. Jego reżim, choć w pierwszych latach cieszył się poparciem Zachodu, szybko przerodził się w dyktaturę opartą na etnicznej dyskryminacji. Tutsi byli usuwani ze szkół, z uniwersytetów, z urzędów. Wprowadzono system kwot — dla Tutsi przewidziano zaledwie 9% miejsc na uczelniach, choć stanowili około 14—15% populacji.
W 1973 roku Kayibanda został obalony przez zamach stanu. Nowym prezydentem został JUVÉNAL HABYARIMANA — również Hutu, również katolik. I znów Kościół był u jego boku. Habyarimana, który miał rządzić Rwandą aż do swojej śmierci w 1994 roku (zestrzelony 6 kwietnia, co stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu ludobójstwa), przez cały ten czas utrzymywał bliskie relacje z hierarchami kościelnymi. Arcybiskup Nsengiyumva był jego osobistym przyjacielem. Razem tworzyli system, który z roku na rok coraz bardziej dehumanizował Tutsi, przygotowując grunt pod ostateczne rozwiązanie.
W 1990 roku, gdy RPF — złożony głównie z Tutsi, którzy uciekli po rewolucji 1959 roku — zaatakował Rwandę z Ugandy, reżim Habyarimany rozpoczął kampanię propagandową, która miała przygotować społeczeństwo do ludobójstwa. W mediach — a zwłaszcza w radiu RTLM (Radio-Télévision Libre des Mille Collines) — Tutsi nazywano „karaluchami” (inyenzi), których należy zniszczyć. RTLM, jak wspominał dziennikarz BBC Ally Mugenzi, „zachowywało się tak, jakby dawało instrukcje zabójcom. Na antenie mówiono, gdzie chowają się ludzie Tutsi”.
A Kościół? Kościół milczał.
Nie tylko milczał, ale aktywnie uczestniczył w tworzeniu atmosfery nienawiści. Gdy w grudniu 1993 roku rząd zaczął sprowadzać całe kontenery maczet z Chin — by rozdawać je Hutu w ramach przygotowań do rzezi — hierarchowie kościelni nie podnieśli głosu. Gdy w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 1994 roku zginęło osiemset tysięcy ludzi, wielu z nich w kościołach, arcybiskup Nsengiyumva nie zrobił nic, by powstrzymać zabijanie.
GRZECH ZANIECHANIA: CZY KOŚCIÓŁ WIEDZIAŁ, CO SIĘ SZYKUJE?
Jednym z najbardziej niewygodnych pytań, jakie musi postawić każdy badacz ludobójstwa w Rwandzie, jest: KIEDY KOŚCIÓŁ DOWIEDZIAŁ SIĘ, CO SIĘ SZYKUJE? Odpowiedź brzmi: bardzo wcześnie. I miał pełne możliwości, by zapobiec tragedii lub przynajmniej ją złagodzić.
Już w 1992 roku, na dwa lata przed ludobójstwem, organizacje praw człowieka ostrzegały przed przygotowaniami do masakry. W 1993 roku, po podpisaniu porozumień aruszańskich, które miały zakończyć wojnę domową i wprowadzić rząd jedności narodowej, ekstremiści Hutu zaczęli otwarcie mówić o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii Tutsi”. W grudniu 1993 roku — cztery miesiące przed ludobójstwem — rząd zaczął sprowadzać maczety, rozdając je w ramach „programu samoobrony cywilnej”.
Kościelni hierarchowie doskonale wiedzieli, co się dzieje. Nuncjusz apostolski w Rwandzie, kardynał Giuseppe Bertello, tak dobrze rozumiał zagrożenie, że SZYBKO EWAKUOWAŁ SIĘ Z KRAJU tuż przed rozpoczęciem ludobójstwa. Jak wskazuje w swoich badaniach Linda Melvern, znana badaczka ludobójstwa w Rwandzie, decyzja Bertello była sygnałem dla innych duchownych, aby jak najszybciej opuścić Rwandę. Melvern idzie dalej: „Wiele dokumentów wskazuje na to, że gdyby władze kościelne pozostały na miejscu, nie doszłoby do ludobójstwa”.
Czy to prawda? Trudno powiedzieć z całą stanowczością. Ale jedno jest pewne: ucieczka najwyższych przedstawicieli Kościoła w momencie, gdy ich wierni najbardziej ich potrzebowali, była moralnym skandalem. Nie tylko dlatego, że opuścili swoje owczarnie, ale dlatego, że swoją ucieczką WYSYŁALI SYGNAŁ, ŻE SYTUACJA JEST BEZNADZIEJNA — co dla ekstremistów Hutu było zielonym światłem do działania.
Nie wszyscy duchowni uciekli. Niektórzy — jak późniejszy arcybiskup warszawski Henryk Hoser, który w latach 1994–1995 pracował w Rwandzie jako lekarz misjonarz — powrócili do kraju po ustaniu fali ludobójstwa. Hoser, który zmarł w 2021 roku, przez lata unikał trudnych pytań o rolę Kościoła w Rwandzie. Ale jego przypadek jest tylko marginalnym epizodem w tej smutnej historii.
ZBRODNIA W KOŚCIELE: MIEJSCA AZYLU JAKO PUŁAPKI
Wróćmy jednak do tego, co działo się w samym sercu Kościoła — w jego świątyniach. Dla Rwandyjczyków, jak dla większości Afrykanów, kościół zawsze był miejscem azylu. Od czasów średniowiecza prawo kościelnego azylu było uznawane na całym świecie — nawet w najbardziej krwawych konfliktach świątynie były nietykalne. W Rwandzie ta tradycja była szczególnie silna. Podczas masakry w 1973 roku — jeszcze przed ludobójstwem — Tutsi chowali się w kościołach i nikt nie przychodził ich tam zabijać.
W 1994 roku wszystko się zmieniło.
Ocaleni opowiadają tę samą historię: w kwietniu, gdy zaczęła się rzeź, tysiące Tutsi pobiegły do kościołów. Były to największe, najsolidniejsze budynki w okolicy — i, co ważniejsze, miejsca, które od zawsze dawały schronienie. Wierzyli, że Bóg ich ochroni. Wierzyli, że księża ich nie wydadzą. Wierzyli, że biskupi staną w ich obronie.
Myliły się wszystkie te nadzieje.
W kościele w Nyange — tej samej parafii, gdzie posługiwał ojciec Seromba — schroniło się około dwóch tysięcy ludzi. Przez kilka dni modlili się, czekali, mając nadzieję, że fala przemocy ich ominie. A potem ksiądz, któremu ufali, zamknął drzwi i wezwał buldożery. Ściany runęły, grzebiąc żywcem mężczyzn, kobiety i dzieci. Krew płynęła spod gruzów. Ci, którzy przeżyli zawalenie, zostali dobici maczetami.
To nie był odosobniony incydent. W kościele w Nyamata zginęło dziesięć tysięcy osób. W kościele w Kibuye — dwanaście tysięcy. W kościele w Nyarubuye — dwadzieścia tysięcy, w tym wiele spalonych żywcem. W każdym z tych przypadków duchowni albo bezpośrednio uczestniczyli w mordach, albo — co było równie haniebne — nie zrobili nic, by im przeszkodzić.
Madalena Mukariemeria, Tutsi, która ocalała z ludobójstwa, tak wspominała te dni w rozmowie z reporterem „The Guardian”: „W 1994 roku wszyscy myśleli, że kościoły znowu będą bezpiecznym schronieniem, ale okazały się miejscem, gdzie ginęliśmy”. Jej słowa są oskarżeniem nie tylko pojedynczych księży, ale całego systemu, który na to pozwolił.
WATYKAN I JAN PAWEŁ II: MILCZENIE PAPIEŻA
A co robił w tym czasie Watykan? I co robił papież Jan Paweł II, który tak chętnie przemawiał w obronie praw człowieka w komunistycznej Polsce, a tak rzadko zabierał głos w sprawie ludobójstwa w Afryce?
Odpowiedź jest niewygodna, zwłaszcza dla katolików, którzy wychowali się w kulcie polskiego papieża. JAN PAWEŁ II MILCZAŁ. Przez cały kwiecień i maj 1994 roku, gdy w Rwandzie ginęły dziesiątki tysięcy ludzi dziennie, papież nie wydał żadnego oficjalnego oświadczenia potępiającego zbrodnie. Nie wezwał do zatrzymania rzezi. Nie zaapelował do księży i biskupów, by stanęli po stronie ofiar. Milczał.
Pierwszy list papieża do biskupów Rwandy został wysłany 8 CZERWCA 1994 ROKU — dwa miesiące po rozpoczęciu ludobójstwa i miesiąc przed jego zakończeniem. Był to list ogólnikowy, w którym Jan Paweł II wyrażał „ubolewanie” z powodu „niewyobrażalnej przemocy”, ale nie wymieniał z nazwy sprawców, nie nazywał zbrodni ludobójstwem i nie wzywał do natychmiastowego zaprzestania mordów.
Po ludobójstwie, gdy świat zaczął się rozliczać z tego, co się stało, Watykan przyjął linię obrony, która miała obowiązywać przez następne dwadzieścia trzy lata: KOŚCIÓŁ JAKO INSTYTUCJA NIE MOŻE BYĆ POCIĄGANY DO ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA PRZEWINIENIA SWOICH CZŁONKÓW. Jan Paweł II w liście do mieszkańców Rwandy wyrażał „ubolewanie”, ale jednocześnie zaznaczał, że Kościół nie może być obwiniany za zachowania poszczególnych jego członków. Była to wygodna, ale głęboko niemoralna linia obrony — bo jeśli Kościół nie odpowiada za swoich księży, to za kogo odpowiada?
Ten sam mechanizm ochrony — wiara w to, że Kościół jest „świętą instytucją”, której członkowie są z definicji niewinni, chyba że udowodni się im winę w sposób absolutny — działał w przypadku Marciala Maciela, o którym pisałem wcześniej. Skargi na Maciela napływały od 1956 roku, a mimo to Jan Paweł II osobiście go błogosławił, mianował konsultorem watykańskim i pisał do niego listy pełne uwielbienia. W przypadku Rwandy mechanizm był ten sam: biskupi i księża, którzy dopuszczali się zbrodni lub na nie przyzwalali, byli chronieni przez strukturę, która nie chciała wierzyć, że jej przedstawiciele mogą być winni.
SPRAWIEDLIWOŚĆ PO LATACH: PROCESY I OPÓR KOŚCIOŁA
Po zakończeniu ludobójstwa świat powoli zaczął rozliczać winnych. Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy (ICTR), działający w Aruszy w Tanzanii, skazał kilku księży i zakonnic za udział w ludobójstwie. W czerwcu 2001 roku belgijski sąd skazał dwie zakonnice — siostrę Gertrude Mukangango i siostrę Marię Kisito Mukabuterę — za współudział w ludobójstwie. Pierwsza z nich została uznana winną przyczynienia się do śmierci siedmiu tysięcy osób i skazana na piętnaście lat więzienia. Druga usłyszała wyrok dwunastu lat.
Watykan odpowiedział na te wyroki „zdziwieniem” i przypomniał słowa Jana Pawła II, że Kościół nie może być obwiniany za zachowania poszczególnych jego członków.
Ojciec Athanase Seromba, po latach ukrywania się we Włoszech, został w 2001 roku zidentyfikowany i postawiony przed ICTR. W 2006 roku trybunał uznał go winnym ludobójstwa i zbrodni przeciwko ludzkości. Seromba złożył apelację. Izba Apelacyjna nie tylko ją odrzuciła, ale ZAOSTRZYŁA KARĘ — z piętnastu lat do dożywocia, uznając, że jego winy były większe niż początkowo sądzono.
Inni księża, jak ks. Wenceslas Munyeshyaka, zostali skazani zaocznie. Munyeshyaka, który jako przełożony w Katedrze Matki Boskiej w Kigali wydawał uchodźców bojówkom Hutu, przez lata żył na wolności we Francji, gdzie kontynuował posługę duszpasterską. Francja długo opierała się ekstradycji, co było źródłem napięć dyplomatycznych z Rwandą.
Ale procesy te dotyczyły tylko garstki duchownych. Większość — ci, którzy milczeli, którzy przyzwalali, którzy tworzyli atmosferę nienawiści — nigdy nie stanęła przed sądem. Kościół katolicki w Rwandzie, przez dwadzieścia trzy lata po ludobójstwie, opierał się próbom rozliczenia. Oficjalne stanowisko pozostało niezmienione: to były pojedyncze przypadki, winni zostali ukarani, sprawa jest zamknięta.
Ofiary i ich rodziny myślały inaczej.
PRZEŁOM: PRZEPROSINY BISKUPÓW (2016)
I wtedy, niespodziewanie, nadszedł przełom.
W listopadzie 2016 roku — dwadzieścia dwa lata po ludobójstwie — Konferencja Biskupów Katolickich w Rwandzie wydała oświadczenie, które zostało odczytane we wszystkich parafiach kraju. Było to coś, na co ocaleni czekali od dwóch dekad: OFICJALNE PRZEPROSINY KOŚCIOŁA.
„Przepraszamy za wszelkie krzywdy wyrządzone przez Kościół” — głosiło przesłanie. „Przepraszamy w imieniu wszystkich chrześcijan za wyrządzone przez nas zło w każdej formie. Żałujemy, że przedstawiciele Kościoła złamali przysięgę posłuszeństwa wobec Bożych przykazań”.
Co ważniejsze, biskupi po raz pierwszy oficjalnie przyznali, że członkowie Kościoła PLANOWALI I DOPUSZCZALI SIĘ ZBRODNI podczas masakr. „Prosimy o przebaczenie za zbrodnię, która polegała na okazywaniu nienawiści naszym bliźnim z powodu ich przynależności etnicznej” — czytamy w oświadczeniu. „Nie pokazaliśmy, że jesteśmy jedną rodziną, lecz zabijaliśmy się nawzajem”.
Dlaczego akurat wtedy, w 2016 roku? Odpowiedź jest prosta: termin został celowo wybrany na niedzielę, w którą oficjalnie dobiegał końca ogłoszony przez papieża Franciszka Rok Miłosierdzia. Franciszek, który od początku swojego pontyfikatu stawiał na oczyszczenie Kościoła z grzechów przeszłości, wywierał presję na rwandyjskich biskupów, by w końcu stanęli przed prawdą.
Czy te przeprosiny były szczere? Trudno ocenić. Dla wielu ocalałych były one co najmniej o dwie dekady za późne. Niektórzy odebrali je jako akt politycznej kalkulacji — próbę zamknięcia rozdziału, zanim międzynarodowe trybunały wydobędą na światło dzienne więcej kompromitujących dokumentów. Inni — ci bardziej pojednawczo nastawieni — przyjęli je z ulgą, jako pierwszy krok w stronę uzdrowienia ran.
Jedno jest pewne: przeprosiny biskupów z 2016 roku były pierwszym oficjalnym przyznaniem się Kościoła katolickiego do współodpowiedzialności za ludobójstwo w Rwandzie. Nie były jednak ostatnim słowem w tej sprawie. Rok później — w marcu 2017 roku — papież Franciszek podczas spotkania z prezydentem Paulem Kagame poszedł o krok dalej. Wypowiedział słowa, których jego poprzednicy nie mieli odwagi wypowiedzieć: „błagam o przebaczenie za grzechy i porażki Kościoła i jego członków”.
To było historyczne oświadczenie. Ale — jak zobaczymy w dalszych rozdziałach — nie zakończyło ono sporu o odpowiedzialność Kościoła. Bo słowa to jedno, a czyny to drugie. A Kościół do dziś nie otworzył swoich archiwów, nie wydał wszystkich winnych i nie wypłacił odszkodowań ofiarom.
PODSUMOWANIE: TRZYDZIEŚCI JEDEN LAT GRZECHU
Lata 1959–1990 to w historii Kościoła katolickiego w Rwandzie okres systematycznego moralnego upadku. Co się wydarzyło w tych trzech dekadach?
Po pierwsze: ZDRADA SOJUSZU Z TUTSI i przejście na stronę Hutu. Kościół, który przez pół wieku głosił, że Tutsi są „wybranym ludem Bożym”, nagle uznał ich za „feudalnych ciemięzców”. To nagłe odwrócenie sojuszy pokazało, że Kościół nie kieruje się zasadami, ale bieżącą polityką. Gdy Hutu przejmowali władzę, Kościół po prostu odwrócił swoje szaty.
Po drugie: LEGITYMIZACJA SYSTEMU DYSKRYMINACJI. Biskupi zasiadali w rządzącej partii, księża rozdawali dowody tożsamości, zakonnice uczyły w szkołach, które segregowały dzieci według pochodzenia. Kościół nie tylko nie protestował przeciwko etnicznemu apartheidowi — on go uświęcał.
Po trzecie: MILCZENIE W OBLICZU ZBLIŻAJĄCEJ SIĘ KATASTROFY. Gdy ekstremiści Hutu przygotowywali się do ludobójstwa, hierarchowie kościelni nie podnieśli głosu. Gdy tysiące Tutsi szukały schronienia w kościołach, księża zamykali drzwi i wzywali buldożery. Gdy świat w końcu zobaczył skalę zbrodni, Watykan przez dwadzieścia trzy lata unikał odpowiedzialności.
Ojciec Athanase Seromba, który zamknął swoich parafian w kościele i wezwał buldożery, jest tylko najbardziej drastycznym symbolem tego, czym stał się Kościół katolicki w Rwandzie. Ale nie jest odosobnionym przypadkiem. Jest produktem systemu, który przez trzydzieści jeden lat — od 1959 do 1990 roku — systematycznie przygotowywał grunt pod największą katastrofę moralną w dziejach chrześcijaństwa od czasów II wojny światowej.
W następnym rozdziale zobaczymy, jak ten system działał w praktyce — jak biskupi i księża, zakonnice i katechiści, na co dzień, w każdej parafii, w każdym kościele, w każdej szkole, wdrażali ideologię, która miała doprowadzić do zagłady.
Lecz zanim przejdziemy dalej, zostawiam czytelnika z pytaniem, które zadała mi jedna z ocalałych, Immaculée, w czasie naszej rozmowy w Kigali. „Mówią nam, że Bóg jest miłością” — powiedziała, patrząc na krzyż na ścianie mojego pokoju hotelowego. „To księża nas tego uczyli. A potem ci sami księża nas mordowali. Proszę mi powiedzieć — jaki Bóg pozwala, by Jego słudzy zabijali w Jego imieniu?”
Nie umiałem odpowiedzieć. I chyba nikt nie umie.